Przeciętniaki - Adam Łuczak

Kup ebooka

35.00 zł
28.00 zł (16,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Czwarty dzień września rozpoczął się bardzo pogodnie. Błękitne niebo, na którym nie widać było ani jednej chmury, jaśniało w miarę wznoszenia się słońca. Ciepłe, południowe powietrze naniesione przez wyż wypełniało miasto. Obraz pięknego poranka tworzyli jednak głównie ludzie: piekarze wykładający bułki na półkach, kioskarze ustawiający najnowsze gazety w stojakach, kierowcy stojący w korkach czy wreszcie zwykli, spieszący się gdzieś przechodnie. Tych było najwięcej. Gnali czym prędzej, by zdążyć na autobus, do metra lub w inne miejsce. Dotrzeć na czas do pracy, na spotkanie, uczelnię.

Najbardziej charakterystycznym widokiem miasta, oczywiście poza obiektami architektury, są tłumy ludzi w centrum. Ustawiający się po dwóch przeciwnych stronach ulicy wyglądają jak dwie armie z czasów średniowiecza, czekające na rozkaz do ataku. Zamiast zielonej polany dzielą ich tylko biało-czarne pasy przejścia dla pieszych. Na skraju skrzyżowania niczym chorągiew z herbem walczących stron wznosi się słup sygnalizacji świetlnej. I kiedy owa komenda zostaje wydana, zasygnalizowana zapaleniem się światła z zielonym ludzikiem, tłumy ruszają ku sobie, jakby hordy wojowników nacierające na wroga. Wśród nich można także znaleźć odpowiedniki żołdaków z pola bitwy. Co sprytniejsze jednostki ruszają nieco wcześniej, nie czekając na zielone światło. Za nimi rusza tłum, podążając niczym za zwiadowcą lub sztandarem. I kiedy obie współczesne armie stykają się na środku ulicy, zamiast włóczni wyciągnięte mają przed siebie łokcie lub nesesery, mające torować im drogę do zwycięstwa.

Po dotarciu na drugą stronę cykl się powtarza. Ponownie gromadzą się naprzeciw siebie oddziały piechoty, gotowe do wymarszu, niczym kolejna szarża. Zderzają się na pasach, by minąć się jak najszybciej. Nierzadko ktoś pada na jezdnię, ugodzony łokciem lub staranowany innym przedmiotem zapewniającym bezpieczną przeprawę. Dotrzeć do celu nie jest dziś łatwo. Warunki atmosferyczne nie ułatwiają nawet codziennych, najprostszych czynności. Promienie słoneczne coraz bardziej zalewają ulice, dodatkowo odbijając się od szklanych wieżowców. Temperatura zdaje się rosnąć z każdą minutą.

Pasażerowie autobusów, stłoczeni w blaszanej puszce rodem z PRL-u, wystawiają twarze za okna, z trudem łapiąc resztkę tlenu z powietrza. Kierowcy pojazdów wyposażonych w klimatyzację leniwie przekręcając palce w nozdrzach, zabijają czas. Ten z kolei płynie nieubłaganie.

Kiedy zegar na Pałacu Kultury i Nauki zaczął wskazywać godzinę 8.45, w pokoju Tomka zadzwonił budzik. Przeraźliwy jazgot stylizowanego na lata osiemdziesiąte cyfrowego urządzenia był równie głośny co skuteczny.

Chłopak niemalże podskoczył na łóżku i obrócił się w powietrzu, machając rękami, jak gdyby obrazował zderzenie się podświadomości z życiem codziennym. Jednak przy lądowaniu osunęła się kołdra i pociągnęła młodzieńca za sobą, przez co z niemałym hukiem wylądował on na podłodze. Odgłos uderzenia kości był potęgowany przez cienki, stary dywan przykrywający płytki PCV. Ale nawet to nie zdołało zagłuszyć buczenia budzika, do którego niemrawo czołgał się Tomek. Jakby resztkami sił, których powinien być pełen, sięgnął na półkę i wyłączył małe urządzenie dużym przyciskiem.

Dojrzawszy aktualną godzinę, przeraził się i otworzył szeroko oczy. Jego klasa rozpoczynała tego dnia zajęcia od drugiej godziny lekcyjnej, musiał więc pojawić się w szkole najpóźniej o 9.00. Sam spacer do placówki zajmował około dwudziestu minut, więc nawet biegiem nie zdążyłby przed dzwonkiem. W normalnych okolicznościach pewnie darowałby sobie tę lekcję i poszedł na następną. Jednak pierwszy dzień szkoły, nowe przedmioty i nowi nauczyciele sprawiły, że chłopak zaczął się gorączkowo ubierać.

Szeroko otwarte okno przekonało go do niezakładania na siebie zbyt dużej ilości ubrań.

Chwycił więc z podłogi pierwszy lepszy T-shirt i krótkie spodenki leżące nieopodal. Bieliznę znalazł w szufladzie i w niecałą minutę był ubrany. Następnie pobiegł do łazienki, gdzie szybko zmoczył twarz i włosy pod kranem. W tym momencie był już całkowicie wybudzony.

Szybkim ruchem ręki zmierzwił włosy, jednak nawet nie zdążył przejrzeć się w lustrze, gdyż już pędził do kuchni. Na śniadanie nie miał czasu, chwycił więc tylko rogala leżącego koło chlebaka i ruszył w kierunku drzwi wyjściowych. Tam z kolei, przy butach, leżała niedawno zakupiona deskorolka, na której Tomek postanowił nauczyć się jeździć. Samą jazdę miał całkiem dobrze opanowaną, gorzej było ze wszelkiego rodzaju ewolucjami, nawet tymi podstawowymi, czego dowodem były liczne siniaki i zadrapania. Złapał jeszcze klucze z wieszaka i zniknął za drzwiami. Podczas wkładania klucza do zamka miał wrażenie, że o czymś zapomniał. Kiedy szybko się rozejrzał, wszystko było jasne. Prędko otworzył drzwi i chwycił plecak leżący koło szafki na buty. Przygotował go wczoraj, jakby wiedział, że dzisiaj nie będzie miał na to czasu. Mimo że niewiele było w nim książek i zeszytów, najważniejsze zawsze się tam znajdowało – telefon i pieniądze na drugie śniadanie, które tego dnia byłoby pierwszym posiłkiem Tomka.

Kiedy drzwi były już dokładnie zamknięte na oba zamki, a klucze wylądowały w plecaku, chłopak popędził w dół klatką schodową. Trzecie piętro to nieduża odległość do pokonania, jednak w momencie jego wyjścia na zewnątrz minęła 8.50. Pierwsza lekcja zaczynała się za dziesięć minut, z czego młodzieniec nie zdawał sobie sprawy – nie miał nawet czasu spojrzeć na zegarek w telefonie. Po kilku krokach rozpędu wskoczył na deskorolkę i chwiejąc się na boki, jak na początkującego skejtera przystało, sunął w kierunku szkoły ile sił w odpychającej od ziemi nodze.

Do pokonania miał tylko kilka ulic, tak więc nadzieja na dojechanie o czasie była dosyć duża.

Pierwsze dwa skrzyżowania poszły całkiem gładko. Na przejściach dla pieszych było stosunkowo niewielu ludzi, a zielone światło nie spowalniało jazdy. Problem pojawił się na trzeciej krzyżówce, do której Tomek właśnie dojeżdżał. Światło dla pieszych zaczęło mrugać, a dla samochodów zapaliło się żółte. Widząc to, zrezygnowany chłopak przestał się odpychać, czekając, aż dojedzie do krawędzi ulicy. Nagle jadący w tym samym kierunku autobus przyspieszył, mimo że powinien był się zatrzymać po zniknięciu zielonego światła. Niewiele się zastanawiając, początkujący skejter przyspieszył i zjechał na ulicę, dojeżdżając do pędzącego autobusu. Kiedy był blisko jego tylnej krawędzi, złapał się za zderzak, pokonując tym samym pechowe skrzyżowanie. Przecinające ulicę tory tramwajowe spowodowały mocne drgawki i zachwianie równowagi, jednak młodzian trzymał się mocno i uniknął upadku.

Kiedy autobus przejechał skrzyżowanie i zaczął się zatrzymywać na przystanku, Tomek puścił się zderzaka i wjechał na chodnik, w miejscu, gdzie krawężnik był obniżony. Od tego miejsca do szkoły pozostało już tylko kilkaset metrów.

Przekroczywszy próg XXXVII Liceum Ogólnokształcącego im. Stefana Żeromskiego, zegar w głównym holu wskazywał godzinę 9.05. Stojący przy wejściu woźny, pełniący także rolę ochroniarza, bardzo dobrze znał Tomka i jego kolegów. Widział ich wcześniej, dlatego szybko poinformował chłopaka, gdzie ma zajęcia i że jest spóźniony.

Sala numer 15 znajdowała się na pierwszym piętrze, na środku korytarza. Po pokonaniu schodów, z deskorolką pod pachą, młodzieniec biegł co sił w nogach. Zawsze jednak myliła mu się numeracja sal, więc każde mijane drzwi dokładnie oglądał, sprawdzając numer. Kiedy spostrzegł docelowe, chciał się natychmiast zatrzymać, ale świeżo wypastowana podłoga nie pozwoliła na to. Chłopak poślizgnął się i na plecach przejechał dobre kilka metrów. Ku jego zdziwieniu drzwi nagle otworzyły się, a ze środka wyszła w pośpiechu nauczycielka.

Zostawiła szeroko otwarte drzwi i udała się w przeciwnym kierunku, więc nie zauważyła leżącego na podłodze ucznia. Ten po chwili wstał, otrzepał się i niepewnym wzrokiem szybko zlustrował siedzących w środku. Informacja od woźnego okazała się rzetelna, chłopak rozpoznał znajome twarze i uśmiechnął się lekko.

Wchodząc do klasy, Tomek zobaczył napisany przez nauczycielkę temat na tablicy: "Skutki prawne". Szedł pomiędzy rzędami ławek, witając się po kolei z kolegami przez podanie ręki.

Zmierzał na koniec sali, w kierunku dwóch ostatnich ławek środkowego rzędu, przy których siedzieli jego najbliżsi koledzy. W przedostatniej dostrzegł trzymającego wolne miejsce Kubę, który właśnie wstał z krzesła i kierował się do półki z przyborami nauczycielskimi. Z uśmiechem na twarzy złapał za gąbkę i zaczął ścierać napis z tablicy. Ku zaskoczeniu wszystkich nie starł całości, a jedynie pierwsze dwie litery w pierwszym wyrazie. Odłożył gąbkę i chwycił kredę, którą dopisał literę "S" z przodu zarówno pierwszego, jak i drugiego wyrazu. Gdy tylko się odsunął, cała klasa ryknęła śmiechem, widząc jego dzieło. Zadowolony z siebie dostojnym krokiem szedł powoli z powrotem na swoje miejsce.

Jakub Lewiński był niewysoki i niezbyt urodziwy, lecz nie przeszkadzało mu to nigdy w kontaktach z płcią przeciwną. Zawsze pewny siebie, wygadany, sypał dowcipami jak z rękawa. Nie było dnia, żeby nie powiedział choć jednego kawału "z brodą". Lubił koloryzować swoje opowieści, które nigdy nie miały wiele wspólnego z prawdą. Chwalił się niemal po każdym weekendzie kolejną "zaliczoną" dziewczyną, mimo że tak naprawdę czas spędzał najczęściej przy komputerze.

Kuba miał krótkie, jasne blond włosy, niebieskie oczy i niezbyt ładny uśmiech, a to przez nienaturalnie wyginające się wargi, które w jego opinii dodawały mu uroku i sprawiały, że wyglądał bardziej męsko.

Ponadto cechował się chamstwem i totalnym brakiem taktu. Był wulgarny i wcale się z tym nie krył. Zależało mu tylko na dobrej zabawie. Przez znajomych ze względu na swoje nazwisko określany był jako ukrywane dziecko Billa Clintona i Moniki Levinsky. Zawsze pogodny, nigdy nie załamywał się niepowodzeniami, bezustannie dążył do celu, w czym imponował kolegom, zwłaszcza Czarkowi.

Siedzący w ostatniej ławce Cezary Drawski to mało lubiana osobistość. Miał czarne, lekko kręcone, krótkie włosy, ciemnobrązowe oczy, kryjące się za okularami w czarnych oprawkach. Podobnie jak Kuba nie imponował wzrostem, jednak na tym kończyły się podobieństwa między młodzieńcami.

Czarek był typowym kujonem, dla którego liczyły się przede wszystkim oceny i dobra opinia wśród nauczycieli. Gdyby nie fakt, że w dwóch ostatnich ławkach siedzą jedyne osoby z całej szkoły, które się do niego odzywają, z pewnością szukałby miejsca bliżej tablicy. Zawsze chciał wszystko lepiej słyszeć i dobrze widzieć, żeby pilnie notować i brać czynny udział w lekcji.

Był elokwentny, zawsze używał bardzo wyszukanych wyrazów, by wyrazić swoje myśli. Miał tendencję do nadawania niezwykłego znaczenia zwykłym sprawom. Wszędzie doszukiwał się sensu, logiki i wyższego celu. Często nie podzielał zdania kolegów, mimo to szukał u nich aprobaty w swoich działaniach i decyzjach. Ze względu na wysokie mniemanie o sobie domagał się przyznania racji w każdej sytuacji i uważał, że wszystko wie lepiej, będąc urodzonym przywódcą.

Z drugiej strony był bardzo uczynny i pomocny. Gdyby nie jego wstawiennictwo u nauczycieli i pomoc dydaktyczna, siedzący obok Daniel nie przeszedłby do następnej klasy.

Trzykrotnie.

Daniel Grodzki, zwany często Daunielem, był wysokim i dosyć przystojnym brunetem o ciemnych oczach. Włosy miał zaczesane do góry i lekko nażelowane, co w połączeniu z ładnym uśmiechem gwarantowało mu powodzenie u dziewczyn. Daniel jednak nigdy z żadną nie był ze względu na braki w edukacji i poważne problemy z prostym wysłowieniem się.

Ponadto miał kłopoty z logicznym rozumowaniem i często nie pojmował, co się do niego mówi. Sprawiał wrażenie, jakby kierował się podstawowymi instynktami. Mimo to dobrze tańczył, czuł muzykę i na dyskotekach szybko znajdował towarzystwo. Problem w tym, że wszyscy uciekali, kiedy tylko Daniel otwierał usta i zaczynał mówić. Nie przeszkadzało mu to jednak w dalszych poszukiwaniach miłości.

Kiedy Tomek przywitał się z kolegami w ostatniej ławce i zajął miejsce, na krzesełko wrócił Kuba.

– Co myślicie o moim dziele sztuki? – zapytał, jakby szukając podziwu.

– Niezwykle wyszukany dobór słów, choć w świetle targanych tobą motywów śmiem twierdzić, że to tylko głupi żart.

– A mi się podoba, zajebiście wyszło!

– Daniel, jak to może wyglądać zajebiście? Jak babka to zobaczy, to będziemy mieli przesrane cały rok! Idź to zetrzyj i napisz jak było! – oburzył się Tomek.

– W życiu! Wszyscy niech siedzą i się uczą, że najważniejsze są... Sutki sprawne! Bo inaczej to dupa, nie zabawa...

Tymczasem niepostrzeżenie wróciła pani nauczycielka. O dziwo, nawet nie zwróciła uwagi na tablicę, tylko natychmiast usiadła za biurkiem i otworzyła dziennik.

– Dobra, listy nie będę sprawdzać, pierwszy dzień, pierwsza lekcja, niech się inni martwią.

Słysząc to, Tomek wyszeptał do kolegów:

– A mogłem sobie pospać i przyjść na późniejszą lekcję. Żebym to ja wiedział...

Następnie nauczycielka wstała i stanęła pomiędzy rzędami, na wysokości pierwszych ławek, bliżej okien. Cała klasa lekko się uśmiechała, co i rusz rzucając okiem na tablicę.

– Skutki prawne...

Po całej sali przeszedł lekki szmerek poruszenia oraz kilka mocniejszych wybuchów śmiechu.

– A co wam tak wesoło? Co to za podśmiechujki?

Ponownie w całej sali zrobiło się głośno. Kubie bardzo spodobało się dopiero co zasłyszane określenie, o czym nie omieszkał poinformować swoich kolegów.

– Chujków ci u nas dostatek...

Wstrzymywane śmiechy Tomka i Czarka sprawiały, że obaj dygotali na krzesełkach jak dwie torebki ze strzelającym w środku popcornem. Danielowi nie za bardzo wyszło powstrzymywanie wybuchu radości, przez co rozległ się dźwięk przypominający wydmuchiwanie nosa.

– Wypuścić krakena! – Kuba rzucił spod ławki tak, by wszyscy słyszeli.

Po każdym dźwięku, tekście i komentarzu cała klasa była już solidnie rozbawiona, zwłaszcza w kontekście nowego tematu na tablicy, o którym nic nie wiedziała pani od podstaw prawa.

– Dobrze już, cisza. Wiem, że po wakacjach jesteście rozluźnieni, chcielibyście ze sobą porozmawiać i najlepiej niczego się nie uczyć. Ale mamy program do zrealizowania i jeżeli dziś chociaż nie zaczniemy, potem będziemy musieli gonić, a tego bym nie chciała.

Zacznijmy więc. – Podeszła do samotnie siedzącego pod oknem ucznia z trzeciej ławki. – Jak masz na imię?

– Michał.

– Dobrze, Michał. Spójrz za okno i powiedz, co widzisz.

– Jakiś żul sika pod drzewem.

Wszyscy zerwali się z miejsc, jakby od tego zależało ich życie. Pierwszy pod oknem znalazł się Kuba, który po chwili ze zrezygnowaniem oznajmił wszystkim:

– Jest odwrócony, pewnie coś tam chleje, a nie sika.

