1
Bea
Mała rada: nie decydujcie się na wróżenie, jeśli nie jesteście przygotowani na głęboki niepokój.
Zło jest dobrem, dobro złem.
Przewiduję wojnę - będzie się dłużyć czy zakończy wtem?
Na horyzoncie góra z kłamstw zbudowana.
Pokonaj ją, a lekcja zostanie odrobiona.
Widzicie, co mam na myśli? Niepokojące.
Staram się nie denerwować. Ale rano, po tej ponurej wróżbie, obudziłam się i zobaczyłam mail z groźnie brzmiącym horoskopem. Ostrzeżenie z kosmosu było jasne i stanowcze. Odnotowane, wszechświecie. Odnotowane.
Postanowiłam wykręcić się z imprezy. To jednak nie poszło mi najlepiej, bo impreza jest organizowana przez moją siostrę bliźniaczkę, a jej trudno odmówić. A przez "trudno" mam na myśli, że to niemożliwe.
Dlatego, chociaż wszechświat ostrzegł mnie - przygotuj się na ostrą jazdę, słońce - a powietrze trzeszczy tak samo jak przed burzą, oto jestem. Stawiłam się na służbę do domu rodzinnego - założyłam sukienkę, zrobiłam maskę kraba, przygotowałam deskę z serami i krakersami. A teraz, tak jak każdy szanujący się przestraszony kot, siedzę w spiżarni.
To znaczy, dopóki siostra nie wkracza do środka, demaskując mnie. Drzwi wahadłowe otwierają się, a na mnie pada promień światła, przez co czuję się jak złodziej osaczony przez gliny. W ostatniej chwili chowam miętowego sznapsa za plecami i wsuwam go na półkę.
- Tutaj jesteś - mówi pogodnie Jules.
Syczę, zasłaniając twarz ręką.
- Światło. Razi mnie w oczy!
- W królestwie zwierząt nie ma miejsca na wampiry. Twoja maska kraba jest wystarczająco przerażająca. Chodź. - Chwyta mnie za ramię i ciągnie w stronę korytarza, prosto w tłum poprzebieranych gości. - Chcę, żebyś kogoś poznała.
- JuJu, błagam - jęczę, ociągając się za nią. Mijamy słonia, którego trąba dotyka mojego ramienia, tygrysa, który wodzi wygłodniałym spojrzeniem po moim ciele, a potem dwie hieny, których śmiech nie mógłby być bardziej trafiony. - Nie chcę poznawać ludzi.
- Oczywiście, że nie chcesz. Chcesz pić w spiżarni i zjeść połowę tej deski serów, zanim ktokolwiek inny się do niej dobierze. To coś, czego chcesz, a nie, czego potrzebujesz.
- Ten system się sprawdza - burczę.
Jules przewraca oczami.
- W przypadku ekscentrycznej starej panny.
- To może jeszcze długo trwać, ale w tej chwili mówię o moim niepokoju.
- Jestem twoją bliźniaczką całe życie - mówi. - Wiem o twoim niepokoju i o tym, jak wpływa na twoje nawiązywanie znajomości, ale zaufaj mi, ten koleś jest tego wart.
Trik z miętowym sznapsem i ukrywaniem się ratuje mi życie, gdy wychodzę do ludzi. Jestem neuroróżnorodna; dla mojego autystycznego mózgu poznawanie ludzi nie jest łatwe ani odprężające. Ale po kilku łykach sznapsa czuję przyjemny szum w głowie i robię się spokojniejsza, dzięki czemu takie sytuacje są mniej przytłaczające, a osoby mi towarzyszące uważają, że moja obecność jest wtedy wręcz odświeżająca.
Zwykle tak właśnie się dzieje. Ale nie dzisiaj. Dzisiaj wiszą nade mną ponure ostrzeżenia z kosmosu. I mam naprawdę złe przeczucie odnośnie do tego, w co próbuje wciągnąć mnie siostra.
- Juuuuuuules. - Jestem jak dziecko marudzące w sklepie. Potrzebuję tylko rozmazanej czekolady na policzku, rozwiązanych sznurówek i mogę brać udział w castingu.
- BeeBee - odpowiada identycznym tonem. Zerka w moją stronę i w ogóle nie udaje jej się ukryć reakcji na moją maskę kraba. Ściąga mi ją z twarzy i podciąga na czubek głowy. Ściągam ją z powrotem. A ona podnosi.
