Przeklęta rzeźba i klątwa pasztetu - Iwona Banach

Kup ebooka

47.90 zł
38.31 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Milena, Jo­wita i Ża­klina ukoń­czyły szkołę już ja­kiś czas temu. Było to tech­ni­kum ga­stro­no­miczne, co miało zmie­nić wiele w ich ży­ciu, ale to do­piero po­tem. Do ma­tury nie pod­cho­dziły. Nie były głu­pie, ale nie miały ochoty. Z na­uką i w ogóle tego typu spra­wami nie wią­zały swo­jej przy­szło­ści.

Na­uczy­ciele twier­dzili, że gdyby z ta­kim sa­mym sa­mo­za­par­ciem zaj­mo­wały się na­uką jak jej uni­ka­niem, to z pew­no­ścią by­łyby pry­mu­skami.

One jed­nak po­szły w in­nym kie­runku. Miały inny po­mysł na ży­cie. Po­sta­no­wiły wyjść za mąż i to za­mąż­pój­ście do­kład­nie za­pla­no­wały.

Za­mąż­pój­ście miało sens.

To zna­czy ta­kie, ja­kie so­bie za­pla­no­wały.

Nie były to pod­chody jak w dzie­więt­na­stym wieku, kiedy ko­bieta nie­za­mężna mo­gła zo­stać je­dy­nie starą, smutną ciotką na ła­sce krew­nych. Wcale nie o to cho­dziło! Starą, smutną ciotką można zo­stać na­wet te­raz, bo to za­leży bar­dziej od na­tury czło­wieka, a nie ja­kichś tam kon­we­nan­sów. Dziew­czy­nom na­to­miast cho­dziło o to, żeby za mąż wyjść do­brze, za­moż­nie i nie­ko­niecz­nie do­ce­lowo.

Bo mał­żeń­stwo nie było ce­lem, ale drogą. Bez ro­man­tycz­nych ko­no­ta­cji słowa "droga".

Samo okre­śle­nie "wyjść za mąż" nie od­da­wało tego, o czym my­ślały, bo nie miał zna­cze­nia w tym ukła­dzie sam fakt, lecz ra­czej mąż.

Im cho­dziło o coś in­nego.

Za­ko­chane w Tik­Toku, In­sta­gra­mie i ta­blo­idach, zdały so­bie sprawę, że mają ochotę żyć jak księż­niczki. To żadna no­wość, każdy chce tak żyć, na­wet nie­któ­rzy męż­czyźni, a je­żeli ktoś mówi, że ta­kiej ochoty nie ma i ni­gdy nie miał, to kła­mie albo za­klina rze­czy­wi­stość.

Księż­nicz­kowe ży­cie, syte, piękne, do­stat­nie i spo­kojne, a na­wet wręcz luk­su­sowe kusi każ­dego.

Tylko że samo "chcieć" nie zna­czy za­wsze "mieć moż­li­wość".

Tak więc dziew­czyny za­ło­żyły TKG, tajny klub gold dig­ge­rek. Kiedy spraw­dziły, co zna­czy ten an­giel­ski zwrot, bo z an­giel­skim miały dość nie po dro­dze, rzu­ciło im się w oczy, że ma trzy de­fi­ni­cje. Po­szu­ki­wacz­kami przy­gód nie były, bla­cha­rami też nie, za to na­cią­gacz­kami (w bar­dzo dla sie­bie po­zy­tyw­nym tego słowa zna­cze­niu) chciały być jak naj­bar­dziej.

Klub mu­siał być tajny, bo nie mo­gły do­pu­ścić, żeby za­pi­sała się do nich cała dziel­nica i pół szkoły.

I za­raz po ukoń­cze­niu szkoły ga­stro­no­micz­nej, śred­niej, i tym sa­mym w ogóle na­uki, bo tej nie za­mie­rzały kon­ty­nu­ować, po­sta­no­wiły zre­ali­zo­wać swoje plany.

Za mu­rami szkoły (jak to się mówi) cze­kało na nie ży­cie i to ży­cie wcale nie przed­sta­wiało się w ja­snych bar­wach.

Bab­cine (bo już nie ro­dzi­ciel­skie) przy­ka­za­nie "ucz się, dzie­cię, ucz, bo na­uka to po­tęgi klucz" już dawno się zde­wa­lu­owało. Może nie trzeba te­raz mieć ma­gi­stra, żeby pa­sać krowy, ale tylko dla­tego, że krów już nikt nie pa­sie, a praca w skle­pie mię­snym albo w bu­tiku odzie­żo­wym i bez ma­gi­stra jest moż­liwa.

Ba, nie­któ­rzy na­wet cho­wają dy­plomy, żeby do­stać ja­kie­kol­wiek za­trud­nie­nie, bo ta­kie pa­piery od­stra­szają pra­co­daw­ców wi­zją ko­niecz­no­ści wy­pła­ca­nia wyż­szych za­rob­ków.

Ro­dzice dziew­czyn nie byli biedni, choć oczy­wi­ście bieda to po­ję­cie względne, ale na to­rebki marki Do­lce & Gab­bana czy szpilki Ma­nolo Blah­nika stać ich nie było, a prze­cież to były pod­stawy. Po­ni­żej tego dziew­czyny cze­kała już tylko śmierć mo­dowa i to­wa­rzy­ska.

Pra­co­wać nie miały ochoty, zresztą gdzie? Na­wet McDo­nalda u nich nie było, cze­kały na nie dwa sklepy, jedna ciu­char­nia i kilka kas w Bie­dronce, ale to nie było to, czego pra­gnęły.

Stu­dia też nie wcho­dziły w grę, bo były nudne. Po­mi­nąw­szy już marne w tym kie­runku pre­dys­po­zy­cje i moż­li­wo­ści, to i tak nic im to nie da­wało, bo na stu­diach nie roz­dają złota ani vo­uche­rów do Du­baju.

Wyj­ście za mąż sta­no­wiło istotną po­kusę, ale nie zwy­kłe, tylko nie­zwy­kłe.

Nie ma­rzyły o tym tak jak ro­man­tyczne pod­lotki tę­sk­niące do ślub­nych su­kien i le­dwo ży­wych go­łębi wy­pusz­cza­nych z kla­tek czy do długo i szczę­śli­wie, i do gro­madki dzieci, i do "chcę się z nim ze­sta­rzeć"; te ro­man­tyczne po­my­sły ni­gdy na­wet nie po­stały im w gło­wach.

One za­miast su­kien chciały kre­acji, za­miast go­łębi bia­łych pawi, za­miast dzieci brały pod uwagę "bom­belka star­to­wego", bo cza­sami ina­czej się nie da, a sta­rzeć nie chciały się wcale.

Bom­belki star­towe czę­sto by­wają przy­czyną mał­żeń­stwa, choć same w so­bie nie są ja­koś bar­dzo po­żą­dane, ale po­tem przy­dają się do ocie­pla­nia kont w so­cial me­diach. Do­dat­kowo, gdy coś nie wyj­dzie, by­wają świetną kartą prze­tar­gową, ale le­piej, jak nie są ko­nieczne.

Dziew­czyny pra­gnęły żyć na po­zio­mie, i to na po­zio­mie wcza­sów w Du­baju, a nie w Cha­łu­pach, pra­gnęły za­miesz­kać w pa­ła­cyku, albo choć w dworku, jeź­dzić, albo le­piej la­tać, na za­kupy do Me­dio­lanu i od czasu do czasu krzy­wić się z prze­ką­sem, że "jak tak można, ten świat scho­dzi na psy": le­d­wie wczo­raj ku­piła ciu­chy za kil­ka­set ty­sięcy, a już dziś sta­niały i co ona te­raz zrobi? Prze­cież się w ta­kich nie po­każe.

Opcja od zera do mi­lio­nera im nie pa­so­wała, in­te­re­so­wał je je­dy­nie efekt koń­cowy tej opcji.

Do­dat­kowo miały ochotę na mę­żów z od­zy­sku, czyli ta­kich, któ­rzy już się cze­goś do­ro­bili, naj­chęt­niej mi­lio­nów, ale mieli to być mę­żo­wie z ak­tyw­nego od­zy­sku, który ozna­czał, że dziew­czyny nie będą szu­kać roz­wod­ni­ków czy zbo­la­łych wdow­ców, ale same, ak­tyw­nie po­mogą zbla­zo­wa­nym mał­żon­kom, czy­imś, jesz­cze nie swoim, zo­stać roz­wod­ni­kami, a po­tem szybko i z klasą (ewen­tu­al­nie bez, to aku­rat nie miało wiel­kiego zna­cze­nia) zmie­nić przy­na­leż­ność cy­wilną.