Wszyscy wrócili na swoje miejsca. Nauczycielka kontynuowała próbę przekazania wiedzy.

– Nie chodziło mi o tak szczegółowy widok, ale to też może posłużyć za przykład. Kto wie, jaki będzie skutek prawny takiego działania?

Kuba podnosił rękę tak wysoko, jakby chciał dotknąć sufitu.

– Proszę.

– Drzewo zwiędnie!

– To raczej byłoby zagadnienie z dziedziny biologii, pytałam o skutek prawny.

Czarek podniósł rękę z uśmiechem na ustach. Kiedy uzyskał zgodę na odpowiedź, wstał i rozpoczął wywód:

– Jeżeli zostałby zatrzymany przez odpowiednie organy, groziłaby mu kara za niszczenie mienia publicznego – o ile drzewo rośnie na terenie, którego właścicielem jest podmiot państwowy – zakłócanie porządku i publiczne obnażanie się. Ponadto, jeżeli ktoś poczułby się urażony tymże widokiem, mógłby skarżyć tego pana w myśl kodeksu cywilnego.

Wyraźnie zadowolony z siebie usiadł z powrotem na krześle. Pani, wyraźnie zaskoczona jego odpowiedzią, zapytała:

– Może powinniśmy się zamienić miejscami?

Zmieszany Czarek popatrzył na kolegów i wyszeptał:

– Mam nadzieję, że to pytanie retoryczne...

Pani Gilińska oznajmiła, że musi na chwilę wyjść, po czym opuściła salę, zupełnie jak na początku lekcji. Nie było jej dobre dwadzieścia minut, podczas których wszyscy zajęli się sobą.

– Co, Tomek, widzę, że przerzuciłeś się na dechę. Będziesz tak teraz laski wyrywał?

– Kupiłem sobie, żeby się czymś zająć przez wakacje. Wszyscy ciągle mi powtarzali, że cały czas spędzam przy komputerze i że lepiej wyjść na powietrze i coś porobić. Kuba, tobie też by się przydało, taka odmiana od masturbacji.

– Na skejtów lecą tylko punkówy i walnięte w dekiel paszczury, daruj sobie tą zabawę. Z Lwem wyrwiesz dużo lepszy towar! – Kuba często określał się mianem "Lwa" albo "Króla Lwa", do którego często dorzucał też inne określenia.

– Ja nie kupiłem tego dla podrywu, to naprawdę fajna zabawa.

– Taa, zupełnie jak pompowanie turboptysia w konfesjonale...

– Ha, ha, ha – Daniel ponownie wybuchnął powstrzymywanym, charczącym śmiechem.

– Chrystusie miłosierny, weź ty tego krakena tam uspokój! – zasugerował Kuba.

– Nic nie poradzę, to przez polipy. Muszę znowu iść na wycięcie.

– Żeby ci tam jaj nie wycięli, bo przestaniemy się kolegować.

– Spokojnie, jaja mam niżej, nawet nie sięgną tym ostrzem.

– Polipów nie wycina się nożem, to zapewne skomplikowany zabieg chirurgiczny pod narkozą, więc o jakim ostrzu ty mówisz?

– Nie wiem, Czarek, ja tego nie wycinam, ale zapytam lekarzy, jak już będę leżał na stole operacyjnym.

– Ale będziesz pod narkozą.

– Nie, pod takim jasnozielonym kocykiem.

– A wiesz co to jest narkoza?

– Taka koza na prochach?

– Nie...

– Prezydent Francji?

Tomek z Kubą spojrzeli na siebie, jakby utwierdzali się w przekonaniu, że Daniel nic się nie zmienił przez wakacje. Czarek z kolei próbował jakoś zmienić temat, bo zbyt długa cisza mogłaby wywołać falę dowcipów na jego temat.

– Jeśli ta nauczycielka będzie tak często znikać, to nigdy nie przerobimy całego materiału.

– Mnie tam pasuje, przynajmniej jest luz i nic nie trzeba robić – oznajmił Tomek.

– A na klasówce powiesz to samo?

– Na klasówce wszyscy ci damy nasze kartki, a ty zrobisz co trzeba – odpowiedział Czarkowi Kuba.

– Mogłem nie pytać...

Tymczasem wróciła pani Gilińska i od razu podeszła do tej samej ławki, gdzie wcześniej stała. Nie zobaczyła napisu na tablicy. Założyła ręce na przedramiona i jakby zaczęła się zastanawiać, co zrobić z resztą lekcji.

– Dobrze. Michał, spójrz ponownie za okno. Co jeszcze widzisz?

Kiedy chłopak rozglądał się po ulicy, zadzwonił dzwonek. Wszyscy powoli wstawali i pakowali zeszyty do plecaków. Kuba był już za drzwiami, nim nauczycielka wróciła na swoje miejsce. Chłopcy również się pospieszyli, domyślając się, co też może się stać, kiedy zobaczy tablicę.

Idąc wzdłuż korytarza, młodzieńcy starali się nadrobić czas, kiedy nie widzieli się w pełnym gronie przez większość wakacji. Tematy ich rozmów zazwyczaj kręciły się wokół jednej, góra dwóch rzeczy.

– Tomek, Karola na ciebie leci! – zarzucił Kuba, widząc jak Karolina Sztygar, dziewczyna z ich klasy, patrzy się w stronę chłopców.

– Prędzej zacznie latać dosłownie, niż się nim zainteresuje... – stwierdził pogardliwie Czarek.

– Coś ze mną nie tak, czegoś mi brakuje?

– A, wiecie? Dzisiaj jechałem autobusem i był straszny tłok z rana. Karola też nim jechała i stała obok mnie. Kiedy kierowca ostro przyhamował, Karola poleciała na mnie!

– Daniel, na ciebie dziewczyny lecą w każdym tego słowa znaczeniu.

– Tomek chciał powiedzieć "dziewczyny i wieloryby"! – dorzucił Kuba.

– No, tak mnie przygniotła, że do tej pory bolą mnie żebra...

– To chyba jedyna dziewica w szkole – kontynuował Kuba – oprócz niej można jeszcze takie spotkać w klasztorach i na porodówkach. Nikt by jej nie przeleciał, choćby położyła się nago na środku ulicy. Prędzej ktoś by zadzwonił jeszcze po Greenpeace, myśląc, że morze wyrzuciło wieloryba na brzeg. Przy niej zawodnicy sumo to anorektycy!

– Okej, daj już spokój! Nie leci na mnie, koniec tematu.

– Przejedź się rano 107, to może poleci – zakończył Daniel.

– A właśnie, gdzie byłeś na wakacjach? – spytał Tomek. – Kiedy tylko do ciebie dzwoniłem, to nie było cię w mieście.

– Byłem u babci na wsi.

– Całe dwa miesiące?! – zdziwił się Kuba. – Coś ty tam robił?

– Fajnie było, karmiłem kury, świnie, doiłem krowy...

– Byki... – dopowiadał co chwilę kolega.

– ...jeździłem konno...

– Na jeźdźca...

– ...uprawiałem...

– Nie! Nie wmówisz nam, że podupczyłeś na wsi!

– ...ogródek babci – zakończył wyliczankę Daniel.

– Wygląda to wszystko na bardzo pasjonujące zajęcia. Powiedz, wyniosłeś coś z tego empirycznego doświadczenia?

– Raz wyniosłem siano z obory i ładowałem...

– Nie o to Czarkowi chodziło, ale nieważne – przerwał mu Tomek.

– A dupeczki?! Były jakieś fajne dupeczki?

– Była impreza w remizie, to poszedłem. Leciało se jakieś disco polo, to się trochę tam na parkiecie powyginałem. I była jedna laska... Ale miała bimbały! – Wszyscy przysłuchiwali się z zainteresowaniem. – Tańczyła sama, to ją stuknąłem po ramieniu i spytałem: "Zatańczymy?", a ona: "Z mieszczuchomi nie dygom". Dobra, mówi się trudno. Podszedłem do następnej i też pytam: "Zatańczymy?". I też słyszę: "Z mieszczuchomi nie dygom".

– Dygoć znaczy tańczyć! Nie zrozumiały cię może – zauważył Tomek.

– Zrozumiały świetnie, tylko jeśli nie mówisz ich dialektem, nie masz szans u tych dziewczyn.

– Dobra, kujon, morda! I co było dalej? – niecierpliwił się Kuba.

– No i w końcu podszedłem do takiej jednej. Załapałem wtedy już, o co chodziło. – Daniel uśmiechnął się szeroko, a jego brwi skakały do góry jak piłki tenisowe odbite od kortu. – Mówię do niej: "Podygomy?", a ona: "Z wieśniakami nie tańczę". No i se dałem spokój.

– Ale z ciebie lama, trafiłeś na laskę z miasta!

– Nie wiem, ale też miała fajne melony, inaczej bym nie zagadał, he, he, he.

– Ja to bym taką od razu złapał za chabety i ostrego buziora strzelił – zaczął się rozkręcać Kuba.

– To ty umiesz się całować? – zapytał zdziwiony Czarek.

– Moje usta mają wiele zastosowań, nie to co twoje, które oprócz cmokania w dupę nauczycieli przydatne są niczym cycki zakonnicy.

Na to młody okularnik nie miał już riposty. Zmarszczył tylko brwi i wpatrywał się w ścianę, wyraźnie analizując usłyszane właśnie słowa. Kuba wyraźnie wpadł w dobry nastrój.

– A propos całowania, znam świetny kawał, uśmiejecie się!

– Dawaj! – krzyknął Tomek.

– Chłopak całuje się z dziewczyną. Ta co chwilę przerywa pocałunek, odwraca się i coś jakby wypluwa. Potem wraca do pocałunku i za moment znowu – przerywa i coś dłubie między zębami, wypluwając. Chłopak w końcu nie wytrzymał, odsuwa się delikatnie i pyta: "Co ty tak ciągle plujesz?!", na co ona: "Bo przed chwilą robiłam loda Mariuszowi, a on walił w dupę Bożenę, a ona jadła makowiec".

Tomek z Kubą śmiali się na cały korytarz, zwracając na siebie uwagę innych uczniów. Czarek odwrócił wzrok i kręcił głową z politowaniem, jakby wstydził się za kolegów. Tylko Daniel w ogóle nie zareagował na dowcip, jakby myślami był gdzie indziej. Po chwili do wszystkich dotarło gdzie.

– Chyba dojrzałem już do poważnego związku.

– Znaczy, za dużo się trzepiesz?

– Yyy, no...

Kuba od razu zrozumiał, o co chodzi koledze i gdzie leży jego problem. Nawet mimo tej udawanej troski wydawał się miły. Wszędzie, gdzie się pojawił, był niekwestionowaną duszą towarzystwa, czego coraz bardziej zazdrościł mu Czarek.

Kiedy chłopcy doszli do następnej sali, którą oczywiście wskazał wcześniej najbardziej oczytany z całej czwórki, zadzwonił dzwonek. Wszyscy ustawili się do wejścia w nieregularnym rzędzie i oczekiwali na przyjście nauczyciela. Tym okazała się młoda studentka o długich, rozpuszczonych blond włosach. Lekki makijaż mieścił się w wytycznych dyrekcji. Biała koszula z krótkim rękawkiem, spod której dało się dostrzec biały stanik działała na wyobraźnię męskiej części klasy. Długie czarne spodnie i czarne pantofle na obcasie dopełniały obrazu początkującej nauczycielki.

Po otwarciu drzwi zaczekała, aż wszyscy weszli do sali, zanim sama dołączyła do uczniów.

Kiedy wszyscy zajęli swoje miejsca, o dziwo okazało się, że Kuba z Tomkiem siedzą w pierwszej ławce środkowego rzędu, a tuż za nimi Czarek z Danielem. Wszyscy byli uśmiechnięci niemalże od ucha do ucha. Pozostali chłopcy w innych ławkach także wyglądali na nienaturalnie szczęśliwych. Można się było łatwo domyślić, co jest tego przyczyną.

Kiedy nauczycielka otworzyła dziennik i zaczęła coś w nim notować, Kuba odwrócił się do kolegów.

– Tak mi sterczy, że aż ławka się buja!

– He, he, mi też mało z gaci nie wyskoczy! – wtórował Daniel.

– Ciszej trochę, siedzimy w pierwszych ławkach. Nie możecie po prostu cieszyć się, że będziemy wszystko lepiej widzieć i słyszeć? Nic nam nie umknie, może nawet będziemy brać udział w lekcji.

– Czarek, widzieć to my będziemy lepiej, ale nie tablicę! – ekscytował się także Tomek, odwróciwszy się do kolegów.

Tymczasem pani od geografii skończyła wypełniać dziennik, wstała i stanęła na środku przed tablicą, tuż przed ławką śliniących się Kuby i Tomka.

– Nazywam się Natalia Ruciak, jestem studentką czwartego roku Uniwersytetu Warszawskiego na wydziale geologii. Będę was uczyć geografii w tym roku szkolnym.

Niemal po każdym wypowiedzianym słowie głowa Kuby kiwała się rytmicznie w dół i w górę, a jego twarz wręcz promieniała uśmiechem. Młoda nauczycielka nie czuła się jednak w żadnym stopniu zażenowana czy speszona tym entuzjazmem.

Po jakimś czasie oczy chłopaka ani na chwilę nie uciekały już od piersi pani Ruciak. Nawet po sprawdzeniu listy i dalszym omawianiu spraw organizacyjnych stojąca przed klasą nauczycielka lustrowana była bardzo dokładnie przez uczniów pierwszej ławki środkowego rzędu. Kiedy to zauważyła i zaczęło jej to przeszkadzać, bez skrępowania przerwała temat i zwróciła się bezpośrednio do Kuby:

– Czy mógłbyś nie gapić się na moje piersi? Dziękuję.

Cała sala wybuchnęła śmiechem, ale młodzieniec błyskawicznie odpowiedział:

– Ale to one gapią się na mnie! Nic na to nie poradzę!

Tym oto sposobem klasa dalej miała ubaw, a chłopak został odesłany do dyrektora. Nie był to oczywiście pierwszy raz, ale pierwszego dnia szkoły dyrektor zapewne nie miał ochoty nikogo widzieć w swoim gabinecie.

Droga do korytarza nauczycielskiego była Kubie znana lepiej niż ta z domu do szkoły.

Znajdował się tam gabinet dyrektora, pokój nauczycielski, skład i palarnia – wszystkie pomieszczenia, które w każdej szkole niezbędne są gronu nauczycielskiemu.

Dyrektor Antkowiak nigdy nie lubił przyjmować gości, toteż drzwi wejściowe kazał sobie obić czarną połyskującą skórą, która uniemożliwia pukanie. Kuba dobrze o tym wiedział, dlatego też zawsze wchodził bez pukania, tak jak i teraz uczynił.

– Dzień dobry!

– Lewiński!

– Nie, to ja jestem Lewiński.

– Wszystkiego bym się spodziewał, ale pierwszy dzień zajęć, trzecia godzina lekcyjna, a ty już tutaj?!

– Nie mogłem się powstrzymać, musiałem pana jak najszybciej zobaczyć. Stęskniłem się przez wakacje.

– Kłamiesz gorzej, niż się uczysz. I dlaczego nie zapukałeś?!

– Przede mną sporo nauki, to prawda. Pukać już umiem, ale tutaj nie da rady.

– Nie wymądrzaj się. Kto cię tu przysłał? Co tym razem zrobiłeś?

– Nowa pani od geografii, nie pamiętam nazwiska.

– Ale co zrobiłeś, to chyba pamiętasz?

– No, w sumie to nic. Patrzyłem się na nią uważnie, kiedy prowadziła lekcję.

– I?

– I dała mi do zrozumienia, że za bardzo się patrzę.

– Za bardzo się patrzysz? Co ty, durnia ze mnie robisz, Lewiński?!

– Gdzieżbym śmiał! No, ale proszę mi powiedzieć, kto by tam zrozumiał kobiety?

– Dobra, dobra, już mnie nie bierz pod włos! Zabieraj się stąd i wracaj na lekcję.

– Ale co mam powiedzieć pani od geografii?

– Że masz obniżone zachowanie i przepraszasz.

– A mam?

– To oczywiste jak niegdyś polowanie na Murzyna w Alabamie.

– To ja już pójdę – powiedział chłopak, po czym zniknął za drzwiami tak szybko, jak się pojawił.

Tymczasem lekcja geografii dobiegła końca i chłopcy spotkali się na korytarzu. Koledzy byli tak mili, że wzięli plecak Kuby, by ten nie musiał już wracać do sali.

– No i co tam u dyra? – rozpoczął rozmowę Tomek, podając kumplowi plecak.

– Standardowo, pieprzenie w bambus.

– Więc nic się nie zmieniło? – spytał Daniel.

– A co się miało zmienić?! To samo gówno, tylko inny dzień!

– Co ci powiedział?

– Szkoda słów. To paranoik żyjący w swoim świecie. Uczeń się nie liczy. Nigdy. Nieważne, co autor miał na myśli, tylko co jest napisane w kluczu. I tak dalej.

– Cóż za brak wiary w system edukacyjny słychać w twoim głosie...

– Weź mnie nie denerwuj, Czaruś! Wiecie, czemu w nazwie szkoły jest numer 37?

– Bo taki został nadany przez organ państwowy? – Czarek jakby ubrał swoje pytanie w szaty retoryki, co jeszcze bardziej rozwścieczyło Kubę.

– To przeciętna średnia życia absolwentów tego liceum! I jeśli czegoś nie zrobimy, to skończymy jak reszta!

– Organ?

– Daniel, nie teraz. – Tomek dostrzegł, jak rośnie temperatura, i starał się uciszyć kolegę, podczas gdy Kuba kontynuował ożywioną dysputę z Czarkiem.

– Wiesz, co oznacza skrót MPO?

– Miejskie Przedsiębiorstwo Oczyszczania?