Posyłam jej groźne spojrzenie i znowu zasłaniam twarz maską.
- Zostaw moją maskę.
- Ej, no weź. Nie sądzisz, że już czas, byś wyszła ze skorupy?
- Nie, nawet dla tego suchego żartu.
Wzdycha ociężale.
- Przynajmniej masz seksowną kieckę... Ups, czekaj. - Zatrzymujemy się przy schodach, a ona ciągnie mnie za balustradę.
- Co? - pytam. - Dasz mi spokój?
- Chciałabyś. - Jules unosi ciemną brew i przygląda się mojej sukience. - Problem ze strojem.
Gdy patrzę w dół, widzę dziurę ciągnącą się wzdłuż żeber. Dzięki ci, wszechświecie!
- Na pewno się zepsuła. Powinnam pójść do łazienki i to sprawdzić.
- I znowu się schować? Nie sądzę. - Zapina suwak, przypieczętowując mój los.
- A może on już ledwo dycha? Nie powinnam ryzykować. Może mi wyskoczyć cycek!
- Ta, jasne. - Jules chwyta mnie za rękę i ciągnie za sobą. Jestem niczym meteor zbliżający się ku katastrofie. Gdy docieramy na miejsce, na mojej skórze pojawia się pot.
Rozpoznaję jej chłopaka Jean-Claude'a oraz Christophera, sąsiada, przyjaciela z dzieciństwa, przygarniętego brata. Ale nie znam tego trzeciego mężczyzny, wyższego od nich o głowę, który stoi plecami do nas. Wysoki, smukły, ciemne blond włosy i czarny garnitur. Gdy Jean-Claude coś mówi, mężczyzna odwraca się nieznacznie, pokazując profil. Zauważam szylkretowe okulary. Rozwija się we mnie wstęga tęsknoty, która sunie w stronę koniuszków palców.
Rozproszona jego osobą, potykam się o dywan. Przed wylądowaniem na twarzy ratuje mnie Jules, która przywykła do mojej zaburzonej propriocepcji. Chwyta mnie za łokieć na tyle, że udaje mi się wyprostować.
- Mówiłam - oznajmia triumfalnie.
Patrzę na dzieło sztuki. Nie. Gorzej. Patrzę na kogoś, z kogo chcę zrobić dzieło sztuki. Przesuwam rękami po materiale sukienki. Po raz pierwszy od dawna tęsknię za farbą olejną i wypolerowanym, drewnianym trzonkiem mojego ulubionego pędzla.
Chłonę go wzrokiem artystki. Nienagannie skrojone ubrania podkreślają jego szerokie ramiona, długie nogi. Ten mężczyzna ma niesamowite ciało. To twój wymarzony sportowiec, który zapomniał szkieł kontaktowych, dlatego założył okulary. Te same, w których wieczorami czyta w łóżku.
Nagi.
Widzę oczami wyobraźni tę scenę, seksowną, przeznaczoną dla dorosłych. Jestem chodzącą strefą erogenną.
- Kto to? - mruczę.
Jules zatrzymuje się przy ich grupce i wykorzystując to, jaka jestem rozproszona, zdejmuje mi maskę.
- Współlokator Jean-Claude'a, West - szepcze.
West.
Cholera jasna, przez moje zamiłowanie do seksownych historycznych romansów, mam wobec niego jeszcze większe wymagania. To wina jego imienia. Wyobrażam sobie zmęczonego obowiązkami diuka, jego uda wypełniające spodnie z koźlej skóry, idącego w zamyśleniu przez wietrzne wrzosowiska. Przygotowana na jego majestatyczność, czuję przypływ niepokoju. Jules dołącza do ich kręgu, a West odwraca się i patrzy na mnie.
Piękne piwne oczy otwierają się szerzej na mój widok. Ale nie skupiam się na nich długo. Jestem zbyt ciekawa i zafascynowana, dlatego wiodę po nim spojrzeniem, chłonąc szczegóły. To, jak poruszają się mięśnie jego szyi, gdy przełyka. Jego rękę, trzymającą szklankę, z szorstką skórą na knykciach i zaczerwienionymi opuszkami palców. W przeciwieństwie do nonszalanckiego Jean-Claude'a, który stoi rozluźniony i arogancki, w nim nie ma nic rozluźnionego ani swobodnego. Wyprostowana sylwetka, ani jednego zagniecenia na ubraniu, każdy kosmyk włosów idealnie ułożony.