Do mi­lio­ne­rów, tych wiel­kich, pu­del­kowo-okład­ko­wych doj­ścia nie miały. Nie to, że były ja­kieś nie ta­kie czy brzyd­kie. Wszyst­kie trzy były ład­nie zro­bione, za­dbane i ele­ganc­kie, ale jed­nak geny i ma­seczki to nie wszystko. Po­trzebne jest jesz­cze szczę­ście albo doj­ścia gdzieś w świe­cie, a tego ma­ło­mia­stecz­kowe ży­cie im po­ską­piło.

Z braku in­nych moż­li­wo­ści po­sta­no­wiły sku­pić się na naj­bliż­szej oko­licy. Tak na po­czą­tek.

Wszystko szło do­brze, nie­stety z mi­lio­ne­rami w oko­licy był kło­pot.

***

- Chcesz być kró­lową pasz­te­tów? - za­py­tała z nie­sma­kiem i pewną od­razą Mi­lena, kiedy Jo­wita wy­ja­wiła jej, że spo­tkała się z sy­nem naj­więk­szego przed­się­biorcy w oko­licy.

- Chwi­lowo to na­wet i sal­ce­so­nów! - od­po­wie­działa ze śmie­chem. - Fa­cet ro­kuje.

- Nie, no wiesz, jego oj­ciec ma le­d­wie sześć­dzie­siąt lat. Nie umrze tak szybko. - Ża­klina wes­tchnęła. - A poza tym ich tam jest trzech. Któ­rego wzię­łaś?

- No w su­mie tego śred­niego - Jo­wita się za­chmu­rzyła - ale to na po­czą­tek już coś. Nie jest żo­naty, to uła­twiło sprawę. Tyle że tro­chę jakby roz­mie­niam się na drobne. - Po­smut­niała. - Nie jest na­wet pierw­szy w ko­lejce do pasz­te­to­wego tronu.

- A dasz na­miary na resztę jakby co?

- Jakby co, to dam, a ja­sne, że dam. Tylko mo­jego nie ty­kać, opluty!

Wszyst­kie trzy się ro­ze­śmiały, ale w ich śmie­chu nie było wiel­kiej ra­do­ści.

Je­dy­nym mi­lio­ne­rem w oko­licy, mi­lio­ne­rem wi­docz­nym, i to ra­czej wy­soko no­to­wa­nym, był "król pasz­te­tów i sal­ce­sonu" Wik­tor Sa­łata, który pro­wa­dził znane i ce­nione (przez nie­któ­rych) za­kłady mię­sne TORSA, któ­rych na­zwę w ku­lu­arach prze­ra­biano na TOR­SJE. Wy­ra­biano tam sma­ko­łyki naj­po­dlej­szych ga­tun­ków. Wszel­kie pasz­tety, metki, pa­rówki i inne mie­lone czy po­dro­bowe przy­smaki, które do ele­ganc­kich nie na­le­żały, do ja­dal­nych też cza­sem nie, ale przy­nio­sły wła­ści­cie­lowi for­tunę.

Dziew­czyny z ra­cji szkoły, którą koń­czyły i któ­rej Wik­tor Sa­łata był do­bro­czyńcą i czę­stym spon­so­rem, miały do niego jaki taki do­stęp.

Nie był ja­kiś szcze­gólny, bo Sa­łata miesz­kał w bar­dzo wiel­kim, strze­żo­nym domu pod mia­stem, w domu z ogro­dem i fon­tan­nami, z wieżą i prze­klętą rzeźbą oraz czymś w ro­dzaju służby, ale jego sy­no­wie miesz­kali "na swoim" w mie­ście i można było na nich tra­fić w tej czy in­nej mod­nej ka­wiarni, co Jo­wi­cie się udało.

Jo­wita wie­działa, że oczy­wi­ście na­miary ko­le­żan­kom da, ale do­piero wtedy, kiedy nie będą mo­gły jej za­szko­dzić, ow­szem, wspie­rały się, ale były re­alist­kami.

Ona też była. Wie­działa, że pew­nych rze­czy się nie robi, nie mówi i nie po­ży­cza.

Nie po­ży­cza się maj­tek, nie mówi prawdy i nie robi sa­łatki z cze­ko­lady, a szkoda.

Nie­długo miała na­prawdę po­ka­zać, na co ją stać, a chciała, żeby to było coś, i to nie jed­no­ra­zowe coś. To nie miała być chał­tura czy że­bra­nina, że tu do­sta­nie to, tam skub­nie tamto, o nie! Ona chciała mi­lio­nów na stałe. Dla sie­bie.