– Nie, kuźwa! Młodzież po ogólniaku!

– Ha, ha, ha! – Daniel chyba pierwszy raz zrozumiał od razu jakiś dowcip.

– Chyba powinieneś zrewidować poglądy.

– Ty sobie mózg zrewiduj! Idę z tego burdelu, nic dobrego na mnie tu nie czeka!

Kuba zaczął się przepychać z kolegami, próbując iść w stronę wyjścia, kiedy to zobaczył panią Ruciak spacerującą korytarzem z dziennikiem pod pachą. Wszyscy stanęli w bezruchu, a Kubie jakby zmienił się wyraz twarzy. Wykrzywione w grymasie wargi ułożyły się w lekki uśmiech, a oczy powiększyły i zaszkliły. Nauczycielka nie widziała chłopców i weszła spokojnie na schody w drodze na następną lekcję.

– Chyba jednak jeszcze zostanę...

2

Następnego dnia wszyscy uczniowie stawili się punktualnie na pierwszą lekcję. Nikt się nie spóźnił, nikt nie zaspał. Pojawiła się także mama Kuby, wezwana do szkoły w związku z wybrykiem syna. Rozmawiała z nauczycielką geografii na korytarzu, tuż przed godziną ósmą.

Pech chciał, że klasa chłopców miała pierwsze zajęcia w sali obok, więc większość uczniów kojarzyła już dobrze obie kobiety.

Lewiński, wyraźnie podenerwowany, uciekał wzrokiem i starał się nie reagować na słowne zaczepki kolegów.

– No, Kuba, oby twoja mama była głodna, bo naje się solidnej porcji wstydu za ciebie – zarzucił Tomek.

– Czego tak wypatrujesz za oknem? Jakaś laska się przebiera na balkonie? – zapytał z nadzieją w głosie Daniel.

– Co? Nie, nic... Tak tylko sobie patrzę. Czekam na lekcję, tak jak wy, leszcze.

– Przecież ty nigdy nie czekasz na lekcję. Nawet na przerwie czekasz na następną przerwę – zauważył słusznie Czarek.

Tymczasem pani Lewińska, pożegnawszy się z rozmówczynią, wyraźnym gestem zaprosiła do siebie syna.

– Stary, stara cię woła!

– Ale Daniel, ona nie woła, tylko macha.

– Zajmijcie mi miejscówkę, zaraz będę.

Drzwi do sali chłopców otworzyły się i nauczyciel, który wcześniej przygotowywał się w niej do zajęć, zaprosił uczniów do środka. Jednak trio dalej stało tam, gdzie do tej pory, z plecakami na ramionach.

– O nie, niech siadają sobie, gdzie chcą, mogę nawet siedzieć z Karolą, ale takiej okazji nie przepuszczę – oznajmił Tomek, powstrzymując śmiech.

– Zaraz dostanie zjeba! – rzucił radośnie Daniel, widząc, jak Kuba podchodzi do matki.

Ta zaczęła wymachiwać rękoma i coś wykrzykiwać ku jego spuszczonej głowie, ale ze względu na harmider i odległość nic nie było słychać. To nie przeszkodziło jednak kolegom snuć domysłów, co też może mówić pani Lewińska. Tomek z Danielem zaczęli mówić podniesionym głosem, niemalże zgrywając swoje kwestie w czasie ze słowami matki Kuby.

– "Jeszcze raz będę musiała przywlec tu swe dupsko, to zlikwiduję ci konta i anuluję subskrypcje na wszystkich stronach porno".

– "Tak! I każę ci posprzątać pokój!"

– "A w ogóle to masz szlaban na komputer! Co ty sobie myślisz? Jak ty traktujesz kobiety, szczeniaku?!"

– "No właśnie, szacuken jakiś miej!"

– Daniel, mówi się "szacunek".

– A jak powiedziałem?

– Chłopcy, wy z tej klasy jesteście?

– Tak, proszę pana! Podziwialiśmy tylko przepiękne dekoracje na korytarzu, już wchodzimy.

Żartom kolegów położył kres nauczyciel zamykający drzwi od sali. Bystra reakcja Czarka pozwoliła uniknąć kłopotów i niepotrzebnych pytań.

Kiedy chłopcy pojawili się w progu, okazało się, że wszystkie ostatnie i przedostatnie ławki były zajęte. Jedyne miejsca zostały w pierwszych ławkach.

– No nie... – jęknął Daniel.

– Kuba będzie wniebowzięty... Dobra, siadajmy. Czarek, dawaj na pierwszą ławkę tam, a ja tu. Daniel usiądź w drugiej, bo facet jeszcze cię o coś spyta, jak będziesz się wyróżniał w pierwszej.

Po krótkiej, wyszeptanej instrukcji koledzy zajęli miejsca.

– Dołączy do nas jeszcze jeden dżentelmen, ale to za chwilę. Zatrzymały go sprawy rodzinne – dyplomatycznie zabezpieczył kolegę Drawski.

Nauczyciel lekko skinął głową i rozsiadł się wygodnie za swoim biurkiem. Po otwarciu dziennika i wypełnieniu kilku linijek miał zabrać się za sprawdzenie listy obecności, kiedy rozległo się szybkie pukanie do drzwi. Nim wszyscy zdążyli zwrócić głowy w kierunku wejścia, drewniane, odmalowane na szybko w sierpniu podwoje otworzyły się, a oczom zebranych w sali ukazał się Kuba, który rzucił szybko:

– Dzień dobry! Przepraszam za spóźnienie, ale... – W tym momencie urwał swą werbalną wypowiedź i kontynuował ją, ruszając tylko ustami, bez żadnego dźwięku. Dało się jednak wyłapać wiązankę niecenzuralnych wyrazów, zapewne w kontekście miejsc zajętych przez najbliższych mu kolegów.

– Tak, wiem, sprawy rodzinne. Twoi koledzy mnie poinformowali, mam nadzieję, że wszystko w porządku. Możesz zająć jedno z wolnych miejsc.

Kuba uśmiechnął się lekko, jakby z przymusem, i wycedził przez zaciśnięte zęby:

– Dziękuję... – Usiadł w pierwszej ławce, koło jednej z koleżanek. Następnie odwrócił się do kolegów i szeptem zapytał: – Co z ostatnimi ławkami? Czemu tam nie zajęliście? Tak wam się podoba ten lachociąg? Musicie go dobrze widzieć?

Chłopcy przewrócili tylko oczami i wzruszyli ramionami. Wspomniany właśnie nauczyciel zaczął sprawdzać listę obecności. Kuba spojrzał w drugą stronę, ale widząc tylko głupi w jego ocenie uśmiech mało atrakcyjnej koleżanki, zanurzył wzrok w otwartym zeszycie. Kiedy prowadzący lekcję dotarł do końca listy, wstał i zaczął się przedstawiać.

– Witam wszystkich na pierwszej w tym roku lekcji ekonomii. W zeszłym roku mieliście podstawy ekonomii, w tym zgłębimy temat nieco bardziej.

Po sali rozszedł się lekki szmerek męskiej części uczniów. Lekko speszony nauczyciel kontynuował:

– Nazywam się Krzysztof Wójcik, jestem profesorem na wydziale ekonomiki przy Szkole Głównej Handlowej. W tym roku po raz pierwszy uczę w waszej szkole, więc tak dla was, jak i dla mnie będzie to nowa przygoda.

Przez następne piętnaście minut krótko przystrzyżony, ubrany w jasnoszary garnitur wykładowca starał się przedstawić uczniom pozytywne strony znajomości zagadnień z ekonomii. Uważał, że młodzież najlepiej najpierw do czegoś zachęcić, by później łatwiej było przyswajać wiedzę. Siedzący z Czarkiem Tomek spojrzał wymownie na kolegę i wyszeptał tylko:

– Zaraz chyba rzygnę...

– Nie gadaj, to naprawdę ciekawe sprawy. Mogą ci się kiedyś przydać.

Tymczasem pan Wójcik rozpoczął część zajęć, w której wchodzi z klasą w interakcję.

– Na przykład ten młody człowiek... – zwrócił się do Daniela.

– Ja? – zapytał Grodzki tyleż zdziwiony, co wystraszony.

– Cóż może począć w życiu bez znajomości przynajmniej podstaw jednej z najważniejszych nauk w dzisiejszym świecie?

– Jedynie potomka, choć to i tak nic pewnego... – rzucił Kuba i odwrócił głowę, by nikt nie namierzył jego osoby, co udało się połowicznie.

Po całej sali rozległ się lekki śmiech. Tymczasem nauczyciel kontynuował:

– No cóż, te zagadnienia poznacie na innej lekcji, ale wróćmy teraz do ekonomii...

W niedługim czasie w całej szkole rozległ się dzwonek i wszyscy opuścili salę. Po wyjściu na środek korytarza chłopcy mogli się nieco wyluzować. Pierwszy zabrał głos Daniel:

– Jak się gościu na mnie popatrzył, to mało się nie sfajdałem ze strachu!

– Ty lepiej idź do kibla i sprawdź, czy nie poszło z farszem, z tobą nigdy nie wiadomo – rzucił Kuba.

– O cholera! Tylko nie to! – Daniel zniknął w tłumie uczniów pędząc w kierunku wucetu.

– Odpuść mu, stresuje się chłopak, to przecież pierwszy dzień – starał się ostudzić atmosferę Tomek.

– Dobra, dobra, a pamiętasz co było w zeszłym roku? Jak robiliśmy konkurs na najgłośniejszy pierd, którego nie usłyszy nauczyciel? Tak walnął, że aż z krzesła pociekło!

– Chciałem zauważyć, że tego dnia bezapelacyjnie wygrał te niecodzienne zawody.

– No, wygrał. Ale widok jego ściśniętych pośladków w drodze do kibla do dziś śni się niektórym po nocach.

– Aha, Tomek, znaczy tobie się śni, nie wiedziałem, że kręcą cię takie klimaty.

– Nic takiego mnie nie krę...

– Japa! – Kuba zbystrzał, zwracając się w stronę schodów.

Pozostali również spojrzeli na grupkę dziewcząt wchodzących właśnie na piętro. Przewodziła im nowa, niewidziana wcześniej brunetka o długich, prostych włosach. Jej lekki makijaż podkreślał pełne kości policzkowe i podłużny nos na szczupłej twarzy. Całości dopełniały lekko wydatne usta w kolorze delikatnego różu. Razem z nią podążała Marta Frątczak z równorzędnej klasy i Agnieszka Kolędowicz, która przed chwilą opuściła salę z głównymi bohaterami, gdyż tak jak oni chodziła do III a.

Chłopcy znieruchomieli, odprowadzając wzrokiem całą trójkę, podobnie jak większa część męskiej "publiczności" na korytarzu. Niektórym lekko opadły szczęki na widok dostojnie poruszających się dziewiętnastolatek.

– Stary, kto to jest? – zapytał Tomek, trącając Kubę, jednocześnie nie odrywając wzroku od koleżanek.

– Nie wiem, ale zaraz się dowiem...

– To chyba jakaś nowa uczennica. Nie dotarłem jeszcze do spisu uczniów na ten rok szkolny, ale po waszych minach widzę, że wcześniej jej nie widzieliście.

Wtem na chłopców wpadł Daniel wracający z toalety. Szedł tak wpatrzony w dziewczyny, że nie widział, gdzie idzie. Zatrzymał się dopiero na Tomku i Czarku.

– Uważaj, nie widzisz, że jesteśmy zajęci?!

– Wiem, też ją widzę...

Wszyscy stali jak w transie, jakby czas na chwilę zwolnił swój bieg.

– Daniel, a może ty wiesz, kto to jest, jak ona ma na imię?

– Agnes znam i tę drugą też...

– To Marta, chodzi do III b od pierwszego roku.

– No, no... Ale ta w środku... To jakaś nowa foczka.

– Jak mówiłem, idę się dowiedzieć.

Kubie nigdy nie brakowało pewności siebie. Co prawda zwykle prowadziło to do kłopotów, jednak nie zniechęcało młodzieńca w śmiałych próbach nawiązywania nowych znajomości.

Tak i teraz ochoczo oderwał się od grupy i rzucił tylko na odchodne:

– Patrzcie i uczcie się, japiszony!

Następnie zawadiackim krokiem podszedł do dziewczyn, przecinając im drogę. Kiedy te się zatrzymały, wykrzywił usta w charakterystyczny dla siebie sposób, by wyglądać, jego zdaniem, uwodzicielsko.

– Cześć dziewczyny!

– Cześć... – odpowiedziały nieśmiało.

– Agnes, widziałem, że wstawiłaś nowe zdjęcie na fejsa, chyba z wakacji, nie poznałem cię bez kutasa w ustach!

Stojący parę metrów dalej koledzy wybałuszyli oczy, jakby nie mogli uwierzyć w to, co właśnie usłyszeli. Agnieszka odpowiedziała ze spokojem:

– To niech ci kolega wsadzi i spójrz jeszcze raz!

Koleżanki pochichotały krótko i cała trójka oddaliła się. Do Kuby dołączyli słaniający się na nogach ze śmiechu towarzysze i zaczęli klepać go po plecach.

– Japiszony bacznie się przyglądały i nauczyły... – wydusił Tomek.

– Jak nie zaczynać rozmowy z dziewczynami... – kontynuował Czarek, ale jemu również chichot nie dawał mówić dalej.

– Ja ci, stary, nie pomogę, jakby co... – dodał Daniel, trzymając się za rozporek i śmiejąc do rozpuku.

– Dobra, śmiejcie się. Zobaczymy, czyje później będzie na wierzchu!

– Nie podchodź do nich więcej, tym bardziej z niczym na wierzchu! – rzucił Tomek, potęgując słabnący powoli śmiech całej trójki. Charczenie Daniela rozlegało się po korytarzu.

– Dobra, wy się tu gibajcie, a ja idę się dowiedzieć, co to za laska. Wracam przed końcem przerwy!

Kuba zniknął na parę minut, a kiedy wrócił, koledzy stali oparci o parapet przy oknie na środku korytarza. Nikt się już nie śmiał, ale zaczerwienione twarze i lekko załzawione oczy zdradzały solidną porcję rechotu.

– Już wszystko wiem! Gadałem z Olkiem, okazuje się, że chodzą do jednej klasy. Nazywa się Monika Cegielska i faktycznie przeniosła się w tym roku do naszej szkoły. Ma zostać do matury, więc jest sporo czasu by się poznać.

– Szkoda, że nie dołączyła do naszej klasy... – wymamrotał Daniel.

– Nie jest źle, ty i Tomek odciągniecie uwagę obstawy, a ja zagadam i dalej jakoś pójdzie.

– Może lepiej już się do niej nie zbliżaj, bo pomyśli, że się kolegujemy...

– A ty, Czaruś, zajmiesz się wywiadem! Pójdziesz do gości z III b i wypytasz się, jaka ona jest, co lubi i tak dalej. Im więcej będziemy wiedzieć, tym lepiej nam pójdzie.

– Tyle że w tych sprawach nam nigdy nie idzie... – rzucił dołująco Tomek i w tym momencie zadzwonił dzwonek. Chłopcy udali się za Drawskim do sali, w której mieli mieć następną lekcję, bo tylko on wiedział, jaki przedmiot wypada teraz w planie lekcji.

Przez całe czterdzieści pięć minut, które pani od języka polskiego poświęciła na omówienie programu i podanie spisu lektur, chłopcy nie odezwali się do siebie ani słowem. Czarek skrzętnie notował każde słowo profesor Urszuli Zamojskiej, Tomek wpatrywał się bez celu w okno, a Daniel rysował, robiąc okazjonalnie przerwy na dłubanie w nosie. Tylko Kuba zdawał się intensywnie nad czymś myśleć, jakby snuł w głowie jakiś plan. Co jakiś czas zapisywał coś na kartce papieru, to coś narysował, ale wszystko jakby było ze sobą powiązane.

Kiedy zadzwonił dzwonek na przerwę, jako jedyny wydawał się zdziwiony szybko upływającym czasem. Jednak po wyjściu na korytarz uśmiechnął się, a w jego oku pojawił się charakterystyczny błysk. Kiedy chłopcy doszli do najbliższego parapetu, żeby położyć na nim plecaki, idący przodem Lewiński nagle odwrócił się i krzyknął, strasząc kolegów:

– Mam! Zorganizujemy imprezę, zaprosimy dziewczyny, uchlejemy się, a Tomek zaprosi Monikę do osobnego pokoju i zrobi swoje! Potem się zmienimy!

– Ja? Ale ja nie wiem, czy ona mi się podoba... – odparł zakłopotany Tomasz.

– Jak ma ci się nie podobać, młotku? Przecież wygląda jak Megan Fox!

– Raczej jak Angelina Jolie – dorzucił Daniel.

– Trudno się nie zgodzić z założeniem, że mało jest facetów, którym Monika nie będzie się podobać.

– Widzisz? Nawet inteligent potwierdza.

– Najpierw powinniśmy się chyba lepiej poznać...

– To tam szczegół, najważniejsze żebyś wiedział, jak zabrać się do rzeczy!

– Zaczyna się – rzucił Czarek, przewracając oczami.

– Będzie dobrze, trzeba tylko ustalić gdzie i u kogo. Kto z was będzie miał wolną chatę w najbliższym czasie?

Wszyscy zgodnie rozejrzeli się po sobie, wzruszając ramionami.

– No bez jaj, nikomu starzy nie wyjeżdżają na działkę, do rodziny czy gdzieś?

Zapanowała cisza, zakłócana jedynie gwarem szkolnego korytarza.

– Dobra, chyba muszę się przejść do Olka, on zna wszystkich i wszystko wie. Na pewno coś zorganizuje. Moje urodziny są dopiero w listopadzie, a tu trzeba już działać, zanim ktoś inny zmyje nam ją sprzed nosa!

