Przed wielką pauzą - Józef Hen

Kup ebooka

44.90 zł
32.21 zł (32,21 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Usły­szał ko­mendę "pad­nij" i rzu­cił się na zie­mię. Ude­rzył dło­nią w piach, syp­nęło w oczy i mię­dzy zęby, jak na woj­nie - po­my­ślał - jak na praw­dzi­wej woj­nie. Padł zręcz­nie, chyba nie go­rzej od in­nych, nie, nie go­rzej - zde­cy­do­wał, wy­plu­wa­jąc piach. Za­raz bę­dzie "po­wstań". Po­tem znów "pad­nij" i znowu "po­wstań". Nie, na praw­dzi­wej woj­nie tego nie ma, żad­nej ta­kiej me­cha­nicz­nej gim­na­styki, cho­ciaż pew­nie też bywa żółty, sypki piach, ja­kiś rzadki la­sek, jak ten przed nami, ta­kie same ły­siny po­lan i kępy wrzo­so­wisk. We wło­sach pia­sek, w rę­ka­wach bluzy pia­sek. Ka­pral za­snął, nie sły­chać ko­mendy "po­wstań", za koł­nie­rzem piach, nad głową szum wrzo­so­wisk, a może to ja się zdrzem­ną­łem, po­my­ślał Bo­żek, może już jest wojna, do­koła trupy, mar­twa ci­sza, Raj­ski trup, Gold­man trup, Sy­ski, Rze­czu­cha, wszy­scy. Obok dy­szał Blady Mu­cha. Zdaje się, że po swo­jemu klął. Ział or­dy­nar­nymi sło­wami jak ka­ra­bin ma­szy­nowy ogniem z fortu w Do­uau­mont, który Bo­żek wi­dział na fil­mie. - Co się stało? - spy­tał Bo­żek. - Po­dar­łem spodnie. - A la gu­erre comme a la gu­erre[1] - po­cie­szał Bla­dego. - Spró­buj po­wie­dzieć to mo­jej ma­mie.

Chciał przy­rzec, że po­wie, kiedy usły­szał do­bie­ga­jący z góry głos ka­prala. Wy­try­skał z dłu­giej, wą­skiej rury, gdzieś od jej prze­ciw­le­głego końca, żeby wy­nu­rzyć się nad sa­mym uchem sze­roko jak z tuby gra­mo­fo­no­wej. Wszystko od­wrot­nie niż u prze­cięt­nego uczniaka, który ma zwy­czaj po­ły­kać koń­cówki. Ka­pral wy­rzu­cił z sie­bie naj­pierw sze­reg szyb­kich, za­tar­tych słów, a po­tem rąb­nął po­wolną i do­bitną kon­klu­zję:

- Bie­giem na­przód arrrsz!

Bo­żek ze­rwał się. Cho­lerny piach, trzy­mał jak na po­wro­zie. Do­biegł do wznie­sie­nia, weź­mie je, da radę, wszyst­kiemu da radę. Za długo to trwało, za długo, nogi jak z oło­wiu, jak w cięż­kim śnie, grzę­zną w pia­chu. Ka­pral po­my­śli, że je­stem do ni­czego. Przez ten piach. Buty jak od­waż­niki. Wszystko ten piach. Bo nie był żoł­nie­rzem gor­szym od in­nych. Po­rucz­nik Ła­ski, który ob­ser­wo­wał ćwi­cze­nia z da­leka, chyba to już spo­strzegł.

- Stój! - usły­szał ostry głos ka­prala.

Sta­nął. Na­gle mu się wy­dało, że jest sam na pu­stej po­la­nie, sam jak za­błą­kane drzewo, świetny cel dla nie­przy­ja­ciel­skiego Strzelca. Spoj­rzał w bok: mi­gnęły płaty pia­chu i ciemne kępy wrzo­so­wisk. Z lasu spo­glą­dały lufy nie­przy­ja­ciel­skich ce­ka­emów. Mieli go na muszce. Już im nie ucieknę.

- Ja? - spy­tał, od­wra­ca­jąc się.

