Przecież mamy siebie - Natalia Sońska

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Nawigacja

Spis treści

Karta redakcyjna Dedykacja Prolog. Obecnie. Szymon Trzynaście miesięcy wcześniej. Szymon

Punkty orientacyjne

Spis treści Okładka Strona tytułowa Początek tekstu

Lista stron

5 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22

PROLOG

OBECNIE

SZYMON

Egzystuję. Bo nie mogę tego stanu nazwać życiem. Powielam codzienny schemat, by się nie zastanawiać, nie myśleć, nie czuć. Jak na autopilocie powtarzam dzień w dzień wszystkie czynności, z regularnością niemal co do minuty. By nic mnie nie zaskoczyło. Poza tym... tak jest lepiej. Wygodniej. Bezpieczniej. Ktoś mi kiedyś powiedział, że życie trzeba przeżyć, a nie zaliczyć. Dla mnie jest teraz niczym innym, jak właśnie punktem do odhaczenia na liście boskiego planu. Albo czyjegokolwiek, bo na pewno nie mojego. Statystycznie w naszym kraju mężczyźni umierają w wieku siedemdziesięciu czterech lat. Biorąc pod uwagę ryzyko zawodowe, styl życia i inne zagrożenia... zostało mi jeszcze mniej więcej trzydzieści pięć lat. Nie wytrzymam. Z wyrzutami sumienia odliczam dni, miesiące i lata. Bo moje życie tak naprawdę skończyło się rok temu.

Odrywam się od kuchennego okna, z którego rozpościera się widok na całą okolicę, skapaną dzisiaj w rzęsistym deszczu. Odstawiam kubek po kawie do zlewu i idę do przedpokoju. Zarzucam na siebie kurtkę, wsuwam buty. Wyciągam dłoń po szalik, po czym cofam ją. Ryzyko zawsze można zwiększyć, myślę. Licząc, że mógłbym zachorować na grypę, a później zaniedbać ją, doprowadzając do powikłań, chociażby do zapalenia mięśnia sercowego... Prycham pod nosem, kręcę głową, a potem sięgam po wełniany szal w kratkę. Na ten granatowy, który leży wyżej, nawet nie patrzę. Wiem, że tam jest, ale nie chcę go widzieć. Sama świadomość, że tam leży, tylko potęguje ból. A wbrew wszystkiemu, do czego dążą moje myśli, które i tak staram się ze wszystkich sił tłumić, mam dla kogo... egzystować. I na tym muszę się skupić. Muszę. MUSZĘ! Sięgam po skórzaną torbę i zarzucam ją na ramię.

- Dacie sobie radę? - krzyczę jeszcze, jak zawsze, by się upewnić.

- A czy kiedyś sobie nie poradziłyśmy? - słyszę ciepły, kobiecy głos.

Kiwam głową i naciskam klamkę.

- Pamiętasz o... - dociera do mnie jeszcze, nim otworzę drzwi.

- Pamiętam - mówię przez zaciśnięte gardło. Przecież nigdy nie zapomnę, myślę. - Będę na czas - dodaję i wychodzę z domu.

Wsiadam do samochodu. Radio automatycznie włącza się na stacji, na której akurat emitują wiadomości, ale nie skupiam się na nich. Czekam, aż popłynie muzyka, a potem opieram się o zagłówek fotela i wyjeżdżam z naszego osiedla na główną ulicę.

Jak zwykle w taką pogodę miasto jest zakorkowane. Nie dziwię się, kto chciałby w ulewę iść do pracy pieszo. Życie jest wystarczająco dobijające, żeby je sobie jeszcze utrudniać. Wiadomo, że każdy wybierze dziś auto, taksówkę lub komunikację miejską. Przebijam się przez korek w centrum, brnąc w żółwim tempie do przodu. Kiedyś pewnie bym się niecierpliwił i irytował. Dziś jest mi wszystko jedno. Spoglądam na zegar na desce rozdzielczej, ale tylko po to, by upewnić się, która jest godzina. Mam jeszcze sporo czasu. Może zdążyłbym jeszcze przed pracą...

Mocniej zaciskam dłonie na kierownicy. Nie, nie będę zmieniał planów. Pojadę dopiero po dyżurze. W radiu właśnie leci jakaś nostalgiczna piosenka. Idealnie do aury na zewnątrz i mojego nastroju. Deszcz coraz mocniej obija się o szyby i maskę samochodu, wycieraczki powoli przestają nadążać z odgarnianiem wody. Wszystko w przyrodzie lubi powtarzalność, pogoda także. Tamtego dnia była dokładnie taka sama...