ROZDZIAŁ 2. JULIA Z CAPULETICH I ROMEO Z PIEKŁA RODEM
Już od czasów liceum nazwisko Julii było przedmiotem żartów ze strony rówieśników ze szkolnej ławy. Co chwilę dochodziły do niej złośliwe komentarze: "Julia, gdzie Twój Romeo", "Jak się sprawy mają w rodzie Capuletich", "Tylko nie powtarzaj dramatu z Werony"...
Julia Kapulecka nauczyła się dzielnie znosić te przytyki. Pomogła w tym jej mama. Pewnego razu, kiedy jej córka znów wróciła z internatu z nosem na kwintę, przeklinając oczywiście swoje nazwisko, powiedziała:
- Takich Kowalskich czy Nowaków są w Polsce miliony, a Ty jesteś Kapulecka - jesteś wyjątkowa. Kiedy ktoś jest przekonany, że jest lepszy od ciebie, bo ma szlacheckie nazwisko czy też jest bardziej majętny, to nie wyprowadzaj go z błędu. Ludzkie ego jest odwrotnie proporcjonalne do posiadanej wiedzy, więc przymknij na to oko, pomyśl swoje i poczekaj na bardziej sprzyjające okoliczności, by udowodnić swoją wartość.
* * *
Mama Julii - Zofia - była niezwykle mądrą kobietą. Nie miała niestety możliwości ukończenia studiów, bo dzieci z jej pokolenia, w dodatku mieszkające na wsi, miały krótko po wojnie zawężony wachlarz możliwości edukacyjnych. Mimo to ukończyła technikum krawieckie - w tamtych czasach trzeba było mieć fach w ręku. Nie do pomyślenia było ukończenie liceum, "bo jakże tak bez zawodu" - strofowała ją jej własna matka, prędko wybijając córce z głowy "szkołę bez przyszłości".
Z domu rodzinnego Zosia, oprócz najważniejszych umiejętności, jakie miały jej pomóc w radzeniu sobie z każdą życiową sytuacją, wyniosła również ogromny szacunek do ludzi i niebywałą pracowitość. Wieczorami, kiedy dzieci już spały, siadała zmęczona przy lampie, brała kłębek wełny i wyczarowywała piękne swetry, czapki i szale. Wyszywała płócienne obrusy w kaszubskie wzory i siadała przy starym Singerze 226, spod którego igły wychodziły cacka, jakich mogliby pozazdrościć najznakomitsi projektanci mody z Paryża czy Mediolanu. Marzyła, żeby dołączyć do ikon światowego wzornictwa, ale ówczesne czasy i sytuacja tej branży na polskim rynku mało komu dawały szansę na zaistnienie... Po ślubie z Michałem, synem gospodarza z pobliskiej wsi, w mgnieniu oka pojawiły się dzieci i marzenia trzeba było odłożyć na później, a raczej na "wieczne nigdy".
Zosia prowadziła z mężem gospodarstwo rolne nastawione na ogrodnictwo i uprawę roli. Mimo iż na półkach w sklepach brakowało podstawowych towarów, w ich domu zawsze było wszystkiego pod dostatkiem, a dzieci chodziły czysto i schludnie ubrane. Największą nagrodą za ciężką pracę były ich uśmiechy, gdy pałaszowały upieczone przez nią drożdżówki z owocami zebranymi w rodzinnym sadzie. Dla nich chciała lepszej przyszłości. Nie żeby skarżyła się na swój los, ale pragnęła, aby dzieci w życiu mogły spełniać swoje marzenia i nie musiały tak ciężko pracować, jak ona i Michał.
A dzieci doczekała się trojga. Najstarszy Paweł pomagał ojcu w gospodarstwie, gdy tylko wracał ze szkoły i odkładał tornister. Jego siostry Maria i Julia również ciężko pracowały w sadzie i ogrodzie, wspierając mamę. Gdy ich rówieśnicy wyjeżdżali z rodzicami na wakacje, Paweł, Maria i Julia zrywali owoce, dostarczane później do skupu lub wykorzystywane na przetwory na zimę. A tych Zofia produkowała krocie. I jakimś dziwnym trafem te tony truskawkowych dżemów, porzeczkowych soków i gruszkowych kompotów w spiżarni każdego roku ledwo doczekiwały do wiosny.
Mimo pracy w gospodarstwie, która wydawała się nigdy nie kończyć, Zosia zawsze znajdowała czas, aby poczytać dzieciom książkę do snu. Latem, po pracowitym dniu, zabierała je nad pobliskie jezioro, gdzie pławiły się w wodzie do momentu, gdy stopień zasinienia ust osiągał apogeum, ale oczywiście nikomu zimno nie było... W zimowe wieczory grała z pociechami w warcaby lub uczyła sprytnych gambitów w szachach. Dawała im to, czego sama nie doświadczyła w dzieciństwie. A tym niezwykłym podarunkiem był czas.
Zofia starała się wychowywać dzieci w poszanowaniu dla drugiego człowieka i jego uczuć, tak jak to wyniosła z domu. Dzięki tej rodzinnej dewizie cała trójka wyrosła na empatycznych i wrażliwych młodych ludzi.
* * *
Julia z rodu Kapuleckich, za radą matki, kwitowała szkolne docinki rówieśników milczeniem, a z czasem, po nabraniu dystansu do samej siebie, w równie żartobliwy sposób odpalała ciętą ripostę. Fakt jednak był taki, że w liceum połowa chłopaków z klasy robiła do niej maślane oczy, czego oczywiście Julia nie widziała, gdyż była skupiona na nauce. Kuriozalne było to, że to właśnie ta połowa chłopców, która naśmiewała się z jej nazwiska, byłaby gotowa rzucić się za nią w ogień.
Cóż poradzić, każdy wiek rządzi się swoimi prawami, a sposób okazywania młodzieńczych uczuć jest równie dziwny i niepojęty, jak dla niektórych to, że komuś może smakować kanapka z żółtym serem i dżemem.