On również mi się przygląda i choć jestem kiepska w odczytywaniu mimiki twarzy, dostrzegam każdą jej zmianę. Widzę chwilę, gdy jego twarz tężeje. A żar, który wcześniej płynął w moich żyłach, gaśnie, zastąpiony przez chłód.
Patrzę, jak dostrzega pokrywające moje ciało tatuaże, zaczynając od kropek wyznaczających trasę pszczoły lecącej w stronę serca. Jego spojrzenie przesuwa się na moje kręcone, świeżo umyte włosy i rozczochraną grzywkę. Potem wiedzie nim po sierści kota Pucka, która przyczepiła się do mojej czarnej sukienki. W okolicach ud, gdzie kot siedział, zanim go przepędziłam, jest ich znacznie więcej. Pan Sztywniak wygląda tak, jakby myślał, że zapomniałam o rolce do ubrań. Zdecydowanie mnie osądza.
- Beatrice - mówi Jules.
Mrugam i patrzę na nią.
- Co?
Po dwudziestu dziewięciu latach życia z bliźniaczką wiem, że wyrażający cierpliwość uśmiech oraz użycie mojego pełnego imienia oznaczają, że się zamyśliłam, a ona się powtarza.
- Powiedziałam, że to Jamie Westenberg. Ludzie mówią na niego West.
- Jamie też jest w porządku - mówi po niezręcznej chwili ciszy. Głos ma głęboki, ale cichy. Trafia w moje kości jak kamerton. Nie podoba mi się to. Ani trochę.
Ciągle mnie lustruje, ten mężczyzna, któremu na pewno nie pozwolę zrujnować moich Westów z romansów historycznych. Od teraz jest dla mnie Jamiem.
Jęczydusza Jamie pasuje o wiele lepiej.
Znowu to robi, patrzy na tatuaże na mojej szyi, obojczyku. Jego krytyczne spojrzenie jest niczym rentgen. Czuję uderzenie gorąca na twarzy.
- Widzisz coś, co ci się podoba? - pytam.
Jules jęczy, zabiera Jean-Claude'owi drinka i wypija połowę.
Jamie patrzy mi w oczy i odchrząkuje.
- Przepraszam. Wyglądasz... znajomo.
- Och. Czyżby?
Odchrząkuje po raz drugi i poprawia okulary.
- Te tatuaże. Przypominają mi... Przez chwilę wziąłem cię za kogoś innego.
- Właśnie coś takiego chce usłyszeć osoba, która napracowała się nad projektem własnych tatuaży - mówię. - Że wygląda tak pospolicie, że można ją uznać za kogoś innego.
- Cóż, myślałem, że jesteś raczej przyzwyczajona do tego, że mylą cię z kimś innym - odpowiada Jamie, zerkając na moją bliźniaczkę.
- To bardzo osobiste tatuaże - mówię przez zaciśnięte zęby. - I zostały zaprojektowane tak, bym wyglądała jak jedyna w swoim rodzaju.
Marszczy czoło, nie odrywając ode mnie wzroku.
- Cóż, nikt nie może ci zarzucić braku poświęcenia.
Christopher parska w swojego drinka. Pocieram środkowym palcem nos.
- Może West rozpoznaje twoje tatuaże, bo spotkaliście się... gdzieś... na mieście? - mówi z nadzieją Jules.
- Wątpię - odpowiadam. - Wiesz, że rzadko wychodzę, i na pewno nie pojawiam się w miejscach, które wybrałby ktoś tak sztywny - to znaczy poważny - jak on.
Jamie mruży oczy.
- Biorąc pod uwagę, że klub, do którego zabrał mnie w zeszłym roku Jean-Claude był istnym siedliskiem chaosu, i lepiła się do mnie kobieta, która później zwymiotowała mi na buty, muszę to przemyśleć. Możliwe, że to byłaś ty.
Jean-Claude drapie się po nosie i mruczy coś po francusku.
Uśmiecham się do Jamiego, ale to bardziej przypomina obnażanie zębów.
