Ulicami, źle oświetlonemi przez rzadko rozstawione
latarnie, szybko biegła do domu. Paru godzin tylko brakowało do
północy. Była niespokojna o siostrę, która z rana czuła się gorzej
niż zwykle, ale właścicielka zakładu krawieckiego aż do tej chwili
zatrzymała przy robocie wszystkie pracownice. Nic dziwnego:
karnawał; roboty - co niemiara! Ona, panna do kroju, najwięcej ma i
pracy i odpowiedzialności. Ale mogłaby szczycić się tem, że w
23-cim roku życia jest już najbieglejszą i najlepiej opłacaną
pracownicą w najsłynniejszym zakładzie krawieckim tego miasta.
Mogłaby także cieszyć się, że matka i siostra żyją przeważnie z
tego, co ona zarabia, bo nauczycielską pracę siostry przerwała
choroba już od kilku miesięcy. To gorsza, że serce jej stało się od
pewnego czasu nieprzystępnem dla uczucia chluby, zarówno jak
uciechy; na dno jego zapadł ból i czyni je ciężkiem, jak
kamień.
Z ciężkim kamieniem w piersi prędko biegnie po ślizkich
chodnikach. Środkiem ulicy leży śnieg; chodniki oszklone cienką
warstwą lodu. Ale ona przywykła do dziennej i nocnej bieganiny po
mieście - do ślizgawicy, do zimna i do samotności za domem i w
domu. Był moment, z paru miesięcy złożony, w którym zrobiło się
jej na świecie, jak w raju. Przeszedł na zawsze - i nic dziwnego.
Siostra jej, Klemunia, piękniejsza od niej, wyżej wykształcona, od
pierwszego poznania się z panem Zbigniewem oczarowała go i podbiła.
Ona, Kazia, wygląda przy niej, jak świeca przy słońcu. Gdyby pan Zbigniew nie był nigdy przestąpił progu ich
domu... Ale to było niepodobnem. Poznała go w magazynie, gdzie parę
razy towarzyszył to matce swojej, to siostrze, a potem zaczął
umyślnie spotykać się z nią na ulicach, witał się serdecznie,
rozmawiał długo, tak rozmawiał i tak na nią patrzał, że od tego
stawało się jej na świecie jasno i ciepło, jak w maju, jak w raju.
Uwierzyła w to, że ją pokochał. O Boże! jakież to wielkie
szczęście, dla niej zwłaszcza, której nikt nigdy nie kochał, bo
ojciec odumarł ją bardzo wcześnie, a matka przepadała za Klemunią.
Ją - znosiła. Dla oczu ludzkich, przez dobroć serca zresztą, nie
krzywdziła jej nigdy fizycznie. Ale nic nadto: żadnych czułości,
pieszczot, zwierzeń. Klemunia, zaledwie od ziemi odrosła, była już
przyjaciółką matki. W szare godziny rozmawiały po cichu, z rękoma
zarzuconemi wzajem na szyje, a ona, Kazia, siedziała w drugiej
izdebce sama jedna, naprawiając bieliznę i suknie dopóty, dopóki
matka nie zawołała: - Kaziu, nastaw samowar! Matka pochodziła z dobrej rodziny, znała obce języki i
uczyła ich Klemunię. O Kazi powiedziała: - Niema zdolności! Będzie szwaczką. Została szwaczką wyborną, dobrze opłacaną, a pomimo, że to
i owo ją zasmucało, niedawno jeszcze była wesołą, jak szczygieł.
Siostrę uwielbiała za jej piękność i rozum; każde słowo matki choć
trochę serdeczne wprawiało ją w humor tak świetny, że z jej
opowiadań i figlów śmiała się nawet matka obojętna i siostra
rozumna. Miała w sobie niezwykły zapas młodości, siły, nadziei.
Nadziei długo nie nazywała po imieniu, ale przed rozpoczęciem pracy
i po jej ukończeniu, topiąc wzrok w jutrzniach porannych i w
wieczornych zorzach, więcej czuła niż myślała, że stanie się z nią
wkrótce coś nowego, radosnego. Słyszała wtedy śpiew słowika w
dalekim lesie. Lasem była przyszłość, słowikiem miłość. Aż stało
się to, co przeczuwała. Z za jutrzenki, czy z za zorzy, wypłynęła
postać młodzieńca, który najwyraźniej okazał, że ją kocha.
Pokochała go całem sercem ufnem i sierocem. Nie w lesie już, ale w
niej samej słowik zanosił się od śpiewu. Tylko, że romans
prowadzony na ulicy obrażał jej skromność; nie potrafiłaby
powiedzieć dlaczego, ale obrażał: Wymogła więc na panu Zbigniewie,
aby zapoznał się z jej matką i zaczął bywać w ich domu. Ach, gdyby
była nie uczyniła tego! Owszem, uczyniła dobrze. Gdyby wszystko
wróciło, uczyniłaby tak samo... Jednak... Boże! jak smutno na
świecie! Ulice takie puste i ciemne, pod stopami lód ślizki od
śniegu, którego pełno dokoła, chłód bije; chłodem siecze wiatr,
zlatujący od nieba, czarnego jak otchłań. W piersi fala gorąca
płynie ku gardłu i ciśnie się do oczu. Obejrzała się: nikogo nie
było dokoła. Tylko w jednym z wysokich domów rząd okien gorzał od
świateł i wylewał na pustą ulicę tony skocznej muzyki. Przypadła
czołem do słupa latarni i pod lecącymi górą dźwiękami polki
zapłakała głośno, krótko. Potem zaczęła znowu prędko iść dalej. Czegóżby nie dała za to, aby przestać o tem myśleć. Nie
może. Od kilku już tygodni tylko o tem myśli, myśli, aż czasem
głowa pęka i żyć się nie chce; a przestać myśleć o tem nie może. To
jak dwa gwoździe wbite głęboko: jeden w głowę, drugi w serce. Ma się rozumieć, adwokat i nauczycielka, para daleko
lepiej dobrana, niżeli adwokat i szwaczka. Klemunia zresztą jest
tak śliczną, dystyngowaną, rozumną! Tylko... gdy po raz pierwszy
pan Zbigniew wszedł do ich domu, mogłaby doprawdy nie tyle, nie tak
z całej siły kokietować go spojrzeniami, ruchami, rozmową, nawet
włosami, które niby wypadkiem rozsypały się jej na plecy, podobne
do płaszcza z czarnego jedwabiu! Przecież wiedziała, że jest to prawie jej narzeczony i jak
go kocha. Nie taiła się przed nią z niczem, wszystko przed nią
wyznała. A ona uczyniła znowu wszystko, co mogła, aby go jej
odebrać. Podobał się jej z powierzchowności i wykształcenia; był
przy tem świetną partyą. Klemunia zapragnęła go dla siebie, a
ponieważ mogła, więc zdobyła. Siostra! Cóż? Widać tak jest na
świecie, że kiedy idzie o własne szczęście, można zdeptać nawet -
siostrę. Ale - niech tam! Niech im Bóg da wszystko: zdrowie,
szczęście, życie długie, to wspólne we dwoje!... Znowu nieznośne łzy!... Ale tym razem niczego nie dokażą.
Wstyd i źle płakać tak często. Czasem, cóż robić! płakać często...
na siostrę. Jeszcze, broń Boże, łzy te padną na jej głowę! I bez
tego Klemunia jest biedną, ach, jak biedną! Ta jej choroba, nie
wiadomo jeszcze, jak się skończy. Taka szczęśliwa, a nie wiadomo,
czy to szczęście długo trwać będzie. Kazia wybłagała u lekarza
nazwę choroby i - zapomniała. Dwa wyrazy łacińskie wyleciały z
pamięci, lecz to pamięta, że Klemunia jest chora na serce. I
jeszcze jedną rzecz okropną powiedział lekarz... Nie chce o niej
myśleć po prostu, myśl jej ucieka od tego ze strachem przeraźliwym. Więc nietylko w oczy, ale i za oczy, nietylko postępkami,
lecz uczuciem i myślą nie trzeba nic czynić przeciw Klemuni; ani
wyrzekać na nią, ani płakać z jej powodu, bo nuż te łzy... Powiadają, że łzy skrzywdzonych przynoszą krzywdzącym
nieszczęście, a przecież była to krzywda, krzywda. Otóż i znowu
myśl zła i niepotrzebna. Taką walkę miłości z boleścią,
przebaczenia z urazą, toczy już od kilku tygodni i, doprawdy,
czasem już wolałaby nie żyć. Cel, do którego dąży, niedaleko. Trzy okna u szczytu
wysokiej kamienicy, nad dachem. Dwa pokoje z kuchenką na strychu,
za które właśnie wczoraj, pieniędzmi zapracowanymi w zakładzie
krawieckim, zapłaciła półroczne komorne. Kiedy przyniosła
pokwitowanie właściciela domu, pragnęła, aby matka choć pogładziła
ją po twarzy, choć powiedziała jej jakie miłe słówko. Nie uczyniła
tego. Odkąd Klemunia jest zaręczoną i chorą, nic oprócz niej na
świecie nie widzi. Kiwnęła głową, schowała kwit do szkatułki i
dalej czytała Klemuni leżącej na szezlongu. Ten szezlong - to ona
także kupiła dla chorej siostry. Klemunia, uradowana, zarzuciła jej
ręce na szyję i serdecznie ją ucałowała. A ona od tego uścisku
siostry stała się pełną cichej i jakiejś żałosnej radości. Dwa okna nad dachem jasno oświetlone. W bawialnym pokoju
pali się duża lampa, więc pan Zbigniew jeszcze nie odszedł. Siedzą
sobie pewno jedno przy drugiem, ona na szezlongu, on na krześle, i
z cicha rozmawiają. Od paru tygodni są narzeczonymi i żeby nie choroba
Klemuni, już w tym karnawale wzięliby ślub, a tak, nie wiadomo
jeszcze kiedy to nastąpi. Może Klemunia uczuwa jakie skrupuły, bo
stała się dla niej czulszą, niż przedtem; ją zaś serdeczność
siostry ujmuje, ale jej nie pociesza. Przeciwnie, im więcej kocha
Klemunię, tem mocniej ją boli, że to ona właśnie... Ale cóż to się dzieje na ulicy, przy której znajduje się
ich mieszkanie? Wysoki gmach mieszczący w sobie resursę publiczną,
jak raz naprzeciw ich mieszkania, goreje od świateł; u bramy stoją
policyanci, przed bramę zajeżdżają sanie i karety na kołach.
Brzękadła u uprzęży końskiej dzwonią, koła skrzypią po śniegu,
stangreci wołają: z drogi! z drogi! policyanci kłócą się z tłumem
gapiów ulicznych. A z wysoka, z wysoka, zlatują na ulicę huczne
dźwięki orkiestry. Różne instrumenty dęte: trąby, bębny, flety,
klarynety, grają wesołego kontredansa. W resursie bal. Nic
dziwnego: wszak to karnawał. Trzeba tylko zręcznie przebiedz wszerz
ulicę, aby nie wpaść pod konie, których wiele biegnie w jedną
stronę i w drugą, u sań i karet nadjeżdżających, odjeżdżających.
Bal! wielki bal! W głębi skromnej bawialni, pani Antonina Tarczyńska, wdowa
po jeometrze, siedziała na kanapie obok pani Anieli Szumskiej,
wdowy po lekarzu. Obie panie mieszkały w jednym domu, bardzo się
nawzajem szanowały i lubiły. Znajdowały się w tym wieku, w którym
kobiety stają się mniej więcej do siebie podobnemi. Włosy
siwiejące, czoła pomarszczone, oczy wklęsłe, wargi zwiędłe i
zarysowujące nawet w uśmiechu linię zmęczenia lub goryczy. Staranne
ubrania okazują, że obie panie życzą sobie utrzymać się w pewnym
tonie, zdala od nędzy wstydzącej się żebrać. Ciemne suknie i czarne czepeczki na siwiejących włosach,
ale przy sukniach jakieś kokardki, frendzelki, a czepeczki
przytwierdzone do włosów błyszczącemi szpilkami z bardzo lichego
metalu. Wdowa po lekarzu jest trochę grubą, rumianą, z czerwonemi,
krótkiemi rękoma. U wdowy po jeometrze szczupłość kibici, bladość
cery, delikatność rąk, świadczą o słabem zdrowiu i niezatraconej w
ubóstwie dystynkcyi. Matka Klemuni i Kazi ma pozór kobiety mocno
zgryzionej już w zębach czasu i może dlatego kapryśnej; ale też i
uczuciowości dużo maluje się na jej cierpiącej twarzy. Głosem
cichym, powoli, lecz z zajęciem, prowadzi z sąsiadką rozmowę o
drożyźnie produktów i o niezwykłej obfitości śniegów tegorocznych. Potem sąsiadka głos zabiera i, przechodząc wprost do
kazania niedzielnego, giestem pełnym namaszczenia powtarza wyjątek
z budującego kazania, lecz ogromnie tekst egzageruje, poczem
spogląda na sąsiadkę, wzdycha i dodaje: - Tak, tak! Pani Antonina wzdycha także i powtarza: - Tak, tak! Na tle wysokiej poręczy kanapy, obie wstrząsają
siwiejącemi głowami, w czarnych czepeczkach. Gdy duet na kanapie umilkł, wyraźniej dał się słyszeć
drugi, w rogu pokoju. Tam także dwa głosy mówiły, raczej szeptały.
Nie było z czem się ukrywać, ale cień i szept to rodzime żywioły
zakochanych. Dwudziestoletnia panna, leżąca na szezlongu sprzeczała się
z trzydziestoletnim mężczyzną, siedzącym przy niej na krześle, o
wyższość romantyzmu nad realizmem w poezyi i powieści. On obstawał
przy realizmie; ona była fanatyczną zwolenniczką romantyzmu, sama
zaś przedstawiała zjawisko, które mogło sprawiać rozkosz oczom
zarówno realisty, jak romantyka. Szezlong stał w cieniu wysokiej
komody, a w tym cieniu twarz Klementyny, ślicznie zarysowana,
przybierała pozór białej lilii. Była białą i delikatną, z wielkiemi
ciemnemi oczyma i dużym węzłem czarnych włosów z tyłu głowy.
Wysmukłą kibić malowniczo opływał błękitny szlafroczek, z materyi
taniej, ale bardzo ładnie zrobiony przez Kazię. Pan Zbigniew miał
zgrabną postawę, śniadą cerę bruneta, ładne wąsiki, i co chwila
próbował wspierać się łokciem o brzeg komody. Ale komoda była zbyt
wysoka na ten użytek, i łokieć zsuwał się z niej
nieprzezwyciężenie, co sprawiało panu Zbigniewowi dużą
niedogodność. Więc, obrawszy sobie inną pozę, wyszeptywał przed
narzeczoną obronę realizmu w poezyi prawie z takiem krasomówstwem,
z jakiem dziś, w godzinach południowych, bronił przed sądem jednego
fałszerza monety i dwóch podpalaczy. Gdy umilkł, Klementyna z zamyśleniem wstrząsnęła śliczną
główką i z kolei wyszeptała cały szereg imion, z których każde było
argumentem wcale poważnym. - Schiller, Byron, Wiktor Hugo, Mickiewicz, Słowacki... Słowa rozmowy, jakkolwiek wymawiane z cicha, dolatywały
uszu pań siedzących na kanapie. Pani Antonina zajaśniała, jak
słońce. - Słyszy pani, jakie to u nas rozmowy się prowadzą? Pani Aniela od przyjacielskiego współczucia uśmiechnęła
się szeroko. - A jakże! Tacy rozumni i wykształceni oboje! - Żeby tylko nie ta jej choroba! - szepnęła wdowa po
jeometrze i naraz zgasła jak zdmuchnięta świeca. Na szezlongu, w cieniu komody, melodyjny choć przyciszony
głos kobiecy mówił: - Don Carlos, Childe Harold, Ernani, Konrad Wallenrod,
Balladyna... - Paru z tych dzieł nie czytałem. - Przeczytamy je razem. Dobrze? - Będę wdzięczny; będzie pani Beatryczą moją! Pani Antonina mrugnęła powiekami ku sąsiadce. - A co! Sąsiadka odmrugnęła. - Aha! W tej chwili w kuchence, graniczącej z bawialnią, dało się
słyszeć stuknięcie drzwiami, potem tupot nóg otrząsających śnieg z
obuwia, potem szelest zrzucanej odzieży, aż do pokoju wbiegła
dziewczyna mniej niż średniego wzrostu, z ruchami żywymi, z cerą i
zarysem twarzy, które czyniły ją podobną do polnej róży. Ciemne włosy miała rozrzucone od wiatru, uszy
zaczerwienione od mrozu i usta śmiejące się, czerwone, jak koral. Czy jej dobrze było, czy źle, czy miała ochotę do śmiechu,
czy do płaczu - zawsze wchodziła do domu z uśmiechem, albo ze
śmiechem. Dość tu było smutku i bez niej, z powodu słabego zdrowia
matki, a teraz szczególniej, z powodu choroby Klemuni. Tego tylko
brakuje, aby ona przynosiła tu z sobą dąsy, lub lamenty! Przytem
pan Zbigniew nie powinien nigdy widzieć jej smutną. Żeby ją na
kawałeczki krajano, jeszczeby w jego obecności nie jęknęła, ani
zapłakała, lękając się, aby nie pomyślał, że jęczy i płacze nie od
tego, że krają, ale od tego, że on ją porzucił. Więc śmiejąc się
przebiegła pokój, pocałowała matkę w rękę, przyjaciółkę matki
gdzieś około łokcia, a czyniąc to, mówiła żywo, głosem świeżym, jak
wiosna. - Co się to dzieje koło naszego domu! Co się dzieje!
Resursa oświetlona, muzyka grzmi, powozów mnóstwo, a tak trudno
rozminąć się z końmi, że uciekając przed nimi, kalosz zgubiłam. - Bardzo interesującą historyę opowiadasz... - łagodnie,
lecz nie bez smutnej ironii zauważyła pani Antonina. - Panna Kazimiera zawsze w dobrym humorze, wesoła, jak
szczygiełek, - uśmiechnęła się pani Aniela, i gdy Kazia, zgrabnie
okręciwszy się przed kanapą, poszła ku szezlongowi, cicho szepnęła: - Serce ma najlepsze, ale taka to już natura, otwarcie
pani powiem, prosta, prozaiczna! Kazia po przyjacielsku uścisnęła rękę pana Zbigniewa. - Dobry wieczór panu! Jakże sprawy dzisiejsze? Czy
podpalacze poszli w świat, aby go znowu podpalać? Pan Zbigniew odpowiedział: - Poszli, proszę pani. Wygrałem sprawę. Pochyliła się ku siostrze. - Jakże się czujesz? Z rana było ci... Klementyna z niecierpliwością przerwała: - Nic mi nie było z rana i teraz czuję się doskonale... Wstydziła się przed panem Zbigniewem tego, że choroba jej
trwa tak długo, lękała się znudzić go, zrazić. Kazia wiedziała o tem. - To prawda - zawołała. - Wyglądasz znakomicie; widać, że
wszystko już przeszło. Klementyna zwróciła się do pana Zbigniewa. - Od czego zaczniemy nasze wspólne czytanie? - Ułożenie programu należy do pani. - Więc od jutra "Don Carlos". Uderzyła w dłonie; oczy jej świeciły w cieniu, jak
brylanty. - Ach, jak to będzie miło, miło, codzień czytać wspólnie
jaką godzinkę... Ale... czy pan umie po niemiecku? - Znakomicie! - Czego pan nie umie! wszystko! - Jedno nadewszystko. - A co? Wiedziała z góry, jaka będzie odpowiedź, jednak z wyrazem
figlarności w oczach zapytywała: - Co pan umie nadewszystko? Co? Oczy ich przestały widzieć świat, bo utonęły jedne w
drugich. Kazia odeszła i stanęła przy stole, na którym paliła się
spora lampa, przed dwiema paniami, siedzącemi na kanapie. Pani
Antonina mówiła do pani Anieli: - Moja droga pani, jabym ją na ręce wzięła i na koniec
świata zaniosła, byleby ratunek znaleźć! Po bladych i aż prawie przezroczystych policzkach matki
Klemuni popłynęły dwie łzy, w świetle lampy srebrne. Od tych łez matki, od trwającego ciągle w rogu pokoju
duetu zakochanych głosów, uśmiech zgasł na koralowych wargach Kazi.
Miała jednak zwyczaj, że gdy tylko uczuła, iż uśmiech z ust ucieka,
tak, że już za nic pochwycić go nie można, a skóra na czole w
sposób nieprzezwyciężony skupia się w zmarszczki, szła do roboty,
do jakiejkolwiek zresztą roboty, byleby jasno tłómaczyła przed
wszystkimi oddalenie się, milczenie i zmarszczkę na czole.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.