Okres liceum był dla Julii szansą na wyrwanie się z rodzinnego domu. Przeprowadziła się z małej, kaszubskiej miejscowości, położonej nad jeziorem Garczyn, do Gdańska, by tam przez cztery lata mieszkać w internacie i poznawać zalety i wady dużej aglomeracji.
Zawsze z chęcią wracała na weekendy do domu, by pomagać rodzicom i spotykać się z rodzeństwem. Jej brat kończył w tym czasie studia na SGGW w Warszawie, a siostra rozpoczynała naukę na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Podczas weekendowych, rodzinnych zjazdów dom na powrót zamieniał się w gwarną agorę, na której młodzi licytowali się, które z nich ma bardziej przechlapane u swoich nauczycieli.
Kiedyś Paweł, stanąwszy w drzwiach domu, oświadczył:
- Jeśli chodzi o hit hitów ubiegłego tygodnia na uczelni, to uwierzcie mi, siostrzyczki, nie pobijecie mnie żadną swoją historią. Wyobraźcie sobie, że mieliśmy egzamin z gleboznawstwa. Profesor Zientarski najpierw przeprowadził egzamin pisemny, a następnie dopytywał jeszcze osoby, które nie poradziły sobie najlepiej. Mam taką koleżankę Ewę, która totalnie się nie przygotowała. Profesor, chcąc dać jej szansę, zadawał łatwe pytania. Ona mimo wszystko nie znała na nie odpowiedzi. Przeszedł wreszcie do typów gleby, żeby chociaż wyciągnąć ją na tróję na szynach. Zrezygnowany zapytał:
- To powiedz mi chociaż, jaki kolor mają bielice?
- Biały...? - wydukała ni to odpowiadając, ni pytając. - Zientarski zrobił się czerwony na twarzy, wybałuszył oczy i wrzasnął:
- Biały!!! Jak biały?!
- Jak śnieg... - odpowiedziała Ewa.
Wszyscy wybuchli gromkim śmiechem, a Paweł, uradowany ze swojej studenckiej anegdoty, zapytał:
- A wam jak minął tydzień? Macie jakieś rewelacje?
* * *
W takim właśnie domu dorastała Julia. Pełnym śmiechu, radości, wypełnionym miłością. W którym dyskutowało się o wszystkim. Dzieliło się troskami i znajdowało rozwiązania pojawiających się problemów. Nikt nie marudził, że musi wyrzucić śmieci czy wypielić grządki w ogrodzie. Każdy znał swoje obowiązki i bez szemrania je wykonywał.
Mieszkanie na wsi często wiązało się z trudnościami i nieraz sielanka zamieniała się w szkołę przetrwania. Zdarzało się, że zimą Julia stała godzinę lub dłużej w dwudziestostopniowym mrozie na przystanku autobusowym, chcąc dostać się do oddalonej o kilka kilometrów szkoły podstawowej, a mimo to autobus nie nadjeżdżał. Przy niskich temperaturach paliwo namiętnie zamarzało lub świece żarowe nie odpalały, a przy dużych opadach śniegu drogi były nieprzejezdne. Wówczas wracała przemarznięta do domu, a ojciec rzucał wszystko i wiózł ją do szkoły. Kiedy drogi były nieodśnieżone, zwyczajnie zostawała w domu.
Podczas gdy jej rówieśnicy z klasy odpoczywali już po lekcjach, ona dopiero wracała do domu kościerskim pekaesem. Koledzy uczęszczali na korepetycje, a Julia musiała uczyć się sama, gdyż we wsi nie było nikogo, kto mógłby jej pomóc w nauce. Ojciec, zajęty pracą, nie miał czasu wozić jej do pobliskiego miasta. Czasem wspierało ją starsze rodzeństwo, ale głównie rozpracowywała sama wszystkie zagadnienia, zamykając się w pokoju i ambitnie ślęcząc nad książkami.
Z okresu młodzieńczego zapadło jej w pamięć szczególnie jedno wydarzenie. Chodziła wówczas do szkoły podstawowej. Jakoś tak dziwnie się złożyło, że nie zdążyła przeczytać lektury, a ponieważ była pilną uczennicą, to nastawiła budzik na 2:00, żeby do rana dokończyć czytanie powieści Ireny Jurgielewiczowej "Ten obcy". Chciała pójść do szkoły przygotowana na sprawdzian.
O godzinie 3:20 usłyszała, że ktoś otworzył drzwi wejściowe do domu. To byli rodzice. Właśnie wrócili z giełdy owocowo-warzywnej, gdzie sprzedawali dobroci wyhodowane we własnym sadzie. Wstrząśnięta Julia popatrzyła na zegarek i nie mogła powstrzymać łez. Nigdy wcześniej nie zauważyła ich nocnej nieobecności.
Dotarło wówczas do niej, do jakich poświęceń byli zdolni, aby im żyło się dostatnio. Mimo ciężkiej pracy w ciągu dnia zarywali również noce... Postanowiła wówczas, że zrobi wszystko, żeby zdobyć gruntowne wykształcenie i nigdy nie pracować tak ciężko, jak oni.
Po liceum Julia rozpoczęła studia na Uniwersytecie Gdańskim. Wybrała dziennikarstwo. Miasto znała już jak własną kieszeń, a spędzone w nim wcześniej cztery lata dodały jej tylko pewności siebie i poczucia, że stąpa po twardym gruncie.
Książki pochłaniała w mgnieniu oka jak mamine drożdżówki z owocami. Była dociekliwa, stanowcza i nieugięta w dążenia do celu. Poprzednie lata, spędzone w obcym mieście, sprawiły, że etap wylęknionego pisklęcia miała już za sobą. W kolejny rozdział życia wchodziła doroślejsza, mądrzejsza o nowe doświadczenia, które ukształtowały jej odporność na ludzką krytykę, obłudę i głupotę.