- Siedliska chaosu mnie nie kręcą, ale kimkolwiek była ta biedna duszyczka, która na ciebie wpadła, wyobrażam sobie, że zwymiotowanie było mimowolną reakcją na to, że cię spotkała.
Jules trąca mnie łokciem.
- Co cię napadło? - syczy.
- Pamiętam wieczór, o którym mówisz, i to na pewno nie była ona - mówi do niego Jean-Claude, po czym zwraca się do mnie: - West z determinacją dąży do tego, by umrzeć jako nieszczęśliwy stary kawaler, przez co stał się bardzo zrzędliwy. Musisz wybaczyć mu brak manier.
Na policzkach Jamiego pojawiają się czerwone plany, a wzrok wbija w szklankę, którą trzyma.
Kawaler? Wygląda na to, że nie tylko ja unikam romantycznych relacji. Cholera. Nie chcę żadnego poczucia koleżeństwa z Panem Okularnikiem z Kijem w Dupie.
- Bea też - dodaje Jules, jak przystało na wścibską, czytającą w myślach bliźniaczkę. - Syknęła na mnie, gdy znalazłam ją, schowaną w kącie. Stara panna zdziczała. - Uśmiecha się do Jean-Claude'a i mówi: - Jednak jestem zdeterminowana, by zobaczyć, jak chowa pazurki i zaznaje takiego samego szczęścia, jak ja. - Patrzą na siebie z miłością, a potem zaczynają całować tak, że ser i krakersy podchodzą mi do gardła. Ich pocałunek się przeciąga, Christopher poprawia zegarek. Jamie nie odrywa wzroku od szklanki. Ja zdejmuję kłaki Pucka z sukienki.
Christopher unosi wzrok znad zegarka, patrzy na mnie i unosi brwi. Wzruszam ramionami. Co?
Wzdycha i odwraca się do Jamiego.
- West, ty i Jean-Claude znacie się od dawna, prawda?
- Nasze mamy się przyjaźnią - odpowiada Jamie. - Znam go całe życie.
- Rozumiem - mówi Christopher. - Chodziliście do tej samej szkoły z internatem?
- Nasze mamy chodziły do jednej, w Paryżu. Stamtąd pochodzą. Rodzina Jean-Claude'a przeniosła się do Stanów, gdy był nastolatkiem, a nasze szkolne drogi zeszły się dopiero, gdy poszliśmy na tę samą uczelnię.
Przewracam oczami. Oczywiście, że Jamie jest synem francuskiej matki, która chodziła do szkoły z internatem. Jamie na pewno uczęszczał do takiej samej. Ma to wręcz wypisane na czole.
Gdy Christopher zadaje mu kolejne pytanie, Jamie dopija drinka. Pachnie bourbonem i pomarańczami, a gdy przełyka, przenoszę wzrok z jego ust na szyję.
Przyglądam mu się przez cały czas, gdy rozmawiają, i powtarzam sobie, że nie muszę go lubić, by moje oczy artystki obserwowały, jak miękkie światło w moim rodzinnym domu pada na jego nos i muska krzywizny twarzy, podkreślając kości policzkowe, wyrazistą szczękę, a także usta, które mogą być miękkie, gdy ich nie zaciska. Taki sztywniak nie powinien być tak piękny.
- Cóż, Szkrabie - mówi Christopher, trącając moją maskę kraba i wciągając mnie z powrotem do rozmowy. - Sama to zrobiłaś?
- Ależ oczywiście - odpowiadam, czując na sobie spojrzenie Jamiego. To sprawia, że się rumienię. - Nie będę pytać o to samo, Christopher. Widać, że ten niedźwiedź jest ze sklepu.
- Przepraszam, że cię zawiodłem. Niektórzy z nas są zbyt zajęci pracą, by własnoręcznie przygotować maskę na przyjęcie urodzinowe Jean-Claude'a.
- Cóż, u ciebie przynajmniej kolory się zgadzają. - Jego ciemne włosy i bursztynowe oczy są w tych samych odcieniach, co maska niedźwiedzia. Wsuwam palce w jego starannie ułożone loczki i celowo je czochram.
Trąca mnie w ucho.
- Słyszałaś o czymś takim jak przestrzeń osobista? Cofnij się. Wali od ciebie miętowym sznapsem.