Z fa­ce­tem jako do­pu­stem bo­żym, ważne, żeby był do­sta­tecz­nie bo­gaty, wie­kowy i scho­ro­wany. Ta­kie trzy w jed­nym, ale pierw­sze było naj­waż­niej­sze, bez tego po­zo­stałe dwie ce­chy nie li­czyły się zu­peł­nie, z za­let zmie­niały się w wady.

Jo­wita była bar­dzo am­bitna i to było po niej wi­dać. Ko­le­żanki od razu wy­czuły, że plany ma wiel­kie.

***

Wik­tor Sa­łata był kor­pu­lent­nym męż­czy­zną utu­czo­nym na sal­ce­so­nie i pasz­te­tach, który nie za do­brze czuł się w luk­su­sach, ale cóż, przy­pa­dły mu w udziale, więc ja­koś so­bie z nimi ra­dził.

Firma jego ojca po pro­stu roz­wi­jała się tak do­brze, że przy­no­siła ge­nialne do­chody, a po­tem prze­szła w jego ręce i też nic nie wska­zy­wało na to, że mo­głaby so­bie nie ra­dzić.

Była to firma, która za­spo­ka­jała ży­wotne po­trzeby wszyst­kich klien­tów, ale naj­bar­dziej tych naj­mniej za­moż­nych.

Ten typ wę­dlin jest może nie­zbyt ele­gancki, ale tani, więc chęt­nych na za­kup nie bra­kuje.

Wik­tor wła­śnie wy­pra­wiał trze­cie uro­dziny, zna­czy sześć­dzie­siąte, ale trze­cie sześć­dzie­siąte, bo tak miał w zwy­czaju. Pierw­sze były fir­mowe dla kon­tra­hen­tów, na nich po­pi­jano do­bre trunki i za­ja­dano się mniej wię­cej asor­ty­men­tem wszyst­kich moż­li­wych fa­bryk i firm, które ze sobą (i z nim) współ­pra­co­wały, a wiele ta­kich było. Dru­gie to były uro­dziny fir­mowe, tu pito piwo i pie­czono świ­niaka, bo jed­nak nie mógł ka­zać lu­dziom jeść tego, co pro­du­ko­wali, za bar­dzo za­le­żało mu na pra­cow­ni­kach. Te ko­lejne były więc trze­cie, ro­dzinne.

Wy­pra­wiał je dość ka­me­ral­nie i były tylko, jak sama na­zwa wska­zuje, dla ro­dziny, czyli dla trzech sy­nów, dwóch sy­no­wych i dwóch wnu­czek, które i tak żyły wła­snym (w za­sa­dzie in­ter­ne­to­wym) ży­ciem, ale na uro­dziny sta­wiały się grzecz­nie, w końcu dzia­dek miał mi­liony, a to się li­czy.

Li­czyło się też prze­ję­cie firmy, o któ­rym skry­cie ma­rzyli wszy­scy trzej sy­no­wie.

A dwie sy­nowe jesz­cze bar­dziej.

Wnuczki uwa­żały, że ta firma to me­ga­ob­ciach, ale już dawno przy­zwy­cza­iły się do do­cin­ków ró­wie­śni­ków. Mówi się, że przy­jem­niej pła­cze się w mer­ce­de­sie niż na ro­we­rze, one już dawno od­kryły, że szyb­ciej ucieka się przed szkol­nymi prze­śla­dow­cami w naj­now­szych sne­aker­sach z se­rii li­mi­to­wa­nej niż w łap­ciach z chiń­skiego mar­ketu. Coś za coś.

Oj­ciec sam oso­bi­ście otwo­rzył sy­nom drzwi swo­jego do­mo­stwa, kiedy tylko uro­czy­ście się przed nimi sta­wili, to­też wszy­scy byli za­szo­ko­wani.

- A gdzie pani Ha­linka? - rzu­cił naj­star­szy syn, bo do­tych­czas to ona peł­niła za­wsze rolę odźwier­nej.

Oj­ciec był wy­raź­nie w do­sko­na­łym hu­mo­rze.

- Zwol­ni­łem ją - od­po­wie­dział z uśmie­chem na czer­wo­nej, nieco na­la­nej twa­rzy, na któ­rej wi­dać było uwiel­bie­nie dla pasz­te­tów i sal­ce­so­nów.

- Tato? Ale jak to? - za­py­tał za­szo­ko­wany średni syn. - A kto ci bę­dzie te­raz po­ma­gał? Kto poda ci obiad?

