Przeciw PRL. Szkice z dziejów opozycji demokratycznej - Jan Olaszek
23.90 zł

Reflow text when sidebars are open.
Zapomniany współtwórca KOR-u
W sporach o powstanie Komitetu Obrony Robotników najczęściej padają nazwiska z jednej strony - Antoniego Macierewicza i Piotra Naimskiego, a z drugiej - Jacka Kuronia. O Wojciechu Onyszkiewiczu mało kto pamięta. Tymczasem to właśnie do niego jako pierwszego zwrócił się w połowie lipca 1976 r. Macierewicz w sprawie pomocy dla represjonowanych robotników. Propozycja padła w czasie wieczornego spaceru po Muranowie, gdzie mieszkał Onyszkiewicz. Z Macierewiczem znali się od lat z Czarnej Jedynki - słynnej drużyny harcerskiej, która kultywowała przedwojenne tradycje. Obaj należeli do Gromady Włóczęgów, czyli powstałej z inicjatywy m.in. właśnie Onyszkiewicza grupy instruktorów harcerskich. Łączyły ich też studia historyczne i doświadczenie protestów w 1968 r. Byli mocno zaprzyjaźnieni i darzyli się zaufaniem. W innej sytuacji taka propozycja nie mogłaby paść.
"Pamiętam długi wieczorny spacer po placu koło pomnika Bohaterów Getta. I wybór, którego trzeba było dokonać - wspominał tę rozmowę Onyszkiewicz. - Albo zaangażuję się w zorganizowanie akcji pomocy, działanie zgodne z najbardziej elementarnymi moralnymi odruchami, ale na pewno od razu pożegnam się z bardzo ważnym działaniem w Czarnej Jedynce, a w dalszej kolejności z niedawno rozpoczętą pracą w Instytucie Badań Pedagogicznych, a kiedyś może też z wolnością, albo odmówię. Nie będzie żadnych represji, lecz nie pozbieram się ze wstydu". Onyszkiewicz nie był wówczas jeszcze głową rodziny i nie miał - jak wspominał - tyle wyobraźni, żeby zdawać sobie sprawę, co naprawdę znaczy pójście do więzienia. Czuł natomiast, że gdyby odmówił, to i tak nie mógłby działać dalej w harcerstwie, bo zaprzeczyłby wartościom, które starał się wpajać innym.
Dla Macierewicza udział Onyszkiewicza w tej akcji był bardzo istotny nie tylko w wymiarze osobistym - zaangażowania przyjaciela, ale też ze względu na rolę, jaką odgrywał on w harcerstwie. "Pamiętam, że z wielką ulgą przyjąłem to, że się zgodził. Jego decyzja miała wielkie znaczenie nie tylko z powodu zaangażowania osobistego. Ja w tamtym czasie - 1976 r. - w jakimś stopniu mogłem reprezentować Gromadę. Wojtek, wydaje mi się, miał wtedy prawo występować w imieniu władz szczepu i drużyny" - wspominał inicjator akcji pomocy. Onyszkiewicz co prawda nie był już komendantem szczepu, ale cieszył się w harcerstwie dużym autorytetem.
W tych samych dniach w warszawskim sądzie na Lesznie rozpoczynał się proces uczestników Czerwca '76 z Ursusa. Pierwszego dnia w geście solidarności pojawiło się tam wielu ludzi związanych z opozycją: z kręgu Czarnej Jedynki (m.in. Macierewicz i Ludwik Dorn), Jacek Kuroń wraz z dawnymi "komandosami" (m.in. z Adamem Michnikiem i Sewerynem Blumsztajnem), działacz warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej Henryk Wujec oraz słynny Jan Józef Lipski. W kolejnych dniach procesu na sądowym korytarzu można było spotkać coraz więcej opozycjonistów.
Sama obecność w sądzie miała wymiar moralny, ale represjonowani, a zwłaszcza ich rodziny, które często zostały bez środków do życia, potrzebowali również bardziej konkretnej pomocy. Opozycjoniści zdawali sobie z tego sprawę. Pewnego dnia po rozprawie, w znajdującym się niedaleko mieszkaniu dziennikarki Marty Miklaszewskiej spotkali się Macierewicz, Kuroń, Lipski i Jan Lityński. Zgadzali się oni co do potrzeby zorganizowania akcji pomocy, chociaż jedynie Macierewicz uważał jej natychmiastowe zorganizowanie za możliwe. Pozostali sądzili, że odpowiednią liczbę uczestników uda się zmobilizować dopiero po wakacjach. Macierewicz wraz z Onyszkiewiczem postanowili jednak nie czekać i zacząć działać.
W plany organizowania pomocy wprowadzane były kolejne osoby z kręgu Czarnej Jedynki i Gromady Włóczęgów. Początkowo w akcji właściwie nie uczestniczyły osoby z innych środowisk opozycyjnych; część z nich, nie wiedząc o akcji, rozjechała się na urlopy. Wkrótce w Warszawie nie było już dwóch liderów środowiska "komandosów". Kuroń został wówczas wcielony do wojska, a Michnik wyjechał na Zachód, gdzie nawiązywał kontakty z liderami polskiej emigracji.
