Są tytuły książek, które same z siebie wiele mówią. Na przykład: "Nie zaczęło się od ciebie".
Dopóki nie robią nas w laboratoriach, dopóki przychodzimy na świat przez łona kobiet, dopóty tytuł książki Marka Wolynna będzie mówił prawdę. Jesteśmy z rodu: nie zaczęło się od nas. I możliwe, że na nas się nie skończy.
Wyobraziłam sobie taką scenę: wchodzę do księgarni i ściągam z półki książkę Wolynna. Chwilę potem wchodzi tu moja mama i też ją ogląda. Jej tytuł jest dla niej tak samo prawdziwy. Potem wchodzi moja babcia, w swojej eleganckiej bluzce z okrągłym kołnierzykiem, w ażurowym morelowym sweterku, który sama wcześniej zrobiła na drutach. Ona też patrzy na "Nie zaczęło się od ciebie" - i też wie, że to prawda. I moja prababcia Janeczka, ta od strony taty - bo tej od strony mamy nigdy nie znałam - może w beżowej wełnianej spódnicy do połowy kolan, dopasowanym żakiecie, pończochach, choć upał: prosi księgarza, żeby ściągnął z jednego z pnących się po sufit drewnianych regałów tę książkę. Od niej też się nie zaczęło.
Ty, twoja mama, twoja babcia, prababcia - patrzące na ten tytuł. Nie zaczęło się od ciebie, mamo. Nie zaczęło się od ciebie, babciu. Nie zaczęło się od ciebie, prababciu.
Jedynym sposobem na to, żeby nie mieć swojego rodu, jest nigdy się nie urodzić.
Tylko w linii żeńskiej mamy około dwunastu tysięcy bezpośrednich przodkiń. Tak jakby wszyscy mieszkańcy i mieszkanki Kazimierza Dolnego, Złotoryi, Łeby, Mikołajek czy Ustrzyk Dolnych. A gdyby dołożyć do tego - co, umówmy się, jest dość uzasadnione - dziadków, pradziadków i prapradziadków, to już mamy cały Sanok, Nowy Targ, Łańcut czy Ostrowiec Świętokrzyski. A gdyby jeszcze dodać ciotki, wujków, babcie stryjeczne i cioteczne!
Zamykam oczy i zapuszczam się w fantazję o tym, że chodzę po Mieście Przodkiń i Przodków. W tej podróży jestem niewidzialna. Jestem z nich wszystkich i, chociaż ich spotkanie w jednym czasie jest niemożliwe, równocześnie jest całkiem możliwe - to ja jestem ich spotkaniem. Bo oni wszyscy spotykają się we mnie.
Oni wszyscy, ci twoi, spotykają się w tobie. Jeśli zaryzykujesz taką dziwną rzecz, żeby zamknąć teraz na parę chwil oczy i pozwolić, żeby pod twoimi powiekami pojawił się ten obraz - ciebie, chodzącej po mieście swoich przodkiń i przodków - może w twoim sercu wydarzy się coś ważnego.
Zaryzykuj.
Duma i arogancja
Każda z nas przynależy do swojego rodu. Akurat w tej sprawie, choćbyśmy nie wiem jak mocno zaciskały powieki, rzeczywistość ani drgnie. Ale czy jest sens je zaciskać?
Rupi Kaur, indyjska poetka i rysowniczka, napisała kiedyś wiersz, który zaczyna się od słów: "Jestem pierwszą kobietą ze swojego rodu mającą wolny wybór"[1].
To zdanie poznałam pierwszy raz jako zdanie niedokończone. Powiedziała mi o nim moja przyjaciółka Mona Cichoń. "To niezwykłe, prawda? To, że jesteśmy pierwszą kobietą z rodu, która..., i że możemy znaleźć tyle zakończeń tego zdania".
Zaczęłam cytować to zdanie na warsztatach i prosić uczestniczki, żeby je dokończyły. Po jednej takiej rundce wszystkie jesteśmy przejęte. To zdanie pokazuje nam wagę naszych wyborów, naszych pojedynczych, codziennych gestów - i naszych rozstrzygnięć wielkich problemów. "Jestem pierwszą kobietą ze swojego rodu, która tak świadomie szuka swojej wolności". "Jestem pierwszą kobietą ze swojego rodu, która poszła na terapię", "Jestem pierwszą kobietą ze swojego rodu, która wydaje pieniądze na swoje potrzeby".
Kiedy szukasz swoich zakończeń zdania "Jestem pierwszą kobietą z rodu, która...", sprawy stają w nowym świetle. Oświetlony przez to zdanie, czym innym wydaje się teraz twój upór, żeby w wieku czterdziestu trzech lat zacząć studia psychologiczne. Twój rzekomy "kaprys", żeby raz do roku wyjeżdżać z przyjaciółkami w góry. Twoja oprotestowywana przez mamę przy każdym waszym spotkaniu decyzja, żeby płacić za pomoc w sprzątaniu domu. Twoje "cackanie się" z córką, której dajesz przestrzeń, żeby wypowiedziała, wykrzyczała wszystkie swoje "to jest bez sensu!!!" i "nie lubię cię!!!".
Obie jesteśmy pierwszymi kobietami z rodu, które... Co się w tobie wydarzy, jeśli się zatrzymasz na tym trzykropku i zdecydujesz się poszukać swoich zakończeń tego zdania, nie jednego, nie dwóch, lecz wielu? Kiedy sama to zrobiłam, poczułam się, jakby w tle zaczęła grać uroczysta muzyka. To, co robię, ma znaczenie. Moje bitwy, te, które widać, i te, których nikt nie widzi, mają znaczenie.
Ale po pewnym czasie tańczenia z tym zdaniem poczułam coś jeszcze - obawę przed fałszywą nutą. "Jestem pierwszą kobietą z rodu, która poszukuje wolności".
Ejże.
Kiedy w mojej czapce niewidce wracam do Miasta Przodkiń i Przodków i chodzę pomiędzy nimi, zdaję sobie sprawę, że nic o nich nie wiem. Interesują mnie szczególnie kobiety, które były przede mną. Kim jest ta w ciasnym gorsecie, która odwraca wzrok? Co myśli tamta, kiedy wywiesza pranie? Kogo woła ta trzecia - i czy on ją kocha? Kim stanie się ta dziewczynka, teraz trzymająca się fartucha mamy? Z czym będzie się mierzyć?
Nic o nich nie wiem.
Jeśli patrzę na swój ród tylko z ubolewaniem, w aroganckim przekonaniu, że dopiero ode mnie zaczyna się prawdziwa historia miłości i wolności, odwracam się plecami do tych wszystkich kobiet. Do ich codziennych aktów miłości i do poszukiwań wolności, które były ich udziałem. Odwracam się plecami do ich ramion kołyszących moje praprababki i babki, do ich rąk mieszających zupę, szorujących fartuchy i chusty na kamieniach w rzece, zbierających rumianek na bolący brzuch córki, dziurawiec na swój własny smutek, którego się nie rozumie, do rąk cerujących koce i obrusy, do rąk opatrujących rany żołnierzy, rąk kładzionych na ramionach syna, do rąk, które mozolnie stawiają w zeszycie litery (nikt z rodu dotychczas tego nie robił). Odwracam się plecami do rąk zasiewających pole i przewracających kartki książek. Do kobiet toczących spory ze swoimi matkami, które mogły uważać je za zbyt "nowoczesne".
Jeśli odwracam się plecami do tego, to czy nie odwracam się też do tego, co we mnie samej jest miłością albo choćby jej zaczynem?
Pewna kobieta opowiadała mi, że jako dziewczynka bardzo lubiła śpiewać w chórze. "Kiedy śpiewałam solo, denerwowałam się, że fałszuję. Chór dawał mi poczucie bezpieczeństwa". Czy nie osłabiamy siebie samych, gdy odrzucamy świadomość tego, że wszystkie śpiewamy w wielopokoleniowym chórze? Że możemy znaleźć bezpieczeństwo w poczuciu, że nasz głos jest wzmacniany i osłaniany przez inne głosy?
To samo z wolnością: nie od nas zaczęły się jej poszukiwania. Chociaż na te poszukiwania nie patrzyłyśmy swoimi oczami, one z całą pewnością kiedyś się wydarzały. Gdybyśmy mogły dzisiaj zanurkować w czasie, zobaczyłybyśmy te obrazy: i w twoim, i w moim rodzie jakaś Elżbieta, Marianna albo Stefania wieczorami czyta swojej małej córeczce wiersze. Jej mąż, przeciwny edukacji dziewcząt, nic o tym nie wie. Jakaś Helena, Emilia albo Hanka zakłada po domu najlepszą sukienkę. Robi to dla siebie. Jakaś Józefa, Gabriela albo Zofia wyszywa swoje inicjały na lewej stronie spódnicy z taniego płótna, w przeczuciu, że jej istnienie warte jest odnotowania, choćby ona miała być jedyną, która je odnotuje, w tajemnicy. Jakaś Rozalia albo Franciszka wyrywa się do lasu i kładzie na mchu, zmawia złożoną z wymyślonych przez siebie słów modlitwę do buków i dębów. Następnego dnia boi się wiecznego potępienia, że pójdzie do piekła, bo nie powtarzała słów już napisanych modlitw, tylko odważyła się na własne. Ale potem znowu wraca do lasu i wypowiada własne słowa. Jakaś Maria znajduje na śmietnisku pod miejską szkołą wyrzucony, prawie pusty zeszyt i wiedziona niezrozumiałym dla siebie instynktem zaczyna pisać dziennik. Nie wie, że jej praprawnuczka napisze i obroni kiedyś pracę doktorską na wielkim uniwersytecie.
Historia mojego rodu nie zaczęła się ode mnie i na mnie się nie skończy. Może matki nas obu stoczyły walki, o których nic nie wiemy. Ich babki nie miały nawet praw wyborczych. Być może jakaś moja prapraprababka stoczyła o swoją wolność walkę cięższą niż ja, która o wolności kobiet mówię w telewizji i wydaję o niej książki w różnych językach.
Wewnątrz tej bardziej pokornej perspektywy znajduję jeszcze coś - niesamotność. Nitka wolności, nitka miłości przeplatają się przez pokolenia. Jestem, jesteś po prostu kolejną kobietą, która, na chwilę, bierze ją w swoje ręce. Nie jestem tą, która musi wszystko odmienić, odwrócić całą kilkusetletnią historię. Śpiewamy w chórze.
Umiem sobie to wyobrazić: ogromny krąg kobiet. Podchodzę do niego i słyszę, jak któraś z nich mówi: "Ona jest nasza, ona jest z nas". To coś zmienia. W świecie, w którym "sama muszę siebie pokochać", "sama sobie to robię", nie ma miejsca na tę ogromną zmianę, która zachodzi, kiedy pojawia się zewnętrzna osobowa obecność. Co z tego, że ich nie znałam? Wiem, że były. Co z tego, że nie znam ich historii? Ich ślady mieszkają we mnie.
Żadna z nas nie jest pierwszą kobietą z rodu, która szuka swojej wolności. Chociaż pewnie obie dajemy temu poszukiwaniu wyraz poprzez coś, czego żadna z naszych przodkiń nie robiła. Nie idziemy same. Wykonujemy swoją pracę, najlepiej jak potrafimy, przez chwilę, kiedy tu jesteśmy. Potem przekażemy ją dalej.
[...]