Oj­ciec do sa­mo­dziel­nych ku­chen­nie i do­mowo nie na­le­żał. Nie lu­bił się prze­mę­czać. Uwa­żał, że w ukła­dzie, kiedy ktoś ma ręce i pie­nią­dze, nie po­wi­nien prze­mę­czać tych rąk i po­zwo­lić przy­ro­snąć im do tyłka, ale wy­ko­rzy­sty­wać pie­nią­dze, bo to zdro­wiej, poza tym daje lu­dziom za­trud­nie­nie i za­ro­bek. Miał ku­charkę i miał pa­nią Ha­linkę, która ro­biła wszystko. Myła ki­ble, po­da­wała obiady, wy­sy­łała li­sty. Czę­sto ro­biła wszystko na­raz.

Nie­rzadko wi­dy­wali pa­nią Ha­linkę, jak od­biera pocztę w gu­mo­wych rę­ka­wi­cach i ze ścierką w zę­bach.

- Kto mi poda obiad? Żona! - od­po­wie­dział Wik­tor. - No wchodź­cie! - za­pro­sił ich, wi­dząc, że osłu­pieli. Na­pa­wał się tym osłu­pie­niem z przy­jemną prze­korą.

- Ale bab­cia nie żyje już od chyba dzie­się­ciu lat! - stwier­dziła jedna z wnu­czek, prze­ko­nana, że dzia­dek wresz­cie zwa­rio­wał, co wcale nie było taką nie­przy­jemną opcją.

- Bab­cia nie żyje od trzy­na­stu lat i dwóch mie­sięcy - od­po­wie­dział Wik­tor zde­cy­do­wa­nym gło­sem, jakby wnuczka po­peł­niła świę­to­kradz­two.

- No to jak? Zna­czy masz zwidy? - Jedna z sy­no­wych ośmie­liła się po ci­chu za­cząć li­czyć na ja­kąś sma­ko­witą nie­po­czy­tal­ność i szyb­kie prze­ję­cie firmy, oczy­wi­ście po są­do­wej ma­sa­krze i wy­klu­cze­niu po­zo­sta­łych spad­ko­bier­ców. W ta­kich spra­wach jeń­ców się nie bie­rze, a spra­wie­dli­wość jest jak bra­ter­ska mi­łość. Nie ist­nieje.

Sy­nowa jed­nak się prze­li­czyła.

- W żad­nym ra­zie, ko­chana. Oże­ni­łem się! - od­po­wie­dział, ro­biąc za­gad­kową minę.

***

- Czyli na­zywa się te­raz Jo­wita Sa­łata?! - Mi­lena prych­nęła z po­gardą, ale i z wście­kło­ścią. - Krowa jedna! No, krowa! Jak ona mo­gła?!

- No, ale wiesz... - Ża­klina, też bar­dzo za­zdro­sna, usi­ło­wała zba­ga­te­li­zo­wać sprawę na za­sa­dzie, że złość pięk­no­ści szko­dzi, a za­zdrość po­wo­duje trą­dzik, ale tylko ta oka­zy­wana.

Po­zaz­dro­ściły ko­le­żance pie­nię­dzy i męża. Reszty nie za­zdro­ściły.

- Nie, nie wiem! Prze­cież... To że­nu­jące! Cho­ciaż Jo­wita Wą­to­rek też nie brzmiało zbyt ary­sto­kra­tycz­nie. Ja­koś z wą­tróbką mi się za­wsze ko­ja­rzyło.

- No wiesz, Sa­łata to jed­nak bar­dziej fi­nan­sowe brzmie­nie ma.

- I we­gań­skie!

Nie wia­domo, czy we­gań­skie na­zwi­sko coś zmie­nia, ale za­wsze le­piej brzmi.

Każda z nich szybko zro­bi­łaby do­kład­nie to samo co Jo­wita, gdyby miała taką moż­li­wość. To zna­czy nie cho­dziło tak bar­dzo o zmianę na­zwi­ska, ale o ślub, bo Mi­lena miała na przy­kład na na­zwi­sko No­wicka i na Sa­łatę by go nie za­mie­niła, ale ko­le­żankę po­tę­piały obie, bo same na to nie wpa­dły, a na­wet jak wpa­dły, to nie po­su­nęły się aż tak da­leko, żeby za­cząć my­śleć o re­ali­za­cji po­my­słu.

Nie wpro­wa­dziły go w czyn.

A ona tak. Po­my­ślała, zro­biła i te­raz... była żoną mi­lio­nera!

- Szlag by to tra­fił! - jęk­nęła Mi­lena. - Kurwa jaka, no?! No prze­cież, no prze­cież, no kurwa! - Mi­lena nie umiała ina­czej wy­ra­zić swo­jej wście­kłej, za­zdro­snej dez­apro­baty.