Jako pierwszy szukać kontaktu z represjonowanymi pracownikami Zakładów Mechanicznych "Ursus" pojechał właśnie Onyszkiewicz. Pierwsza rodzina, do której zapukał, mieszkała pod Żyrardowem. "Pamiętam wąską ścieżkę i mój strach, jak to wszystko będzie. [Trafiłem] do domu, który już wie, że należy się bać, przychodzi obcy chłopak, nie bardzo potrafiący wytłumaczyć, skąd jest i dlaczego należy mu uwierzyć. Pamiętam przeraźliwy smutek odwiedzanego miejsca i bardzo szybko wyraźną radość, że ktoś przyszedł z pomocą". Opozycjonista wracał do Warszawy pełen satysfakcji.
Wkrótce Macierewicz wciągnął do akcji kolejne osoby: najpierw Piotra Naimskiego (wrócił właśnie ze Szwecji) i Dariusza Kupieckiego. Oni wraz z Macierewiczem i Onyszkiewiczem koordynowali działania pomocowe. Uczestniczyło w nich wówczas kilkadziesiąt osób, m.in. Ludwik Dorn, Wojciech Fałkowski i Mirosław Chojecki.
Młodzi opozycjoniści zapewniali represjonowanym różnego rodzaju pomoc: finansową, prawną, niekiedy lekarską. Czasem chodziło po prostu o przerzucenie węgla, czego w rodzinie aresztowanego nie miał kto zrobić. Jednocześnie odwiedzający Ursus zbierali informacje na temat represji stosowanych w Czerwcu '76 i kolejnych tygodniach wobec tamtejszych robotników. Dzięki temu dowiedziano się o tak częstych wówczas ścieżkach zdrowia i biciu zatrzymanych, o skali aresztowań i zwolnień z pracy. Wkrótce powstała z tego słynna ursuska kartoteka, w której dokumentowano represje. Centrala, gdzie koordynowano całą akcję i zbierano wszystkie informacje, znajdowała się w domu Naimskiego.
Pod koniec lipca do Ursusa z pomocą zaczęli jeździć ludzie związani z Klubem Inteligencji Katolickiej - na czele z Henrykiem Wujcem - czy innymi kręgami młodej opozycji (m.in. Helena i Witold Łuczywo). Szczególną aktywność w "akcji ursuskiej" wykazywał Wujec, który o planach akcji dowiedział się od Macierewicza już w sądzie na Lesznie: "Jeszcze na korytarzu podszedł do mnie Antek i zapytał, czybym się nie włączył w akcję pomocy dla tych ludzi - wspominał. - Zgodziłem się. "To zgłosisz się do Wojtka Onyszkiewicza" i podał mi telefon". Wujec spodziewał się spotkać starszego od siebie, doświadczonego harcmistrza. Odezwał się do niego po powrocie z urlopu. Kiedy doszło do spotkania - u Wojciecha Fałkowskiego, w mieszkaniu przy Woronicza - Wujec był zdziwiony, że stoi przed nim człowiek młodszy o kilka lat. Najpierw dostał zadanie, aby pojechać do ludzi, u których członkowie Czarnej Jedynki już byli. Później wraz z Onyszkiewiczem najczęściej jeździli razem. Łączyła ich pracowitość, mieli też podobny sposób bycia. "Wojtek Onyszkiewicz i Heniek potrafili wzbudzić zaufanie, może ze względu na łagodność twarzy, także ubiór - raczej skromny" - wspominała Ludwika Wujec, żona Henryka. Od września to właśnie oni dwaj kierowali "akcją ursuską". Wkrótce zaczęły się też wyjazdy do Radomia, ale Onyszkiewicz, jako główny organizator pomocy dla Ursusa, do Radomia nie jeździł; łączenie tych dwóch kwestii byłoby wbrew zasadom konspiracji.
Wraz z rozwijaniem się akcji pomocy powstała idea nadania jej pewnych ram instytucjonalnych. Chodziło o powołanie jakiegoś ciała, które poprzez autorytet swoich członków uwiarygadniałoby podejmowane działania. Zwolennikami tego pomysłu byli przede wszystkim Macierewicz (pomysłodawca i autor nazwy Komitet Obrony Robotników) oraz Naimski i Onyszkiewicz. Kuroń ideę popierał, ale nie uczestniczył w rozmowach na ten temat, bo cały czas przebywał w wojsku. Na początku września rozpoczęły się poszukiwania członków komitetu, prowadzone zwłaszcza wśród osób starszego pokolenia, mających znane - przynajmniej w środowiskach inteligenckich - nazwiska.