Oczywiście koledzy na roku nie omieszkali naśmiewać się z jej nazwiska również na studiach, ale ona krótko ucinała takie przytyki. Była pracowita, przedsiębiorcza i walczyła o swoje przekonania do upadłego. Z wiekiem, za radą Machiavellego, nauczyła się, że w życiu "trzeba być lisem i lwem". Czasem wykorzystywała swoje wdzięki, żeby dzięki miłej i serdecznej rozmowie "załatwić" lepszy pokój w akademiku albo wydłużyć w dziekanacie termin płatności za egzamin warunkowy dla koleżanki. Nigdy jednak nie posunęła się do tego, aby stosować podobne sztuczki na profesorach podczas egzaminów.
Choć Julia nieustannie poszerzała swoje horyzonty intelektualne, jej życie uczuciowe, od czasu liceum, niezmiennie tkwiło w martwym punkcie. Mimo że adoratorów miała na pęczki. Twierdziła, że żaden nie przyprawił jej o motyle w brzuchu, więc szkoda marnować na nich czas. Tak było do momentu, gdy na piątym roku poznała Carla - chłopaka z wymiany, który przyjechał do Polski w ramach programu Erasmus. Studiował na Sapienza Universita di Roma i miał spędzić rok w murach Uniwersytetu Gdańskiego.
Julia spostrzegła po raz pierwszy nieco zagubionego studenta na korytarzu gdańskiej uczelni. Podeszła i zapytała:
- Szukasz jakiejś konkretnej sali?
- Słabo mówię po polsku - odpowiedział jej w języku angielskim.
Automatycznie przekonwertowała pytanie na angielski i uśmiechnęła się szeroko, pokazując białe, równe zęby.
- Mam zajęcia z profesorem Wilcynskim - wyartykułował z nieskrywaną trudnością.
- Aaaa, z Wilczyńskim... - poprawiła go. To musisz iść na drugie piętro, do auli. Albo chodź, zaprowadzę cię. Mam na imię Julia i jeśli zechcesz, będę twoją przewodniczką po zakamarkach naszego uniwersytetu - zażartowała.
- Carlo Russo - przedstawił się młodzieniec, podając jej dłoń.
- Hahaha... To prawie jak Carlo Rossi - takie wino popularne w Polsce, chociaż niektórzy nie nazywają tego trunku winem - skwitowała krótko. - Co cię skłoniło do przyjazdu do Polski? - zapytała.
- Słyszałem, że w Polsce jest wiele pięknych kobiet, więc zaryzykowałem - uśmiechnął się chłopak - i mit okazał się prawdą - dokończył, mrugając porozumiewawczo.
- Dowcipny - przemknęło jej przez głowę - a w dodatku taki przystojny...
Julia regularnie mijała Carla na uczelnianych korytarzach. Coraz częściej rozmawiali. W pewnym momencie zaczęli umawiać się wieczorami, by razem wyjść do klubów studenckich. Włoch okazał się bardzo interesujący, wszechstronny, a przy tym szarmancki i niezwykle pociągający. Jego południowa uroda i ognisty temperament przypadły jej bardzo do gustu. Spędzali ze sobą każdą wolną chwilę.
Młoda Kapulecka była jego przewodnikiem nie tylko na uczelni. Chętnie pokazywała mu miasto. Często spacerowali od Traktu Królewskiego, przez Bramę Wyżynną, czasem zahaczając o Muzeum Bursztynu. Podziwiali Złotą Bramę, która łączyła elementy zaczerpnięte z architektury klasycznej ze zdobieniami charakterystycznymi dla renesansu i manieryzmu niderlandzkiego. Julia w szczegółach opowiadała o figurze Świętego Jerzego, pogromcy smoka, która wieńczyła przylegający do Złotej Bramy Dwór Bractwa św. Jerzego. W tym budynku o niezwykłej historii znajdowała się siedziba bractwa, później odwach, a nawet szkoła sztuk pięknych. Współcześnie mieści się tam siedziba Stowarzyszenia Architektów Polskich.
Dziewczyna ubierała na te eskapady wygodne, płaskie obuwie, aby nie wykrzywiać stóp w butach na obcasach, niemiłosiernie grzęznących w bruku ulicy Długiej. Zabierała Carla na wieżę ratusza, skąd rozciągał się piękny widok na czerwone dachy kamienic, fontannę Neptuna, Długi Targ i Bazylikę Mariacką - najwyższą na świecie ceglaną świątynię.
Przez te wszystkie lata poznała miasto lepiej niż niejeden rodowity gdańszczanin. Opowiadała więc Carlowi o Jarmarku Dominikańskim, podczas którego uliczki tętnią życiem i feerią barw, a na każdym rogu stoją stragany z rękodziełem. Miała nadzieję, że następnego lata pokaże mu tę różnorodność i gwar. Już nie mogła się tego doczekać.
Młodzi coraz lepiej czuli się w swoim towarzystwie. Często spacerowali Długim Pobrzeżem wzdłuż Motławy, zatrzymując się na lampkę wina w przytulnych restauracyjkach. Siadywali na nabrzeżu, gdzie dziewczyna uczyła go "puszczać kaczki". Nabyła tę umiejętność od starszego brata jeszcze w dzieciństwie, kiedy chodzili nad jezioro położone w ich rodzinnej miejscowości. Teraz dzieliła się wszystkim z Carlem, nawet tak błahymi umiejętnościami, jak tworzenie serii kręgów na wodzie, przy użyciu obłych kamieni.
Chęć do współdzielenia doświadczeń była olbrzymia. Jeszcze w liceum udało się jej parokrotnie wyjechać z przyjaciółmi w góry, które pokochała od pierwszego wejrzenia i jak dotąd były jej jedyną miłością. Wszystko wskazywało na to, że powoli rozpalało się w jej sercu nowe uczucie - tym razem nie "do czegoś", a "do kogoś". W głowie kiełkowała jej myśl, żeby podzielić się z ukochanym tą swoją górską pasją przy najbliższej okazji.
* * *
Zanim jednak Julia zaproponowała ukochanemu wspólny wyjazd w Tatry, zaprosiła go w rodzinne strony, by przedstawić go najbliższym. Spakowali więc najpotrzebniejsze rzeczy i wyjechali z Gdańska na weekend na malowniczą kaszubską wieś.