Jo­wita za­trud­niła się w fir­mie Wik­tora Sa­łaty jako pani sprzą­ta­jąca, była naj­pierw sprzą­taczką ko­ry­ta­rzową, po dwóch ty­go­dniach zo­stała kan­ty­nową, a po mie­siącu za­częła sprzą­tać biuro szefa i tak to się za­częło.

Do pracy przy­cho­dziła w peł­nym ma­ki­jażu i nie­peł­nym stroju, to zna­czy ze sporą ilo­ścią de­koltu na wierz­chu. Wy­glą­dała zja­wi­skowo. Szcze­gól­nie kiedy na ko­la­nach wy­mia­tała okruszki spod biurka, wy­pi­na­jąc swój ty­łek po bra­zy­lij­skim li­ftingu po­ślad­ków z im­plan­tami XXL.

Trzeba po­wie­dzieć, że szybko jej to po­szło.

- Nie­ład­nie! - oświad­czyła Ża­klina. - Nie­ład­nie. Tak się nie robi! Sprzą­ta­nie? Prze­cież to jest praca! Brrr.

- Mó­wiła, że się nie przy­kła­dała - uspra­wie­dli­wiła ko­le­żankę Mi­lena.

- No weź i od razu do łóżka szefa? Ona tam mu­siała kurz zę­bami prze­sie­wać! Do czego to do­szło?! Prze­cież to jest po­ni­ża­jące!

- Ale efekty ma!

***

Wszy­scy pa­trzyli zdu­mieni na ojca, który z wy­raźną ra­do­ścią wła­śnie im oświad­czył, że się oże­nił. Tak od razu. Nie, że pla­nuje, nie, że za­mie­rza, ale że już się oże­nił!

To oczy­wi­ście miało swoje kon­se­kwen­cje dla ca­łego tego to­wa­rzy­stwa. Kon­se­kwen­cje, z któ­rymi oj­ciec się chyba wcale nie li­czył. Był już na wy­mar­ciu, po co była mu żona?! Po­wi­nien od­dać im wszystko, co im się na­le­żało... No, tak. Prak­tycz­nie nie na­le­żało im się nic, bo firma była cał­ko­wi­cie i bez­sprzecz­nie wła­sno­ścią ojca, ale i tak im się na­le­żała.

- Je­ste­śmy znie­sma­czeni - wy­du­siła z sie­bie sy­nowa, żona naj­młod­szego syna. - Ja tego nie ku­puję, ty so­bie żar­tu­jesz?! Prawda?

Wik­tor się roz­pro­mie­nił.

- Mo­że­cie być znie­sma­czeni, obu­rzeni, wście­kli, co tam so­bie chce­cie, wasz wy­bór, nie ob­cho­dzi mnie, czy to ku­pu­jesz, czy nie. Za wszystko inne za­pła­ci­cie wła­snymi pie­niędzmi, bo nie za­mie­rzam was już dłu­żej utrzy­my­wać.

Jak więk­szość dzieci mi­lio­ne­rów, i jego dzieci były do­brze za­opa­trzone i do pracy się nie gar­nęły, bo wła­ści­wie nie miały po co. Dla­tego onie­miały. Jak to nie za­mie­rza ich utrzy­my­wać?

Na ta­kie po­sta­wie­nie sprawy można było tylko nie za­re­ago­wać, li­cząc, że ja­koś się to ro­zej­dzie po ko­ściach, bo każda re­ak­cja pro­wa­dziła do cięż­kich fi­nan­so­wych kon­se­kwen­cji. Mo­gli je­dy­nie uda­wać, że nic nie zo­stało po­wie­dziane.

- Ale kim ona jest? - za­py­tał je­den z sy­nów.

- To Jo­wita, pra­co­wała w fa­bryce - od­po­wie­dział Wik­tor dum­nym gło­sem.

- Jo­wita? - To szcze­gólne imię za­sko­czyło śred­niego syna. Wy­glą­dał na za­szo­ko­wa­nego.

- Jo­witko! Chodź, ko­cha­nie, do nas! - za­wo­łał Wik­tor w kie­runku ko­ry­ta­rza, kiedy wszy­scy sia­dali już na skó­rza­nych ka­na­pach przed ko­min­kiem.

Po chwili do po­miesz­cze­nia we­szła diwa. No taka diwa z za­dat­kami na dziwkę. Piękna ko­bieta w ele­ganc­kich ciu­chach, pach­nąca wręcz osza­ła­mia­jąco. Zro­biona tak, jakby wy­cho­dziła wła­śnie na bal.

