BRUŚ
Podinspektor Wojtczak, jej były szef, dzwonił już kilka razy w ciągu ostatnich dni. Kiedy zadzwonił po raz kolejny, Iwona wreszcie odebrała, czując, że to nie jest dobry pomysł, bo podejrzewała, z jakiego powodu dzwoni. Doszła jednak do wniosku, że Wojtczak jest ostatnią osobą, która zasłużyła na nieuprzejme traktowanie, a nieodbieraniem dała mu już do zrozumienia, że mimo wszystko nie ma ochoty na rozmowę. Miała nadzieję, że weźmie to pod uwagę.
- Cześć, Roman.
- Cześć. Dziękuję, że wreszcie odebrałaś.
- A gdybym dalej nie odbierała? - zainteresowała się.
- Przyjechałbym i warował pod twoimi drzwiami jak porzucony kochanek. - Świst wciąganego gwałtownie powietrza był wyraźnym sygnałem, że Wojtczak za późno uświadomił sobie popełniony nietakt. - Przepraszam...
- Nie ma sprawy.
- Posłuchaj... Wiem, że jestem upierdliwy, Iwona, ale sprawa, z jaką dzwonię, jest bardzo poważna.
- Też mam swoje poważne sprawy. - Wzruszyła ramionami. - Może nawet jeszcze poważniejsze niż wasze?
- Rozumiem, wszystko rozumiem... - mitygował się, a Iwona nie wyjaśniła, że tylko mu się tak wydaje. - Ale gdybym mógł cię prosić o spotkanie z pewnym człowiekiem...
- Z Warszawy. - Nie zapytała, tylko stwierdziła.
- Z Warszawy - potwierdził Wojtczak, lekko stropiony. - Z CBŚP.
- Jest teraz obok ciebie?
- Tak.
Iwona milczała przez chwilę, zastanawiając się, czy odwlekanie tego ma sens. Oto pojawiła się kolejna konsekwencja tego, co zrobiła, choć nie była temu winna i nie ona powinna je ponosić. I nagle doszła do wniosku, że dlaczego niby ma być z tym wszystkim sama? Grzeliński wpieprzył ją w niewyobrażalne kłopoty i czy miało znaczenie, że chodziło o ratowanie ludzi? Oszukał ją. I nie chodziło nawet o nielegalność całej operacji infiltracyjnej ani o to, że zabiła kilka osób, które na tę śmierć absolutnie zasługiwały. Chodziło wyłączne o to, że była marionetką, a teraz została sama bez środków do życia i perspektyw. Wyjścia miała dwa: albo się poddać, albo walczyć o przyszłość. Stoczyć się na dno, a w zasadzie zostać na nim, bo tam właśnie była, albo próbować wydostać się na powierzchnię. Zostanie na dnie równało się śmierci i była tego świadoma. Wypłynięcie na powierzchnię było szansą i dopiero potem mogła zdecydować, co dalej. Na spokojnie, na trzeźwo, na chłodno.
- Przyjedźcie. - Westchnęła. - Ale ostrzegam: nie jestem w najlepszej formie i nie chce mi się sprzątać. Ani nigdzie chodzić, zwłaszcza do Fabryki.
- Jasne. - Wojtczak chrząknął, a z tła dobiegły ją nagle czyjeś niewyraźne słowa. - Dam ci go na chwilę do telefonu, dobra?
- Daj.
Po kilku sekundach w komórce rozległ się głos, który już parę dni temu słyszała, również przez telefon. Wtedy była to pierwsza, nieudana próba kontaktu z nią. Nie wiedziała jeszcze, czy ta druga będzie udana, czy nie. To, że zgodziła się, żeby do niej przyjechali, jeszcze niczego nie oznaczało, bo zawsze mogła spuścić ich ze schodów, oczywiście w przenośni. Ale widać było, że gościowi zależy na spotkaniu. Przyjechał ponownie do Szczecina, nie mając pojęcia, czy mu się uda, no chyba że po prostu załatwiał tu jakąś służbową sprawę. I tak jej to nie interesowało.
- Dzień dobry, pani Iwono. Jacek Bruś z tej strony.
A więc pan zastępca komendanta Centralnego Biura Śledczego pamiętał, żeby nie tytułować jej komisarzem.
- Dzień dobry - odpowiedziała obojętnie.
- Dziękuję, że się pani zgodziła na wizytę. Postaram się załatwić sprawę szybko.
- Doceniam. - Iwona uśmiechnęła się lekko do siebie.
- Zatem do zobaczenia.
- Do widzenia. - Rozłączyła się i zaległa na kanapie w oczekiwaniu na niespodziewanych gości.
Dawała im kwadrans do dwudziestu minut. Kiedy usłyszała dzwonek, zwlekła się z kanapy i poszła otworzyć. Za drzwiami stał barczysty mężczyzna. Miał na oko nieco ponad pięćdziesiąt lat i był ogolony na łyso, choć włosy już odrastały i miały taką samą długość jak lekki zarost. Ciemne oczy bystro patrzyły spod krzaczastych brwi, a mięsiste usta rozciągały się w lekkim półuśmiechu. Reszty nie zdążyła ocenić, bo miał na sobie zapiętą pod szyję zamszową kurtkę.
- A gdzie Roman? - zapytała, odruchowo wyglądając na klatkę schodową.
- Przyjechałem sam - odparł. - Nie ma potrzeby, żeby pan inspektor Wojtczak był świadkiem tej rozmowy.
Nie dyskutowała, tylko odsunęła się, wpuszczając przybysza do środka.
- Jacek Bruś - przedstawił się, wyciągając do Iwony rękę.
Podała mu swoją; jego uścisk był mocny, męski, ale nie do przesady. Wiele razy spotykała się z niedźwiedzimi uściskami mężczyzn, którzy w ten zabawny sposób próbowali pokazać jej może nie tyle przewagę, ile swoją atrakcyjność.
- Zapraszam. - Zamknęła drzwi i nie czekając na gościa, ruszyła w głąb mieszkania.
Nie zaproponowała mu kawy ani niczego innego do picia. Miała w dupie uprzejmości, chciała tylko, żeby jak najszybciej sobie poszedł. Bruś wszedł za nią do pokoju, rozejrzał się po nim pobieżnie, a potem podszedł do okna i popatrzył przez nie.
- Ładnie tu macie w tym Szczecinie, tak zielono - zauważył, odsuwając firankę i tocząc wzrokiem po koronach drzew w parku Chopina.
Iwona nie zareagowała, tylko zsunęła klapki i usiadła na kanapie, podkurczając nogi pod siebie.
- Co to za wieża, tam w lesie? - Gość wskazał na budowlę wyłaniającą się zza drzew.
- To park, a nie las. Dawna wieża ciśnień przerobiona na dom mieszkalny.
- Fajnie.
- Jest na sprzedaż, gdyby pan reflektował.
Bruś pokiwał niezobowiązująco głową, wciąż wpatrzony w widok za oknem.
- Mamy już za sobą uprzejmości i przejdziemy do sedna? - zapytała prosto z mostu.
- Jasne. - Odwrócił się od okna i uśmiechnął szeroko. - Z kupnem jeszcze się wstrzymam. Muszę się zastanowić.
- Dlaczego chciał się pan ze mną widzieć? - zapytała, kończąc definitywnie mało zabawne pogaduchy, mające zapewne stanowić wstęp do właściwej rozmowy. - Akurat ze mną?
- Chciałem zapytać, czy ma pani coś wspólnego z czymś o nazwie Klub 526.
Podwinęła ukryte za udami palce stóp. Na tyle mogła sobie pozwolić.
- Nie mam nic wspólnego z...
Powiedziała to odrobinę za mocno i niepotrzebnie urwała, nie kończąc. Dla Brusia był to chyba jasny sygnał i Iwona to wiedziała. Ale było już za późno, mleko się rozlało.
- Ale wie pani, o czym mówię, prawda?
Nie odpowiedziała. Czekała.
- Powodem mojej wizyty u pani jest ten Klub, a w zasadzie działania inspektora Grzelińskiego, jakie podjął w jego sprawie. Te działania, o których wiemy, i te, o których nie mamy pojęcia, ale sądzimy, że jest ktoś poza nim, kto o nich wie. Na przykład pani.
Iwona starała się z całych sił, żeby jej twarz nie zdradzała niczego. Absolutnie niczego.
- Co ja mogę mieć z tym wspólnego? - zapytała, wzruszając ramionami. - Widziałam się z nim tylko raz, kiedy został twarzą systemu i karzącą ręką sprawiedliwości, czy raczej niesprawiedliwości, oznajmiając mi, że zostałam dyscyplinarnie usunięta z szeregów policji.
Kiedy się kłamie, jak najwięcej elementów musi być zgodnych z prawdą, żeby stworzyć pozory prawdomówności. Kilka prawdziwych szczegółów nada je kłamstwu i Iwona postanowiła kurczowo trzymać się tej zasady. Jak na razie to, co powiedziała, było półprawdą, bo widziała się z Grzelińskim dwa razy: raz wtedy i drugi w willi Klubu 526. Rozmów telefonicznych nie liczyła.
- No właśnie. Nie zdziwiło to pani? Taka nietypowa forma?
- Pyta pan poważnie? - zaatakowała. - W policji dzieje się tyle dziwnych rzeczy, nad którymi lepiej się nie zastanawiać, żeby nie narobić sobie kłopotów, a pan pyta, czy dziwiło mnie, że przyjeżdża ktoś z Warszawy, żeby mnie wypieprzyć z powodu sprawy, o której huczy cała Polska? To akurat była najmniej zastanawiająca rzecz, jaką widziałam w policji przez piętnaście lat pracy. - Urwała na chwilę, sprawdzając, czy przekonała Brusia, a potem zapytała niewinnie: - A co, chce mi pan powiedzieć, że coś było nie tak?
- Pobiła go pani przy wyjściu? - Uniknął odpowiedzi.
- To za dużo powiedziane. Uderzyłam go, raz. Nie zachowywał się ładnie przez całe spotkanie, aż się doprosił. Możliwe, że moja reakcja była przesadzona, ale sam pan rozumie, sporo przeżyłam tamtego dnia. No dobrze, więc co z tym klubem?
Bruś spojrzał na nią zagadkowo.
- Sam chciałbym to wiedzieć. Powiem pani, jak ja to widzę. Od początku. Jakiś czas temu dotarły do nas, do Biura, sygnały o działalności pewnej grupy przestępczej, najpierw miał to być handel żywym towarem, młodymi i bardzo młodymi ludźmi obojga płci, potem okazało się, że w grę wchodzi stręczycielstwo i organizowanie seansów erotycznych z młodocianymi. Wyjątkowo ostrych seansów. Pojawiły się pogłoski, że część z nich kończyła się śmiercią ofiary. Zlecono analizy, jednak poszlaki były zbyt słabe, żeby przedsięwziąć cokolwiek. Grzeliński miał się temu przypatrywać, trzymać rękę na pulsie. Na którejś z narad padł pomysł próby infiltracji z użyciem atrakcyjnej funkcjonariuszki, jednak uznano go za zbyt niebezpieczny...
- Od kiedy praca w policji należy do bezpiecznych? - rzuciła kąśliwie.
- Zgadza się, ale przede wszystkim chodziło o to, że był nierealny. Potem wszystko ucichło, urwał się jakiś kontakt z półświatka, który nadał niejako bieg sprawie. Sprawa została odłożona na półkę, do czasu uzyskania kolejnych informacji. I kilkanaście dni temu nagle mamy zabójstwo rodziny potentatów branży drobiarskiej, ojca i syna, rozstrzelanych jak na egzekucji, plus dwa dodatkowe trupy, wszystkie w spalonej willi, której pożar był efektem eksplozji materiałów wybuchowych. Tego samego dnia nieco wcześniej płonie duża ferma w Falentach, której współwłaścicielem była jedna z ofiar. Jej wspólnik nie ma pojęcia, co mogło się wydarzyć, wszyscy są w szoku, a ów wspólnik w największym.
- Porachunki mafijne?
Bruś uniósł brwi.
- Też bym tak pomyślał w pierwszej chwili, tylko że było kilka dodatkowych rzeczy, które kazały się zastanowić nad sprawą głębiej. Pierwsza to ta, że Grzeliński zaproponował wtedy konkretną osobę, którą można by wyznaczyć do zadania infiltracji owej grupy. Tak, chodzi o panią.
- Nie rozumiem? Skąd mnie znał? - zapytała zaskoczona, a potem sama sobie odpowiedziała: - No tak, akcja w Łodzi...
- Ta narada odbyła się dużo wcześniej niż nieudana akcja zatrzymania tamtego człowieka, w której zginął pani kolega z zespołu.
Iwona zacisnęła zęby.
- No i?
- A potem nagle była ta Łódź, później otrzymałem informację, że Grzeliński był w tutejszej komendzie wojewódzkiej i rozmawiał z panią. A kiedy zdarzyła się ta historia z willą i trupami... Cóż, postanowiłem pogrzebać w tym trochę. Jeden ze zidentyfikowanych trupów to niejaki Arkadiusz Kurzaj. Facet był ze Szczecina. To po pierwsze. Po drugie, ferma, o której mówiłem, znajduje się w Falentach. A pani również tam była kilkukrotnie w ostatnim czasie, prawda?
Nie pytała, skąd wie, skoro twierdził, że grzebał w sprawie. Dowód tego, o czym mówił, leżał na stoliku, rozmawiała przez niego z Brusiem nieco ponad pół godziny temu. Zabierając ze sobą wszędzie własny telefon, nie zastanawiała się nad tym, że będzie jej tropem, bo to nie miało znaczenia, a w każdym razie miało nie mieć. Okazało się, że życie napisało własny scenariusz.
- Inspektor Grzeliński zniknął, nie zostawiając po sobie żadnych śladów - kontynuował Bruś. - I zdaje się, że to samo stało się z pani partnerem. Nie bardzo wiem, o co w tym wszystkim chodzi, ale to wystarczająco dużo wspólnych mianowników, żeby sądzić, że coś jest na rzeczy, jak pani sądzi?
- Nie mam pojęcia, gdzie jest Matt - powiedziała drewnianym głosem, zanim uświadomiła sobie, co mówi.
Bruś pokiwał głową.
- Wie pani, zawsze uważałem inspektora Grzelińskiego za, rzekłbym, dość oryginalnego w obyciu. Znaliśmy się kilka ładnych lat, może to nie była przyjaźń, bo z tego, co wiem, nie miał zbyt wielu przyjaciół i ogólnie uważam, że dość trudno byłoby się z nim zaprzyjaźnić, ale zdążyliśmy się poznać dość dobrze. Tak myślę. Wypiliśmy razem sporo alkoholu przy różnych okazjach i to też zawsze jest sposobność, żeby kogoś bliżej poznać. Ale przez kilka lat znajomości z nim może kilkanaście razy powiedziałem do niego "Matt". A pani, proszę mi przypomnieć, jeśli się mylę, widziała się z nim raz, w dodatku pobiła go wtedy, tak?
Straciła czujność. Mogła to składać na karb zmęczenia, stresu, wszystkiego, ale to nie powinno było się zdarzyć.
- Będziemy się dalej bawić w kotka i myszkę czy pogadamy normalnie? - zapytał Bruś, kiedy wciąż milczała.
Zadał to pytanie zwyczajnym tonem, bez cienia tryumfu w głosie.
- Sprawa klubu jest zakończona - powiedziała, czując potworne zmęczenie. - Winni nie żyją, tożsamości, a nawet liczby ofiar jego działalności nie da się ustalić. Tyle mogę panu powiedzieć.
- Czy to Grzeliński wymierzył sprawiedliwość?
Pokiwała w milczeniu głową, nie patrząc na Brusia. Ten westchnął tylko. Też wyglądał na zmęczonego. Nabrał nagle powietrza w płuca, zrobił głośny wydech i powiedział:
- No to wygląda na to, że wymierza ją dalej...