Słowo wstępne
Przejście Wenus to książka o astronomicznym rozmachu: wyrazista, odległa i olśniewająca jak ciało niebieskie. Podczas pierwszej lektury arcydzieło Shirley Hazzard natychmiast wciąga nas w świat, którego język i styl zapierają dech i porywają czytelnika w nurt tak silny, że nie sposób z nim walczyć. Przy drugim, trzecim i kolejnych czytaniach dostrzega się staranną orkiestrację ech i rytmów, dyskretne użycie zapowiedzi i wszechwiedzącej ironii, które za każdym razem na nowo zdumiewają. To książka - podobnie jak Miasteczko Middlemarch George Eliot, Do latarni morskiej Virginii Woolf czy The Blue Flower Penelope Fitzgerald - do której wracam co roku, odkąd odkryłam ją jako dwudziestoparolatka, gdy zaczęłam pisać. Choć przeczytana już tak wiele razy, wciąż budzi we mnie niepokój na równi z podziwem.
Najjaśniejszym z elementów nadających tej książce zarówno aurę dziwności, jak i moc przekazu jest styl prozy Shirley Hazzard, całkiem odmienny od prostszych i bardziej realistycznych zdań z jej wcześniejszych powieści: The Bay of Noon (1970), People in Glass Houses (1967) czy The Evening of the Holiday (1966), jak również z jej zbioru opowiadań Cliffs of Fall (1963). W ciągu dziesięciu lat, które upłynęły między jej trzecią powieścią a Przejściem Wenus, w twórczości Hazzard nastąpiła rewolucja. Dialogi ukryły się w narracji i są przeważnie relacjonowane, a ich słowa przytaczane są tylko w przebłyskach, gdy są ważne lub mają mocno i dokładnie zapaść w pamięć. Zwięzłe frazy cechuje swoista ekonomia, czasem polegająca na przykład na przeniesieniu czasownika do drugiej połowy zdania. Wiele zdań nagle się urywa, kończąc się najmocniejszym słowem. Książka zaczyna się tak: "Zanim zapadła noc, nagłówki krzyczały o spustoszeniu. Niebo w bezchmurny dzień po prostu nagle opadło jak markiza". "Spustoszenie" to słowo o potężnym oddziaływaniu, a "markiza" to obraz konkretny - barwny i nieoczekiwany. W kolejnych zdaniach budowany przez pisarkę świat nabiera kształtu: jest lato w Anglii, rok, w którym trwa wojna koreańska, złowieszczo ciemne niebo przecina gałęzista błyskawica, pada deszcz. "Każdy nerw - bo nawet w stodołach, taczkach i innych przedmiotach bez tkanek rozwijał się w tych chwilach układ nerwowy - czekał w fatalistycznym zawieszeniu. W ruchu był tylko ów samotny mężczyzna, który parł pomimo przeszkód ku jednemu celowi". Już w czterech pierwszych akapitach autorka wykazuje znakomite panowanie nad tekstem.
Głos autorski musi być w tej powieści tak mocny, bo to tragedia krążąca wokół idei losu, czasu, tajemnic, istoty prawdziwej dobroci, przejściowej natury miłości. Ted Tice (jak się wkrótce przekonamy, to on jest ową drobną ruchomą postacią idącą w deszczu przez angielski krajobraz) powie później: "tragedią nie jest miłość nietrwała, lecz raczej ta, która trwać nie przestaje". Cała ta historia w olśniewający sposób opowiada o takiej właśnie tragicznej miłości. Gdyby nie została przedstawiona głosem tak stanowczym, chłodnym i wszechwiedzącym, szybko mogłaby popaść w ckliwy sentymentalizm. Shirley Hazzard jest jednak na sentymentalizm zbyt błyskotliwa; prowadzi narrację cierpliwie i mądrze. Ukazuje nam niemal całe życie swoich bohaterów, często w bolesnych migawkach lub scenach, a tworzone przez nią obrazy składają się na muzyczną fugę zagraną sotto voce.
Postać Wenus, bogini miłości, powraca kilkakrotnie: w rozmowie o odkryciu Australii przez kapitana Cooka, który zboczył z kursu, by zaobserwować rzadkie zjawisko przejścia owej planety przez tarczę słoneczną, później w przelotnej uwadze, w której ktoś złośliwie komuś wytyka, że nie jest Wenus z Milo. Postać Wenus pojawia się raz jeszcze w opisie starej rezydencji - zmysłowe malowidła Rubensa zabito deskami w czasie drugiej wojny światowej, gdy budynek służył za bazę wojskową: "siedzieli tu dowódcy w mundurach polowych, na ścianie wisiała mapa Francji, zasłaniająca z kolei deski, którymi zabito rozpięte na murach draperie i lśniące części ciała, tak że w istocie Mars pokrył Wenus". Jest tu sprytna gra słów - na poziomie dosłownym mówi o zasłonięciu, ale budzi też skojarzenia z kryciem klaczy przez ogiera. Głos wszechwiedzącego narratora, choć dobiega z oddali, bywa przebiegły i rozbawiony, a momentami prześmieszny.
Mam hipotezę, że humorem Shirley Hazzard naznaczony jest również sam tytuł powieści. Fraza The Transit of Venus [Przejście Wenus] w szybkiej wymowie brzmi jak Transitive Venus [Przechodnia Wenus]: młoda i niepokorna Australijka Caro, odważna i inteligentna, o potencjale pozwalającym jej na wszystko, znajduje życiowe spełnienie tylko w serii związków miłosnych, począwszy od nieodwzajemnionych uczuć Teda Tice'a, poprzez relacje z dramatopisarzem Paulem Ivorym i Adamem Vailem, a kończąc znów na Tedzie. To Wenus przechodnia w sensie gramatycznym: być może wbrew własnej woli nie jest dopełnieniem, lecz raczej czasownikiem takiego dopełnienia wymagającym. Jej miłość jest przechodnia również w sensie matematycznym: relacja między elementami tworzy sekwencję. Wielką niespodzianką tej książki jest poświęcanie uwagi miłosnym katuszom bohaterów, po których czytelnik nie spodziewa się namiętności, wydają się bowiem zbyt rozsądni lub zbyt nudni, żeby doświadczać mrocznej tajemnicy romansu. Christian Thrale to człowiek trzeźwy, samolubny i pozbawiony wyobraźni, dopóki nie przydarzy mu się miłostka z Cordelią Ware, sekretarką przydzieloną mu na zastępstwo. Jego żona, a zarazem siostra Caro, czyli słodka i niewinna Grace Thrale jako kobieta w średnim wieku, całkiem zadowolona z życia zamożnej przedstawicielki klasy średniej, popada w szaloną tęsknotę za Angusem Dance'em, lekarzem jej syna. Tym samym narracja łagodnie i roztropnie wskazuje, że nie da się przewidzieć burz, które mogą nagle zawładnąć sercami innych ludzi. Strzała miłości trafia tam, gdzie ją wycelują kapryśni bogowie. Jak zauważa narrator: "Jeśli ma się wystarczającą wiedzę, antypatia rzadko bywa ostateczna". Podobnie zresztą jak założenia dotyczące potencjału, siły, pożądania i współczucia.
Humor u Shirley Hazzard najpełniej jednak przejawia się w charakterystyce postaci. Caro i Grace po śmierci rodziców w wypadku na morzu wychowała ich siostra przyrodnia, okropna Dora. Widzimy ją w takiej oto scence "siedziała na rogu koca i wyczekiwała jakiegoś zadania, które mogłoby ją napawać odrazą". Należy do osób, "które wciskają się razem z tobą w ciasną przegródkę drzwi obrotowych, twierdząc, że nie chcą robić kłopotu". O względy Paula Ivory'ego rywalizuje z Caro wyniosła arystokratka Tertia Drage; traktuje ona rzeczy "z karzącą gwałtownością, jakby nie widziała powodu, by pobłażać krnąbrnemu światu. Złość odczuwana czasem przez każdego wobec przedmiotów martwych, gdy się przewracają lub stawiają opór, w jej przypadku była permanentna". Jej matka snobka natomiast "przygniatając wzdętą błękitem tapicerkę sofy [...], stała się teraz stworzeniem zbyt ciężkim dla otaczającego je żywiołu, jak kormoran na falach". Major Ingot2 (nazwisko godne prawdziwego łajdaka!), który ożenił się z Dorą i na niedługi czas zabrał ją z życia sióstr, by ją na koniec porzucić, a przy okazji spróbować ogołocić z pieniędzy, miał "wielkomiejskie brzuszysko i obwisłe różowawe policzki. [...] Gładką czaszkę przecinały pasma włosów sczesanych na czubek; oczy w kolorze urażonego błękitu mogłyby należeć do pijanego dziecka". Kariera sztywnego i nieżyczliwego Christiana Thrale'a opisywana jest językiem bezosobowym: "Pozycja zawodowa Christiana rosła. Zaglądający do piekarnika jego kariery komentowali: "Jego pozycja rośnie", jakby była ciastem czy bochenkiem chleba".
To humor oparty na bliskiej obserwacji i poetyckiej precyzji. Życie Shirley Hazzard przenikała literatura: jej mężem był wybitny tłumacz, krytyk, powieściopisarz i biograf Francis Steegmuller. Razem czytywali sobie na głos przy śniadaniu "nieustannie Szekspira, ale też stale Don Juana Byrona, wszystko, na co tylko mieliśmy ochotę. Amours de voyage Clougha, Raj utracony Percevala Gibbona. Poezja to najdłużej trwająca przyjemność w moim życiu. Dosłownie i w przenośni ocaliła mi życie i umożliwiła rozwój wewnętrzny" - mówiła Shirley Hazzard w wywiadzie dla "The Paris Review", który przeprowadził J.D. McClatchy3. Literatura miała się też okazać przydatna w relacjach - swojego męża pisarka poznała na przyjęciu wydanym przez Muriel Spark, a Grahama Greene'a, z którym przyjaźniła się przez wiele lat - w kawiarni, gdy usłyszała, jak ten usiłuje sobie przypomnieć zakończenie wiersza Roberta Browninga.
Shirley Hazzard od wczesnego dzieciństwa kochała książki. Urodziła się w roku 1931 w Sydney, wychowywali ją rodzice, których opisywała jako osoby "zranione, samolubne": ojciec dużo pił, ale funkcjonował na tyle dobrze, by grać w golfa, należeć do klubu i mieć jacht, a matka, choć "uderzająco piękna", cierpiała na nieleczoną depresję maniakalną. (Postać Dory jest naprawdę okropna, lecz Hazzard w wywiadzie dla "The Paris Review" powiedziała, że jest w niej "niewielka doza mojej matki - niszczycielki uważającej się za wieczną ofiarę"). W ramach ucieczki ich córka w wieku czterech lat zaczęła płynnie czytać i wkrótce stała się dzieckiem, które miało "na stronie przed sobą dowód istnienia innych światów, innych powiązań", przez co historia własnej ojczyzny kojarzyła jej się tylko ze "smutną brązową książeczką opowiadającą o nieudanych wyprawach i zmarłych śmiałkach, którzy próbowali stworzyć mapy australijskiego interioru", a cały kontynent zdawał się "miejscem, z którego chce się uciec".
W wieku lat szesnastu Shirley Hazzard przeniosła się z rodziną do Hongkongu, gdzie nie kontynuowała formalnej edukacji, lecz zaczęła pracować dla brytyjskiego wywiadu. Tak opowiada o tym okresie: "młodzi angielscy oficerowie znali języki azjatyckie, walczyli na wojnie, byli mądrzy i zabawni. A ja mogłam grać tylko jedną kartą: literacką. Ich wszystkich przepełniała poezja i mnie też. Byliśmy chodzącymi antologiami"4. Mniej więcej w tym okresie Shirley Hazzard przeżyła pierwszą wielką miłość, a zapierającą dech w piersiach siłę tego doświadczenia można odnaleźć w Przejściu Wenus. Później pracowała w Nowej Zelandii oraz przez dziesięć lat w Organizacji Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku - na tym okresie bazowała, pisząc dwa mocno polityczne reportaże: Countenance of Truth i Defeat of an Ideal. W późniejszych latach mieszkała w Londynie, Paryżu, Neapolu i na Capri, a każde z tych miejsc starannie opisywała.
W roku 1960, gdy wciąż była zatrudniona w Nowym Jorku, lecz przebywała akurat na wakacjach we Włoszech, wysłała swoje opowiadanie do Williama Maxwella z "New Yorkera". Przyjęto je do publikacji i stało się jej debiutem literackim. Choć napisała tylko jeden zbiór krótkich form, zatytułowany The Cliffs of Fall, pokazała w nich absolutne mistrzostwo. Mówiła: "Uwielbiam formę opowiadań i wciąż za nią tęsknię"5. Niektóre rozdziały z Przejścia Wenus były publikowane w "New Yorkerze" jako samodzielne utwory, upodobanie pisarki do tej formy literackiej widać też zresztą w precyzyjnym i zaskakującym kształcie rozdziałów oraz w zabawie planami czasowymi.
Shirley Hazzard jest mi bardzo bliska, bo podobnie jak ona odczuwam głęboki związek z poezją. Przez pewien czas uważałam się nawet za poetkę. Podobnie jak wielu innych powieściopisarzy, którzy zaczynali od poezji, czuję ekscytację, gdy trafiam na twórczość kogoś, kto buduje doskonałe zdania o precyzyjnej sile rażenia. Zwykle czytam szybko, ale w przypadku dzieł Shirley Hazzard muszę zwalniać, żeby należycie się nimi delektować. Tak dobrej prozy nie powinno się czytać w pośpiechu: choć zdania brzmią lekko, bogactwo treści poraża, a prozodia jest wyśmienita. Większość postaci w tej książce ma jednosylabowe nazwiska, jak tupnięcie nogą: Bell, Tice, Vail, Thrale, Dance, Ware. W ten sposób mocno zaznaczają swoją obecność. Shirley Hazzard z poezji czerpie też zrozumienie, jak budować tekst, żeby pod powierzchnią fabuły narastały i przesuwały się sensy. To książka o konstrukcji muzycznej: ulotne chwile przeobrażają się i są ukazywane z różnych stron. Ulewa i powódź z pierwszych stron powrócą znacznie później, gesty ukażą się w nowych odsłonach, anioł namalowany na desce pojawi się w kolejnych mieszkaniach i domach, ten sam samolot wielokrotnie wystartuje, lecz nie zobaczymy jego lądowania. Dobro zostanie odnalezione w milczeniu utrzymywanym przez dekady dzięki niezwykłej sile woli. Śmierć kluczowej postaci wspomniana przelotnie i beznamiętnie w rozdziale drugim nabierze pełnej mocy dopiero w ostatnich wersach powieści.
Przykładem zdumiewającego kunsztu pisarki jest fragment, w którym w trakcie okropnego, drętwego przyjęcia narrator odsłania ukrytą ranę w duszy Charmian Thrale, matki Christiana, umieszczając w nawiasie taki oto ustęp:
(W roku 1916, w trakcie bitwy nad Sommą, Charmian Playfair, pracująca ochotniczo jako sanitariuszka, trafiła do zespołu ratowniczego na Victoria Station w Londynie, dokąd wagony szpitalne przywoziły rannych. Załadowana karetka toczyła się po ciemnych ulicach, wioząc przykrytych kocami mężczyzn, którzy z nieskazitelnej gazetowej anonimowości "osób rannych" nagle wcielali się w jęczących, milczących lub dzielnych mieszkańców konkretnego rozszarpanego ciała. Dziewiętnastolatka zamknięta z tymi widmami w rozkołysanym mroku przykładała dłoń do delikatnego gardła, lecz uwijała się, jak umiała najlepiej. Wśród szarych koców i czerwonych, rdzawych lub poczerniałych bandaży podawała wodę i odpowiadała na pytania. Jej rówieśnik szeptał tak cicho, że musiała się pochylić, aż ich twarze niemal się zetknęły: "Zimno. Tak mi zimno w stopy". Odparła, starając się brzmieć fachowo: "Już się tym zajmuję". Odwróciła się, by poprawić koc, i odkryła, że on nie ma stóp).
Echo tej daremnej troski o stopy odnajdujemy dużo później w książce: Charmian Thrale już jako starsza kobieta odwiedziła w szpitalu umierającego męża, stanęła przy łóżku "i delikatnie dotknęła zarysu jego stóp, po czym przykryła je kocem". To książka traktująca bohaterów z czułością, jakby chciała złagodzić ból, który nieuchronnie zostanie im zadany przez upływ czasu.