– A skąd wiesz, czy ona nie ma chłopaka? – zapytał Tomek.

– To ty nie wiesz, że wszystkie najładniejsze laski są zwykle same? A wiesz dlaczego? Bo frajerzy tacy jak wy boją się zagadać! Idę, wrócę przed końcem przerwy.

Uczucie déja vú udzieliło się całej trójce, na poprzedniej przerwie Kuba rzucił przecież podobny tekst. Po kilku minutach cały uśmiechnięty i w podskokach zmierzał ku kolegom.

Widać było z daleka, że albo udało mu się coś załatwić, albo miał jakieś dobre wiadomości.

– Balanga! Balanga! Kutas jak sztanga! Jaja biją jak dzwony i pękają kondomy! Czujecie to?!

– Ja wolałbym tego nie czuć – stwierdził krótko Czarek.

– Ciebie się nie pytam. I tak wiadomo, że jedyny raz, kiedy widziałeś cipkę, to moment, kiedy się przez nią prześlizgiwałeś podczas narodzin.

– Stanowczo zaprzeczam! Pomijając już fakt, że dzieci rodzą się ślepe...

– A, to jeszcze lepiej, nigdy nawet nie widziałeś cipki. Jak ty masz zamiar zaliczyć coś przed maturą? Masz w sobie tyle uroku, co zużyta podpaska.

– Cóż za wyszukane porównanie. Ale nie rozumiem, wyliczasz moje wady? Jeśli miałbym wyliczyć twoje, dnia by mi nie starczyło!

– Nie musisz. Wszyscy wiedzą, że jestem zajebisty!

– Dobrze, oświadczam ci, że wejdę w intymną interakcję z dziewczyną szybciej niż ty.

– Zakład stoi! Przecinać!

Tomek symbolicznie rozdzielił złączone dłonie kolegów, zatwierdzając zakład.

– Nie wiem jeszcze, jak tego dokonam, ale jakoś to zrobię – wyszeptał do siebie okularnik.

– No dobrze, ale po kolei. Jaka balanga?

– Gdzie?

– Kiedy?

– U kogo?

Każdy po kolei zadawał po jednym pytaniu, nie dając dojść do słowa Kubie.

– Jak się na chwilę przymkniecie, to może się dowiecie. Kumpel Olka robi imprezę w sobotę, piętnastego. Udało mi się nas wkręcić. Z tego, co się dowiedziałem, mają być dziewczyny z III b! Dużo osób, bo i spora chata, gdzieś na zamkniętym osiedlu w nowych blokach na Mokotowie.

– Znasz dokładny adres? Mogę zobaczyć dokładnie, gdzie to jest, mam taką fajną aplikację...

– Nie, nie mam, ale w swoim czasie go zdobędę. A gdy już tam dotrzemy, co się będzie działo... – Lewiński zaczął zacierać ręce, jakby w oczekiwaniu na coś przyjemnego. – Pójdziemy tam jako chłopcy, wyjdziemy jako mężczyźni – oznajmił z dumą – ale i tak wygram z tobą zakład!

Czarek schował smartfona i popatrzył tylko wymownie na kolegę. Długo jeszcze nie będzie mógł uwierzyć, że dał się wciągnąć w jakiś zakład. Zawsze był przeciwny podobnym przedsięwzięciom. Uważał, że to forma hazardu, a ten jest złem wcielonym, pozbawiającym człowieczeństwa.

Cała czwórka mocno nakręciła się na myśl o domówce na początku roku szkolnego w tak doborowym towarzystwie. Nowe koleżanki, ze zjawiskową Moniką na czele, działały na wyobraźnię młodych umysłów. Do tej pory na takie imprezy zapraszani byli tylko najpopularniejsi z całej szkoły, swoista elita. Teraz miało się to zmienić.

Ogrom myśli przelatujących przez głowy przyszłych balangowiczów utrudnił im nieco komunikację. Tak na luźnych lekcjach organizacyjnych, jak i na przerwach chłopcy porozumiewali się niemalże bez słów, myślami odbiegając ponad tydzień w przyszłość. W co się ubrać, jakie perfumy kupić, jak się uczesać? W pewnym momencie Kuba uświadomił sobie, że takie myślenie jest mało męskie. Nie mógł jednak od tego uciec. Na przerwie przed ostatnią lekcją na powrót zaczął w pełni używać języka w celu komunikacji.

– Nie wytrzymuję już tutaj, chyba się zerwę z ostatniej lekcji. Co mamy?

– Mój niezawodny notes wskazuje na zajęcia z biologii.

Lewiński otworzył usta, udając zombie, i wygiął się do tyłu, jęcząc niemiłosiernie.

– Nudy w chuj! Dobra, robię zrywkę, kto idzie ze mną? Tomek, Daniel? Ciebie nawet nie pytam, bo ty gotów byłbyś zamieszkać w tej budzie, gdyby była taka opcja.

Drawski przewrócił oczami do góry, jakby faktycznie zastanawiał się nad podobną możliwością. Nie odezwał się jednak słowem.

– No nie wiem, a idzie ktoś jeszcze? Gadałeś z kimś?

– Tomuś, no co ty? Łamiesz się już na początku roku? Daniel, a ty?

– Jak tylko nas zabraknie, będzie przypał.

– Właśnie, pomyślałeś o konsekwencjach?

– Z wami to dupa, nie rozmowa. Was do czegoś przekonać, to jak uczyć ślepego rozróżniać kolory. Ale jak mówię, że idziemy na imprezę, to pały mało wam z gaci nie wyskoczą na samą myśl!

– Siema, pedały! Już se obciągnęliście, czy mam później wpaść?

Do grupy podszedł właśnie Heniu, czyli Henryk Wiśniewski z III c. Najlepiej zbudowany w całej szkole. Zaraz po lekcjach zawsze chadzał na siłownię, gdzie po każdej serii ćwiczeń wlewał w siebie przeróżne odżywki i suplementy, przez co większość jego ciała pokryta była krostami i wypryskami. Rzucało się to w oczy, zwłaszcza że przypadłość nie oszczędziła twarzy chłopaka, a także niemal łysej głowy. Dopóki się nie pojawił, w liceum istniała szkolna drużyna zapaśnicza, jednak kiedy do niej wstąpił, wkrótce została rozwiązana. Po kilku odniesionych kontuzjach w starciach z Wiśniewskim nikt nie chciał sparować ze szkolnym pakerem.

Tuż za nim stał Grzegorz Rąbalski, który nie odstępował na krok swojego wzoru do naśladowania. Miał czarne proste włosy średniej długości, przeważnie mocno przetłuszczone i nachodzące na twarz. Rzadko kiedy był uczesany i zadbany. Zapadnięte policzki i pociągła twarz rodziły skojarzenia z niedożywieniem lub problemem z narkotykami. W przeciwieństwie do kolegi Grzesiu był bardzo szczupły, wręcz cherlawy, co bardzo ze sobą kontrastowało, zwłaszcza gdy pojawiali się gdzieś koło siebie.

Razem stanowili duet, który zwykle dostawał to, czego chciał. Przemawiał za tym argument siły, jednak Heniowi nigdy nie było śpieszno do bitki, w przeciwieństwie do mniejszego kumpla. Ten z kolei wiedział, że w razie kłopotów zawsze może liczyć na swojego osiłka.

– Siema, Heniu! – Kuba uśmiechnął się najszerzej, jak mógł.

– Dobry "mudżin"...

– Daniel, morda – hamował zapędy kolegi do odegrania internetowego mema Tomek.

– Słyszałem, że wybieracie się na imprezę w następną sobotę.

– No, jesteśmy zaproszeni...

– Nigdzie nie idziecie, wypierdki! – wyrwał się Grzesiu, ledwo wychylając się zza barku kolegi.

– To zamknięta domówka, tylko dla znajomych – kontynuował Heniu – i dla was miejsca tam nie ma.

– To podobno duża chata, pomieścimy się wszyscy! – próbował rozładować atmosferę Bromski opierający rękę o ramię Kuby.

– Jak was tam zobaczę, wszyscy polecicie przez okno, jeden po drugim. Aha, i jeśli któryś z was chociaż pomyśli o Monice przy wieczornym brandzlowaniu się, to inaczej pogadamy.

Ona jest moja!

– Właśnie, łapy i kutasy od niej precz – wtórował Grzesiu.

Nikt się nie odezwał. Wszyscy stali wpatrzeni w szkolnego osiłka.

– Dobra, idę na szluga. Na razie "gejstapo"! – rzucił Heniu na odchodne.

Kiedy dwójka oddaliła się, wyraźnie nakręcony Kuba chodził w tę i z powrotem, wręcz kipiał energią i złością.

– Pewnie poszli się teraz pałować, pedały jedne!

– Może się jednak zastanowimy nad tą imprezą, wolałbym zachować swoje jaja – martwił się Tomek.

– Naszym jajom nic nie grozi. I tak wiadomo, że pryszczul niczego nie wyrwie, tylko tak gada. Niby każda jest jego, a poruchał chyba tylko tego swojego przydupasa.

– Kuba, ale idziemy na imprezę, czy nie?

– Idziemy, Daniel, ale Heniu się o tym nie dowie. Też mi się jarać zachciało, idę zakurzyć.

– Ty palisz?! – niemal jednym głosem zapytała cała trójka.

– Tylko kiedy się schleję.

– A często chlejesz?

– Tylko kiedy przyćpam.

– Ty ćpasz?!

– Tylko jak porucham.

– Aha, czyli nigdy... – skwitował Czarek.

W tym momencie zadzwonił dzwonek, a Kuba, który zdążył złapać już plecak i wyjść na schody, zatrzymał się, stając w przejściu pani od biologii.

– A ty gdzie teraz masz zajęcia?

– Yyy... tu, tutaj gdzieś...

– Biologię?

– ...tak.

– A to zapraszam, już po dzwonku.

Lewiński wrócił się pod drzwi sali ku uciesze kolegów powstrzymujących się od głośnego śmiechu.

Ostatnia lekcja ciągnęła się długo i nieubłaganie, bo żaden z czwórki kolegów nie mógł skupić się na zajęciach. Ponownie na pierwszym planie majaczyła tylko sobota, piętnasty dzień września i zbliżająca się wielkimi krokami impreza.

Tomek już widział oczami wyobraźni siebie w towarzystwie kilku nieznajomych koleżanek, z którymi świetnie się dogadywał. Nigdy wcześniej nic takiego mu się nie zdarzyło, tym bardziej nie na jawie. Po cichu liczył, że ten rok szkolny będzie przełomowy pod względem kontaktów towarzyskich.

Czarek układał w głowie wyszukane teksty, którymi zamierzał oczarować ewentualne nieznajome, poznane na imprezie. Niektóre z elokwentnych epitetów notował w zeszycie, na ostatniej stronie. Myślał też, na którą stronę zaczesać grzywkę i ile, jeżeli w ogóle, żelu użyć, by nie przypominać Adolfa Hitlera.

Kuba liczył na palcach, ile ma zabrać prezerwatyw. Nie chciał, by mu czasem zabrakło.

Podobno dom ma być duży, dwu- lub trzypiętrowy. Kto wie, ile tam jest pokoi i ilu ludzi przybędzie. Zastanawiał się też, czy nie pójść na siłownię i solarium w piątek po szkole. Co do ćwiczeń nie miał wątpliwości, natomiast z opalenizny szybko zrezygnował, by nie wyglądać, jak zwykł to określać, "gejowato".

Daniel natomiast głowił się, którą wodę kolońską podebrać ojcu z toaletki. Próbował też skojarzyć w głowie, gdzie jest Mokotów i czy to daleko od Warszawy. Po krótkim namyśle stwierdził jednak, że zda się na Czarka i jego wszystkowiedzący telefon z licznymi aplikacjami.

Wszyscy natomiast, wymieniając między sobą spojrzenia podczas lekcji, zgodnie przyznali – to będzie dobry rok.

3

Mokotowska impreza zbliżała się wielkimi krokami. Najpopularniejsi uczniowie wszystkich trzecich klas z całej szkoły zostali już dawno zaproszeni. Na przerwach temat prywatki nie schodził z ust niemal wszystkich, nawet tych, którzy się na nią nie wybierali. Pierwsza połowa września to zwykle taki czas, w którym o samej szkole czy o nauce nie mówi się prawie wcale. Myśli większości krążyły głównie wśród wspomnień wakacyjnych, nowych kontaktów towarzyskich, a w przypadku dziewcząt – plotek i nowinek ze świata celebrytów.

Jednak na dwa dni przed imprezą zastanawiały się one głównie, w co się ubrać, jak uczesać i umalować. Kolejnymi zagadnieniami niedającymi spokoju było to, kto z kim przyjdzie, kto się w ogóle pojawi i co zrobić, gdy któraś z koleżanek ubierze się tak samo.

Czwartek był bardzo ciepły mimo pochmurnego dnia. Zarówno III a, jak i III b zaczynały od drugiej lekcji, więc nierozstające się od początku roku szkolnego damskie trio w składzie: Monika Cegielska, Marta Frątczak i Agnieszka Kolędowicz, zmierzało do swojej klasy na pierwsze zajęcia. Dziewczyny miały gustowne torebki, w których trzymały wszystkie potrzebne zeszyty i książki. Monika miała jednak dodatkowo pod pachą segregator wypchany koszulkami i luźno powsadzanymi kartkami. Nagle jeden z takich świstków odłączył się od reszty i niczym spadający liść powędrował na podłogę wyłożonego płytkami PCV korytarza.

Tomek, widząc to, bez namysłu odłączył się od stojących pod oknem kolegów i pognał w kierunku oddalających się dziewczyn. Czym prędzej złapał kartkę pełną zapisków i krzyknął:

– Przepraszam! Upuściłaś to. – Wyciągnął rękę z kartką tuż przed tym, jak Monika odwróciła głowę, uśmiechnęła się i zatrzymała.

– Dziewczyny, zajmijcie mi miejsce.

Marta z Agnieszką powoli oddaliły się w kierunku sali nieopodal.

– Może to coś ważnego, nie chciałem, żeby się zgubiło.

– A, dziękuję, notatki z historii. Mam słabą pamięć do dat, muszę je sobie dodatkowo wypisywać, żeby lepiej utrwalić – stwierdziła Cegielska, odbierając świstek.

– Bardzo mądrze, ja nigdy bym na to nie wpadł.

– Spróbuj kiedyś, to naprawdę się przydaje.

– Faktycznie spróbuję. Ale na pewno nie podrobię tak ładnego charakteru pisma – komplementował nowo poznany kolega, wywołując tym uśmiech na twarzy rozmówczyni.

Obserwujący to z oddali Czarek, Daniel i Kuba nawet nie mrugnęli, z zapartym tchem podziwiając odwagę kolegi. Grodzki, nie domknąwszy ust, powoli zaczął się ślinić.

– Jak on to zrobił?

– Widzisz, nasz kolega się nie bał i zagadał. Aczkolwiek wątpię, aby doszło do wymiany płynów ustrojowych. Chyba że Daniel się nie odsunie i zacznie na nas kapać.

– Dauniel, do ciężkiej cholery, zamknij tę jadaczkę, zanim się utopimy w twoich rzygach!

– To raczej plwociny.

– Nie zdziwiłbym się, gdyby to była nawet sperma hipopotama.

– Ona jecht tachka piękchna... – wybełkotał wysoki kolega.

– Morda! Ona się uśmiecha.

– Nie musisz podrabiać mojego charakteru pisma. Twój na pewno nie jest taki zły.

– Bazgrzę jak pijak patykiem po piachu... wystającym z tyłka.

– Jakoś ciężko mi to sobie wyobrazić, ale wierzę na słowo.

Monika śmiała się do rozpuku. Tymczasem zadzwonił dzwonek obwieszczający początek następnej lekcji.

– Muszę uciekać na matematykę.

– Szkoda, fajnie się gadało.

– Mnie również. Idziesz może na imprezę w sobotę?

– Teraz, piętnastego? Jasne, że idę, zostaliśmy zaproszeni, ja i kumple. – Tomek odsunął się, by dziewczyna mogła zobaczyć jego kolegów kilkanaście metrów dalej. Ci nie spodziewali się takiego obrotu spraw i w pośpiechu odwrócili głowy, by nie widać było, że wpatrywali się cały czas w rozmawiającą dwójkę.

– Aha... Nimi się nie przejmuję, ale fajnie by było, jakbyś wpadł.

– Będę na pewno! Za nic bym nie przepuścił takiej okazji.

– To dobrze. A mogę znać twoje imię?

– Nie przedstawiłem się?! Wybacz, zostawiłem dobre maniery w plecaku. Tomek, z III a.

– Monika, z...

– III b – dokończył za nią.

– Widzę, że wszyscy mnie już znają.

– Wieści szybko się roznoszą.

– No tak. Do zobaczenia więc.

– Dzięki, cześć!

Tomek odwrócił się do kolegów i podchodząc, uraczył ich najszerszym, największym uśmiechem, jaki w życiu widzieli. Nie odezwał się ani słowem, nawet kiedy już zatrzymał się przed całą trójką.

– Zęby się myje, a nie suszy – wydukał Daniel, wycierając rękawem ślinę z warg.

– Jakżeś to zrobił, cycu?! Jak do niej zagadałeś? Co powiedziałeś? Przyznaj się, użyłeś któregoś z moich tekstów!

– Daj mu powiedzieć. Tomek, czym ująłeś Monikę? Jakimi słowami ją uraczyłeś?

Gdy ten w końcu przestał się uśmiechać, zaczął odpowiadać na pytania:

– Po prostu, podbiegłem, gdy zobaczyłem, że coś jej wypadło, podałem i jakoś poszło. Nie używałem żadnego z twoich tekstów, Kuba, a żartowałem raczej tylko z siebie i tak jakby delikatnie, nic "z brodą".

