Przedwojnie - Hassliebe Łukasz

-
Proszę czekać
PROLOG

Najdziwniejsza wydawała się cisza.

Przez kilka tygodni miasto nie spało, nie jadło, nie bawiło się, nie kradło, nie wyłudzało od nikogo miłości, tylko dzień w dzień krzyczało. Czasami wrzeszczało, płakało z frustracji, dudniło w przepastnych tunelach i tupało o powyginany asfalt, ale nigdy, nigdy nie milczało. Przez kilka tygodni miasto trzęsło swoim spasionym cielskiem i wypluwało coraz to nowych poobijanych i rannych, wyło głosem migotliwych karetek, łopotało drzewcami flag i transparentów. Rozkołysane nie chciało i nie potrafiło się już zatrzymać, rosło jak pulchne ciasto i kipiało, wciąż kipiało tą samą czarną jak dół nienawiścią.

Dziś jednak milczało.

Owszem, było słychać szepty i pomrukiwania, drobne ruchawki i pojedyncze apele, ale w porównaniu z ostatnimi tygodniami przypominało to raczej ciche przegrupowanie sił niż kolejne natarcia. Tak jakby miasto musiało przystanąć, nabrać powietrza i obejrzeć się za siebie. Jakby się gotowało do skoku, czekając momentu, od którego można się odbić, by ruszyć szaleńczym sprintem naprzód. A to przerażało bardziej, o wiele bardziej niż wszystkie krzyki, przekleństwa i pokazowe akty rozpaczy. Głośni ludzie popełniają głupstwa, głośni ludzie w histerii obnażają ramiona i torsy, wymachują siekierami, próbując dokonać niemożliwego. Ale głośni ludzie nie knują.

Maciek z Edytą przebijali się od strony ronda de Gaulle'a. Wymazany świecowymi kredkami generał patrzył w dal, jakby nie przejmował się napisami o francuskim tchórzostwie, pedałach z wąsikiem i seksie analnym, o którym przypominali mu pokonani w ostatnich wyborach zwolennicy słusznego państwa. Kwietniowy deszcz nie zmył jeszcze wszystkich bazgrołów, błyszczały więc w słońcu i puszczały zajączki.

Maciek manewrował między przechodniami, przystawał, zwalniał, gazował i palił sprzęgło. Szło mu ciężko, z tyłu posykiwały inne zniecierpliwione auta.

- Zatrąb! - Edyta nie odwracała głowy, zerkała w komórkę. - Po prostu zatrąb. O tak! - Sięgnęła mu przez ramię i nacisnęła klakson dwa razy.

- Wiesz, że to nic nie da - odpowiedział Maciek i znowu próbował wymijać człapiących przechodniów.

- Nie musi. - Edyta złośliwie pomachała kierowcy z tyłu. - Przynajmniej coś robimy.

Plac Trzech Krzyży, na którym od epidemii sprzed paru lat było już krzyży siedem, w tym ten najwyższy, poświęcony koronaofiarom, stał się Hyde Parkiem kolejnych prawicowych demonstracji. Dawne, spisane prawa kodeksów drogowych i sztywne podziały na samochodowe kasty oraz oddziały przestraszonych piechurów zanikły. Pękły szwy spinające od wieków miasta i państwa, jak od pamiętnego roku 2020 pękać miało wszystko. Ulice, przynajmniej tutaj, przestały być ulicami, chodniki chodnikami, tłum gulgotał i przelewał się we wszystkich kierunkach, pochłaniał coraz to więcej i więcej, czyniąc sobie ziemię poddaną. Kto chciał, wjeżdżał, kto chciał, parkował, kto chciał, kręcił pijane bączki, ale większość, wcale nie takich młodych, miotała się w oczekiwaniu na kolejny wiec i kolejne retoryczne pociski wystrzeliwane w kierunku złodziejów z Sejmu bądź bandytów z Urzędu Rady Ministrów.

- Trzeba było przez Orwella - westchnęła Edyta. - Znów się spóźnimy!

- Orwellem oszukać... - Maciek zachichotał, ale Edyta nie załapała żartu. Od czasu gdy na Orwella zamieniono dawną aleję Armii Ludowej, która w międzyczasie miała jeszcze trzy inne, ponoć obraźliwe i kompletnie nieakceptowalne nazwy, Maciek nie lubił tamtędy jeździć. Chociaż przecież powinien. Orwell zapewnił kompromis i przestano się wreszcie kłócić, a kłótni, przynajmniej z Edytą, nienawidził Maciek najbardziej.

Przerwał jej energiczne stukanie w ekran telefonu.

- I co pokazuje?

- Co? - spytała wybita z rytmu i podniosła wzrok na Maćka. - Co kto pokazuje?

- Apka, co pokazuje apka? - odpowiedział i się uśmiechnął. Zawsze tak jej przerywał, gdy bez reszty zapadała się w komórkową otchłań i słychać było tylko głośne cmokania dowodzące stanu najwyższej dezaprobaty. - Miałaś przecież sprawdzić.

- A, zaraz... - Edyta pogłaskała kilka razy ekran. - Pokazuje, że korek się tak szybko jednak nie skończy.

- A rajotsy? Pokazuje rajotsy?

- No daj spokój, wiesz, że to bez sensu - prychnęła i wróciła do klikania w telefon.

Odkąd i w Polsce pojawiła się aplikacja, która nie tylko wskazywała zakorkowane trasy, ale brunatną ikonką z koktajlem Mołotowa ostrzegała przed zamieszkami, wybijaniem szyb i atakowaniem aut, Maciek sprawdzał ją bez ustanku: przed wyjazdem, w trasie i tuż po zaparkowaniu. Edyta uśmiechała się na każdą wzmiankę o rajotsach, nawet nie tyle dlatego, że nigdy, ale to nigdy ikonka ich przed niczym nie ostrzegła, ale przede wszystkim z powodu zakrawającej na obsesję wiary Maćka, że świat jest w stanie tu i teraz zapewnić jemu, Maciejowi z Polski, maksimum bezpieczeństwa i zminimalizować wszystkie, ale to wszystkie niebezpieczeństwa.

Maciek o tym wiedział, tak jak wiedział, że mają inny temperament i apetyt na śmierć, na urlop, na czas wolny i przede wszystkim na ryzyko, albowiem za każdym razem to właśnie Edyta wybierała trasę trudniejszą, a on, nawet nadkładając drogi, wolał bezpieczniej doczłapać do celu. Ale może właśnie ten nerw pociągał go w niej najbardziej, może to kontrolne, okazjonalne puszczanie się w przepaść z Edytą tak lubił w swoim na co dzień nudnawym jednak małżeństwie.

Patrzył teraz na jej włosy, upięte w kucyk czarną gumką i złotą przypinką, najmodniejszą ostatnio skórzaną kurtkę z jedną, acz przepastną klapą, którą niczym żaglem można się opatulić przed szkwałem, i na czarną spódnicę z głęboko wyciętym krokiem, lśniącą od złotych cekinów ułożonych w wizerunek Madonny z dzieciątkiem. Patrzył na żonę, od której to się oddalał, to się do niej przybliżał, ale która samą swoją obecnością spinała to wszystko, co w swym życiu oficjalnie uznawał za ważne.

- Znowu udajesz odważną? - spytał, gdy z Wilczej wbijali się na Marszałkowską.

- Tam od razu udaję. Po prostu jestem - odrzekła z cudacznie udawanym uśmiechem, tak że i Maćkowi trudno było się nie uśmiechnąć. Jeśli za coś ją kochał, to również za czarny humor i błazenadę, w których rejony kapryśnie zabierała go zawsze, gdy spodziewał się erupcji kolejnej kłótni.

- Że też akurat musiał przenieść się tutaj, w największe korki - wyszeptał Maciek bardziej do siebie niż do Edyty. - Zawsze to samo...

- Akurat do tego powinieneś się przyzwyczaić - odpowiedziała, spoglądając na kolejne patrole strażników miejskich mające uniemożliwiać blokowanie przejść dla pieszych, mimo iż dzisiaj akurat nikt blokować ich nie chciał.

To prawda, Maciek powinien się przyzwyczaić. Powinien się przyzwyczaić, że jego teść Jerzy Nawrocki lubi być w centrum uwagi, a im większy ścisk, im bardziej gęsto, tym żywszych nabiera kolorów. Że niczym pełzający odwłok poruszać się może, tylko rozpychając się dookoła łokciami, a do tego potrzebuje ludzkich kanciastych głów i owłosionych pleców, całej tej masy człowieczej, od której się odbija, żeglując przez życie, pewny siebie i wciąż tak samo krzepki. Powinien Maciek zrozumieć, że teść - a w zasadzie jego firma, w której koszta Jerzy wrzucał wszystko, od mentolowej pasty do zębów po czarne koszule z wewnętrznym nadrukiem - kupił mieszkanie właśnie w tym miejscu, w alei Przyjaciół, bo nikt o zdrowych zmysłach nie płaci tyle za lokal bez sprawnej windy i z wiecznie sikającymi pod domem protestującymi. Nikt poza teściem, który zawsze, gdy wypije za dużo anyżówki, pigwówki albo jałowcówki, dostarczanych wtorkowymi przedpołudniami przez niezliczoną rzeszę podejrzanie pachnących ciotek, opowiada, jak to pierwszego dnia wychylił się przez okno i krzyczał do oniemiałych sąsiadów, że teraz to jest nasze, teraz my idziemy, a was już zaraz nie będzie. I jak zawsze na 1 maja wiesza czarną flagę, a na 3 maja wiesza trzy albo cztery flagi, z których biało-czerwona nie jest wcale największa, co wydaje się o tyle zabawne, że akurat w tych dniach zwykle nie ma go w Warszawie, więc o symboliczną zmianę ubarwienia szorstkich przedwojennych okiennic musi prosić zięcia albo którąś z ciotek, co Maćkowi, nie wiedzieć czemu, zawsze kojarzyło się ze zmienianiem pieluch.

- Zaparkuj gdzie zwykle - Edyta wskazała na pałacyk Sobańskich w końcu alei Przyjaciół. Budynek od lat wypinał się na nią swym jednym jedynym zabetonowanym otworem wejściowym - po trochu tak, jak jego obecni bywalcy wypinali się na calutką resztę miasta.

W tym momencie jednak środek alei zatarasowały dwie olbrzymie żółte kule wytatuowane numerkami lotto. Chodzące, ziejące potem ludzkie reklamy z napompowanym ramionami, udami i głowami w kształcie szczęśliwego numerka niczym Pi i Sigma z Matplanety wtargnęły na ulicę i zaczęły rozwijać transparent z napisem "Rynek i wolność". Unosiły brązowe drzewce, próbowały napinać, ale zbyt duża odległość między nimi sprawiała, że całość się na środku gięła, a biała literka "w" kłaniała się czołem do przodu.

- Szczęśliwa szósteczko, przepuścisz nas? - Edyta wskazała palcem na wolne miejsce parkingowe na końcu alei z mieszaniną czułości i pogardy, robiąc przy tym minę w dzióbek.

Maciek stał i coraz głośniej gazował auto. Pi nic nie mówił, ciągnął tylko za transparent, podobnie jak Sigma, który jednak krzyknął:

- Jedźcie dookoła!

- Dookoła nie można! - odkrzyczał Maciek.

- Dookoła będzie szybciej, mówię wam! - Sigma nie odrywał wzroku od transparentu.

- Jak dookoła, kiedy to ślepa ulica? - oponował Maciek, ale od razu spostrzegł, że Pi i Sigma rechoczą, że zaczyna uśmiechać się też Edyta i nawet transparent sprawia wrażenie rozbawionego.

- W coś ty się, kurwa, wystroił? - zawołał tymczasem największy ze zbliżającej się od tyłu grupy oberwańców. Zatoczył się przy tym od gromkiego śmiechu, a reszta jego bardziej cherlawych niż wystraszonych towarzyszy, schowana za nim, wtórowała mu nie do końca miarowo.

- W coście się, kurwa, obaj oblekli? - Największy, mijając auto Maćka i Edyty, dopiero teraz zauważył drugiego nieszczęśnika. - Co to, festiwal piłki plażowej? Myślicie, że dzięki temu pały mniej będą bolały?

Pi i Sigma milczeli. Nawet gdyby potrafili w trzech śliskich zdaniach wyjaśniać rozbrajający idiotyzm pomysłu, że wszyscy, tak bardzo przecież przesądni, gracze w lotto mają swoją uładzoną przyszłość milionerów kupować od dwóch facetów przebranych za skrzyżowanie materaca z jajkiem wielkanocnym; nawet gdyby mieli opowiadać o napiętych grafikach kreślonych na plastikowych tablicach i własnych pomysłowych oszustwach na śródmiejskiej marszrucie, słowem o całej tej gównopracy, którą umorusanymi łapskami muszą sobie codziennie ładować do gardła - nawet gdyby chcieli, to już nie mieli siły.

- Lepiej przytrzymaj za środek, młotku. Mówiłem, że za szeroki! - Sigma znowu wrócił do napinania transparentu, a Największy ociężale podszedł i chwycił literkę "w" za kołnierz.

- Chłopcy, pobawicie się później! - przerwała im Edyta, irytacja powoli rosła jej w oczach.

- Pańciu, ogrzmocicie się później! - odpowiedział Największy tak, że ani Edyta, ani Maciek, ani on sam do końca nie rozumieli, czy był to bardziej żart, czy bardziej sprośna obelga.

- W takim razie zostawiamy auto tutaj!

Edyta wysiadła.

- Jak to tutaj? W tym miejscu? - Maciek otworzył usta, by zaraz zakrzyknąć: - Przecież zatarasuje drogę! Jak będą przejeżdżać?

- Nie wiem. - Edyta trzasnęła drzwiami i ruszyła szybkim krokiem w stronę klatki schodowej.

Maciek pospiesznie najechał autem na lewy krawężnik tuż obok zawiniętego w brunatny pokrowiec motocykla i kilku powyginanych biało-czerwonych słupków, na których ktoś czarnym flamastrem wymalował znak Polski Walczącej, a ktoś obok dorysował owłosioną pochwę z dopiskiem "Oliwka". Nie mógł otworzyć drzwi, musiał się przepychać przez ciepły jeszcze fotel pasażera i chmurę perfum zbyt drogich, by tyle naraz psikać.

Ruszył za Edytą, mijając płaską kamienicę z zawiniętym betonowym żaglem, którego z dołu nigdy nie widać, i kolejne bladożółte płachty z ofertą sprzedaży mieszkań powywieszane za kratowanymi oknami, tak jakby w tym akurat miejscu odwagę handlu nieruchomościami też trzeba było chronić.

Edyta czekała na klatce schodowej, znowu sprawdzając coś w telefonie. Pośród tych wszystkich przedwojennych, wciąż gładkich kolumn i ścian pełnych zacieków topionych w marmoryzowanej powierzchni wyglądała jak zagubiona turystka niecierpliwie szukająca drogi do wyjścia.

Maciek przez chwilę stał i wpatrywał się w nią, czekał, aż przygryzie wargę, zawsze na to czekał, nawet gdy byli spóźnieni.

- Nie działa. - Edyta wskazała na windę, ale Maciek od razu zmierzał w kierunku schodów. Wiedział, że nie zadziała. Nigdy przecież nie działa, nawet gdy pokornie żebrzą, aby jej stalowa wysokość choć raz dała się złapać ma litość. Może właśnie dlatego tak bardzo pasowała do tego miejsca.

Maciek wędrował w górę pierwszy, zasapany i coraz bardziej spocony. Co chwila zatrzymywał się na poręczach i błąkał wzrokiem po milczących drzwiach, za którymi nie było już nic. Nic, z czym jego teść mógłby walczyć. Nic poza duchami komunistycznej przeszłości, które i tak dawno opuściły umysły wlokących się z łazienki do pokoju lokatorów, a gdy wracały, to nie dla teścia i na pewno nie z sentymentu. Zamieszkujący aleję starcy z peerelowskiej elity wyłącznie w złośliwym błysku świadomości przypominali sobie imiona, smaki i wszystkie inne wymiary cierpienia, którego, z racji urzędu, mieli przecież nigdy nie doświadczać. Teść jednak tego nie wiedział. Nie wiedział, że zwycięstwo nigdy nie będzie pełne, bo gdy ze swoimi zasadami, prawami, w obdartej i okrwawionej koszuli wyważy drzwi tych wszystkich Cyrankiewiczów, Ochabów i Rakowskich, nie znajdzie nic poza garstką popiołu i resztkami niedopitej herbaty w wysokich szklankach z koszyczkiem. Teść wciąż się łudził, że spotka któregoś z książąt minionych dygnitarskich czasów czarno-białej telewizji i mięsa na jasnozielone kartki, chociaż przecież brak czy to ostrego trzaskania drzwiami, czy tłumionych krzyków i pieszczot zza ścian powinny nawet jemu dać do myślenia. Wszystko, czego się mógł spodziewać na schodach, to ospałe dzieci i wnuki oprowadzające przyszłych klientów, monetyzujące w ten przykry sposób resztki prestiżu swoich elitarnych przodków.

- Daj rękę. - Edyta złapała Maćka za dłoń i przyciągnęła do siebie.

Nie lubiła patrzeć, jak się męczy. Miała wtedy wrażenie, w czym ciągle utwierdzał ją ojciec, że Maciek w gruncie rzeczy pędzi dość pieski żywot, za co również ona, chcąc nie chcąc, ponosi jednak współodpowiedzialność.

- Daj rękę. Ładnie tutaj, prawda?

Istotnie, ładnie, nawet bardzo. Ale to nie wysmakowane przedwojenne detale, alabastrowe wstawki czy bezczelnie wręcz przestronne hole tak ucieszyły Edytę, gdy ojciec kupił mieszkanie w alei Przyjaciół. Nie wycieczki pomadowanych okularnic z architektury ani wzmianki w kredowych pismach, które równie absurdalnie dużo kosztowały, co absurdalnie dużo ważyły; nie one sprawiały Edycie radość, gdy po raz pierwszy wspinała się tu po schodach za sapiącym Maćkiem. To przede wszystkim poczucie, że ojciec, tatuś, wreszcie w coś zainwestował na stałe. To zyskiwana z każdym krokiem ulga, że całe mrowie obsiadających ojca kolegów, przyjaciół, druhów - tych pomp ssąco-tłoczących, u których, cóż za przypadek, jedynie funkcja ssąca jest non stop włączona - nie będzie mogło w nieskończoność wyłudzać kolejnych tysięcy na kolejne lata politycznej "braterskiej walki". Że kupnem tego mieszkania, i nie tylko, się to żrące ssanie wyłączy. Albowiem cała ich "walka" przypominała Edycie bardziej zabawę w chowanego niż prawdziwą działalność partyjną, którą suto opłacał ojciec z prywatnej kieszeni, więc o ile jego wysiłki szanowała, nawet o wiele za bardzo szanowała, o tyle jego kolegami gardziła i nie mogła na nich dłużej patrzeć.

Owszem, to niestety kiedyś będzie moje - myśl ta brzęczała w głowie Edyty, a Edyta opędzała się od niej, zwłaszcza ostatnio, lecz uwolnić się już do końca nie mogła, tak jak nie możesz odzobaczyć tego, co przy zamykaniu oka wdarło się pod powieki.

- Nareszcie jesteście! - pierwsza z siedmiu ciotek, tak zwana ciotka Niebieska, z poważną miną przywitała ich w progu.

Oprócz ciotki Niebieskiej po mieszkaniu kręciły się jeszcze ciotka Lawendowa i ciotka Jedwabna. Brakowało za to ciotki Różanej i trzech innych ciotek, których przydomków Maciek nigdy nie mógł spamiętać. Wszystkie wyglądały podobnie. Owszem, na skutek słońca, upływu czasu i różnego prowadzenia się ostatecznie przybrały zróżnicowane kształty, od smukłych, jak ciotka Niebieska właśnie, po monstrualnie roztyte, jak choćby nieobecna ciotka Różana, ale mimo to, a może właśnie dlatego, tak bardzo uderzała ta ich wspólnota ubioru, sposobu wysławiania się i barwy wysmarowanych kremami twarzy, które, w zależności od kąta padania światła, przypominały przejrzałą dynię albo wypieczone, popękane bataty. Wszystkie, bez wyjątku, nosiły koszule z wysoką stójką, obsypane koronkami i innymi ręcznie wyszywanymi kwiatami, które co rusz jedna drugiej poprawiała, dopinała, zaszywała, gdy rozkrzyczane przetaczały się stadem między pokojami i salonami.

W życiu Edyty pojawiły się nagle. Jej matka nie tolerowała ciotczynego rejwachu ani przede wszystkim alternatywnych metod leczenia, więc drastycznie odseparowała ojca od jego kuzynek i kuzynek kuzynek. Kiedy jednak tragicznie zmarła, one, jakby specjalnie, odbiły sobie rozłąkę z nawiązką i matkowały "swojemu Jerzykowi" z imponującą wręcz konsekwencją.

Maciek nie wiedział nigdy, która jest która, owszem, znał ich prawdziwe imiona, ale nie potrafił zapamiętać kolorów ani zapachów, jakimi zostały retorycznie obdarowane. Dlaczego akurat ta ma być Lawendowa, skoro wyglądały, pachniały i mówiły tak samo, tak samo potrafiły być opiekuńcze dla swoich i tak bezwzględne nie tylko dla obcych, ale także dla niego - zięcia ukochanego Jerzyka. Edyta wiedziała, ale udawała, że nie wie, droczyła się z Maćkiem, a ciotki z kolei droczyły się z nią, każda udawała, że w rzeczywistości jest tą drugą, że Edytka pomyliła Niebieściuchnę z Lawendunią, i taka gra mogła się toczyć i toczyć całe leniwe popołudnia, dopóki początkowo rozochocony Jerzyk w pewnym momencie, nie tak znowu dyskretnie, zaczynał ziewać i smarkać zieloną zazwyczaj flegmą.

Tym razem jednak o żadnym ziewaniu nie mogło być mowy. Zdenerwowana ciotka Niebieska przeprowadziła ich przez przedpokój i rozsunęła drzwi żeglarskiej kajuty, które teść kazał zamontować na pokładzie zdobycznego salonu, dokładnie instruując majstrów, gdzie ma być okrągłe okienko i na jaką szerokość mają się za każdym razem podwoje rozsuwać.

Z lewej strony zastawionego ciotczynym prowiantem stołu siedział Jerzy, solenizant, który poza polityką wszystko brać lubił dosłownie, więc fryzurę też miał na jeżyka, przez co, gdy się denerwował i stroszył siwe, druciane wąsy, rzeczywiście przypominał komicznie groźnego jeżozwierza. Za plecami miał marmurowy kominek, który, o dziwo, nie był jego pomysłem, lecz fanaberią poprzedniego właściciela. Orzechowa boazeria sięgała trzech czwartych ściany, a miejsca po dyplomach znaczyły ją białymi kwadratami. Jerzy nie do końca sprawnie je pozakrywał, ale nie porożami rzekomo dzikich zwierząt, zabijanych hurtowo kilkadziesiąt metrów poza miejscem hodowli, i nie nagrodami rozmaitych gepardów i gazel biznesu, jak zwykli robić koledzy po fachu, ale zdjęciami z kolejnych zlotów lokalnych związków strzeleckich, biesiad lotnych brygad obrony terytorialnej i przede wszystkim krwawych zamieszek, które kolorystycznie może nie najlepiej komponowały się z tym odcieniem boazeryjnego brązu, ale dodawały Jerzemu poczucia mocy i autentycznej powagi.

Teraz jednak Jerzy nie ukrywał zawodu, a właściwie to wściekłości.

- Spóźniliście się! Znowu!

- Co tak długo? - spytała ciotka Lawendowa, mrugając powiekami całymi w grudkach ciężkiego tuszu. - Trzy godziny spóźnienia!

- Dwie, ciociu - powiedziała Edyta, całując nastroszonego ojca. - No, może dwie z lekkim okładem.

- Dwie godziny czterdzieści! - doprecyzował ojciec i kostkami sinych pięści zaczął energicznie ścierać z twarzy tłustą szminkę Edyty.

Ale nie chodziło przecież o ciotki, z których dwie najodważniejsze zwinęły się, gdy tylko coraz bardziej wypity i bardziej niż zwykle rozdrażniony Jerzyk zaczął je znów kąsać i zaczepiać, a dwie kolejne skorzystały z kwietniowego słońca, aby po raz ostatni spotkać się na podwójnej randce z tajemniczymi dżentelmenami i zauważyć, że tylko jeden nosi sygnet na prawym palcu. Nie chodziło też o brak prezentów koniecznie wiązanych na dwie kokardy, na które Jerzyk wciąż miał niepohamowany apetyt i potrafił bezceremonialnie, przy wszystkich, podarunek przymilnie pochwalić albo przesadnie zganić. Nie chodziło nawet o tych wszystkich starannie wyselekcjonowanych urodzinowych gości spoza rodzinnego kręgu, spośród których część odgrywała rolę królewskich sokołów dumnie prezentowanych na Jerzykowym dworze, a część - domowego ptactwa, któremu Jerzy w przypływie dobroci rzucić chciał okruchy ze stołu.

Chodziło przede wszystkim o prestiż, zwłaszcza dziś chodziło o prestiż. Miał bowiem Jerzy, przynajmniej w swojej własnej ocenie, wszystko, na czym mu zależało, poza jednym - poczuciem wagi. Wciąż gdzieś pod sercem tkwiła cienka, acz długa zadra, że świat nie potrafi należycie docenić jego, człowieka z prowincji, który tymi ciężkimi, glinianymi rękami, bez niczyjej pomocy, co oczywiście było tylko po części prawdą, dorobił się tak pięknie szeleszczących i pachnących pieniędzy, a teraz wszystko to poświęcał dla Sprawy. Sprawy, którą nieco tkliwie, acz jak najbardziej czule, nazywał Sprawą Polską.

Nie zapraszano bowiem Jerzego do soczystych debat telewizyjnych (poza jedną, a i tak na skutek zatrucia alkoholowego zmuszony był w ostatniej chwili zrezygnować); nie było też wiele wywiadów, zwłaszcza głośnych, nie mówiąc o wyczekiwanej rozpoznawalności, aczkolwiek kilka razy w sanatorium udało mu się wykorzystać swoje zdjęcie z Teleexpressu dla bezecnych celów, jak nazywała te świństewka obecna na tym samym turnusie ciotka Różana. Owszem, dopowiadał sobie Jerzy, że szarej eminencji bycie w centrum uwagi tylko by uwłaczało, ale ta próżna część jego osóbki, która zajmowała, bagatela, dobre osiemdziesiąt procent pałających ambicją trzewi Jerzyka, jednak na tym cierpiała. I ciągle, ciągle ją piekło.

A teraz, gdy czekał na ukochane dzieci, a właściwie to ukochaną córkę i tego kundla przybłędę, jak Jerzy zwykł myśleć o zięciu, część gości osobiście (a przez to więc i uroczyście) przez niego zapraszana wymknęła się na czwartą już w tym miesiącu demonstrację, na której on, Jerzy - fakt, że dopiero pod koniec, ale jednak - miał wreszcie publicznie przemawiać, a nawet zaprezentować zarys przyszłego programu powrotu sił narodowych do władzy.

Szczęśliwie zostało jeszcze kilku najbliższych, jak zakochany w wojsku Marek, którego ze względu na utykanie nie wzięto nie tylko do armii, ale nawet obrony terytorialnej, więc nadrabiał to na imprezach, opowiadając o krwawych potyczkach, zwykle zgapionych z pewnej starej monografii wojen morskich. Obok Marka siedziała pani Marzenka, która kontrolowała nie tylko księgowość Jerzyka, ale od czasu do czasu także i Jerzykowe libido, czego domyślali się wszyscy obecni poza ciotką Jedwabną. Na samym zaś końcu stołu, piszczący ciągłą wściekłością, rozsiadł się chudziutki aptekarz Bernard, którego stosunek do świata pozwalał Jerzykowi zawsze naładować się złą energią, tak bardzo potrzebną na kolejnych wiecach i politycznych przemowach. To on, gdy Maciek z Edytą wreszcie usiedli, zapytał swoim falsetem:

- Co, lewactwo znowu blokuje drogi? Bolszewia!

- Raczej prawa...konserwactwo - doprecyzował Maciek. - Mnóstwo czerwonych beretów kręci się w centrum!

- Czerwonych? To chyba komunistycznych? - spytała ciotka Jedwabna, która zawsze uznawała się za najbystrzejszą.

- Otóż, droga Mario - odpowiedział jej Marek, wycierając w serwetę palce brudne od borowikowego sosu, który łapczywie co rusz podjadał - Maćkowi chodzi o karlistów, dokładnie o karlistowskie czerwone berety, Mario! O Requetés! Takie teraz berety nosi nasza patriotyczna młodzież. Musisz wiedzieć, moja droga, że w wojnie domowej, znaczy krucjacie hiszpańskiej, oddziały te były nie tylko najbardziej karne, ale i najodważ...

- Czerwień jest czerwień, w tym kraju to jasne! - przerwał nabuzowany Jerzyk. - Czerwony to czerwony. Co tu dużo gadać! Kula w łeb i do piachu! Każdy to wie. Powinni nosić berety wyklętych! I ich mundury.

- Ależ, drogi Jerzy, nasi kochani wyklęci mieli przecież niekompletne mundury, mundury partyzanckie! - odrzekł zdziwiony Marek.

- A czerwony na fladze? - podskoczyła ze złośliwej radości ciotka Jedwabna.

- A czerwony na tych płaszczach biskupów, znaczy tych, no, kardynałów - poprawił się Maciek i przymilnie mrugnął w kierunku ciotki.

Jerzy ciężkim wzrokiem spiorunował Marka. Znowu to samo, pomyślał, znowu to samo, ołowiane historyczne pierdolenie, które coraz bardziej nudziło i zatruwało mu radość nawet w jego własne święto, ale nikt tego nie chciał, a przede wszystkim nie mógł powiedzieć na głos. W końcu wszyscy kochali ojczyznę.

- Bój się Boga, Marysiu! - zakrzyknął Marek. - Flaga to najpierw karmazyn, a potem cynober, a jeśli chodzi o kardynałów, ci przecież mają szaty szkarłatne!

- Proszę, tato, wszystkiego najlepszego. - Maciek, równie znudzony co Jerzy, przerwał Markowe wywody, wyjmując drobny pakunek z torebki Edyty, i wręczył go szybko teściowi.

Jerzyk chciwie przystawił pakunek do ucha. Udawał, że może to klepsydra z prawdziwego srebra, o której niby przypadkiem ledwie trzy razy opowiadał córce podczas tych ich cotygodniowych czwartków na telefonie. Prezent jednak był za mały, a teść przeczuwał najgorsze. I rzeczywiście, wiele się nie pomylił. Antologia poezji rewolucyjnej z równie zakurzonymi strofami, co zakurzoną okładką, nie miała prawa mu się spodobać. Nie tylko dlatego, że obracając się w takim a nie innym kręgu, nie mógł jej postawić na lakierowanej półce obok amatorskich wierszy lokalnych proboszczów oraz ich na wpół oficjalnych pasierbic, i nawet nie dlatego, że lewactwem, jak nazywał wszystko od maratonów po kuskus, gardził chyba bardziej niż zięciem, ale dlatego, że ten prezent ostentacyjnie wręcz trafił go między oczy.

Od dobrych kilku lat tatuś z zięciem rywalizowali bowiem na coraz to mniej przydatne prezenty. Kupiony zeszłej zimy ekskluzywny zestaw do nurkowania głębinowego z racji rzekomo komicznego strachu Maćka przed wodą miał załatwić sprawę, a Jerzy wreszcie triumfalnie postawić na swoim. Tymczasem wręczona mu teraz, przy jego dostojnych gościach, czy może ogryzionych resztkach gości, po blisko trzech godzinach spóźnienia, antologia komunistów, czerwonych bandytów i całego tego robactwa, co swego czasu wymordować mu miało połowę rodziny ze strony babki, jawiła się jako zgrabne, niemalże stalinowskie odwinięcie czekanem w potylicę. I to przez kogoś, kogo teść, sam przecież mimo wszystko naprawdę odważny, o taką śmiałość bynajmniej nie podejrzewał. A w dodatku książka, co wszyscy musieli spostrzec przecież od razu, kosztowała Maćka o wiele, wiele mniej niż para nieporęcznych płetw z wygrawerowanym nazwiskiem rodowym córki.

- Anto-lo-gia po-ezji re-wolu-cyjnej... - dukała ciotka Jedwabna. - Ale po co to, Maciusiu, Jerzykowi kupiłeś?

- Żeby wykorzystał - sięgnął po przygotowane zawczasu kłamstwo Maciek.

- Jak wykorzystał, Maćku? - spytała milcząca do tej pory ciotka Lawendowa. - W jaki sposób?

- To proste. Popatrzcie na te rymy, wersy, na tę skrótowość! Popatrzcie, jak chwyta za serce jedna, druga strofa! Jak to szło: "kiedy przyjdą podpalić dom, ten, w którym żyjesz - Polskę..." czy jakoś tak? Moglibyście to sobie wykorzystać na potrzeby tej waszej rewolucji...

- Kontrrewolucji - wtrącił się teść. - Jeśli już, to kontrrewolucji! To oni zrobili nam rewolucję, nie my!

- To tylko przedrostek, tato. Maciek ma w sumie rację. - Edyta wbiła wzrok w obrączkę. - Tak sobie teraz myślę, że to się rzeczywiście nadaje na polityczną przemowę, jakąś, ja wiem, klamrę spinającą program, taki wasz, powiedzmy, pokoleniowy testament! Każdy przecież musi kiedyś spisać testament, nawet my, tato. - Edyta nie podnosiła wzroku z obrączki.

- O właśnie, o właśnie - podchwycił Maciek. - Do tych waszych przemów, co to je nadajecie z orlich gniazd internetu na te wszystkie narodowe bieda platformy patriotyczne - do nich by to się nadało! Dawno już tata z żadną odezwą do rodaków nie wystąpił, więc może nowy klip na tej kanwie...

Edyta uciszyła go gestem na tyle stanowczym, że szurać i chrząkać przestali również pozostali goście. Sama półgłosem dodała:

- W razie czego trzeba by tylko kilku drobnych zmian, ale siła przekazu, tato, to by się na pewno sprawdziło. Można wpleść między pierwsze zdania, żeby przykuć uwagę.

- Prawda, nie propaganda! - zapiszczał Bernard z końca stołu. - Nasz przekaz to prawda, nie propaganda, zwłaszcza ruska! My nie chcemy rewolucji, my chcemy przywrócić ład i porządek!

- A będzie można w tym ładzie i porządku protestować jak teraz? - spytał Maciek.

- Nie, synku! - odpyskował Jerzyk. - Właśnie na tym polega ład i porządek, że żadne szlampy nie łażą po mieście i niczego nie blokują!

- Ale przecież to wy teraz blokujcie rząd, tato, demonstrujecie. - Maciek się powoli rozkręcał. - To wy wzywacie do strajków, odkąd prawica przerżnęła wybory.

- O, przepraszam, Macieju - wtrącił się na moment Marek - nie strajków, tylko naturalnego prawa do sprzeciwu. Oraz do liberum conspiro! To coś innego niż strajk, Maćku, zupełnie inna egzegeza!

- Litości, przeca to dokładnie to samo!

- Żadne to samo, żadne to samo, synku! - Jerzyk zaczął zaciskać pięści. - Zanim nastąpi ład i porządek, trzeba zdobycia władzy. Trzeba poświęcenia, tak, dobrze usłyszałeś, poświęcenia!

- I co, tata się poświęci? - zakpił Maciek, ale Jerzy nie zwrócił uwagi i kontynuował:

- Trzeba sobie ręce po łokcie urobić, rozumiesz! Po łokcie! Właśnie po to, żeby ten ład wprowadzić. Zresztą źle się wyraziłem. Będzie można protestować, tylko za miastem!

- Gdzie? - Maciek zrobił zdziwioną minę. - Za którym miastem?

- Tak, za miastem. Każdym miastem! Chcesz protestować? Droga wolna, proszę, za miastem będzie taki specjalny punkt, a właściwie to trasa, i tam sobie będzie mogło lewactwo i liberałki protestować do woli, krzyczeć, strajkować, głodować i robić wszystkie te świństwa, które robią na co dzień. Ale od miasta wara!

- A może faktycznie, Jerzyku, warto przerobić tę antologię? - przerwała nagle ciotka Lawendowa, nie podnosząc wzroku znad niechcianego prezentu. - I na przykład, ja wiem, zmienić lud na naród, historię na Boga...

- Nie! - burknął ostro Jerzyk. - Nie ma mowy, Katarzyno!

- Jak się tacie nie podoba, to może tata wrzucić do naszego akwarium. I tak stoi puste - odbił piłeczkę Maciek, otwierając tym samym ciąg dalszych, hermetycznych nawiązań do złośliwych prezentów teścia, które dość przewidywalnie krążyły wokół tematu wody i po dwóch dniach zwykle lądowały w zagraconej piwnicy.

- Nie trzeba. Jedzcie, dzieci - odrzekł cały już purpurowy Jerzyk i dał ciotce Niebieskiej znak, aby wniosła dla córki i zięcia odgrzewany obiad.

- Czy będzie tort w kształcie mapy Wielkiej Lechii? - zapytał podniecony swym pierwszym zwycięstwem Maciek.

Parł na teścia jak lodołamacz. Ciągle pamiętał zeszłoroczną konsternację w towarzystwie, gdy całkiem zgrabnie unaocznił, że krojenie tortu w kształcie XVIII-wiecznej, Przenajświętszej Rzeczypospolitej dość niebezpiecznie przypomina rozbiory. I może lepiej nie kusić losu gestem carycy Katarzyny.

Edyta patrzyła na Maćka z dziwną ciekawością, co zdarzało jej się podejrzanie rzadko, a właściwie to, jak sięgnąć pamięcią, w ostatnich latach nie zdarzało się wcale. Poza tymi właśnie nielicznymi momentami, gdy osamotniony Maciek odważnie stawiał czoło tatusiowi, kontrował i osaczał go wśród ukochanych ciotek, prowadził podjazdowe kampanie, kopał wilcze doły, do których dosłownie wpychał ojczulka każdą kolejną ripostą. Wiedziała, że jeśli komuś przy tym stole wyszło w życiu, to jej zgorzkniałemu ojcu, i jeśli ktokolwiek przy tym stole może coś wielkiego osiągnąć kiedykolwiek w tym kraju, to przecież jedynie Jerzyk, więc natarcia Maćka na ojca traktowała jak ciekawe podgryzanie i ciąganie za nogawkę. Zgadzała się wtedy nawet, co do niej niepodobne, prowadzić w drodze powrotnej, by mógł się Maciek napić paskudnej whisky, która dodawała mu jeszcze animuszu i podgrzewała krew aż do bulgotu. Chciałam króla Artura z Camelot, a dostałam króla Maciusia Ostatniego, cicho i smutnie nuciła sobie w duchu, więc w takich momentach tym bardziej przypatrywała się Maćkowym szarżom.

- Owszem, i tort zajedzie, w kształcie Ukrainy. - Jerzy widać choć raz odrobił lekcję. - A jak mięsko, synku, smakuje?

- Dobre, poprosiłem nawet dokładkę. - Maciek mrugnął na ciocię Niebieską, która pokiwała z uznaniem głową. Naprawdę mu smakowało.

- To świetnie, mięso z pingwina najlepsze! - wypalił Jerzy, po raz pierwszy tego dnia uśmiechając się w poprzek swej napuchniętej twarzy. - Prawdziwy rarytas!

- Z czego!? - Maciek wypluł kawałek pieczeni, a ten przekoziołkował w kierunku teścia. - Z... pingwina?!

Goście milcząco patrzyli na siebie, czekając na wybuch tym razem nieuchronnej awantury. Jerzy zaś delikatnie uniósł mokry kęs w dwa palce i spojrzał pod światło. Mrużył oczy, w ciszy studiując wyplute mięso.

- Tak, tak. Dokładnie tak, synku, z pingwina! Miał na imię Jack.

- Jak to można w ogóle jeść? - Maciek nie przybrał koloru purpury, karmazynu ani tej przykrej czerwieni polskiej flagi kupowanej "po taniości", którą w tym właśnie mieszkaniu wieszał co roku. Maciek siedział blady i dosłownie trzęsły mu się ręce. - Jak tak w ogóle można, jak można?

- Przecież smakowało, sam powiedziałeś, że smakowało, prawda? - Teść odwrócił się do kominka, ale spostrzegłszy, że nikogo tam nie ma, by mu przytaknąć, odezwał się do Edyty: - Sam tak powiedział, Eduś, prawda?

- Prawda - odpowiedziała wyraźnie ożywiona Edyta. - Wziął nawet dokładkę!

- Mięso kontrrewolucji! - zarżał na cały głos Bernard i reszta stołu zarżała za nim.

- Nie wtrącaj się! - syknął Maciek do żony, co się jej nie mogło spodobać. - Chociaż raz się nie wtrącaj!

Błyskawicznie stracił hamulce, te wszystkie zakodowane u ludzkiego gatunku prewencyjne blokady i zasuwki, które sprawiały, że nigdy, ale to przenigdy nie mówi się wszystkiego, co się myśli, i od dziecka przyobleka się uczucia w coraz to grubsze warstwy słoniny, by tylko czasami, w drodze wyjątku, gdy się kogoś bardzo kocha albo jeszcze bardziej nienawidzi, albo jedno i drugie naraz, nakłuć miniaturową dziurkę, chwilę poczekać, aż tłuszcz wypłynie, i pokazać, co tam prawdziwego tkwi zasuszoną pestką w środku.

- Jak tak w ogóle można! - Maciek zaczynał krzyczeć. - Jakim trzeba być... aby mordować zwierzęta? Jak można mordować pingwiny i je żreć jak te świnie, jak te świnie pożerać?

- Jak świnie? - Teść też się zaczynał zaperzać. - Jak świnie, powiadasz, synku? Ale tę świnię to sam zeżresz, prawda, cielaczka też zeżresz i też weźmiesz dokładkę! A czym się to mięsko różni od świnki? Że inaczej ze ślipek mu patrzy? A widział ty kiedy ślipka cielaka? Widział ty kiedy, czym jest śmierć, krew, czym jest cierpienie i strach, że cię zaraz obuchem w łeb w stodole kropnie? Widział? Że w zoo nie trzymają, nie bój, nie bój, w zoo też trzymają, zwierzę to zwierzę, a człowiek to człowiek!

- Jak można? - nie dowierzał Maciek.

- A właśnie, że można, do diaska, można! Sam skórowałem!

Ale nie było to do końca prawdą. Nie skórował, nie potrafił skórować, a nawet jakby potrafił, toby nie zechciał. Różni ludzie są od różnych spraw. Są ludzie od leżenia, są od wskazywania palcem, są od klęczenia i od wstawania z kolan. Są ludzie od rzeczy wielkich i dawania przykładu i od przykładu tego naśladowania. Są ludzie wzdłuż i poprzek ruchani i są od ich ruchania - powtarzał pracownikom Jerzy i trzymał się tego, naprawdę się trzymał.

Jerzy nie był od skórowania, dlatego siedział osłupiały, gdy jego najbardziej zaufany człowiek od zadań specjalnych, Alonzo, zwany tak przez nerkę, którą mu ponoć w Berlinie ukradli, zrzucił truchło pingwina kilka dni temu w Jerzykowej kuchni, mówiąc, że "Jack ma na imię". Królewskie danie dla królewskiego króla na najważniejszą z najważniejszych królewskich uczt - gorzko zażartował zaraz potem i zadowolony patrzył, jak podbechtany Jerzy syci oczy biało-czarnym, zimnym trupem ptaka, którego lada moment trzeba będzie pozbawić skóry, dzióbka i całej reszty w oczach rycerzy świętego Jerzego jednak obrzydliwej. Kilka tygodni za tym pingwinem chodził i wiele go to kosztowało wysiłku, albowiem nawet jeśli potrafił Alonzo omotać świat, półtora świata i załatwić wszystko, co pikantnie wręcz nielegalne, i samemu kierownikowi zoo od dobrych kilku lat amfetaminę na wymyślne rewie zwierząt załatwiać, to rozkradanie ubitych w ogrodzie zoologicznym okazów stało się tak popularną okazją do zarobku i tak wielu znudzonych pieniędzmi Polaków rozmaite gulasze i kociołki z dzikich kozic oraz chronionych bawołów pochłaniało, że o egzotykę trudniej było teraz niż o karabin albo materiały wybuchowe, ciągnące z Ukrainy całymi wagonami.

Jerzy więc nie skórował, Jerzy tylko patrzył i pomagał przenosić pingwinie zwłoki na szeroką ławę w kuchni, co przy wieczornym ponurym świetle i pigwówce grzejącej w palnik sprawiało wrażenie ostatniej wendety zbrodniczego Gotham.

- Jakie skórowanie, tata i skórowanie? - Maciek już nieco ochłonął i przystępował do ofensywy, szukając najbardziej czułego puntu teścia. - Co tatuś w życiu skórował? Do tego trzeba się ubrudzić, schylić, rączki upaprać. I co, tatuś tak sam, osobiście, tego pin... tego, kuźwa, pingwina skórował?

- Jam skórował! Jam! Co myśli, że rady nie dam? - Jerzy grzmiał niczym ściana wodospadu z łoskotem spadająca na twarze. - Ty nawet nie wiesz, do jakiego skórowania my, ludzie mego pokolenia, jesteśmy zdolni! Do jakiego poświęcenia!

- Wszystko, co skórować tatuś potrafi, to tych nieszczęśników z firmy i fundacji, co to jak tylko w weekend z wachty zjadą, to zaraz pakować się i na te wasze zloty, rajdy i debilkonstrukcje latać muszą. Gdzie biegacie jak dzieci z karabinami z plastiku i niby za Polską, ale tak naprawdę każdy po cichu marzy, aby być wehrmachtowcem, takie ładne mundury od Bossa-Sorosa mieli...

- Wystarczy - Edyta podniosła głos. - Maćku, przestań!

- I najgorzej, że myślicie, że to prawdziwa wojna, mordy czerwienią malujecie, a to nie wojna. - Maciek nie mógł przestać, nawet jeśliby bardzo chciał, to już nie mógł. - Wy, jarzębinowe wojaki, to nie wojny jest rekonstrukcja, ale jakiejś - ja wiem! - fabryki, obozów pracy, gdzie wam usługują podwładni w czasie wolnym, który jeszcze budżetujecie na fundusz wczasów pracowniczych, czy jak to się tam teraz nazywa, bo ich dzieci, tych waszych oskórowanych popychadeł, mogą przecież jechać z tatusiem i mamusią i wczasowej zupki, też pewnie z jakiejś żyrafy, wam nalewać.

- Zamknij się już, słyszysz? - Teraz to Edyta stała cała we wściekłości, która napinała jej mięśnie i przeszywała prądem. - Zamknij wreszcie gębę!

Nie broniła ojca, sam zresztą potrafił się bronić. Jeśli cokolwiek samodzielnie potrafił, to knuć i brać hałaśliwy odwet - i tylko w tym ją tak naprawdę wyćwiczył i za to hojnie nagradzał od najmłodszych lat, gdy zerkając zza kuchennych firanek, ściskał grube kciuki drobnych dłoni i się autentycznie wzruszał, kiedy Edytka odpalała komuś dziarskiego kopa w krocze albo przejechała brudnymi paznokciami po czyjejś wymuskanej twarzy.

Siebie musiała teraz bronić, swojego życia, swoich wyborów, albowiem, tak, to ona była przecież prezeską owej fundacji. Fundacji założonej przez ojca po tragicznej śmierci matki, fundacji, która ich karmiła, która opłacała rachunki, tankowała do pełna, rezerwowała wczasy z odpowiednim wyprzedzeniem, parzyła kawę i tuliła do snu na hamaku, podając miękką poduszkę z wyszytym logo. Fundacji, która poniekąd zastępowała matkę, ale też zastępowała Edycie dziecko, psa czy każde inne wymyślne hobby, dzięki czemu Edyta nie przypominała swoich koleżanek wiecznie szamocących się między tyleż wyczekiwaną, co pogardzaną stabilizacją a resztkami swobody ulatującej dymem przez trzydziestoletnie palce. Fundacji, która pod swoimi, owszem, może i czasem podejrzanie śliskimi, ale jednak iście srebrnymi skrzydłami tuliła też Maćka, jego wąziutką dorywczą pracę i znacznie szerszy czas wolny, pasje polegające na tegoż czasu trwonieniu czy w ogóle styl życia przypominający rozleniwionego pasożyta płynącego niczym psie gówno, zawsze z prądem.

- Zamknij gębę, jak się, do chuja, nie umiesz zachować! - Edyta krzyczała głośniej niż Maciek, bardziej też przeklinała. - Bo tę gębę ojciec mój karmił i jakoś nie rozróżniałeś, czy to pingwin, czy kawka, tylko wpierdalałeś, aż się te twoje odstające uszy trzęsły!

- O nic nie prosiłem - dodał cicho Maciek i po raz pierwszy zdał sobie sprawę, że przesadził i tyle mu się ulało, że zbieranie co gęściejszego z podłogi potrwa ze trzy Wigilie.

- Nie, nie prosiłeś, ty po prostu skamlałeś - zakończył Jerzy i z całym impetem pieprznął talerzem Maćka o ścianę głośniej, niż chwilę później Maciek zrobił to samo z wejściowymi drzwiami.

Urodzinowa impreza dobiegła końca.

* * *

Kamienice dyszały i krztusiły się pierwszym kwietniowym żarem, co wpada przez gardło i rozgrzewa płuca przywykłe do lutowych ciemności. Słońce powoli schodziło za Wisłę, łobuzersko zaczepiając przetrąconą iglicę Pałacu i najwyższe, wciąż jasne, okna stalowych biurowców, zbitych stadkiem w śródmiejskiej kupce. Po chwili jednak zgasło.

Maciek nie patrzył w niebo. Nie wiedział, która godzina, nie czuł ani zachodzącego ciepła, ani podmuchów gotującej się do skoku nocy. Zatoczył się w Ujazdowskie i buchając wściekłością, przebijał przez korowód turkusowych namiotów, składanych krzeseł i rdzewiejących przyczep, które tarasowały całą prawą stronę Alej.

O ile plac Trzech Krzyży pełnił rolę rozgrzanej mównicy i wrzącego tygla, gdzie nowe, jeszcze niewiadome, spotykało się ze starym, po części zużytym, o tyle Ujazdowskie były koniecznym zapleczem. To tutaj kontrrewolucjoniści wracali z przegranych bitew, wciąż jeszcze głównie szarpanin, to tutaj pechowcy opatrywali sobie czoła prześwitującymi bandażami, a ich zmęczone oddechy pionowymi strugami szły prosto w niebo. To tutaj, klęcząc w chodakach, rolmopsowali tytoń z przemytu na grube, siermiężne fajki, i to właśnie tutaj moczyli napuchnięte stopy w miskach z reglamentowaną wodą komicznie podkradaną ptakom z okolicznych stawów i fontann. To tutaj prostowali brwi po marszczeniu ich na wielogodzinnych demonstracjach, tubalnie się śmiali, plotkowali, przerzucali kolorowymi memami, to tutaj się wypróżniali i wreszcie tutaj, bo gdzieżby indziej, zasypiali, chrapiąc nad ranem i śniąc swój chrobry sen rydzów-śmigłych.

Miasteczko w mieście, wciąż niby malutkie, coraz bardziej rozrastało się w łonie Warszawy. Teraz obejmowało już znaczną część parku Ujazdowskiego, kolejni napływający śmiałkowie, za dnia przeganiani przez nowych-starych stójkowych, szybko zwijali namioty i krzesła, by nocą stawiać je jeszcze szybciej, krok po kroku kradnąc kolejne połacie rzadko już strzyżonego trawnika. A im bardziej szturmowali zieleniący się ogród, tym odważniej poprzez powyginane kraty z kutego żelaza przemykali nocą rozmaici nielegalni handlarze, ścigani spiskowcy i niepokorni spowiednicy, na co dzień nie do końca poważnie kryjący się w domkach fińskich, gdzie wąska zabudowa miała ich chronić przed białoruskimi pancerniakami służącymi do rozbijania demonstracji.

Właśnie nadeszła pora kolacji. Ze wszystkich stron przenośnych garkuchni, kuchni polowych, porozstawianych grillów na trzęsących się stopkach dało się słyszeć obijanie pustych garnków i patelni oraz donośne: na wieczerzę, Polacy, na wieczerzę - jakby nie w XXI wieku, ale w Biskupinie wojów na strawę nawoływali. I zaraz ze wszystkich stron zaczęli się schodzić ludzie. Początkowo stali luźnym szeregiem, grupując się w rozdyskutowanych kółeczkach, ale z czasem już zdyscyplinowani, gęsiego, niczym mocno napięty sznur ciągnący się serpentyną pomiędzy namiotami.

Maciek miał ochotę przyłączyć się do tych ludzi, z których część, oprócz kolorowych misek, talerzy i kubków najróżniejszych rozmiarów, w spracowanych, żylastych dłoniach ściskała drewniane różańce i cicho szeptała koronki do Miłosierdzia Bożego. Chciał tak chwilę postać, skupić się, a może nawet dać porwać usypiającej mantrze wspólnej modlitwy, która swoim spokojem i powtarzalnością zwykle wygasza wszelkie emocje, ale gdy na jednym z namiotów zobaczył zdjęcie uśmiechniętej rodziny z niemowlakiem, pozującej do blisko setki upolowanych lisów, zebrało mu się na wymioty i zapytał sam siebie: czy nie ma tu nigdzie normalnego, polskiego multitapu?

 

Multitapy, owszem, były, ale w piekle na Nowym Świecie. Maciek nie znosił tego miejsca. Symbolizowało wszystko to, czym stać się nie miało, ale nieuchronnie się stało, zwłaszcza dla takich jak on, którzy cicho wierzyli w empatyczne moce wspólnoty, okadzające od zawsze ludzkie popędy. Odebrana miastu i zwrócona mieszkańcom najbardziej reprezentatywna ulica - na której władza miała się nie wtrącać, aby podkreślić radykalną ideę samorządności - sprawiała wrażenie puszczonego samopas pijanego nastolatka.

Tak, Maciek nie znosił tego miejsca. Nie znosił dźwięku rozbijanych co noc witryn sklepowych, dyskotekowego huku wydobywającego się z bram i zza okopconych szyb nurzanych w najpopularniejszym ostatnio sztucznym bursztynie. Nienawidził nachalnie nęcących pępkami (i nie tylko) studentek i wylewających się z rynsztoka kałuż rzygowin, całej tej mieszaniny zwracanych keczupów, majonezów, sałatek, parówek i ciepłych wódek, po których ślizgali się półnadzy młodzieńcy w skórzanych mokasynach, okładający się różowymi pięściami do krwi.

Owszem, były tam najlepsze polskie multitapy, a także kebaby, hot dogi, burgery, rameny, chińskie pierogi, norweskie ryby, a jedząc je, można było zobaczyć, jak Nowy (a tak naprawdę stary) Świat spotyka plac Trzech (a tak naprawdę siedmiu) Krzyży. Jak jedni czerpią siłę z naśmiewania się z dziwactw tych drugich, jak rechoczą złośliwie, jak pijane dziewuchy przekrzykują kolejne polityczne przemowy, a matki w komicznych sukienkach, na purytańską modłę upiętych pod szyję, przyprowadzają dzieci i - wcale nie oburzonych - mężów na tę ulicę sodogomorowego wstydu i biblijnej sromoty. Ale Maciek już się na to napatrzył, już go to nie bawiło, jak znudzonego meteorologa nie bawią kolejne sztormy. Już wiedział, że nie ma po co tam iść, bo nie zagłuszy w ten sposób palącego od wewnątrz upokorzenia. Że aby nie skamleć, a nawet żeby to oni, on i ona, skamleli, musi Maciek iść tam, gdzie iść chciał w pierwszej sekundzie po trzaśnięciu drzwiami. Dlatego skręcił w stronę mostu Poniatowskiego.

A przecież nie zawsze tak było, nie zawsze stosunki z teściem trzeszczały przy każdym kontakcie. Nie zawsze skakali do siebie jak dwa rozjuszone koguty. Pamiętał przecież tę ulgę, a przede wszystkim wdzięczność we wzroku dumnego teścia, gdy córka przyprowadziła do domu jego, Maćka, grzecznego chłopca, który może i na tle pozostałych wydawał się nudny, ale dla każdego ojca lepszy jest najgorszy nudziarz niż zięć interesujący, acz przejmujący grozą. Pamiętał, jak to od niego właśnie zaczynały się owe legendarne, czwartkowe wiszenia na telefonie, jak to najpierw o niego pytał teściu, zanim pogrążył się w odmętach plotek; jak to dawał rady, nawet jeśli z tym samym co zawsze stemplem rzekomej wszechwiedzy, to jednak kierowane autentyczną empatią, a nie chęcią poklasku. Wreszcie pamiętał te kilkanaście minut, tuż po weselu, poprawinach właściwie, gdy cały w słonych oczach teść zwierzał się z tego ogromnego ciśnienia, które dosłownie prasuje mu mózg i gniecie tchawicę, z nadmiernych oczekiwań, które świat wrzuca mu na barki codziennie, aż Jerzy traci dech i czuje, że spada, spada w zimną i nieprzebraną otchłań i wciąż nie wie, co z tym zrobić. Może wtedy był jednak Jerzy bardziej wrażliwy? Może miał jeszcze nadzieje, co do niego, Maćka, co do swej córki, Eduś, co do nich jako małżeństwa, rodziny...

Owszem, brał, Maciek brał, być może nawet zbyt wielkimi garściami brał, ale brał, bo mu wciskano, podtykano pod nos, nawet nie musiał się schylać. Trudno wtedy nie brać, każdy by na jego miejscu brał, może i nawet więcej. Ale nigdy o nic teścia nie prosił. Nigdy nie zadzwonił z prośbą o pieniądze, przysługę, nawet nie dlatego, że się tym brzydził, bo niby czemu, ale dlatego że jakoś nigdy nie czuł potrzeby, pieniądze zawsze się jakoś znalazły. A teraz się okazało, że jednak skamlał - mimo iż nie prosił.

Most Poniatowskiego jeszcze nie unurzał się w pełni nocy, ozdobne latarnie jeszcze nie zapadały się w czarnej smole z asfaltu, spalin i mazanego grafitem kwietniowego nieba. Jeszcze dawało się widzieć w dole kłębowisko zakorkowanych aut i skuterów, które od kilku dobrych lat robiły furorę w zatłoczonej stolicy. Jeszcze w oddali majaczyły rzędy niebieskich toi toiów nad Wisłą i bujały się boje sygnalizacyjne z wysprejowanymi politycznymi hasłami, i jeszcze dało się dostrzec wygaszony od dawna stadion z częściowo nadpaloną kopułą, o którym szeptano, że celowo go nie remontują, aby w przyszłości zainstalować w nim pokazowe więzienia, publiczne procesy, a może i nawet przeokrutne egzekucje.

Maciek zrezygnował z tramwaju, choć po torach sunęło ich teraz tak wiele, zazwyczaj równie ekologicznych, co uszkodzonych, albowiem podczas zamieszek i nielegalnych demonstracji co jakiś czas obrzucano przeciwników kamieniami, kostką brukową, fragmentami parkowych ławek oraz fotelików zmyślnie demontowanych właśnie z coraz to bardziej okradanych tramwajów.

Maciek lewą stroną mostu szedł w kierunku ronda Waszyngtona, mijał zdemolowane tablice upamiętniające wszystko, co zdarzyło się po powstaniu warszawskim, mijał budki z paskudnym i tanim żarciem, szedł w poprzek ronda, poprzez lata temu zadeptane trawniki i kwieciste dywany, które dziś już tylko straszyły pustymi i popękanymi donicami. Szedł chwiejnie, co chwila przystawał, odwracał się, zwalniał, to znów przyspieszał, a strach od kolan pełzł mu do gardła, bo wreszcie, po raz pierwszy, szedł Maciek do Dominiki.

Poznali się, a może raczej Dominika poznała go ze sobą, i to dosłownie, gdy siedział na jednym z tych barowych krzeseł długich niczym kominy fabryczne i trzymał obie dłonie w kieszeni, co zawsze, najpewniej przez te dyndające, trójkątne łokcie, sprawia wrażenie nieśmiałości, komicznie maskowanej obojętnością. Podeszła, przedstawiła się i wyjęła ciepłą i śliską dłoń Maćka z ciasnej dżinsowej kieszonki, i potrząsnęła silnie, męsko, swoją mokrą dłonią, a potem zamówiła po drinku bez palemki, na szczęście pozwoliła chociaż za siebie zapłacić. Spotkać się mieli już wcześniej, na jednej z tych wielkomiejskich czterdziestek, na których wszyscy zjawiają się w dopiero co kupionych koszulach, więc teraz przyszła się tylko przywitać. Głównie mówiła o sobie, o swoim zawodzie, w sposób kpiący, ale nie cyniczny, co dawało Maćkowi nadzieję, że jej poczucie humoru nie jest jeszcze przeżarte żółcią, którą żywił się wszechobecny śmieszkizm, dojeżdżający ofiary w bramach i glanujący każdą odmienność. Śmiała się, głównie z własnych żartów, tak jak się śmieją ludzie naprawdę weseli, ale też raz po raz milkła, jakby speszona tą szaloną otwartością. Maciek się ostentacyjnie wzdragał, początkowo brał ją za wariatkę, ale gdy przyszła jego kolej i zauważył, jak słucha, nie przerywając mu, jak w przeciwieństwie do wszystkich wokół chyba naprawdę interesuje ją, co on, Maciek, ma do powiedzenia, i jak swoim małym krętym uchem wyławia wszystkie trzaski, zawieszenia, ironie Maćkowego głosu - właśnie wtedy zrozumiał, że czas mu dany z Dominiką po raz pierwszy może być także jego własnym czasem.

Pisali do siebie coraz częściej, zwykle uroczo oldskulowo, bo mejlowo na specjalne konta, wystrzegając się komórek, kompromitujących fotek i podejrzanych ememesów o świcie, dzięki czemu oboje, zwłaszcza on, mogli dostarczać kolejnych dawek racjonalizacji swojemu kruchemu sumieniu i oliwić poczucie lojalności, którego nigdy, ale to nigdy, od dzieciństwa, Maciek nie potrafił się pozbyć. Mieli się nawet kilka razy spotkać, ale zawsze rezygnował. Początkowo wymówki cechowała pewna doza inwencji i wyrafinowania, które z czasem, jak każdy eksces, zanikły, a dla obojga stało się jasne, że do kolejnego spotkania Macieja z Dominiką raczej nie dojdzie.

A teraz stał przed jej domofonem, szerokimi, pionowymi kratami grodzonego osiedla, oplecionymi zasuszonym bluszczem, zmarniały, wykończony, ale jednocześnie coraz bardziej podniecony i cały, ale to cały rozdygotany. Stał i pragnął nacisnąć okrągły czarny przycisk, albowiem wiedział, miał po prostu przeczucie, które sprawia, że jednak wierzysz w coś więcej niż tylko w grząską grobową ziemię, i owo przeczucie podpowiadało mu, że jeśli tylko naciśnie przycisk, wejdzie do środka i razem, trzymając się jednak nieco na dystans, przebiją z Dominiką kordon krępującej ciszy i ukradkowego mierzenia się wzrokiem, i skończy się tym, o czym bezpiecznie jest marzyć, ale zawsze tylko i wyłącznie marzyć, i nigdy, przenigdy nic więcej.

Raz kundlowi śmierć - wycedził przez zęby, wziął głęboki oddech i nacisnął przycisk.

* * *

Gdy już było po wszystkim, gdy już Dominika leżała na jego ramieniu naga, wymięta i równie przestraszona jak on, i nie dla zabicia czasu, lecz dla odwrócenia uwagi wpatrywała się zapamiętale w swoje spuchnięte kostki, znajomy głos odezwał się do Maćka:

- Najważniejsza jest rodzina, ona jest najważniejsza!

Maciek nie mógł nie poznać tego ciężkiego, dudniącego głosu, głosu obrzydliwego, odstręczającego. Głosu swojego teścia.

Przestraszony otworzył oczy, podskoczył na łóżku i rozejrzał się po pokoju, ale nie dostrzegł nikogo i niczego, co mogło kształtem albo zapachem przypominać tę kupę mięcha, która wyrzuciła go dzisiaj z kolacji.

Dopiero po chwili, gdy znów usłyszał o rodzinie, spostrzegł w cicho grającym telewizorze Jerzykową nabrzmiałą czaszkę, druciane wąsy Jerzyka i Jerzykową czarną koszulę z kolacji.

- Zostaw na pingwinie! - rzucił do Dominiki. - I podgłośnij!

Dominika uniosła głowę.

- Na kim?

- Na tym facecie, tam, w tv, zostaw i daj pilota, sam podgłośnię.

Pilot spadł jednak z łóżka na ziemię, Dominika zanurkowała, aby sięgnąć, ale nie mogła znaleźć i dopiero wówczas Maciek przyjrzał się bliżej rozrzuconym pieprzykom na jej plecach, spiczastym wzgórkom wystającego kręgosłupa i białej, obwisłej pupie, o której tak fantazjował wieczorami, gdy wymieniali mejle na wyciszonych laptopach.

- Rodzina... rodzina jest... dzieci są ważne...

Teść się wyraźnie zacinał, denerwował, głos mu się chwiał, a Maciek zerkał na blade uda Dominiki i kurze, żylaste łydki. Od ostatniego spotkania nieco wychudła, na co w pierwszym gorącym i nagim uniesieniu nie mógł zwrócić uwagi.

I właśnie wtedy, gdy obrócony bokiem do telewizora zaczął wciąż wychylonej za łóżko Dominice masować opuchnięte kostki, drapiąc ją lekko w łydki, usłyszał krzyki.

Odwrócił się i ujrzał, jak zamaskowany mężczyzna szarpie Jerzego na mównicy, jak pośród pisków i krzyków tłumu Jerzyk się broni, jak swoimi drobnymi przecież rączkami przez te kilka kluczowych sekund szarpie napastnika za klapy ciemnoniebieskiej kurtki z napisem policja i jak w pewnym momencie, cały już zasapany, osuwa się na kolana, a napastnik, tak po prostu, niemal od niechcenia, skręca mu kark, jakby urywał główkę kalarepie, po czym błyskawicznie, przez nikogo niezatrzymywany, znika za kulisami.

Nie było wątpliwości, Jerzy Nawrocki, padając pionowo na twarz, od kilku sekund już nie żył.

Cisza miasta została przerwana na dobre.