Podróż minęła bez większych przygód. Julia była niezmiernie podekscytowana i szczęśliwa, że wreszcie jej rodzina pozna chłopaka, którego wybrała. Widziała jednak pewną dozę niepokoju i niepewności w jego zachowaniu. Uśmiechem i bliskością cały czas starała się dodawać mu otuchy.
Z dworca w Kościerzynie odebrał ich Paweł, który po ukończeniu studiów przejął od ojca gospodarstwo. Dzięki niemu wiele się zmieniło. Z pomocą unijnych dotacji zmodernizował i zmechanizował ojcowską spuściznę. Teraz śmiało dało się powiedzieć, że była ona już bardziej przedsiębiorstwem niż gospodarstwem rolnym. Rodzice oddali w ręce syna dorobek życia i wreszcie zwolnili tempo - w teorii. Ojciec jakoś nie mógł bowiem do końca pogodzić się z emeryturą. Gdy tylko miał okazję, pomagał synowi w drobnych pracach i stale doradzał, stając się swoistym agronomem. Paweł miał świadomość, że całe życie taty to praca, a oferta ciepłych kapci i miękkiego koca mogłaby raczej wpędzić go do grobu niż odprężyć. Znosił więc cierpliwie wszystkie jego uwagi i przyjmował oferowaną pomoc. Pomimo pewnych różnic tworzyli razem całkiem dobry zespół.
Już w progu domu Julia wyczuła rozkoszne zapachy, które od razu przeniosły ją w świat dzieciństwa.
- Dzień dobry - rzuciła radośnie na powitanie. Weszła do kuchni, a uśmiech na jej twarzy stawał się coraz szerszy. - Czy nos mnie nie myli i robisz bretlingi kaszubskie?
Na patelni w gorącym tłuszczu skwierczały szprotki, obtoczone w mące krupczatce.
- Witam Was, kochani - Zofia przywitała się z młodzieżą i pospiesznie zaczęła odsączać na pergaminie maleńkie, chrupiące rybki. - Do obiadu jeszcze chwila. Będą p?lczi ze sledz?1. Na start przygotowałam małą przekąskę, bo pewnie umieracie z głodu po podróży. W dodatku, dziecko, wyglądasz, jakbyś żyła wyłącznie powietrzem - dodała z troską, niespokojnie patrząc na córkę. - Ja wiem, że wy młodzi nie macie na nic czasu, ale to nie zwalnia was od obowiązku dbania o siebie.
- Miłością żyję, mamuś - odparła Julia i rzuciła się mamie na szyję.
Zosia wytarła ręce w bawełnianą ściereczkę i wymieniła uścisk dłoni z Carlem, przedstawiając się. Po czym dodała do córki:
- Jeśli możesz, Julio, to przygotuj sos do ryb.
Julia umyła ręce, sięgnęła do lodówki po majonez i czosnek. Porozumiewawczo mrugnęła do Carla.
- Z całowania dzisiaj nici - rzuciła po angielsku. Chłopak zaśmiał się i przyszedł Julce z pomocą przy obieraniu czosnku.
- Chwila - powiedziała Zosia - mam taką specjalną, silikonową tubę, do której wkłada się ząbek czosnku i ugniata, a później wyciąga kawałek pozbawiony łupiny. Oszczędność czasu i energii - wyjaśniła.
Julia zaśmiała się i przetłumaczyła Carlowi wywód matki, po czym skwitowała:
- Mamuś, nigdy nie przestaniesz mnie zadziwiać. Buszujesz w sieci lepiej niż niejeden małolat. A efekt jest taki, że później dom jest pełen gadżetów! - Julia pękała z dumy, że mimo swojego wieku mama jest niezwykle postępowa i nadąża za nowinkami technicznymi.
- No pięknie, takiego kolokwialnego słownictwa uczą cię na tych twoich studiach? Z takim językiem daleko nie zajdziesz jako dziennikarka - zażartowała Zosia. - A teraz myjcie ręce i siadajcie do stołu. Maria wpadnie za chwilę, niestety bez Maćka. Julko, ustaw, proszę, o jedno nakrycie mniej - powiedziała, po czym wróciła do pracy, nucąc pod nosem Kaszëbsczé jezora2.
* * *
Maria, po ukończeniu studiów, wyprowadziła się z domu i otworzyła własną szkołę językową. Była do tego dobrze przygotowana. Skończyła przecież dwa fakultety: filologię hiszpańską i włoską. Nie chciała też pracować dla kogoś. Postanowiła działać na własny rachunek. Nieustannie powtarzała żartem, że głupszego od siebie pracodawcy nie zniesie. Po odbytych praktykach zawodowych dosyć miała sztampowych rozwiązań, niereformowalnych przełożonych i szablonowego systemu nauczania. Chciała się rozwijać i działać po swojemu. A szkoła dała jej olbrzymie pole do popisu.
Początkowo prowadziła samodzielnie małe grupy i dorabiała jako tłumacz. Z czasem, dzięki rekomendacjom, do szkoły zaczęli napływać nowi uczniowie. Postanowiła więc zatrudnić jeszcze lektorów języka angielskiego i niemieckiego. I tak, z małej szkółki stworzyła dużą placówkę, przyciągającą młodych ludzi, tak jak łąka pełna kwiatów wabi pszczoły. Co więcej, dzięki tej życiowej decyzji poznała swojego narzeczonego, którego początkowo zatrudniła tylko jako lektora języka angielskiego. Już niebawem miał poszerzyć zakres swojej umowy - tym razem podpisując kontrakt na całe życie.
Choć zazwyczaj dom Kapuleckich wypełniał wesoły gwar, podczas tego spotkania pomimo szczerych chęci wciąż trudno było przełamać pierwsze lody w międzynarodowym towarzystwie. Sytuację uratowała właśnie Maria, która weszła do rodzinnego domu i już od progu zawołała wesoło:
- Buon giorno3 - pragnęła sprawić, by gość poczuł się swobodniej, zagadnęła go więc w jego ojczystym języku. Była ciekawa młodzieńca, na którego przyjazd z wielu powodów wszyscy w domu czekali z niecierpliwością. Po pierwsze - był to chłopak najmłodszej Juleczki, która jak dotąd nikogo do domu nie przyprowadziła. Po drugie - nie był Polakiem, co jeszcze bardziej dodawało mu tajemniczości. Po trzecie - Julia nie przestawała o nim mówić przy każdej możliwej sposobności. A to dawało podstawy sądzić, że ten związek traktowała bardzo poważnie. To z kolei prowadziło do prostego wniosku, że jest zakochana po uszy.