W trakcie ostatniej lektury Przejścia Wenus uderzyło mnie, że tylko w najbardziej oczywistej warstwie opowiada ona o miłości, lecz być może na głębszym i subtelniejszym poziomie mówi o władzy. Michelle de Kretser - również australijska powieściopisarka - w wydanym jako książka eseju o Shirley Hazzard trafnie spostrzega:
W Przejściu Wenus - tej wielkiej opowieści obserwacyjnej - "antypodyczny" sposób patrzenia jest opisany jako "świeże spojrzenie nienaznaczone podejrzliwością". Antypodyczne spojrzenie jest radykalne i przerywa "gładki przepływ akceptacji". Zwraca uwagę na to, co znormalizowano, aż stało się niewidzialne6.
Jeśli się patrzy antypodycznie, widzi się, jak pewne niekwestionowane zwyczaje i formy uprzywilejowania otwierają drogę do niesprawiedliwości. De Kretser zwraca uwagę na fragment z początku powieści, w którym Caro dostrzega ogromną szafę w rogu pokoju na górze i zamiast wyrazić podziw wobec zamożności przejawiającej się posiadaniem tak eleganckiego mebla, zastanawia się nad mozołem ludzi, którzy musieli to monstrum wnieść po schodach. Jej wzrok jest w naturalny sposób demokratyczny. Australia leży daleko od siedziby angielskiej władzy i przywilejów, a Caro to emigrantka: młoda i niezamożna kobieta bez wpływowej rodziny, pozostająca poza ściśle zhierarchizowaną strukturą warstw społecznych Wielkiej Brytanii, dzięki czemu wyraźnie widzi jej wady.
Między postaciami stale przepływa strumień dominacji i siły. Obserwujemy z podziwem, jak Caro, mimo niewysokiej pozycji społecznej, zdecydowanie obstaje przy tym, że sama siłą woli kształtuje swoje życie: "Proste przekonanie - że istnieją heroizm i doskonałość - narzucała zarówno sobie samej, jak i innym, aż w końcu ktoś ustępował: oni lub ona". Znaczną część tej międzyludzkiej walki stanowi siła seksualna: Paul Ivory chce uwieść Caro w ramach niemądrej brawury, lękowej rywalizacji z człowiekiem, który mógłby go zniszczyć. Caro usiłuje wpłynąć na swój los, gdy przed ślubem Paula idzie z nim do łóżka i nagle pod okno zajeżdża samochodem jego narzeczona Tertia. Paul w koszuli i krawacie, lecz nagi od pasa w dół, podchodzi do okna w pokoju, w którym przed chwilą kochał się z Caro, i zaczyna rozmawiać ze stojącą na zewnątrz kobietą, ale "po zesztywniałych nagle kończynach Tertii zorientował się, że stoi przy nim Caro".
Wiedział, że podeszła do niego od tyłu i stała teraz w oknie u jego boku. Jej nagie ramię, doskonale wyniosłe, dotykało jego ramienia. Nie odwrócił się, lecz - jakby sam był Tertią Drage - widział nagą Caro, która stoi przy nim w tym wysokim oknie i patrzy w dół; patrzy w dół na nich oboje. Stał razem z Tertią, a Caroline Bell patrzyła na nich z góry, z dłonią opartą o parapet. Nie miała na sobie nic poza małym, okrągłym zegarkiem.
Widzimy, jak czas na chwilę się zatrzymuje, obserwujemy panikę Paula, gdy jego myśli się zacinają i krążą wokół tych samych słów i zdań. Lecz spokój prezentowany w tej chwili przez Caro oraz jej ekscytujące zaznaczenie władzy seksualnej nad Paulem wobec Tertii kończą się porażką; Caro zostaje sama, upokorzona, porzucona dla lepszej partii.
Później Caro potwierdza swoją seksualną władzę nad Tertią, kontynuując romans z żonatym już Paulem, on zaś usiłuje się pogodzić z tym zakłóceniem równowagi sił między nimi, postrzegając dziewczynę jako fizycznie bezbronną:
Rozchylił jej sukienkę, a obnażona smuga ciała w zestawieniu z odzieżą zewnętrzną wydała się dziwnie szokująca (...). W odróżnieniu od wielu obrazów Caroline Bell, które Paul Ivory usiłował później zachować, ten wbił mu się mocno w pamięć: naga ściana, schody w górę i w dół, czerwona sukienka i rozbłysk jej piersi, którą z całą powagą pozostawiła odsłoniętą, niczym wyznanie.
Caro nabiera nowej wartości w świecie, gdy wychodzi za mąż za Adama Vaila (jest wówczas "nieznanym dotąd dziełem właśnie przypisanym wielkiemu mistrzowi"); to najsilniejszy człowiek w tej książce, cechuje go bowiem etyczna czystość skłaniająca do podejmowania humanitarnych wysiłków, nawet jeśli są to sprawy skazane na porażkę. Cechuje go również bezwstydny potencjał, Vail jest bowiem tak zamożny, że nawet Tertia mu tego zazdrości: "apartamenty wytapetowane Picassem, jachty, limuzyny, prywatne odrzutowce". Do tego dochodzi jeszcze kluczowa wiedza skrywana przez Teda Tice'a, który mógłby ją wykorzystać, by zaspokoić pragnienie serca, oraz to, co najbardziej druzgocące: przejawiana przez niego ogromna, szlachetna moc miłosierdzia, dzięki której Tice przez dekady zachowuje tę wiedzę dla siebie. Tylko czas jest potężniejszy niż wszystkie inne formy miłości ukazanej w tej książce. Pod jego ciężarem muszą się bowiem ugiąć nawet osoby tryskające życiem.
Zarazem jednak to właśnie czas zostaje zręcznie zatrzymany przez Shirley Hazzard w tej wspaniałej powieści - i mam tu na myśli czas poza książką, ten szalony, krzykliwy, wybuchowy czas naszego współczesnego życia, które czytelnik odkłada na wiele godzin potrzebnych, by udać się w podróż od burzowego początku aż do końca. Jestem wdzięczna za mistrzostwo pisarki, jej głos, subtelny warsztat, poezję. To książka do kontemplowania, dzielenia się, omawiania z mądrymi przyjaciółmi w długie wieczory przy butelce wina. To książka, która mocą swoich obrazów przez lata po cichu wraca do głowy. W kształcie nieotwartego słoiczka pasty drożdżowej marmite kryje się obraz odwagi w obliczu śmierci oraz bezduszności bezmyślnych dzieci. Sylwetka stojącej u szczytu schodów dziewczyny o twarzy skrytej w cieniu sygnalizuje początek czegoś przerażającego, wspaniałego, tak wielowymiarowego jak samo życie.
Lauren Groff
1
Zanim zapadła noc, nagłówki krzyczały o spustoszeniu.
Niebo w bezchmurny dzień po prostu nagle opadło jak markiza. Konary drzew zamarły w purpurowej ciszy, a zboża na polach stanęły dęba niczym zjeżone włosy. Co tylko nosiło ślad świeżej białej farby, wyłaniało się z grajdołków i pagórków lub wrzynało w pobocze smugą płotów. Zdarzyło się to niedługo po godzinie dwunastej w letni poniedziałek na południu Anglii.
Aż do następnego ranka w gazetach pojawiały się gdzieniegdzie drobne wzmianki, jeśli znalazło się akurat miejsce dzięki lukom w informacjach o wyborach, okrutnych zbrodniach i wojnie koreańskiej - zerwane dachy i ogołocone sady podawano w liczbach i areałach, na koniec jedynie wspominano krótko o zwłokach w miejscu, gdzie zmiotło most.
O tej właśnie południowej porze pewien człowiek pomału wkraczał w krajobraz rozświetlony gałęzistą błyskawicą. Całą tę scenę, w którą wchodził od lewego rogu, przepełniało niemal ludzkie wyczekiwanie. Każdy nerw - bo nawet w stodołach, taczkach i innych przedmiotach bez tkanek rozwijał się w tych chwilach układ nerwowy - czekał w fatalistycznym zawieszeniu. W ruchu był tylko ów samotny mężczyzna, który parł pomimo przeszkód ku jednemu celowi.