Robię unik, nim znowu trąca mnie w ucho.
- Lepsze to niż oddech cuchnący bourbonem.
Jamie przygląda się nam w milczeniu, marszcząc czoło, jakby nigdy nie widział dwójki ludzi drażniących się ze sobą po przyjacielsku.
Zanim mam możliwość jakoś to skomentować, papużki nierozłączki odsuwają się od siebie. Słychać przy tym mlaśnięcie rozdzielających się warg, a moja siostra ma zaróżowione policzki i z trudem łapie oddech.
- Jules i jej pomysły - mówi z westchnieniem Jean-Claude, patrząc na moją siostrę. - Impreza z przebraniami, gdzie jest pełno ludzi, z którymi muszę się tobą dzielić. - Przyciąga ją bliżej do swojego boku i poprawia jej sukienkę tak, by bardziej zakrywała dekolt. - Kiedy chcę mieć tylko ciebie.
Jules uśmiecha się i przygryza wargę.
- Chciałam, żeby to było coś wyjątkowego. Zawsze masz mnie dla siebie.
- Niewystarczająco - warczy.
Coś w intensywności zachowania Jean-Claude'a w stosunku do mojej siostry przyprawia mnie o ciarki. Są razem przez ponad trzy miesiące i zamiast uspokajać się po pierwszym szale zauroczenia, jak to było w przypadku byłych Jules, jej obecny chłopak wydaje się nakręcać coraz bardziej.
Doszło do tego, że nie mogę nawet chodzić po mieszkaniu w szlafroku, bo on zawsze tam jest, na kanapie, w kuchni, w jej pokoju.
Intuicja podpowiada mi, że coś tu jest nie tak.
Jednak Jean-Claude pracuje w funduszu hedgingowym Christophera i niedawno dostał awans, co oznacza, że Christopher mu ufa, a to wiele znaczy. Poza tym Jean-Claude zdaje się uszczęśliwiać Jules.
Nie rozumiem tego, ale nie mogę temu zaprzeczyć. Właśnie dlatego cały czas zachowuję te obawy dla siebie.
- Cóż - mówi z uśmiechem Jules. - Biorąc pod uwagę to, że jesteśmy gospodarzami, powinniśmy przebywać wśród gości. - Po tym trąca Christophera łokciem i unosi brwi. - Sprawdź, czy mamy w barku wystarczająco lodu, dobrze?
Christopher marszczy przez chwilę brwi, ale nagle wygląda, jakby coś zrozumiał.
- Och, racja. Miałem nadzorować bar. Już idę.
W ten sposób zostaję z Jamiem. Sam na sam. Powietrze jest pełne napięcia.
Gdybym chciała zachować się dojrzale, znalazłabym wymówkę i odeszła. Pomogła przy imprezie. Podawałabym drinki. Uzupełniłabym przekąski. Ale tak się nie dzieje. Czuję, że moja potrzeba rywalizacji wygrywa z logiką. Mam potrzebę udowodnić Jamiemu, że nie ma co do mnie racji. Nie jestem osobą, którą myli się z jakimś demonem chaosu z pospolitymi tatuażami, który kilka miesięcy temu narzygał mu na buty w jakimś obskurnym barze.
W porządku, jestem trochę chaotyczna, ale to nie moja wina, że ze mnie niezdara. Co do reszty ocenił mnie źle, i zamierzam zachować się bardziej cywilizowanie od niego, byle mu to udowodnić. Rzecz w tym, że to zadanie wymaga czegoś, w czym jestem beznadziejna: niezobowiązującej pogawędki.
- Co... pijesz? - pytam. Bo, no wiecie. Pogawędka.
Jamie patrzy na mnie nieufnie, jakby nie był pewien, co zamierzam. No to jest nas dwoje.
- Drinka z bourbonem - mówi w końcu, każde słowo wypowiada tak dokładnie i schludnie, jak wygląda. Potem zerka na moje puste ręce. - Ty nie pijesz?
- Och, ależ piję. Dopiero co walnęłam parę szotów sznapsa w kuchni. Wiesz, taki towarzyski lubrykant.
Otwiera szerzej oczy. Z kolei ja czuję, że umieram.