- Czego po­trze­bu­jesz, dziu­beczku? - za­py­tała od progu. - Bo ja się wy­bie­ram na spa­cer, do­łą­czę do was po­tem. A, i za­pro­si­łam dwie moje ser­deczne ko­le­żanki, żeby mieć z kim po­ga­dać i wam w spra­wach ro­dzin­nych nie za­wra­cać głowy. - Uśmiech­nęła się słodko i wy­szła.

Wszyst­kich za­mu­ro­wało.

- Miała być prze­cież ro­dzinna im­preza? - za­py­tała żona naj­star­szego syna.

- I bę­dzie. - Wik­tor wy­raź­nie do­sko­nale się czuł w skó­rze bu­rzy­ciela pla­nów swo­ich sy­nów.

- Ale ona so­bie za­pro­siła ko­le­żanki! Na na­szą ro­dzinną im­prezę! - burk­nęła młod­sza sy­nowa.

- Oj, za­mknij się! Im­preza nie jest wa­sza, tylko moja - wark­nął Wik­tor na­gle zmę­czo­nym gło­sem. - Jo­witka jest u sie­bie, ma prawo!

- Jak to jest u sie­bie?! A my?! - pi­snęła sy­nowa. - Prze­cież...

Układy ro­dzinne w do­mach za­moż­nych lu­dzi są spe­cy­ficzne. W do­mach bied­nych też, ale to zu­peł­nie inna spe­cy­fika.

W ro­dzi­nie bie­daka czło­wiek li­czy każdy grosz i oszczę­dza każdy kęs i nie, wcale od tego nie jest lep­szy ani od tego ro­dziny bar­dziej nie ko­cha, ale za­zwy­czaj przy­naj­mniej nie czeka na ni­czyją śmierć. Ow­szem, cza­sem ją po­wo­duje, ale nie dla pie­nię­dzy, na li­tość bo­ską, lecz dla spo­koju, wódki albo ka­wałka me­trażu oraz dla ze­msty, a to co in­nego.

U bo­ga­tych za­wsze wcho­dzi w grę spa­dek. Spora fi­nan­sowa nie­za­leż­ność i wa­ka­cje na Ba­ha­mach.

Przy ta­kich ukła­dach można cze­kać na czy­jąś śmierć.

Za ta­kie coś można na­wet za­bić.

***

Jo­wita wy­szła przed dom, prze­szła po dróżce do wyj­ścia, okrą­ża­jąc prze­klętą rzeźbę i roz­bity nie­opo­dal na­miot z kil­koma wy­pa­lo­nymi dziu­rami w tro­piku.

- Hej! - za­wo­łała. - Znów was pod­pa­liła?

- No wła­śnie tak. - Chło­pak wes­tchnął. - Zu­peł­nie nie umiemy ob­li­czyć pro­mie­nia ra­że­nia, te oczy są nie­równe! Nie wiemy, co ro­bić. Prze­cież nie spro­wa­dzimy tu fi­zy­ków kwan­to­wych, a i tak nie wia­domo, czy to by coś dało.

Z na­miotu wyj­rzała dziew­czyna z na wpół spa­lo­nymi wło­sami.

- Rzeźba? - za­py­tała Jo­wita.

- Rzeźba - od­po­wie­działa dziew­czyna, ki­wa­jąc głową.

- Wie­cie co? Za­pra­szam was na im­prezę uro­dzi­nową męża, przyjdź­cie, bę­dzie do­bre je­dzonko!

Słowo "je­dzonko" w ustach żony króla pasz­tetu spo­wo­do­wało dys­kom­fort, a na­wet po­płoch u dziew­czyny. Chciała się z tego wy­mik­so­wać.

- Ja nie mogę, od pasz­te­tów mam wzdę­cia, a sal­ce­son po­wo­duje u mnie zgagę - usi­ło­wała się wy­mi­gać, ale jej się to nie udało.

- Ależ skąd! Bę­dzie do­bry ca­te­ring, już ja się o to po­sta­ra­łam, bądź­cie za pół go­dziny, no ale prze­suń­cie gdzieś na­miot, żeby się do wie­czora nie za­pa­lił. Jesz­cze tu tylko straży po­żar­nej bra­kuje.

Sły­sząc to za­pew­nie­nie, chło­pak i dziew­czyna na­wet się ucie­szyli.

