Przednówki - Michał Trusewicz

Kup ebooka

21.00 zł
16.80 zł (15,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

II

Sen wpadł pod światło, spopielił się. Jestem w pozycji siedzącej. Następnego dnia wyrzucę twoją szczoteczkę do zębów. Zamknę drzwi. Jakie ptaki pełnią nocną wartę? Połyskuje kurz, tyle jego. Nie wiem, czym się zająć. Dzień.

Na pogrzeb wybierzemy się we trzech. Zaraz będzie po wszystkim. Orszak wejdzie między drzewa. Wszyscy już są. Brązowy kontener pełen liści. Wydeptana ścieżka. Ktoś zostawił konewkę i coś do gleby. Im dalej w las, tym mniej nas. Idziemy. Ławka, plastik. Macha do nas samolot, jest bardzo daleko, nie widzimy go, ale wierzymy znakom.

Z pogrzebu wrócimy we dwóch. Ojciec zapędzi mnie do snu. A potem sam się położy, nie zważając na to, że stary garnitur wisi na nim jak na żywej osobie.

Nie żyła od kilku miesięcy. Kiedy mijał nas samolot, jakieś ptaki wsunęły się pod oko. Uderzyły mnie czarnymi falami. W łazience został paproch. Lubiłaś to słowo, nie wyrzucę go z krtani. Mówię to przed zaśnięciem każdego dnia. Gdy wychodziłaś o piątej rano do pracy, myliłaś białe smugi światła latarki z mgłą.

Dwudziestego listopada 2017 roku ktoś pomylił poranną mgłę z białymi smugami twojej latarki. Reflektory, długie światła, wtopiły się w asfalt. Jasne kolumny zaczęły wyrastać jak pędy bambusa. Blade samochodowe światła nad ranem mają fakturę i kolor letniego sernika. Ten dźwięk pomyłki. Uderzyłem kiedyś kolanem w metalowy kontener na gruz, znam go. Dlatego teraz krzyczysz i rozbiegasz się na wszystkie strony. Wchodzisz między drzewa. Mam nadzieję, że to nie ty machasz z samolotu.

Zapakowałem ci wtedy kawałek ciasta. Na drogę. Paprochy i okruchy zostały na stole. Nikt ich nie zdążył wyrzucić. Wpadłaś pod światło. W tamtej chwili byłem w pozycji siedzącej, szorowałem zęby. Podszedłem do zlewu i wyplułem węglową pastę zmieszaną z wodą. Pękały drobne bąbelki. Pomyślałem, że tak musi wyglądać asfalt, gdy jest czterdzieści stopni w cieniu. Kilka metrów od twojego ciała połyskiwały blaszki liści, dobrze oświetlone jasnymi reflektorami. Było już po wszystkim. Kilkaset metrów od światła stały w cieniu ławka i plastikowa butelka, której nikt nie zdążył sprzątnąć. Wytarte znaki na etykiecie.

Jakoś niedługo potem dowiedziałem się, że w ciągu jednej sekundy pękły wszystkie naczynia. Odkręciłem kran, zmyłem pastę, splunąłem. Znów przejechałem po dziąsłach.

Ostatnie bąbelki odeszły, gdy zgasiłem światło. Domknąłem drzwi. Nigdzie się nie wybieram. Zapędzam myśli do snu. Potem sam się kładę, nie zważając na to, że stary garnitur ojca wisi na klamce, jak martwy człowiek.

Zasnąłem bez słowa. Wyrzuciłem je.

Śniło mi się, że poruszałaś się z ponaddźwiękową prędkością, wirowałaś, aż stałaś się geometryczną abstrakcją na niebie. Kremowe światło stroboskopu. Kiedy mnie mijałaś, wsuwałaś mi pocałunek pod oczy. Jaki gatunek ptaków pełni wartę podczas snu? Nie żyjesz od dwóch lat, bo wpadłaś pod światło. Z jaką prędkością porusza się światło? Musiało ją przekroczyć, tak to sobie tłumaczyłem. Rozbiegasz mi się w pamięci, wchodzisz między luki. Przypominam sobie, że od małego lubiłem bawić się przełącznikami światła. Widział. Nie widział. Widział. Nie widział. To już bez znaczenia. Już po wszystkim. Siadam na ławce, przesuwam plastikowe torby, macham do ojca. Nie widzi mnie.

Dziś czuję, że trochę bardziej nie wiem, czym się zająć. Głośno oddycham. Jakby ostrzegawczo. Doskonale wypełniłaś ziemię. Nie masz nic na sobie. Jest grudzień, a ja od dawna nie widziałem na tobie śniegu. Obieram mandarynkę, zjadam kawałek po kawałku, najpierw delikatnie nadgryzając, a potem łapczywie połykając sok. Obrałem mandarynkę, zjadłem ją kawałek po kawałku. Wyrzucam śmieci, sprzątam wszystkie okruchy i paprochy. Gaszę światło. Połyskuje resztka soku na palcu. Po chwili wtapia się w prześcieradło. Jest grudzień, zapowiadali opady. Uderzyła mnie fala snu.

Dzwonili z pracy, nie przyszłaś na czas. Nie miałem odwagi, by uświadomić sobie, że coś mogło się stać. Zamknąłem okno. Powiesiłem koszulę na klamce. Nadal czeka. Dzwonię do pracy, dziś znów nie przyjdę na czas. Wpadłem pod słońce, mrużę oczy. Siadam. Nadal czekam, aż wrócisz z pracy, do której nie przyszłaś na czas. Macham jakby ostrzegawczo. Nie widzisz mnie. Ktoś robi remont, uderza starym gruzem prosto w serce kontenera. Rozlega się huk. Rozbiegają się ptaki między drzewa. Wszystkie strony wskazują, że już po wszystkim. I to nic zbiega i ześrodkowuje się tam.

Wskazuję na coś ręką, ale nic nie widać w tej mgle. Czemu jacyś ludzie wytykali cię palcami?

III

Gdy po raz pierwszy usłyszałem muzykę z Twin Peaks, miałem koszmary o intensywności aportowania po trzeciej w nocy. Podawałem łapę, a w zamian dostawałem bardzo dużo patysiów. Znaczy się, patyków. Brałem gałąź w usta, biegałem tak przez kilka minut, by potem wrócić pod siatkę. Pokazywałem coś pyskiem. Językiem dotykałem plastikowych butelek, nie potrafiłem jednak włożyć ich do ust. Potem przykładałem palec wskazujący do twarzy, kazałem sobie milczeć. Rzuciłem psu zabawkę. W międzyczasie otworzyłem oczy.

Po dwudziestu pięciu latach boję się, że przyśni mi się ten sam koszmar. Zamknąłem oczy. Był środek nocy. Szedłem trawą. Tu drzewa. Tam liście. Krzaki przypięte do pnia. Ktoś przywiązał krzaki do drzewa. Odwiązałem je, z wdzięczności polizały mnie gałązki mokre od zimna. Wzięły mnie w usta, stały tak przez kilka minut, by potem stać w tym samym miejscu. Pokazywałem coś ręką. Stopami dotykałem plastikowych butelek, nie potrafiłem jednak ich należycie wykorzystać. Nazajutrz ktoś przyłożył do mnie wzrok rodziny, kazali jej rozpoznać. Rzucili rodzinie kilka słów. W międzyczasie otworzyłem oczy.

Nie mogę się uwolnić od tego snu, przecieram oczy z niewyspania. Rano jem z podłogi. Wieczorem jestem nad podłogą. Równe trzydzieści centymetrów. Za dwadzieścia pięć lat ktoś wyrzuci materac. Wychodzę z użycia. Stoję w drzwiach, gdy słyszę kroki. A potem idę, męczę się. Ktoś w oknach. Patrzą z góry. Ktoś wyrzuca stary materac. Pierzyna ginie pod kołami rowerzystów. Resztki materiału wlatują do kanalizacji. Dalej. Ktoś wyszedł z psem. Rzuca mu średniej wielkości patyki. A potem on aportuje, męczy się, wraca pod ogrodzenie. Ona najpierw kładzie palec na jego ustach, kilka sekund później go całuje. Nikt nie otwiera oczu.

Widzę to dokładnie, gdy znajduję się trzydzieści centymetrów nad podłogą. Patyś - tak mówili na kolegę, którego pogrzeb przyśnił mi się kilka dni temu. Dużo biegał, a potem wracał do domu. Zawsze zbierał butelki po wodzie mineralnej, by nie zaśmiecać boiska. Rozpoznali go na ulicy, rzucili w niego paroma słowami, przez co musiał milczeć. Ktoś mu nagle zamknął oczy.

Od dziecka lubiłem się bawić przełącznikami światła. Widzę. Nie widzę. Widzę. Nie widzę. Pstryk. Jasno. Ciemno. Jasno. Nie widzę. Pstryk. Jasno. Jasno.

"Zgaś to wreszcie i idź spać". Mówiłaś tak, gdy wieczorem wchodziłaś do pokoju. Nie spałem. Podchodziłaś do okna. Sprawdzałaś, czy zamknięte. Liczyłaś do trzech. Pamiętam. Zatrzymałaś się chwilę. Nie odwracałem głowy, nie wiedziałem, na co patrzysz. Czułem jednak, że przez pięć sekund patrzysz na kogoś, kto wieczorem wyprowadza psa. Nikt nie biegał. Coś wyraźnie szczekało. Przybliżało się. Było coraz bliżej. Coś wyraźnie szczekało. Było tuż pod drzwiami. Stukało. Chciało się zbliżyć. "Mamo, zamknij okno". Mówiłem tak, gdy wieczorem prawie wychodziłaś z pokoju. Nie zasnę z otwartym. Nie otworzę oczu i nie sprawdzę, czy szczekanie nadal tam jest.

Po dwudziestu pięciu miesiącach zabrałaś swoje zabawki i wyprowadziłaś się. Zostawiłaś mnie samego z psem, którego wyprowadzaliśmy późno w nocy.

w serii kwadrat ukazały się:

„2008”, „2011”, „2014”, „2017”, „2020” – antologie współczesnych polskich opowiadań

Andrzej Ballo „Made in Roland”

Marcin Bałczewski „Eva Morales de Nacho Lima”, „Malone”

Waldemar Bawołek „To co obok”

Kostia Berezin (Paweł Laufer) „Buty Mesjasza”

Jacek Bielawa „Kościelec”

Jarosław Błahy „Rzeźnik z Niebuszewa”

Dariusz Bitner „Książka”

Roman Ciepliński „Diabelski młyn” , „Ukryte myśli” , „Życie zastępcze”

Tomasz Dalasiński „Nieopowiadania”

Jerzy Franczak „Święto odległości”

Krzysztof Gedroyć „Przygody K”

Andrzej Grodecki „Iluzje”

Brygida Helbig „Anioły i świnie. W Berlinie!!”, „Enerdowce i inne ludzie”

Lech M. Jakób „Ciemna materia”

Jarosław Jakubowski „Wojna”

Bogusław Kierc „Bazgroły dla składacza modeli latających”

Wojciech Klęczar „Wielopole”

Bogusława Latawiec „Ciemnia”

Ryszard Lenc „Chimera”

Artur Daniel Liskowacki „Capcarap”, „Eine kleine”, „Mariasz”, „Skerco”, „Spowiadania i wypowieści”

Miłka O. Malzahn „Fronasz”, „Kosmos w Ritzu“

Agnieszka Masłowiecka „Pyszne ciało”, „Splątanie”

Jarosław Maślanek „Ferma ciał”

Dariusz Muszer „Homepage Boga”, „Niebieski”, „Wolność pachnie wanilią”

Krzysztof Niewrzęda „Czas przeprowadzki”, „Poszukiwanie całości”, „Second life”, „Wariant do sprawdzenia”, „Zamęt”

Ewa Elżbieta Nowakowska „Apero na moście”

Cezary Nowakowski, Jakub Nowakowski „Błogosławieni”

Paweł Orzeł „Arkusz [^pi^gmalion]”, „Nic a nic”, „Ostatnie myśli (sen nie przyjdzie)”

Paweł Przywara „Ricochette”, „Zgrzewka Pandory”

Krystyna Sakowicz „Księga ocalonych snów”, „Praobrazy”

Alan Sasinowski „Pełna kontrola”, „Rupieć”, „Szczery facet”

Grzegorz Strumyk „Kra”, „Nierozpoznani”

Łukasz Suskiewicz „Egri bikaver”, „Mikroelementy”, „Zależności”

Leszek Szaruga „Dane elementarne”, „Podróż mego życia”, „Zdjęcie”

Izabela Szolc „Śmierć w hotelu Haffner”

Łukasz Szopa „Kawa w samo południe”

Michał Trusewicz „Przednówki”

Andrzej Turczyński „Bruliony Starej Ziemi”, „Brzemię”, „Koncert muzyki dawnej”, „Zgorszenie”, „Żywioły”

Anatol Ulman „Cigi de Montbazon i Robalium Platona”

Emilia Walczak „Hey, Jude!”

Miłosz Waligórski „Kto to widział”

Henryk Waniek „Miasto niebieskich tramwajów”

Maciej Wasilewski „Jednodniowy spacer po dwudziestu kilku głowach”, „Rozmowy młodej Polski w latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś”

Bartosz Wójcik „Christiania. Historie z tamtej strony dobra”

Grzegorz Wróblewski „Nowa Kolonia”

Maciej Wróblewski „Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń”

Tadeusz Zubiński „Rzymska wojna”