- Tak, wy.

Mały, chudy ka­pral, o twa­rzy na­bie­głej krwią (ogo­rzały, my­ślał Bo­żek, czy koł­nie­rzyk go uci­ska?), z tru­dem wstrzy­my­wał śmiech.

- Do mnie bie­giem marsz! - roz­ka­zał.

Bie­giem to bie­giem, na ka­lekę nie tra­fiło. Bo­żek pod­biegł i za­sa­lu­to­wał.

- Wy, ju­nak... na­zwi­sko! - świ­snął ka­pral. Już opa­no­wał śmiech, głos brzmiał po­wagą i tylko w zie­lo­nych oczach cza­iły się iskierki roz­ba­wie­nia.

- Ber­gen, mel­duję po­słusz­nie - od­po­wie­dział Bo­żek.

- Wy, ju­nak Ber­gen, pew­nie też zbie­ra­cie się być ofi­ce­rem? - spy­tał ka­pral, mru­żąc oczy i bez tego wą­skie jak szpa­reczki.

Bo­żek nie od­po­wie­dział. Ka­pral chwilę się za­sta­na­wiał - i wró­cił do służ­bi­stego tonu.

- Ju­nak Ber­gen, jaka była ko­menda?

- Na­przód bie­giem marsz.

- Nie, Ber­gen, kła­mie­cie jak Cy­gan na jar­marku. Od le­wego skrzy­dła ko­lejno na­przód bie­giem marsz - taka była ko­menda! A wy co, na le­wym skrzy­dle je­ste­ście?

- Nie, pa­nie ka­pralu. Ale mel­duję po­słusz­nie, że nie do­sły­sza­łem.

- Dla­czego? W ucho dziob­nięty? Kto jesz­cze nie do­sły­szał?

Zgło­sił się Mu­cha i jesz­cze dwóch. Ka­pral wy­dał ko­mendę:

- Wy, wy czte­rej - dzie­sięć razy na d... siad!

Do­bra jest, można i tak, wojny nie ma, jest za­bawa, Bo­żek sia­dał i pod­no­sił się, ka­pral li­czył i życz­li­wie do­ga­dy­wał - do­brze, chłopcy, do­brze, a do­ci­snąć mi d... do ziemi, trzy, cztery, ty ty ty, nie oszu­kuj, bo jak ci śrubę wkręcę, to bę­dziesz bąki pusz­czał na czer­wono, sześć, sie­dem, nie oszu­ki­wać, jesz­cze raz, chłopcy - cześć. Bo­żek czuł w ko­la­nach nie­przy­jemne dy­go­ta­nie. Obok Blady Mu­cha skar­żył się szep­tem, że por­tki po­darły się jak stara... i trzask pu­blicz­nym sło­wem, od któ­rego Mi­siak by osłu­piał. Bo­żek nie czuł żalu do ka­prala, nie­po­koił się tylko, że nie spro­stał ko­le­gom, któ­rzy do­sły­szeli czy też od­ga­dli za­szy­fro­waną ko­mendę, a do nie­po­koju przy­łą­czyło się roz­cza­ro­wa­nie do wła­snego ciała, nie tak prze­cież spraw­nego, jak się spo­dzie­wał. Trzeba po­ćwi­czyć ta­kie przy­siady, my­ślał. Ale po co? Komu to po­trzebne? Żeby nie dy­go­tały ko­lana - od­po­wie­dział so­bie i wzrok jego na­po­tkał wzrok ka­prala Mi­siaka.

- Jaka była ko­menda? - spy­tał ka­pral.

- Od le­wego skrzy­dła ko­lejno na­przód bie­giem marsz - od­po­wie­dział Bo­żek.

Ka­pral zwró­cił się do Mu­chy:

- Sły­sze­li­ście ją?

- Te­raz so­bie przy­po­mi­nam, że sły­sza­łem - od­po­wie­dział Blady skwa­pli­wie.