Maria błyskawicznie wdała się w dyskusję z gościem i zanim wszyscy zdążyli zasiąść do stołu, Carlo zdał jej sprawozdanie ze wszystkich osiągnięć, opowiedział w skrócie o rodzinie, o tym, gdzie mieszkał i w jaki sposób trafił do Polski z wymiany studenckiej.
Wreszcie napięta atmosfera gdzieś uleciała, chyba przewodem wentylacyjnym, razem z zapachem smażonych szprotek. Do stołu dołączył Paweł z żoną Joanną i dom znów tętnił życiem, a śmiech domowników niósł się aż na podwórze, odbijając echem od ściany lasu. Było jak niegdyś, gdy dzieci przyjeżdżały z różnych zakątków Polski, żeby spędzić czas z rodziną. Z tą małą różnicą, że teraz rodzinny dom Julii stał się międzynarodową przystanią, w której dało się usłyszeć wiele języków na raz, niczym w prawdziwej wieży Babel.
* * *
To był niesamowity weekend. Julia pokazała Carlowi wszystkie malownicze zakątki w okolicy. Opowiadała o kaszubskich tradycjach i swoim dzieciństwie, o kąpielach w pobliskim jeziorze i starej łódce taty, którą taszczyła z rodzeństwem na brzeg jeziora, aby wypływać później na "ptasią wyspę", gdzie jako dzieci urządzili sobie obozowisko. Uczyła go śpiewać piosenki: "Kaszëbsczé Nótë" i śmiała się do rozpuku, jak chłopak próbował nieudolnie wymawiać wyrazy w języku kaszubskim. Tłumaczyła, że kaszubski to etnolekt, należący do grupy języków lechickich, a jego centralna odmiana jest bliska językowi polskiemu, z wpływami języka dolnoniemieckiego oraz wymarłych połabskiego i pruskiego. Chłopak tak szybko, jak usłyszał wywód Julii na temat języka, tak szybko zapomniał wszystkie trudne słowa, które wymieniła.
Dziewczyna opowiadała o rodzinnych zwyczajach i smakach. Jak jesienią zrywają się przed świtem, aby urządzać zawody w zbieraniu grzybów i jak dobra jest nalewka z poziomek, których w lesie latem nie brakuje. On z kolei mówił, jak żyje się w Rzymie i zazdrościł trochę Julii tej bliskości z przyrodą i kultywowania regionalnych tradycji. Mógł poszczycić się dawnym Amfiteatrem Flawiuszów, Panteonem czy Forum Romanum, ale takiego spokoju i ciszy, jak w okolicy domu ukochanej, nie doświadczał w Wiecznym Mieście, zawsze głośnym i pełnym turystów.
Weekend, podczas którego młodzi przebywali na wsi, obfitował w specjały przyrządzane przez Zosię. Co więcej, chłopak spróbował nie tylko poziomkowej nalewki, ale jeszcze pigwówki, a nawet bimbru pędzonego przez Michała. Gdy w sobotę urządzili ognisko, młodzieniec został uraczony taką ilością alkoholu z poprzedniego rocznika, że zaczął robić maślane oczy do Marii, która została u rodziców na weekend, zajmując swój dawny pokój.
- Julia, zaprowadź młodego do łóżka, bo chyba ma dosyć - skwitowała krótko Maria, nie chcąc robić przykrości siostrze.
- Wiesz, on pija głównie wino, więc wysokoprocentowe alkohole szybko ścinają go z nóg - tłumaczyła Carla.
- Jasne... - przytaknęła Maria, ale postanowiła mieć chłopaka Julii na oku. Widziała, że dziewczyna patrzy w niego jak w obrazek, dlatego uznała, że nie będzie wyciągać zbyt pochopnych wniosków. Na razie.
Weekend minął zdecydowanie zbyt szybko. Tym razem Michał odwiózł studentów na dworzec kolejowy. Podczas pożegnania mimochodem rzucił do córki:
- Uważaj na siebie, dziecko, i bądź czujna.
* * *
Oczywiście po wizycie Julii we wsi zaczęto plotkować, że młoda Kapulecka przywiozła do domu południowca, jakby to mało chłopaków miała w pobliżu do wyboru. Kumoszki od razu dodawały z przekąsem, że teraz pewnie Zosia będzie zadzierać nosa, bo zięć z zagranicy jej się szykował.
Długo jeszcze do Zosi dochodziły kąśliwe uwagi i złośliwe, sąsiedzkie komentarze.
Śmiała się na te wszystkie rewelacje pod nosem, uznając, że ludzie muszą mieć zbyt dużo wolnego czasu i niezwykle nudne życie prywatne, skoro tak bardzo ingerują w cudze. Ona w każdym razie postanowiła się tym zupełnie nie przejmować i żyć dalej jak gdyby nigdy nic.
* * *
W tym czasie w Gdańsku Julia kwitła w najlepsze. Prawdą jest powiedzenie, że "miłość dodaje skrzydeł".
Jako pierwsza na roku napisała pracę magisterską i nie miała większych problemów z jej obroną. Od razu wykonała też kolejny krok na drodze do dorosłości. Po dwóch tygodniach wysyłania CV w znamiennej liczbie czterdzieści cztery sztuki, udało jej się dostać pracę w zawodzie. Nie pozwoliła jej ona opływać w luksusy, ale umożliwiła samodzielne wynajęcie mieszkania i prowadzenie skromnego, ale własnego, gospodarstwa domowego. Uznała, że jak na początek jest całkiem nieźle, a z czasem będzie już tylko lepiej. Chwilę później wprowadził się do niej ukochany, który co prawda do czynszu się nie dokładał, ale najważniejsze, że był blisko...