Wielu z nich miało opory. Dwunastego września, w czasie zebrania, które odbyło się z u prof. Edwarda Lipińskiego - należącego do PZPR, ale od dawna sympatyzującego z opozycją ekonomisty - z licznym udziałem m.in. związanych z opozycją intelektualistów i pisarzy, pojawiły się liczne wątpliwości. Obawiano się, że władza odbierze powołanie komitetu jako prowokację i zyska pretekst do ostrych represji. Rozmowy miały być kontynuowane. W spotkaniu kolejnego dnia wziął udział Kuroń, który poparł dążenie młodych do zakładania komitetu i namawiał ich do twardej postawy wobec wahających się starszych działaczy.
Ostrożność sędziwych opozycjonistów młodzi odebrali jako kunktatorstwo. Macierewicz, Naimski i Onyszkiewicz stwierdzili, że nie muszą oglądać się na postawy niezdecydowanych "starszych państwa" i postanowili coś zrobić samemu. "Kilka dni później spotkaliśmy się we trzech u mnie w domu, Wojtek Onyszkiewicz, Antek i ja. Postanowiliśmy, że zakładamy komitet we trzech - wspominał Naimski. - Robiliśmy to z przeświadczeniem, że jeśli nas zamkną, to nas zamkną, ale jak już będzie istnieć instytucja, to pojawią się następni". Konsultowali się jeszcze głównie z Kuroniem (przebywającym w wojsku) i Lipskim, którzy postanowili ich poprzeć. Zdecydowano, że komitet powstanie niezależnie od tego, czy starsze i bardziej znane osoby zdecydują się zaangażować. "Starsi państwo" dostali już inaczej sformułowaną propozycję: przyłączenia się do istniejącej inicjatywy. Inicjatorzy powołania KOR-u zaczęli zbierać podpisy pod pierwszym dokumentem komitetu. Autorem projektu tekstu był Macierewicz. "Pisałem go w kuchni u Piotra Naimskiego, Piotr i Wojtek Onyszkiewicz czekali, by przeczytać pierwszą wersję i nanieśli swoje poprawki" - wspominał.
Ostatecznie Apel, zawierający krótki, ale bardzo treściwy opis represji oraz informację o powołaniu KOR-u i jego programie, podpisało kilkanaście osób. W składzie założycielskim komitetu obok dawnego komunisty Kuronia znalazł się żołnierz Armii Krajowej i dowódca warszawskiego Kedywu Józef Rybicki. Pod dokumentem widniały podpisy zarówno ks. Jana Ziei, jak i Jana Józefa Lipskiego, który - oprócz tego, że miał piękną kartę akowską i opozycyjną - był ateistą, a nawet należał do masonerii. W jednej organizacji znaleźli się związany z Klubem Inteligencji Katolickiej Wojciech Ziembiński oraz grupa przedwojennych socjalistów: dawny poseł na Sejm II RP Adam Szczypiorski, skazany w procesie szesnastu Antoni Pajdak, adwokaci Ludwik Cohn i Aniela Steinsbergowa oraz Lipiński. W skład komitetu, oprócz wymienionych, weszli też znany zwłaszcza z Popiołu i diamentu pisarz Jerzy Andrzejewski, aktorka Halina Mikołajska, poeta Nowej Fali Stanisław Barańczak oraz Macierewicz i Naimski.
Nazwisko Onyszkiewicza nie znalazło się pod apelem ze względów bezpieczeństwa. Kiedy okazało się, że sygnatariuszami apelu nie będzie jedynie kilku młodych działaczy, zdecydowano, że jeden z nich nie powinien się ujawniać. Wszyscy spodziewali się szybkich aresztowań wśród sygnatariuszy. Ważne było, żeby w takiej sytuacji miał kto koordynować akcję pomocy. Właśnie ze względów konspiracyjnych Onyszkiewicz nie brał udziału w rozmowach o utworzeniu KOR-u. Pozostawał w cieniu, m.in. dlatego, że jako jedyny z trójki inicjatorów powstania komitetu miał w domu telefon, jego aresztowanie byłoby zatem bardzo dotkliwe dla całej akcji.
Formalni członkowie KOR-u mieli tworzyć pewną "czapę" reprezentującą szerszy ruch złożony z jego nieujawniających się współpracowników. Wiadomo było, że jedynie część sygnatariuszy Apelu prowadzić będzie aktywną działalność. Pochodzili oni przecież z bardzo różnych pokoleń. Najmłodszego z nich, Naimskiego, i najstarszego, Lipińskiego, dzieliło ponad sześćdziesiąt lat. Z założenia więc najstarsi członkowie komitetu mieli przede wszystkim uwiarygadniać całą akcję swoim autorytetem i służyć radą młodszym działaczom. To ci ostatni zajmowali się organizowaniem pomocy oraz tworzeniem pierwszych pism niezależnych - "Komunikatu" i "Biuletynu Informacyjnego". Do najbardziej dynamicznych działaczy w tym czasie należeli m.in.: Kuroń, Macierewicz, Naimski, Lipski oraz nienależący początkowo do KOR-u Chojecki, Romaszewski i właśnie Onyszkiewicz.
Niezależnie od stopnia aktywności, kolejnych członków KOR-u formalnie włączano w jego skład powoli. Najczęściej działo się to po pierwszych represjach, ponieważ umieszczenie nazwiska w składzie komitetu dawało pewną ochronę. Tak też się stało z Onyszkiewiczem, który został członkiem KOR-u, kiedy władze zdały sobie sprawę z jego zaangażowania. Świadczyła o tym rewizja w jego mieszkaniu pod koniec grudnia 1976 r., a w kolejnym miesiącu - zatrzymanie na 48 godzin. Włączono go formalnie w skład komitetu w styczniu 1977 r. W kolejnych miesiącach Onyszkiewicz ponosił konsekwencje jawnego zaangażowania. "Sam widziałem, jak znajomi zaczynali unikać kontaktu ze mną, jako z tym, który wychylił się za bardzo" - wspominał. Szczególnie dotkliwe musiało być dla niego wyrzucenie z szeregów Związku Harcerstwa Polskiego, do czego doszło w kwietniu 1977 r. Z pracy zrezygnował sam, żeby móc się w pełni zaangażować. Utrzymywał się, udzielając korepetycji z historii. W jego mieszkaniu parokrotnie przeprowadzono rewizję; wielokrotnie go zatrzymywano.
Ludzie, którzy w KOR-ze mieli okazję współpracować z Onyszkiewiczem, opisują go jako człowieka pełnego energii, szybko zapalającego się do tworzenia coraz to nowych inicjatyw. Jedną z jego bardziej udanych akcji był list pracowników "Ursusa" do Edwarda Gierka z apelem o przywrócenie do pracy zwolnionych kolegów. Chodziło o zorganizowanie tamtejszego środowiska do działania. Jak wspominał Wujec, Onyszkiewicz opowiadał, że rozmawiał z tamtejszymi robotnikami, którzy zaproponowali mu napisanie takiego listu. Onyszkiewicz i kilku innych współpracowników KOR-u przygotowało tekst i rozpoczęto akcję zbierania podpisów. Nie było to jednak łatwe. "Początkowo podpisy pod listem zbierane były w najbliższym otoczeniu hali, tam, gdzie ludzie najlepiej się znali: łączność między poszczególnymi halami musieli zapewniać ludzie KOR-u" - wspominał Onyszkiewicz. Udało się uzyskać prawie dziewięćset podpisów, co było ogromnym sukcesem utrudniającym rządzącym budowanie propagandowej narracji, w myśl której opozycyjni politykierzy mieli samowolnie wtrącać się w sprawy robotników. Akcja była niezwykle udana, mimo że grupa pracowników "Ursusa", która rzekomo zainicjowała akcję, w rzeczywistości nie istniała. Okazało się, że Onyszkiewicz rozmawiał o tym z... jednym robotnikiem.
Kilku działaczy KOR-u wspomina o pomysłach Onyszkiewicza z maja 1977 r. Po tajemniczej śmierci współpracownika komitetu Stanisława Pyjasa, pojechał on do Krakowa i wziął udział w tamtejszych protestach. Szedł wówczas na czele jednego z pochodów. Jego aktywność dostrzegła SB, która planowała objąć go śledztwem prowadzonym przeciwko dużej części młodych działaczy KOR-u. Onyszkiewicz nie został wtedy aresztowany, trudno jednak powiedzieć, że miał szczęście, bo kiedy wracał z Krakowa, samochód prowadzony przez współpracownika KOR-u Krzysztofa Łazarskiego miał "wypadek". Mocno połamany i unieruchomiony w łóżku Onyszkiewicz nie mógł uczestniczyć w protestach w obronie aresztowanych kolegów, co mu bardzo doskwierało. Nie będąc w stanie działać, wpadał na kolejne pomysły; nie wszystkie były realne. "I z tego leżenia, z niemożności działania zaczął świrować - gotów był natychmiast robić rewolucję" - wspominała z ironią Ludwika Wujec. Zbigniew Romaszewski twierdził, że pomysł Onyszkiewicza polegał na ustawieniu w wielu miastach Polski kapliczek i organizowaniu przy nich wszystkich... głodówek.
Pełnym sukcesem zakończyła się natomiast inna ówczesna akcja Onyszkiewicza. "Lato, cisza, przeraźliwy smutek sprawionego zawodu (ocalały członek młodego KOR-u, który nie potrafił skutecznie zastąpić aresztowanych kolegów) - wspominał czas unieruchomienia opozycjonista - I rosnące, coraz głębsze przekonanie, że następnym krokiem powinno być stworzenie pisma, które "samo" zorganizuje robotników, dokładnie tak, jak nas wtedy uczyły do znudzenia czytanki o młodym Leninie". Podobny kierunek wyznaczała tradycja legendarnego "Robotnika" PPS tworzonego przez Piłsudskiego. Taką właśnie nazwę przyjęło korowskie pismo, którego inicjatorem był Onyszkiewicz. Chodziło o to, żeby nie tylko bronić robotników przed represjami, ale też nauczyć ich samodzielnie walczyć o swoje prawa.
Korowski "Robotnik" był fenomenem, jako jedyne pismo niezależne rozchodzące się nie w setkach (jak większość takich pism), ale w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy. Nazwisko Onyszkiewicza od pierwszego numeru widniało w stopce redakcyjnej. Jego rola sprowadzała się do spraw organizacyjnych, niezależnym dziennikarstwem zajmowali się w "Robotniku" głównie Lityński, Ludwika Wujec oraz Helena Łuczywo. Mimo to udział w tworzeniu pisma był dla Onyszkiewicza jednym z najważniejszych doświadczeń opozycyjnych. Do dzisiaj żałuje jedynie, że nie nauczył się pisać i redagować gazety, żeby móc realnie uczestniczyć w pracach redakcyjnych.
Mniej więcej wtedy, gdy zaczął ukazywać się "Robotnik", KOR zmienił nieco formułę działania. Latem 1977 r., w ramach amnestii, na wolność wyszli nie tylko aresztowani na kilka miesięcy działacze KOR-u, ale też ostatni uczestnicy protestów w Ursusie i Radomiu. Jeden z głównych celów komitetu został więc zrealizowany. Wówczas, nie bez sporów, podjęto decyzję o kontynuowaniu działalności pod nieco inną nazwą. We wrześniu 1977 r. powstał Komitet Samoobrony Społecznej "KOR", który miał się zajmować wspieraniem wszelkich działań niezależnych i opozycyjnych, dokumentowaniem łamania zasad praworządności oraz walką o przestrzeganie praw człowieka. Z czasem wokół KOR-u zaczęły funkcjonować różne inne inicjatywy: Studenckie Komitety Solidarności, Biuro Interwencyjne KOR, Niezależna Oficyna Wydawnicza czy wreszcie kilka pism niezależnych.
Wokół pisma "Głos" rozpoczął się konflikt wewnątrz KOR-u. Najprościej można go zarysować jako spór Antoniego Macierewicza i jego środowiska, tworzonego głównie przez ludzi Czarnej Jedynki, z kręgiem Adama Michnika (który w 1977 r. wrócił do kraju i stał się czołowym działaczem KOR-u) oraz Jacka Kuronia. Spór miał podłoże ambicjonalne, ale też programowe. Stronnicy Macierewicza opowiadali się za silniejszym akcentowaniem postulatów niepodległościowych oraz krytykowali tradycję rewizjonistyczną, z której wywodził się przede wszystkim Kuroń. "Głos" początkowo miał być organem publicystycznym KSS "KOR", szybko jednak, na skutek sporu, stał się pismem związanym z grupą Macierewicza, akcentującym coraz silniej swoją odrębność. Onyszkiewicz, chociaż znał od lat redaktora naczelnego pisma i wywodził się z Czarnej Jedynki, nie należał do tej grupy. Wszedł do redakcji "Głosu", ale - podobnie jak w przypadku Jana Józefa Lipskiego - obecność jego nazwiska w stopce służyła w dużej mierze łagodzeniu konfliktu wewnątrz środowiska korowskiego.
Wraz z upływem lat związki Onyszkiewicza z Macierewiczem słabły. "Między nim a Antkiem były początkowo niesłychanie silne więzi przyjaźni i współpracy, po czym wszystko się jakoś rozluźniło" - wspominał Andrzej Rosner, współpracownik KOR-u związany wówczas z "Głosem". Nie znaczy to, że Onyszkiewicz należał do najbliższego kręgu Kuronia i Michnika. W niektórych sprawach spornych zgadzał się z jednym środowiskiem, a w innych - z drugim. Podobnie postępowało w KOR-ze więcej osób, jak choćby Józef Rybicki czy Zofia i Zbigniew Romaszewscy.
Onyszkiewicz do dzisiaj ceni rolę zarówno Kuronia, jak i Macierewicza. "Wśród tzw. młodego KOR-u ogromną rolę odgrywał Jacek Kuroń. Poza tym, że był nieformalnym rzecznikiem Komitetu - gdy pojawiał się jakiś problem, zawsze pierwszy zajmował stanowisko. Pisał tekst - zazwyczaj z gruntu niesłuszny, ale stanowiący punkt wyjścia. Efekt finalny zasadniczo różnił się od pierwowzoru, ale dzięki Jackowi spotkania plenarne zaczynały się od czegoś konkretnego. Zresztą trzeba mu przyznać, że posiadał wyjątkową zdolność do przyjmowania opinii innych, jeżeli były słuszne. Nie potrafił tego Antek Macierewicz, za to był w stanie zaproponować rozwiązanie jakiegoś problemu bardzo bliskie temu, co ostatecznie przyjmowaliśmy". Może właśnie unikanie skrajności, wyważony ton wspomnień Onyszkiewicza sprawiają, że poza historykami niewiele osób o nim pamięta.
Spośród czołowych postaci komitetu zapewne najbliższy Onyszkiewiczowi stał się Jan Józef Lipski, który zresztą wkrótce został jego... teściem, ponieważ Onyszkiewicz poślubił Agnieszkę Lipską, wówczas również opozycjonistkę. Od jesieni 1978 r. oboje mieszkali w Lublinie, bo żona Onyszkiewicza studiowała na KUL. Często jeździli do Warszawy, ale działalność opozycyjną prowadzili również "na miejscu". Onyszkiewicz kontaktował się niekiedy z redakcją lubelskich "Spotkań" i z innymi środowiskami, wpadł nawet w Lublinie na pomysł stworzenia pisma niezależnego dla... niewidomych "Wolna Taśma", nagrywanego na kasetę, ale do realizacji tego pomysłu nie doszło.
Nawiązywanie kontaktów opozycyjnych w Lublinie nie było łatwe. Służba Bezpieczeństwa raportowała na temat rozmowy Onyszkiewicza z Wujcem: "Z informacji przekazanych z przebiegu spotkania, wynika, że Onyszkiewicz wraz żoną zamierzają na KUL, gdzie oboje studiują, zorganizować placówkę "Graczy". W zamierzeniu tym napotykają jednak duże trudności wiążące się z brakiem chętnych do prowadzenia tego rodzaju działalności". Kolejne lata przyniosły jednak spektakularną zmianę sytuacji.
Najpierw była akcja obrony działacza niezależnego ruchu rolniczego Jana Kozłowskiego. Onyszkiewicz wraz z Wojciechem Samolińskim zaangażowali różne środowiska: ludzi z pisma "Spotkania", duszpasterstwa ks. Ludwika Wiśniewskiego, księży, którzy odprawiali msze w jego intencji, sami rozlepiali ulotki. Z ich inicjatywy powstał list w obronie Kozłowskiego podpisany przez wiele znanych osób (m.in. prominentnego działacza ludowego Franciszka Kamińskiego, ks. Edwarda Frankowskiego, Władysława Bartoszewskiego i Jana Józefa Szczepańskiego). Elementów składowych akcji w obronie Kozłowskiego było wiele. Trwała ona długo, bo Kozłowski został skazany i kolejne miesiące spędzał w więzieniu. Mobilizacja lublinian i mieszkańców innych miast w regionie przyniosła efekt latem 1980 r.
W lipcu 1980 r. pierwsze główne ognisko protestów robotniczych stanowiła właśnie Lubelszczyzna. Korzystając z sieci kontaktów zbudowanej m.in. właśnie przy okazji akcji w obronie Kozłowskiego, Onyszkiewicz zorganizował niezwykle prężnie działającą grupę, która zbierała informacje o protestach, wspomagała tworzenie komitetów strajkowych, nawiązywała kontakty z ich przywódcami. Wszystkie informacje Onyszkiewicz przekazywał bezpośrednio Kuroniowi. "Pamiętam budkę telefoniczną w Lublinie z widokiem na wiadukt, na którym od wielu dni stała unieruchomiona lokomotywa i rozmowę ze zdenerwowanym Jackiem: "Jacku, lokomotywa stoi, jak stała". Strajk w lokomotywowni skończył się kilka dni później zgodą na wybory do nowej rady zakładowej" - wspominał opozycjonista okoliczności zdawania relacji ze strajku lubelskich kolejarzy. Dzięki jego aktywności za pośrednictwem warszawskiej "centrali" u Kuronia o strajkach robotniczych na Lubelszczyźnie szeroko informowało Radio Wolna Europa, przyczyniając się do wzrostu liczby protestów.
Lata 80. w działalności opozycyjnej Onyszkiewicza były mniej znaczące. Oczywiście aktywnie działał w lubelskiej "Solidarności". Chyba jedyny raz w życiu pracował w wyuczonym zawodzie: w Komisji Historycznej Regionu Mazowsze. Uniknął internowania, dość długo się ukrywał. W podziemiu nie odgrywał jednak tak istotnej roli, jak wcześniej, chociaż brał udział w pracach grupy zbierającej informacje o represjach. Wynikało to też z konieczności poświęcenia się rodzinie. Onyszkiewicz zajmował się dwoma synami, kiedy jego żona kończyła studia. W 1989 r. działał w Komitecie Obywatelskim, uczestniczył w organizacji wyborów.
Inaczej niż wielu kolegów z KOR-u nie został ani znanym dziennikarzem, ani politykiem. Działał w organizacjach charytatywnych, m.in. współtworząc bank żywności, w którego ramach rolnicy - w zamian za organizację wycieczek po Warszawie dla ich dzieci - przekazywali biednym żywność. Aktywności społecznej Onyszkiewicz poświęca się w dużej mierze do dziś. Mieszkańcy Muranowa mogą go czasem spotkać, kiedy szybkim krokiem przemierza z plecakiem ulice w drodze po zakupy dla jakiejś starszej pani.
Tablica wisząca na terenie Stoczni Gdańskiej w trakcie strajku w sierpniu 1980 r.
Wstęp
Kazik Staszewski, wokalista wyrosłego z punk rocka zespołu Kult, niedługo po upadku komunizmu usłyszał rozmowę, w której dwaj dawni działacze podziemia solidarnościowego z rozrzewnieniem wspominali miniony czas emocjonujących przygód, jakim były dla nich lata 80. Wtedy Kazik napisał prześmiewczy tekst Parady wspomnień. Śpiewał w niej:
Ulice toną w czerwieni
My w rękach mamy kamienie
Majowe słońce tak praży
Chłodzą nas wody strumienie
Z ponurego średniowiecza
Krucjata przeciwko Polsce
Opornik w klapy wpinamy
Ach, jakże było wspaniale!
I praca ciężka po nocach
Aby nadążyć przed ranem
Niech tłuszcza w końcu zrozumie
Dla kogo się narażamy
W południe stanąć na baczność
Tysiące kartek papieru
Gaz dookoła się ściele
Ach, jakże było wspaniale!
Kazik kpił z solidarnościowego kombatanctwa i "sielankowego" obrazu, na który składały się demonstracje uliczne i walki z ZOMO, wpinanie w klapy oporników i nocne drukowanie bibuły. Niemniej Parada wspomnień częściowo oddawała prawdę. Bo działalność w opozycji demokratycznej w czasach PRL rzeczywiście dostarczała wielu pozytywnych emocji związanych z przypływem adrenaliny, poczuciem sensu tego, co się robi, satysfakcji, wspólnoty, przyjaźni i zaufania do współpracowników. Drugą stroną tego medalu były przede wszystkim ludzkie dramaty związane z aresztowaniami, karami więzienia, pobiciami, zniszczonymi karierami czy choćby po prostu z życiem w poczuciu stałego zagrożenia.
Kiedy Kazik pisał swój tekst, solidarnościowe kombatanctwo raczej nie było w modzie. Bardzo szybko po 1989 r. przeszłość opozycyjna przestała interesować kogokolwiek, łącznie z samymi niedawnymi konspiratorami. Zmieniło się to nieco później, ale chyba w dość ograniczonym stopniu. Boom na zainteresowanie historią, który nastąpił już w nowym tysiącleciu, wzbudził fascynację najpierw przede wszystkim powstaniem warszawskim, a później żołnierzami powojennego podziemia niepodległościowego. Czy miał również pewne przełożenie na wzrost zainteresowania zupełnie niedawnymi kartami historii: powstaniem "Solidarności", stanem wojennym, upadkiem komunizmu? Trudno powiedzieć. Z pewnością popularyzacja tego wątku historii nie nadążała i nie nadąża do dzisiaj za przyrostem wiedzy naukowej. Powstanie Instytutu Pamięci Narodowej zdynamizowało badania nad historią ruchów opozycyjnych wobec polskiej odmiany komunizmu. Każdego roku w różnych wydawnictwach ukazuje się co najmniej kilkanaście książek naukowych na ten temat (często dotyczą one spraw bardzo szczegółowych i regionalnych). Wydano wiele ciekawych książek wspomnieniowych, wyborów źródeł, antologii różnego rodzaju tekstów związanych z dziejami opozycji w PRL. Nadal jednak brakuje publikacji, które dzieje opozycji pokazywałyby w sposób atrakcyjny nie tylko dla zawodowych badaczy, ale też dla szerszego grona czytelników.
Idea choćby częściowego wypełnienia tej luki przyświecała mi w momencie tworzenia koncepcji niniejszej książki. Zawiera ona szkice na temat różnych wątków z historii opozycji w PRL. Większość to poprawione i uzupełnione wersje tekstów opublikowanych wcześniej w gazetach i czasopismach oraz na portalach internetowych. Natomiastcztery zostały tutaj opublikowane po raz pierwszy.
Teksty zebrane w tej książce nie tworzą zwartej całości ani nie prezentują kompleksowo historii opozycji. Brak na jej kartach niektórych absolutnie kluczowych zdarzeń, inicjatyw czy postaci nie świadczy o niedocenianiu przeze mnie ich znaczenia. Tematyka zamieszczonych szkiców stanowi po prostu odbicie moich zainteresowań badawczych. Koncentruję się w dużej mierze na nurcie opozycji wywodzącym się z Komitetu Obrony Robotników i głównym nurcie solidarnościowej konspiracji. Jednocześnie staram się pokazywać zróżnicowanie opozycji; sięgam do wydarzeń i osób związanych z innymi środowiskami. Wszystko to składa się na dość skomplikowaną mozaikę postaci, wątków, epizodów i problemów, które łączą się z historią opozycji w PRL.
Część tekstów prezentuje sylwetki różnych opozycjonistów. Bohaterowie tej książki są bardzo różni. Wystarczy wymienić kilkoro z nich: Wojciech Onyszkiewicz - zapomniany współzałożyciel KOR-u; Adam Kersten - profesor historii, który przeszedł drogę od entuzjastycznego poparcia dla komunizmu do współtworzenia niezależnego ruchu wydawniczego; Konstanty Gebert - syn pary komunistów, który walczył z systemem współtworzonym przez swoich rodziców, a od tworzenia w stanie wojennym skromnego biuletynu zaczął drogę ku profesjonalnemu dziennikarstwu; Stanisław Dronicz - zawodowy żołnierz, który po odejściu ze służby sam nawiązał kontakt z podziemiem, publikował w konspiracyjnej prasie artykuły o sytuacji w wojsku, a potem tworzył nawet podziemną gazetę przeznaczoną specjalnie dla żołnierzy; Jacek Maziarski - dziennikarz oficjalnej prasy, który w stanie wojennym zamieścił ogłoszenie, że "szuka uczciwej pracy", a potem stał się czołowym publicystą opozycyjnym. W książce pojawia się jeszcze kilka innych sylwetek bardziej lub mniej znanych opozycjonistów.
Trzeba podkreślić, że teksty były publikowane w różnych miejscach, co miało często decydujący wpływ na ich długość. Absolutnie nie ma to związku z pozycją i znaczeniem danej osoby. Na przykład szkic o Janie Józefie Lipskim - z pewnością najbardziej znaczącej z opisywanych przeze mnie postaci - jest jednym z najkrótszych, bo wynikało to z wymogów portalu internetowego, dla którego został pierwotnie napisany.
W kilku innych tekstach starałem się pokazać w atrakcyjny sposób najważniejsze wątki z dziejów "Solidarności" i opozycji demokratycznej związane przede wszystkim z wprowadzeniem stanu wojennego (i przygotowaniami do tej operacji) oraz tworzeniem się oporu przeciwko władzy już po 13 grudnia 1981 r. Niektóre szkice przypominają z kolei zapomniane epizody tej historii, jak choćby aktywność środowiska KOR-u związaną z bolączkami życia codziennego Polaków: brakiem leków, stanem szpitali, trudnościami w otrzymaniu mieszkania czy sytuacją w więzieniach, a także kulisy i spory wokół reaktywacji pisma "Res Publika" na oficjalnym rynku wydawniczym w 1987 r. W innym tekście pokazuję, jak władze komunistyczne, nominalnie lewicowe, nie wahały się wykorzystywać antysemickich stereotypów w walce z opozycją demokratyczną i "Solidarnością". Jeden z zamieszczonych artykułów dotyczy dzisiejszych sporów o KOR; inny - pojęcia rewizjonizmu, do którego stosunek był powodem jednego z głównych podziałów wewnątrz opozycji.
Dwa artykuły pokazują nastroje społeczeństwa polskiego w dwóch szczególnie istotnych momentach. Jeden opisuje listy, jakie do strajkujących w sierpniu 1980 r. pisali "zwykli" ludzie; drugi - emocje, jakie towarzyszyły polskiemu społeczeństwu w pierwszych dniach po porwaniu ks. Jerzego Popiełuszki, kiedy nie było wiadomo, co się z nim stało.
Inny tekst przypomina zapomnianą historię rolniczej "Solidarności", której legalizacja była jedną z głównych kwestii spornych w latach 1980-1981.
Tom zamykają teksty o sprawie uchodźców z NRD w 1989 r. (pierwszym problemie dyplomatycznym solidarnościowego premiera Tadeusza Mazowieckiego) oraz o historii Archiwum Wiktora Kulerskiego - ogromnego zbioru konspiracyjnej korespondencji, która rzuca światło na wiele tajemnic z historii opozycji w PRL. Myślę, że każdy, kogo choć trochę interesują dwie ostatnie dekady komunizmu w Polsce, znajdzie w tym tomie coś ciekawego.
Książka ta nie powstałaby, gdyby nie dofinansowanie dla wydawcy przyznane przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach programu "Literatura", za co mogę tylko wyrazić wdzięczność. Dziękuję również Jarosławowi Talasze, Beacie Jankowiak-Konik i Sylwii Łysik z wydawnictwa Trzecia Strona, które zdecydowało się na wydanie już drugiej mojej książki związanej z dziejami opozycji w PRL oraz profesorom Antoniemu Dudkowi i Janowi Skórzyńskiemu, którzy napisali pozytywne recenzje projektu książki. Największe podziękowania winny jestem jednak najbliższym przyjaciołom, rodzinie, a przede wszystkim mojej żonie Magdzie i synowi Frankowi, którzy nadają mojej pracy głębszy sens.
Wojciech Onyszkiewicz, 1978 lub 1979 r.