Lubrykant. Musiałam powiedzieć "lubrykant". To by było na tyle, jeśli chodzi o zachowywanie się lepiej od niego.
- Rozumiem. - Poprawia maskę lwa, która spoczywa na jego nienagannych blond włosach.
Moja lubrykantowa bomba wysadziła tę rozmowę w powietrze. Jesteśmy sekundy od pójścia na dno, ale Jamie właśnie rzucił mi małe koło ratunkowe, dlatego chwytam się go i zamierzam pomóc jemu.
- Ładna maska - mówię.
- Dziękuję. - Przygląda mi się. - Twoja jest...
- Przerażająca? - Gładzę szczypce przy papierowej masce. - Dziękuję, sama ją zrobiłam.
Mruga i wpatruje się we mnie, jakby naprawdę bardzo starał się wymyślić coś miłego, co mógłby powiedzieć.
- Jest... imponująca. Wydaje się... - Odchrząkuje. - Skomplikowana?
- Ach, nie było tak źle. Zresztą, jestem artystką, więc lubię tworzyć. - Potem, ponieważ czuję się jak gówniara, dodaję: - Tak jak moje tatuaże.
Przełyka ślinę i mocno się rumieni, a jego wzrok błądzi po mojej szyi, w stronę piersi, podążając za wytatuowanymi kropkami. Nie wiem, dlaczego się rumieni, bo tu naprawdę nie ma na co patrzeć. Moja czarna sukienka jest mocno wycięta, ale w przeciwieństwie do Jules nie zostałam obdarzona pokaźnym biustem.
Przekleństwo bliźniaczek: takie same twarze, różne cycki.
Po moich ostatnich słowach Jamie stoi w milczeniu, a ja czuję się z tym naprawdę dobrze. Teraz to ja się uprzejmie uśmiecham, a on pozwala tej rozmowie zdechnąć w niezręcznej ciszy. Właśnie mam ogłosić zwycięstwo, gdy pojawia się Margo.
Uśmiecha się do mnie, ubrana w kombinezon w kolorze przypalanej pomarańczy i z maską lisa na twarzy, której gumka przytrzymuje czarne loczki.
- Chcecie drinka, słodziaki?
- Boże, tak. - Biorę od niej szklankę i podziwiam ciemnoczerwony kolor trunku oraz jego kuszący aromat. Margo robi najlepsze drinki. Wypiję wszystko, co mi da. Tak jak niemal wszyscy na tej imprezie należy do grupy przyjaciół Jules, bo moja bliźniaczka jest naszą duszą towarzystwa, w przeciwieństwie do mnie. Ja szczęśliwie żyję na skraju tej społecznej bańki.
Mam przyjaciół, ale tylko przez znajomości Jules, jednak to mi wystarcza. To dzięki siostrze poznałam Margo, a ta jest żoną Suli. A dzięki poznaniu Suli, u której jestem teraz zatrudniona, znowu mam pracę jako artystka, z której daję radę się utrzymać. Życie towarzyskie mojej siostry może być wyczerpujące, ale jednocześnie mi pomaga. Gdyby nie wciągnęła mnie do swojego kręgu i nie zachęcała do nawiązywania znajomości, byłabym bardziej samotna i bezrobotna, zwłaszcza odkąd niemal dwa lata temu sytuacja się pogorszyła.
Kontynuując moją kampanię mającą na celu udowodnić, że nie jestem demonem chaosu, przedstawiam ich sobie, a Margo wyciąga do Jamiego rękę.
- Jamie - mówię - poznaj Margo.
- Właściwie - ściska krótko jej rękę i puszcza - większość ludzi nazywa mnie...
- West! - krzyczy ktoś zza moich pleców, zaskakując mnie tak bardzo, że aż podskakuję, a mój czerwony drink ląduje na jego klatce piersiowej.
Jamie zaciska szczękę i odsuwa się ode mnie, ścierając alkohol, który spływa po jego dłoni.
- Przepraszam na chwilę - mówi, unosząc pogardliwie brew. Ta brew mówi: "Jesteś demonem chaosu". Potem odwraca się na pięcie i znika w gąszczu ludzi.
Chcę zapaść się pod ziemię.
Niestety wszechświat nie odpowiada na moje błagania, więc oto jestem. Niczym meteor, który właśnie uderzył w ziemię i syczy w kraterze.