W dwu­sze­regu ryk­nęli śmie­chem. Ka­pral też się uśmiech­nął. Zwró­cił się do po­zo­sta­łych dwóch. Sły­sze­li­ście? Sły­sza­łem. Sły­sze­li­ście? Tak, oczy­wi­ście, sły­sza­łem, tak jest, mel­duję po­słusz­nie. A wy, Ber­gen? Zdaje się, że sły­sza­łem - po­my­ślał Bo­żek. Tak, sły­sza­łem, te­raz od­twa­rzał so­bie wy­raź­nie wszyst­kie te strze­la­jące z wą­skiej rury sy­laby, oczy­wi­ście, że cho­dziło o to, żeby od le­wego skrzy­dła, zresztą na­le­żało się do­my­ślić, rzecz pod­bu­do­wana zo­stała teo­re­tycz­nie, był wy­kład w kla­sie, i tylko ja nie­po­trzeb­nie wy­sko­czy­łem na­przód, przez tę głu­pią gor­li­wość, żeby Ber­gen był lep­szym żoł­nie­rzem niż wszy­scy inni. Ale je­śli na­prawdę sły­sza­łem, to dla­czego przed chwilą po­wie­dzia­łem, że nie sły­sza­łem, dla­czego po­zwo­li­łem mu rzu­cać mną o zie­mię, dla­czego, do dia­bła, ustę­puję?

- Nie - po­wie­dział. - Mel­duję po­słusz­nie, że nie sły­sza­łem.

Ka­pral uśmiech­nął się i za­ło­żył ręce do tyłu. Po­stawa godna fi­lo­zofa. Był szczu­pły jak śledź, ale chyba nie z nie­do­ży­wie­nia, ra­cję miał Rze­czu­cha, kiedy mó­wił, że ka­pral chudł z mi­ło­ści i to naj­pew­niej do ład­nistki. Ka­pral wciąż się uśmie­chał do sie­bie. Tam­tym trzem ka­zał wstą­pić do sze­regu (to Raj­ski, zręczny jak małpa gim­na­styk, zdą­żył ufor­mo­wać dwu­sze­reg). Zo­sta­łem na sce­nie sam. Ja i ka­pral, i czter­dzie­stu wi­dzów. Więc jed­nak wy­róż­niony!

- Ju­nak Ber­gen!

- Tak jest.

- Dwa­dzie­ścia razy - ka­pral wstrzy­mał od­dech, chwilę się za­sta­na­wiał, a po­tem do­dał ci­cho, pra­wie piesz­czo­tli­wie - na d... siad.

Tym ra­zem nie li­czył gło­śno. Stał i przy­pa­try­wał się. Gim­na­styka. Jak na praw­dzi­wej woj­nie. Same bzdury. Będę ofi­ce­rem. Lewa noga nie na­dąża. Buty cięż­kie. Chłopcy się śmieją. Mu­cha ry­czy. Lewa do kitu. A tak chcia­łem być le­wo­skrzy­dło­wym. Za mało ją tre­no­wa­łem. Ka­pral po­ru­szał ustami. Chłopcy za­mil­kli, tylko Mu­cha jesz­cze rży. Będą brawa! Sam na sce­nie. D... do ziemi, Ber­gen, do sa­mej ziemi. Dwa­dzie­ścia. Od­sap­nąć, rola za­grana bra­wu­rowo do końca. Ho­ry­zont wi­ro­wał, zie­mia dy­szała, przed Boż­kiem huś­tał się życz­liwy uśmiech ka­prala. Pu­blicz­ność mil­cząca.

- Jaka była ko­menda?

Zna tylko je­den tekst, po­my­ślał z wes­tchnie­niem Bo­żek, do końca ży­cia bę­dzie grać "ogony".

- Od le­wego skrzy­dła ko­lejno bie­giem na­przód marsz.

- Do­brze. - Ka­pral ski­nął głową. - I wy­ście to sły­szeli.

Tym ra­zem Bo­żek od­po­wie­dział bez wa­ha­nia:

- Nie, nie sły­sza­łem.

