II. Dzień pierwszy
Komisarz Wątroba spał. W jego głowie kłebiły się sny nieuczesane, piękne kobiety o twarzach w kształcie hamburgera, piękne krajobrazy układające się w zarys nóżek pieczonego kurczaka i milion innych wspaniałych, gastronomicznych doznań drażniło jego uśpione zmysły.
- Aaaa, mniam, mammam, mam... - westchnął przez sen.
A w tym śnie Wątroba płynął, jego ciało przesuwało się rytmicznie w galarecie świata, która zaczęła stawiać niespodziewanie opór. Coraz mniej majestatyczne, a coraz bardziej nerwowe ruchy dawały efekt mizerny. Wątroba chciał dopłynąć do jakiegoś krzaka kurczakowatego lub dogonić jedną z tych pięknych, apetycznych niewiast, ale wszystko to było coraz bardziej nieosiągalne. Galareta ciała była uwięziona w galarecie otoczenia, mięsiste zwały materii przelewały się wokół nie dając mu ani centymetra luzu. W końcu nacisk otoczeni stał się tak silny, że uniemożliwiał nie tylko ruchy, ale i oddychanie. Wątroba zerwał się chwytając łapczywie powietrze. Po chwili wyplątał się ze zwałów pościeli i ropoczął dzień. Szare gomułkowskie bloki cięły przestrzeń okna, przez które wyglądał Wątroba, szukający ukojenia w kubku kawy i drożdżówce. Słońce nieśmiało filtrowało szare mgły, próbkowało na tym małym skrawku świata, czy opłaca się tu wschodzić. Wynik był fatalny, właśnie miało się wycofać, ale już zatrzasnęli te drzwi z tyłu, a otworzyli te z przodu na zachodzie. Zbite szyby w hali starej walcowni lśniły ogniście, kruki podziwiały ten widok siedząc w szeregu na linii wysokiego napięcia. Wątroba pozbierał śmieci, butelki, westchnął "Ech, kiepsko ze mną" i poszedł się przewietrzyć pod śmietnik.
Pod śmietnikiem koło trzepaka nie było pusto. Są ludzie na tej planecie, którzy w każdej sytuacji znajdą coś do roboty, uporządkują sprawy rodzinne, dorobią się domku z ogródkiem i wykształconych dzieci. Ci ludzie jeszcze spali. Jest natomiast na przeciwnym biegunie grupa ludzi, którzy nigdy nie splamili się systematyczną pracą, nigdy nie mają nic do roboty, a świat wokół jest według nich do dupy, więc nic się nie opłaca zaczynać, ani tym bardziej kończyć. Tacy właśnie siedzieli tu pod trzepakiem i czekali na cud boży.
- Wi-ta-my pa-na komi-sa-rza! - zakrzyknęli razem na widok Wątroby. Ten się skrzywił z niesmakiem i burknął:
-Dobry, dobry. Już na nogach? Stalowy, Pająk. O! I Marian też! Na co czekacie? Na cud boży?
-Na cud, może i boży, bo na jaki inny. Moja małżonka też na ten cud boży czeka, że się, jak to ona mówi, za coś wezmę. Jak ona może, to ja też. Równouprawnienie, nie.
- Ech, Stalowy, Stalowy. Kiedy ty zmądrzejesz?
-Już zmądrzałem. Co nie, Pająk? Wczoraj mi Karczek, no ten z Gałczyńskiego, jakąś niby super wódę z Ukrainy za trzy zeta chciał wcisnąć. Pogoniłem kabana. Bo on to z cysterny na bocznicy leje. A tam syf, panie, syf i chemia zasrana, węglowodory aromatyczne i inne mniej aromatyczne...
-No, brawo. Jak się nazywa ten kolega?
-Kar... karamba, z głowy mi wyleciało. Pająk jakże on się... no, zapomnieliśmy.
- Powodzenia Stalowy, życzę wytrwania w mądrości.
Wątroba westchnął ciężko nad mądrością Kazka i poszedł wyrzucić śmieci.
Dzień na komendzie rozkręcał się powoli, Chwiejczak, Wróżka i całe to tałatajstwo już się kręciło tu za państwowe pieniądze, ale o konkretnej robocie nie było mowy. Dyżurny coś wspominał o zatrzymanych do wyjaśnienia, o zatrzymanych bez wyjaśnienia, czy może o jakiś wyjaśnianych bez zatrzymania. W każdym razie Wątrobie się wszystko mieszało, czuł tylko pulsującą głowę i smak drewna z lakierem w ustach. Przed oczyma majaczyła mu non stop mysz wypluwającą drzazgi. Tfu, tfu.
Stojące na biurku dwie ulubione figurki Wątroby, Zawisza Czarny i Kataryniarz, uśmiechały się ironicznie: "Oj, niezdrowo się prowadzimy!". Wątroba odwrócił je do ściany i pił kawę patrząc się tępo w punkt. Zegar chodził jeżeli mówimy o wahadle, stał, jeżeli mówimy o wskazówkach. W przedsionku ruch się nasilał, już rosła kolejka tych, którym coś ukradziono, albo oni coś ukradli i teraz chcą to oddać i przeprosić. Wątroba się uśmiechnął, lubił takie żarty, takie myśli surrealistyczne, że złodziej oddaje łupy, bo go sumienie ruszyło, że staruszkę okradł, że ta staruszka to jak matka, a matka to ojczyzna, a ojczyzna to...
- Chwiejczak, kim jest dla was matka? - zagadnął posterunkowego, który już się rozkładał z protokołami na biurku.
- Matka to matka, panie komisarzu - zameldował posłusznie Chwiejczak. Po wzroku widać było, że duszę całą włożył w tę opinię.
-No, coś takiego? A po czym to poznajemy? - ciągnął ze złośliwą wesołością Wątroba.
-Po..., po...- zaczął Chwiejczak - po prostu się wie.
Złośliwości wobec Chwiejczaka zawsze napawały go humorem. Nawet na figurki Wątroba się odbraził i już go mogły znów obserwować, choć łypał na nie podejrzliwie od czasu do czasu. Taki rycerz i niespełniony muzyk to niezłe świry. Wskazówki zegara wreszcie drgnęły. Do roboty!
Po chwili dyżurny przyniósł wezwanie, znaleziono zwłoki. Odległa dzielnica miasta, zakamuflowane w rowie na terenach zielonych.
-A nie może Wróżka jechać, Wróżka, Wró... No, zwiał! I to jest niby mój podwładny, dobra Chwiejczak, jedziemy. Bierz furę!
-Tak jest.
Na północy miasta są płaskie tereny położone nad leniwie toczącą szare wody rzeką. Okolice te są ulubionym obszarem ekspansji miasta przez firmy deweloperskie, łatwo tu uzyskać zezwolenie, a wiosenne rozlewiska rzadko zmieniają się w powódź, najwyżej raz na dwa, trzy lata. Wzdłuż wałów i ścieżek ciągną się rowy melioracyjne porośnięte trzciną, w rowach tych spokojnie sobie leżą stare pralki, dziurawe gumowce, stłuczone kafelki, a nawet jedna blaszana beczka, z której cieknie coś maziowatego bardzo powoli. W takich rowach leżą również trupy. Ekipa Wątroby podjechała kołysząc się majestatycznie na wykrotach drogi dojazdowej. Techników i dzielnicowego widzieli już z daleka, teren był płaski i bezdrzewny. Wątroba wyszedł na powietrze, podszedł do niego bardzo przestraszony dzielnicowy.
-Panie komisarzu, dzielnicowy Dobrowolski melduje się.
-Proszę o krótki raport.
-Piąta pięćdziesiąt, zgłoszenie na komendę, miejscowy, chodzi z pieskiem codziennie tędy, ratler, lekko podpalany, na trzęsących się nóżkach...
Wątroba otaksował dzielnicowego wzrokiem, stał się wyraźnie zaciekawiony.
-A z rodowodem? - zapytał.
-Tak, to znaczy nie wiem, ale wygląda rasowo...Ratler rzecz jasna...
-Hm, nie wie pan. To co pan wie? Może by tak coś o denacie.
-O de...? Aha, o tym tam. Piąta pięćdziesiąt zgłoszenie na komendę przez miejscowego, znalazł go jak szedł z...
-No, dobra. I jak już zgłosił, to co dalej?
-I dalej wezwaliśmy pogotowie i ekipę śledczą - z wyraźną ulgą kończył Dobrowolski.
Wątroba zanotował sobie w pamięci, żeby dzielnicowego przedstawić do odznaczenia i podszedł do techników kręcących się przy zwłokach.
-Wrzucili go tu, nie żył od dobrych kilku godzin. Rana zadana jakimś dużym, ostrym narzędziem.
Wątroba spojrzał na obiekt, wąsate, śniade oblicze, tors w opiętej różowej koszuli, na szyi medalik, pewnie z Matką Boską. Na ramieniu tatuaż, jakiś znak, czy godło, technicy robili zdjęcia.
Wątroba poprosił o zdjęcie twarzy. Za chwilę technik wcisnął mu do ręki kartkę papieru z obliczem leżącego.
-Tak szybko? - zdziwił się komisarz.
-Przenośne drukarki, idziemy z duchem czasu.
-Ale mordujemy po staremu - Wątroba skinął w stronę wąsatego oblicza. - Coś on brudny ten nasz kolega, nie mówię o kolorze skóry, jakiś taki przyprószony pyłem.
Technik spojrzał do rowu.
-No, fakt. Może go wieźli na węglu.
Wątroba uzbrojony w fotkę, adres zamieszkania znalazcy oraz Chwiejczaka udał się na zwiad w okolicznych domach. Znalazca, gruby właściciel hurtowni artykułów gospodarstwa domowego, nic nie wiedział oprócz tego, że natknął się pechowo na ciało. Tym bardziej pechowo, że dzielnicowy poprosił go o zostanie w domu do południa w celu złożenia wyjaśnień.
-A tam, panie, magazynierzy pewnie piją piwo i w karty grają. Bez nadzoru, panie, jak dziadowskie bicze rozpuszczone. Klienci już dzwonili - skarżył się gruby hurtownik.
Inni, zgodnie z oczekiwaniami potwierdzonymi wieloletnim doświadczeniem, nic nie widzieli, ani nie słyszeli. Były co prawda dwa przypadki rozpoznania twarzy, ale po dokładniejszych wyjaśnieniach okazało się, że jeden z respondentów wziął ofiarę za Saddama Hussajna. Inny rozpoznał go, podał dokładnie imię, nazwisko i adres zamieszkania, ale całe podniecenie wywołane sukcesem akcji ucięła wracająca z zakupów żona świadka, która wyjaśniła Wątrobie, że to dane szwagra, na którym małżonek się mści za jakieś złośliwości na chrzcinach. Wątroba wyszedł zostawiając za sobą huragan małżeńskich wymówek i gróźb karalnych. Zamordowany wyraźnie był elementem obcym na tym terenie.
-No, panowie, trzeba coś skołować, bo dzionek w pełni, a my nic - opisywał sytuację Stalowy.
Koledzy mruknęli coś jakby "mhm" i zapadli w milczenie. Życie osiedlowe wrzało wokół, babcie chodziły na zakupy, młode matki spacerowały z dziećmi, dzieci z młodymi matkami, śmietniki były opróżniane przez pracowników służb miejskich, psy szczekały, a warzywniak zachęcał do konsumpcji ogórków, pomidorów, bananów, jabłek i żurku śląskiego. W tak pięknych okolicznościach przyrody ekipa Stalowego Kazka gorączkowo się namyśłała, co by tu wypić. Po drugiej stronie podwórza pojawił się Zenobiusz Kisiel, emerytowany ślusarz, będący według własnej oceny wzorem cnót i prawości. Zauważył już z daleka Stalowego i chciał ich ominąć. I pewnie oni by mu dali spokój, ale pragnienie było silniejsze, więc Stalowy zaczął go przywoływać werbalnie-ruchowo:
-Eee! Pono tu, panie Kisiel!
Kisiel niechętnie, z ociąganiem, ale podszedł do ławeczkowej trójcy.
-Dzień dobry, panie Opałek i panom też dzień dobry.
-A dobry, dobry. Może coś skręcimy, panie Kisiel? Nudno.
-Nudno jak się nic nie robi. A co chcecie skręcać?
-No, jakąś imprezkę, towarzysko się rozwijać, nie stać w miejscu, przeć do przodu, taranem w przyszłość.
Kisiel znał te teksty, kilka razy zdarzyło mu się z tym, jak on mówił, elementem chwilę zabawić i teraz mieli go za sponsora. Wiedział jednakże jak się ich pozbyć.
-A, rozumiem, to może pójdziecie ze mną do siedziby gminy, załatwiam dofinansowanie na naprawę trzepaków na naszym osiedlu. Dywany się strzępią na spawach, a i kup po gołebiach nie ma komu ścierać, moglibyśmy nałożyć specjalne nakładki.
Pająk i Marian już mieli mu powiedzieć co myślą o załatwianiu spraw w gminie, i byłaby to opinia szczera, prosto od serca, jednakże Stalowy uciszył ich syknięciem i stwierdził:
-Chętnie, może tam się coś da skręcić.
Twarz Kisiela wyrażała popłoch tysiąca żurawi zbudzonych strzałem. Już widział pomoc tych "kolegów" przed obliczem urzędnika. Ale cóż, w końcu ich jakby zaprosił, więc bąknął tylko:
-Idziemy. Tylko bez jakiś głupich żartów.
Poszli wężykiem przez dzielnicę, Kisiel co chwilę mówił komuś "dzień dobry", staruszkowie odkłaniali mu się patrząc pytająco na jego towarzystwo. Jedna z pań spytała konspiracyjnym szeptem, czy jest porwany i czy wezwać policję. Kisiel uspokajał wszystkich, Stalowy rozdawał ukłony i pozdrowienia, Pająk i Marian wlekli się za nimi, wyglądając jakby ich do czegoś zmuszano. A przecież taki spacer i wiara w słuszność misji trzepakowej to coś, co powinno dodać im skrzydeł. Ale nie dodało.
Budynek urzędu gminy stał na głównym placu, kilkaset metrów od osiedla. Kisiel już wszystko wiedział co i jak, tłumaczył im właśnie, jakimi drogami są podejmowane decyzje i jak on, Zenobiusz Kisiel, animuje te wszystkie ruchy, przepływy finansowe i ludzkie. Innymi słowy Kisiel, w swoim mniemaniu, rządził gminą, a może i całym krajem, jako szara eminencja.
Rola szarej eminencji okazała się rzeczywiście szara w konfrontacji z urzędniczym światem. Najpierw pół godziny czekania, potem referowanie problemu trzepaków pani, która dbała o to jak o zdrową żywność dla Marsjan, w końcu obietnica przekazania sprawy do odpowiednich osób. To wszystko potwierdzało pozycję Kisiela w miejscowych strukturach. Po wypowiedzeniu kilku zdawkowych słów otuchy pani wyraźnie dała do zrozumienia, że czas już na nich. Kisiel zaczął się żegnać, wylewnie dziękując za pomoc. Trójka jego kompanów stojąca dotychczas ponurym murem w odwodzie zaczęła się również wycofywać. Wtem jednakże Stalowy się żachnął i wrócił w jej kierunku wyraźnie zdeterminowany.
-Mam wrażenie, że pani nie doceniła..., nie zrozumiała problemu. Dajmy na to to jest trzepak...
Tu Stalowy przewrócił krzesło z metalowymi nogami i drewnianym siedziskiem stojące przy stole obok. Przewrócony mebel prezentował strukturę czterech metalowych nóg połączonych porowatym, lekko zardzewiałym spawem. Stalowy rozglądał się nerwowo dookoła, w końcu uśmiechnął się tryumfalnie.
-A to dywan...
W jego rękach znalazł się wiszący dotychczas spokojnie płaszcz z wieszaka obok. Płaszcz był wyraźnie własnością ich urzędniczki, bo zrobiła mocno zdenerwowaną minę, ale Stalowy był szybki jak grom.
-I dywan trze o spaw, i się strzępi...
Tu zaczął trzeć płaszczem o spaw sprawdzając co chwilę jak się strzępi.
-A to jest, pani se wyobrazi, gówno ptaka...
Chwycił za niedopitą kawę w szklance i bryznął fusami na rury i ponowił tarcie, z tym, że płaszcz oprócz uszkodzeń mechanicznych cierpiał teraz atak chemiczny.
-Co pan robisz?! Won mi stąd! - wrzasnęła nagle zainteresowana problemem trzepaków pani. -Przestań, do cholery, mój płaszcz!
Zaczęli się siłować i wyrywać sobie coraz bardziej zeszmacone wdzianko.
-Spierdalać, menele! - wrzasnęła po odzyskaniu płachty. -Będą mi tu pokazywać jak ptaki srają! Na moim płaszczu.
-Do widzenia. Jeszcze się zgłosimy z pytaniem o postęp sprawy - Stalowy się odkłonił i wszyscy czterej wyszli. To znaczy trzech wyszło, a czwarty Kisiel się wytoczył. Czerwony jak burak, ciężko dyszał ze zdenerwowania, oczy błędnie krążyły po zebranych.
-Do cho..., do cholery, panie Opałek, Stalowy, kurwa! Pan mi tu życie zniszczyłeś, pan za to odpokutujesz! Jak ja teraz tu przyjdę? Nie chcę was znać! Precz z oczu!
I wybiegł ciężko dysząc i łkając na plac przed urzędem.
-Dziwne - mruknął Pająk. - Im bardziej się staramy, tym nas mniej lubią.
Stalowy odburknął, że tak już jest z hołotą, czy jakoś tak. I pomaszerowali drogą powrotną. Obserwując jak na najbliższym trzepaku jakaś niewiasta pomstowała na brud i zadziory, od których jej chodniczek się zniszczył, Stalowy utwierdził się w duchu, że zrobił dobrze. Marian podziwiał w duchu Stalowego, że umie tak działać, Pająk pomyślał, że gówno go obchodzi trzepak, i w ogóle cała planeta.
Wątroba wrócił już do siebie po przeżyciach poranka. Liczba interesantów rosła. Dyżurny, rumiany jegomość, ledwo mógł już utrzymać w ryzach napierający tłum. Jakaś kobiecina opowiadała, jak ktoś jej wyrwał torebkę podczas zakupów, a ona co prawda nic nie miała z pieniędzy oprócz dwudziestu złotych, ale była tam fotografia jej pierwszego chłopaka w portmonetce, a nie męża.
-No i jak to znajdziecie, albo ktoś znajdzie, to Waldek, broń Boże, nie może dostać tego zdjęcia bo będzie...
Tu zrobiła ruch ręką po szyi, po czym pokazywała chwilę jak się dusi gąsiora, a potem go patroszy z sadystycznym uśmieszkiem. Dyżurny pisał protokoły, sapał i ocierał pot z czoła. W końcu wyciągnął tabliczkę z napisem "Jestem w terenie" i uciekł na zaplecze goniony oburzeniem ludności. Wątroba przeszedł mimo tłumu i znów zasiadł przed obliczem rycerza i kataryniarza. Chciał popracować koncepcyjnie. Pierwszym etapem pracy koncepcyjnej była konsumpcja trzech lub czterech bułek z pasztetową i chrzanem. Każdy kęs przybliżał jego mózg do rozwikłania nowej zagadki, rozpoczął od skojarzeń, rysował w głowie mapę skojarzeń, gdzie główne miejsce zajmowało wąsate, śniade oblicze podparte popiersiem w różowej koszuli. Od tego punktu centralnego rozchodziły się promieniście nici skojarzeń. Każde skojarzenie po fazie fantazjowania należy skonkretyzować faktami, liczbami i planem działań. Pasztetowa z chrzanem działała świetnie, mózg Wątroby wchodził już na trzeci poziom wydajności. Do punktu centralnego podłączone już były napisy: mafia, terroryzm, szejk, bójka na chrzcinach. W porywie twórczego zapału Wątroba wypisał nawet "Sallem Allejkum". Jednak na tym skończyła się jego inwencja. Trzeba było poszukać kolejnych tropów.
Pod trzepakiem znowu nic się nie działo. Stalowy z kompanami siedzieli i nudzili się jak zwykle. Chwilę zajęło im oglądanie przyrdzewiałych spawów i brudnych rur trzepaka, na które nigdy dotąd nie zwracali uwagi. Ale temat został wyczerpany po kilku minutach i dawny stan powrócił. Po drugiej stronie podwórka pojawił się Kisiel z dużą torbą, spojrzał na nich z ukosa i poszedł dalej mrucząc coś pod nosem.
-Chyba by go trzeba udobruchać -westchnął Marian.
-Może nas w du... dużą buźkę pocałować -zaczął gardłować Stalowy, ale Pająk wyjątkowo zabrał głos w sprawie:
-Stalowy! Chcesz kumpla tak załatwić?
-Jaki on mój kumpel... - zaczął Stalowy, ale Pająk tak popatrzył na niego, że dokończył jakby sam sobie tłumacząc. - Kisiel to super kumpel, no, trzeba by go pocieszyć. Co nie? Postawić co?
-To nie dla Kisiela. Nie każdy się da za wódę pokroić, Kazek.
Stalowy zmarkotniał, wachlarz środków przebłagalnych wyraźnie mu się wyczerpał.
-No, too... - zaczął niepewnie.
-No, to trzeba tam pójść i przeprosić. I Kisiela uniewinnić w oczach tej paniusi.
Stalowy mruknął coś pod nosem, kombinował jeszcze przez chwilę jak się uwolnić od tej nieprzyjemnej powinności, ale nic mu nie przyszło do głowy. Pomamrotał więc tylko coś o francowatych urzędasach i pierdzistołkach, ale po minie widać było, że się zgadza. Poszli.
Pani przy biurku była już po drugiej kawie, co było widać po nowych fusach w szklance. Oczyszczony naprędce pod kranem płaszcz suszył się na dwóch rozłożonych stołkach, zniszczeń nie było widać, przynajmniej na mokro. Zapukali i weszli we trójkę. Wszystkie głowy urzędników i jednego interesanta zwróciły się w ich stronę wietrząc sensację. Pani na ich widok zamarła na moment, po czym rzuciła się do krzeseł zasłaniając płaszcz własnym ciałem.
-Nie dam, nie dam, choćbyście nie wiem co robili, nie dam! - dyszała wściekle.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.