* * *
Latem, podczas Jarmarku św. Dominika, Julia prowadziła Carla przez wąskie, zatłoczone uliczki starego miasta. Gdzie nie spojrzeli, ich oczy napotykały rozmaite skarby. A to zabytkowe drobiazgi, wielobarwną ceramikę i inne przedmioty dekoracyjne. Oprócz tego mogli spróbować rozmaitych pyszności i napawać się piękną pogodą. Dziewczyna była tak szczęśliwa, że wreszcie pokazała ukochanemu starówkę tętniącą życiem, przyciągającą zapachem i przyprawiającą o oczopląs. W każdym zakątku czuć było prawdziwą magię i wielowiekową historię.
Po kilku dniach codziennych spacerów, choć oboje kochali to niezwykłe i zabytkowe miasto, poczuli jednak, że potrzebują też nieco ciszy i spokoju. A przecież nadszedł właśnie czas wakacji.
Zdecydowali więc, że wyjadą w góry. Carlo miał zregenerować siły przed czekającą go we wrześniu sesją poprawkową i z nowym zapałem zabrać się po powrocie do nauki. Spakowali plecaki, wskoczyli do pociągu "Karpaty" relacji Gdynia - Zakopane, by po prawie dziewięciu godzinach jazdy dotrzeć wreszcie do celu.
Już na dworcu napotkali tłumy miejscowych, oferujących noclegi we wszystkich możliwych zakątkach stolicy Tatr. Julia wcześniej zorganizowała pokój z dala od centrum Krupówek, niedaleko trasy prowadzącej do Kuźnic. Chciała mieć gwarancję, że po długiej podróży nie będą musieli szwendać się po mieście w poszukiwaniu lokum.
- Mam wrażenie, że wpadliśmy z deszczu pod rynnę - powiedział Carlo, gdy czekali na busa, który miał dowieźć ich na ul. Przewodników Tatrzańskich.
Julia celowo wybrała tę lokalizację, aby oszczędzić im codziennej, nużącej drogi asfaltową szosą do Kuźnic, skąd wychodziła większość szlaków w Tatry.
- Poczekaj, aż dojedziemy na miejsce - odparła z tajemniczym uśmiechem.
U celu zobaczyli chatę z drewnianych bali, z której pokoi rozpościerał się widok na Foluszowy Potok i las gęsto porośnięty smrekami. Sam pokój był niewielki, ale czysty i schludnie urządzony. Ściany pokryte sosnową boazerią, drewniane łóżko, stolik i rzeźbione krzesła nawiązywały do tradycyjnych domów podhalańskich.
- Pięknie tu. Tak inaczej niż wszędzie, gdzie do tej pory bywałem. Jakbyśmy cofnęli się o 100 lat - odrzekł.
- Zależało mi na ciszy i zieleni, którą tak lubisz. W końcu przyjechaliśmy tu odpocząć od miasta. Poczekaj, aż zobaczysz Tatry.
Julia wyciągnęła mapę i rzuciła nonszalancko na stół.
- A teraz szykuj się, bo jutro wyruszamy Żlebem Kulczyńskiego na Granaty.
- Myślałem, że idziemy na Rysy? - zdziwił się chłopak. - Obiecałaś, że zdobędziemy najwyższy szczyt polskich gór.
- Na Rysy pojutrze. Chcę pokazać ci Tatry z nieco innej strony. Tym bardziej, że sama robiłam kiedyś dwa podejścia do tej trasy, ale przez gwałtowne załamanie pogody musiałam zawrócić. Cieszę się, że warunki w górach wydają się sprzyjające i może tym razem mi się uda. Do trzech razy sztuka! W dodatku z tobą! - zakończyła pełna euforii Julia.
I następnego dnia dotrzymała słowa. Wstali o świcie, aby wyruszyć w drogę, kiedy na szlakach nie ma jeszcze zbyt wielu turystów. Pokonali Dolinę Jaworzynki i na chwilę zatrzymali się na Przełęczy Między Kopami, skąd rozciągał się piękny widok na Dolinę Suchej Wody i Dolinę Olczyską.
- Komu w drogę, temu kopa - zaśmiała się Julia - teraz będzie chwilę z górki, więc regeneruj siły. Zasapany chłopak przetarł czoło i ruszył za swoją przewodniczką.
- Czemu pozdrawiasz wszystkich napotkanych turystów? - zapytał w końcu zdziwiony. - Przecież ich nie znasz...
- To taki zwyczaj z dawnych czasów, kiedy mieszkańcy górskich terenów sami wytyczali szlaki i rzadko napotykali kogoś na swojej drodze podczas wędrówki. W ten sposób okazywali sobie serdeczność, bo przecież byli pionierami w tym przedsięwzięciu. Część osób uważa, że to po prostu "dobre życzenie" na dalszą, trudną wędrówkę. Przekaz był prosty: "dzień dobry" czy "cześć" miało dawać nadzieję napotkanemu wędrowcowi na bezpieczne dotarcie do celu.
Z Murowańca, Doliną Gąsienicową, przeszli brzegiem Czarnego Stawu, by za chwilę wybrać szlak na Zawrat, a następnie, skręcając przy Zmarzłym Stawie w lewo, przejść czterdziestominutowym odcinkiem do punktu, gdzie rozpoczynał się czarny szlak po ścianie w górę.
- Julia, oszalałaś!!! Przecież to jest pionowa ściana!
- Nie pękaj. Trzymaj się tylko łańcuchów, ostrożnie stawiaj nogi i posiłkuj się klamrami. Zobaczysz, że nim się obejrzysz, będziemy za pięćdziesiąt minut z góry podziwiać Orlą Perć.
Chłopakowi serce podchodziło do gardła, ale nie chciał wyjść na mięczaka, więc dzielnie kroczył naprzód. Zimne łańcuchy ślizgały mu się na spoconych dłoniach, ale postanowił, że nie pokaże po sobie strachu. Kiedy dotarli do przełęczy, złapał twarz Julii w swoje dłonie, pocałował ją i powiedział:
- Dzięki Bogu żyję! Ale z ciebie wariatka! Obiecuję, że jeśli wyjdę z tego żywy, to wieczorem będzie czekała na ciebie niespodzianka.