Pięć­dzie­siąt razy na d... siad - po­my­ślał. Sto razy, dwie­ście. Po wieczne czasy siad, siad, siad. Chłopcy mil­czeli. Ale te­raz był pewny ich po­par­cia. Nie trzeba okla­sków, dzię­kuję, bro­nię słusz­nej sprawy i oni o tym wie­dzą. Ka­pral po­ru­szył ustami - bez uśmie­chu. Zdaje się, że jego czer­wona twarz lekko po­żół­kła.

- Ju­nak Ber­gen, źle skoń­czy­cie - po­wie­dział.

- Tak jest, pa­nie ka­pralu.

- Dla­tego że wy, ju­nak, je­ste­ście bol­sze­wik i ko­mu­ni­sta. To u was ro­dzinne (rze­czy­wi­ście, po­my­ślał ze zdu­mie­niem Bo­żek, skąd on wie, Ma­ciek ko­mu­ni­zuje, tra­fił chłop jak ni­gdy), a z was mo­gliby być lu­dzie, ale do­bry żoł­nierz musi za­po­mnieć o ro­dzi­nie, nie ma ojca, nie ma matki, jest tylko ka­pral, psia­krew, i oj­czy­zna, a kto oj­czy­zny nie sza­nuje, dla tego mamy Be­rezę, a jak się tam, czło­wieku, do­sta­niesz, to bę­dziesz za­ją­cem ska­kał mię­dzy łóż­kami, a po­tem da­dzą ci szczo­teczkę do zę­bów i każą ci pod­łogę wy­szo­ro­wać, dwa­dzie­ścia na czter­dzie­ści, matkę wła­sną bę­dziesz prze­kli­nał, że cię na świat wy­dała, i taką ci śrubę wkręcą, że za­ko­piesz że­la­zną łyżkę w bło­cie, żeby za­rdze­wiała, a po­tem ją ugry­ziesz i gan­grena go­towa, bo sam bę­dziesz śmierci szu­kał. Taki los, ju­nak, dla tych, co oj­czy­znę do upadku chcą do­pro­wa­dzić, a wy, ju­nak, chce­cie być ofi­ce­rem i strasz­ni­ście mą­drzy, bo ła­cinę zna­cie jak ksiądz, a ka­pral Mi­siak to dla was cham i pro­stak, to ja wam mó­wię, że ten cham ma z was zro­bić przy­szłego ofi­cera, chlubę ar­mii, i sza­nuj­cie wy mnie, sza­nuj­cie mnie wszy­scy, psia wa­sza wy­fra­czona nę­dza, jak ja was za cztery lata będę mu­siał sza­no­wać! Zro­zu­miano?

- Tak jest.

- No i co, nie sły­sze­li­ście ko­mendy?

- Nie.

Ka­pral chwilę mil­czał, po­tem pod­szedł do Bożka i wy­cią­gnął rękę w stronę wy­dmy nad wy­so­kim brze­giem rzeki, na któ­rym po­rucz­nik Ła­ski sie­dział, wy­cią­gnąw­szy do przodu dłu­gie lśniące buty i ćmiąc pa­pie­rosa.

- Wi­dzi­cie, ju­nak, pana po­rucz­nika? Tam, dwa palce na lewo od so­sny?

- Tak jest, wi­dzę.

- Ru­szy­cie do niego bie­giem i za­mel­du­je­cie, że nie do­sły­sze­li­ście ko­mendy, bo je­ste­ście ko­mu­ni­sta. I że cze­ka­cie na roz­kaz.

- Tak jest.