– To przecież oczywiste. Inaczej w najgorszym wypadku otrzymałbyś policzek albo w najlepszym zostałbyś wyśmiany jak ten oto dżentelmen kilka dni temu.

– Ja przynajmniej zagadałem, okularniku, a ty chyba liczysz, że wygrasz nasz zakład, jak zamówisz sobie dziwkę. Ale sam wiesz, że to by było oszustwo, poza tym speniałbyś już na starcie.

– Nie zamierzam o tym dyskutować. Sugeruję za to ruszyć się, bo lekcja już się zaczęła, a my jesteśmy na złym piętrze.

– To co nic nie gadasz, znowu nam jełopy ławki zajmą. Ruchy!

Czwórka pobiegła w kierunku schodów. Szczęśliwie udało im się usiąść przy końcu sali.

Mimo że to pierwsza lekcja, w dodatku rozpoczynająca się pięć minut przed godziną dziewiątą, ciągnęła się chłopcom w nieskończoność. Wszystko z uwagi na Tomka, który zamienił kilka słów z najładniejszą w opinii wielu dziewczyną w szkole.

Siedzenie w przedostatnich ławkach nie przeszkodziło Kubie i jego ferajnie wybiec z klasy jako jednym z pierwszych. Już od drzwi zaczęły padać kolejne pytania.

– No powiesz coś wreszcie, czy będziesz walił w pręta?

– Ale co ja mam wam powiedzieć? Że oddałem jej kartkę z segregatora i chwilę pogadaliśmy?

– Rzuciłeś do niej mój tekst o gazeli?

– Twoje teksty to ostatnie, co należy serwować niewiastom podczas rozmowy.

– Tak, Czaruś, bo pierwsze, co im się podaje, to rurka z kremem!

Koledzy intensywnie konwersowali, próbując ustalić przebieg rozmowy Tomka z Moniką.

Ten, wyraźnie speszony, czerwienił się za każdym razem, gdy usłyszał jej imię i nie mógł doczekać się następnej lekcji. Zarzucił plecak na jedno ramię i schował ręce do kieszeni czarnych dżinsów. Przez spuszczoną głowę jego oczy błądziły między podłogą a butami jego i kumpli. Wszyscy spokojnie podążali za Czarkiem, który oczywiście jako jedyny z całej czwórki wiedział, gdzie odbędą się ich kolejne zajęcia.

Tymczasem najlepsze koleżanki siedziały na jednej z ławek szkolnego korytarza na pierwszym piętrze. Wszystkie ubrane były w jasne dżinsy i bluzki z długimi rękawami dosyć ciasno przylegające do ciała, co podkreślało szczupłe sylwetki dziewiętnastolatek.

Tym razem do dziewczyn dosiadła się także chodząca do III a Sandra Jamróz. Była przez nie tolerowana, ale nie trzymały się z nią tak jak ze sobą nawzajem. Ubrana była we wzorzystą bluzkę z krótkim rękawem oraz dżinsową spódnicę midi, co trójka słusznie komplementowała, zestawiając dobrane ubrania z noszonymi przez Sandrę czerwonymi tenisówkami. Czarne włosy upięte miała w koński ogon, a dzisiaj założyła dodatkowo okulary w grubych czarnych oprawkach zamiast noszonych zwykle szkieł kontaktowych.

Rozmowa koleżanek dotyczyła oczywiście sobotniej imprezy, na którą wszystkie się wybierały.

– W galerii była wyprzedaż. Prawie wszystkie letnie kiecki co najmniej o połowę taniej, trafiłam taką za dwieście trzydzieści złotych – chwaliła się Agnieszka.

– No dobra, ale chyba bardziej pasowałaby jakaś wieczorowa kreacja, nie uważacie?

– No co ty, Monika! Chcesz wyglądać jak na rozdaniu Oscarów? Czerwonego dywanu się tam raczej nie spodziewaj – sprowadziła koleżankę na ziemię Marta.

– Czasami można znaleźć idealnie wypośrodkowaną sukienkę, taki tekstylny kompromis, można też wymieszać style, coś jakby modowy eklektyzm.

– Sandra, skądś ty się urwała? Założysz jakiś badziew, to nic nie wykutasisz.

– A co, Aga, nastawiasz się na jakieś fajne ciacha? – zapytała zaciekawiona Monika.

– Z tych szkolnych to raczej nie ma w czym wybierać. Liczę, że przyjdą jacyś znajomi znajomych lub chłopaki z "dwójek".

– A powiedzcie, co myślicie o Tomku z III a?

– Juszczyku?

– Nie wiem, gadałam z nim na ostatniej przerwie, wydawał się miły. Krótkie włosy, niewysoki, nawet fajny uśmiech.

– Kochana, chyba nie mówisz o Bromskim? – zmartwiła się Marta.

– Nie wiem, zazwyczaj widzę go z trzema innymi kolegami.

– Nie mów... Jeden taki w okularach, który zazwyczaj nosi koszule na guziki? – dopytywała Sandra.

– Chyba tak.

– Drugi taki wysoki, z czarnymi włosami, co wygląda jak przygłup? – dodała Marta.

– Tak mi się wydaje.

– A trzeci to ten jełop, co do nas ostatnio zagadał?

– Tak, ten któremu tak miło odpowiedziałaś.

Wszystkie zaczęły chichotać.

– Nie zadawaj się z nimi, to ślepy zaułek – ostrzegła nową koleżankę Sandra.

– Ale on wydawał się taki miły, nie rozumiem.

– Uwierz nam, pojutrze będzie w czym wybierać, więc nie zwracaj uwagi na byle co – doradziła Marta.

– Te matoły się w ogóle tam wybierają? – dopytywała Agnieszka.

– Gadałam z Olkiem, ale on nic o tym nie wie – zapewniła Frątczakówna.

– Dziwne, Tomek mówił, że będzie.

– Pewnie cię bajerował, nie gadaj z tymi cieniasami – doradzała Kolędowiczówna. – Jak jutro spotkam swego księcia z bajki, to dobrze rozpocznę ten rok szkolny.

– Ostatnio rozstałam się z chłopakiem. Nie mógł pogodzić się z moją przeprowadzką i znalazł sobie inną.

– Wszyscy faceci to łajzy. To takie chodzące penisy z niepotrzebnym dodatkiem w postaci dupka za plecami.

– Aga, cóż za porównanie, nie znałam cię z tej strony.

– Martuś, miłość jest przereklamowana. Serce to też nie lizak na wystawie, który każdy może sobie wziąć i wyrzucić, jak mu się nie spodoba.

– No ale słuchajcie, nie uważacie, że nowa miłość najlepiej leczy złamane serce? – zapytała niespodziewanie Sandra.

Dziewczyny popatrzyły na siebie nawzajem. Monika lekko się uśmiechnęła, poprawiając włosy. Po dłuższej chwili milczenia głos znowu zabrała Agnieszka:

– Złamane serce i wszystko inne najlepiej leczy dobra minetka.

– Nie tak głośno! – wystraszyła się Sandra.

– Spoko, to żadna tajemnica.

Cegielska i Frątczak powstrzymywały śmiech, wiedząc że wszystkie mogą być teraz obserwowane.

– Jeszcze ktoś cię usłyszy, mów ciszej.

– Przecież nie będę szeptać, to są poważne sprawy.

– Chłopaki zawsze rwą się do pipki, każdą częścią ciała. Nie cierpię tej nachalności – dodała Marta.

– Wiadomo, porządna patelnia to podstawa. Ale żeby jeszcze potrafili to jakoś dobrze zrobić.

Dorwie się taki do ciebie, to chłepcze jak pies wodę z miski i spogląda co jakiś czas jak Niemiec z okopu. I jeszcze liczy, że będziesz pojękiwać, jakby to było nie wiadomo co.

– No ale jęczysz chociaż trochę? – zapytała wyraźnie zaciekawiona Monika.

– Trochę tak, ale głównie dlatego, że się akurat przeciągam – przyznała bez ogródek Agnieszka.

– Ja to się brzydzę w ogóle języka, nie wiem jak wy możecie w ogóle o tym tak spokojnie mówić. Ciarki mnie przechodzą, gdy tylko pomyślę, że ktoś może mnie tam dotknąć, a co dopiero polizać.

– Marta, od kiedy ty taka dewotka? Błonę sobie wszyłaś?

– Nie, Aguś, po prostu jak seks, to tylko klasycznie, bez żadnych udziwnień. Języka do ust też nie daję sobie wkładać. To jakby chłopak coś zgubił w twoich ustach i szukał tego ozorem.

– Nie wiesz, co tracisz. Dobry ślimak nie jest zły. Nieważne w których wargach.

Rozmowę dziewczynom przerwał dzwonek i spieszący z kluczem do sali nauczyciel. To Jerzy Antkowiak, dyrektor szkoły, który tym razem wyjątkowo, w ramach zastępstwa miał poprowadzić lekcję w III b.

Ubrany był w ciemnoszary garnitur z bardzo gryzącego materiału, przez co cały czas poruszał gwałtownie głową do przodu. W niektórych kręgach zyskał przez to przezwisko "gołąb".

Biała koszula i czarny krawat dopełniały obrazu osoby zarządzającej placówką nauczania na poziomie średnim. Zawsze poukładany, wszystko w jego świecie musiało być perfekcyjne, nigdy nigdzie się nie spóźniał. Kiedy musiał gdzieś się przemieścić, zawsze szedł przyspieszonym krokiem, niemalże biegł, co było obiektem drwin w całej szkole.

Przepychając się między większymi od siebie uczniami faktycznie wyglądał nieco komicznie, gdyż nie grzeszył wzrostem.

Nie lubił opuszczać swojego gabinetu, zdawał się być uprzedzony do wszystkich, co tłumaczyło jego wiecznie skwaszoną minę. Najbardziej nie przepadał chyba za Jakubem Lewińskim, gdyż ten najczęściej go wizytował, zawsze odsyłany tam przez nauczycieli.

Pocieszał się więc faktem, że III a ma lekcję obok i nie będzie musiał oglądać swojego ulubieńca. Gorąco wierzył, że chłopak bez problemów napisze maturę i za kilka miesięcy pozbędzie się na dobre niewygodnego podopiecznego. Dyrektor szybko obrócił kluczem w zamku i zaprosił uczniów do sali.

Tymczasem obok zajęcia z języka polskiego prowadziła profesor Urszula Zamojska.

Zbliżająca się do sześćdziesiątych urodzin polonistka znana była z zamiłowania do polskich poetów. Na każdej lekcji, mimo realizowanego programu, starała się zarazić uczniów swoją pasją, przytaczając wiersze znanych wieszczów.

Kuba z Danielem usiedli w ostatniej ławce środkowego rzędu. Tomek z Czarkiem zajęli miejsca ławkę bliżej. Cała czwórka nie była zbyt zainteresowana lekcją, nawet Drawski zdawał się ziewać podczas recytowanego po raz kolejny jednego z "Sonetów Krymskich" Mickiewicza. Wykorzystując sytuację, Kuba po cichu zawołał kolegów z przedostatniej ławki, by opowiedzieć jeden ze swoich dowcipów. Kiedy wszyscy zbliżyli się na tyle, by usłyszeć szept, a jednocześnie wyglądać na zainteresowanych lekcją, Lewiński zaczął swoje występy.

– Lata sobie mucha koło pizdy i tak sobie na niej usiadła. W pewnym momencie pizda się zamknęła. Mucha została uwięziona w środku. I tak sobie siedzi i mówi do siebie: "No tak, to teraz jak mnie krew nie zaleje, to chuj mnie strzeli!".

Wszyscy natychmiast odwrócili głowy w stronę tablicy, schowali twarze w zeszyty i próbowali z całych sił powstrzymać śmiech. Udało się utrzymać jako taką ciszę w sali, tak, że nic nie zakłócało recytacji nauczycielki. Trzęsące się tylko barki chłopców zdradzały ich rozbawienie.

Gdy po kilku minutach wszyscy już się uspokoili, Kuba znowu dał znak, że jest gotowy na kolejny kawał. Po raz wtóry cała trójka przysłuchiwała się z zainteresowaniem. Tym razem jednak do słuchowiska dołączyli także uczniowie z sąsiednich ławek, czując, że zanosi się na dobrą zabawę.

– Przychodzi baba do lekarza i mówi, że cipka jej się zamknęła i za nic nie chce się otworzyć.

– To ta z uwięzioną muchą? – wyszeptał wyraźnie zaciekawiony Daniel.

– Powiedzmy, że ta sama, nieważne. Nie może jej otworzyć, jej mąż się wścieka, bo wiadomo, poużywałby sobie i tak dalej. No i lekarz każe jej się rozebrać i usiąść na fotelu zabiegowym. Patrzy, patrzy i w pewnym momencie mówi: "Wiem, co może pomóc!".

Podchodzi do szafeczki, z której wyjmuje małą buteleczkę wódki. Odkręca korek i wylewa nieco trunku na cipkę. Ta po chwili mlaska wargami i niczym rasowy bej spod monopolowego gardłowym głosem mówi: "Ogórasa!".

Tym razem ciężko było utrzymać ciszę. Przytomna reakcja Czarka, który zaczął klaskać, gdy pani Zamojska skończyła recytację, uchroniła chłopców przed kompromitacją i kłopotami. W ułamku sekundy wszyscy zaczęli uderzać w dłonie i nie dało się usłyszeć ani śmiechu rozbawionych, ani charkotu Daniela.

Wkrótce nastąpił koniec lekcji i dziesięciominutowa chwila na odprężenie. W dobrym towarzystwie czas zdaje się pędzić bez opamiętania. Tym razem upłynął na tłumaczeniu Grodzkiemu usłyszanych wcześniej kawałów, co dało okazję, by jeszcze raz pośmiać się przed następnymi zajęciami.

Kolejna w planie lekcji była fizyka. Z całej klasy tylko Czarek lubił te zajęcia. Podobnie jak lekcje chemii, prowadziła je Krystyna Lamentowicz, nauczycielka starej daty, która wychowała już kilka pokoleń uczniów. Mimo że osiągnęła już jakiś czas temu wiek emerytalny, nauka była jej pasją, toteż poświęcała się szkole nawet na emeryturze. Często niedoceniana, wręcz wyśmiewana za stroje z wczesnych lat siedemdziesiątych, pełna była ciepła i zrozumienia dla młodzieży. Z całego serca starała się przekazać trudną do opanowania wiedzę w możliwie przystępny sposób. Kiedy jednak się zdenerwowała, nie zwykła wdawać się w dyskusję, tylko od razu wyrzucała delikwenta za drzwi.

Panią Lamentowicz charakteryzował też łatwy do rozpracowania system odpytywań.

Odbywały się one co drugie zajęcia, a osoby, które na starcie musiały się podzielić wiedzą z ostatniej lekcji, znajdowały się kolejno w pierwszej, drugiej i trzeciej dziesiątce według dziennika. Tym sposobem dobre oceny zdobywała niemal cała szkoła – uczniowie po prostu wiedzieli, które osoby powinny się zawczasu przygotować.

Kuba należał jednak do nielicznej grupy, która uważała, że nie trzeba się uczyć, bo z rachunku prawdopodobieństwa wynika, że nie będzie nigdy pytany. Tyle że owy rachunek znał tylko z nazwy. I tego dnia miał się o tym przekonać, gdy układając w głowie kolejny kawał, usłyszał stary, schrypiały głos spod tablicy.

– Lewiński!

– Jestem, już mówiłem.

– Zapraszam do odpowiedzi – powiedziała nauczycielka z uśmiechem.

– A mogę nie skorzystać?

– U mnie nie można zgłaszać nieprzygotowań, proszę podejść do tablicy.

Wezwany wstając z miejsca spojrzał tylko na kolegów i dał im znak, by mu podpowiadali, po czym podszedł do tablicy i ustawił się przodem do klasy.

– Dobrze, przypomnimy sobie kilka faktów z ostatnich lekcji. A właściwie trzech ostatnich lekcji, bo przy odpowiedzi ustnej mam prawo zadać pytanie obejmujące informacje sprzed trzech tygodni. Ale trzy tygodnie temu jeszcze były wakacje. To może porozmawiamy o zajęciach z ostatniego roku. O czym ostatnio sobie mówiliśmy? Termodynamika? – zdawała się głośno zastanawiać nauczycielka.

Z każdym wypowiedzianym przez nią zdaniem oczy Kuby stawały się coraz większe i większe. W pewnym momencie były już tak wybałuszone, że przypominały ręce wyciągnięte daleko do ostatnich ławek w kierunku Czarka i Tomka.

– Proszę więc, podaj pierwsze prawo Ohma.

W klasie zapanowała niesamowita cisza. Gdyby w tej chwili na podłogę upadła szpilka z tablicy na korytarzu, z pewnością dałoby się słyszeć jej dźwięk. Nie otrzymawszy pomocy od kolegów, bacznie obserwowanych przez panią Lamentowicz, Lewiński uznał, że lepiej iść na spotkanie z dyrektorem, niż otrzymać jedynkę już na początku roku i wypalił na głos coś, co przyszło mu w tej chwili do głowy:

– Nie wychodź z doma bez łoma?

– Tylko tyle zapamiętałeś?

Wystraszone oczy chłopaka skierowały się teraz na nauczycielkę.

– No przecież nie będę pytać na drugiej lekcji. Siadaj, myślałam że może coś umiesz, to byś ładnie zaczął ten rok szkolny. O ile mnie pamięć nie myli, to nie byłeś nigdy najlepszy z przedmiotów ścisłych.

– Nie, nie byłem. Dziękuję.

Kuba powoli wrócił na miejsce. Jego koledzy chowali twarze w dłonie, chichocząc najciszej jak się dało.

– Stary, może chcesz zmienić galoty? Szedłeś, jakby były pełne – stwierdził Bromski.

– W koszu z rzeczami znalezionymi widziałem parę srajtek, ale chyba z drachą – dorzucił Daniel.

