"Tylko pomyśl!" - wzywała anglojęzyczna pocztówka z 1918 roku. -
"Polaków jest 30 milionów!". Dla lepszego efektu liczbę wytłuszczono i podkreślono. Pod nią widniała mapa Europy z potężną, pyszniącą się na
czerwono Rzeczpospolitą. Tyle że w granicach z zupełnie innej epoki.
Druk przygotowały środowiska polonijne w Stanach Zjednoczonych. W schyłkowych miesiącach pierwszej wojny
światowej miał przypominać zwykłym Amerykanom o toczonej przez Polaków
walce o niepodległość. Miał też uzmysłowić im, gdzie właściwie leży i jak wygląda Polska. Zadanie było o wiele trudniejsze, niż mogłoby się
wydawać.
Wbrew temu, czego uczą szkolne podręczniki, państwo polskie nie zrodziło
się nagle, z dnia na dzień, w listopadzie 1918 roku. Jego formalne i faktyczne podstawy budowano już od dwóch lat. Też w listopadzie, tyle że
1916 roku, władcy Cesarstwa Niemieckiego i Austro-Węgier uroczyście
ogłosili utworzenie odrębnego Królestwa Polskiego. Niemiecka orkiestra
wojskowa odegrała Boże coś Polskę przez tak liczne wieki, na
warszawskim ratuszu wywieszono godło z Orłem Białym, wszędzie zaroiło
się od biało-czerwonych flag. Oczywiście dwóm cesarzom nie leżały na
sercach losy podbitego narodu, ale chęć pozyskania rekrutów. Raz
rozpoczętego procesu nie dało się już jednak zahamować, a rozpalonych
aspiracji - wygasić.
Z początkiem 1917 roku zaczęto formować organy polskich władz, rzecz
jasna ściśle podporządkowane Niemcom. Tymczasowa Rada Stanu, istniejąca
od stycznia do sierpnia 1917 roku, zatrudniała łącznie około 150 osób.
Komisja Przejściowa, którą następnie wyłoniono miała już 350-osobowe
kadry. Z kolei Rada Regencyjna - sprawująca formalną władzę aż do
listopada 1918 roku i zwykle rozumiana jako zupełnie bezwładne
kilkuosobowe grono - zorganizowała polski personel urzędniczy i sądowy
idący w tysiące.
Nic dziwnego, że późniejszy minister sprawiedliwości Stanisław
Bukowiecki stanowczo podkreślał, że polska państwowość zaczęła się nie w listopadzie 1918 roku, ale w styczniu 1917, gdy powołano pierwsze jej
organy zwierzchnie. Wybitny prawnik i komentator spraw ustrojowych dodał
oczywiście, że była to "państwowość ułamkowa". Polska pozostawała
zależna od okupantów, ale przede wszystkim była krajem... bez terytorium.
W cesarskiej odezwie z listopada 1916 roku nie podano zasięgu tworzonego
organizmu politycznego. Miał on zostać ustalony w bliżej nieokreślonej
przyszłości i w niesprecyzowany sposób. Jasne było tylko to, że Niemcy
nie wyrzekną się na rzecz Polski własnych terytoriów, zagarniętych u schyłku XVIII stulecia. Pomorze i Wielkopolska miały pozostać w granicach Rzeszy. Podobnie Galicję zamierzano zachować przy
Austro-Węgrzech. W akcie podkreślono, że odrębna Polska powstanie tylko
z ziem "wydartych rosyjskiemu panowaniu".
Nawet tę deklarację należało rozumieć bardzo wąsko. Wprawdzie na mocy
separatystycznego pokoju zawartego z ogarniętą walkami rewolucyjnymi
Rosją Niemcy zajęli obszary sięgające aż za Mińsk, nie zamierzali jednak
przydzielać ich Polsce. Rada Regencyjna sprawowała swoją ograniczoną
władzę tylko na części terenów dawnej Kongresówki - kadłubowej Polski
należącej przed wojną do caratu.
Kongresówka w 1914 roku liczyła 127 700 kilometrów kwadratowych i była
zamieszkana przez około 13 mln mieszkańców. Z tego obszaru Niemcy i Austriacy wykroili niewiele ponad 105 000 kilometrów kwadratowych, z ludnością szacowaną na 8,5-9,5 mln, jako tak zwane ziemie okupowane.
Suwalszczyznę i część dawnej guberni siedleckiej przyłączono do
odrębnego tworu administracyjnego - Ober-Ostu. Także ziemia chełmska z Zamościem miała zostać oderwana od Polski i zaliczona w granice
zależnego od państw centralnych państwa ukraińskiego. Bardzo możliwe, że
po zwycięskiej wojnie dokonanoby jeszcze kolejnych "korekt". W interesie
Berlina i Wiednia leżała przecież tylko budowa małej, słabej i w pełni
uzależnionej Rzeczpospolitej.
Polonijna pocztówka z 1918 roku. Tak zachęcano Amerykanów do poparcia
sprawy polskiej.
Gdyby losy konfliktu potoczyły się po myśli Kaisera i Habsburgów,
Królestwo Polskie byłoby państwem kilkumilionowym, o terytorium
porównywalnym z dzisiejszą Serbią albo Czechami. Taki scenariusz nie
zadowalał żadnego ze stronnictw politycznych nad Wisłą. Nie było jednak
zgody co do tego, o jaką alternatywę należy walczyć.
Autorzy anglojęzycznej pocztówki z 1918 roku wybrali wariant maksimum.
Na mapie ukazali Rzeczpospolitą w granicach sprzed pierwszego rozbioru -
obejmującą obszary aż po Witebsk, linię Dniepru i przedpola Kijowa. A dla jasności zaznaczyli jeszcze, że są to wszystko tereny stale
zamieszkiwane przez Polaków - zupełnie jakby nie istniał żaden inny
naród roszczący sobie do nich pretensje.
Czy liczyli, że uda się powrócić do rzeczywistości z czasów husarii i złotej, szlacheckiej wolności? Wątpliwe. Prędzej chcieli przekonać
aliantów, że dawne mocarstwo zasługuje na coś więcej niż tuzin miast i niespełna 100 000 kilometrów kwadratowych terytorium.
W pierwszych dniach listopada 1918 roku mało kto przejawiał naprawdę
buńczuczne ambicje. Zdawano sobie sprawę, że przesunięcie granic na
dowolnym odcinku będzie oznaczać konflikty z sąsiadami. Trudno się
dziwić chociażby Józefowi Piłsudskiemu, który przed zwolnieniem z niemieckiej niewoli wprost stwierdził, że nie zamierza umierać za Gdańsk
i Poznań. A więc: że pogodzi się z tym, iż oba miasta oraz cały zabór
pruski pozostaną w Niemczech.
Niektórzy twierdzą, że Komendant kłamał,
wodził dotychczasowego okupanta za nos. Ale chyba raczej dał pokaz
zdrowego realizmu - zwłaszcza że w tym czasie skala politycznego i wojskowego upadku Niemiec wciąż nie była jasna.
Podręczniki podają, że 10 listopada 1918 roku Józef Piłsudski przybył do
Warszawy, a nazajutrz przejął władzę zwierzchnią nad Polską od Rady
Regencyjnej. Jest to spore uproszczenie. Faktycznie w pierwszych
tygodniach niepodległości Naczelnik Państwa i rząd Jędrzeja
Moraczewskiego sprawowali pieczę nad niewiele więcej niż tylko Warszawą,
Łodzią i okolicami. Państwo polskie nadal nie miało granic, a urzędy
zwierzchnie nie cieszyły się akceptacją ani nad Wisłą, ani tym bardziej
zagranicą.
16 listopada Piłsudski nadał depeszę do przywódców zwycięskich mocarstw
oraz do władz "wszystkich państw wojujących i neutralnych", by
notyfikować nawet nie odrodzenie, ale "istnienie Państwa Polskiego
Niepodległego". Wiadomość pozostała bez odpowiedzi, a polską
podmiotowość w 1918 roku uznały tylko Niemcy, wciąż wierzące, że świeżo
mianowany Naczelnik Państwa nie pozwoli umierać za Gdańsk i Poznań.
Depesza dotykała kwestii zasięgu terytorialnego kraju. Była jednak nie
mniej enigmatyczna niż akt dwóch cesarzy z 1916 roku. Józef Piłsudski
stwierdził tylko, że Polska obejmuje... "wszystkie ziemie zjednoczonej
Polski". Cokolwiek by to miało oznaczać. Brak precyzji nie powinien
dziwić. Nawet po tym, jak Naczelnik Państwa poszedł na kompromis ze
środowiskami prawicowymi, po tym jak w styczniu 1919 roku powołano rząd
Ignacego Paderewskiego, a państwa Ententy stopniowo zaczęły nawiązywać
relacje z Rzeczpospolitą, zasięg władzy warszawskich urzędów
zwierzchnich był więcej niż skromny.
Minister spraw wewnętrznych i nieoficjalny wicepremier Stanisław
Wojciechowski o początkach 1919 roku pisał: "Jako minister miałem
sprawować władzę jedynie na obszarze byłej Kongresówki, z wyjątkiem paru
powiatów północnych, okupowanych jeszcze przez Niemców". W Galicji
rządziła powołana przez miejscowych polityków Polska Komisja
Likwidacyjna, a następnie - formalnie zależna od Piłsudskiego, ale
faktycznie ciesząca się daleko posuniętą suwerennością - Komisja
Rządząca. Dopiero w marcu 1919 roku na jej miejsce utworzono stanowisko
delegata rządu. Choć nawet to nie oznaczało unifikacji, bo urzędnik miał
własną "radę przyboczną", a w myśl rozporządzenia jego władza
odpowiadała dawnej pozycji namiestnika Galicji.
Bój o Małopolskę Wschodnią
Zbrojne walki o granice Polski podjęto jeszcze zanim zakończyła się
pierwsza wojna światowa, zanim Piłsudski został zwolniony z twierdzy w Magdeburgu, a w Warszawie ukonstytuował się pierwszy niepodległy rząd. 1
listopada 1918 roku członkowie ukraińskiej organizacji spiskowej
powołanej w szeregach rozpadającej się właśnie armii austro-węgierskiej,
przystąpili do opanowywania Lwowa. Błyskawiczna akcja sprawiła, że w ciągu jednego dnia większość gmachów publicznych i przeważająca część
metropolii znalazły się w rękach Ukraińców, którzy proklamowali
utworzenie Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej.
Deklaracja niepodległości zapoczątkowała zaciekłe walki o miasto.
Polskie organizacje konspiracyjne i oddziały ochotnicze zdołały wystawić
łącznie około 6000 żołnierzy. W tej liczbie było niemal 1500 studentów
oraz uczniów - w tym nawet podrostków ze szkół powszechnych - nazywanych
"orlętami lwowskimi".
Ukraińcy dysponowali nieco większymi siłami. Na ich korzyść działała też
inicjatywa. To oni byli początkowo w ofensywie, a Polaków zmuszono do
kontrdziałania. Bój o miasto zakończył się dopiero po trzech tygodniach
- nocą z 21 na 22 listopada, po tym jak do Lwowa dotarły oddziały
posiłkowe z Zachodniej Małopolski.
Łączne straty po stronie polskiej są tematem kontrowersji. Profesor
Michał Klimecki, autor pracy Polsko-ukraińska wojna o Lwów i Galicję
Wschodnią 1918-1919 podaje, że do 22 listopada zginęło i zmarło od ran
439 obrońców miasta. Te liczby można odnaleźć także w wielu innych
pracach. Damian K. Markowski przytacza jednak wartości niższe: do 210
poległych i zmarłych od ran, ale też 700 lżej rannych. Poza tym śmierć
poniosło nawet ponad 300 cywilów. Straty ukraińskie jeszcze trudniej
oszacować. Ołeksa Kuźma, autor wydanego w roku 1931, kompleksowego opisu
walk z ukraińskiej perspektywy, szacował je na 250 zabitych i 500
rannych.
Orlę lwowskie. Mały obrońca miasta na obrazie Wojciecha Kossaka.
Odbicie miasta nie zakończyło krwawego konfliktu. W rękach Ukraińców
nadal znajdowała się większość Galicji Wschodniej. Wojna o nią toczyła
się aż do lata 1919 roku. Dopiero w połowie lipca oddziały polskie
zdołały wyprzeć wrogie siły za linię Zbruczu. W całym konflikcie zginęło
około 10 000 polskich żołnierzy i 15 000 ukraińskich. Straty wśród
ludności cywilnej trudno określić, ale zdaniem profesora Klimeckiego
były one niższe.
Tak drogo okupiony sukces zbrojny nie gwarantował korzyści politycznych.
Polska ofensywa spotkała się z krytyczną oceną mocarstw zachodnich. 21
listopada 1919 roku Ententa wyraziła wprawdzie zgodę na wojskową
okupację Galicji Wschodniej, ale tylko tymczasowo. Rzeczpospolita
otrzymała mandat, pozwalający sprawować zwierzchność nad regionem przez
25 lat. Nie miała więc być to część państwa, ale tylko swoista kolonia,
zorganizowana według podobnych zasad, co przejęte od przegranych państw
posiadłości w Iraku, Palestynie czy Tanganice.
Wielkopolska i Pomorze
Na południowym wschodzie walczyły siły dwóch narodów dopiero dążących do
zdobycia bądź ugruntowania swej niezależności. Na rubieży zachodniej
podjęto tymczasem walkę z przegranym, ale jednak mocarstwem - Niemcami.
W pierwszych dniach grudnia 1918 roku świeżo powołany, polski Sejm
Dzielnicowy w Poznaniu zdecydował o utworzeniu w każdej wielkopolskiej
miejscowości Straży Ludowej. Siły samoobrony bardzo szybko stały się
nieodzowne.
26 grudnia do stolicy regionu przyjechał Ignacy Paderewski: sławny
artysta i niezwykle wpływowy agitator sprawy polskiej w Ameryce, już
wtedy przez wielu widziany w roli przyszłego przywódcy kraju. Jak
podkreślał chociażby profesor Bogusław Polak, jego wizyta "zaostrzyła
nastroje antyniemieckie, doprowadzając do wybuchu powstania". Do 6
stycznia 1919 roku Polacy opanowali miasto. Stopniowo walki ogarnęły też
resztę Wielkopolski. W połowie miesiąca oddziały powstańcze liczyły już
około 14 000 żołnierzy, pod koniec - 27 600. Powstanie potrwało do
połowy lutego. Znawca historii zrywu, profesor Bogusław Polak, szacował,
że w walkach zginęło około 850 polskich żołnierzy. Wydana w 2008 roku
szczegółowa Lista strat powstania wielkopolskiego zawiera znacznie
więcej nazwisk. Wymieniono na niej 2256 osób, ale są to też powstańcy,
który zmarli z powodu chorób lub w niewoli, zginęli w wypadkach,
zaginęli.
"Jak się słusznie podkreśla, zryw ludności Wielkopolski był pierwszym
zwycięskim powstaniem zbrojnym" - komentował profesor Marian Leczyk. Z kolei Tadeusz Jędruszczak podkreślał - w publikacji wydanej na początku
lat 80. XX wieku - że sukces powstańców był możliwy dzięki szalejącej
właśnie nad Sprewą rewolucji. Historyk w mundurze pułkownika, długo
związany z Wojskową Akademią Polityczną, wszędzie dopatrywał się wpływów
rewolucyjnych. W tym konkretnym przypadku miał jednak rację.
Wielkopolski zryw nastąpił w momencie największego osłabienia Niemiec i politycznego chaosu, uniemożliwiającego zwartą, skuteczną reakcję. Kiedy
z końcem zimy sytuacja w Berlinie zaczęła się normować, polscy powstańcy
kontrolowali już niemal całą Prowincję Poznańską. Zaskakująco stanowcze
wsparcie dla ich wysiłków nadeszło ze strony Ententy.
Granice Wielkopolski w myśl traktatu wersalskiego. Zaznaczono obszary
Prowincji Poznańskiej utracone na rzecz Niemiec (na zachodzie i północy)
oraz ziemie "przyłączone bez plebiscytu" (na południu).
W lutym 1919 roku zwycięskie mocarstwa negocjowały z Niemcami warunki
przedłużenia rozejmu. Marszałek Francji Ferdinand Foch postawił wówczas
ultimatum: spokój miał być podtrzymany tylko, jeśli Niemcy zaakceptują
przebieg frontu w Wielkopolsce i odwołają ofensywę przeciwko Polakom.
Linia walk stała się linią demarkacyjną, mającą obowiązywać do czasu, aż
zostanie podpisany układ pokojowy regulujący także tę kwestię.
Tak długo, jak trwały pertraktacje, w Polsce poważnie obawiano się nawet
bezprawnej i sprzecznej ze zobowiązaniami niemieckiej ofensywy, która -
podobnie jak wcześniej powstanie wielkopolskie - postawiłaby Ententę
przed faktami dokonanymi. Do wznowienia działań zbrojnych jednak nie
doszło, a 28 czerwca 1919 roku łącznie 27 państw "sprzymierzonych i skojarzonych" podpisało "traktat pokoju" z pokonanymi Niemcami.
Tak zwany traktat wersalski regulował przebieg wszystkich granic państwa
niemieckiego. W Wielkopolsce wyznaczono linię nawet nieco korzystniejszą
dla Polaków od wcześniejszej linii frontu. Rzeczpospolita otrzymała też
Pomorze Nadwiślańskie, choć z bardzo ograniczonym dostępem do Bałtyku.
Linia brzegowa miała mieć zaledwie 140 kilometrów. Co najważniejsze,
mocarstwa nie zgodziły się przekazać Polsce żadnego portu - tylko dwie
małe przystanie rybackie: na Helu i w Pucku. Gdańsk, o który zażarcie
walczyła polska delegacja, zyskał status wolnego miasta. Konstrukcja
traktatu i kontekst polityczny sprawiały jednak, że już w 1919 roku
słusznie spodziewano się, że metropolia pozostanie w orbicie Niemiec.
Republika Weimarska zwlekała z podpisaniem Umowy o wycofaniu wojsk z odstąpionych obszarów i oddaniu zarządu cywilnego aż do listopada 1919
roku. Ratyfikacja przeciągnęła się do początku roku 1920. W Wielkopolsce
opóźnienie to nie niosło istotnych skutków. Sytuacja była w pełni
czytelna. Mimo to nawet na tym obszarze władza rządu w Warszawie długo
pozostawała iluzoryczna. Aż do połowy sierpnia 1919 roku rolę organu
zwierzchniego byłej Prowincji Poznańskiej pełniła lokalna Naczelna Rada
Ludowa. Nadal też istniała... granica między Wielkopolską i dawnym
Królestwem Polskim. O tym, jak silnie i długo wielkopolanie podkreślali
swoją niezależność czytelnie świadczy incydent opisany przez prasę na
przełomie lipca i sierpnia 1919 roku. "Ilustrowany Kuryer Codzienny"
informował, że rząd w Warszawie otrzymał z Poznania wiadomość, iż
"Naczelna Rada Ludowa żąda wycofania z terytorium byłego zaboru
pruskiego wszystkich oddziałów wojskowych przysłanych z Kongresówki".
Podobno lokalnym politykom "chodziło przede wszystkim o zachowanie
kordonu granicznego, a to w tym celu, aby Wielkopolskę uchronić od
agitacji wywrotowej płynącej z Kongresówki".
Z uwagi na opóźniające działania Niemców przyłączenie Torunia i Pomorza
mogło nastąpić dopiero z początkiem 1920 roku. Znów spodziewano się
poważnego oporu. Front Pomorski, który sformowano w celu przejęcia
pieczy nad obszarem liczył 27 000 żołnierzy. W tej liczbie znalazła się
aż ? całej polskiej kawalerii. Wojska zmierzające na Pomorze dysponowały
też ponad 400 karabinami maszynowymi i 100-działową artylerią.
Zabezpieczenie miała im zapewniać grupa lotnicza (9 maszyn) oraz 5
pociągów pancernych. Do realizacji traktatu wersalskiego Polacy
przystąpili jak do wojny.
Środki ostrożności nie powinny dziwić. Na Pomorzu uniknięto rozlewu
krwi, ale walki wielokrotnie wstrząsały Górnym Śląskiem.
Spór o Górny Śląsk
Sprzymierzone mocarstwa zdecydowały, że o przynależności kluczowego z perspektywy gospodarczej obszaru zdecydują sami jego mieszkańcy drogą
plebiscytu. Dane demograficzne mogły sugerować, że Polacy zwyciężą w cuglach, niezależnie od formy i terminu głosowania. Według spisu dzieci
szkolnych przeprowadzonego w 1911 roku aż 71,1% uczniów na Górnym Śląsku
miało pochodzenie polskie. Z kolei powszechny spis ludności z roku 1910
podawał, że w całej populacji obszaru Polacy stanowili 57,3%. Mimo
pozornej przewagi, Niemcy spodziewali się zwycięstwa i dokładali
wszelkich starań, by je osiągnąć.
Polski afisz z okresu przygotowań do plebiscytu na Górnym Śląsku.
Nadmiar liczb nie pomagał w podjęciu decyzji.
"Dominacja ekonomiczna żywiołu niemieckiego, jego przewaga polityczna i całkowite podporządkowanie władz administracyjnych dawały mu
korzystniejszą sytuację w przyszłym plebiscycie" - skomentował historyk
Mieczysław Wrzosek. Prowadzono bezwzględną akcję propagandową,
obrzydzano państwo polskie jako oparte na wyzysku, nietrwałe i grożące
bankructwem śląskim robotnikom. W wielu przypadkach agitacja okazywała
się skuteczna, a nacisk wywierały też bojówki, siły porządkowe czy
wreszcie niemieccy fabrykanci, kontrolujący przepływ pieniądza i zapewniający miejsca pracy.
W odpowiedzi na niemieckie nadużycia jeszcze przed plebiscytem na Górnym
Śląsku dwukrotnie wybuchały zbrojne zrywy. W pierwszym, podjętym w sierpniu 1919 roku, wzięło udział około 23 000 powstańców. W drugim - w sierpniu 1920 roku - kilkanaście tysięcy. Zwolennicy przynależności do
Polski nie tylko zresztą bili się za sprawę, ale też nasilali własne
działania propagandowe.
"Wydano 100 000 broszur propagujących ideę powrotu Górnego Śląska do
Polski, liczne opracowania naukowe na ten temat, setki tysięcy odezw i plakatów, przeprowadzono kursy dla agitatorów" - wyliczał Marian Leczyk.
Na afiszach sypano liczbami jak z rękawa. Jeden z plakatów, pochodzący
zapewne z roku 1920, zawierał pełną statystykę własności gospodarstw na
Górnym Śląsku. Starano się pokazać, że połowa ziemi w regionie
plebiscytowym należy do zaledwie 258 junkrów. Pod diagramem widniała też
informacja, że średnie gospodarstwo wielkiego niemieckiego właściciela
ziemskiego ma powierzchnię odpowiadającą majątkom 7830 chłopów
małorolnych. Autorzy przekonywali, że Rzeczpospolita rozda prostym
Ślązakom ziemię. Przekaz, choć atrakcyjny, był zarazem wyjątkowo zawiły.
Podobny mankament widać też na ulotce komentującej wydobycie węgla. Druk
straszył, że Niemcy po utracie kopalń "będą ginęli z głodu i chłodu" i że każdy "kto chce tego uniknąć" powinien głosować za Polską. Problem w tym, że tak skonstruowany slogan mógł skłaniać... do przeciwnej decyzji.
Bo przecież dopiero przegrana Niemców w plebiscycie groziła śmiercią "z głodu i chłodu". A poza tym powszechnie wiedziano, że bez Śląska Polska
nie ma prawie żadnych zasobów węgla. Resztę ulotki wypełniono litanią
liczb. Podano tony wydobycia, procentowe udziały poszczególnych okręgów
węglowych, rozstrzygnięcia graniczne wpływające na własność złóż. Znów
był to przekaz niesamowicie zachwaszczony. A za ciekawą można w nim
uznać chyba tylko wiadomość, że Górny Śląsk przynosił państwu
niemieckiemu 22,6% jego węgla. Niemcy wołali o wiele prościej: Polska to
brak pracy, bieda, anarchia. A przede wszystkim zawsze niebezpieczna
zmiana; odejście od tego, co było znane i stabilne.
Wybory zorganizowane 20 marca 1921 roku zakończyły się zdecydowaną
porażką akcji polskiej. Frekwencja była maksymalna. Zagłosowało 97,5%
uprawnionych, a więc niemal każdy, kto tylko był w stanie dotrzeć do
lokalu. Za przynależnością do Rzeczpospolitej opowiedziało się 40,4%
Ślązaków. Za Niemcami - 59,6%. Nieznacznie lepiej wyglądały wyniki
dzielone według obszarów administracyjnych. Polskę wybrali mieszkańcy
46,3% gmin, Republikę Weimarską - 53,7%. I ten rezultat był jednak
dotkliwą porażką, bo Niemcy odnieśli - by zacytować profesora
Uniwersytetu Śląskiego Ryszarda Kaczmarka - "pełny, bezapelacyjny
triumf" w niemal wszystkich miastach. Uzyskali też przytłaczającą
przewagę na obszarach najbardziej uprzemysłowionych i bogatych w złoża
węgla.
Porównanie sytuacji w Republice Weimarskiej i w Polsce według
niemieckiego plakatu z 1921 roku.
W polskiej literaturze dominuje opinia, że rezultaty wyborów nie
oddawały faktycznych intencji Ślązaków. Mieczysław Wrzosek, autor
książki Powstania śląskie 1919-1921, stwierdził wprost, że "wynik
plebiscytu był sfałszowany". Co ważne, nie chodzi o klasyczne oszustwo -
nikt nie sugeruje, że Niemcy dosypywali karty wyborcze do urn.
Wykorzystali natomiast w pełnej rozciągłości przepis... wywalczony przez
stronę polską. Pod naciskiem Warszawy mocarstwa sprzymierzone zgodziły
się, by do głosowania dopuścić nie tylko osoby zamieszkałe na Górnym
Śląsku, ale też każdego, kto przyszedł tam na świat, pod warunkiem że
osoba ta stawi się w rodzinnej miejscowości w dniu plebiscytu. Była to,
jak pisał Wrzosek, "fatalna koncepcja". Niemcy zaprzęgli organizacje
patriotyczne, aparat państwowy, a nawet struktury wojska, by zapewnić i opłacić transport dla każdego, kto pragnął oddać głos za Vaterlandem, a w roku 1921 zamieszkiwał w innej części kraju. "Podobnych działań nie
podjęto po stronie polskiej" - podkreśla Ryszard Kaczmarek. A bez nich
trudno było oczekiwać, że emigranci zarobkowi - raczej zamieszkujący
dalej na zachodzie, w zagłębiu Ruhry albo Francji niż w Polsce - zdołają
dotrzeć z powrotem do dawnych domów.
Koniec końców w plebiscycie zagłosowało aż 191 000 emigrantów (19,3%
wszystkich głosów), z których 95% opowiedziało się za Niemcami. Te głosy
w wielu gminach przesądziły o końcowym wyniku. Nie jest natomiast
prawdą, że gdyby do plebiscytu dopuszczono tylko faktycznych mieszkańców
prowincji, Polacy odnieśliby ogólne zwycięstwo, odpowiadające stosunkom
narodowościowym w regionie. Spośród głosów miejscowych 53,3% oddano na
Niemcy, a 47,7% na Polskę.
Wielu Ślązaków wrzuciło do urny kartę z napisem "Niemcy/Deutschland", bo
tego oczekiwali ludzie, od których byli zależni. Wielu innych uwierzyło
propagandowym hasłom, którymi byli bombardowani od dwóch lat. Oddali
głos za Republiką Weimarską, bo tak podpowiadał im osobisty interes:
chcieli mieć emerytury, powszechną służbę zdrowia, bezpieczne
zatrudnienie. To wszystko, czego w myśl plakatów brakowało w Polsce. A często nie tylko w myśl plakatów, ale też faktycznie.
W następstwie plebiscytu powstała obawa, że Polska otrzyma tylko 25%
Górnego Śląska, bez okręgu przemysłowego. To właśnie była przyczyna
wybuchu kolejnego i największego ze zrywów zbrojnych. Zaczęło się 2 maja
1921 roku od strajku generalnego, który objął 80% robotników. Następnie
do otwartej walki przystąpiła "Obrona Plebiscytu", mająca przeszło 40
000 zaprzysiężonych członków. Walki potrwały aż do 25 czerwca,
przynosząc po obu stronach dotkliwe straty. Oficjalny polski raport,
opublikowany w roku 1936, podawał liczbę 1721 zabitych. Dla porównania w pierwszym powstaniu śląskim zginęło po stronie polskiej 477 osób, a w drugim - 78. W 1921 roku bardzo wielu było też rannych - około 3000. Po
stronie niemieckiej straty były w przybliżeniu dwa razy niższe.
Szacowano, że zginęło 800 osób, a 1500 odniosło rany.
Jak pisał chociażby Marian Leczyk, zryw zbrojny "w decydującej mierze"
wpłynął na rozstrzygnięcia mocarstw. Komisja świeżo powołanej Ligii
Narodów przyznała Rzeczpospolitej jedną trzecią obszaru plebiscytowego,
w tym okręg przemysłowy z Królewską Hutą i Katowicami. Po polskiej
stronie granicy znalazło się też 50% zakładów hutniczych i 70% kopalń
węgla.
O podobnym - umiarkowanym, ale jednak - sukcesie nie mogło być mowy na
granicy północnej. Na Warmii, Mazurach i Powiślu plebiscyt
przeprowadzono 11 lipca 1920 roku. Wyniki były katastrofalne. W okręgu
kwidzyńskim za Polską oddano tylko 7,6% głosów, na Warmii i Mazurach -
symboliczne 2,2%. Znów istotną rolę odegrała polityczna i ekonomiczna
presja ze strony niemieckich władz. Nie to był jednak argument
rozstrzygający. Głosowanie odbyło się dokładnie w czasie, gdy na
Warszawę parły wojska bolszewickie, a dalsze istnienie państwa stało pod
znakiem zapytania. To zaś nie skłaniało do opowiadania się za
Rzeczpospolitą.
Nie po raz pierwszy polskie aspiracje na ziemiach centralnych i zachodnich ucierpiały ze względu na ekspansję prowadzoną na kierunku
wschodnim. Był to wynik koncepcji przyjętej już w pierwszych dniach
niepodległości. Józef Piłsudski i jego ludzie szansę na sukces polskiej
państwowości upatrywali na dawnych Kresach. W listopadzie 1918 roku,
zaraz po objęciu władzy, Naczelnik Państwa pisał:
Granice przyszłej Polski winny jej zabezpieczać możliwość ekspansji na
wschód. Kolonizacja na wschodzie stanowi konieczny warunek odrodzenia i rozwoju zrujnowanego przemysłu, jedyne pole zatrudnienia masy
bezrobotnych, inaczej skazanych na emigrację przymusową.
Z jego przemyśleniami gospodarczymi z perspektywy czasu trudno się
zgodzić. Nie ulega za to wątpliwości, że przyjęta koncepcja odcisnęła
trwałe piętno na losach kraju. Przyniosła nie tylko szansę wielkiej
ekspansji, ale też porażające straty w ludziach i majątku.
Konfrontacja bolszewickiej Rosji, powstałej na zgliszczach caratu i Polski, odrodzonej za sprawą upadku trzech mocarstw zaborczych, była
nieunikniona. Już rewolucja październikowa 1917 roku i odzyskanie
niepodległości przez Rzeczpospolitą rok później zapowiadały wybuch nowej
wojny.
Władze w Warszawie planowały ekspansję
daleko na wschód, poza granice terenów zdominowanych przez ludność
polską, uznając że mają tam swoje żywotne interesy. Bolszewicy pragnęli
z kolei wzniecić płomień rewolucji nie tylko na wszystkich ziemiach
dawnej, imperialnej Rosji, ale też - zanieść go do Europy Zachodniej.
Cele były z gruntu sprzeczne. A zbrojne starcie stanowiło tylko kwestię
czasu.
Do pierwszych regularnych walk z prącą na zachód Armią Czerwoną doszło w połowie lutego 1919 roku na Białorusi i Wileńszczyźnie. W połowie
kwietnia Polacy przeszli do ofensywy, zajmując Wilno, a później
Baranowicze i Nowogródek. Kolejne natarcie, trwające od lipca do
października 1919 roku, pozwoliło na obsadzenie linii Dźwiny, Berezyny i Ptyczy.
Jesień 1919 roku była dla bolszewików niezwykle trudna. Wojna domowa w Rosji właśnie wchodziła w decydująca fazę. Komisarzom ludowym zagrażała
ofensywa "białych" armii generałów Judenicza i Denikina oraz admirała
Kołczaka. Gdyby ich działania zostały skoordynowane z natarciem
oddziałów polskich, powstałaby szansa rozprawienia się z czerwonym
reżimem. Naczelnik państwa Józef Piłsudski nie przystał jednak na
współpracę z "białymi", zdając sobie sprawę z antypolskiej postawy
byłych carskich generałów. Ci niezmiennie trwali przy haśle
niepodzielnej Rosji "od Kalisza do Władywostoku", a w razie zwycięstwa
zamierzali dążyć do rewindykacji polskich terytoriów. Skonfrontowany z dwiema wrogimi siłami, Piłsudski uznał bolszewików za mniejsze
zagrożenie dla niepodległego bytu Rzeczpospolitej. Opór "białych"
stopniowo zaś słabł i wygasał.
Polskie wojska wkraczające 7 maja 1920 roku do Kijowa. Sukces okazał się
niezwykle krótkotrwały.
Aż do końca kwietnia 1920 roku na froncie polsko-bolszewickim trwał
impas. Podjęto nawet bezpośrednie negocjacje. Bolszewicy grali jednak
tylko na zwłokę i szykowali siły potrzebne do walnego uderzenia na
zachód.
Strona polska nie czekała biernie na rozwój wypadków. Józef Piłsudski
obmyślił wymierzenie własnego potężnego ciosu, o nie tylko politycznym,
ale też symbolicznym znaczeniu. 7 maja 1920 roku, wspólnie z siłami
ukraińskimi atamana Semena Petlury, zajęto Kijów. Nie udało się jednak
rozbić głównych sił Armii Czerwonej, które wycofały się za Dniepr.
Sukces okazał się zresztą krótkotrwały, a nawet pozorny. Już na początku
maja 1920 roku ruszyła drobiazgowo przygotowana przez bolszewików
ofensywa na północy.
Siły polskie zdołały zatrzymać wroga na linii rzek Auta i Berezyna, ale
stało się to dopiero po zmobilizowaniu wszystkich rezerw. Front cofnął
się aż o 100 kilometrów. Polacy mieli również wielkie problemy na
Ukrainie, gdzie na ich tyły przedarła się mobilna Armia Konna, co
wymusiło oddanie Kijowa bez walki. Horda 20 000 jeźdźców pod wodzą
Siemiona Budionnego, wspartych przez pociągi i samochody pancerne,
samoloty, 50 armat i kilkaset karabinów maszynowych, rabowała tam i gwałciła bez opamiętania.
Bolszewicy swoją ofensywę generalną wznowili na początku lipca. Dzięki
odwołaniu do patriotycznych haseł udało im się zmobilizować potężną
armię i pozyskać do służby wielu byłych carskich oficerów. W ciągu dwóch
tygodni czerwoni zajęli Mińsk, Wilno, Grodno i Pińsk. Polacy nie byli w stanie ich powstrzymać ani skutecznie zahamować. Do końca miesiąca
zostali odrzuceni aż na linię Bugu i Narwi.
30 lipca w Białymstoku zainstalował się marionetkowy rząd planowanej
Polskiej Republiki Rad - Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski - z Julianem Marchlewskim i Feliksem Dzierżyńskim na czele. Dowódca wojsk
radzieckich Michaił Tuchaczewski był pewien całkowitego zwycięstwa nad
"pańską Polską". Wraz ze zbliżaniem się Armii Czerwonej do Warszawy
polski opór zaczął jednak tężeć. Społeczeństwo zrozumiało, że zagrożona
jest niepodległość, z takim trudem odzyskana po latach zaborów.
W szeregi armii wstąpiło 100 000 ochotników, mnożyły się datki na
Fundusz Obrony Państwa. Polakom sprzyjał także fakt, że wydłużyły się
radzieckie linie zaopatrzeniowe, a i sami czerwonoarmiści byli znużeni
trwającymi bez przerwy walkami. Ponadto, wbrew powszechnemu przekonaniu,
Armia Czerwona nie górowała nad Wojskiem Polskim liczebnie. Front
północno-zachodni Tuchaczewskiego liczył 130 000 żołnierzy, podczas gdy
Polacy dysponowali na tym odcinku, według różnych źródeł, liczbą około
150 000-170 000 żołnierzy.
16 sierpnia, zupełnie niespodziewanie dla bolszewików, ruszyła ofensywa
znad Wieprza. Polskie oddziały wyszły na tyły wroga, uwikłanego w ciężkie walki na przedpolach Warszawy. Zwycięstwo było zupełne; Armia
Czerwona rozpoczęła odwrót na całym froncie. Dopełnieniem sukcesu była
jeszcze kilkudniowa bitwa nad Niemnem.
Rzadko wspomina się o tym, że obie strony rzuciły do boju ogromne armie.
Wojsko Polskie liczyło w tym czasie około miliona żołnierzy.
Czerwonoarmistów oficjalnie było pięciokrotnie więcej. Nie oznacza to
jednak, że wszystkie bolszewickie siły bezpośrednio uczestniczyły w wojnie: zdecydowaną większość stanowiła rezerwa. Po polskiej stronie 1
września 1920 roku na froncie przebywało 348 000 żołnierzy. Do tego
dochodziły jeszcze siły wojsk sprzymierzonych: Armia Ukraińska generała
Omelianowicza-Pawlenki dysponowała siłą 20 000 żołnierzy (około 10 000 w linii), Rosyjska Ludowa Armia Ochotnicza gen. Bułaka-Bałachowicza miała
kolejne 20 000, przy czym w linii służyło 11 000 żołnierzy. Istniały
jeszcze oddziały rosyjskich białogwardzistów liczące 6 000 żołnierzy.
Trwające 20 miesięcy zmagania zebrały straszliwe śmiertelne żniwo wśród
polskich żołnierzy. Łączne straty Wojska Polskiego w walkach o granice w latach 1918-1920 określono na 251 329 żołnierzy. Poległych było 17 213,
w skutek odniesionych ran zmarło 30 338, rannych zostało 113 518,
zaginionych (w większości jeńców) było 51 351, natomiast zdezerterowało
aż 38 909 ludzi. Według profesora Lecha Wyszczelskiego 90% tych strat
przypada bezpośrednio na wojnę polsko-bolszewicką. W czasie samej tylko
bitwy warszawskiej Polacy mieli 4500 poległych, 22 000 rannych i około
10 000 zaginionych. Straty w operacji niemeńskiej sięgnęły w przybliżeniu 20 000 żołnierzy, z których zginęło 3 000.
Ogólne straty radzieckie nie są znane. Zakłada się jednak, że znacznie
przekraczały te odnotowane po stronie polskiej. Jedynie na polu bitwy
warszawskiej bolszewicy zostawili około 25 000 zabitych i 50 000-66 000
jeńców. Ponadto 30 000-45 000 czerwonoarmistów zostało internowanych w Niemczech.
Łącznie podczas wojny do polskiej niewoli dostało się 150 000
nieprzyjacielskich żołnierzy. Pewna ich liczba, szacowana na 20 000-25
000, wyraziła chęć służby po stronie Rzeczpospolitej. Po zakończeniu
wojny repatriowano do Rosji Radzieckiej blisko 76 000 żołnierzy. Od 16
000 do 18 000 radzieckich jeńców zmarło w polskich obozach w wyniku
chorób i trudnych warunków bytowych. Bliżej nieokreślona ich liczba nie
wyraziła chęci powrotu do komunistycznej ojczyzny.
W radzieckich łagrach uwięzionych zostało 45 000-50 000 polskich jeńców.
Były wśród nich również kobiety. Wielu innych zostało zamordowanych,
częstokroć bestialsko, tuż po wzięciu do niewoli. Ich dokładnej liczby
nie da się określić. Około 15 000 spośród polskich żołnierzy
przetrzymywanych w obozach nie przeżyło niewoli. Po zakończeniu działań
wojennych do ojczyzny repatriowano 26 000-32 000. Nie wróciła żadna z pojmanych kobiet. Ich los był zapewne wyjątkowo tragiczny zważywszy na
to, jakich okrucieństw dopuszczali się czerwonoarmiści na terenie
Rzeczpospolitej.
Wojna polsko-bolszewicka to okres, w którym Wojsko Polskie po raz
pierwszy na większą skalę zastosowało nowoczesną broń, debiutującą
niedawno na frontach Wielkiej Wojny. Chodzi tu głównie o lotnictwo i broń pancerną.
"Widzisz te łapy zakrwawione?". Polski plakat propagandowy z 1920 roku.
Ogółem w latach 1918-1920 Polska posiadała aż 1800 samolotów w ponad stu
wersjach, typach i odmianach. Był to największy stan ilościowy w historii polskiego lotnictwa wojskowego. 968 maszyn przejęto po
zaborcach lub zdobyto na Armii Czerwonej; pozostałe pochodziły z zakupów
i darów. Na przełomie lat 1919/1920 Polska dokupiła samoloty we Francji,
Anglii, Austrii, Włoszech i w Niemczech. Część zdobycznych samolotów, z uwagi na znaczny stopień wyeksploatowania, nie nadawała się do służby na
froncie.
W październiku 1920 roku Naczelne Dowództwo Wojska Polskiego dysponowało
15 eskadrami uzbrojonymi w 101 samolotów różnych typów. W ciągu
niespełna dwóch lat wojny polscy piloci wykonali ponad 5100 lotów
bojowych, w czasie których spędzili w powietrzu niemal 10 000 godzin. W walkach powietrznych zestrzelono 4 samoloty bolszewickie (i 3
ukraińskie), tracąc przy tym 3 maszyny, natomiast obrona przeciwlotnicza
wroga zestrzeliła 34 polskie maszyny. W walkach zginęło 28 pilotów (w tym 3 amerykańskich), zaś w wypadkach lotniczych 68 lotników.
Wraz z 1. Pułkiem Pancernym "Błękitnej Armii" generała Józefa Hallera w czerwcu 1919 roku do Polski przybyło 120 najnowocześniejszych wówczas na
świecie francuskich czołgów Renault FT 17. Czołgi pełniły na froncie
rolę swoistej "straży pożarnej" i były kierowane na wszystkie zagrożone
odcinki. Walczyły aktywnie z bolszewikami podczas bojów odwrotowych
latem 1920 roku oraz podczas bitwy warszawskiej. Brały między innymi
udział w starciu o Radzymin.
Wojsko Polskie wykorzystywało też kilkadziesiąt samochodów pancernych, w większości zdobycznych, choć pojawiła się i pierwsza polska konstrukcja
tego typu. Tym historycznym pojazdem pancernym był Ford FT-B, zbudowany
w ilości 16-17 egzemplarzy na bazie popularnego modelu Forda wersji "T"
przez utalentowanego inżyniera Tadeusza Tańskiego. Walcząc w szeregach
5. Armii gen. Władysława Sikorskiego polskie pancerki rozbiły w rejonie
Drobina i Raciąża sztab radzieckiej 18. Dywizji Strzeleckiej. Pojazdy
tego typu uczestniczyły również w rajdzie na Kowel we wrześniu 1920
roku.
Postęp był widoczny również w innych dziedzinach uzbrojenia, zarówno w jego jakości, jak i liczebności. Według danych szacunkowych w styczniu
1919 roku na stanie Wojska Polskiego znajdowało się około 100 000
powtarzalnych karabinów, 1200 karabinów maszynowych i ponad 350 armat. W momencie podpisania traktatu pokojowego polska armia dysponowała już
ponad 425 000 karabinów, 6500 karabinami maszynowymi i prawie 2000
armat.
Przebieg polskich granic pozostawał niepewny aż do 1924 roku. Przez
niemal ? swojego istnienia II Rzeczpospolita była krajem bez ściśle
ustalonego terytorium.
W polskiej pamięci historycznej zapisały
się walne powstania - śląskie, wielkopolskie - oraz zażarty bój o ziemie
wschodnie najpierw z Ukraińcami, a następnie bolszewikami. Konflikty
toczyły się jednak także na pozostałych odcinkach granic. I to niemal
wszystkich.
Na Suwalszczyźnie, wbrew zapisom traktatu wersalskiego i oczekiwaniom
Ententy, Niemcy kontynuowali swoją okupację aż do lata 1919 roku.
Następnie usiłowali przekazać władzę nie w ręce Polaków, lecz Litwinów.
Nacisk oddziałów Polskiej Organizacji Wojskowej sprawił, że ci ostatni
opuścili Augustów i Suwałki, usiłowali jednak okopać się na
Sejneńszczyźnie. Premier Mykolas Sleževičius wzywał litewską mniejszość
zamieszkującą obszar, by "broniła osad do ostatka, jak kto może, stając
z siekierami, widłami, kosami".
Okupacja nie spotkała się z oficjalną reakcją władz w Warszawie. Do
walki rwała się jednak miejscowa ludność. 16 sierpnia, decyzją
suwalskiego Okręgu Polskiej Organizacji Wojskowej, wszczęto zryw
zbrojny, określany mianem powstania sejneńskiego. Po początkowym
sukcesie Polaków, na miasto uderzyły przeważające siły litewskie - 1200
żołnierzy piechoty, 120 kawalerzystów, 18 ckm-ów. W ciężkich walkach
udało się ponownie wyprzeć przeciwnika. "Domy polskie były plądrowane i grabione, a część mieszkańców aresztowano i wywieziono do Łoździej,
gdzie ich katowano" - pisze historyk Wiesław Jan Wysocki. - "Wielu
Polaków zostało trwale okaleczonych, dopuszczano się licznych gwałtów i morderstw. Litwini grozili wręcz dokonaniem rzezi".
Łącznie w powstaniu sejneńskim życie straciło prawdopodobnie 54 Polaków.
W kolejnym miesiącu na opanowane przez insurekcję tereny wkroczyły
regularne oddziały Wojska Polskiego.
Nie mniej napięta była sytuacja na nowej granicy
polsko-czechosłowackiej, zwłaszcza na Śląsku Cieszyńskim. Już od wiosny
1918 roku trwały ustalenia między politykami obu narodów, mające na celu
podział terenu zgodnie ze składem etnicznym. 5 listopada 1918 roku
lokalne Rady Narodowe powołane w Cieszynie i Opawie zgodziły się
tymczasowo przyjąć takie rozwiązanie, a w efekcie - uniknąć rozlewu
krwi.
Jak wyjaśnia Krzysztof Szelong, podział ten: "po stronie polskiej
pozostawiał 77,3% obszaru, na którym zamieszkiwało 73% ludności
polskojęzycznej, 22% ludności niemieckojęzycznej i 5% ludności
czeskojęzycznej, po stronie czeskiej zaś 22,7% obszaru zamieszkiwanego
przez ludność w 70% czeskojęzyczną, w 20% niemieckojęzyczną i w 10%
polskojęzyczną". Postanowienie pozostało w mocy tylko do stycznia. W sytuacji, gdy Polaków wiązały boje w Galicji Wschodniej oraz powstanie
wielkopolskie, wojska czechosłowackie uderzyły na sporny obszar, dążąc
do zajęcia całego Śląska Cieszyńskiego. W literaturze akt ten tłumaczy
się polską "prowokacją", a więc próbą przeprowadzenia na spornym
obszarze wyborów do Sejmu Ustawodawczego.
Posterunek Straży Granicznej rozdzielający polską cześć Cieszyna od
czeskiej. Fotografia z 1928 roku.
Ofensywa ruszyła 23 stycznia 1919 roku. "Około 16 000 dobrze uzbrojonych
żołnierzy czeskich natrafiło na opór około 1500 żołnierzy polskich oraz
słabo uzbrojonych górników, hutników, kolejarzy i chłopów" - pisali
Roman Heck i Marian Orzechowski w swojej Historii Czechosłowacji. Siły
czeskie dysponowały też pociągiem pancernym oraz oddziałami
artyleryjskimi. Przewaga była miażdżąca, a mimo to usiłowano stawić
czoła atakowi.
"Szokującym epizodem była masakra jeńców wziętych do niewoli 26 stycznia
w czasie natarcia w okolicach Stonawy" - pisze Tomasz Maćkowiak. -
"Czescy legioniści rozwścieczeni oporem mieli tam wystrzelać i zakłuć
bagnetami kilkunastu polskich żołnierzy". Zbrodnia tylko wzmocniła wolę
oporu. Do decydującej bitwy doszło pod Skoczowem, gdzie polscy obrońcy
zahamowali ofensywę Czechów. Nim ruszyła ona ponownie, mocarstwa
zachodnie wymusiły przerwanie walk. Konflikt, określany niekiedy mianem
wojny polsko-czechosłowackiej, przyniósł po stronie polskiej nie tylko
straty wśród żołnierzy, ale też kilkadziesiąt ofiar cywilnych.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki