Przed sądem - Karol May

Kup ebooka

8.00 zł
6.88 zł (8,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRZED SĄDEM

 

 

Zachowanie się kol agasiego nie było dla mnie w gruncie rzeczy zupełnie jasne. Czy doprawdy chodziło o jego wojskową cześć, dla której dzisiejsza misja była obrazą? W zasadzie, mógł mi ten jego pogląd być zupełnie obojętny. O wiele ciekawszą dla mnie rzeczą był dowód, że ci trzej Beduini nie należą do Solaib, lecz, jak przypuszczałem, do Ghasai-Beduinów. To upewniło mnie o słuszności także innych przypuszczeń.

Fakt obsunięcia się na mnie strąconych cegieł wydawał się nie bez następstw. Pierś mnie bolała i było mi trudno oddychać. W jakim zaś stanie był Halef? Leżał tak cicho i nieruchomo, że mógłbym go wziąć za śpiącego, albo zgoła martwego, gdyby nie jego oczy, otwarte i rozbiegane. Zwróciłem do niego głowę i wyszeptałem:

- Czy jesteś raniony?

- Nie - odrzekł cicho.

- Czy długo leżałem nieprzytomny?

- Dziesięć minut prawie.

- Czy nie mogłeś uciec?

- Uciec bez ciebie, sihdi? Czyż nie jestem twoim przyjacielem, który wszystko z tobą dzieli, cierpi i znosi?

- Gdybyś był wolny, mógłbyś mi być bardziej pożyteczny, niż teraz.

- Opadli mnie równie szybko, jak ciebie. Gdybym się bronił, musiałbym strzelać, a tego nie chciałem, bo nie są żadną hołotą, lecz żołnierzami sułtana.

- To było, istotnie, roztropne. Czy kol agasi wypytywał cię o co?

- Dotychczas nie uraczył mnie ani jednem słówkiem. Tropił nas i, kiedy zauważył ogniska, wysłał dwóch żołnierzy. To do nich strzelali przemytnicy szafranu. Kol agasi sądzi, że my strzelaliśmy. Wywnioskowałem to z jego rozmów.

- Możemy mu wykazać omyłkę.

- Co sądzisz o naszem położeniu? Te draby to, doprawdy, Ghasai, jak słusznie przypuszczałeś. Jeden ma złamaną nogę, a drugi, zdaje się, trup.

- Mimo to nie lękam się niczego, a więc i ty nie powinieneś mieć stracha.

- Stracha? Ani mi się śni, nawet gdyby całe plemię Ghasai złamało ryczałtem nogi i karki! Ale jak się czujesz, effendi? Bryła, która się urwała pode mną i spadła na ciebie, była bardzo ciężka,

- Pierś mnie trochę boli. Poza tem nic. Żebra nie są uszkodzone; przynajmniej nic nie czuję.

- Dzięki Allahowi! Gdyby głaz spadł na mnie, żebra moje z pewnością nie wytrzymałyby, gdyż harmonja moich części ciała odznacza się większą delikatnością, niż całokształt twoich mocnych kości.

Wymówił to głośniej i kol agasi, usłyszawszy, że mówimy ze sobą, zawołał do nas:

- Milczeć! Czy nie wiecie, że uwięzieni nie mają prawa mówić pomiędzy sobą?

Pochwyciłem okazję, ażeby mu odpowiedzieć w tonie jak najgrzeczniejszym:

- Bądź łaskaw, o dzielny jizbaszi, kapitanie, i pozwól mi zwrócić się do ciebie z pewną prośbą!

To, że zatytułowałem go kapitanem, wywołało uśmiech zadowolenia na jego twarzy, i głos jego zabrzmiał przyjaźniej, gdy mi odpowiedział:

- Czego chcesz - niechaj usłyszę.

- Widzę, że nietylko jesteś walecznym i zasłużonym oficerem, ale posiadasz jeszcze wysokie poczucie sprawiedliwości i dobroci. Nie wiemy, dlaczego zaaresztowaliście nas i związaliście, i prosimy cię, jako komendanta tego oddziału, objaśnij nas, na jakiej podstawie nakazałeś nas uwięzić.

Zapewne był przez bardzo długi czas zwykłym żołnierzem i niedostawało mu przenikliwości, ażeby należycie oszacować mój uprzejmy sposób mówienia; dlatego rzekł tonem pełnym uznania:

- Allah obdarzył cię uczoną mowę. Twoje słowa brzmią zupełnie inaczej niż te, które słyszałem przed chwilą z ust twoich oskarżycieli. Jakaż to szkoda, że właśnie morderca i przemytnik posiada tak piękny dar wymowy!

- Pozwól, o jizbaszi, nie rozumiem twoich słów! Bierzesz nas za przemytników?

- Oczywiście! Zbadaliśmy dokładnie miejsce, gdzieśmy was zaskoczyli; potem sprowadziliśmy was tutaj, gdzie nie śmierdzi tak trupem, jak tam. Ile trupów spaliliście - tego nie wiemy, ale widzieliśmy na ziemi rozsypany szafran; to nam wskazuje, że jesteście przemytnikami.

- Żałuję niezmiernie, że wszystkie okoliczności złożyły się na to, ażeby złudzić jasny wzrok tak przenikliwego człowieka, jak ty. Przemytnicy, o których mówisz, nie mają nic wspólnego z nami.

- Nic wspólnego? A więc mylę się również, uważając was za morderców?

- Tak. Wybaczysz mi z łaski swojej, jeżeli zapytam, czemu zawdzięczamy tak bardzo poniżające nas zdanie?

- Śpieszę ci na to odpowiedzieć, bo mnie tak grzecznie pytasz. Znajdowaliśmy się wpobliżu, mianowicie na szczycie tego oto małego, ale słynnego meczetu, gdzie leżą szczątki prapraojca Ibrahima. Wtem ujrzeliśmy wiele ognisk; wysłałem więc dwóch ludzi, poleciwszy im zbadać, kto je rozpalił. Ci ludzie, wykonywując rozkaz, słyszeli świst kul, pochodzących z waszych karabinów. To wyście do nich strzelali. Czyż nie jesteście mordercami?

- Nie. Wiemy, że do nich strzelano, gdyż i my słyszeliśmy strzały; ale miałem już raz zaszczyt donieść do twojej łaskawej wiadomości, że przemytnicy, którzy strzelali, nie mają z nami nic wspólnego.

- Ależ pozwól, tym razem ja nie rozumiem nic z tego, co mówisz! Twierdzisz, że do nich nie należysz, a myśmy przecież zastali was między nimi!

- Jeżeli jesteś ulubieńcem Allaha, o jizbaszi, to wkrótce wszystko stanie się dla ciebie jasne. Jeżeli z łaski swojej zechcesz myślą cofnąć się wstecz, to sobie dokładnie przypomnisz, że nie między nimi zastałeś nas. Kiedy przybyłeś na miejsce zapowietrzone, tamci byli już daleko, bowiem natychmiast uciekli.

- Czy możesz to udowodnić?

- Ja? Człowiek tak nawskroś jasnowidzący, jak ty, wie bardzo dobrze, że nie mam nic do udowodnienia. Raczej ten, który mnie oskarża, powinien udowodnić moją winę.

- Sprawiedliwość nakazuje mi przyznać, że ty również wydajesz się być ulubieńcem Allaha, gdyż słowa twoje są rozumne, jak i moje. Godzę się na to, że, gdy stanęliśmy na wspomnianem miejscu, widzieliśmy tylko was dwóch, niestety, wyraźnie uciekających. Czemu? Kto ma czyste sumienie, ten nie powinien ratować się ucieczką!

- Gdy wyruszyliśmy do Birs Nimrud, mieliśmy jedynie zamiar obejrzeć ruiny tej okolicy. Zapadł wieczór i zaczęliśmy szukać schronienia, gdzie możnaby najlepiej spędzić noc. Ujrzeliśmy ogniska i zbliżyliśmy się do nich; odór odpędził nas precz, niemniej zauważyliśmy trzydziestu ludzi, którzy byli zajęci otwieraniem trumien, zawierających trupy i szmugiel. Trumny i trupy palili, a szmugiel wybierali. Nagle usłyszeliśmy dwa strzały, poczem przemytnicy oddalili się szybko. Wówczas udaliśmy się ku obozowisku, chcąc je zbadać i zaspokoić naszą ciekawość. W tym samym czasie usłyszeliśmy tupot zbliżających się jeźdźców. Sądziliśmy, że przemytnicy wracają, i chcieliśmy jak najprędzej się ukryć, gdyż jesteśmy uczciwymi ludźmi, szanującymi prawa Allaha i padyszacha, i nie życzymy sobie mieć do czynienia z osobnikami gwałcącymi te prawa. Podczas naszej ucieczki mój towarzysz stoczył się wraz z bryłą cegieł, która przytłoczyła mnie do ziemi. Co zaszło potem, o tem ty wiesz lepiej ode mnie. Teraz wszystko chyba ukazuje się przed tobą w jasnem świetle, i w swej nieomylnej opinji nie omieszkasz zwolnić nas od zarzutów.

- Twoje słowa są wiarygodne, ale zwracam twoją uwagę na to, że nie mogę sam polegać na nich, lecz muszę je sprawdzić i uzgodnić z zeznaniami moich wysłanników.

- Zanim to uczynisz, pozwól z łaski swojej na jeszcze jedną uwagę! Gdy podchodziliśmy do ognisk, nie mieliśmy ani wierzchowców, ani broni, którą uprzednio ukryliśmy w pewnem miejscu. Jako człowiek doświadczony przyznasz, że strzelać bez broni jest rzeczą niemożliwą, A jak słyszałem, były to strzały nie z pistoletów, lecz z karabinów.

- Jest to bardzo roztropne z twojej strony, że zwracasz się do mego doświadczenia. Jeżeli nie mieliście przy sobie broni, jasnem jest, że strzelali inni ludzie. Jednakże, muszę skorzystać z tych zeznań, o których poprzednio mówiłem.

Wynik zeznań był następujący: wysłannicy oświadczyli, że nie podeszli tak blisko, ażeby móc rozróżnić i zapamiętać rysy twarzy, i że nie zauważyli pomiędzy przemytnikami dwóch tak przyzwoicie ubranych ludzi. Kol agasi zwrócił się znowu do nas:

- Słyszeliście, że zeznanie wypadło na waszą korzyść. Czy macie jeszcze coś do powiedzenia - chętnie was wysłucham.

- Dziękuję ci! - odrzekłem. - Poznałem wielu wysokich oficerów padyszacha i sułtana, ale między nimi nie było żadnego, któryby cię przewyższał rozsądkiem, dobrocią i sprawiedliwością. Jeżeli pozwolisz, wyślę sprawozdanie do Hazreti, seraskiera, ministra spraw wojskowych, i poproszę go, aby zwrócił na ciebie swoją łaskawą uwagę.

- Do Hazreti, seraskiera niedosiężnego? - spytał zaskoczony. - Wybacz, ale dziwię się bardzo, że znasz go! Czy masz takie wpływy na Babi humajun, że twoje sprawozdanie może dotrzeć do ministra spraw wojskowych, i że ten nie zawaha się przeczytać go i zwrócić nań swą uwagę?

To pytanie było wodą na młyn małego Halefa, który zawsze był bardzo rozmowny, kiedy chodziło o wygłoszenie mojej, albo jego własnej pochwały. Milczał nazbyt już długo, ażeby teraz móc czekać jeszcze chwilę z puszczeniem w energiczny ruch swego języka.

To też, zaledwie kol agasi skończył swe pytanie, Hadżi, nie czekając na moją odpowiedź, wdarł się w rozmowę z najwyższym zapałem:

- Jak mogłeś wymówić słowa, które właściwie są dla nas najwyższą obrazą! Jesteś dzielnym i mądrym człowiekiem, ale zaniechałeś tego, co zaraz na początku powinieneś był uczynić, mianowicie zapytać nas, kim jesteśmy. Jestem najwyższym, a więc panującym szeikiem Haddedihnów z wielkiego i słynnego plemienia Szammar. Moje imię brzmi Hadżi Halef Omar ben Hadżi Abul Abbas ibn Hadżi Dawuhd al Gossarah. Ten mój towarzysz, którego przyjacielem jestem i obrońcą, nazywa się Emir Kara ben Nemzi effendi. Pochodzi z Frankistanu, a wiedz, że ten kraj, poza władztwem padyszacha, jest największem państwem na ziemi i rozpościera się na więcej niż dziesięć tysięcy gór, dolin, jezior i rzek. Przemierzył razem ze mną kraje Zachodu i Wschodu, aby dokazać cudów męstwa i odwagi. Jego przyjaciele kochają go, a wrogowie lękają się jak lwa, którego zabiliśmy, jak czarnej pantery, którą zgładziliśmy ze świata. Pokonaliśmy liczne szczepy Beduinów, i w żadnym ataku nie obracaliśmy się tyłem do przodu. Mój emir włada wszystkiemi językami ludów, wymienia wszystkie gwiazdy niebios według ich przyrodzonych imion, i może powiedzieć, jak się nazywają wszelkie istniejące zwierzęta, rośliny i kamienie. Jest najsławniejszym wojownikiem, najmędrszym uczonym i najwspanialszym człowiekiem, jakiego tylko znam. Sułtani, cesarze, królowie i książęta uprzedzają jego życzenia, gdyż kochają go i czczą, i skoro tylko sprawozdanie jego o tobie dojdzie do seraskiera w Stambule, ten przyciśnie pismo do czoła i po przeczytaniu każde słowo wykona z takiem posłuszeństwem, jakgdyby było pisane ręką władcy wszystkich wiernych. To, że jesteśmy w tej chwili twoimi jeńcami, nie ujmuje nic naszej chwale, gdyż tylko rozkruszeniu się muru przypisać należy, że leżymy przed tobą w stanie, który tak mało odpowiada naszym stanowiskom i naszym przywilejom. Nie chcę mówić o waszym namiestniku w Hilleh, ale kiedy pasza w Bagdadzie dowie się, że byliśmy jeszcze przez jedną chwilę związani po tem, jak wymieniliśmy nasze nazwiska, runie na ciebie z jego kancelarji burza, której uniknąć radzę ci, bo zjednałeś sobie nasze serca wysoką wartością swych zalet. Teraz wiesz, kim jesteśmy, i według tego powinieneś postępować!

Hadżi mocno przesadził, ale człowiek Wschodu jest do tego przyzwyczajony, zaś kol agasi miał zanadto wschodnią duszę, ażeby nie przywiązać wagi do uniesień Halefa; widziałem, że nie chybiły zamierzonego wrażenia. Wzgląd na sprawozdanie do ministra wojny oraz możliwość zatargu z kancelarją paszy w Bagdadzie odniosły pożądany skutek; sprzeciwiał się on jednak jego obowiązkom. Przez chwilę patrzał przed siebie w zamyśleniu; potem, zdając się ważyć jakąś decyzję, podniósł głowę i zapytał mnie:

- Czy jest tak, jak twierdzi szeik Haddedihów, emirze?

- Tak - odrzekłem bez namysłu.

- A więc uczynię zadość waszym wymaganiom, pod warunkiem jednak, że mi dasz możliwość późniejszego wytłumaczenia się.

- Jak sobie wyobrażasz tę możliwość?

- Możesz mi jej dostarczyć, pokazując mi swe legitymacje.

- Nic łatwiejszego. Wyswobódź mi ręce, a pokażę ci więcej legitymacyj, niż ci potrzeba do swego usprawiedliwienia. Mam w kieszeni bujuralti, tezkeresi, a także ferman opatrzony tughrą, podpisem sułtana panującego.

- Allah! Doprawdy z tughrą? - zapytał w bałwochwalczem oszołomieniu.

- Naturalnie! - odrzekłem tonem, jakgdyby chodziło o rzecz drobnej wagi.

- A więc zachowaj te wysokie, cesarskie pisma; nie mógłbym ich odczytać przy tem słabem świetle ognia - ale jest tak, jakgdybym je był przeczytał, emirze! Teraz proszę cię o udzielenie mi rady. Podpis padyszacha nakazuje mi zwolnić was, z drugiej strony mam jednak rozkaz odstawienia was do Hilleh. Czy uważasz za możliwe, abym mógł sprostać jednocześnie tym dwom obowiązkom?

- Tak.

- W jaki sposób?

- Uwalniasz nas, a my jedziemy z tobą do Hilleh.

- Doprawdy?

- Tak, daję ci moje słowo.

- Twoje yrza mebni wad, słowo honoru?

- Tak.

- Przyjmuję to i proszę was, pozwólcie mi osobiście was rozwiązać!

Naskutek cesarskiego podpisu był pełen tak wysokiego szacunku dla nas, że żaden zwykły żołnierz nie powinien był nas dotknąć. Dlaczego zaniechał przeczytania legitymacyj - nietrudno było odgadnąć. Po pierwsze nie umiał, prawdopodobnie, wcale czytać, po drugie nie wiedział, jak - według przepisów - należy się obchodzić z dokumentem, opatrzonym tughrą. To, że mieliśmy być wolni, wywołało sprzeciw gospodarza i Ghasai-Beduina. Gdy więc kol agasi zdjął z nas sznury, pierwszy zawołał z wściekłością:

- Stój! Nie masz prawa zwalniać przemytników i zbrodniarzy, nie mając na to upoważnienia. Jeżeli to zrobisz, zaskarżę cię do mehkeme, do sądu.

Stary żołnierz chciał odpowiedzieć, powstrzymałem go jednak mrugnięciem i zwróciłem się sam do gospodarza:

- Zamilknij, bo jeśli zechcę, to w mehkeme nie o nas wyrokować będą, lecz ty będziesz oskarżonym. Właściwie, nie powinienem wcale z tobą mówić, chcę jednak z mej dobrej woli zrobić ci parę uwag. Przemytnikami nie jesteśmy - to udowodnię. Nie my strzelaliśmy do żołnierzy - to nie ulega wątpliwości, bo jesteśmy bez broni. A więc może tylko chodzić o tych dwóch nieszczęśliwych Beduinów. W tym wypadku oświadczam, że chcieli ukraść nasze konie i tyś był z nimi w zmowie. Gdybyśmy na czas nie przybyli, byliby odjechali i nie ujrzelibyśmy nigdy naszych koni. Że jednak nasze zjawienie się zapobiegło temu, udali, że tylko próbują dosiąść naszych ogierów. Jedynie przez nienależną im grzeczność i przez niechęć do kłótni - pozwoliliśmy im dosiąść...

- Ale nie powiedzieliście im, jakie to niebezpieczne! - przerwał mi gospodarz.

- Upadek z konia jest zawsze niebezpieczny. Zresztą, ostrzegaliśmy ich. Szeik Haddedihów wyraźnie ich uprzedził, że nie bierze na siebie winy, jeśli złamią karki. Otrzymał odpowiedź, że sami potrafią strzec swych karków, które są ich własnością.

- Ale szeik rzucił koniom słowo "Litaht"! wskutek czego jeźdźcy spadli.

- Czy możesz to udowodnić?

- Tak.

- Nie!

- Tak! - powtórzył pewnym tonem. - Mogę przysiąc.

- Że szeik rozkazał to koniom?

- Tak.

- Oświadczamy, że szeik podał to słowo nie koniom, lecz jeźdźcom. Widział, że są w niebezpieczeństwie, i zażądał tym okrzykiem, aby zsiedli. Nie usłuchali i zostali strąceni. Czy możesz przysiąc, że nie jeźdźców, lecz konie mieliśmy na uwadze?

Spojrzał na mnie, jak raniony zwierz, i nie odpowiedział nic, tak stropiła go moja nieoczekiwana perswazja. Ciągnąłem dalej:

- Widzisz więc, że mamy słuszność i że przewina jest po waszej stronie. Zresztą, nieszczęście miało miejsce w twoim zajeździe, i jestem przekonany, że mehkeme pociągnie cię przeto do odpowiedzialności. Teraz znasz mój pogląd i, jeżeli choć jeszcze jeden argument wytoczysz przeciwko nam, odpowiem ci nie słownie, lecz w zupełnie inny, bardziej dotkliwy sposób!

Jegomość wściekał się z braku argumentów, nie śmiał jednak wskutek mojej pogróżki zaoponować, tylko mruknął półgłosem jakieś przekleństwo. Atoli jego towarzysz, Beduin, nie mógł opanować złości i odezwał się zapalczywie:

- Mówisz tak, jakbyś był samym sułtanem! Niech ci się nie zdaje, że się ciebie boję, albo tego, co chcesz zeznać w mehkeme. Masz zamiar wskazać na nas, jako na koniokradów. Wzywam cię, abyś udowodnił, że chcieliśmy ukraść wasze konie.

- Jeżeli są konieczne dowody, okażę je przed sądem.

- W takim razie nie chcę nic o was wiedzieć, i odchodzę precz. W mehkeme zobaczymy się znowu!

Ta ostatnia pogróżka miała upozorować jego odwrót. Byłem przekonany, że sprawę swoją uważał za straconą i nie miał zamiaru zaczynać odnowa. Gdy wstał z miejsca, skoczył także gospodarz i rzekł:

- Idę i ja! Nie mam nic do czynienia tam, gdzie zwalnia się przemytników i zbrodniarzy, a obraża uczciwych ludzi. Ale pozostaje tak, jak mówiono; powtarzam: zobaczymy się w mehkeme!

Nie zrewidowano nas po schwytaniu, dlatego mogłem wydobyć z zanadrza rewolwer.

Skierowałem go na tych dwóch i zagroziłem:

- Sprawa stoi teraz inaczej, niż poprzednio. Przedtem my byliśmy jeńcami, teraz wy nimi zostaniecie. Chcecie się oddalić i macie po temu powody, a nam zależy na tem, abyście zostali, i postaramy się, żebyście nie mogli odejść wbrew naszej woli.

I, zwracając się do kol agasiego, ciągnąłem dalej:

- W imieniu tughry, którą posiadam i której każdy urzędnik i poddany padyszacha musi być posłuszny, rozkazuję ci związać tych dwóch ludzi tak, jak my poprzednio byliśmy związani, a to w celu uniemożliwienia im ucieczki! Spodziewam się, że mojemu żądaniu natychmiast uczynisz zadość!

Stary oficer nie wahał się ani chwili; dał zmiejsca odnośny rozkaz, i tak ci dwaj, którzy spowodowali nasze aresztowanie, zostali skrępowani w ten sam sposób, jak my poprzednio. Tughra czyni cuda. Jest to nakształt arabeski zapleciony podpis sułtana specjalnym charakterem pisma, noszącym nazwę diwahni. Wielu odnosi pochodzenie tughry wstecz do Murada I, który akt jakiś zaświadczył odciskiem swej ręki. Inni opowiadają to samo o sułtanie Orchanie. Wybitni znawcy utrzymują, że tughra albo thogra wdzięczą swe powstanie sułtanowi Mohammedowi Drugiemu, zdobywcy Konstantynopola. Gdy ten w roku 1453 zdobyciem tego miasta zniweczył Wschodniorzymskie Imperjum i, wkroczywszy do Konstantynopola, wszedł do kościoła Św. Zofji, wówczas, będąc niepisemnym, umoczył rękę w atramencie i przycisnął ją do bramy kościelnej na znak posiadania. To była pierwsza tughra, które to słowo pochodzi od staro-tureckiego "turgai" i oznacza mniej więcej "postanawia się". Tughra ujawnia oddalone podobieństwo do rozwartej ręki. Widnieje odbita na tureckich monetach, gdzie zastępuje popiersie władcy, oraz nad wejściem należących do sułtana pałaców i gmachów publicznych, jak meczety, koszary, szkoły i t. p. Na aktach i dekretach jest przez specjalnych urzędników, niszandji zwanych, wystawiana w złocie, w czerwieni lub czerni. Jest rzeczą niezmiernie rzadką, ażeby sułtan raczył sygnować własnoręcznym podpisem przedłożony mu dokument. Proszący o to musi cieszyć się największą łaską albo muszą złożyć się na to okoliczności, które tylko znawca miejscowych stosunków wykorzystać potrafi. Może się bowiem zdarzyć, że bardzo niski urzędnik na drodze osobiście jemu dostępnej osiąga więcej, niż Szeik ul Islam, albo Wielki Wezyr.

Tak więc mogę powiedzieć teraz, gdy sojusznik mój w tej sprawie już nie żyje, że wszystkie me tureckie legitymacje zdobywałem za pośrednictwem pewnego urzędnika, którego stanowisko u nas, na Zachodzie, zaliczałoby się do najniższych. Był to mój przyjaciel Mustapha Moharemm Aga, który w przeciągu 50-ciu lat był kapudżim, odźwierny przy Wysokiej Porcie. Oddźwierny jest to przecież najniższa ranga, zawołają niektórzy, ale wpływ tego równie dzielnego kapudżi sięgał do najskrytszych tajników pałacowych. Cieszył się wielkiem zaufaniem, wprost bezprzykładną przychylnością, i utarła się niemal święta konieczność zaspakajania jego zawsze rozważnych i w szczególny sposób wyrażanych życzeń. Podczas jego długiego i wyłącznego w tym zakresie urzędowania przewinęło się przez Wysoką Portę mnóstwo wielkich, sławnych i wpływowych mężów - i znikało bez śladu. Mustapha Moharemm Aga pozostawał zaś na swem stanowisku, aż nie odwołała go śmierć. Udzielenie komuś audjencji zależało jedynie od niego; wystarczyło krótkie jego skinienie, a petent był przyjmowany, albo musiał też ten ostatni rezygnować ze swych zachodów, nawet gdy był wybitną osobistością. Miałem sposobność zjednania sobie życzliwości tego kapudżi dzięki mojej przedniej deszebeli-tabace i życzliwość tę dochował mi aż do końca życia. Nie nadużywałem jej nigdy, nigdy żadnej prośby nie wyrażałem, i dlatego właśnie uzyskiwałem zawsze legitymacje z własnoręczną tughrą panującego. Oczywiście, nie przychodziło mi na myśl zapytać go, w jaki sposób zdobywał bezpośrednie podpisy, gdy jednakże po raz pierwszy przeczytał to pytanie w moich oczach, rzekł uśmiechnięty:

- Kismet etmeghe ogrenmejen effendilik dahi etmez. - Kto nie potrafi zjednać sługi, ten nie potrafi zjednać pana.

Rzecz oczywista, że legitymacja z własnoręczną tughrą wywiera przy okazaniu zgoła inny wpływ, niż zwykła, wystawiona w jazy odassy, biurze; spostrzegałem to niejednokrotnie. Przykład - ta głęboka cześć, jaką w kol agasim wywołała sama tylko wzmianka o tughrze. - - -

Gospodarz miał natyle rozsądku, żeby zachować się spokojnie, kiedy go krępowano. Natomiast Beduin lamentował nad niezasłużonem i niegodnem traktowaniem wolnego człowieka. Oficer mógł, oczywiście, nakazać mu milczenie, ale tym razem wyręczył go Halef. Dla niego, przy jego temperamencie, było rzeczą niemożliwą słuchać podobnych bredni - wyciągnął z za pasa swój kurbacz, przystąpił do klnącego Beduina i zaczął:

- Kim się mienisz? Wolnym człowiekiem? Czy nie widzisz, że jesteś związany? Czy związany jest wolny? Gdzie masz rozum? Nie miałeś go raczej nigdy, bo gdyby chociaż jakiś ślad rozumu pokutował w twej głowie, byłbyś się wystrzegał otworzenia drzwi twych niechlujnych ust. Mój effendi już ci powiedział, co o tobie myśli; ja cośniecoś dodam, co twą całą zarozumiałość odrazu obróci wniwecz. Podaliście się wobec nas za Solaibów, a okazuje się, że należycie do Ghasai. Poco to oszukaństwo, to kłamstwo? Wolny, uczciwy Ben Arab nigdy nie zaprze się swego szczepu. Raczej umrę, nim zaprę się mojej przynależności do Haddedihnów. I te usta, które nas okłamały, chcą niby wielka, szeroko otwarta gęba nas połknąć! Zamknij ją i trzymaj na zamku, inaczej wyryję ci moją pogardę tym knutem tak głęboko na twarzy, że byle kto, póki żyć będziesz, odrazu pozna, że jesteś łajdakiem! Nie waż się więc ust otwierać!

Mocno podniecony, podniósł bicz do smagnięcia, ale Beduin milczał. Groźba Hadżiego odniosła skutek.

Potem, gdy tak smutne dla nas widoki wyjaśniły się w sposób pomyślny, nasunęła się kwestja naszego powrotu do miasta. Przedłożyłem ją kol agasiemu, który odpowiedział:

- Jeżeli chcesz, wyruszymy natychmiast, emirze. Możemy nie czekać świtu, bo drogę znamy dobrze.

- Wolałbym, żebyśmy poczekali.

- Dlaczego?

- Z powodu przemytników.

- Nic mnie nie obchodzą. Słyszałeś przecież, że jest obrazą dla starego, godnie zasłużonego żołnierza tropienie przemytników.

- Słyszałem to i nie wymagam od ciebie, abyś ścigał tych ludzi, niepłacących cła. Możesz mi jednak przysługę wyświadczyć.

- W jaki sposób?

- Musimy wytropić ich ślady, co teraz w nocy jest niepodobieństwem.

- W jakim celu?

- Ażeby ustalić naszą niewinność...