Zatrzymali się na krótką przerwę, by podziwiać Dolinę Pięciu Stawów. Po lewej stronie górował Kozi Wierch i Świnica, a Czarny Staw Gąsienicowy, który niedawno mijali, wydawał się małą plamką w kolorze indygo, zatopioną u podnóża majestatycznych, granitowych gór.
- Teraz już tylko z górki i pod górkę pary razy! - zaśmiała się Julia.
- Żadna nowość - odparł jej wyczerpany kompan - Muszę przyznać, że masz niezłą kondycję. Jutro będę miał zakwasy nawet w małym palcu u dłoni - zrzędził.
- Narzekasz jak stara baba! - odparła ze śmiechem dziewczyna - Koniec postoju, zawijamy się.
* * *
Góry mają tę magiczną właściwość, że człowiek, chodząc po nich, pozostaje z myślami sam na sam. Poznaje swoją odporność i wytrzymałość, ale przede wszystkim koncentruje się na celu i z uwagą wykonuje każdy następny ruch. Jeden fałszywy krok może zaważyć o życiu śmiałka, który nie szanuje górskiego majestatu i z nonszalancją przecenia swoje możliwości.
Carlowi myśli kłębiły się w głowie. Ta wędrówka skłoniła go do wyciągnięcia wniosków z wydarzeń ostatniego roku.
Dopiero teraz zdał sobie sprawę, na jak cenny skarb trafił. Ta dziewczyna miała w sobie tyle radości i siły do walki, jak żadna inna dotąd. Przepadał za przybywaniem z jej bliskimi, przy których mógł być całkowicie swobodny. Czuł się akceptowany, kochany i spełniony. I zadziwiające jest to, że tę akceptację znalazł w obcym kraju, który miał być tylko chwilową przystanią na jego mapie życia. Pomyślał, że może to już najwyższy czas, by podjąć męską decyzję...
* * *
Dalsza wyprawa szła w miarę gładko, do momentu gdy na Granatach nie stanęli nad przepaścią. Z jednego końca wystawał łańcuch, który należało złapać, aby sprawnym, stanowczym ruchem dosięgnąć ogniwa z drugiej strony przepaści. Dla wysokich osób, takich jak Carlo, pokonanie tego odcinka, nie stanowiło aż tak wielkiego problemu. Jednak Julia, mierząca 168 centymetrów wzrostu, nijak nie mogła przełożyć nogi, by stanąć po drugiej stronie urwiska.
- Złap się łańcucha, mocno zamachnij, a ja chwycę cię za rękę i złapię! - zawołał do niej ukochany.
Julia zrobiła parę prób, ale za każdym razem brakowało jej dwudziestu centymetrów. Przypomniała sobie słowa Jacka Telera: "Wobec potęgi gór prościej odkrywa się siebie, a przynajmniej to, że większość granic i błędów to tylko ułomność naszego umysłu, poza którą zaczyna się wolność..."
- Zaufaj mi! - zawołał chłopak.
Wreszcie zamaszystym susem przedostała się na drugą stronę skalnego uskoku.
Do końca trasy nogi miała jednak jak z waty i trzęsła się niczym osika na wietrze. Mimo to była dumna, że dała radę pokonać własne słabości - kolejny raz w życiu...
- Jak dotąd nigdy nie dotarłam do tego miejsca... Poprzednio musiałam zawrócić już po wejściu na Zadni Granat, a wcześniej na przełęczy nad Dolinką Buczynową. Gdybym wiedziała, jak niebezpieczny jest ten odcinek, to bym cię niepotrzebnie nie narażała.
- Daj spokój. Poradziłem sobie koncertowo. Dopóki nie trafisz na przeszkodę, to nigdy nie jesteś w stanie przewidzieć, jakiego ryzyka się podejmujesz. To była dobra lekcja dla nas obojga.
Zeszli szczęśliwie do punktu wyjścia. Bogatsi o nowe doświadczenia i przemyślenia. Pokorniejsi i rozważniejsi. Carlo zaproponował, żeby Julia wzięła kąpiel, a on wyskoczy na miasto, żeby kupić coś na śniadanie. Kolację zamierzali zjeść w Watrze, do której mimo zmęczenia postanowili pójść piechotą.
* * *
W restauracji złożyli zamówienie. Chłopak poprosił jeszcze o butelkę szampana.
- Cóż takiego świętujemy? - zapytała Julia.
- Życie - oświadczył tajemniczo.
Kelner podszedł do stolika i odkorkowawszy musujący trunek, rozlał go do dwóch wysokich kieliszków z cienkiego szkła. Młodzieniec wzniósł toast przy dźwiękach piosenki "I will always love you" Whitney Houston, którą zagrała na żywo góralska kapela.
Po chwili sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej maleńkie, ozdobne puzderko, pokazując dziewczynie jego zawartość.
- Tylko mnie kochaj, Julio. Wiem, że jesteś tą właściwą.
Julia ze wzruszenia nie mogła wydukać słowa. Tak szybko wszystko się potoczyło. Ona, która stroniła od chłopaków, ma mieć narzeczonego i to zaledwie po roku znajomości? Myśli kłębiły jej się w głowie. Pomyślała jednak, że to właśnie dzięki Carlowi poczuła wreszcie przysłowiowe "motyle" i owo uczucie było tak fantastyczne, że nie zamierzała z niego rezygnować.
- Masz jak w banku - powiedziała przez łzy. - Nigdy nie byłam bardziej pewna swojej decyzji.
Klienci restauracji zaczęli bić brawo i gratulować parze, życząc im wszystkiego dobrego. Julia z niedowierzaniem patrzyła na dłoń, którą zdobił złoty pierścionek z brylantem.
- Chwilo, trwaj - pomyślała...
Pobyt w górach był dla obojga cudownym doświadczeniem, na co wpływ miały nie tylko okoliczności przyrody. Ważniejsze było to, że zaczęli snuć wspólne plany na przyszłość i obmyślać dalszą strategię na resztę życia.
* * *
Po powrocie do Gdańska coraz częściej dyskutowali o tym, co będzie z ich związkiem. Roczny pobyt Carla na uniwersytecie w Polsce powoli dobiegał końca.
- Nie przejmuj się, mała - powtarzał. - Wrócę do Rzymu, poszukam pracy i przeprowadzisz się do mnie.
Sielanka trwała do końca września, kiedy Włoch zaliczał ostatni egzamin poprawkowy. Wkrótce przyszedł czas pożegnania. Dziewczyna odprowadziła narzeczonego na lotnisko. We łzach i pocałunkach obiecali sobie solennie, że będą codziennie ze sobą rozmawiać. A przecież niebawem Julia przyjedzie do Rzymu, jak tylko Carlo znajdzie pracę i się urządzi. I znów będą razem. Potrzeba tylko odrobiny cierpliwości.
Przez pierwszy miesiąc tęskniąca dziewczyna ślęczała ze wzrokiem wbitym w monitor i nadawała przez Skype'a jak najęta o wszystkim, co się u niej wydarzyło. W drugim miesiącu rozłąki Carlo oświadczył, że znalazł pracę, ale nie stać go jeszcze na wyprowadzkę z domu:
- Jeszcze trochę, kochanie. Po okresie próbnym mam dostać podwyżkę, a gdy tylko to nastąpi, poszukam jakiejś pracy dla ciebie i będziemy mogli znów być razem. Obiecuję - oznajmił.
Z biegiem tygodni entuzjazm przygasał. Codzienne rozmowy skurczyły się z czasem do jednej lub dwóch w tygodniu. Pewnego razu zdesperowana Julia wspomniała nawet, że może wsiądzie w samolot i przyjedzie na weekend, na co chłopak wykręcił się chorobą.
* * *
Pech chciał, a raczej szczęście, bo wiadomo "nic nie dzieje się przypadkiem", że Maria była zmuszona pojechać w roli tłumacza do Rzymu. Postanowiła, że wpadnie w wolnym czasie odwiedzić narzeczonego Julki, bo widziała ją ostatnio w domu rodziców snującą się jak cień, zamyśloną, samotną i nieszczęśliwą. Serce jej się krajało, kiedy spoglądała na młodszą siostrę, która udawała, że wszystko w porządku, mimo że było zupełnie na odwrót.
Maria stwierdziła, że najwyższa pora wziąć sprawy w swoje ręce i przemówić Włochowi do rozumu. Adres znała z ich pogawędek, z czasów kiedy chłopak gościł na kaszubskiej wsi. Późnym popołudniem, po ukończonej pracy, wsiadła w taksówkę i poprosiła kierowcę, by zawiózł ją do miejsca, gdzie teoretycznie miał mieszkać narzeczony siostry.
Samochód wjechał od strony Piazza del Popolo w ciasną ulicę Via del Corso i zatrzymał się przed wskazanym numerem. Maria zapłaciła za kurs, szybko dotarła do drzwi wejściowych rodzinnego mieszkania Carla i wcisnęła dzwonek. W drzwiach pojawiła się na oko sześćdziesięcioparoletnia Włoszka, w której rysach dziewczyna rozpoznała charakterystyczną urodę Carla.
- Dzień dobry. Czy zastałam Carla? - zapytała po włosku.
- Dzień dobry. Niestety nie ma go w domu - odpowiedziała kobieta.
- A to może spróbuję innym razem. Będę jeszcze w Rzymie przez dwa dni - odrzekła siostra Julii.
- Ale tu go pani nie znajdzie. Carlo wyprowadził się z domu miesiąc temu. Zaraz zapiszę jego aktualny adres.
Zdziwiona Maria wzięła od matki chłopaka kartkę i złapała taksówkę, która miała ją dowieźć pod właściwy adres.
Dojechawszy na miejsce, zadzwoniła do drzwi jego nowego mieszkania. Po chwili oczekiwania wreszcie zobaczyła Carla, naciągającego pospiesznie T-shirt na opalone, muskularne plecy.
- Cześć - przywitała się nieśmiało. - Przepraszam, chyba wyrwałam cię ze snu?
Mężczyzna miał tak zdziwioną minę, że chyba prędzej spodziewał się zobaczyć w swoim progu jednego z piłkarzy AS Romy niż siostrę Julki. Stał osłupiały, dopóki ciszy nie przerwał dochodzący z pokoju kobiecy głos:
- Kto o tej porze nas niepokoi, kochanie? - Maria zobaczyła za plecami narzeczonego swojej siostry młodą kobietę, odzianą w szlafrok, która uwiesiła się Carlowi na ramieniu.
- To ja już pójdę, bo widzę, że przyszłam nie w porę - wyjąkała.
Chłopak próbował ją zatrzymać, ale odwróciła się na pięcie i pognała prosto na ulicę. Czuła intensywne pulsowanie w skroniach i miała wrażenie, że ciśnienie rozsadzi jej zaraz czaszkę.
- Boże, co ja teraz powiem biednej Julce... - wyszeptała. - Przecież taka rewelacja podetnie jej skrzydła na dobre.
Maria wróciła do hotelu. Przez kolejne dwa dni skupiała się wyłącznie na wykonaniu powierzonego jej zadania służbowego. Musiała poukładać myśli i zastanowić się, co zrobić. Po skończonej pracy na lotnisku Rzym-Fiumicino wsiadła w samolot, który miał ją dostarczyć z hiobową wieścią do Polski.
Życie czasami pisze dziwne scenariusze. Pomimo pięknego początku opowieści, który był godny szlachetnego beaujolais nouveau, Carlo okazał się równie słaby, co wino, które Julia skojarzyła z nim podczas pierwszego spotkania...
1 ziemniaki w mundurkach podane ze śledziem w śmietanie, cebulką i jabłkiem
2 piosenka kaszubska autorstwa Antoniego Peplińskiego
3 wł. Dzień dobry.