Przy­je­chali tu z uczelni (choć uwa­żali to za zsyłkę i tro­chę mieli ra­cję), żeby ob­ser­wo­wać dzia­ła­nie prze­klę­tej rzeźby, którą wła­ści­ciel odzie­dzi­czył po po­przed­nim wła­ści­cielu po­sia­dło­ści. Albo do­stał. Albo nie wia­domo co, bo nie był w sta­nie po­wie­dzieć, ani co to jest, ani skąd się wzięło, ale było bar­dzo psy­cho­de­liczne i do­da­wało splen­doru po­sia­dło­ści.

Gdyby nie skłon­no­ści pi­ro­mań­skie, by­łoby czymś ge­nial­nym.

Rzeźba przy­po­mi­nała nieco pal ofiarny, taki in­diań­ski, ewen­tu­al­nie po­sąg Świa­to­wida, ale gruby. Niby nie była szcze­gólna, ale miała mnó­stwo oczu. Oczy te były roz­siane po ca­łej po­wierzchni z każ­dej strony, nie­rów­no­mier­nie od góry do dołu. Były wklę­słe, sre­brzy­ste, bar­dzo, bar­dzo wy­po­le­ro­wane. Od czasu do czasu coś pod­pa­lały, ale że pod­pa­le­nia za­le­żały od ilo­ści i mocy pro­mieni sło­necz­nych oraz od tego. co stało aku­rat na ich dro­dze, rzeźba miała na su­mie­niu kota (uciekł), su­kienkę ku­charki (ucie­kła), oponę (od­je­chała) i całą grządkę ze­schłego łu­binu. Grządki nie ucie­kają, więc wi­dok był spek­ta­ku­larny.

Ostat­nio pod­pa­le­niom ule­gał na­miot, bo ni­gdy nie było wia­domo, jak da­leko się­gnie i z któ­rej strony po­jawi się za­gro­że­nie.

Rzeźba była dzi­waczna i wzbu­dzała mnó­stwo kon­tro­wer­sji nie tylko w domu wła­ści­ciela, ale też w oko­licy. Lu­dzie cze­goś ta­kiego nie lu­bią. Po pierw­sze wy­glą­dała ko­smicz­nie, po dru­gie miała ko­smiczne oczy, po trze­cie mo­gła pod­pa­lać, czyli mu­siała mieć ja­kieś spe­cjalne moce. Może miała na­wet 5G, ale 5G jesz­cze ja­koś by wszy­scy znie­śli, go­rzej, że nie­któ­rzy uwa­żali ją za pa­lec de­mona, no ale pa­lec każdy jesz­cze by ja­koś prze­łknął.

Nie­stety nie­któ­rzy uwa­żali, że jest to de­mo­niczne przy­ro­dze­nie. i nic nie po­ma­gały tłu­ma­cze­nia, że na­wet de­mony nie mają oczu na przy­ro­dze­niu, dla­tego wła­ści­ciel zgo­dził się na mie­sięczny po­byt stu­den­tów ba­da­ją­cych to cudo, żeby po­ka­zać w oko­licy, że "za­mie­rza coś z tym zro­bić".

Lu­dzie go za to jesz­cze bar­dziej po­lu­bili.

Zresztą ogól­nie, mimo że był mi­lio­ne­rem, był ra­czej lu­biany. Nie sa­dził się, nie uda­wał, był swój. Był swoj­ski jak pasz­te­towa i co­dzienny jak sal­ce­son, był nor­malny jak ka­szanka z grilla i zwy­czajny jak kieł­basa, ta zwy­czajna.

Te­raz miało to dla niego zna­cze­nie, bo za­sta­na­wiał się nad star­tem w wy­bo­rach na bur­mi­strza.

Dwoje stu­den­tów dziel­nie stu­dio­wało dzi­waczną rzeźbę, choć na­prawdę nic im z tego nie wy­cho­dziło ani, prawdę po­wie­dziaw­szy, nie mieli po­my­słu na te dzi­waczne ba­da­nia.

- No ale nie bę­dziemy prze­szka­dzać? - za­py­tała dziew­czyna. - Sły­sze­li­śmy, że to im­preza ro­dzinna.

- I do­brze sły­sze­li­ście, ro­dzinna, mnie nie bę­dzie­cie prze­szka­dzać, a im? Cóż, nie wiem, ale po­dej­rze­wam, że tak, tyle że to ja was za­pra­szam, a ja je­stem pa­nią domu. Zresztą będą też moje ko­le­żanki. To dla mnie ważne. Ina­czej bym się z tymi jego sy­nami za­nu­dziła na śmierć.

***
Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki