Przejścia Exodus cywilów we Wrześniu '39 w relacjach i we wspomnieniach - Bartłomiej Noszczak

Kup ebooka

35.00 zł
10.00 zł (25,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wprowadzenie

Uginające się pod ciężarem prac o historii Września '39 biblioteczne i księgarskie półki wywołują wrażenie, że napisano na ten temat już wszystko. W rzeczywistości wiele zagadnień związanych z tym okresem naszych dziejów nadal czeka na opracowanie. O ile jego historia militarna i polityczna zostały dotychczas zupełnie dobrze poznane, o tyle dzieje społeczne, obrazujące wpływ wojny niemiecko-polskiej 1939 r. na życie ludności cywilnej, wymagają uzupełnienia; dotyczy to również zjawisk ewakuacji i ucieczki. Oczywiście, zostały one przedstawione w literaturze przedmiotu dotyczącej Polski objętej wojenną pożogą. Jest jednak znamienne, że do dziś nie poświęcono im osobnej, zwartej pracy naukowej czy popularnej. W niniejszej książce pragnę w pewnym stopniu wypełnić tę lukę poznawczą, przybliżając zjawisko wrześniowych migracji rodaków.

Przejścia... są popularnonaukowym kolażem źródłowym zbudowanym głównie z relacji i wspomnień świadków, którzy byli uczestnikami exodusu cywilów w pierwszym miesiącu II wojny światowej. Rzecz jasna nie dotarłem do wszystkich tego typu źródeł, co zresztą - abstrahując od realnych możliwości wykonania tego zadania - nie było moim zamiarem. Szczegółowe, problemowe zbadanie migracji podczas kampanii wrześniowej, w tym między innymi precyzyjne opisanie ich kontekstu, przebiegu, zasięgu, skali i skutków, jest wyzwaniem dla specjalistów zajmujących się tym okresem dziejów najnowszych. Należy dodać, że prace badawcze na tym polu dość skutecznie utrudnia rozproszenie materiału źródłowego i jego niekompletność. Mimo tych zastrzeżeń zebrane w tej pracy świadectwa układają się w spójną całość i obrazują przynajmniej ważniejsze aspekty zagadnienia.

Ponieważ niniejsza książka nie pretenduje do zaprezentowania kompletnego i holistycznego obrazu ewakuacji i ucieczek w czasie, "kiedy się wypełniły dni", nie wnikam dogłębnie w poszczególne mikro­historie ludzi oraz instytucji i nie próbuję rekonstruować ich godzina po godzinie, dzień po dniu. Szkielet konstrukcyjny "mojej" opowieści tworzą migawki zdarzeń, których ramy czasowe wyznacza umownie kampania 1939 r. - od jej rozpoczęcia "dnia pierwszego września roku pamiętnego" do kapitulacji oddziałów Wojska Polskiego po bitwie pod Kockiem 6 października.

Starałem się ułożyć narrację w porządku problemowo-chronologicznym, co jednak nie zawsze było możliwe. Z wykorzystanych przeze mnie źródeł, często niedatowanych, trudno jest zbudować linearną opowieść. Czasem wybiega ona poza przyjęte ramy, a ukazane wątki się zazębiają. Ponadto jedne kwestie uwypuklam bardziej, a inne mniej, co wynika przede wszystkim z dostępności źródeł historycznych i zawartych w nich informacji. W sferze wspomnieniowej poszczególne wątki dotyczące ewakuacji i ucieczek rozkładają się nierównomiernie, co wpływa na dysproporcje w warstwie narracyjnej.

Starałem się przedstawić te spośród wydarzeń wybranych z bogatego wrześniowego kalendarza, które w mojej ocenie najlepiej ilustrują przebieg tamtych dni. Zaliczam do nich między innymi ucieczkę cywilów do Warszawy po przegranej bitwie granicznej, ewakuację ze stolicy władz centralnych państwa i jego administracji, skutki apelu szefa propagandy Naczelnego Wodza ppłk. Romana Umiastowskiego, wpływ agresji Związku Sowieckiego na Polskę na exodus rodaków, pożegnanie z krajem (dla wielu na zawsze) po przekroczeniu granic państwa z Litwą, Łotwą, Rumunią i Węgrami. Przybliżam również mało znane epizody związane z wojennymi migracjami - na przykład wymuszoną przez okoliczności swoistą wrześniową turystykę oraz reakcje społeczne na masowe ruchy ludności wywołane wojną.

Z publicystycznym charakterem mojej książki wiąże się jej specyficzna narracja - zastosowanie czasu teraźniejszego oraz ograniczenie przypisów i komentarzy do niezbędnego minimum. Zależało mi na tym, by opowieść nie została przegadana i toczyła się dość wartko - podobnie jak zjawiska, których dotyczy. Fragmenty wykorzystanych przeze mnie pisanych źródeł historycznych edytowałem na podstawie instrukcji wydawniczej Instytutu Pamięci Narodowej. Stosownie do tego uwspółcześniłem ich pisownię, poprawiłem błędy ortograficzne i gramatyczne oraz skorygowałem interpunkcję. Występujące w narracji stopnie wojskowe i nazwiska rodowe podałem w brzmieniu z wrześ­nia 1939 r.

Do napisania Przejść... wykorzystałem przede wszystkim wydane drukiem kroniki, dzienniki, pamiętniki i wspomnienia, w których znalazły się świadectwa dotyczące ucieczki i ewakuacji ludności we Wrześ­niu '39. W przypadku badanego zagadnienia materiały te stanowią jedno z najważniejszych źródeł poznania. Uzupełniają je memuary archiwalne przechowywane w Muzeum Warszawy (są to przede wszystkim wspomnienia przesłane na konkurs "Pamiętnik Warszawiaka") oraz Archiwum Instytutu Pileckiego, które udostępnia wybrane zbiory Ośrodka KARTA (zespół Archiwum Wschodnie) i Żydowskiego Instytutu Historycznego (zespół Zbiór relacji Żydów Ocalałych z Zagłady).

Zrezygnowałem ze świadectw napisanych w sposób oczywisty "z te­­zą", które - zwłaszcza przed przełomem 1989 r. - powstawały na polityczno-propagandowe zapotrzebowanie komunistycznej monopartii. Tego typu memuary budowały z reguły nieprawdziwy, a wręcz karykaturalny obraz Września, w czym istotną rolę odgrywały zawarte w nich subiektywno-stronnicze opisy ewakuacji i ucieczki - dotyczyło to szczególnie uczestniczących w wojennym exodusie ludzi aparatu władzy II Rzeczypospolitej.

Domeną mojej narracji są losy cywilów. Ewakuacja przemysłu wojennego, rolnictwa, dóbr kultury, a także odwrót wojska, szeroko rozumianych służb mundurowych i organizacji paramilitarnych itp. stanowią odrębny problem, choć oczywiście wiąże się on również pośrednio z przemieszczeniami ludności cywilnej. Nie opisuję też zorganizowanej przez administrację państwa ewakuacji osadników niemieckich (miała udaremnić pomoc udzielaną przez nich dywersantom), wymiany ludności między strefami okupacyjnymi niemiecką i sowiecką oraz ucieczek przez zieloną granicę po zakończeniu kampanii wrześniowej. Mniej uwagi poświęcam zupełnie dobrze przedstawionej w historio­grafii epopei władz naczelnych II RP i jej administracji, które ewakuują się do Rumunii i zostają tam internowane.

W książce zebrałem uniwersum świadectw, które pochodzą od zróżnicowanych kategorii uczestników wojennej tułaczki. Rzec można, że są tu niemal wszyscy bohaterowie (i antybohaterowie) tamtych dni: dorośli i dzieci, kobiety i mężczyźni, żołnierze szeregowi i oficerowie (o ile ich opowieści dotyczą cywilów), przedstawiciele najwyższych władz państwowych i administracji oraz zwykli zjadacze chleba, działacze partyjni - protagoniści i antagoniści sanacji, hierarchowie oraz niższe duchowieństwo itd. Wymienione osoby uczestniczyły osobiście w ewakuacji i ucieczce lub były ich postronnymi świadkami.

Wykorzystane w tej książce materiały były pisane na bieżąco (kroniki, dzienniki, pamiętniki) lub powstały po latach (wspomnienia). Źródła memuarystyczne mają swoje specyficzne cechy, które powodują, że należy je oceniać z odpowiednim krytycyzmem. Wątpliwości budzi przede wszystkim wiarygodność pamięci, która po latach może na przykład błędnie rekonstruować przebieg zdarzeń i zaburzać ich chrono­logię. Zdarza się, że świadectwa prowadzą na poznawcze bezdroża, gdyż są filtrowane przez dodane z czasem emocje o pozytywnym lub negatywnym charakterze. Wpływają na nie ponadto aktualne uwarunkowania, które sprawiają, że źródła bywają skażone prezentyzmem. Wiele wreszcie zależy od cech charakteru świadka historii, który może mieć tendencje do przesady, mistyfikacji, mitomanii i megalomanii, co oczywiście ujemnie wpływa na wartość poznawczą jego opowieści.

Mimo tych obiekcji przywołane przeze mnie opisy wrześniowego exodusu oraz sądy o nim - choć subiektywne - są z reguły wiarygodne i cenne poznawczo; przedstawiają wydarzenia bez patosu i retuszu. Nie brakuje w nich goryczy, a nawet ostrych słów skierowanych głównie pod adresem ówczesnych władz. Krytyka dotyczy także wyborów, postaw i emocji uciekinierów. Czy jest uzasadniona, zważywszy na występującą zwykle nieznajomość okoliczności i motywacji towarzyszących podjęciu decyzji o "ruszeniu w świat" - bez materialnych zabezpieczeń i ze świadomością ryzyka, że może to być ślepa uliczka - droga bez powrotu obarczona ryzykiem śmierci?

Niniejsza książka jest nie tylko opowieścią o masowych ruchach ludności wywołanych najpierw niemiecką, a następnie sowiecką agresją. (Atak Słowacji na nasz kraj nie miał większego znaczenia dla zjawiska). W szerszym tle - oczami świadków - ukazuje ona także zróżnicowaną narodowościowo, kulturowo i gospodarczo Polskę roku 1939 z jej blaskami i cieniami. W owym wrześniu doszło między innymi do zetknięcia się dwóch dychotomicznych światów - miejskiego i wiejskiego - wówczas raczej nieznających się wzajemnie, a nawet nieufnych wobec siebie. W czasie gdy "czart panował, śmierć i trwoga", zacierały się jednak różnice społeczne, a zamiast nich rodziła "solidarność wspólnego przetrwania".

Przejścia... przybliżają uczucia, emocje i wrażenia, jakie towarzyszą Polakom w pierwszym miesiącu wojny. W tym czasie wplatają oni nowe liście wawrzynu do wieńca chwały swojej historii. Lecz oprócz bohaterstwa, poświęcenia i heroizmu, które dyktują rytm tamtych dni, są także postawy, które stoją na przeciwległym biegunie wartości - tchórzostwo, egoizm, asekuranctwo. Wrzesień '39 nie ma jednego oblicza.

Dziękuję serdecznie dr. Łukaszowi Politańskiemu i dr. Tomaszowi Su­dołowi za życzliwe zrecenzowanie maszynopisu niniejszej książki. Prag­nę wierzyć, że podobnie jak obu znawców historii polskich zmagań o wolność w 1939 r. usatysfakcjonuje ona również szersze grono czytelników.

Droga do wojny

Gra z Zachodem

W wydanej drukiem w 1924 r. niesławnej książce Mein Kampf (Moja walka) przywódca Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników Adolf Hitler formułuje między innymi postulat przyrostu terytorialnego Niemiec na wschodzie. W Republice Weimarskiej, która liże rany po Wielkiej Wojnie (1914-1918) i z trudem znosi "jarzmo" traktatu wersalskiego, brzmi to jak polityczne science fiction. Sprawy się komplikują, gdy narodowi socjaliści zdobywają rząd dusz, a niedoceniany przez elity władzy ich lider - "czeski frajter", jak pogardliwie nazywają Hitlera jego antagoniści - wygrywa w styczniu 1933 r. los na politycznej loterii - zostaje kanclerzem Rzeszy i rozpoczyna brunatną rewolucję.

W europejskich salonach politycznych rodzi się w związku z tym wie­le pytań; jedno z nich dotyczy tego, czy głoszony przez charyzmatycznego lidera nazistów program "wielkiej polityki wschodniej" jest "tylko" populizmem czy "aż" ideologicznym dogmatem. W przeciwieństwie do prosowieckiej polityki Republiki Weimarskiej skrajny antykomunizm nowego kanclerza jest przyjmowany za dobrą monetę; większy niepokój budzi za to formułowana przez niego negacja ładu wersal­skiego.

Nastroje te pogłębiają się w październiku 1933 r., gdy III Rzesza wycofuje się z genewskiej Konferencji Rozbrojeniowej i Ligi Narodów. Hitler zręcznie uspokaja sytuację w styczniu 1934 r. - przełamuje lody w relacjach z Polską, z którą podpisuje deklarację o nieagresji na dziesięć lat. Kończy to okres napięcia na linii Berlin-Warszawa, a zarazem odwraca uwagę od rzeczywistych dążeń dyktatora. A te są jasno sprecyzowane: w dniu podpisania deklaracji Hitler żąda od dowódcy wojsk lądowych gen. Wernera von Fritscha utworzenia jak największej armii.

W marcu 1935 r. Niemcy ostentacyjnie łamią postanowienia traktatu wersalskiego - tworzą własne lotnictwo wojskowe (Luftwaffe) i ogłaszają powszechną służbę w armii, czyli Wehrmachcie. Hitler przekracza polityczny Rubikon i gra va banque z demokratyczną Europą. Dobrze wyczuwa panujące w niej nastroje polityczne i społeczne, uznając, że choć Francja i Wielka Brytania są - przynajmniej w teorii - gwarantami pokoju na kontynencie, to doświadczone traumą ostatniej wojny i wykrwawione nie zaryzykują nowego konfliktu.

Wkrótce Wehrmacht zdaje swój pierwszy egzamin, zajmując w marcu 1936 r. zdemilitaryzowaną przez traktat wersalski i pakt reński Nadrenię. Pretekstem do tej kontrolowanej agresji - śmiałej politycznie i militarnie - jest ratyfikowanie przez Francję zawartego ze Związkiem Sowieckim paktu o wzajemnej pomocy. Europa staje w obliczu wojny. Mimo oferty Polski, która deklaratywnie wyraża gotowość interwencji w obronie równowagi na kontynencie, Francja zadowala się zwróceniem do Ligi Narodów z wnioskiem o napiętnowanie niemieckiej interwencji. Połajanki ligi, pozbawionej własnych sił reagowania, nie robią w Berlinie żadnego wrażenia.

Rzesza rozpędza swoją machinę wojenną. W końcu sierpnia 1936 r. Hitler rozkazuje osiągnięcie pełnej gotowości do wojny do końca 1940 r. Od jesieni Niemcy wspierają militarnie gen. Francisco Franco w wojnie domowej w Hiszpanii. 14 listopada Hitler wypowiada kolejne postanowienia traktatu wersalskiego, dotyczące międzynarodowego statusu Dunaju, Łaby, Niemna, Odry i Renu oraz swobody żeglugi międzynarodowej w Kanale Kilońskim. 25 listopada dochodzi do porozumienia państw, które wystąpiły z Ligi Narodów. Niemcy i Japonia zawierają pakt antykominternowski, zobowiązując się do wspólnego zwalczania komunizmu. W listopadzie 1937 r. do tego aliansu przystępują faszystowskie Włochy, a później - do 1941 r. - wiele innych państw, także pozaeuropejskich.

Pokój za wszelką cenę

Strategiczne decyzje odnośnie do dalszej polityki zagranicznej Führer przedstawia 5 listopada 1937 r. na naradzie w Kancelarii Rzeszy. W ramach ochrony narodu i zapewnienia mu przyszłości jego bezpośrednim celem jest zdobycie Austrii i Czechosłowacji, a następnie rozgromienie Francji. Obiekcje co do tej koncepcji mają minister wojny gen. Werner von Blomberg, gen. Fritsch oraz minister spraw zagranicznych Konstantin von Neurath.

Hitler, obawiając się opozycji w armii (jest wrogiem "starej" generalicji), dokonuje 4 lutego 1938 r. roszad personalnych, w wyniku których jego oponenci tracą swoje stanowiska. Powstaje nowe centrum dowodzenia - Naczelne Dowództwo Wehrmachtu (Oberkommando der Wehrmacht) z gen. Wilhelmem Keitlem na czele (ze względu na jego uległość wobec Führera z czasem przylgnie do niego będący grą słów przydomek "Lokeitel"). Hitler przejmuje funkcję ministra wojny. Nowym ministrem spraw zagranicznych zostaje mierny, bierny, ale wierny Joachim von Ribbentrop.

Führer może odtąd spokojniej realizować swoją wielką politykę. Zręcznie odwołuje się do wilsonowskiego prawa narodów do samostanowienia, które leży u podstaw ładu wersalskiego. Zostaje ono wykorzystane jako pretekst do anszlusu, czyli zajęcia Austrii 12 marca 1938 r. Europa wyraża wobec tego faktu désintéressement; chcąc nie chcąc, uznaje, że Hitler realizuje "tylko" plan zjednoczenia wszystkich Niemców i że nie należy się temu sprzeciwiać.

Podobne tendencje dają o sobie znać w przypadku Czechosłowacji, gdzie wspierana i inspirowana przez Berlin Partia Niemców Sudeckich Konrada Henleina żąda autonomii dla rzekomo prześladowanej mniejszości niemieckiej. Podjęta w tym celu próba puczu kończy się fiaskiem. Mimo to henleinowcy inicjują działania sabotażowo-terrorystyczne na terenach przygranicznych.

Premier brytyjski Neville Chamberlain dowiaduje się 15 września od Hitlera, że Niemcy domagają się ustępstw terytorialnych od Czechosłowacji. "W interesie pokoju" Francja i Wielka Brytania postanawiają ją do tego skłonić. Praga ugina się pod dyplomatyczną presją i 21 wrześ­nia zgadza na oddanie Niemcom ziem przygranicznych. Chamber­lain zawozi do siedziby Hitlera w Godesbergu stosowny dokument. Ale Führer żąda dalszych ustępstw.

By za wszelką cenę ratować pokój, z inspiracji dyktatora Włoch Benita Mussoliniego zostaje zwołana do Monachium konferencja, na której 29 września Chamberlain, premier Francji Eduard Daladier, Hitler i Mussolini podpisują układ przewidujący natychmiastowe przekazanie Niemcom żądanych przez nich terenów. Korzystają na tym także Polska i Węgry, które anektują - w imię obrony swoich mniejszości narodowych - skrawki Czechosłowacji. Państwo to zostaje zdradzone i terytorialnie okrojone. Ceną za pokój jest kompromitacja demokratycznej dyplomacji. Dylematy moralne mijają, gdy w grudniu ogłoszone zostają brytyjsko-niemiecka i francusko-niemiecka deklaracje o wzajemnej nieagresji. Rodzi się wrażenie, że sytuacja w Europie jest stabilna.

Polska na celowniku

Tymczasem Hitler rozgrywa czechosłowacką partię do końca. Zmusza nacjonalistów słowackich z ks. Jozefem Tiso na czele do oderwania się od Czech i utworzenia odrębnego państwa, co następuje 14 marca 1939 r. Tego dnia Węgrzy zajmują Ruś Podkarpacką, a Wehrmacht wkracza do okręgu przemysłowego Morawskiej Ostrawy. Zastraszeni zbom­bardowaniem Pragi prezydent Czechosłowacji Emil Hácha i minister spraw zagranicznych tego państwa František Chvalkovský podpisują w Berlinie 15 marca dokument składający "los narodu i kraju czeskiego" w ręce Hitlera. Niemcy tworzą Protektorat Czech i Moraw.

Osiem dni później zmuszają Litwę do odstąpienia im Kłajpedy i okręgu kłajpedzkiego (po I wojnie światowej Niemcy oddają to miasto aliantom, w styczniu 1923 r. anektują je Litwini). Tego samego dnia zawierają korzystny układ handlowy z Rumunią, który oddaje im kontrolę nad gospodarką tego kraju, bogatego w cenny surowiec wojenny - ropę naftową.

Hitler kontynuuje swój "marsz na wschód" (Drang nach Osten), a w orbicie jego zainteresowań znajduje się teraz Polska. Pod koniec października 1938 r. Niemcy proponują jej włączenie Wolnego Miasta Gdańska do Rzeszy, poprowadzenie przez "korytarz pomorski" eks­terytorialnej autostrady i linii kolejowej oraz wspólną "kombinację antyrosyjską" w ramach paktu antykominternowskiego. W zamian oferują przedłużenie deklaracji o niestosowaniu przemocy ze stycznia 1934 r. i gwarancję granic.

Zorganizowane w tej sprawie w styczniu 1939 r. spotkanie dyktatora III Rzeszy z ministrem spraw zagranicznych Józefem Beckiem i wizyta Ribbentropa w Warszawie kończą się niepowodzeniem, choć strona polska pozostawia otwartą dyplomatyczną furtkę, sygnalizując gotowość do dalszych negocjacji. Jednak Hitler odrzuca taką możliwość.

W ultymatywnym tonie Ribbentrop żąda 21 marca od ambasadora polskiego w Berlinie Józefa Lipskiego przyjęcia propozycji przedstawionych mu po raz pierwszy jesienią 1938 r. Polska odrzuca jednak wszystkie te żądania, uznając, że w konsekwencji przekreślą jej podmiotowość.

Tego samego dnia (21 marca) Chamberlain sugeruje rządowi polskiemu zawarcie paktu brytyjsko-francusko-polsko-sowieckiego. Polacy nie odrzucają tej propozycji, ale występują z projektem zawarcia układu polsko-brytyjskiego, na co Wielka Brytania odpowiada 31 marca udzieleniem Polsce gwarancji. Co ważne, nie dotyczą one granic, lecz "istnienia państwa polskiego".

Inicjatywy te nie zniechęcają Hitlera do prowadzenia ekspansjonistycznej polityki. 3 kwietnia wydaje on rozkaz zakończenia przygotowań do wojny z Polską do 1 września, a 28 kwietnia w Reichstagu wypowiada deklarację o nieagresji i układ morski z Wielką Brytanią z 1935 r.

Czwarty rozbiór

Tymczasem w Moskwie odnotowano, że wódz III Rzeszy ani słowem - co jest nowością - nie wspomina przy tej okazji o komunizmie i ZSRS. Jest to sygnał, na który czekano po wystąpieniu Józefa Stalina na XVIII Zjeździe Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego (marzec 1939 r.); dyktator zasugerował w nim bowiem możliwość dialogu z Niemcami. W tym czasie jest jasne, że przed Związkiem Sowieckim, w którym panują tendencje imperialne, otwiera się szansa decydowania o układzie stosunków w Europie.

Od wiosny 1939 r. Francja i Wielka Brytania, wbrew swojej niechęci do komunizmu, zaczynają zabiegać o sojusz ze Stalinem. Ten w odpowiedzi proponuje przymierze brytyjsko-francusko-sowieckie, które ma działać nie tylko w razie napaści na któregoś z jego sygnatariuszy, lecz także w przypadku zaatakowania któregoś z europejskich sąsiadów ZSRS. Pod koniec maja wydaje się, że dojdzie w tej kwestii do porozumienia.

Jednak do gry włączają się Niemcy. Ponieważ przygotowania do wojny z Polską idą już pełną parą (naziści podsycają antagonizmy w Wolnym Mieście Gdańsku i głoszą kłamstwa o prześladowaniu mniejszości niemieckiej w Polsce), widmo sojuszu niepokoi Berlin i mobilizuje do bardziej zdecydowanego działania. Ministerstwo Spraw Zagranicznych III Rzeszy informuje 30 maja swojego sowieckiego odpowiednika o gotowości do podjęcia rozmów politycznych.

Stalin waha się wtedy między trzema możliwościami: paktu z Francją i Wielką Brytanią, przewlekaniem rokowań w tej sprawie albo zbliżeniem z Niemcami. Tymczasem ci ostatni podbijają stawkę; podczas serii zakulisowych spotkań dyplomatycznych oferują Sowietom gotowość do zawarcia paktu o nieagresji kosztem Polski i państw bałtyckich.

Chcąc zyskać jak najwięcej, Stalin gra na zwłokę. Prowadzi równo­legle rozmowy wojskowe z Zachodem, które mają na celu skoordynowanie działań zbrojnych w obliczu agresji "państw faszystowskich". Ceną za to ma być w razie konfliktu z Niemcami zgoda na przemarsz Armii Czerwonej przez polskie terytorium. Beck odrzuca tę możliwość, uznając za równoznaczną z czwartym rozbiorem. Inna sprawa, że w tym czasie Stalin już wie, iż w obliczu nieuchronnej wojny sojusz wojskowy z Zachodem nie przyniesie mu żadnych korzyści terytorialnych, a narazi tylko na straty. Kalkuluje, że powtórzy się historia z 1918 r., gdy zaangażowane w Wielką Wojnę strony wykrwawią się i staną w obliczu rewolucji, ułatwiającej "zwycięski marsz" Armii Czerwonej na zachód, podobny do tego z 1920 r., który jednak bohatersko zatrzymują przed Warszawą Polacy.

Niemcy i ZSRS podpisują 19 sierpnia układ handlowy. Dwa dni później w Moskwie zostają zawieszone rozmowy z brytyjskimi i francuskimi specjalistami wojskowymi. Hitler chce wykorzystać ten czas i osobiście zwraca się do Stalina, by przyjął Ribbentropa. Odpowiedź jest pozytywna. Odżywa pamięć o układzie w Rapallo (1922) i traktacie berlińskim (1926), które są próbą rozbicia systemu wersalskiego. Ukoronowaniem zbliżenia między dyktatorami jest podpisanie w Moskwie w nocy z 23 na 24 sierpnia 1939 r. sowiecko-niemieckiego paktu o nieagresji na dziesięć lat znanego od nazwisk jego sygnatariuszy ministrów spraw zagranicznych jako pakt Ribbentrop-Mołotow. Jego tajny aneks dzieli granice wpływów w przypadku "przemian terytorialnych i politycznych" w krajach bałtyckich oraz Polsce; ZSRS wyraża ponadto zainteresowanie Besarabią.

Niejako w odpowiedzi na to 25 sierpnia Polska i Wielka Brytania podpisują traktat sojuszniczy, który zobowiązuje obie strony do wzajemnej i natychmiastowej pomocy w razie napaści ze strony "jakiegoś państwa europejskiego"; tajny załącznik precyzuje, że chodzi w tym przypadku o Niemcy.

Zaskakująca informacja o tym porozumieniu oraz wiadomość od Mussoliniego o nieprzygotowaniu Włoch do konfliktu przed 1942 r. (od maja 1939 r. Italia jest związana z III Rzeszą tzw. paktem stalowym) zmusza Niemcy do odroczenia o kilka dni zaplanowanej na 26 sierpnia 1939 r. inwazji. Mimo ryzyka wybuchu światowego konfliktu o świcie 1 września Wehrmacht atakuje Polskę bez wypowiedzenia wojny. W sukurs idzie mu 17 września Armia Czerwona, która wypełnia swoje sojusznicze zobowiązania. Czwarty rozbiór Polski staje się wówczas faktem.

Miasto uchodźców

Bez guzika

Wstaje piękny wrześniowy dzień - słoneczny i wyjątkowo ciepły jak na tę porę roku. Jeszcze śpiących wyrywa ze snu przeraźliwy dźwięk syren, które ogłaszają alarm lotniczy. O tej porze jest on nowością i powinien budzić niepokój. Mimo to w wielu polskich domach panuje przekonanie, że są to rutynowe ćwiczenia, które od pewnego czasu odbywają się w ramach przygotowań do wojny. Warkot silników lotniczych, huk rozrywających się bomb i poważny głos spikera radiowego Józefa Małgorzewskiego, który ogłasza niemiecką agresję na Polskę, wyprowadzają rodaków z błędu. Nadany na falach eteru komunikat specjalny ogłasza, że wszystkie sprawy i zagadnienia schodzą na plan dalszy: "Nasze życie publiczne i prywatne przestawiamy na specjalne tory. Weszliśmy w okres wojny, cały wysiłek narodu musi iść w jednym kierunku. Wszyscy jesteśmy żołnierzami!". Jest 1 września 1939 r.

Na lądzie rozpoczyna się bitwa graniczna, a właściwie bitwy graniczne - na północy (z Prus Wschodnich na Warszawę), na Pomorzu, na zachodzie i południu. Siły powietrzne agresora rozwijają równocześ­nie intensywne i systematyczne bombardowania obejmujące znaczny obszar kraju. Mimo zaciętej obrony Wojsko Polskie ulega nawale "ognia i miecza" i systematycznie cofa się "na upatrzone z góry pozycje".

Plan niemieckiej agresji uwzględnia wyjątkowo korzystny dla jego powodzenia kształt granicy z Polską, której długość wynosi we wrześniu 1939 r. ponad 1,9 tys. km. Do tego dochodzi ważna z militarnego punktu widzenia w sumie niewiele ponad tysiąckilometrowa rubież z podporządkowanymi III Rzeszy państwami - Protektoratem Czech i Moraw oraz Słowacją. Kraj zagrożony atakiem od zachodu, północy i południa jest w większości niezabezpieczony przez naturalne przeszkody terenowe. Koncepcja sztabowców z Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu przewiduje podwójne, "kanneńskie" oskrzydlenie sił polskich, które polega na założeniu wielkich kleszczy mających się zamknąć w rejonie Warszawy i doprowadzić do zniszczenia wojsk walczących na zachodnim brzegu łuku Wisły. Szybkie sukcesy odnoszone przez Niemców na wszystkich odcinkach frontu dezorganizują niedokończoną mobilizację rezerwistów i zorganizowaną ewakuację armii w głąb kraju.

Sytuacja militarna II RP jest trudna. Wehrmacht przeważa nad Woj­skiem Polskim liczebnie, technicznie i organizacyjnie. Dotyczy to zwłasz­cza nowoczesnych rodzajów broni szybkiej - sił pancernych i lotnictwa.

Gdy już 2 września dowodzona przez gen. Antoniego Szyllinga Armia "Kraków" ulega pod naporem wroga, zapada decyzja o jej odwrocie na linię Dunajca i Nidy. Zadaniem Armii "Łódź" jest wówczas obrona głównej linii oporu do momentu aż armie "Pomorze" i "Poznań" wycofają się i połączą z jej północnym skrzydłem. Później siły te mają się wspólnie wycofywać w stronę stolicy i za linię Wisły.

Sytuacja jest poważna, gdyż zgodnie z planem "Zachód" zadaniem polskich formacji jest przetrzymanie w Małopolsce ataku niemieckiego do momentu rozpoczęcia ofensywy aliantów na Zachodzie. Tymczasem na skutek błyskawicznego "podcięcia strategicznego od południa", czyli w praktyce przerwania frontu, powstaje luka, która powiększa się z godziny na godzinę. Budowane przez wiele miesięcy polskie pozycje obronne na zachodnich rubieżach tracą swoje walory. Naczelny Wódz marszałek Edward Śmigły-Rydz staje przed koniecznością cofnięcia południowej części frontu i odchodzenia związków wojskowych za Wisłę o wiele wcześniej i w znacznie trudniejszych warunkach, niż przewiduje to plan przygotowany na wypadek wojny.

Naczelny Wódz podejmuje wówczas decyzje, które mają stworzyć możliwość względnie zwartego wycofywania się sił znajdujących się na lewym brzegu Wisły. Całość wojsk polskich ma się grupować w południowo­-wschodniej części kraju, utrzymując połączenia komunikacyjne z sojuszniczą Rumunią. W tej sytuacji konieczne jest zatrzymanie lub przynajmniej opóźnienie Wehrmachtu, który cały czas wgryza się w polską obronę z rejonu Częstochowy - na wschód i północny wschód. Zadanie to ma wykonać dowodzona przez gen. Stefana Dęba-Biernackiego armia odwodowa "Prusy", która - co znamienne - nie jest jeszcze przygotowana do tej roli ze względu na błędy popełnione podczas mobilizacji.

W ciągu trzech pierwszych dni wojny Niemcy zyskują wyraźną przewagę: wygrywają bitwy pod Mławą i na Pomorzu; Wojsko Polskie opuszcza Śląsk, którego obszar jest podstawą planowanego manewru odwrotowego armii w kierunku południowo-wschodnim; siły obrońców wycofują się również spod Częstochowy, Grudziądza, Katowic i Poznania. Całe armie ustępują w głąb kraju "na upatrzone z góry pozycje", gdzie żaden obszar nie jest jednak odpowiednio przygotowany do obrony. Sytuację pogarsza Luftwaffe, która niszczy polskie lotnictwo i dezorganizuje obronę, bombardując piesze, konne i zmotoryzowane kolumny wojskowe oraz obiekty infrastruktury krytycznej. Atakuje także cywilów, siejąc panikę.

Ówczesne realia dobrze obrazują słowa szefa Wydziału Operacyjne­go w Sztabie Naczelnego Wodza płk. Tadeusza Klimeckiego, który zapy­tany 4 września w Warszawie przez dowodzącego później obroną przedmościa stolicy płk. Mariana Porwita o położenie na froncie oznajmia bez ogródek, że nie widzi żadnych szans bitwy na zachód od Wisły1. W tym czasie trwa odwrót za środkową linię tej rzeki czterech armii: "Łódź", "Pomorze", "Poznań" i "Prusy". Wiąże się to oczywiście z naporem niemieckich kolumn w kierunku centrum rządowo-administracyjnego państwa - Warszawy.

W Sztabie Naczelnego Wodza widać dobrze tę sytuację, w związku z czym trwają tam gorączkowe przygotowania do przeniesienia kwatery głównej poza stolicę - w relatywnie bezpieczniejsze miejsce. Jak wspomina po latach Porwit: "Bodaj że nawet ktoś wymienił Brześć nad Bugiem, jako przyszłe m[iejsce] p[ostoju] Naczelnego Dowództwa. Byłem zdetonowany pośpiechem tego wyjazdu"2.

Tymczasem niemiecki Korpus Armijny przebija się w stronę stolicy. W rejonie Piotrkowa Trybunalskiego i Tomaszowa Mazowieckiego toczy on 5 i 6 września zwycięskie walki z Polakami. 5 września natarcie 8 Armii Niemieckiej przełamuje front pod Sieradzem. W tej sytuacji Naczelny Wódz akceptuje zarządzony przez gen. Juliusza Rómmla odwrót Armii "Łódź", a jednocześnie rozkazuje, by wojsko oparło się o linię Sanu i Wisły. W tym czasie jest niemal pewne, że stolica zostanie zmuszona do obrony. Z frontu nadchodzą kolejne hiobowe wieści. Piątego dnia wojny ciągła linia frontu właściwie nie istnieje, brakuje odwodów i środków niezbędnych do utworzenia nowej rubieży.

Przegrana bitwa graniczna nie zaskakuje polskich wojskowych. Opracowywany przez nich od marca do sierpnia 1939 r. pod kierownictwem Śmigłego-Rydza plan operacyjny wojny z Niemcami o krypto­nimie "Zachód" między innymi zakłada, że starcie na linii granic zademonstruje światu wolę oporu Polski i Polaków. Jego rolą będzie zdopingowanie do działania zachodnich koalicjantów. Faktycznie - 3 września Francja i Wielka Brytania wypowiadają - wreszcie - wojnę III Rzeszy, co oznacza, że konflikt lokalny przekształca się w światowe starcie. Sojusznicy jednak ograniczają swoje działania na zachodzie do minimum. Militarna inercja zyska miano "dziwnej wojny" (drôle de guerre), a wiosną i latem 1940 r. przyniesie opłakane skutki dla ukrytych za Linią Maginota wojennych kunktatorów.

Szybkie zwycięstwa militarne Niemców w Polsce idą w parze ze stosowanym przez nich od pierwszych godzin wojny terrorem - w myśl dyrektywy Hitlera, by prowadzić ten konflikt "z największą brutalnością". Wymienione czynniki stanowią jako całość katalizator gwałtownej i niekontrolowanej ucieczki ludności cywilnej.

Ruch ludności spod granicy z III Rzeszą rozpoczyna się jeszcze przed wybuchem wojny. Świadomość jej nieuchronności oraz skutków, jakie przyniesie mieszkańcom pogranicza, powoduje, że wielu z nich widzi dla siebie ratunek w spontanicznej, oddolnej i chaotycznej ucieczce.

Ewakuację zarządzają również władze państwowe II RP, lecz obejmuje ona stosunkowo niedużą grupę osób - głównie pracowników administracji, rodziny wojskowych i kolejarzy. Na początku wojny z zagrożonych terenów wyjeżdżają też niektóre instytucje wraz z ich mieniem - dotyczy to na przykład banków. Pod datą 1 września 1939 r. mieszkający w Szczebrzeszynie dr Zygmunt Klukowski pisze w swoich wspomnieniach: "Do całej Zamojszczyzny przyjeżdża coraz więcej ludzi z pogranicza niemieckiego. Władze starają się temu przeciwdziałać, rezerwując miejsca na jakieś urzędy"3.

Masowy exodus zaczyna się na północnych i zachodnich rubieżach kraju - głównie na Kujawach, Pomorzu i w Wielkopolsce. Działacze niepodległościowi, krzewiciele polskości, powstańcy z lat 1918-1919 są tam szczególnie narażeni na represje ze strony Niemców. Za siłami Wehrmachtu podążają podlegające SS wyspecjalizowane grupy operacyjne Policji Bezpieczeństwa (Sicherheitspolizei) i Służby Bezpieczeństwa (Sicherheitsdienst), które "zwalczając elementy wrogie Rzeszy i Niemcom", dokonują na zapleczu frontu nie tylko masowych aresztowań Polaków, lecz także ich egzekucji. W tym zakresie współpracuje z nimi paramilitarna Samoobrona (Selbstschutz), której konspiracyjne siatki powstają w Polsce jeszcze przed wybuchem wojny.

Przerażające wieści o szybkich sukcesach Niemców na froncie i popełnianych przez nich wojennych zbrodniach wywołują wśród Polaków nastroje paniki i zmuszają ich do ucieczki. Obejmuje ona wszystkich - bez względu na płeć, wiek, wykształcenie itp. W domach wojennych uchodźców rozgrywają się dramatyczne sceny związane z ich opuszczeniem - dla wielu na zawsze. Rodzą się wtedy także nerwowe pytania dotyczące tego, co należy ze sobą zabrać na drogę, a co pozostawić, co się przyda, a co będzie niepotrzebnym balastem. Są tacy, którzy postanawiają zostać, a wówczas w rodzinach dochodzi do trudnych rozłąk i pożegnań - mimo wszystko z nadzieją na rychłe spotkanie "po zakończeniu wojny". Decyzje dyktowane są przez pośpiech i nerwy, dlatego mało kto dba o zachowanie porządku. Niektóre mieszkania po tych przygotowaniach wyglądają jak po przejściu huraganu.

Jedno z takich wydarzeń wspomina kierownik Referatu Archiwalnego Gabinetu Ministra Spraw Zagranicznych Władysław Pobóg-Malinowski. Jest piąty dzień wojny: "Idę więc do mieszkania Krotoskich - mały, parterowy domek, wewnątrz bałagan niesamowity, wszystko poprzewracane, walizy pootwierane, na podłodze jakieś szmaty, papiery, bielizna - szafy pootwierane, prawie puste. Siadam w przedpokoju i czekam. Krotoscy kłócą się w dalszym ciągu - z waliz już zamkniętych wyrzucają jedno, pakują drugie. Nie mieszam się, nie mówię nic, bo alarm trwa, motory ciągle słychać. Trwa to jeszcze z pół godziny. Wreszcie [Ludwik] Krot[oski] oświadcza, że jest gotów"4.

Wojenny exodus odbywa się różnymi środkami transportu - koleją, prywatnymi i/lub służbowymi samochodami osobowymi (w II RP jednak mało kto może się pochwalić własnym pojazdem mechanicznym - w 1937 r. są to tylko dwie osoby na 10 tys.), ciężarówkami, autobusami, motocyklami, powozami, bryczkami, rowerami. Najczęściej Polacy uchodzą przed Niemcami na piechotę.

Zabierają ze sobą na drogę większy lub mniejszy dobytek. Niektóre zaprzęgnięte w konie lub woły wozy drabiniaste, należące zwłaszcza do bogatszych chłopów i właścicieli ziemskich z Kujaw, Pomorza i Wielkopolski, uginają się pod ciężarem stołów, krzeseł, łóżek, sprzętów gospodarstwa domowego. Nierzadko do wozów są przywiązane na postronkach zwierzęta hodowlane - kozy, krowy, owce. Wilnianka Helena Babinicz wspomina, że za Bug dotarła we wrześniu "bardzo arystokratyczna ziemianka z Poznańskiego" razem z całym swoim dobytkiem, w którego skład wchodzą konie, stado krów, duża liczba furmanek i powozów. Jest to dość wyjątkowy obrazek - nawet jak na tamte dni5.

Wojenni uciekinierzy próbują uratować najcenniejsze przedmioty. Bydgoszczanka Natalia Turowiecka, która znajduje schronienie w Hotelu Brülowskim w Warszawie, pisze tak: "Goście hotelowi mieli przy sobie najcenniejsze rzeczy: jakiś jegomość spod Warszawy nie rozstawał się z podłużnym rulonem - zwiniętym płótnem jakiegoś wartościowego obrazu. Kobiety, mimo ciepłej pogody, poubierane były w najcięższe okrycia"6.

Na początku wojny panuje - jeszcze - przekonanie, że Niemcy szybko ją przegrają i wkrótce będzie można "wracać na swoje". Być może dlatego wielu rodaków ucieka wyłącznie z bagażem podręcznym, pakując do walizek, toreb podróżnych, tornistrów, plecaków, a często tobołów, worków i wiklinowych koszy, jedynie najbardziej niezbędne przedmioty - bieliznę, środki higieniczne, jedzenie, napoje itp. Są i tacy, którzy wyruszają na wrześniową poniewierkę bez niczego, chcąc ratować "jedynie" własne życie. O gehennie tych ludzi wspomina świadectwo nadesłane po wojnie na konkurs "Pamiętnik Warszawiaka": "Często się spotykało biedaka ciągnącego ręczny wózek załadowany biedną chudobą, a za nim postępowała jego małżonka, mając niemowlę na ręku, a drugie malutkie dziecko prowadząc za rękę. Tu zaś widzi się biedaka pchającego przed siebie taczkę naładowaną całym jego majątkiem. Obok zaś żona jego z dzieckiem u piersi i drugim przy boku. A że to był dzień skwarny, przeto wszyscy byli spoceni, zmęczeni i zziajani strasznie"7.

Mieszkająca w Krakowie Żydówka Róża Nass tak opowiada o swoim doświadczeniu, które w tamtym pamiętnym czasie nie było odosobnione: "W trzeci dzień po wybuchu wojny pod wpływem ogólnej psychozy wyszłam z mężem z Krakowa. Mąż prosił mnie, bym została, ale nie chciałam się z nim rozłączyć. Poszłam tak jak stałam - w cienkiej sukni, w sandałach - i nic z sobą nie zabrałam. Skierowaliśmy się na wschód. Byliśmy 28 dni w drodze"8.

Świadkiem dramatycznego exodusu ludności cywilnej jest ppłk Adam Lewicki, który 7 września notuje w swoim dzienniku: "Żal ściska serce, gdy widzi się masy uchodźców idących w noc pieszo szosą na Łowicz - dzieci i matki z dziećmi na rękach, z mizernymi tobołkami, lub czasem i bez niczego. Bombardowanie węzłów kolejowych uniemożliwia planową ewakuację"9.

Mało kto jednak dopuszcza do siebie myśl o możliwości przegrania wojny. Wiarę w zwycięstwo pogłębia wiadomość o przystąpieniu do niej aliantów zachodnich. Audiowizualna propaganda ekipy premiera Sławoja Składkowskiego jeszcze nie wyparowuje z głów. Nawiązując do buńczucznej wypowiedzi Śmigłego-Rydza na uroczystym otwarciu Domu Strzeleckiego w Grodnie 4 sierpnia 1935 r., zapewnia ona między innymi, że wrogowi: "Nie oddamy nawet guzika"10. Jednym z jej wielu wytworów jest także utrzymany w ceglastoczerwonej tonacji plakat "Silni, zwarci, gotowi", który prezentuje na tle husarskich skrzydeł eskadrę nowoczesnych dwusilnikowych bombowców PZL 37 "Łoś" i dość archaicznych już wtedy myśliwców PZL P-11 c. Na innym plakacie polski żołnierz, biegnąc z osadzonym na karabinie bagnetem, wzywa z wyciągniętą do góry ręką: "Do broni. Zwarci i zjednoczeni zwyciężymy wroga!".

Tsunami uchodźców

Rzeczywistość Września weryfikuje propagandowe frazesy. Okazuje się, że "podtrzymywanie ducha", "zwalczanie niepokojących pogłosek" i "stwarzanie nastrojów" nie wystarczają do prowadzenia nowoczesnej wojny. Nie tylko doświadczenia własne, lecz także roznoszone pocztą pantoflową hiobowe wieści przyspieszają decyzję o ewakuacji i/lub ucieczce.

Z powagi sytuacji zdają sobie sprawę władze państwa. Drugiego dnia wojny minister pracy i opieki społecznej Marian Zyndram-Kościałkowski interweniuje w sprawie uchodźców z powiatów mławskiego i przasnyskiego oraz okolic Grudziądza i Torunia. W ciągu całej kampanii wrześniowej jego resort przeznacza na doraźną pomoc dla wojennych rozbitków znaczne sumy, które wypłacają urzędy i instytucje samorządowe. Na samym początku wojny także wicepremier i minister skarbu Eugeniusz Kwiatkowski asygnuje dotację w wysokości 2,5 mln zł na rzecz pomocy osobom, które opuściły swoje domy11.

3 września zostaje wdrożony plan ewakuacyjny województw zachodnich, który w pierwszej kolejności obejmuje administrację województwa śląskiego. Do Lublina przez Kielce wyjeżdżają stamtąd pracownicy urzędu wojewódzkiego i biur starostw oraz funkcjonariusze policji.

Wydarzenia wojenne zmuszają administrację lokalną do szybkich działań. Decyzje dotyczące ewakuacji podejmują burmistrzowie. Niestety, mają one często charakter improwizowany. Tak jest na przykład 1 września w Ostrowie Wielkopolskim, o czym wspomina szesnastoletni harcerz Edward Niesobski: "Wyjazd ludności przekształcił się w popłoch, w paniczną ucieczkę. Około godziny 11.00 [w nocy] wycofały się ostatnie oddziały naszej armii, wysadzając za sobą mosty. Równocześ­nie burmistrz zarządził ewakuację. Ludność uciekała przed siebie, bez celu, nie zastanawiając się ani chwili nad skutkami tego. Kazano uciekać, ale dokąd? I po co? Zdążyłem jeszcze na ostatni pociąg, za którym jechał wagon niszczący tory kolejowe"12.

1 września z Bydgoszczy razem ze swoją matką wyjeżdża jedenastoletnia Maria Daniel. Jej ojciec dowodzi ewakuacją żołnierzy ze znajdujących się w tym mieście koszar 61 Pułku Piechoty. Konieczność opuszczenia miasta jest wstrząsająca dla młodej dziewczyny: "Zaczęłam się potwornie bać, nie mogłam sobie wyobrazić, jak miałybyśmy żyć bez naszego mieszkania, w którym było tyle radości i ciepła, gdzie czułam się zawsze tak bezpiecznie z rodzicami. Wydawało mi się, że stanęłam nad jakąś przepaścią, która wciąga mnie, a ja nie mam siły, by się temu oprzeć"13.

Rzeczywistość wymaga jednak umiejętności szybkiego dostosowania się do sytuacji. Oczywiście, nie jest to łatwe; nie wiadomo nawet, dokąd poprowadzi podróż (poza tym, że jej miejsce docelowe jest gdzieś w okolicach Bugu) i jak długo potrwa. Nawet spakowanie się jest trudne, odbywa się w nerwach i pośpiechu. Matka z córką zabierają ze sobą na drogę suchą kiełbasę, suchary, chleb, jajka na twardo, słoik masła i smalcu, sól i cukier, kruche ciastka, słodycze. Zgodnie z planem - punktualnie o godz. 13 - pod dom Daniel przyjeżdża wojskowy samochód, który zawozi kobiety na bydgoski dworzec. Tam czeka na nie nowe zaskoczenie: mają jechać otwartym wagonem towarowym - węglarką. (W wagonach krytych mogą być przewożone tylko matki z małymi dziećmi).

Jak wspomina Daniel: "Muszę przyznać, wagony były bardzo czyste, nowe, wyłożone czyściutką słomą, oddzielony był nawet prowizoryczny sanitariat (naturalnie, tylko z wiadrami). W takich to warunkach mieliśmy przeżyć naszą podróż w nieznane. Urządziłyśmy więc zaraz nasz kąt, przede wszystkim trzeba było przygotować legowiska do spania, na szczęście miałyśmy koce, poduszki i nawet małą pierzynkę, bagaże obok nas, jedną z walizek ustawiłyśmy jako stolik, i tak musiałyśmy jakoś wszystko upchnąć w tym naszym niewielkim rejonie"14.

Tymczasem pociąg długo stoi na stacji, co wywołuje napięcie wśród jego pasażerów. Emocje przeradzają się w trwogę, gdy nad dworcem zaczynają kołować samoloty Luftwaffe (na szczęście nie atakują składu) i przyjeżdżają pierwsze transporty z rannymi na froncie polskimi żołnierzami. Wieczorem dochodzi do niespodziewanej wizyty, gdy na dworzec przyjeżdża ojciec Daniel razem z kilkoma kolegami, którzy także chcą pożegnać swoje rodziny.

Wśród ogólnego zamieszania pociąg wyjeżdża z Bydgoszczy dopiero 2 września o godz. 5 rano. W tym momencie ojciec Daniel jeszcze raz dociera na stację kolejową; ze swoimi bliskimi ponownie spotka się później dopiero po siedmiu latach. Wówczas jednak nikt jeszcze tego nie wie. Gdy pociąg rusza, pasażerowie przeżywają trudne chwile: "Ogarnęło nas wszystkich wtedy uczucie strasznej i pełnej lęku niepewności. W mgnieniu oka poprzedni rozdział mojego życia został na zawsze zamknięty"15.

Na wydane pierwszego dnia wojny zarządzenie władz dotyczące ewakuacji pracowników umysłowych tartaku w Płocicznie (to nieduża wieś w pobliżu Suwałk) reaguje rodzina Ireny Jastrzębskiej-Penciak: "Każdy otrzymał trzymiesięczną odprawę i dwa dni dla uporządkowania swoich spraw. Mąż kazał zbić skrzynię na rzeczy mniejsze, a cenne, którą wysłał do przyjaciół mieszkających w Grodnie. Meble i rzeczy ciężkie z czteropokojowego mieszkania przewiezione zostały nad Wigry do Podbielskich, u których wcześniej mieszkaliśmy. Wreszcie z niewielkim bagażem wsiedliśmy do kolejki wąskotorowej i tak zaczęło się nasze życie tułacze"16.

Trasa ewakuacji z Płociczna dla 56 osób prowadzi do leżącego ponad 280 km dalej na południowy wschód Słonima.

W swoim dzienniku mieszkaniec wielkopolskiego Wymysłowa Nikodem Kowalski tak pisze o pierwszej fali wojennych uchodźców z terenów przygranicznych: "2 września 1939 r. przez miasto powiatowe Oborniki Wielkopolskie, położone we widłach rzeki Warty i Wełny, z mostami na tych rzekach, przejeżdżały niekończące się sznury pojazdów konnych z miejscowości nadgranicznych powiatu czarnkowskiego, częściowo z powiatu międzychodzkiego i szamotulskiego. Na załadowanych wozach jechały całe rodziny. Z tyłu, za wozem kroczyła przywiązana najczęściej jedna krowa. Wieczorem wokół na horyzoncie ukazały się chmury czarnego dymu i odblask wznieconych pożarów. Widok był zatrważający. To niemieccy dywersanci podpalali polskie domostwa i sterty ze zbożem, aby wzniecić panikę wśród polskiej ludności, zmusić ją do ucieczki, aby wytworzyć zatory na drogach, uczynić je nieprzejezdnymi dla polskiego wojska. Niektórzy dywersanci niemieccy zostali schwytani i przekazani polskiej policji lub wojsku"17.

Rodziny ratują w pierwszej kolejności swoje dzieci. Kto ma taką możliwość, wysyła je do krewnych i znajomych mieszkających na wschód od linii Wisły. Decyzje w tej sprawie są podejmowane w pośpiechu i chaosie pierwszych godzin wojny. Jeszcze w przeddzień jej wybuchu dowódca 10 Brygady Kawalerii (zmotoryzowanej) płk Stanisław Maczek ewakuuje swoją żonę Zofię oraz dzieci - dwuletniego Andrzeja i ośmioletnią Renatę - do położonej na Wołyniu osady o swojsko brzmiącej nazwie Maczki Wołyńskie. Mieszkają tam znajomi osadnicy wojskowi - wiarusi z lat 1918-1920, którzy mają się zaopiekować rodziną oficera. Na trasie ewakuacji 2 września dostaje się ona pod grad niemieckich bomb i zatrzymuje pod Tarnopolem. Wówczas za radą oficera 81 Pułku Piechoty por. Kazimierza Chojnowskiego Zofia Maczek nie jedzie na północ, jak początkowo planuje, lecz kieruje się do Stanisławowa, gdzie mieszka jej matka. Szczęśliwym zrządzeniem losu cała rodzina spotyka się w tym mieście, kiedy Maczek zgodnie z rozkazem podąża na czele swojej brygady w stronę przyczółku rumuńskiego (ten ograniczony od północy Dniestrem, a od południa granicami rumuńską i węgierską obszar państwa ma być ostatnim punktem oporu Wojska Polskiego). Ostatecznie po wkroczeniu Sowietów do Polski pułkownik razem ze swoją rodziną przekracza granicę i zostaje internowany na Węgrzech18.

W dzienniku literata Jarosława Iwaszkiewicza pod datą 5 września czytamy o okolicznościach ewakuacji ze Stawiska jego córek Marii i Teresy: "Budzę zaraz Władka i każę zajeżdżać: jest druga w nocy. Budzę Helę i Hanię [czyli żonę Annę - B.N.], chcę, aby Hania jechała z dziećmi, ale ona nie chce. Dzieci budzą się i pakują na gwałt rzeczy. Jestem szalenie wyczerpany i aby podtrzymać ich, przynoszę butelkę wina z piwnicy. Dzieci płaczą i są bardzo speszone. Mam mało pieniędzy, daję Heli tysiąc pięćset złotych częściowo pożyczonych od ciotek. Wsadzam do samochodu: koło Władka Zosia z Jasiem [są to żona i syn Władysława Kuświka - B.N.], na siedzeniu Hela i dziewczynki. Okrywam im nogi moim ukochanym dywanikiem. Marysia koniecznie chciała wziąć wiatrówkę, którą dostała ode mnie na imieniny. Ledwie jej wytłumaczyłem, że nie może tego brać. Koło czwartej odjeżdżają, o siódmej powinny być w Repkach. Odjeżdżają! Żegnam ich trzema krzyżykami. Hania mówi: Wystarczy jeden! Kocham ich"19.

Jeszcze przed wybuchem II wojny światowej nastoletni Ryszard Wolski przenosi się razem ze swoją matką z rodzinnego Kalisza do jednej ze znajdujących się w pobliżu tego miasta miejscowości. Wieści o niemieckich zbrodniach przyspieszają decyzję o jej opuszczeniu: "Wczesnym rankiem w dniu 1 września nie tylko z radia dowiedzieliśmy się, że rozpoczęła się wojna. Odgłosy niedalekich wystrzałów armatnich i ostrzału z broni maszynowej dochodziły do nas bezpośrednio. Wkrótce dotarła do wsi wiadomość, że Niemcy wymordowali dużo ludzi w Odolanowie i innych zajętych miejscowościach. Zapanowała panika. Ze wsi, która w pierwszych dniach wojny miała być dla nas schronieniem, zaczęli uciekać mężczyźni. Matka uznała, że i ja powinienem zrobić to samo. Wiem, jak trudną podejmowała wówczas decyzję wobec szesnastoletniego syna. Po krótkim pożegnaniu wsiadłem na rower i od tej chwili sam musiałem decydować o dalszym swoim losie"20.

Nastolatek, podobnie jak wielu innych mieszkańców zachodniej i centralnej Polski, postanawia uciekać do Warszawy, gdzie mieszka rodzina jego ojca. Jak pisze: "Szosy były zatłoczone głównie uciekinierami i często trzeba było kryć się na przyległych polach przed nadlatującymi samolotami wroga, prawie bezkarnie siejącymi śmierć i zniszczenie, gdyż tylko raz zostały przepędzone przez polskie samoloty myśliwskie. Było to 2 września 1939 roku w pobliżu Kutna"21.

1 września niemiecki terror wypędza spod granicy w stronę Ostrowa Wielkopolskiego rzesze cywilnych uchodźców, o czym wspomina w swoim wojennym dzienniku Niesobski: "Mieszkańcy pogranicza zostali w nocy napadnięci przez swych sąsiadów - Niemców, którzy złączeni w bandach dywersyjnych, uzbrojeni, torowali drogę armii pruskiej [sic!]. Strzelali do naszych obywateli, do naszych urzędników, zmuszając ich do ucieczki. Przybywają więc i do nas tak, jak zdążyli uciec, ratując życie. Na pół ubrani, z tłumoczkiem pod pachą, niektórzy na rowerach, niektórzy na wozach z resztą dobytku"22.

Strach jest jednym z najsilniejszych katalizatorów wrześniowego exodusu rodaków. Oddajmy jeszcze raz głos Niesobskiemu, który 3 września znajduje się w okolicach Sieradza: "Szosami bez przerwy ciągną sznury wozów zaprzężone w woły, uciekające przed Niemcami. Ludność wiejska boi się Niemca więcej niż diabła. A zresztą, może i jednakowo, bo diabeł był zawsze ubrany po niemiecku. Jadą te wozy na poniewierkę, w nieznane. Ile jeszcze z nich wróci? Ilu ludzi zobaczy jeszcze swe rodzinne strzechy? A ilu przyjdzie, by zobaczyć zgliszcza?"23.

Ucieczka cywilów przed wojną odbywa się na ogół pod wpływem nagłego, wręcz instynktownego impulsu. Ale są też inne jej pobudki. Na przykład mieszkająca w Skoczowie wychowawczyni przedszkola Gertruda Barbasz wie tylko, że nie chce mieć do czynienia z Niemcami. Ludzie, u których mieszka, postanawiają jednak, że nie opuszczą swojego domu i nie pójdą na tułaczkę. Rozterki Barbasz przerywa niespodziewane przybycie po nią trójki jej znajomych: "Walizkę miałam spakowaną od przyjazdu z wakacji, włożyłam jeszcze dwa swetry, parę ręczników, przybory toaletowe, bieliznę i półbuty. Miałam w niej również modlitewnik i różaniec. W ostatniej chwili zdjęłam ze ściany mój ulubiony krzyżyk - ozdobnie rzeźbiony w drewnie - jakby wyrastający z kwiatu ostu górskiego i włożyłam do walizki. Z przeświadczeniem, że za parę tygodni Niemcy zostaną przepędzeni, poszliśmy piechotą do Bielska, bo pociągi i autobusy już nie kursowały. Z Zabawy - dzielnicy Skoczowa - zabrała mnie ciężarówka wojskowa, co było dla mnie jednocześnie szczęściem i zmartwieniem, bo znowu zostałam sama"24.

O pragnieniu, by tylko nie zetknąć się z agresorem, wspominają także żydowscy mieszkańcy Bochni Gusta i Salomon Goldmanowie: "W mieście coraz częściej zjawiają się auta z uciekinierami. To ewakuowani z Górnego Śląska. Zmęczeni, zakurzeni, z tobołami, bagażami i dziećmi. Rozpacz i bezradność na twarzach ludzi... A później nadciągają już uciekinierzy z Krakowa. Niemcy się zbliżają... Naradzamy się z mężem. Co robić? Pierwsze uczucie - uciekać. A później... Refleksja... Jak to? Zostawić dom, dobytek cały i iść na tułaczkę. Z dzieckiem małym? Dziecko miało wtedy 2 latka. A jednak zdecydowaliśmy się. Trzeba pójść stąd, koniecznie, uciekać, byle jak najdalej, jak najdalej... byle nie zetknąć się z nimi... Wiedzieliśmy już wtedy, czym oni są"25.

Gusta Goldman gorączkowo pakuje najpotrzebniejsze rzeczy, które zostają załadowane do wozu zaprzęgniętego do pary silnych koni. Jego właściciel zabiera Goldmanów ze sobą; w sumie na wozie ewakuuje się czternaście osób. Gusta opisuje moment rozłąki z rodzinnymi pieleszami: "Ostatnia opuściłam dom mój. Żegnałam każden kąt. Pokoje stały puste, ogołocone ze wszelkich ozdób. Ilki pokój tak zwykle wesoły, przytulny, aż zszarzał cały. Na ziemi leżał w groteskowej, melancholijnej pozycji porzucony pluszowy miś. Jeszcze raz ogarnęłam wzrokiem te miłe sercu kąty"26.

Mimo wszystko pożegnanie z domem nie jest dla niej końcem świata, gdyż wierzy, że wkrótce tu wróci.

Wspomnienie dotyczące goryczy rozstania z własnym miejscem zamieszkania pozostawia także pewien anonimowy Żyd, mieszkaniec jednego z miast położonych na zachód od Warszawy: "Kilka walizek z najpotrzebniejszymi rzeczami, łzy domowników, nastrój zamieszania i spojrzenie pełne zadumy i największego przywiązania na dom świeżo wykończony z olbrzymim nakładem wysiłku, ogród troskliwie pielęgnowany i rój żołnierzy, gospodarujących po swojemu w naszym mieszkaniu, nagle zawahałem się... Zostawić [to wszy]stko ot tak na pastwę losu, bez żadnego ubezpieczenia? [...] Po refleksjach - czyn. Tak jak człowiek zdesperowany, zmuszony do opuszczenia miejsca, które ukochał, sam niszczy wszystko w rozpaczy, czasem odczuwając pewnego rodzaju przyjemność z podobnego postępowania, tak ja szybko wyciągam klucze z kieszeni, otworzyłem szafy i kredensy, wyjąłem wszystkie nagromadzone w nich słodycze, które tak lubiłem, i powiedziałem do żołnierzy: "Jedzcie i pijcie". [...] Stałem przez chwilę osłupiały. Nagle zawróciłem do drzwi [brak wyrazu lub wyraz nieczytelny - B.N.] je z trzaskiem i uciekłem"27.

O ucieczce przed wojną decydują czasem także perswazja lub namowa. Tak jest w przypadku Danieli Osińskiej, która razem z matką i dwoma braćmi opuszcza Kustrzyce w powiecie łaskim. Pobudką do ewakuacji jest przekazane matce Osińskiej przez pewnego polskiego oficera ostrzeżenie, że dom, w którym mieszka z dziećmi, może się znaleźć pod ostrzałem: "Uciekaliśmy ja, mama, brat i Olek. Ludwik wtedy był ponownie w wojsku. Uciekaliśmy z domu chyba 2 września. Wzięliśmy, co było najpotrzebniejsze, przede wszystkim żywność. Mama pozamykała dom, bo spodziewała się, że jak wrócimy, to otworzy, to znów będziemy w nim mieszkali. Szkoda, że ten wojskowy namówił mamę do ucieczki. Niepotrzebnie uciekaliśmy, a kiedy wróciliśmy, to chata była pusta. Absolutnie nic nie było. Moja mama dużo ptactwa chowała, jak uciekaliśmy, na rzece zostało całe stado kaczek. Jak wróciliśmy, nie było już ani jednej kaczki. Wszystko zostało rozszabrowane"28.

Mieszkającą w pobliżu Fortu Bema w Warszawie panią Kowszun (jej imienia nie znamy) namawia do ewakuacji sąsiadka, której rodzice mieszkają w Tłuszczu: "Nie namyślając się długo, zabraliśmy się i poszliśmy do tramwaju na ul. Powązkowskiej. Usadowiliśmy się dość wygodnie. Zanim dojechaliśmy do stacji, to jeszcze dwa razy tramwaj zatrzymywał się, a ludzie biegli do schronów, które były m[niej] w[ięcej] zrobione. Do pociągu dostaliśmy się siłą, gdyż pociągi były tak wypełnione, że ledwo tam wepchaliśmy się, i tak stojąc jeden koło drugiego, jak śledzie w beczce. Dojechaliśmy do Tłuszcza, to już była godzina późna, koło jedenastej"29.

Interesujący przypadek, acz niejedyny w okresie kampanii, dotyczy Wymysłowa, gdzie cały 4 września upływa jego dorosłym mieszkańcom na dyskusji, czy wieś ma się ewakuować i uciekać przed Niemcami, czy też pozostać. Przeważają argumenty starszych - uczestników I wojny światowej, że należy trwać na miejscu, ale młodzi - poborowi i rezerwiści - powinni wyruszyć w kierunku Warszawy, gdyż tam "będą potrzebni"30.

Zgodnie z tą wskazówką, która ma jednak charakter swoistego nakazu, Nikodem Kowalski wyrusza 5 września rowerem do stolicy. Problemem jest jednak to, że mosty na Warcie i Wełnie wysadzają wcześ­niej polscy saperzy. W poszukiwaniu przejścia Kowalski przyjeżdża do Poznania, gdzie rzesze zdesperowanych uchodźców próbują za wszelką cenę przedostać się na prawą stronę Warty: "Coraz to większe tłumy "uciekinierów" zbierały [się] nad brzegiem rzeki, lecz możliwości przeprawy na drugi brzeg były nikłe. Próby przeprawy łodziami kończyły się przeważnie tragicznie, przeciążone łodzie wywracały się już przy brzegu, zbyt wielu naraz pragnęło przedostać się na drugi brzeg, wschodni. Około południa nadeszła dobra wiadomość, że istnieje możliwość przejścia na drugi brzeg Warty po uszkodzonym moście kolejowym przy elektrowni. Wiadomość okazała się prawdziwa, z trudnościami wprawdzie, ale znalazłem się na drugim brzegu Warty i rowerem ruszyłem szosą warszawską w kierunku Wrześni. Wyprzedzam pieszych z pakunkami, pieszych z wózkami, wozy konne, wszyscy podążają na wschód, w kierunku Kutna oraz Warszawy"31.

Fala uciekinierów cywilnych z Wielkopolski już wcześniej - nocą 3 września - przybywa do Łodzi. Ruch ludności odbywa się niezależnie od zorganizowanych transportów ewakuacyjnych z tego regionu, obejmujących głównie pracowników administracji. Utrzymujący się w fabrycznym mieście nastrój euforii po przystąpieniu do wojny Francji i Wielkiej Brytanii znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Szesnastoletni gimnazjalista Adam Leśniewski opowiada o tym w następujący sposób: "Hałas wytwarzany przez tysiące ludzi, pojazdy konne oraz samochody zapełniające jezdnie i chodniki zbudził nas tuż po północy. Wtedy też zaczęła się dla nas prawdziwa druga wojna światowa. Widok ulicy oglądanej z okna trzeciego piętra wprawił nas - to znaczy mnie i rodziców - w stan paniki. Naturalnym odruchem było uciekać, tak jak wszyscy. Nie rozumiem dziś, dlaczego uciekać miałem tylko ja i ojciec. Kiedy próbuję znaleźć odpowiedź na to pytanie, pozostają mi tylko domysły. Pamiętam, że nie było wtedy żadnej rozmowy na ten temat i że razem z matką uważaliśmy za rzecz całkiem naturalną, że ona pozostanie na miejscu. Musieliśmy jeszcze chyba mieć jakieś resztki złudzeń w odniesieniu do Niemców i irracjonalną wiarę, że kobiety będą lepiej traktowane od mężczyzn. Może podświadomie uważaliśmy, że kobieta nie potrafi znieść trudów i niebezpieczeństw ucieczki oraz że ktoś powinien zostać, aby pilnować rzeczy i mieszkania. W tym czasie nie byłem żadnym partnerem przy podejmowaniu ważnych decyzji. Nie to jest jednak ważne, ale fakt, że usiłując ratować się sam, przyjmowałem pozostanie matki jako rzecz samą przez się oczywistą. [...] Wyszliśmy z ojcem bez żadnego bagażu ręcznego ani plecaka. Ucieczka zastała nas, podobnie jak wielu innych, zupełnie nieprzygotowanych. Myślę, że ojciec nie zdawał sobie sprawy z trudności dostania się do Warszawy, gdzie liczył na zakwaterowanie u pewnej zaprzyjaźnionej rodziny"32.

Nastolatek i jego ojciec opuszczają dom jeszcze w nocy i dołączają do rzeszy podążających na wschód - głównie w stronę stolicy - tułaczy: "Byliśmy już daleko za rogatkami miasta, gdy nastał świt i lepiej mogłem ogarnąć wzrokiem rozmiary tego gigantycznego exodusu. Szosa do Brzezin była w całej szerokości zajęta przez ludzi idących pieszo, między którymi widać było wozy i zaprzęgi końskie. Tu i ówdzie ciężarówkę, autobus, ambulans albo wóz strażacki; niezmiernie rzadko jakiś pojazd wojskowy. Żołnierzy było sporo, ale szli w rozsypce, wmieszani w tłum cywilów. W zasadzie ruch na tej szosie był jednokierunkowy, ale od czasu do czasu pojawiało się jakieś auto albo kawalerzyści, którzy z jakichś powodów jechali w kierunku przeciwnym. Powodowało to ogromne zatory, a nawet całkowity zastój. Ten ruch pod prąd był niezrozumiały i irytujący dla ludzi, ponieważ zwalniał tempo ucieczki i - jak się miałem wkrótce przekonać - zwiększał niebezpieczeństwo w czasie ataku lotniczego. Niektórzy z tych, którzy dysponowali autem albo jechali konno, przyspieszali tempo ucieczki, jadąc poboczem szosy, albo jak w przypadku kawalerzystów, wzdłuż rowów odwadniających. Tu i ówdzie działały jeszcze resztki dyscypliny i organizacji wojskowej, gdy nadludzkim wysiłkiem, krzykiem i strzelaniem w górę grupki żołnierzy wstrzymywały na chwilę napór ludzi, otwierając drogę dla jakiegoś auta wojskowego, które beznadziejnie ugrzęzło w tłumie"33.

W ciągu pierwszych kilku dni września formują się główne szlaki uchodźcze na wschód. Początkowo największy i najważniejszy z nich prowadzi do Warszawy. W stolicy znajdują się stałe mosty, po których prowadzi dalszy kierunek ewakuacji. Jest to także względnie dogodne miejsce do odpoczynku, noclegu i rekonwalescencji. Zwłaszcza jeśli ma się tu rodzinę, znajomych, pieniądze lub łut szczęścia. Generalnie ewakuację na prawy brzeg Wisły ułatwiają też inne istniejące jeszcze przeprawy. Zostaje wydany rozkaz ich zabarykadowania i obrony za wszelką cenę, by mogły po nich przejść oddziały armii "Pomorze" (w Warszawie), "Poznań" (w Warszawie i Otwocku), "Łódź" (wzdłuż brzegu Pilicy na Górę Kalwarię) i "Prusy" (przeprawy na odcinku między Maciejowicami a Solcem). Wyjątkiem jest most w Annopolu, który zostaje zniszczony na rozkaz Naczelnego Wodza.

Ruch cywilnych uciekinierów przed wojną odbywa się oczywiście również w innych częściach kraju - na przykład na południu wzdłuż osi zachód-wschód. Tam również ma on charakter prowizorki. Pisze o tym 3 września dowódca etapów Armii "Kraków" gen. Aleksander Narbut-Łuczyński: "Ludność wycofana z obszarów objętych działaniami wojennymi maszeruje wszystkimi drogami na Kraków. Akcja zaopatrzenia ewakuowanej ludności, podjęta w ostatniej chwili, nie rozwiązuje zagadnienia; znikome i doraźnie zaopatrzone punkty wyżywienia zostały szybko wyczerpane. Rozgoryczona ludność grozi rabunkiem. Pożar składnicy, brak środków przewozowych, bombardowanie stacji kolejowych - utrudniają dowóz żywności. Polecam zamknąć drogi prowadzące na Kraków"34.

Młody pracownik Archiwum Państwowego w Krakowie Adam Kamiński czwartego dnia wojny otrzymuje od wojewody krakowskiego Józefa Tymińskiego dyspozycję, by wycofać się z miasta "pieszo i natychmiast". Zabiera ze sobą mały pakunek i jeszcze tego samego dnia wyrusza do Tarnobrzega. (Jego wojenny exodus potrwa pięć tygodni. Najdalszym punktem, do którego dotrze, będzie położony na Wołyniu Sztuń, skąd wróci do Krakowa 11 października). Na swojej drodze Kamiński spotyka wielu takich samych jak on "przymusowych wędrowców". Notuje 5 września: "Idziemy naprzód. Przed nami i za nami tłumy uchodźców. Różnego wieku i płci. Kobiety z dziećmi. Pieszo i furmankami. Przeważa młodzież. Obok nas, przed nami i za nami, pomieszane z ludnością cywilną oddziały wojskowe, przeważnie piechota i tabory. Tabory ciągną na wschód"35.

Kamiński razem z kilkoma innymi towarzyszami peregrynacji postanawia dotrzeć za Bug w nadziei, że tam zatrzyma się fala wymuszonego wojną odwrotu. Po drodze towarzyszą im głód, pragnienie, spiekota dnia i chłód wrześniowych nocy, a także choroby. Te same doświadczenia będą we Wrześniu udziałem wielu innych wojennych uchodźców.

Dalsza część w wersji pełnej

Przypisy

Miasto uchodźców

1 M. Porwit, Obrona Warszawy. Wrzesień 1939, Warszawa 1969, s. 18.

2 Ibidem, s. 23.

3 Z. Klukowski, Zamojszczyzna, t. 1: 1918-1943, red. A. Knyt, Warszawa 2007, s. 64.

4 W. Pobóg-Malinowski, Z mojego okienka. Fakty i wrażenia z lat 1939-1945, t. 1: 1939-1940, oprac. P.M. Żukowski, Łomianki 2013, s. 155.

5 Archiwum Instytutu Pileckiego (AIP), IP/Arch/8/1.1/34, Wspomnienia Heleny Babinicz "Życie w Wilnie w "Niepodległej Litwie" w czasie pierwszej okupacji bolszewickiej", s. 1 (oryginał: Ośrodek KARTA, AW II/1233/2k).

6 Natalia Turowiecka [w:] Nieba i ziemi nie widać. Warszawiacy o wrześniu 1939, red. A. Wrońska, Warszawa 2019, s. 429.

7 Muzeum Warszawy (MW), A/II/61/1, Wspomnienia na konkurs "Pamiętnik Warszawiaka" (godło: "Ajaks"), s. 6.

8 AIP, IP/Arch/56/1/4024, Relacja Róży Nass, s. 1 (oryginał: Żydowski Instytut Historyczny, 301/4219).

9 Dzienniki jenieckie polskich oficerów w niewoli Wehrmachtu, red. W. Lewicki, Warszawa 2007, s. 24.

10 Wódz Naczelny wypowiedział wtedy słowa: "Nie tylko nie damy całej sukni, ale nawet guzika od niej" (E. Rydz-Śmigły, Byście o sile nie zapomnieli. Rozkazy, artykuły, mowy (1904-1936), przedmowa i wybór R. Umiastowski, Lwów 1936, s. 242).

11 E. Kwiatkowski, Dziennik. Lipiec 1939 - sierpień 1940, oprac. M.M. Drozdowski, wstęp J. Nowak-Jeziorański, Rzeszów 2003, s. 155.

12 E. Niesobski, J. Pfeiferówna, Dziennik harcerza i "Szarotki" (1939-1944), oprac., wstęp i komentarz A. Drzycimski, Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk-Łódź 1986, s. 37.

13 M. Daniel, Wspomnienia z czasu wojny 1939-1945. Bydgoszcz - Horodło - Grudziądz, wstęp i oprac. A. Burdziej, Toruń 2017, s. 71.

14 Ibidem, s. 76.

15 Ibidem, s. 81.

16 AIP, IP/Arch/8/1.1/414, Wspomnienia Ireny Jastrzębskiej-Penciak "Moje wspomnienia", s. 1 (oryginał: Ośrodek KARTA, AW II/1779/j).

17 AIP, IP/Arch/8/1.1/550, Wspomnienia Nikodema Kowalskiego "Dziennik z lat 1939-1945", s. 2 (oryginał: Ośrodek KARTA, AW II/1592/2k).

18 S. Maczek, Od podwody do czołga, Lublin-Londyn 1990, s. 58, 94-95.

19 J. Iwaszkiewicz, Dzienniki 1911-1955, oprac. A. i R. Papiescy, wstęp A. Gronczewski, Warszawa 2007, s. 143.

20 R. Wolski, Tobie, Ojczyzno. Wspomnienia akowca, więźnia łagrów sowieckich, Warszawa 2007, s. 11.

21 Ibidem.

22 E. Niesobski, J. Pfeiferówna, Dziennik harcerza i "Szarotki"..., s. 36.

23 Ibidem, s. 38.

24 AIP, IP/Arch/8/1.1/45, Wspomnienia Gertrudy Barbasz "Wspomnienia z naszej wojennej tułaczki", s. 2 (oryginał: Ośrodek KARTA, AW II/2796/1k).

25 AIP, IP/Arch/56/1/4456, Relacja Salomona Goldmana i Gusty Goldman, s. 1 (oryginał: Żydowski Instytut Historyczny, 301/4671).

26 Ibidem, s. 2.

27 B.d., b.m. N.N., Relacja z września 1939 r. [w:] Archiwum Ringelbluma. Konspiracyjne Archiwum Getta Warszawy, t. 15: Wrzesień 1939. Listy kaliskie. Listy płockie, oprac. T. Epsztein, J. Majewska, A. Bańkowska, Warszawa 2014, s. 121.

28 J. Stulczewski, Wywiad z Danielą Osińską (pseudonim "Wierna", 1v. Kretowicz, 2v. Ludwicka) - członkiem Armii Krajowej i siostrą komendanta spieszonego szwadronu AK w Szadku, "Biuletyn Szadkowski" 2016, t. 16, s. 391.

29 AIP, IP/Arch/8/1.1/555, Wspomnienia O. Kowszun, s. 2 (oryginał: Ośrodek KARTA, AW II/1788/j).

30 AIP, IP/Arch/8/1.1/550, Wspomnienia Nikodema Kowalskiego "Dziennik z lat 1939-1945", s. 3 (oryginał: Ośrodek KARTA, AW II/1592/2k). Według znawcy historii Wrześ­nia '39 Łukasza Politańskiego tego rodzaju swoiste rady starszych odbywały się także w innych miejscowościach - na przykład na szlaku walk oddziałów armii "Łódź" i "Prusy". Osoby starsze na ogół decydowały się na pozostanie w domu, często uzasadniając to koniecznością pilnowania dobytku.

31 Ibidem.

32 Archiwum Ośrodka KARTA (AOK), FOK_0102_0001, A. Leśniewski, Wspomnienia z okresu wojny 1939-1945, Stockholm 1997, s. 6-7.

33 Ibidem, s. 7-8.

34 A.J. Narbut-Łuczyński, U kresu wędrówki. Wspomnienia, Londyn 1966, s. 337.

35 A. Kamiński, Diariusz podręczny 1939-1945, przedmowa S. Radoń, wstęp i oprac. A. Polarczykowa, J. Stoksik, Warszawa 2001, s. 38.