Zmę­czył mnie, my­ślał Bo­żek, bie­gnąc. I ja jego. Sy­tu­acja bez wyj­ścia. Albo się pod­dać, albo do­pro­wa­dzić do osta­tecz­no­ści. Za cztery lata bę­dzie mu­siał Bożka sza­no­wać! Ten okrzyk był dra­ma­tyczny. Szkoda, że z nim za­dar­łem. Usi­ło­wał so­bie przy­po­mnieć, o co po­szło, jak to się za­częło, na próżno, wszystko już się zdą­żyło od­da­lić, po­zo­stała tylko świa­do­mość gwał­tow­nego kon­fliktu - z czło­wie­kiem, któ­rego po swo­jemu lu­bił i któ­remu chciał się pod­po­rząd­ko­wać. Wy­so­kie buty po­rucz­nika były co­raz bli­żej, już się wy­pro­sto­wały, już stały roz­chy­lone pod ką­tem 45° prze­wi­dzia­nym w re­gu­la­mi­nie. Bo­żek za­trzy­mał się i za­sa­lu­to­wał. Po­rucz­nik przy­ło­żył dwa palce do daszka, zro­bił to w spo­sób tak do­stojny, uro­czy­sty, że wszystko na­gle wy­dało się grą, ja­kimś wiel­kim uda­wa­niem, to prze­cież moż­liwe, że ka­pral się ba­wił i po­rucz­nik się ba­wił, jak za­bawa, to za­bawa i nie na­leży jej psuć.

- Pa­nie po­rucz­niku - wy­rzu­cał z sie­bie Bo­żek mel­du­nek z za­bój­czą po­wagą, od któ­rej pierw­sze rzędy po­winny się za­ta­czać ze śmie­chu - ju­nak Ber­gen mel­duje, że nie do­sły­szał ko­mendy, bo jest ko­mu­ni­sta, i czeka na roz­kazy.

Po­rucz­nik Ła­ski się nie ro­ze­śmiał. Z jego twa­rzą za­częło się dziać coś nie­do­brego, od sztyw­nego koł­nie­rzyka na­ra­stała pur­pura. Już ob­jęła po­liczki, opły­nęła wod­ni­ste oczy i roz­lała się na czole. Boże, co ja na­ro­bi­łem! - prze­mknęło przez myśl w tej sa­mej chwili, kiedy pod­niósł się wrzask. Wszystko zna­jome! Be­reza, ko­mu­nizm, szczo­teczka do zę­bów, ro­dzina, dys­cy­plina, gan­grena, roz­kład mo­ralny, mia­zmaty, sztan­dary. To po­myłka! - chciał krzy­czeć Bo­żek. - Daj­cie mi sztan­dar, zo­ba­czy­cie, że to po­myłka, po­niosę go sam je­den po­przez nie­przy­ja­ciel­ski ogień!

- Od­ma­sze­ro­wać!

W tył zwrot przez lewe ra­mię. Chciał wy­bi­jać mocno krok, dziar­sko jak na de­fi­la­dzie, bo czuł na ple­cach ostrze wzroku po­rucz­nika, ale krok był co­raz krót­szy, ten łaj­dacki piach, ach, może na woj­nie nie bę­dzie pia­chu, nie zga­dzam się na wojnę z pia­chem. Po­rucz­nik ma mnie za ofermę. Z tam­tej strony cze­kał ka­pral, w mil­cze­niu, z rę­kami za­ło­żo­nymi do tyłu. Mu­siał wszystko sły­szeć, bo kiedy Bo­żek pod­szedł, nie roz­py­ty­wał się o nic, tylko ci­cho roz­ka­zał:

- Do sze­regu.

Roz­su­nęli się ze szme­rem i po­chrzą­ki­wa­niem. Apro­bo­wali czy mieli za złe? Wrzask po­rucz­nika strą­cił Bożka z pie­de­stału i przy­dep­tał. Był te­raz ża­ło­sny, wy­pać­kany tym krzy­kiem jak ża­bim skrze­kiem. On je­den! Do­tknął ra­mie­nia Mu­chy, Blady syk­nął: uwa­żaj. Ka­pral Mi­siak mó­wił o walce na ba­gnety. Bie­rzesz, bra­cie, ka­ra­bin i od bio­dra, ca­łym cia­łem, wbi­jasz tam­temu ni­żej pępka; wbi­łeś i te­raz prze­krę­casz ba­gnet, pół ob­rotu w prawo, żeby mu się kiszki na­wi­nęły jak ma­ka­ron, niech się nie mę­czy, tylko od razu do Abra­hama na prze­ką­skę, a wtedy wy­cią­gasz ba­gnet ener­gicz­nym ru­chem pra­wego ra­mie­nia, otrzą­sasz ostrze z ma­ka­ronu, so­czek spływa, a ty się bie­rzesz do na­stęp­nego. - Uwa­żaj - syk­nął znowu Blady, kiedy Bo­żek go szturch­nął, więc da­lej nie było wia­domo, czy Mu­cha po­chwa­lał jego so­lowy wy­stęp, czy miał za złe, czy Bo­żek był jed­nym z nich, czy też ten bunt, nie­zro­zu­miały i nie­ocze­ki­wany, od­su­nął go na bok. Ma­rzył o re­ha­bi­li­ta­cji, o spo­sob­no­ści do czynu, któ­rym by mógł wró­cić mię­dzy ko­le­gów.