Lewiński nie skomentował, spojrzał tylko wymownie na kolegów.

– "Nie, nie byłem. Dziękuję" – przedrzeźniał kolegę Tomek podwyższonym głosem.

– Dajże już spokój, ty lepiej byś nie odpowiedział – tonował kolegę Czarek.

Zwykle nie stawał w obronie Lewińskiego, który drwił z niego przy każdej okazji.

Wewnętrznie jednak czuł, że musi coś powiedzieć, nikt przecież nie lubi, gdy się z niego szydzi.

Po lekcji, kiedy wszyscy udali się na korytarz, Kuba zakomunikował kolegom:

– W sobotę coś wyrwę.

– Chyba włosy z głowy.

– Tomek, dosyć już. Na pewno jesteśmy zaproszeni i mamy właściwy adres?

– Spokojna twoja ulizana. – Drawski w tym momencie poprawił lekko włosy. – Wszystko ustalone. Żeby tylko panienki dopisały.

– Będziemy coś pisać?

– Nie, Daniel, będziemy bzykać. A ty przegrasz zakład – mówiąc to, spojrzał na Czarka.

– Najpierw nas tam wprowadź, potem zobaczymy.

– A no, zobaczymy. Niejedno...

4

Sobotni poranek nie zwiastował najlepszej pogody. Pochmurne niebo co prawda nie uroniło jeszcze ani kropli deszczu, ale kolor szarości sugerował nieuniknione. I nawet mimo dosyć wysokiej jak na zbliżającą się jesień temperatury było dosyć chłodno.

Nic nie było jednak w stanie zmyć uśmiechu z twarzy chłopców mających szykować się w pocie czoła na imprezę. Każdy chciał wyglądać nietuzinkowo, zwrócić na siebie uwagę, czy wreszcie zostać dostrzeżonym przez płeć piękną.

Nikt nie spał zbyt długo, co jak na dzień wolny od szkoły było rzeczą co najmniej dziwną.

Powód był jasny, a czas odliczający godziny do wspólnego spotkania dłużył się niemiłosiernie.

W domu państwa Bromskich przygotowania trwały już od godziny 15.00. Tomek zaczął od włosów, gdyż uważał, że będzie z nimi najwięcej problemów. Zawsze czesał się w ten sam sposób, nie zamierzał więc robić dziś wyjątku. Na włosy nałożył trochę żelu, by postawić je pionowo. Długo natomiast dobierał ubrania. Nie wiedział, czy zdecydować się na kolorowe ciuchy w wakacyjnych klimatach, czy raczej stonowane barwy poważnego nastolatka. W końcu zdecydował się wypośrodkować – do szarych spodni założył czarne sportowe buty i kolorowy T-shirt. Biorąc pod uwagę, że było to dla niego najważniejsze wyjście z domu od wielu miesięcy, postanowił nie eksperymentować. Nie miał w zwyczaju kupować ubrań specjalnie na daną imprezę, bo raz, że niezbyt często takie się zdarzały, a dwa – kieszonkowe chłopaka nie należało do najwyższych. W minione wakacje miał znaleźć dorywczą pracę, ale na dobrych chęciach się skończyło. Pieniądze na przyjemności pożyczał głównie od rodziców.

Gdyby miał rodzeństwo, na pewno starałby się wyłudzić dodatkowe złotówki.

Z finansami natomiast nie zwykł mieć problemu Czarek. Każdy grosz otrzymany od rodziny z różnych okazji odkładał, by rozpocząć inwestowanie na giełdzie, kiedy już ukończy specjalny kurs, który sobie internetowo studiował w wolnych chwilach. Miał nadzieję na efektywne wykorzystanie zdobytej wiedzy przy pomnażaniu majątku. Póki co odmawiał sobie najmniejszych przyjemności, by nigdy nie zabrakło mu funduszy na upragniony cel.

Nigdy nie przywiązywał wagi do ubrań. Poza tym, żeby były praktyczne, czyste i schludne, nie liczyło się wiele więcej. Może dlatego, a może z powodu małego wyboru nie mógł się zdecydować, którą koszulę założyć. Wiedział jedynie, że będzie jasna. Posiadał niewiele T-shirtów, gdyż uważał takie koszulki za mało dojrzałe. Do koszuli obowiązkowo marynarka, czarna. Ciemnoniebieskie dżinsy i mokasyny kompletowały połączenie stroju wyjściowego z wygodnym, codziennym ubraniem. Przez chwilę zastanawiał się jeszcze, czy nie założyć krawatu, ale w końcu zamknął szafę, nie dobierając żadnego. Szczytem ekstrawagancji i luzu było dla Czarka niedopinanie ostatniego guzika koszuli.

Kolejnym etapem przygotowań była fryzura. Problemy sprawiało dobranie odpowiedniej ilości żelu do włosów, by później je dobrze ułożyć. Po kilku minutach czesania przedziałek był już wyraźnie zaznaczony a grzywka przebiegała w poprzek czoła.

– Jestem gotowy – rzucił do siebie, patrząc na swe odbicie w lustrze.

Natomiast dla Daniela największe znaczenie miała woń. Pożyczył więc kilka wód zapachowych od ojca, bo jedna, którą dostał ostatnio na imieniny, to było dla niego stanowczo za mało. Każdą z nich dokładnie spryskał swój tułów, szyję, ręce oraz krocze. Przy tej ilości mógł śmiało stać się żywą pochodnią, gdyby zaczął bawić się ogniem.

Do dżinsów dołożył hawajską koszulę i zamierzał nie zapinać żadnego guzika. Zmienił zdanie, gdy otworzył okno i poczuł wczesnojesienny wiatr. Niemalże całe ciało pokryła wnet gęsia skórka, co skutecznie przekonało Grodzkiego do zabrania swetra na suwak z kapturem.

Z kolei Kuba podchodził do całej sprawy metodycznie. Kieszenie dżinsów poupychał opakowaniami prezerwatyw. Wcześniej kilkoma jednorazowymi maszynkami do golenia dokładnie wygolił miejsca intymne. Kremowa bluzka typu long sleeve, ciemne sztruksowe spodnie i białe adidasy na rzepy stanowiły dla niego wystarczająco wyjściowy strój.

Jeśli chodzi o fryzurę, postanowił stworzyć coś, co w jego przekonaniu wyglądało na artystyczny nieład. Pamiętając o zaczesaniu grzywki do przodu, pozostałe włosy potargał na wszystkie strony, co parę razy zrobił jeszcze wiatr, gdy chłopak był już w drodze na przystanek tramwajowy.

Koledzy w końcu spotkali się w umówionym miejscu. Na przystanku przed osiedlem na granicy Mokotowa z Ochotą pierwszy pojawił się Czarek. Już o 17.30 wyglądał znajomych, mimo że ustawili się na 18.00. O czasie pojawili się Tomek z Danielem, którzy przyjechali tym samym autobusem. Najdłużej kazał na siebie czekać Kuba – zdyszany przybiegł około 18.15. Utrata tchu nie przeszkadzała mu jednak w rozmowie.

– Co tak stoicie jak sosny w Stumilowym Lesie?

– A jak myślisz? Czekamy na ciebie. Tylko ty znasz dokładny adres tej imprezy.

– I nie chciałeś nam wcześniej powiedzieć. Ustalilibyśmy jakiś dojazd, sprawdzili godziny nocnych autobusów i generalnie wszystko przygotowali.

– Tak, Tomeczku, tylko ja znam adres i nie powiedziałem wam nic wcześniej, nygusy, bo byście mnie wystawili i pojawili się tam beze mnie!

– To można tak?

– Nie można, Daniel! To kurewsko nieeleganckie. I dajcie mi złapać oddech, tramwaj mi nie przyjechał i musiałem lecieć, bo byście tu dalej stali jak pały za rogiem z suszarką.

– Nie przyjechał, czy nie zdążyłeś, bo miałeś tysiąc innych pilnych spraw do załatwienia wcześniej?

– Czaruś, tylko bez takich, bo cię zostawimy na tym przystanku. A tak w ogóle co się tak uczesałeś jak Hitler?

– Wypraszam sobie! To bardzo elegancka fryzura. W katalogu miała nawet jakąś nazwę, ale teraz akurat nie pamiętam.

– Taa, nazywała się "gorące krocze Adolfa". I co tak wali alkoholem? Macie jakieś zaopatrzenie?! – Kubie aż zaświeciły się oczy.

– Nie, to moje wody zapachowe!

– Ile ty tego na siebie wylałeś? Cała perfumeria plus wyciąg z fiuta?

– Ten zapach Daniel ma w standardzie.

– Tomek!

– Dobra już – kontynuował Kuba – najważniejsze, że nie capisz potem. Obyśmy wszyscy jutro rano capili waniliowymi cukierkami.

– Czym? – zapytała niemal równocześnie cała trójka.

– I tak nie zrozumiecie. Bierzcie dupy w troki i za mną!

Grupka udała się za Lewińskim. Po przejściu kilkuset metrów i kilkukrotnej zmianie kierunku marszu koledzy powoli zaczynali wątpić, że prowadzący wie, gdzie się znajduje. Minął kwadrans z okładem, zanim żądni mocnych wrażeń uczniowie liceum imienia Stefana Żeromskiego dotarli na, jak im się wydawało, właściwe miejsce.

Impreza na zamkniętym osiedlu wśród nowych mokotowskich bloków oficjalnie miała się zacząć o dziewiętnastej. Jednak zaproszeni uczestnicy zaczęli ściągać na miejsce już godzinę wcześniej. Gospodarz przyjęcia mieszkał na parterze, więc do dyspozycji był duży, otoczony z jednej strony murem w kolorze okolicznych budynków ogród, na który wychodziło się przez balkon schodkami. Sąsiednie ogródki oddzielone były wysokim na dwa metry żywopłotem ze świeżo przystrzyżonego ligustru, co zapewniało całkowitą prywatność.

Na dosyć dużym polu zielonej trawy rozstawiony był grill, małe stoliki z krzesełkami oraz dwie ławki mogące pomieścić kilka osób. Przy dobrze palącym się już grillu znajdowała się mała półeczka, na której czekały gotowe do przyrządzenia produkty: kiełbaski, golonki, steki, chleb, bułki i różnego rodzaju szaszłyki.

– Jesteś pewien, że to tu? – zapytał Tomek.

– Adres się zgadza, jesteśmy na miejscu, chyba że podałeś nam błędny. Jako nawigator naszej ekspedycji nie odpowiadam za błędne współrzędne.

– Olek by mnie tak nie wyruchał. Rozejrzyjcie się dobrze, może numery są walnięte.

– A może posłuchamy, skąd gra muzyka i tam pójdziemy? Albo po zapachu grilla? – zaproponował Daniel.

– Masz numer do Olka albo tego gościa, u którego jest biba? Zadzwoń gdzieś – niecierpliwił się Tomek.

– Wyluzuj, Romeo. Zaraz do nich zakręcę.

Kuba wyciągnął komórkę i zaczął coś wstukiwać, po czym przyłożył aparat do ucha.

Powtórzył to kilkukrotnie, wykonując dziwne ruchy, coś jakby tańczył, ale nie z nikim się nie połączył.

– Co się tak iskasz po dupie i kręcisz, jakbyś w gaciach coś zgubił?

– Wygoliłem się i chyba podrażniłem skórę.

– Jajca se wygoliłeś? Poważnie?

– No powaga, Tomek, gładziutki jestem jak niemowlak. Zostawiłem tylko "ścieżkę do Leszka" – podwinięta bluza ukazała pasek włosów ciągnących się od pępka w dół, ginący za gumą od majtek.

– Niewiarygodne. Wiesz, że możesz dostać infekcji? A im więcej się drapiesz, tym będzie gorzej.

– Dziękuję, doktorze "kutasiński". Duża szczecina to też przesada. No i jak się tam ogoli, to od razu ma się większego.

– Możemy już iść?

– No, chodźmy, robię się głodny – dorzucił Daniel.

– Dzwonisz tam czy nie?

– Nie odbiera. Albo źle zapisałem numer. Idziemy, to musi być niedaleko.

Mijały kolejne minuty i kolejne uliczki, a śladów imprezy wciąż brak. Czarek parę razy pytał przechodniów o adres, który podał mu Kuba, ale wszystkie wskazówki okazały się błędne.

Koledzy zaczęli rezygnować i pojawiały się pierwsze głosy, że może trzeba odpuścić i wracać, póki jeszcze wcześnie. Minorowe nastroje zmącił nagle krzyk Tomka.

– To chyba tutaj!

– Musimy tak w kółko łazić? Zmęczyłem się.

– Widzisz, Daniel, Kuba nie najlepiej dogadał się w sprawie lokalizacji rzeczonej imprezy, więc teraz zwiedzamy sobie mokotowskie osiedlowe uliczki w ten piękny sobotni wieczór.

– Morda, pedzie, Tomek ma chyba rację. Słyszycie muzykę?

Faktycznie, wzmocnione basy rozbrzmiewały w powietrzu w rytm dyskotekowych, skocznych utworów.

– Ja czuję kiełbaski! – zachwycił się Grodzki.

– Rzeczywiście, jakby grill...

Oprócz muzyki, w powietrzu unosiły się też zapachy przygotowanych na ciepło potraw.

Odpowiednio przyprawione wzmagały apetyt z każdym wdechem.

– To na pewno to miejsce, parter, muzyka, grill. Lecimy dookoła budynku, żeby znaleźć klatkę – zarządził Kuba.

Chłopcy okrążyli budynek, idąc wzdłuż muru, a potem skręcając w stronę ustawionych w rzędzie przedsionków z domofonami prowadzących na klatki schodowe.

Czarek odpowiednio wymierzył przebyte odległości i wytypował trzecie wejście od lewej jako to, gdzie powinno się znajdować mieszkanie, którego szukali od prawie dwóch godzin.

– Jesteś pewien, że to właściwa klatka?

– Jedyne, czego jestem pewien, Tomaszku, to to, że zmarnowaliśmy ostatnie godziny na znalezienie miejsca imprezy, na którą pewnie nas nie wpuszczą.

– Ten jak zwykle kracze, posuńcie się leszcze, ja będę gadał i zaraz się dowiemy, że pewnie na nas już czekają.

Kuba wcisnął "dwójkę" i spokojnie oczekiwał na głos z drugiej strony.

– Halo? – rozbrzmiało po chwili. W tle dało się słyszeć muzykę, śmiech i głośne rozmowy balangowiczów.

– To tutaj odbywa się najlepsza impreza w mieście?

– Tak, ma się rozumieć! – odkrzyknął radośnie męski głos.

– No, wreszcie was znaleźliśmy!

– Ale obawiam się, że mamy już komplet.

– Jak to komplet? Przecież nas brakuje!

– Nie wiem, może to nie ta impreza, ale my już nikogo więcej się nie spodziewamy, wszyscy zaproszeni są już na miejscu.

– A są dziewczyny z Żeromskiego? – wyrwał się niespodziewanie Czarek.

– Są. Nie ma! Znaczy z jakiego Żeromskiego?!

– Więc dobrze trafiliśmy, otwierać! – znowu do mikrofonu dopadł Kuba.

– Muszę lecieć, nara! – Rozmówca odłożył słuchawkę.

– O nie, nie dam się tak spławić. – Lewiński wcisnął guzik jeszcze raz, tym razem o wiele dłużej go trzymając.

– Halo!

– Tu Kuba, z Żeromskiego, byłem zaproszony, jestem z kumplami!

– Słuchaj, nie wiem kto i gdzie cię zapraszał, ale na pewno nie ja i nie tu. Pal zelówy! – Rozmówca rzucił słuchawką.

– To co, palimy? – zapytał Daniel.

– Dupa, nie palimy, za mną! – zarządził nieformalny lider grupy.

Koledzy wrócili do miejsca z drugiej strony budynku, gdzie usłyszeli muzykę i poczuli zapach pieczonego mięsa. Nikt do nikogo się nie odzywał, gdyż cała trójka próbowała dotrzymać kroku niemalże biegnącemu Lewińskiemu.

– Podsadźcie mnie.

Tomek z Danielem złączyli dłonie, tworząc tak zwaną "nóżkę", by umożliwić koledze złapanie się krawędzi muru. Na szczycie dwuipółmetrowej jasnopomarańczowej ściany znajdowały się powbijane pionowo metalowe kolce uniemożliwiające siadanie ptakom i wtargnięcie intruzom. Kuba podciągnął się rękami i stanął na barkach kolegów.

– Popatrzcie tylko...

– Co tam widzisz? – zapytali niemal jednym głosem.

– Wbijamy! – rzucił szybko, po czym zadarł jedną nogę do góry, odepchnął się od krawędzi, przeskoczył mur i wylądował po drugiej stronie niezauważony.

– Daniel, podsadź mnie – niecierpliwił się Tomek.

Pojedyncza "nóżka" zadziałała w tym przypadku i po kilku sekundach Bromski dołączył do kolegi, omal na niego nie wpadając przy lądowaniu.

– Mnie też podsadź, jesteś najwyższy.

– A mnie kto podsadzi?

– Podskoczysz i sięgniesz, a potem się podciągniesz, na pewno sobie poradzisz. Na wuefie jakoś dajesz radę doskoczyć do kosza. Tutaj jest chyba niżej od obręczy.

– Doskakuję do siatki.

– Będzie dobrze. Widzimy się po drugiej stronie.

Kiedy Czarek również znalazł się na murze, nie mógł uwierzyć w to, co właśnie widział: piękny, ładnie oświetlony ogród, otoczony z obu stron żywopłotem, krótko przystrzyżoną trawę z wyłożoną wielkimi płaskimi kamieniami ścieżką, której towarzyszyły powbijane w ziemie LED-owe lampki na baterie słoneczne. Wszędzie pełno ludzi, wszyscy uśmiechnięci, zadowoleni, z plastikowymi kubeczkami w rękach. Część siedziała przy stolikach, rozmawiając, inni grali w karty lub inne gry nieodłącznie związane z alkoholem, jeszcze inni zajadali pachnące potrawy z grilla. Masa pięknych dziewcząt ze szkoły i spoza niej, krótkie spódniczki, głębokie dekolty, nienaganny makijaż. Drawski poczuł się jak w zupełnie innym świecie, w którym wszystko staje się możliwe.

Z wrażenia jednak nie zauważył, że jego rozpięta marynarka zaczepiła o kolce i podczas skoku na trawę doszczętnie ją porwał w kilku miejscach. Stojący obok Tomek z Kubą wybuchnęli śmiechem, zagłuszonym nieco przez muzykę.

– Kurwa mać!

– On przeklina?

– Jak mawiał klasyk, Tomeczku, "nie poznaję kolegi".

– Ha, ha, Czarek, ostatni krzyk mody? Marynarka – kosiarka, czy może pseudopelerynka Batmana albo Zorro?

– Nowa marynarka! Wszystko przez ciebie, gdyby nie ty, dostalibyśmy się tu normalnie, jak ludzie, drzwiami!

– Nie moja wina, że jesteś pierdoła, nikt ci tam włazić nie kazał.

– Aaa! – rozległo się nad ich głowami.

To Daniel, który niefortunnie zeskoczył z muru i spadł na trawę z głośnym hukiem.

– Ja pierdzielę, Daniel! A gdzie telemark? – zapytał szyderczo Kuba.

– Będą obniżone noty za styl! – wtórował mu Tomek.

Humor wyraźnie dopisywał tej dwójce. Czarek nie odezwał się ani słowem, cały czas oglądał zniszczone ubranie. Tymczasem Grodzki szybko wstał i otrzepał się.

– Jezu, co ci się stało w ryja?

– Jesteś podrapany, jakby cię ktoś po asfalcie ciągnął.

– Podciągałem się, ale zsunąłem się po ścianie... Parę razy.

– Uuu... – Chłopcy wykrzywili miny w grymasie udawanego bólu na samą myśl o kontakcie policzka z chropowatą powierzchnią muru.

– To się zagoi, patrzcie jak ja wyglądam! Marynarka nadaje się na szmaty!

– Jak dla mnie wyglądasz spoko, nawet lepiej niż przed skokiem – śmiał się z kolegi Tomek.

– Brakuje jeszcze gówna w roli pagonów na barkach i byłbyś zrobiony – dorzucił Kuba.

Daniel tylko głośno się śmiał, zapomniawszy o bólu. Czarek zdjął resztki odzienia i rzucił pod ścianę. Chłopcy zebrali się w kręgu.

– Dobra, ruszamy solo i zobaczymy, co z tego wyjdzie. Jeśli uderzymy jako ekipa i coś się nie spodoba, to nas stąd wyjebią, a tego byśmy nie chcieli. Jeżeli któryś z was coś nawywija, to nie znamy się aż do opuszczenia tego lokalu. – Nastąpiła chwila ciszy. – Wszyscy kumają plan gry?

– Co to jest plan gry?

– Daniel, ręce mi opadają, za chwilę zawiążę sobie sznurówki na stojąco.

– Przecież masz zawiązane.

– Nieważne. Macie jakiś sprzęt?

– O czym ty teraz mówisz? – zapytał Czarek.

– Ja jestem przygotowany – Kuba wyciągnął z kieszeni sznur prezerwatyw, który rozwinął się niczym guma do żucia na pasku przy kasie w osiedlowym sklepie spożywczym.

– Wow, na co ci aż tyle?!

– Tomciu, nigdy nie wiadomo, ile tam lasek będzie wymagało naszej pomocy. Poza tym wiedziałem, że wy na pewno nic takiego nie macie, dlatego gdyby nie ja, złapalibyście jakąś francę.

– Jeśli w ogóle do czegoś dojdzie.

– W twoim przypadku raczej bym na to nie liczył. I tak wygram zakład – skwitował kolegę w koszuli, ale już bez marynarki. – To co, ile kto chce?

– Może zobaczymy, jak potoczy się wieczór i w razie czego się do ciebie zgłosimy?

– Tomeczku, kiedy wy się zorientujecie, że może wam się przyda guma, ja będę już zapinał drugą albo nawet trzecią laskę.

Czarek tylko przewrócił oczami.

– Ja wezmę dwie!

– No! To się nazywa bojowa postawa. Częstuj się żołnierzu, niech twój karabin nie stygnie ani na chwilę!

Daniel upakował dwa kondomy w kieszeni z uśmiechem na ustach. Kiedy chłopcy mieli się wreszcie odwrócić w kierunku domu i rozdzielić, podeszły do nich trzy dziewczyny z kubeczkami z piwem.

– Cześć!

– Siemanko! – Kuba dosłownie i w przenośni wybił się przed szereg.

– Skąd się tu wzięliście? Jeszcze przed chwilą was tu nie było.

– Byliśmy tu cały czas, pewnie nas nie widziałyście – starał się wybrnąć z niezręcznej sytuacji Tomek.

– Tak naprawdę to przeskoczyliśmy przez ten mur za nami.

– Kolega się wygłupia, to u niego naturalne zachowanie – Czarek wymownie spojrzał na Kubę.

– A co pijecie?

– Jakieś piwo, nie wiemy dokładnie jakie i nawet się nie zastanawiamy. Tam stoi beczka i kubeczki jednorazowe, możecie się częstować. Impreza na styl amerykański.

– Dziękujemy, na pewno się zaraz uraczymy tą ambrozją.

– A co tak się same przechadzacie, nie potrzebujecie towarzystwa? – Wszyscy spojrzeli na Kubę, kiedy to powiedział.

– Czekamy na naszych chłopaków, nakładają nam właśnie na talerzyki jakieś potrawy z grilla.

Faktycznie przy grillu stało trzech dobrze zbudowanych młodzieńców. Na ich widok Tomek szybko popchnął kolegów, by jak najszybciej zejść z oczu dopiero co poznanym dziewczynom. Parę kroków dalej wszyscy się w końcu rozdzielili. O dziwo Kuba nawet nie miał pretensji, że został tak szybko odsunięty od ładnych dziewczyn. Fakt, że za chwilę poznałby ich partnerów, a na ogródku było dużo więcej niebrzydkich panien, natychmiastowo go pocieszył.

Koledzy zaczęli więc realizować "plan gry". Po rozdzieleniu się każdy zajął się czymś innym.

Tomek spokojnie przechadzał się po ogrodzie z kubeczkiem piwa. Uśmiechał się niemal do każdego i starał nie zwracać na siebie uwagi.

Czarek stanął pod żywopłotem i bacznie wszystko obserwował, analizując całą sytuację. Nie wziął sobie nic do jedzenia i picia, przez co po chwili zaczął odczuwać chłód. Myślał o zniszczonej marynarce i wkładał ręce jak najgłębiej kieszeni spodni w poszukiwaniu ciepła.

Daniel od razu podbiegł do grilla i nałożył sobie na papierowy talerzyk kiełbasę, chleb i sztukę mięsa. Zadowolony poczęstował się także plastikowym kubeczkiem wypełnionym piwem stojącym na stoliku obok i z uśmiechem na twarzy szukał wolnego krzesełka.

Kuba natomiast chwycił dwa kubeczki piwa. Z jednego sączył miarowo złocisty płyn, drugi trzymał w ręku, jakby komuś niósł. Czarek, widząc to, ani przez moment nie pomyślał, że kolega zaraz mu przyniesie napój. Taktyka Lewińskiego była prosta. Kiwając się w rytm muzyki podchodził od jednej samotnej dziewczyny do drugiej i proponował piwo.

– O, tu jesteś, wszędzie cię szukam, piwo ci przyniosłem! – zagadał do kolejnej.

– Nie, dziękuję, mam już – dziewczyna podniosła ze stolika za sobą kubeczek – ale jak się skończy, dam ci znać – uśmiechnęła się na pożegnanie.

Odpowiadając uśmiechem ruszył dalej, przemierzając powoli wielki ogród. Kiedy nic z tych starań nie wyszło, lekko zrezygnowany wypił również drugi kubeczek, stwierdziwszy, że jego taktyka zawodzi. Następnie poszedł po dokładkę – dwa kubeczki piwa doprawił wódką w proporcji około pół na pół. Po obejściu ogrodu, również bez sukcesów na polu miłosnych podbojów, postanowił zrobić sobie następny zestaw. Idąc w kierunku stolika z trunkami, nieźle się już zataczał. Czarek, widząc to, podszedł do Tomka, który akurat zobaczył w tłumie dziewczyn Monikę i miał podejść, żeby zagadać po dopiciu piwa.

– Tomek, mamy problem.

– Jaki problem, zobacz, tam jest Monika, idę zagadać, jestem po piwie, nie boję się.

– Nie, nie o to chodzi. Spójrz na Kubę.

– O w mordę, ile on wypił?

– Łącznie cztery pełne kubeczki piwa w tym dwa wymieszane z dużą ilością wódki. Nie jestem w stanie stwierdzić, ile dołożył w chwili, gdy straciłem go z oczu. Ludzi tu przecież całkiem sporo.

– Dobra... Trzeba zawołać Daniela, gdzie on jest?

– Przy stoliku po prawej. Konsumuje właśnie trzecią kiełbasę i czwartą kromkę chleba, ale wypił tylko dwa niecałe kubeczki piwa.

– Boże, człowieku, czy ty nie masz co robić? Stary, przerażasz mnie! Dobra, chodźmy, trzeba zabrać Kubę z tego tłumu, zanim wpadnie w kłopoty.

Chłopcy szybko i bez zbędnego tłumaczenia odciągnęli Daniela od dalszego jedzenia i udali się w kierunku podpitego kolegi. Ten był już parę kroków przed wielką beczką z piwem i stolikiem z trunkami. Idąc w ich kierunku, wpadł na grupkę dziewczyn, przez co jedna z nich oblała się piwem. Wtem na miejscu pojawiła się trójka znajomych i złapała go pod pachy.

– No, w samą porę, jeszcze chwila i wleciałby na cały ten alkohol – wyszeptał Tomek.

– I co żeś narobił? Całą sukienkę sobie zalałam!

– Bardzo przepraszamy, kolega ma już dość.

– Nie gadam do ciebie, Hitler!

Czarek zmarszczył brwi i zagryzł usta w zakłopotaniu. W tym momencie za ich plecami pojawiło się kilku dość wysokich chłopaków w sportowych dresach.

– A wy jak się tu dostaliście?

– Trzeba było uważać – wymamrotał dobrze już wstawiony Kuba.

– Poważnie pytam, kto was wpuścił?

– A taki jeden z brodą – podłapał klimat Daniel.

– Łukasz, znasz tych kolesi?

– Nie znam, ale mogą być z Żeromskiego, sporo lasek wpadło dzisiaj do nas z tej meliny.

– Od razu "meliny", buda jak każda inna.

– Morda, gogusiu, pytał cię ktoś o coś?

– Tomek, ja to załatwię. Panowie, chyba na nas już czas – próbował ratować sytuację Czarek.

– Wypad, zanim kulasy poprzestawiam! – wyraźnie denerwował się oderwany od przekąsek Łukasz.

– Dobra, dobra, wychodzimy. A tak a propos – wiecie, co mówi kanapka do pijaka? – Lewiński pozostawał sobą. – "Zaraz wracam". Ha, ha!

– A wiesz, co mówi twoje oko do mojej piąchy? "Miło cię widzieć".

Bang! Gospodarz imprezy wycelował prawy sierpowy w policzek Kuby. Ten, niczego się nie spodziewając, przyjął cios i z całym impetem poleciał do tyłu, wypadając z uścisku Daniela i Tomka. Koledzy podnieśli z trawy i ponownie wzięli pod ramiona znokautowanego towarzysza.

– Wypierdalać! – ponaglał kolega Łukasza.

– Tak jak mówiłem, my już sobie pójdziemy. Było świetnie, wspaniała impreza, bawcie się dobrze tego zacnego wieczora.

Czarek wycofał się z kolegami, przeprowadził przez balkon do mieszkania, otworzył im drzwi wejściowe i zamknął je po opuszczeniu lokalu. Mimo iż całe zdarzenie nie było za wesołe, dumą napawał go fakt, że znowu uratował sytuację.

Już na ulicy cała czwórka zatrzymała się na chwilę.

– Żyje?

– Tak, Daniel, jest tylko nieprzytomny, ale trudno mi stwierdzić, czy to bardziej wina alkoholu, czy prawego sierpowego tego Łukasza.

– Dobra, "doktor", prowadź na przystanek, odstawimy go do domu.

– Dobrze, Tomek, ale jak zamierzasz wytłumaczyć to jego rodzicom?

– Sprawdź jego tylną kieszeń. Ma klucze do mieszkania. Wprowadzimy go na chatę i położymy do łóżka. Musimy być bezszelestni, żeby nikogo nie obudzić. Zamkniemy mieszkanie, ale wcześniej zostawimy mu kartkę koło łóżka. Trzeba napisać, że widzimy się w niedzielę o 15.00 na jego podwórku. Oddamy mu klucze i wtedy pogadamy.

– To naprawdę dobry pomysł! – nie ukrywał podziwu Czarek, choć zazdrościł, że sam na to nie wpadł, mimo że nic nie wypił tego wieczora.

Jak zaplanowali, tak zrobili. Wszystko się udało: Kuba odstawiony do łóżka, nikt z domowników nieobudzony. Po wszystkim koledzy kulturalnie się pożegnali i każdy pognał do domu komunikacją miejską. Natomiast żaden nie był w stanie racjonalnie wytłumaczyć tego, co się właściwie stało. To miała być najlepsza impreza w ich życiu. Noc, która wszystko odmieni.

Chociaż... może właśnie taka była.

5

Nad ranem mocno skacowany Kuba czuł potworny ból. Cała lewa strona jego twarzy była spuchnięta. Resztką sił odczytał słowa zapisane na świstku papieru, który koledzy zostawili mu na szafce przy łóżku. Wiedział już, że musi wyjść przed blok o piętnastej. Spojrzał na zegarek. 14.15. "Trzeba by się chyba zbierać" – pomyślał w duchu.

Szybko zrzucił z siebie wczorajsze, imprezowe ciuchy. Koledzy byli na tyle uprzejmi, że zdjęli mu buty przed położeniem do łóżka. Kiedy zobaczył swoje odbicie w lustrze, lekko się przeraził. Ogromna opuchlizna lewego policzka i siniejące oko to efekt spotkania z pięścią gospodarza wczorajszej imprezy. Tak, przynajmniej tyle pamiętał pomimo obolałej głowy.

Po założeniu na siebie pierwszych lepszych ubrań przemknął cicho do łazienki w nadziei, że jego rodzice oglądający telewizję przy herbacie go nie usłyszą.

– No wreszcie! Zrób sobie śniadanie, obiad będzie za dwie godziny – usłyszał z salonu głos mamy.

Nic nie odpowiedział, bo domyślał się, że głos zdradziłby zbyt wiele z wydarzeń ostatniej nocy. Opłukał twarz zimną wodą, uważając, by nie sprawić sobie jeszcze większego bólu.

Częściowo ułożył na mokro włosy i wypił kilka łyków warszawskiej kranówy, po czym opuścił toaletę.

Mocno odchrząknął, nim rzucił w kierunku rodziców:

– Na chwilę wychodzę, zaraz będę!

– Co ci się stało? – Dopiero teraz zobaczył przed sobą wychodzącą właśnie z kuchni dwunastoletnią siostrę Marysię, która też zrobiła sobie herbatę.

– Dostałem drzwiami, spadaj!

– Ha, ha, ale z ciebie debil!

– A z ciebie ogolona małpa z warkoczami.

– Mamo, on mnie przezywa! – Dziewczynka pobiegła do salonu, uważając, by nie wylać napoju.

Tymczasem Kuba szybko przekręcił zamek i po chwili zniknął za drzwiami. Mieszkał na drugim piętrze, więc rzadko korzystał z windy. Właściwie tylko kiedy wracał do domu. Przy opuszczaniu budynku znacznie szybciej było po prostu zbiec po schodach. Tak też zrobił.

Na półpiętrze dostrzegł przez okno trzech towarzyszy wczorajszej wycieczki na Mokotów.

Tomek siedział na krawędzi piaskownicy, Czarek stał obok i machał rękami, jakby coś tłumaczył. Daniel natomiast próbował rozbujać się na huśtawce najwyżej, jak się dało, całkowicie ignorując instrukcję korzystania z urządzenia.

– Wow, ale pizda pod okiem! – rzucił Tomek, widząc zbliżającą się postać.

– Czy to boli tak bardzo, jak źle wygląda?

– Jeszcze głośniej gadajcie, chyba tamta część osiedla nie słyszała.

– Ja pierdzielę, Kuba, nie poznałem cię. – Daniel zeskoczył z huśtawki na widok kolegi.

– Jakby siostra była starsza, pożyczyłbym kosmetyki i się pomalował. Może nie byłoby tak widać.

– No ale co zrobisz? Pojawisz się jutro w budzie?

– O nie, Tomek, na pewno nie. Coś wymyślę, urwę się, nie wiem.

– Jak zareagowali na twój widok rodzice?

– Nie widzieli mnie, ale siostra przypadkowo zobaczyła. Powiedziałem, że dostałem drzwiami. Im też tak powiem, może pójdę do lekarza i nie będę musiał kombinować z omijaniem budy.

– Powinieneś mieć zrobione prześwietlenie, możesz mieć pękniętą kość policzkową.

– Dzięki, doktorze "kutasiński", nie wpadłem na to.

– Miło się odwdzięczasz za dotarganie cię do wyra.

– Właśnie, jak ja wróciłem do domu?

– He, he, zanieśliśmy cię.

– W to jeszcze uwierzę, Daniel. A jak weszliście do środka? Gadaliście z moimi rodzicami?

– Miałeś klucze do mieszkania w tylnej kieszeni. Wystarczyło nie hałasować, było późno i wszyscy spali. Możemy ci już oddać wytrychy. – Czarek przekazał Lewińskiemu własność.

– Naprawdę mógłbyś docenić nasz wysiłek.

– No dobra, dziękuję – słowo rzadko słyszane z ust Kuby, wycedzone ciężko przez zęby, zabrzmiało w końcu nieśmiało w powietrzu w to pochmurne niedzielne popołudnie.

Wszystkim jakby ulżyło. Niezależnie od tego, jak bardzo nie chciał, musiał się przyznać do porażki i do tego, że wiele zawdzięcza swoim najbliższym znajomym.

– Ale jeśli któryś jełop zrobił mi zdjęcie, osobiście go wykastruję!

Spoko, luz, przecież nikt nie miał w ręku telefonu. Wszyscy byliśmy zajęci targaniem twoich zwłok z tego mieszkania do domu.

– Tomek, nie zapominaj o dyplomatycznym podejściu do całej sprawy i załatwieniu formalności. Beze mnie by was tam pozabijali.

– Czarek, już samo pójście przypomina mi twoją marynarkę.

– A raczej to, co z niej zostało, he, he, i moja szrama na policzku. Zjazd po ścianie bolał chyba bardziej niż wszystkie szczepionki razem wzięte.

– Będziesz się teraz nazywał scarface. Tak, powinni zrobić memy z naszego wypadu...

 

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki życzenie Tomka jakby się spełniło. W poniedziałek okazało się, że ktoś nagrał komórką całe zajście. Filmik został wrzucony do Internetu, gdzie można go było znaleźć pod tytułem "Żul opuszcza lokal". Widać na nim krótką wymianę zdań i potężny cios, który Kuba otrzymał od gospodarza imprezy. Nagranie rozprzestrzeniło się błyskawicznie.

W poniedziałek Kuba nie pojawił się w szkole. Po dwóch pierwszych lekcjach Tomek zadzwonił do kolegi, by dowiedzieć się, gdzie on się podziewa.

– No siema, gdzie się urwałeś?

– Właśnie wracam do domu z prześwietlenia. Kupili kit o walnięciu drzwiami. Nie mam nic złamanego, ale że jestem mocno obity, mam zwolnienie na dziś i na jutro.

– A w środę będziesz?

– Oczywiście, że nie. Coś wymyślę. Z takim ryjem to nawet z domu nie będę wychodził. A jak tam u was?

– No, jest grubo...

– To znaczy?

– Ktoś nagrał telefonem, jak dostajesz gonga.

– Co takiego?!

– Nie wiem kto. Chyba jedna z osób z tłumu w ogrodzie. Przyglądało się nam kilkanaście osób. Trzymaliśmy cię z Danielem i ten Łukasz wywalił ci w japę...

– Ja pierdolę... Nie wracam już tam. Dużo osób to widziało?

– Żartujesz sobie? Wszyscy na przerwach puszczają sobie filmik. Jedni z Internetu, inni skopiowali sobie bezpośrednio od autora. Nie wiem nawet, kim on jest. Wszystko się rozprzestrzeniło bardzo szybko, chyba jeszcze przed lekcjami.

– Dobra, muszę kończyć. Pogadamy później. Na razie.

– Trzymaj się.

Do Tomka dołączyli Czarek z Danielem.

– Powiedziałeś mu?

– Powiedziałem.

– Jak zareagował?

– Mówi, że już tu nie wróci.

– Taki przypał, chyba też bym się nie pokazał.

– Daniel, ty miewasz gorsze przypały, ale następnego dnia o nich zapominasz.

– Tak? Nie pamiętam.

– Jaką teraz mamy lekcję?

– Polski. W tamtej sali.

Chłopcy udali się na zajęcia. Na szczęście nauczyciele nie interesowali się za bardzo życiem podopiecznych poza murami szkoły, toteż nie zwracali uwagi na to, co jest takie popularne w ich komórkach. Nawet na lekcjach niektórzy uczniowie ukradkiem oglądali coś pod ławkami, chichocząc cicho.

Na następnej przerwie do wychodzących z sali chłopców podbiegła Monika, której klasa miała zajęcia obok.

– Tomek?

– Dojdę do was. Gdzie mamy następną lekcję? – zapytał odwróciwszy się do Czarka i Daniela.

– W 25. Zajmiemy ci miejsce, jak będzie trzeba.

– Dzięki, na razie.

– Cześć!

– No hej! Śledzisz mnie?

– He, he, nie, mieliśmy lekcję tutaj. Widziałam cię wczoraj przez chwilę na imprezie, ale potem przepadłeś.

– Ach tak... Musieliśmy się urwać dosyć szybko. Kolega źle się poczuł. Nie chciałem zostawiać go samego.

– O, jak miło z twojej strony. Powinien się cieszyć, że ma takiego kolegę jak ty. Kto normalny zmywałby się z tak świetnej imprezy?

– He, he, no właśnie... – Tomek uciekał wzrokiem i poprawiał włosy z tyłu głowy, wyraźnie zakłopotany.

– Szkoda, że jakieś matoły ją zepsuły.

– A co się stało?

– Nie wiem dokładnie, bo stałam za daleko, ale widziałam filmik, jak ten wasz kolega dostaje w twarz i leci na ziemię.

Tomek w tym momencie zdał sobie sprawę, że jedynymi osobami, które można było rozpoznać na filmiku, są właśnie Kuba i gospodarz imprezy, niejaki Łukasz. Bromski z Czarkiem i Danielem stali tyłem, a po tym, jak Lewiński poleciał na trawę, wszyscy zaczęli wiwatować i unosić w górę ręce. Wtedy nic już nie było widać i nagranie się kończyło.

Ulżyło mu na samą myśl, że będzie mógł się odciąć chociaż w taki sposób od całego wydarzenia.

– A tak, widziałem ten filmik. No ja ze znajomymi wyszliśmy chyba tuż przed tym...

– No właśnie. Szkoda, ale chyba będą jeszcze inne świetne imprezy.

– Ja myślę!

– Okej, muszę lecieć, koleżanki czekają. Pa!

– Nie ma sprawy, na razie.

Jako że była to długa przerwa, zostało jeszcze sporo czasu, by zamienić parę słów z kolegami.

Daniel z Czarkiem siedzieli na ławeczce pod salą numer 25. Tomek przysiadł się i z uśmiechem na ustach zakomunikował radosną nowinę:

– Wiecie, że nie widać nas na filmiku?!

– Jak to nie widać? Przecież razem z Danielem trzymacie Kubę, kiedy dostał w twarz.

– No tak. Ale przyjrzyjcie się dobrze. Nie widać naszych twarzy. Jeśli nikt się nie wygada, to przecież nikt nas nie pozna po ciuchach!

– A coś nam grozi, jak nas rozpoznają?

– Nie, Daniel. No może poza toną wstydu.

– Czekaj, Tomek. Dobrze, nie widać naszych twarzy. Ale przecież każdy w szkole wie, z kim Kuba się koleguje. Kto jak nie my mógł go podtrzymywać? Poza tym Daniel ze swoim wzrostem wyraźnie się wyróżnia.

– Kurde, o tym nie pomyślałem.

– No, jestem wysoki tu i ówdzie, he, he, he.

Tymczasem do grupy niepostrzeżenie podszedł Heniu z kolegą. Obaj szeroko uśmiechnięci, jakby właśnie otrzymali najwyższe możliwe oceny z trudnej klasówki. Ręce splecione niczym u bramkarzy przed nocnym klubem i lekki uśmiech pod nosem oznaczały dużą pewność siebie.

– I jak się udała impreza? Słyszałem, że wylecieliście na pysk.

– I to dosłownie, he, he – dorzucił swoje trzy grosze Grzesiu.

– Na pewno chodzi o nas?

– Nie rób ze mnie durnia, Bromuś. Podobno wywalili was za drzwi szybciej niż Jehowych.

– Nie byli zainteresowani prenumeratą – próbował zbić z tropu sarkastycznym komentarzem Czarek.

– W ogóle nie byli zainteresowani niczym poza bijatyką – dodał Tomek.

– Ale mieliście pod ręką worek treningowy. Gdzie go zgubiliście? Nie widziałem dzisiaj Lewińskiego.

– Wypadło mu coś ważnego. Na pewno pojawi się, przy najbliższej sposobności.

– Wypaść to mu mogły zęby.

– He, he, he, dobre Heniu.

– Morda, Grześ! Mówiłem, że wam wpierdolę, jak się tam pokażecie, ale ktoś mnie wyręczył.

Lewiński dostał bęcki, aż był liczony. Waszej trójce na razie daruję. Ale ty, Bromuś, uważaj sobie. Z dala od Moniki. Masz się do niej nie zbliżać, bo urwę chuja i rzucę psu do obiadu!

W tym momencie zadzwonił dzwonek, a dwójka oddaliła się w kierunku swojej sali.

– Tomek, chcesz stracić paróweczkę?

– On nic nie zrobi, Daniel. Tak tylko gada. I tak wszyscy wiedzą, że nawet się nie zbliży do Moniki. Może podejść, ale raczej nie zagada. Nie zaprzyjaźnią się. Ich kontakty ograniczą się do wieczornego pucowania przez niego torpedy do jej zdjęcia na fejsie.

Charkot Daniela odbił się echem w części korytarza i pobliskiej klatce schodowej.

– Czyżbyś starał się wypełnić lukę po Kubie? Zaczynasz brzmieć jak on?

– Nie no, ale co mam powiedzieć, jak takie pryszczate coś podchodzi i mówi ci, co masz robić? Jakbyś się czuł, gdyby to do ciebie mówił?

– Faktycznie sytuacja co najmniej niekomfortowa. Nie chcę się nawet zastanawiać.

– Sam widzisz. A ty, Daniel, co byś powiedział, gdybyś usłyszał coś takiego?

– Ja bym się posłuchał i po problemie!

Koledzy pokiwali głową z politowaniem.

Mijały kolejne dni, a Lewiński nie pojawiał się w szkole. Tak jak zapowiedział, kiedy skończyło mu się zwolnienie lekarskie, po wyjściu rano z domu szkoła była ostatnim miejscem, w którym by się pojawił. Ominęło go w tym czasie parę kartkówek i jeden ważny sprawdzian. Był w kontakcie z resztą grupy przez telefon i Internet. Koledzy pierwszy raz od wakacji mogli "odpocząć" od jego dowcipów i wulgarnego sposobu bycia, który był wręcz znakiem rozpoznawczym Kuby. Czasami brakowało żartów i humoru, lekcje dłużyły się jeszcze bardziej, a przerwy nie dawały tyle radości co przedtem.

Pod koniec tygodnia trójka zgodnie przyznała, że "Lew" mógłby już wrócić. Na to trzeba było jednak poczekać do najbliższego poniedziałku, kiedy miał on się pojawić, zgodnie z zapowiedzią. Ale nawet tygodniowa nieobecność głównego aktora w szkole nie spowodowała spadku popularności jego wideo.

Niektórzy uczniowie nadal puszczali sobie nagranie, zwłaszcza kiedy zobaczyli odtwórcę głównej roli. Kuba wyglądał wyraźnie lepiej, ale jego twarz była jeszcze częściowo opuchnięta.

Już w szatni w ten poniedziałkowy poranek spotkał Tomka i Daniela. Czarek natomiast dzielnie czekał pod salą na nauczyciela, powtarzając ostatnie trzy lekcje na wypadek losowego odpytywania.

– Stary, nadal masz taką śliwę, że należą ci się wyrazy uznania za odwagę. Pokazałeś się w budzie, ja chyba bym nie wychodził z domu do końca miesiąca, aż opuchlizna nie zeszłaby w całości.

– Z domu wyganiają, to co miałem robić? Wolałbym jak pod koniec zeszłego tygodnia włóczyć się po galerii, po ulicach, wszędzie, tylko nie tu. Ale opuściłem sporo lekcji i jak nałapię parę pał, to matka się wścieknie. Jak ostatnio tak miałem w podstawówce, to odwoziła mnie do szkoły i patrzyła, jak wchodzę do budynku. Paranoja.

– Kuba, jakie pały łapałeś? – zaciekawił się Daniel.

– W sensie jedynki, ćwoku, chyba nie myślałeś, że kutachy?

– No nie wiem, tak to zabrzmiało... Aż się wystraszyłem.

– Nie było cię ledwo tydzień, ale sam wiesz, co się działo.

– Tak, wiem, Tomek. Teraz sam się przekonam.

Kiedy trójka wyszła na korytarz, z niemal każdej strony dało się słyszeć docinki i wyrazy niedowierzania. Niektórzy buczeli, ale najczęściej kwitowano obecność Kuby śmiechem i cichym chichotaniem. Nie pozostało to bez wpływu na samego zainteresowanego, który niemal natychmiast oblał się rumieńcem. Szedł z normalną prędkością, schowany nieco za kolegami, ze spuszczoną głową. W domu zastanawiał się jeszcze, czy nie wziąć okularów przeciwsłonecznych. Stwierdził po namyśle, że w ten sposób tylko bardziej będzie zwracał na siebie uwagę, a nauczyciele i tak szybko każą zdjąć ten rekwizyt.

Po paru lekcjach i kolejnych chwilach upokorzenia Kuba zaprosił kolegów do szatni, by szczerze porozmawiać. Wyraźnie miał dosyć całej sytuacji i trudno było mu się dziwić.

Trwała akurat duża przerwa, więc czasu było dużo, a boks ich klasy był otwarty.

– Dłużej tego nie zniosę!

– Zawsze mogło być gorzej.

– Niby jak mogło być gorzej, Tomek?!

– No spójrz na to z innej strony – nagrali to, dobra, nie miałeś na to wpływu. Ale wygląda to po prostu jak walka, zostałeś pokonany i tyle.

– Raz na wozie, a raz w wozie albo radiowozie, czy jakoś tak.

– Tak, Daniel, raz się wygrywa, raz przegrywa. Ale byłoby o wiele gorzej, gdybyś na przykład schlał się w trzy dupy i narzygał jakiejś lasce w dekolt. Wtedy byś był zapamiętany jako lump, menel i najgorsze ścierwo niszczące imprezy. I nigdy byś nie zaliczył. A tak – doszło do zwady, walczyłeś, przegrałeś. Wykorzystaj to – pokaż, że się nie poddajesz, że blizny po walce dodają męskości i tak dalej.

– Nie chcę się wtrącać, ale Tomek dobrze prawi. To może być kawał dobrego PR-u.

Kuba oddalił wzrok, jakby myślał o wszystkim, co właśnie usłyszał. Jakby analizował i układał w myślach plan. Jego przymrużone oczy sprawiały, że wyglądał na bystrzejszego niż jest, co wywołało u Czarka w lekką zazdrość.

Bo jeśli faktycznie dobrze to rozegrać, Kuba miałby nie tylko szansę na wymazanie z pamięci ludzi faktu, że pijany oberwał w twarz i dosłownie wyleciał z imprezy, ale także uświadomienie im, że nic takiego się nie stało. Że takie rzeczy się zdarzają i to nic nadzwyczajnego. W myśl zasady "dopóki walczysz – jesteś zwycięzcą".

– Zachowujemy się, jakby nic się nie stało – rzucił jakby od niechcenia.

– A twoje limo?

– Już i tak schodzi. A poza tym wiecie, czego nie można załatwić Murzynowi? Lima, spuchniętej wargi i roboty.

Wszyscy roześmiali się z ulgą. Skoro Kuba znowu opowiada dowcipy, znaczy, że wraca do siebie.

Chłopcy wrócili na korytarz i udali się w kierunku sali, gdzie miała odbyć się następna lekcja.

Lewiński jakby odmieniony nie ukrywał się już za plecami kolegów. Szedł przodem z piersią dumnie wypiętą, a głową zadartą wysoko do góry. Kiedy tylko zauważył, że ktoś próbuje się z niego nabijać, przywoływał go do porządku w swoim stylu.

– Całuj psa w dupę!

To znów ktoś wytknął go palcem. Jedynie zaczepki Henia z Grzesiem ignorował, zagryzając wargi. Wykazywał się niesamowitą jak na niego cierpliwością, ale opłaciło się. Po jakimś czasie szkoła przestała żyć sobotnim wydarzeniem. Zainteresowanie filmikiem zniknęło niczym opuchlizna na policzku Kuby.

 

W kolejnych dniach dochodziło coraz więcej nauki i obowiązków. Zaczęły się pierwsze w tym roku odpytywania na początku lekcji, pierwsze niezapowiedziane kartkówki i większe sprawdziany. Pojawiły się także pierwsze uwagi, oceny, a wśród nich i jedynki. Tymi z racji końca września nikt się nie przejmował, co miało się wkrótce zmienić.

Zapowiedziano także próbne matury na połowę listopada. Generalnie uczniowie nie przejęli się tym zbytnio, ale z tyłu głowy zaczynała kołatać im myśl, że trzeba by w końcu zacząć powtarzać materiał z ostatnich lat nauki. Z drugiej jednak strony wszyscy wiedzieli, że to tylko próba, bardziej przyzwyczajenie do atmosfery pisania dużego sprawdzianu, aniżeli faktyczny test stanu wiedzy. Prawdziwe wyzwanie miało dopiero nadejść.

Znacząco zmieniła się też pogoda. Jesień wyraźnie wdzierała się na Mazowsze, obniżając temperaturę i zmieniając kolor liści na drzewach. Dzień stawał się coraz krótszy, a noce chłodniejsze. Szarość chmur nie sprzyjała pochłanianiu wiedzy, toteż starano się jak najbardziej urozmaicić pobyt w szkole.

Jednego można było być pewnym. W III a rzadko kiedy wiało nudą...