Rolnicy przemieszczali się metodycznie: prowadzili zwierzęta i pchali maszyny ku schronieniu. Za horyzontem prowincjonalne ulice wraz z pierwszymi kroplami ogarnęło szaleństwo. Wycieraczki szurały po szybach, a ludzie uchylali się i rzucali do ucieczki, to w jedną, to w drugą stronę. Paczki wciskano pod płaszcze, nakrywano gazetami świeże fryzury. Środkiem katedry pędził pies. Rozemocjonowane dzieci uciekały z placów zabaw, łomotały okna, trzaskały drzwi. Gospodynie biegły, krzycząc "Moje pranie!". Ziemię od nieba oddzieliła nagle pręga światła.
Właśnie wtedy mężczyzna doszedł do ścieżki i się zatrzymał. Ponad nim na wysokim łuku wzgórza stały w sporych odstępach cztery stare domy; niczym przyciski do papieru przygniatały wydymającą się ziemię. W miasteczku podano mu ich nazwy - nie nazwiska właścicieli, lecz nazwy budynków. Nagie mury z płowej cegły z jednej strony pokrywał bluszcz, jak pionowa tafla zielonej murawy. Na tle lasku wyróżniał się dom czwarty: największy i najbardziej wysunięty do przodu, niczym przywódca.
Mężczyzna przyglądał się w zdecydowanym zwrocie własnego bezruchu, jakby na wielkim zegarze dostrzegł wskazówkę opadającą na jego oczach ku kolejnej godzinie. Skręcił z drogi przy pierwszej fali deszczu i wichury, postawił walizkę na ziemi, zdjął przemoczoną czapkę, otrzepał ją o biodro i wcisnął do kieszeni. Włosy podniosły mu się jak kłosy między podmuchami wiatru, ale podobnie jak one zaraz znów opadły, przemoknięte. Zaczął w deszczu wspinać się na wzgórze, miarowo, bez cienia żałości. Raz tylko zatrzymał się, by spojrzeć w tył na dolinę - czy raczej nieckę, jak można by ją delikatniej, łagodniej nazwać. Przetaczały się nad nią kolejne salwy gromów, w górę i w dół, aż rozbrzmiewały w odpowiedzi pola sprężystych zbóż. Na przeciwległym wzgórzu stał zamek - szary, okazały, z wieżyczkami, doskonale wpisujący się w burzową aurę.
Mężczyzna zbliżył się nieco do najdalszego domu i znów się zatrzymał, patrząc nań ze zwykłym zainteresowaniem, jak przy pięknej pogodzie. Z odchylonej głowy woda spływała mu za kołnierz. Dom pociemniał, ale mocno stał w posadach. Przez dwa czy trzy stulecia Peverel przechodził drobne przebudowy, lecz zachował odpowiednią skalę i stosowne proporcje, jakby dla zasady; wszystko tu było spójne, odstawało tylko jedno powiększone wysokie okno - zamierzony frywolny defekt, jak przekłucie ucha, by je ozdobić kolczykiem.
Błoto spływało po żwirze i ubitej glinie. Rzędy przyciętego ligustru aż się trzęsły. Mężczyzna dobrnął do wejścia, jakby wychodził z morza, i pociągnął za dzwonek. Odgłos szybkich kroków mógł być też biciem jego serca. Drzwi otworzyła kobieta, którą uznał za starą. Gdyby sam był o kilka lat starszy, może awansowałaby w jego oczach na osobę w średnim wieku. Jej wiek wił się splotem gładkich siwych włosów, ujawniał w delikatności skóry i w postawie wyprostowanej, choć niewojowniczej. Zaprowadziła go do środka po posadzce świetnego dawniej holu. Oczy miała rozszerzone i przygasłe, jakby odkryła coś, o czym ludzkość przezornie woli nie wiedzieć.
Jakże spokojnie wymienili nazwiska, ignorując kipiel na jego plecach oraz przemoczone ubrania. Z taniej walizki na czarno-białą podłogę sączyła się pomarańczowa posoka, a Ted Tice zdjął płaszcz przeciwdeszczowy i powiesił go na stojaku, który mu wskazano. W chłodno wypucowanej i dobrze nawoskowanej przestrzeni rozszedł się ostry zapach mokrej wełny, skarpet i potu.
Wszystkie te powolne czynności zajęły kilka sekund, a w tym czasie dało się dostrzec, że hol był kolisty, że na stoliku obok tradycyjnej gazety stał wazon z różami, pod ciemnym obrazem oprawionym w złoto. Pod łukiem schodów otwarte drzwi ukazywały korytarz wyłożony perskim chodnikiem. A na schodach stała nieruchomo młoda kobieta.
Tice podniósł na nią wzrok, co było naturalnym odruchem. Spojrzał w górę, odrywając się od swoich mokrych butów, mokrej woni i pomarańczowej plamy wokół taniej walizki. Kobieta spojrzała w dół, wyniosła i sucha. Miał wrażenie, że ogląda jej ciało w pełnym wymiarze - jakby ją mijał od tyłu i widział jej mocny kręgosłup, czarne włosy rozdzielone wydatnymi kręgami karku, delikatne zagłębienie pod kolanem. Jej twarz kryła się w cieniu. Zresztą byłoby to zbyt gładkie, zbyt doskonałe, gdyby dało się zauważyć, że jest piękna.
- Rozglądałam się za Tomem - powiedziała i odeszła.
Ted Tice podniósł cieknącą walizkę: nowo przybyły, który musi mieć się na baczności. Wkrótce sam będzie się rozglądał za Tomem lub przynajmniej dowie się, dlaczego inni to robią.
- Mąż czuje się znacznie lepiej - oświadczyła Charmian Thrale. - Zejdzie na obiad.
Ted Tice miał przez lipiec i sierpień pracować z profesorem Seftonem Thrale'em, który czuł się znacznie lepiej. Tymczasem pani Thrale prowadziła przybysza po perskim chodniku; mijali stare fotografie i oprawiony list ze złotym herbem, jak również serię grafik przedstawiających brytyjskie porty. Potem zaś pani Thrale powinna powiedzieć "To pański pokój" i zostawić go samego.
Stała jednak w drzwiach, gdy kroczył po podłodze swojej nowej sypialni, by umieścić walizkę w miejscu, w którym mogła wyrządzić najmniej szkód.
- Za podwójnymi drzwiami na końcu korytarza jest bawialnia, gdzie zwykle siedzimy. Jeśli pan tam zaczeka, gdy będzie gotów, któraś z dziewcząt do pana zajdzie.
Tak jakby miał cierpieć z powodu samotności, podczas gdy ona niezmiennie go cieszyła.
Pani Thrale wspomniała też o łazience. Potem zaś powiedziała, że pójdzie już i nakryje do stołu. Z czasem i on miał się tego nauczyć - przemawiać pewnie i wychodzić z pokoju.
Przez pojedyncze niskie okno widział rozmazaną rozmaitość krzewów oraz zarys mokrego parkanu - wszystko ukośne, przycięte ramą, jak nieudana fotografia. Na szkle zostały resztki farby zaciemniającej. Sypialnię urządzono prosto, może dawniej nocował tu ktoś z wyższej służby. Tice pomyślał te słowa, "wyższa służba", nie wiedząc, co właściwie w swoim czasie znaczyły. Przysłano go tu, by pomógł wybitnemu choremu naukowcowi w podeszłym wieku napisać opinię na temat optymalnej lokalizacji nowego teleskopu; nie wiedział, czy sam aby nie należy do "wyższej służby". Był młody i biedny, miał też najlepsze referencje - jak guwernantka z dawnych opowieści, która przez małżeństwo wchodzi do rodziny szlacheckiej.
Rozłożył w różnych miejscach pokoju pogniecioną odzież i przetrząsał walizkę w poszukiwaniu grzebienia. Nawet jego mokre włosy wydzielały kasztanowy zapach. Na stole, na którym położył książki, stał mosiężno-porcelanowy przybornik z kałamarzem i dwoma piórami w drewnianych obsadkach. Usiadł, by zmienić buty, i mruczał pod nosem melodię, gdzieniegdzie podkładając słowa starej piosenki:
"Dmij, wietrze z południa, z południa, z południa,
Dmij, wietrze, nad morskim błękitem fal".
Potem zaś przyłożył pięść do ust i rozmyślał oraz patrzył w przestrzeń, jakby dopiero teraz wszystko zaczynało do niego docierać.
Pokój za podwójnymi drzwiami był równie zimny jak korytarz. Szpetnie wygodne krzesła, sztywna delikatna sofa, książki nie tyle stare, ile raczej podstarzałe, znów wazon z kwiatami. Wiatr drżał w przemarzniętym kominie, burza spływała wodospadem po wykuszowym oknie. Ted Tice usiadł na jednym ze sfatygowanych słoniowatych krzeseł i oparł głowę na zatęchłym pluszowym zagłówku, oszołomiony nowością sytuacji - zastanej i spodziewanej. Kiedyś mieścił się tu pewnie gabinet lub pokój poranny - wyrażenie "pokój poranny" to ta sama kategoria niejasnych odniesień literackich jak "wyższa służba". Gdzieś dalej znajdowało się większe pomieszczenie, koszmarnie trudne do ogrzania, więc "tymczasowo zamknięte". Wciąż używano tego wojennego określenia, choć nikt do końca nie wiedział, na czym owa tymczasowość teraz polega.
W kominku, pod pustym rusztem, leżał rząd pięciu czy sześciu równo ułożonych kawałków opiekanego chleba posmarowanego ciemną pastą i oprószonego popiołem.
Ted Tice nawykł do chłodu, siedział więc swobodnie, jakby w pokoju było ciepło. W obecności innych nie potrafił fizycznie okazywać beztroski, bo nie zaznajomił się jeszcze do końca z pełnowymiarową wersją swojego ciała, umysł miał jednak spokojny, bystry i zrelaksowany. Jego ciało natomiast wedle wszelkich przesłanek spodziewało się raczej innego mieszkańca. Podejrzewał, że z czasem jedno z drugim się pogodzi - miał się też z czasem dowiedzieć, że chleb w kominku służy do trucia myszy, a Tom to imię kota.
W zamkniętej książce leżącej obok krzesła tkwił ołówek, którym oznaczono miejsce. Ted Tice wziął ją do ręki i odczytał napis na grzbiecie: Zanoni. Powieść czcigodnego lorda Bulwera-Lyttona. Taka książka mogła spokojnie stać na półce w takim pokoju. Mniej prawdopodobne, że ktoś ją wyjął, otworzył i czytał.
Przez chwilę Ted Tice myślał, że do pokoju weszła dziewczyna ze schodów. Nie bez powodu tak sądził, bo były to siostry, choć ta była jasnowłosa i niższa.
- Jestem Grace Bell - odezwała się.
Młody człowiek wstał i znów podał swoje nazwisko oraz dłoń. Grace miała na sobie porządną, nową sukienkę z wełny w kolorze ciemnych róż. Oboje wiedzieli - nie dało się nie zauważyć - że dziewczyna wydała mu się piękna. Oboje jednak z powodu młodości udawali, że nic nie wiedzą ani o tej, ani o innych formach piękna.
- Długo kazano tu panu czekać.
- Nie zorientowałem się. - Choć przecież po jego stronie nie było żadnej winy.
- Pogasły światła. Posłano mnie, żebym pana sprowadziła.
Mężczyzna wcześniej siedział w ciemności spowodowanej burzą.
- Tędy. - Kobieta używała krótkich komunikatów.
Jej pewność siebie wskazywała, że od dziecka była śliczna. "Co za urocza dziewczynka", a potem: "Grace się przemienia, przeobraża w prawdziwą piękność". Uroda rozkwitała wewnątrz i na zewnątrz. Dopilnowano też lekcji obycia.
Mężczyzna podziwiał jej umiejętność gładkiego posuwania się naprzód, choć niemal jej deptał po piętach. Nie była pulchna, lecz sprawiała wrażenie osoby miękkiej i uległej. Jej sukienka - tkanina, krój - wydała mu się unikalna. Po raz pierwszy w życiu zwrócił uwagę, jak coś zostało uszyte, chociaż nieraz się krzywił na widok zbyt ekstrawaganckiej odzieży ludzi ubogich.
Ciemnoróżową sukienkę przesłał z Kanady drogą morską syn tego domostwa, urzędnik administracji rządowej, z którym Grace Bell była zaręczona. Miał jej przywieźć jeszcze jedną sukienkę, gdy wróci do Wielkiej Brytanii z konferencji w Ottawie, a potem mieli się pobrać.
Malutki psi kłębek o kształcie chryzantemy na widok dziewczyny znalazł się w siódmym niebie.
- Grasper, Grasper.
Pies skakał, oniemiały. Rozbrzmiał dzwonek. Grace otwierała drzwi. I nagle światła same się zapaliły, jak na scenie.
2
Dawało się dostrzec, że obie siostry łączyło konkretne wspólne doświadczenie, które, choć innym mogło się zdawać mało interesujące, uformowało je i nierozerwalnie ze sobą związało. Pewien ciężar, z jakim siedziały, jadły, mówiły, a nawet można by powiedzieć, że się śmiały. Swoista wymiana, której dokonywały, nie patrząc na siebie, a jednak tworząc parę. Spojrzenie ich oczu, spoczywające na kimś, na ścianie czy stole, oceniające sytuację z dystansu zdarzeń i uczuć: oczu jednakowo ciemnych, choć niekoniecznie jednakowo wyrazistych.
W zestawieniu z podobnymi rysami twarzy różnica w kolorze włosów tym bardziej zwracała uwagę. Nie był to zwykły podział na brunetkę i blondynkę, gdyż siostra imieniem Caro miała włosy wyjątkowo czarne i proste, o grubej, azjatyckiej strukturze, przez co Grace zdawała się jaśniejsza, niż była w rzeczywistości, i uchodziła za delikatniejszą i łagodniejszą wobec siły tej drugiej. Ludzie wyolbrzymiali tę jasność, by podział był klarowny: ta ciemna, ta jasna.
Caro, ubrana w sweterek dawniej chyba niebieski, nalewała wodę z dzbanka. Zakładało się w niej ufnie przyszłą urodę. Z wyglądu zdawała się wciąż niedokończona, jakby zabrakło objawienia, jakim bywa po prostu samoświadomość; Grace dla odmiany była dokończona, choć jeszcze niedopełniona. Uśmiechała się, gdy nakładała peklowaną wołowinę i ziemniaki, niewinnie ćwicząc rolę, w której mięso i warzywa będą rzeczywiście w jej gestii. Ted Tice zauważył na jej lewej dłoni pierścionek z brylantami. Najpierw jednak lojalnie wpatrywał się w Caro.
Caro niekoniecznie tu przynależała: czekała ją decyzja o tym, do którego stołu ma przynależeć. Dość młodo pojęła, że trzeba to zrobić. Dokonała też innego odkrycia, równie mało oryginalnego: że prawda żyje własnym życiem. Być może to właśnie w takich kierunkach płynęły jej pokłady energii, za którymi mogła podążyć jej uroda.
Pod wpływem lektur stała się niecierpliwa wobec naczelnej rozbieżności - między tym, jaki człowiek być może, a tym, jaki jest. Proste przekonanie - że istnieją heroizm i doskonałość - narzucała zarówno sobie samej, jak i innym, aż w końcu ktoś ustępował: oni lub ona. Rzadkie i mało prawdopodobne wyjątki sugerowały, że ona może mieć rację. Właśnie tym wyjątkom poświęcała całą uwagę. I chyba dla nich rezerwowała pokorę.
Po części dawało się to wyczytać z jej powierzchowności. Nie zaczęła jeszcze odgrywać roli, napawała się teorią. Zarazem jednak usta miała rozchylone, delikatne, podatne, istniało podejrzenie, że tak wyglądają, gdy śpi.
Na razie nie zwracali się do siebie przy stole, dziewczęta i młody mężczyzna. On z nieprzeniknioną prostotą słuchał starego astronoma, wybitnego naukowca siedzącego u szczytu stołu. Jego Eminencja: stercząca ponad blatem skamielina, na której w stosownych miejscach umieszczono kołnierzyk, krawat i okulary. Młodzieniec wraz ze starcem mieli odczytać horoskop świata. Zajęty grzecznym słuchaniem, Ted Tice mimo wszystko zdołał się prędko dowiedzieć, że dziewczęta pochodzą z Australii, że Caro zatrzymała się tu w oczekiwaniu na posadę w urzędzie administracji rządowej w Londynie i że syn przebywający na konferencji w Ottawie ma na imię Christian.
Mimo choroby wieńcowej senior wykonywał szybkie, zdecydowane ruchy - sprawnie sięgał po szklankę wody i odstawiał ją energicznym gestem. Pospiesznym ruchem przyciskał do rzeźbionych ust serwetkę, by nie tracić czasu. Ciach, ciach, ciach, ciach, ciach. Jakby siedział przy biurku, a nie przy stole w jadalni. Mówił też z palącym pośpiechem i zdążył już dojść do końca świata.
- Dopiero wasze pokolenie to odczuje. Dotąd istniała jeszcze jakaś forma struktury społecznej. Mówcie sobie, co chcecie. Osiągnęliśmy kres tego wszystkiego. I to właśnie was najbardziej to dotknie.
Z nagłym przypływem satysfakcji wskazał Tedowi i dziewczętom ich niemal karygodnego pecha. W ten sam sposób nowo przybyłym do deszczowego kurortu mówi się: "Aż do dziś mieliśmy piękną pogodę".
- Wcześniej panował jakiś globalny porządek. Mówcie sobie, co chcecie.
Czego oczywiście zrobić nie mogli.
Gdy Sefton Thrale wymawiał słowo "globalny", miało się wrażenie, że Ziemia jest okrągła jak gładka piłka lub biała i nijaka jak jajko. I trzeba było sobie przypomnieć o jej zdrowych i straszliwych rozpadlinach i wypiętrzeniach. Ukoić umysł myśleniem o Alpach, oceanie albo aktywności wulkanu.
Profesora nie zachwycał fakt, że Grace pochodzi z Australii. Za Australię należało przepraszać, właściwie stanowiła temat niemal nieprzyzwoity. Okolicznością łagodzącą mogła być jakaś nieposkromiona fortuna, którą tam zbito - na przykład na strzyżeniu owiec lub pól golfowych. Z Grace jednak nie wiązały się bajeczne posiadłości liczące wiele tysięcy akrów czy mil kwadratowych ani inne korzystne fanty. Przeciwnie, Grace obarczona była siostrą, a także siostrą przyrodnią, szczęśliwie akurat nieobecną z powodu wypoczynku na Gibraltarze. "Christianowi coś strzeliło do głowy - mawiał Sefton Thrale, sugerując naiwną nieudolność syna - i zaręczył się z Australijką". Po chwili zaś w akcie dobrej woli dodawał czasem, że Grace to wspaniała młoda dama, a on sam jest nią "w gruncie rzeczy" zauroczony.
Burza na razie się oddaliła. W świetle dnia twarz Teda Tice'a okazała się piegowata i złuszczona, jak odbicie turysty na słonej szybie nadmorskiego kiosku latem. Jego czoło przecinała nieznaczna pionowa rysa. Na jednym oku miał bliznę po ranie zadanej mu w dzieciństwie przez brata, gdy bawili się na podwórku kijem: lekka smuga, jak ślad paznokcia na świeżej farbie.
- Musztardy, panie Tice?
Profesor Thrale sądził, że w dzisiejszych czasach wręcz modnie jest być ubogim chłopakiem z obskurnego miasteczka, bystrym młodzieńcem, który dopchał się (co trąciło kombinatorstwem) na wspaniały uniwersytet i zrobił tam niezłe wrażenie. Tacy ludzie szybko idą naprzód, nic ich nie trzyma, mogą się nawet poświęcić, tak jak ten tutaj, nowym aspektom astronomii, rozwiniętym dzięki technikom radarowym z ostatniej wojny. Dość logiczne. Sefton Thrale wspominał artykuł, niczym ukłucie toczącej go choroby, gdzie podkreślano niezwykłość osiągnięć młodego Tice'a, którego uporu nie zniweczyły nietypowe przedsięwzięcia - badania nad radiacją w powojennej Japonii czy zamiar spędzenia nadchodzącej zimy w Paryżu w ramach współpracy z kontrowersyjnym fizykiem.
Sefton Thrale mówił sobie, że Ted Tice w końcu wyląduje w Ameryce. "Tam właśnie wyląduje" - ambicje młodego człowieka jawiły mu się jako wielka wyciągarka, na którą można zręcznie i korzystnie nawijać jego możliwości.
- Warzywa pochodzą z naszego ogrodu - odezwała się pani Thrale.
Ponad duszonym selerem naciowym Sefton Thrale pławił się w zuchwałym niesmaku wobec odzieży, loczków i akcentu Teda Tice'a, jak również skazy na jego oku. W odróżnieniu od urody Caro przyszłej pozycji młodzieńca nie dawało się brać na wiarę, szukano znaków świadczących o pisanej mu wygranej lub przegranej - obie możliwości przejawiały się w nim równie silnie. Nawet jeśli koniec końców udźwignie wszystkie wyzwania, trudno go sobie wyobrazić jako postać w późniejszym wieku równie szacowną jak sam profesor. Nie sposób przewidzieć, czy nazwisko takie jak Tice zyska odpowiedni ciężar, czy oko ze skazą będzie kojarzone z kimś wybitnym.
W rzeczywistości Edmund Tice miał odebrać sobie życie przed osiągnięciem szczytu kariery. To jednak zdarzy się wiele lat później, w mieście na północy.
Natomiast Sefton Thrale zasłużył się ważnymi dokonaniami w młodości, jeszcze przed wielką wojną. Później został osobą publiczną, gdy napisał krótką, przejrzystą książkę, która wypełniała lukę w wiedzy - lub pretendowała do tej roli. Z ręką w kieszeni i stopą opartą na obramowaniu kominka rozprawiał o przyszłości, a czynił to tak długo i wobec tak szerokich audytoriów, że w końcu niemal każdy rozpoznawał jego podobiznę w niedzielnych wydaniach gazet. "Wciąż nieźle się trzyma, trzeba mu to przyznać". Niezdarny stary dziad w swetrze w czarno-białe pionowe pasy. Ten sweter - z jednej strony rozciągnięty przez trzymaną w kieszeni dłoń oraz zapewne fajkę - przypominał pochylony dom z pruskiego muru.
Sefton Thrale chętnie używał przestarzałych powiedzonek. "Z wierzchu złoto, w środku błoto", "Do Chin pojechał, żeby za róg skoczyć" czy "Elegant z morskiej piany, a zegarek ołowiany". Zanikły one już w jego dzieciństwie, lecz on wciąż po nie sięgał i podtrzymywał je może nie przy życiu, ale przynajmniej przy jego pozorach. Turcję wciąż nazywał "chorym człowiekiem Europy", choć w ostatnich dekadach cały kontynent stał się jednym wielkim ambulatorium. Swoje sympatie profesor kierował raczej ku zrozumiałej przeszłości, a nie ku ekstrawaganckim niespodziankom przyszłości. Przyszłość stanowiła jedynie temat do rozważań snutych ze stopą bezpiecznie opartą na obramowaniu kominka.
Młodzież łatwo to wyczuwała i chętnie potępiała. Trudniej jej było zauważyć, że jest w tym coś szczególnie ludzkiego, a nawet godnego współczucia.
Zasadniczo pozwalano mu - jak teraz - wygłaszać szybkie mowy niedopuszczające odmiennego zdania. Lecz gdy ktoś rzucał mu wyzwanie, profesorowi wymykała się z rąk fajka, a z głowy - wizja przyszłości. Unosił się nad nim obłok dezorientacji i oburzenia, jak kurz ze starej książki, którą przy czyszczeniu z hukiem zamknięto. W sprawach prywatnych nie wykazywał wielkiego rozsądku i dokonywał naiwnych inwestycji, przez co roztrwonił fortunę żony, podobnie jak swój potencjał. Na tytuł szlachecki, którym miał wkrótce zostać obdarzony, czekał już od dość dawna. Jego nazwisko wciąż jednak było znane oraz liczyło się w sprawach publicznych i politycznych, takich jak wybór lokalizacji dla teleskopu.
Ted Tice wziął sobie musztardy. Jak się okazało, przez ostatnie dwa tygodnie w ramach urlopu wędrował po zachodniej Anglii. Interesował się prehistorycznymi zabytkami, więc przesilenie letnie spędził na stanowisku archeologicznym przy kręgu Avebury. Nietrudno było wyobrazić go sobie w towarzystwie ogromnych głazów.
Pani Thrale twierdziła, że czasem w Peverelu odczuwają wibracje dochodzące z bazy wojskowej w pobliżu Stonehenge. Pociski wyrzucano wprawdzie w rozsądnej odległości od zabytków, lecz stwarzały w okolicy pewne zagrożenie. Kiedyś w sypialni dla gości stłukła się szyba, choć na szczęście nikomu nic się nie stało.
- No tak - rzekł Sefton Thrale. - Ale Paul Ivory jest w czepku urodzony. - Tym zdaniem wyciągnął nieznajomego gościa spośród odłamków roztrzaskanej szyby i zaczął się nim popisywać, wykluczając tym samym Teda Tice'a i eksponując przewagę kogoś innego. - A tak w ogóle co tam u Paula? Odzywał się?
Ted Tice zdawał sobie sprawę, że ludzie zabiegają już o jego opinię. A gdy nie są jej pewni, czasem próbują traktować go protekcjonalnie.
By załagodzić nietakt profesora, wszystkie trzy kobiety szybko zaświadczyły, że nic nowego nie słyszały. Ted Tice zauważył przy tym, że bez ich pobłażliwości sława Seftona Thrale'a nie sięgałaby tak daleko. Pani Thrale spełniła swoją powinność i wyjaśniła, że Paul Ivory to jej chrześniak, który niebawem ma ich odwiedzić. Może Ted słyszał o jego sztukach wystawianych w teatrach studenckich. Nie, nie słyszał. Cóż, w każdym razie to obiecujący młody człowiek, jego twórczość wkrótce doczeka się inscenizacji w Londynie.
- Paul ma wielki potencjał - rzekł profesor, być może sugerując, że nie każdego to dotyczy.
- Jest jakoś spokrewniony z tym poetą?
- To jego syn.
Ted Tice nie mógł wiedzieć, że jego pytanie wywołało lekki niepokój - zamiłowanie do poezji georgiańskiej stanowiło pozostałość najlepszego wcielenia Seftona Thrale'a, pochodzącego, tak jak jego największe osiągnięcia, z wcześniejszego okresu życia. Profesor wspominał o zapomnianych lub lekceważonych poetach swojej młodości z lojalnym wyrachowaniem: poruszający cytat, dziennikarz pyta: "A to czyje?", na to Thrale: "Wspaniałego poety, który zmarł mniej więcej wtedy, gdy pan, młody człowieku, ledwo się narodził" (profesor znał wszystkie subtelne i powszechnie praktykowane sztuczki życia publicznego), i dopiero potem podawał nazwisko: Robert Bridges, John Drinkwater, Edward Shanks, Humbert Wolfe, Thomas Sturge Moore lub nawet, jeśli uczony był akurat w prowokacyjnym nastroju, Rupert Brooke. Albo Rex Ivory.
- Rex Ivory nie był wielkim poetą - zauważyła pani Thrale. - Ale był poetą prawdziwym. - Według niej to nieporozumienie, że naukowcom przypisuje się brak literackiego gustu. - Znam wiele przykładów przeczących tej tezie.
- Wolno nam chyba przejawiać muzykalność - rzekł Ted z uśmiechem.
Oczy Caroline Bell bywały tak łagodne jak oczy jej siostry.
- Powinni też być małomówni - rzekła.
- Niewykluczone, że z wiekiem stanę się mniej elokwentny.
Charmian Thrale wskazała zdjęcie nad bufetem. Trzech młodych mężczyzn w ogrodzie; dwóch siedzi w wyplatanych fotelach, jeden stoi, unosząc rozpostarte dłonie. Ten ostatni, w białych spodniach i rozpiętej koszuli, deklamuje coś pozostałym, ubranym konwencjonalnie, zgodnie z modą 1913 roku. Jasnowłose głowy są jak hełmy, korony lub aureole. Nad ogrodem unosi się łuk poświaty, nad kwiatami ostróżek góruje ściana drzew, podłużny trawnik nosi ślady metodycznego walcowania. Zbliża się chyba zmierzch. A ci magiczni młodzieńcy na trawie skazani są na fatum nadchodzącej wojny, nawet jeśli dane im będzie ją przetrwać.
- Niczym ostatni wieczór bezgrzesznego świata - zauważyła Charmian Thrale.
Ten dawny Sefton Thrale siedzący na owej bezgrzesznej fotografii mógłby się zbratać z Edmundem Tice'em z powodu jego nieprawdopodobnego zapytania. Kobiety i z tego zdawały sobie sprawę, w myślach więc wzdychały na szorstką odpowiedź starca: "To jego syn".
Profesor zaczął rozwijać swój hołd, układając równo nóż i widelec.
- Paul Ivory zapewnił już sobie miejsce w literaturze. I pnie się w górę tak szybko, że nie wiadomo, jak daleko jeszcze zajdzie.
Ted Tice uśmiechnął się, wcale niezbity z tropu.
- To jak zasada nieoznaczoności Heisenberga. Nie da się jednocześnie mierzyć prędkości i położenia.
Okazało się, że Caroline Bell potrafi chichotać tak jak inne dziewczyny.
- No i jest już prawie zaręczony - profesor nie zamierzał ustąpić pola - z córką naszych sąsiadów z zamku.
Ted zastanawiał się, co może oznaczać "prawie zaręczony", i dostrzegł, że Caro uśmiecha się na tę samą myśl. Jeśli w tym domu istniały jakieś herezje, musiały pochodzić od "wyższej służby".
Wspomniał zamek o szarych murach zniechęcających nawet porosty.
Profesor wejrzał w ich dusze i rzekł:
- W dzisiejszych czasach trzeba nie lada odwagi, żeby poślubić córkę lorda. Skoro wszędzie dookoła kłębi się tylu radykałów takich jak wy. - Słowa te kierował do Teda i Caro, bo Grace, która po cichu zbierała talerze, została uniewinniona.
A jednak to właśnie ona podniosła wzrok i powiedziała:
- Może ją kocha.
- Doskonale! Niech młodzi podążają za swoimi mrzonkami. Czemu nie? Pani Caro mogłaby przecież wyjść za mechanika, gdyby zapragnęła.
Spojrzeli na Caro, a ona powiedziała:
- Nie mam zamiłowania do maszyn.
Sefton Thrale zawsze czuł się pokonany, gdy wybuchała salwa śmiechu. Dziewczyna mówiła dalej:
- Naprawdę. Nie dość, że nic o tym nie wiem, to jeszcze w ogóle mnie mechanika nie pociąga. Podobnie zresztą jak nauka.
- Zawdzięcza pani astronomii swoje istnienie, młoda damo.
Młody człowieku, młoda damo - lecz oni przecież nie mogli mówić: stary człowieku, stara damo. Profesor już się szykował do dalszych wyjaśnień, gdy Caro spytała:
- Chodzi panu o przejście Wenus?
Nie po raz pierwszy wszystko popsuła.
Mówił dalej, jakby niczego nie popsuła ani się nie odezwała:
- Dlaczego James Cook wyruszył na statku Endeavour ku nieodkrytej Australii, jeśli nie po to, żeby po drodze, na Tahiti, obserwować planetę Wenus, która trzeciego czerwca tysiąc siedemset sześćdziesiątego dziewiątego roku przecinała tarczę słoneczną, a dzięki temu ustalić odległość Ziemi od Słońca? - Profesor udzielał im lekcji.
Spojrzeli znów na Caro, którą uznano właśnie za dziecko Wenus.
- Te obliczenia okazały się żałośnie chybione - odezwał się Tice, stając po stronie dziewczyny. - Zresztą w przypadku Wenus często tak bywa.
- Na dysku Wenus wystąpiły zniekształcenia. Podczas przejścia zachodzi zjawisko irradiacji. - Sefton Thrale bronił się, jakby chodziło o jego własne doświadczenie lub ekspedycję. - Nazywamy je efektem czarnej kropli.
Dziewczyna nie mogła się nadziwić.
- Tyle lat przygotowań, a potem nagle z godziny na godzinę okazuje się, że już po wszystkim.
Młody człowiek wyjaśnił, że tranzyt Wenus następuje etapami.
- Dochodzi do kontaktu, a potem do kulminacji - powiedział.
Oboje zarumienili się, myśląc o wszechświecie.
- Mówicie o zaćmieniu. Wenus nie jest w stanie przesłonić Słońca. - Profesor Thrale strzepnął okruchy z mankietu. W towarzystwie dwóch panienek nie mógł opowiedzieć historii o tym, jak to na Tahiti owego upalnego dnia w czerwcu 1769 roku Wenus zajęta była również innego rodzaju sprawami. Podczas gdy oficerów w Fort Venus pochłaniały teleskopy Jamesa Shorta, załoga kradła ze statku długie żelazne gwoździe, by dzięki nim zyskać łaskawe względy Tahitanek, a przy okazji również nieuleczalne choroby weneryczne, których nawet wymierzana później chłosta nie pozwalała się pozbyć.
- Inny astronom przejechał pół świata, żeby zobaczyć tranzyt Wenus, ale poniósł klęskę - dodał Ted Tice tonem poufnym, jakim mężczyźni wspominają mimochodem o czymś, co ich porusza. Nie udzielał tu lekcji, ale składał hołd. - Kilka lat wcześniej pewien Francuz wybrał się do Indii, by zobaczyć poprzedni tranzyt Wenus, ale opóźniły go różne niefortunne przygody, z wybuchem wojny na czele. Straciwszy pierwszą szansę obejrzenia tego zjawiska, czekał przez osiem lat na kolejne przejście planety przez tarczę Słońca, aż do roku tysiąc siedemset sześćdziesiątego dziewiątego. Gdy nadszedł właściwy dzień, widoczność była tak mizerna, że nic nie dawało się zaobserwować. A następna szansa miała nastąpić dopiero po upływie wieku.
Mówił to do Caroline Bell i tylko do niej. W tej chwili to oni dwoje mogli uchodzić za starszyznę przy stole, w tak elegijny wpadli nastrój.
- Tyle lat dla Wenus - odezwała się ona.
- Jego historia ma w sobie tak wiele szlachetności, że trudno ją nazwać porażką. - Ted Tice wolał się skupić na wierze, nie na klęsce.
Profesor Thrale miał już tego dosyć.
- A potem, o ile dobrze pamiętam, biedak wrócił do Francji, gdzie się okazało, że pod jego nieobecność uznano go za zmarłego i jego majątek rozdysponowano. - Trudno o bardziej dobitny przykład klęski.
Dziewczyna spytała Teda Tice'a:
- Jak on się nazywał?
- Le Gentil. Guillaume Le Gentil.
Pani Thrale przygotowała krem. Irlandzka służąca o plamiastej cerze przyniosła tacę z miseczkami. Panią Thrale wychowano w przekonaniu, że jej plecom nigdy, przenigdy nie wolno dotknąć oparcia krzesła, pod groźbą bolesnej utraty charakteru. Potęgowało to jej aurę osoby z trudem wytrzymującej każdą chwilę, sprawiało też, że częściej niż inni patrzyła ludziom prosto w oczy. To właśnie jej Ted Tice skojarzył się z letnim nadmorskim kurortem - odbiciem w cętkowanym lustrze dyndającym pośród numerków od leżaków i kluczy do kabin kąpielowych, pośród wibracji ciepłych kroków zapiaszczonych stóp. On tymczasem spędzał noce w otoczeniu prymitywnych głazów.
Samotnicza natura pani Thrale, teraz już całkiem wolna od tęsknot, hołubiła w sobie ledwie kilka prostych tajemnic: kiedyś Charmian wyciągnęła ziemniak z wrzątku, bo dostrzegła, że zaczął kiełkować, zdarzyło jej się też zawrócić z drogi na ogromnie ważne spotkanie, by sprawdzić pewien wers z poezji Mereditha. Wolała nie mieć zbyt wielu myśli nieprzeniknionych dla męża, żeby przypadkiem nie zacząć nim gardzić. Jej życie w dużej mierze sprowadzało się do słuchania: czyniła to uważnie, a ponieważ ludzie są przyzwyczajeni do dość pobieżnego odbioru, jej skupienie ich niepokoiło i zaczynali czuć się niekompetentni. Wywierała więc na otoczenie wpływ wyciszający i łagodnie powstrzymywała globalny przepływ nieprzemyślanych wypowiedzi. Choć rzadko wyrażała opinie, jej poglądy były dobrze znane, w odróżnieniu od poglądów osób, które bezustannie wygłaszają sądy, nie zostawiając sobie nic w rezerwie.
Zgięte szyje dziewcząt jedzących krem były nieznośnie odsłonięte: niemal wyczuwało się topór. Sztywno wyprostowanej pani Thrale nigdy by w ten sposób nie powalono, a przynajmniej nie w tej chwili. Młodzieniec i dziewczęta wymieniali między sobą uwagi na temat opóźnionej pory roku, mówili: "to nieszczęsne lato", jakby przydarzył mu się tragiczny wypadek. Zachowywali się jak podróżnicy, którzy próbują porozumiewać się w mało sobie znanym języku, za pomocą bezokoliczników. Każde słowo niosło groźbę i obietnicę, że okaże się znaczące. Z czasem zyskają coraz więcej wspomnień, coraz mniej pamiętnych. Później chyba tylko wybuch bomby oczyściłby ich umysły na tyle, żeby zrobić miejsce dla takiej scenki jak ta.
W pokoju wzbierało doświadczenie, niczym ogromna fala mająca lada chwila się przełamać.
Kiedy dziewczęta sprzątały naczynia ze stołu, profesor poprowadził młodego człowieka do okna.
- Proszę pozwolić, coś panu pokażę - powiedział. Zdecydowanym ruchem wyschniętej dłoni przetarł wilgotną szybę, jeszcze bardziej rozmazując obraz, po czym odwrócił się, nadąsany. - No cóż, teraz pan nie zobaczy. - Nie wyjaśnił, jaką lekcję zamierzał przeprowadzić przy tej tablicy.
Ted Tice wiedział, że chodziło o drogę, którą przyszedł.
1 Francis Steegmuller, mąż autorki, po lekturze tej powieści stwierdził: "Nikt nie powinien musieć jej czytać po raz pierwszy". Należy mu przyznać rację, bo żeby docenić kunszt Shirley Hazzard i wszystkie sensy starannie przez nią zakodowane w treści, książkę tę powinno się przeczytać co najmniej dwa razy. Shirley Hazzard zawarła w tekście wiele odniesień kulturowych, cytatów i kryptocytatów, których nie opatrywała przypisami ani innymi objaśnieniami, licząc zapewne na erudycję odbiorców i pozwalając im czerpać przyjemność z ich rozpoznawania. Polski przekład powieści przygotowany prawie pół wieku od publikacji oryginału może być miejscami dość hermetyczny - z tego względu tłumaczka opatrzyła go wieloma przypisami, zawierającymi informacje językowe, kulturowe, historyczne, biograficzne i bibliograficzne. Żeby jednak nie zakłócać poetyckiego rytmu narracji i pozwolić czytelnikom na samodzielne tropienie sensów, wszystkie kolejne przypisy do tekstu powieści zostały umieszczone na końcu książki, z numerami stron, lecz bez odnośników w tekście. Dzięki takiemu rozwiązaniu czytelnik może przyjąć różne strategie: zapoznawać się z czystym tekstem bez przypisów, sprawdzać przypisy na bieżąco, po każdym rozdziale, lub dopiero na koniec lektury całości (przyp. tłum.).
2 Ingot (ang.) - sztaba.
3 J.D. McClatchy, Shirley Hazzard, The Art of Fiction No. 185. The Paris Review 173 (spring 2005). https://www.theparisreview.org/interviews/5505/shirley-hazzard-the-artoffictionno185-shirley-hazzard.
4 Vendela Vida, An Interview with Shirley Hazzard, "The Believer" 15 (July 1, 2004), https://www.thebeliever.net/an-interview-with-shirley-hazzard/ (dostęp: 21.10.2024).
5 J.D. McClatchy, Shirley Hazzard, The Art of Fiction No. 185, op. cit.
6 Michelle de Kretser, On Shirley Hazzard, New York: Catapult 2020.