Przed świtem - Władysław Reymont

Kup ebooka

4.49 zł
3.68 zł (2,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

- Która godzina? - Wybiła już dziesiąta. - W tej chwili bije... słyszę wyraźnie. - To tylko ostatnie echa dźwięczą w korytarzach. - ...Cztery, pięć! - I deszcz pluszcze w rynnach. - ...Siedem... zaraz umrze godzina... osiem... powstrzymać, siostro, powstrzymać... dziewięć... boję się, przechodzi nieubłaganie... dziesięć. Już jej niema... już wpadła w wieczność... już jej nic nie powróci... nic... Jak mi jej żal! Czy siostrze nie żal tych godzin pomarłych? - W Bogu jest wszystko. - Czy siostrze nie żal tych ludzi, tych drzew i zwierząt pomarłych? - "We mnie zmartwychwstaniesz wszystek" - rzekł Pan. - Rzekł Pan... - powtórzył jak echo. - Chrześcijanin powinien w to wierzyć. - Wierzę... ale... ale mi żal... - szepnął trwożnie, i oczy jego nasączyły się powstrzymywanemi łzami. - ...Ale mi żal umarłych lat... - powtórzył cicho i zatopił oczy w mroku, zalewającym szpitalną izbę. Biały kornet siostry chwiał się w ciemności niby skrzydła... a pod nim występowały ostro z cieniów jej ręce, białe, długie, rozmodlone ręce... Ziarna różańca spadały monotonnie z dziwnym, przejmującym szelestem. - ...I tych, które umrą do końca świata! Poruszył się, poczuł jej wzrok w sobie - ostry wzrok czuwania, który czarnym, lśniącym promieniem przenikał mroki i spadał mu na czoło gorącym pocałunkiem. Milczenie dokoła, cisza mrących godzin, cisza tych lepkich, przyczajonych do ścian cieniów, wśród których żyły jedynie i czyhały jej spojrzenia miłosierne, oczy litości. Przez otwarte drzwi widać było salę szpitalną, biały gościniec smutku, zatopiony w bolesnem świetle oliwnych lampek, które rozkrążały ropiące smugi na głowy chorych. Usnąć i nie zbudzić się, usnąć... Ale sen nie przychodził, więc znowu otwierał oczy i ślizgał się niemi po ścianach, po kornecie siostry, po jej rękach zamodlonych, i tonął tam... wśród uśpionych błądził. Oddechy wszystkie słyszał... jęki przez sen, bicia serc, dyszenia przyczajonej trwogi, nieme krzyki konających oczu, wołania przepadających. Bolesnym, okropnym rytmem brzmiały te głosy w jego sercu i rozpierały się nieopowiedzianym bólem. A potem, zdało mu się, że idzie wskroś tych łachmanów ludzkich, po tem śmietnisku dusz, wskroś płaczących nędz wszelkich... wskroś pustek nieobjętych, w których żyły tylko konające echa skarg. - I umarłe żale... - I umarłe nadzieje... - I wszystek ból człowieczy... - Uciekać, uciekać! - krzyczało przerażenie i strach, i ból go chwycił i wyrwał z nicości, i trzymał nad przepaściami, wczołgał się w niego kolczastem cielskiem, tarzał się po jego wnętrznościach i rozdzierał rozpalonemi pazurami. - Siostro! siostro! Nie, nie mógł wołać, nie mógł wyrwać z siebie tego krzyku, nie mógł się poruszyć, tylko wołał ratunku oczyma przekrwionemi, krzyczał strachem i rozpaczą... umierał w męce... a ona w głębokiej kontemplacji przesuwała ziarna różańca i całowała oczyma Chrystusową twarz, wiszącą na ścianie. Czuł, że umiera, że chwila jeszcze... że się już kołysze nad krawędzią nicości, że się stacza... zapada. Tak, to ona idzie przez izbę szpitalną, ona... jakby ze zgaszonego światła ma utkaną szatę... umarłych wód ma oczy... bez dna przepaście, przerażający lej... otchłań... idzie. Pochyla się nad łóżkami... idzie dalej... uśmiechem promienieje... nie widać ust ni twarzy, a ten okropny uśmiech wybłyskuje z niej, migoce nad głowami konających, zapełnia szpital, wije się w ciemności jak błyskawica zaguby... jak trupie światło... przenika serce, rozlewa się po nim miljardami ostrych, zimnych, przerażających błysków... - Śmierć! Nie, nie! - krzyknął oszalały i zerwał się z łóżka. Oprzytomniał, bo zniknęło wszystko; zakonnica ułożyła go zpowrotem i podawała lekarstwo. Ból przeszedł, a on leżał w największym bezwładzie, jakby na dnie niepamięci, i tylko przyczajonym wzrokiem błądził po ścianach, czepiał się rzeczywistości, jak topielec wychylał się z głębi i chwytał źdźbła nadziei z rozpaczą. Nie wierzył jeszcze, że żyje, nie wiedział gdzie jest, a może już tam... obłąkane grozą śmierci myśli kłębiły się w nim chaosem widm, kłębem postrzępionych obrazów, falą, która z łoskotem zawalała się i powstawała na nowo, zalewała go i pogrążała w coraz boleśniejszy lęk. - Jestem? Jestem?... - powstawało w nim pytanie, a potem obraz szpitala i zakonnicy, i sprzętów, utrwalał się coraz silniej na fali powichrzonych myśli, pokrywał rozprężenie, tłumił chaos i trwał. - Siostro!... - rzucił lękliwie, jakby w próżnię, pewien, że odpowie mu milczenie. Stanęła przy nim. Patrzał na nią, jak na majak własnej wyobraźni, jak na cień własnych pragnień i myśli. - Ciemno, ciemno... - szepnął, rozglądając się trwożnie. - Rozświetlę lampę! Drgnął cały; usłyszał wyraźnie: to był głos z zewnątrz, z pewnością to był głos żywy; długo milczał i żuł radość stwierdzenia życia. - Czy ja spałem?... - Bardzo mocno. Nie miał już wątpliwości: to ją słyszał; ten głos miękki, pieszczotliwy, dźwięczny rozlewał po nim radosne ciepło istnienia. - Która godzina? - Jedenasta. - Spałem całą godzinę. Tak, teraz wiem, że jestem, wiem... Rozjaśniła płomień, radosne światło zalało pokój, oślizgiwało się po ścianach, skrzyło w mosiężnych ozdobach łóżka, uwypuklało wszystkie kontury, wydobywało barwy z bukietu, stojącego przy łóżku, stwierdzało jego podejrzliwie badającym oczom rzeczywistość! Gdy mu podawała lekarstwo, pochwycił jej ręce i całował z najwyższem uniesieniem szczęścia. - Nie umarłem, siostro! żyję! żyję! Wyrwała mu ręce i cofnęła się w głąb pokoju, żeby ukryć dziwny, pomieszany ze łzami radości, rumieniec. On poczuł się dobrze, ból jakby się w nim wyczerpał i omdlał pod uderzeniem niezmiernego szczęścia istnienia, tlił się gdzieś w głębiach pamięci, czyhał... Z lubością nieopowiedzianą poruszył głową, wyciągnął nogi, a nawet przegarnął sobie włosy; mógł znowu poruszać sobą bez męki: to go wprawiało w stan takiej błogiej, bezmyślnej, dziecinnej radości, że zagwizdał walca, a potem chciało mu się śpiewać, to mówić, sprzeczać się, choćby kłócić nawet. Czemu ona milczy? czemu się nie odzywa do mnie? - myślał i patrzał na nią tak długo, przenikliwie, ostro, że chociaż nie patrzała, rumieniec znowu wypełzł z pod kornetu i pokrywał jej twarz. - Wie siostra, czuję się doskonale, tak dobrze, że za parę dni się wypiszę od was. Podniosła głowę na mgnienie, że tylko pochwycił, wykradł jej spojrzenie, pełne łzawego lęku i żałości ostrej. A jego przejął gniew. Beczy, a nie mówi. Czemu nie mówi z nim? czemu nie patrzy? - Czemu siostra nie mówi ze mną? czemu siostra nie patrzy na mnie? - Modlę się. - Mnie bardziej potrzebną jest siostra, niż Bogu. *** - Lepiej panu? - O zupełnie dobrze, zupełnie, ale było strasznie, tak strasznie, że już myślałem... - Bez woli Boga nic się nie stanie. Bóg nie chciał zabierać jeszcze pana, to Jego łaska święta, że pan nie umarł bez spowiedzi... Trzeba mu podziękować za to. - W jaki sposób? - spytał niepewnym szeptem. - Wyspowiadać się. Zobaczy pan, że choroba się prędzej przesili, wzmocni pan Łaską duszę i zwycięży chorobę. - Nie, nie... poco?... Spowiadać się i zdychać! Nie, ja chcę żyć. Niech mi siostra nie wspomina o Bogu. Nie męczcie mnie swoją mityczną kukłą... Nie trzeba mi przebaczenia, ani litości, mnie trzeba życia, a tego mi nie da ta wasza okrutna bajka, nie, bo wasz Bóg jest bogiem zła, ciemności, choroby, nieszczęść... nie jest Bogiem żywych! Gdzie męka, gdzie ból, tam Go przywłóczycie, aby dobił ofiarę. Słyszy siostra! Nienawidzę Go za wszystkie męki świata, za wszystkie łzy ludzkie przeklinam. Dusiciel dusz!... Tak, niechaj zdechnę na wieki, ale przeklinam! - krzyczał tak rozdrażniony, że już był nieprzytomny, nie odrywał oczu od świecących, mosiężnych gałek łózka i klął, krzyczał coraz głośniej, przeklinał. - Jezus! Cicho! Cicho! - i modlitewnemi, przerażonemi rękoma zakrywała mu usta, aby nie bluźnił, ale chwycił ją zębami tak mocno, że z krzykiem bólu wyrwała ręce i padła na kolana. - O Panie miłosierdzia nieprzebranego! Zmiłuj się nad nim! O Panie miłości, o Panie dobroci, Usłysz wołanie moje! Usłysz żebrzący głos duszy mojej i przebacz mu! Przebacz mu, Panie, to męka obłąkała duszę jego. O święty! o nieśmiertelny, o Boże mój, łzami serca, miłością, bólem, pokorą wołam do Ciebie, przebacz! Zmiłuj się nad nim! Wołała drżącym, głębokim głosem, i sznury perłowych łez płynęły z jej cudnych oczu, a twarz płomieniła się najwyższą ekstazą błagania, miłości, rozpaczy i strachu. Trzęsła się, rozchwiana huraganem zgrozy, i całą mocą uniesienia rzucała czystą duszę pod stopy Pana i krwią serca zebrała zmiłowania dla niego. Oniemiał! Zwinął się w kłębek i wlepił w jej twarz rozpalone oczy, przełzawiony głos przenikał go ogniem, radością, siłą, a te łzy rozpaczy, jakie wylewała za niego, ten krzyk płomienny duszy wierzącej, owiewał go żarem dziwnym, lubieżnym ogniem chodził mu po kościach, przyspieszał bicie serca. Nie słyszał słów, nie rozumiał ich, patrzał na nią, na jej twarz cudną, całował ją oczyma. - Nie warto się modlić za mnie! - wyszeptał z trudem, dyszał chwilę chrapliwem rzężeniem, bo ta oślepiająca, ohydna żądza zapchała mu gardło, stłumiła głos i tak roztrzęsła go wewnętrznie, że tchu złapać nie mógł. Zakonnica usiadła na dawnem miejscu, i znowu monotonny, cichy szelest spadających ziarn różańca, drżał w ciszy pokoju, a jej oczy, czuwającej trwogi i smutku oczy, przeszklone nieobeschłemi jeszcze łzami, padały na jego twarz pocałunkami... lub trwożnie a głęboko spoglądały w okno ku stronie świtów, ale tam noc była jeszcze głucha i majaki drżących z zimna i potopionych w mrokach drzew, i złowrogie, tajemnicze szepty ciemności... - Siostra jest cudownie piękna! - szepnął znowu i uniósł się na poduszkach. - Tak, niesłychanie piękna. Pod tym okropnym strojem kryją się cuda, przeczuwam je, widzę nawet, widzę... - zatrzymał się, bo znowu brakło mu głosu. Zakonnica wyszła, przymykając drzwi za sobą. Nie widział tego, gorączka objęła mózg w czerwoną falę ognia, leżał jakby na dnie samego siebie, w pustce okropnej, w ciemności, a rozprzęgły mózg wyrzucał automatycznie, bez woli jego i wiedzy coraz straszniejsze obrazy, coraz wstrętniejsze szczegóły, wszystkie zgrzęzy życia i wyobraźni, wszystkie plugastwa.... Naraz zamilkł i powlókł oczyma, bo jakiś spazmatyczny, okropny płacz przedzierał się od drzwi. - To ona płacze, ale dlaczego? dlaczego? I czuł, że ten płacz przygniata go ciężarem niezmiernym, że każda jej łza, jak roztopiona kropla metalu, spływała mu w serce, przenikała nawskroś niego i spływała do serca gryzącą strugą ognia, palącego ognia. - Boże! mój Boże!... - i okropny żal wsadził swój kolczasty łeb w jego duszę i ssał ją, tak strasznie ją ssał, że tracił przytomność i zapadał w drzemkę pełną dręczących wizyj i jaw tak przerażających, że zrywał się z krzykiem śmiertelnego przerażenia, wyciągał ręce po ratunek i padał znowu w okropne ramiona półsnu, w oślizgłe, trupie objęcia męki. Oprzytomniło go lekarstwo i jej ręce, ocierające mu twarz spoconą. - To siostra? Pochyliła się nad nim, poprawiając poduszki, łzy lśniącą strugą płynęły po jej twarzy, a usta drżały jak płatki róży. - Która godzina? - Dwunasta! - Północ! Mój czas się zbliża! - W ręku Boga jest wszystko!

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.