Po­ka­zy­wali te­raz na wy­rywki, jak się dźga nie­przy­ja­ciela. Naj­pierw pchnął rudy Raj­ski, po­ka­zowo, jako pierw­szy gim­na­styk w kla­sie, pierw­szy har­cerz, pierw­szy po­moc­nik pana ka­prala, po­tem ka­ra­bin wziął Sy­ski, pchnął tro­chę nie­zgrab­nie, jak na pil­nego czy­tel­nika fi­lo­zo­fów przy­stało, na­stęp­nie Gold­man. Po Gold­ma­nie miał dźgać Ha­rapko, ciem­no­włosy, niedź­wie­dzio­waty chło­piec z kro­stami na czole. Mu­cha dał Boż­kowi kuk­sańca: zo­ba­czysz, bę­dzie kino.

Ha­rapko wy­szedł z sze­regu, trzy kroki do przodu - i zło­żył mel­du­nek. Raj­ski po­dał mu ka­ra­bin. Ale Ha­rapko nie wy­cią­gnął ręki po broń.

- Trzy­maj - wark­nął Raj­ski. Ha­rapko ani drgnął.

- Za­bierz to - ode­zwał się.

- Coś ty?

- Za­bierz, ja tego do ręki nie we­zmę.

Raj­ski pró­bo­wał mu wci­snąć ka­ra­bin do dłoni, Ha­rapko nie wziął i broń pa­dła na zie­mię, pia­sek syp­nął się na za­mek i na lufę, bę­dzie czysz­cze­nie i dwa­dzie­ścia razy na d... siad. Raj­ski schy­lił się bły­ska­wicz­nie i się­gnął po ka­ra­bin, ale nie zdą­żył pod­nieść, ka­pral już był na miej­scu i ciął wrza­skiem:

- Ju­nak! To tak się ka­ra­bin sza­nuje?!

Ka­ra­bin pol­skiej pie­choty sys­temu mau­zer, ju­nak, czte­ro­tak­towy, od­tyl­cowy, pię­cio­strza­łowy, po­wta­rzalny, ka­li­ber lufy... Chłopcy tym ra­zem nie zo­stali obo­jętni, za­częli wo­łać z sze­regu, dys­cy­plinę dia­bli wzięli, ka­pral słu­chał zdu­miony, co, co, co ta­kiego - i na­gle zro­zu­miał. Bap­ty­sta! - No to co? - krzyk­nął. Nie wolno tknąć ka­ra­binu, krzy­czano, re­li­gia za­bra­nia. Jak na przy­kład Ży­dowi wie­przo­winy. Nie wolno. Ha­rapko ka­ra­binu nie tknie.

- Toś ty nie Po­lak, Ha­rapko? - za­py­tał ka­pral, za­kła­da­jąc dło­nie za pas.

- Po­lak, pa­nie ka­pralu.

- A ja wąt­pię, ju­nak, ab­so­lut­nie wąt­pię. - Po­ka­zał im, tym gim­na­zjal­nym wy­pierd­kom, że umie się ele­gancko wy­ra­żać. - Bo co się z Pol­ską sta­nie, od­po­wiedz­cie mi, ju­nak, na ewen­tu­alne py­ta­nie, co bę­dzie z Pol­ską, jak bę­dzie miała ta­kich oby­wa­teli jak wy, Ha­rapko?

Ha­rapko za­krę­cił się w miej­scu. Chrząk­nął:

- Ta­kich jest nie­wielu.

- Nie - po­wie­dział ka­pral - ja ci po­wiem, co się sta­nie. Prze­pad­nie na­sza Pol­ska. Roz­dzio­bią nas kruki, wrony przy ta­kich obroń­cach. Je­den ka­pral Mi­siak Pol­ski nie ura­tuje. Wszystko na głu­piego Mi­siaka, tak, pa­no­wie aka­de­micy? Niech strzela i krwawi, a my bę­dziemy uczeni i re­li­gijni, tak, pa­nie święty?

Ha­rapko mruk­nął:

- Bóg...

- Co Bóg?

- Bóg Pol­skę obroni.

Ka­pral stuk­nął się pal­cem w czoło.

- Wy, Ha­rapko, na Boga tej ro­boty nie zwa­laj­cie. Un i bez was ma czego się po­cić. - Na­gle wrza­snął: - Ju­nak Ha­rapko!

- Tak jest.

- A przy­sia­dów na tyłki wa­sza re­li­gia wam nie za­bra­nia?

- Nie, pa­nie ka­pralu.

- To po­bie­gnie­cie tam pod drzewo i bę­dzie­cie ćwi­czyć na d... siad, aż wam nogi spuchną. Ja­sne?

- Tak jest, pa­nie ka­pralu.

- Wy­ko­nać.

Pod drze­wem Ha­rapko ro­bił ryt­micz­nie przy­siady. Wy­ko­ny­wał je so­lid­nie, nie oszu­ki­wał, cho­ciaż się też nie śpie­szył.

- A wy, Ber­gen, nie je­ste­ście ża­den bap­ty­sta?

- Nie.

- No to uwa­żaj­cie. Tam jest nie­przy­ja­ciel, idzie na was, żeby wam do­ło­żyć, po­każ­cie, jak z nim pol­ski żoł­nierz po­wi­nien się za­ła­twić.

- Chwycę ka­ra­bin za kolbę, pa­nie ka­pralu, i od bio­dra z wy­pa­dem do przodu jak mu do­sunę!...

- Do­brze, już ma za swoje; a te­raz co?

- Te­raz pół ob­rotu, żeby mu się...

- No co, co?

- Żeby kiszki, pa­nie ka­pralu, a te­raz wy­cią­gam ba­gnet z tym tego ma­ka­ro­nem i już go nic nie ura­tuje.

- Do­brze, Ber­gen, do­brze, aż wam się oczy do za­bi­ja­nia za­pa­liły, pew­nie­ście so­bie wy­obra­zili, ło­bu­zie, że tam wasz ka­pral stoi, co?

- Nie, pa­nie ka­pralu, ja Hi­tlera wi­dzia­łem. - Ka­pral ro­ze­śmiał się.

- Hi­tlera, Hi­tlera, un, jakby do czego przy­szło, to jest mój - po­wie­dział. - A w ogóle to wo­dzo­wie na ba­gnety nie cho­dzą.

Zbli­żały się dłu­gie cho­lewy. Ka­pral pod­sko­czył w miej­scu i stuk­nąw­szy ob­ca­sami, za­mel­do­wał. Po­rucz­nik Ła­ski po­zdro­wił ich: "Czo­łem, ju­nacy!". Od­po­wie­dzieli, skan­du­jąc: "Czo-łem-pa-nie-po-rucz-ni-ku!". Po­tem szli czwór­kami przez bie­lań­ski las, aż wy­szli na szosę do sie­dem­nastki. Bo­żek sły­szał, jak ka­pral mó­wił do po­rucz­nika:

- Bę­dzie z nich woj­sko, pa­nie po­rucz­niku, bę­dzie pierw­szo­rzędne woj­sko, kląć mnie będą do trze­ciego po­ko­le­nia, ale woj­sko bę­dzie, pierw­szo­rzędne woj­sko.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki