Przecięcie - Wojciech Nerkowski

Reflow text when sidebars are open.
2 /
Z rosnącym trudem łapał oddech. Czuł ból płuc, a mięśnie nóg paliły jak smagane pokrzywami. Serce biło mocno, na granicy wytrzymałości, ale nie przestawał biec, bo przynajmniej czuł, że żyje.
Przetarł spocone czoło. Myślał o tym, jak na co dzień życie przecieka mu przez palce. Mija niezauważone, jak jakaś czynność wykonywana automatycznie, z poczucia obowiązku. A przecież ma je tylko jedno, więc dlaczego tak je marnuje?
Robert Kidd wspominał dzień, kiedy po raz ostatni był z kobietą, którą kochał. Pewnie nadal kocha. Trzy lata temu był szczęśliwy, spełniony i syty. Jego życie smakowało wybornie, bo miało sens. A potem nagle koniec. Wszystko urwało się, a on popadł w jakiś koszmarny letarg, z którego nie potrafi się wybudzić.
Wysiłek fizyczny, dbanie o kondycję - to były działania rodem z poczekalni. Przedsionka, który dopiero prowadzi do czegoś sensownego, choć przecież nie zawsze. Aż za dobrze wiedział, że za kolejnymi drzwiami może czaić się przepaść, a w najlepszym wypadku starość, równia pochyła, po której powoli stoczy się w mrok i nicość.
Już niedługo. Już czterdziestka na horyzoncie...
Może jeszcze nie wszystko stracone? To dobry znak, że tryb czuwania zaczął mu przeszkadzać. Czerwona dioda "stand by" świeciła coraz bardziej ostrzegawczo.
Uciekł od męczących myśli i skupił się na tym, co tu i teraz. Opuścił wzrok i patrzył, jak jego stopy w niebiesko-czarnych butach do biegania wystrzeliwują naprzemiennie i opadają na szarobrązową wyschniętą ziemię. Na co dzień jeździł rowerem, często wielokilometrowe trasy wzdłuż Wisły albo do Lasu Kabackiego, i wydawało mu się, że ma niezłą kondycję. Ale bieg bezpardonowo ją zweryfikował.
Kiedy usłyszał wołanie o pomoc, natychmiast zwolnił, po kolejnych trzech krokach zatrzymał się.
- Stać! Pomocy! Proszę pana!
Kilkadziesiąt metrów od niego krzyczała kobieta, brunetka. Leżała na ziemi, a w stronę Kidda gnało dwóch facetów. Jeden z nich ściskał w ręku jasnobrązową damską torebkę. Akcja jak z filmu. Kobieta musiała zobaczyć Kidda, bo wołała do niego.
Była piękna, typ ognistej Włoszki, z ciemnymi włosami upiętymi wysoko. Przed trzydziestką, niby elegancka, ubrana w białą sukienkę za kolana z dużymi nadrukami orchidei i krótką czerwoną kurteczkę, która podkreślała wcięcie talii. Jednak w ruchach miała coś zadziornego. Poderwała się z ziemi jak chłopak. W jej krzyku też było więcej wściekłości i wkurzenia niż rozpaczy. Od razu ruszyła w pościg za złodziejami, choć biegnąc na szpilkach, była bez szans.
Napastnicy wyglądali jak typowe karki z siłowni. Obaj krótko obcięci, dobrze zbudowani. Wyższy, a właściwie większy, wyglądał jak napompowany sterydami. Miał na sobie T-shirt z wzorkiem moro. Niższy był żylasty, w szarej koszulce z jakimś niewielkim napisem na wysokości serca.
Obaj gnali prosto na Kidda, co mogło się wydać irracjonalne, ale zatrzymał się akurat przy dwóch zaparkowanych samochodach - czerwonym mini z białym dachem oraz czarnym bmw X1. Napastnicy zapewne zmierzali do swojego auta, żeby jak najszybciej prysnąć z łupem.
- Proszę pana! - krzyczała dziewczyna. - Pomocy!
Ilu mężczyzn na jego miejscu zdecydowałoby się stawić im czoła w pojedynkę? Na uboczu, na granicy Wilanowa z Powsinem, gdzie wokół jedynie rozgrzane czerwcowe powietrze, drzewa i krzaki oraz hałdy piachu zgromadzonego do budowy obwodnicy.
Kidd mógł stać nieruchomo i nie reagować, lecz po mniej niż sekundzie namysłu ruszył, by przeciąć dresom drogę. Wciąż jeszcze łapał oddech po kilkukilometrowym biegu, ale dla koncentracji i uspokojenia nerwów zamknął usta i głęboko wciągnął powietrze nosem. Poczuł zapach wysuszonej trawy wymieszany ze słodko-mdlącym aromatem kwitnących lip.
Rzucił się i bez słowa złapał za torebkę, którą ściskał wyższy z napastników. Kidd usiłował ją wyszarpnąć, tamten jednak trzymał mocno, siła rozpędu obróciła obu, niczym parę łyżwiarzy, którzy jadąc naprzeciwko siebie, złapaliby się za ręce. Torebka była solidna, właściwie była to torba, listonoszka wykonana ze skóry, z grubym paskiem przyszytym dratwą.
Drugi z dresiarzy w biegu kopnął Kidda w brzuch, aż ten się zatoczył i upadł na plecy.
Cały czas ściskał kurczowo torebkę nieznajomej. Gdyby mu ją wyrwali, byłoby po sprawie. Większy z karków szarpał torebkę i wierzgał nogami, mniejszy bez pardonu kopał Kidda gdzie popadnie.
Czy w obliczu przeważającej siły wroga jest sens szarżować odwagą? Dwóch na jednego, był bez szans. To już raczej brawura, która każe ruszać z szablą na czołgi. Ojciec Kidda, Amerykanin, w żartach często przywoływał ten stereotyp na temat Polaków, ale matka, z domu Laskowska, za każdym razem z pełną powagą tłumaczyła, że to nieprawda. Wyjaśniała, że historia z czołgami jest apokryfowa i nigdy nie miała miejsca.
Kidd powinien odpuścić. Jednak z jakiegoś powodu kurczowo zaciskał palce na skórzanym pasku torebki. Wierzgając, próbował odgonić mniejszego z dresów, ale ten był zwinny i bez wątpienia zaprawiony w bójkach. Bez trudu uniknął ciosów niebiesko-czarnymi butami do biegania, a sam zaaplikował mu takiego kopniaka w żołądek, że Kidd prawie stracił przytomność.
- Zostaw go, ty gnoju! Zostaw, słyszysz?! - krzyczała właścicielka torebki, która w końcu dobiegła na miejsce starcia.
Na próżno. Kidd dostał kolejnego kopniaka na korpus. I jeszcze jednego. Szarpnęło nim tak mocno, że z nosa spadły mu okulary. Bolało. I jeszcze te ostre kamyki na ziemi, po której szurał plecami. Miał wrażenie, że rozrywają mu skórę i mięśnie. Jedyną sensowną opcją było puścić torebkę i pozwolić napastnikom uciec.
Scena nijak nie przypominała bójek filmowych, podczas których obie strony wymieniają całą masę widowiskowych ciosów, a dramaturgia faluje, dając przewagę to jednej, to drugiej stronie pojedynku, aż wreszcie osiąga crescendo i kończy się spektakularnym finałem. W prawdziwym życiu wszystko przebiegało brutalnie, ale nie widowiskowo. Kidd wił się, jednak nie uderzył ani nie kopnął żadnego z napastników. Nawet raz.
Sytuacja z kiepskiej przeszła w beznadziejną. Za chwilę będzie miał połamane żebra, odbite nerki, płuca i Bóg wie co jeszcze. A w końcu i tak złodzieje odjadą z łupem.
Tego nie dało się wygrać.
Wiedział jednak, że jeśli chce zmienić coś w swoim życiu, przerwać marazm i wyjść z uśpienia, musi trwać z rękami zaciśniętymi na torebce nieznajomej. Jeszcze chociaż przez chwilę.
3 /
Kaśka od początku miała złe przeczucia, ale zbyt twardo stąpała po ziemi, by się nimi przejmować. I zaszła już za daleko, żeby się wycofać. Parła do celu, zamiast wsłuchiwać się w jakieś ezoteryczne podszepty. Choć ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że zaślepia ją desperacja.
Podejrzane było to, że każą jej przynieść gotówkę i nie chcą umówić się w jakiejś kawiarni, knajpie czy w ostateczności na stacji benzynowej. Z samego rana przysłali jej lakoniczny esemes z propozycją spotkania o dziesiątej. Wiadomość zawierała pinezkę wskazującą lokalizację - kompletne odludzie w okolicach Wilanowa.
Wciąż jeszcze zaspana, usiadła na łóżku, odkaszlnęła (musi rzucić w końcu te papierosy!) i powiększyła dwoma palcami mapę. Liczyła, że pojawią się jakieś zabudowania. Nic z tego, pinezka była przyczepiona do kępy drzew. W pierwszej chwili chciała zmienić miejsce spotkania, a na dokładkę zażądać, żeby przysłali jej zdjęcia potwierdzające autentyczność rękopisu, bo na razie widziała jedynie okładkę. Bała się jednak, że może ich zniechęcić. Pójdą do kogoś innego, a ona zostanie z niczym.
Kto nie ryzykuje, nie pije szampana.
Odpisała, że zgadza się na umówiony termin i miejsce. Odłożyła komórkę na nocny stolik wykonany z płyty wiórowej wykończonej okleiną brzozową. Całe mieszkanie wyglądało jak z katalogu Ikei. Kaśka wynajęła je krótkoterminowo - na maksymalnie dwa miesiące, więc nie chciało jej się niczego tu zmieniać, choć jej zmysł estetyczny cierpiał, ilekroć przekraczała próg.
Odwróciła się i z westchnieniem popatrzyła na nagiego mężczyznę, który spał obok niej, chłopaka właściwie. Choć z tego, co pamiętała, był w jej wieku, sprawiał wrażenie młodszego. Drobna sylwetka pozbawiona tłuszczyku, ale i mięśni.
Poeta - prychnęła w myślach. Pewnie nie ma co do garnka włożyć i chodzi wygłodniały. W tweedowej marynarce ze skórzanymi łatkami na łokciach, z burzą niesfornych loków w kolorze miodu, zrobił na niej wczoraj średnie wrażenie. Szału nie było, bo na ogół podobali się jej inni mężczyźni, dobrze zbudowani i męscy, ale zainteresowało ją właśnie to, że w aplikacji randkowej opisywał się jako poeta. Pomyślała wtedy, że przyda się jej podczas planowanej transakcji. I nie tylko. Po miesiącu w Warszawie czuła się samotna i spragniona bliskości.
Umówili się wczoraj w Klubie Komediowym przy Nowowiejskiej, ale kiedy po kilku drinkach w końcu wylądowali u niej, chłopak był tak pijany, że do niczego nie doszło.
Wtedy była lekko zawiedziona, ale teraz odetchnęła z ulgą. Wstała z łóżka, które również było wykończone okleiną brzozową, i stąpając po jasnych panelach, przeszła do łazienki. Szarość kafli przełamywały wściekle żółte, wręcz cytrynowe ręczniki i niepasująca do nich antypoślizgowa mata w kolorze bahama yellow. Kaśka wzięła prysznic, obliczając w myślach, o której musi wyjść z domu, żeby zdążyć. Kiedy wyszła z łazienki, Poeta obudził się i chciał nadrobić wczorajszy wieczór, ale Kaśka nie miała już ochoty. Wszystkie myśli skupiała na nadchodzącym spotkaniu w Wilanowie, od którego miało zależeć całe jej przyszłe życie.
- Jesteś taka piękna. No chodź. - Chłopak przymknął zmysłowo oczy i przeciągnął się. Miał długie, wywinięte rzęsy, niejedna kobieta mogła mu ich pozazdrościć. - Przeżyjemy niezapomnianą chwilę, może dwie... Roztopimy się w niepamięci...
- Nie - odpowiedziała sucho, otwierając szafę w sypialni. Przygryzając dolną wargę, lustrowała wnętrze. Wielkiego wyboru nie było. Do Warszawy przyjechała z jedną walizką.
- Dlaczego nie? - Chłopak nie dawał za wygraną i wystudiowanym gestem ściągnął z siebie kołdrę. - No chodź...
Odwróciła się na moment. Chciało jej się śmiać. Czy liczył, że zrobi na niej wrażenie chuderlawą sylwetką? Prędzej chciał zaszpanować poranną erekcją, na którą nawet nie spojrzała. Choć musiała przyznać, że chłopak miał coś w sobie. Mocne owłosienie ciała kontrastowało z chłopięcą buzią i sylwetką. Lubiła takie zaskakujące przełamania urody.
- Nie mam ochoty - powiedziała, odwracając się z powrotem do szafy, z której wyjęła wieszak z białą sukienką z nadrukami orchidei. - A ty się zbieraj.
Gdyby w szkole uczyli asertywności, Kaśka dostałaby celujący. Nie miała żadnych problemów z wyrażaniem i egzekwowaniem potrzeb. I w ogóle nie przejmowała się tym, że w jej mieszkaniu był obcy mężczyzna, o którym tak naprawdę niewiele wiedziała. A przecież mógł się wkurzyć, że odmawia mu seksu. Zacząć ją napastować albo gorzej.
Niech spróbuje - prychnęła w myślach. "Roztopimy się w niepamięci"? Boże, co za grafoman...
Poeta jeszcze przez chwilę próbował ją przekonać, wiercił się, mruczał, potem się obraził. Ale wstał z łóżka i zaczął się ubierać, wzdychając ostentacyjnie i prychając niczym umierający na gruźlicę Słowacki.
- Zaprzepaszczasz wyjątkową szansę - powiedział urażonym tonem, naciągając na kościsty tyłek burgundowe slipki.
- Świetnie. Napisz o tym wiersz.
Kiedy zamknęła za nim drzwi, rozświetliła ekran komórki, żeby zobaczyć, czy nie przysłali kolejnej wiadomości. Dochodziła dziewiąta. Uznała, że zdąży jeszcze zjeść szybkie śniadanie: serek wiejski, do którego wkroiła pomidorki cherry, wszystko kupione poprzedniego dnia w sklepiku na rogu. W ekspresie przelewowym zaparzyła kawę.
Już i bez niej czuła, że ciśnienie jej skoczyło. Liczyła, że dzisiejsze spotkanie wreszcie przybliży ją do finału wymarzonej transakcji. Była na ostatniej prostej, żeby zdobyć swojego świętego Graala.
Dlatego starannie się przygotowała. Upięła włosy, zrobiła makijaż. Potrafiła korzystać ze swego uroku. Nie miała złudzeń, że przyszło jej żyć w świecie zdominowanym przez mężczyzn. Więc jeśli zdarzali się tacy, których onieśmielała jej uroda - jej zysk, ich strata.
Parę minut przed wpół do dziesiątej wyszła z mieszkania. Korytarz niedawno ukończonego apartamentowca jeszcze pachniał zaprawą murarską i farbą. Zjechała na parking podziemny, wrzucając przysłaną esemesem pinezkę do nawigacji w telefonie.
Jak tylko podjechała w umówione miejsce i zaparkowała swoje biało-czerwone mini obok czarnego bmw, przeczucie znów ją tknęło. Coś jej nie pasowało, ale nie umiała określić dokładnie co, więc kolejny raz zagłuszyła wewnętrzny głos rozsądku.
Ostatni rzut oka w lusterko umieszczone w osłonce przeciwsłonecznej i wysiadła z samochodu. Było gorąco i przez chwilę zastanawiała się, czy nie zdjąć kurteczki i nie zostawić jej w aucie, ale uznała, że w samej sukience będzie wyglądać jak naiwne dziewczę. A czerwona skóra doda jej odrobiny agresji i pewności siebie.
Co to za miejsce? Rozglądała się niepewnie. Wiedziała, że pinezka doprowadzi ją do kępy drzew w pewnej odległości od zabudowań, ale jednak liczyła, że to będzie Wilanów. Czyli dzielnica Warszawy, o której słyszała, że jest uosobieniem nudnej stabilizacji klasy średniej. Owszem, osiedle zwane "Miasteczkiem Wilanów" rozciągało się po drugiej stronie czteropasmowej drogi, ale tu były chaszcze, wertepy i doły, i jakaś wielka rozgrzebana budowa na horyzoncie.
Odruchowo aktywowała alarm w mini, choć nie zamierzała oddalać się od auta. Popatrzyła na zaparkowane obok bmw, z którego dochodziły przytłumione dźwięki rytmicznej muzyki. Przez boczną szybę złapała spojrzenie rozpartego na siedzeniu pasażera młodego mężczyzny. Był potężnie zbudowany, ale jego mięśnie wydawały się Kaśce nadmuchane jak popcorn. Wskazał ruchem głowy, żeby wsiadła. Otworzyła tylne drzwi auta, rzuciła zdystansowane "dzień dobry" i usadowiła się na skórzanej kanapie.
Otoczył ją przyjemny chłód, klimatyzacja była podkręcona na maksa. Poczuła zapach wody kolońskiej, nieco zbyt intensywny, ale zaskakująco wyrafinowany, jak na dwa ogolone łby, które miała przed sobą. Muzyka natomiast pasowała do nich jak ulał. Łupiący kawałek hiphopowca, który z wątpliwą dykcją rapował coś o matce i o tym, jak zrujnowała mu dzieciństwo.
- Byłaś dziwką, byłaś suką i zrobiłaś mnie w bambuko... - leciało z głośników, a Kaśka powstrzymała się, żeby nie parsknąć śmiechem. Kolejny poeta grafoman.
- Możemy porozmawiać na zewnątrz? - spytała, zaglądając do torebki. - Chcę zapalić.
- Pal w aucie - powiedział mniejszy z dresów, skręcając żylasty kark, żeby zwrócić się do niej, ale Kaśka już otworzyła drzwi.
Zapalając papierosa, ruszyła w kierunku majaczącego w oddali supermarketu budowlanego. Miała nadzieję, że kiedy odciągnie ich bliżej ludzi, poczuje się bezpieczniej.
Dwaj dresiarze, owszem, pokazali jej rękopis. Przez chwilę nawet trzymała go w drżących rękach. Wiedziała, że nie należy do nich, że są jedynie chłopcami na posyłki, jednak zaczęła negocjować cenę. Pokazała, że ma pieniądze, ale wtedy niespodziewanie wyższy z nich wyrwał jej torebkę, pchnął na ziemię i obaj poszli w długą.
Gdyby nie przypadkowy biegacz, skończyłoby się na jej wrzaskach. Przecież nie poszłaby na policję.
Mężczyzna, który ruszył jej na pomoc, był krótko obciętym ciemnym blondynem, na oko przed czterdziestką. Na nosie miał kanciaste okulary w drucianych oprawkach, które szybko stracił w trakcie szarpaniny.
Intelektualista w starciu z kibolami. Nie postawiłaby na niego ani grosza.
- Halo, policja?! - krzyczała Kaśka do telefonu, drobiąc na szpilkach w stronę naparzającej się trójki. - Szybko! Pomocy!
Na dresach okładających nieszczęśnika nie zrobiło to najmniejszego wrażenia.
- Zostawcie go! Gnoje! - krzyczała.
Z kieszeni czerwonej skórzanej kurtki wyszarpnęła taser wbudowany w latarkę. Chociaż tyle dały poranne złe przeczucia, że zabrała go z sobą. Ktoś kiedyś pokazał jej, jak się nim posługiwać, ale nigdy wcześniej go nie użyła. Bała się celować w skłębione ciała, bo nawet jeśli trafiłaby dresiarza, prąd chyba przepłynąłby i przez jej obrońcę.
Kurwillo...
Nie było czasu się zastanawiać. W momencie kiedy drugi z dresów, mały żylasty gnój, kolejny raz przymierzał się, żeby kopnąć biegacza w brzuch, szybko zrobiła krok do przodu i przyłożyła paralizator na wysokości jego nerek.
W ułamku sekundy mężczyzna wyprostował się, po czym runął na kolana, wydając z siebie coś między skowytem a jękiem. Większy z dresów z wrażenia puścił pasek torebki i poderwał się na nogi, od razu gotowy do walki. Rzucił się w kierunku Kaśki, ale stanął metr od jej wyciągniętej ręki, która ściskała latarkę z taserem. Duży dres zerkał niepewnie na klnącego i wijącego się z bólu kompana. Zrobił kilka nagłych ruchów głową i tułowiem, jakby próbował opracować skuteczny unik albo ją zastraszyć.
Ona zaś, siłą woli panując nad przerażeniem, trzymała w wyciągniętej ręce latarkę, niczym płonące łuczywo nocą w lesie, ostatnią zaporę przed watahą wilków. Prawdę mówiąc, była w szoku, że paralizator zadziałał tak skutecznie. Była przekonana, że to raczej gadżet, na kupno którego naciąga się zestrachane staruszki.
- Dobrze, czekamy! - mówiła do komórki, którą trzymała przy uchu drugą ręką. - Tak, na końcu tej drogi! Tam stoją dwa auta, widzicie je...?
Duży dres zaklął szpetnie, ale odpuścił. Pociągnął za koszulkę ryczącego kolegę, który wstał, jednak słaniał się na nogach, dziwnie wyginając plecy. Obaj dopadli bmw. Większy otworzył drzwi od strony pasażera i pchnął mniejszego do środka. Obiegł auto, wsiadł. Trzasnęły drzwi. Kilka sekund później odpalił silnik. Bmw wystrzeliło, pryskając spod opon kamykami.
Kaśka stała, z trudem łapiąc powietrze. Zatykało ją ze zdenerwowania, czuła, jak mocno bije jej serce. Nadal nie wierzyła, że to wszystko dobrze się skończyło. Latarka wypadła jej z ręki. Podeszła do mężczyzny, który podniósł się z ziemi, ale ni to klęczał, ni kucał, nadal kurczowo ściskając jej torebkę. Solidną listonoszkę z cielęcej skóry, za którą dała w przeliczeniu na złote dwa tysiące, jak nie więcej. Kupiła ją podczas romantycznego wypadu do Paryża, w jednym z butików przy Avenue Montaigne. Wydawało się jej teraz, że było to w poprzednim życiu, a tak naprawdę zaledwie rok temu, kiedy przyszłość jeszcze była jasna i pozbawiona kantów.
- Dzięki. - Spojrzała z troską na pobitego biegacza. - Nic panu nie jest?
- W porządku - odpowiedział. Jego głos był niski, ale jednocześnie ciepły.
Wyciągnęła rękę, chcąc pomóc mu wstać. Mężczyzna inaczej zinterpretował jej gest.
- Robert. - Złapał jej dłoń i potrząsnął. - Bardzo mi miło. Robert Kidd.
- Kaśka - odpowiedziała odruchowo i prawie się uśmiechnęła. - Sobańska.
Mężczyzna dźwignął się o własnych siłach i oddał jej torebkę. Był niewiele wyższy od niej, najwyżej centymetr, dwa.
- Naprawdę dziękuję, rany boskie, uratowałeś mi dupę - mówiła szybko, chaotycznie. - Ja w ogóle nie wiem, jak to się stało... Twoje okulary... O nie!
Przeszła kilka kroków i podniosła je z ziemi. Oprawki były zdeformowane, a jedno ze szkieł pęknięte. Spojrzała na mężczyznę przepraszająco i zawahała się, jakby wstydziła się podać mu zniszczoną własność.
- Ta policja naprawdę przyjedzie? - zapytał, krzywiąc się z bólu. - Czekamy?
Pokręciła głową.
- Dzwoniłeś kiedyś na sto dwanaście? Przyjechaliby najwcześniej, żeby stwierdzić twój zgon...
Próbował się uśmiechnąć.
- Jak to się w ogóle stało? - zapytał.
- Długa historia. - Kaśka machnęła ręką, jakby nie chciało jej się bawić w tłumaczenia. - Może chodźmy do auta. Te skurwysyny mogą wrócić.
Kiedy wolnym krokiem ruszyli w kierunku jej samochodu, zaczęła opowiadać, jak to w imieniu swojego klienta zamierzała przeprowadzić transakcję kupna pewnego dzieła sztuki. Dwaj dresiarze mieli reprezentować sprzedawcę i pokazać jej artefakt, żeby mogła potwierdzić jego autentyczność. Oni zaś chcieli się upewnić, że dysponuje gotówką na zakup. Ale widocznie padła ofiarą naciągaczy. Tak sobie to tłumaczyła. Zwabili ją w odludne miejsce, żeby uciec z jej pieniędzmi.
- Czyli jesteś marszandem? - spytał.
- Marszandką. - Uniosła dumnie podbródek.
Otworzyła torebkę. Choć nie było możliwości, żeby napastnicy coś z niej wyciągnęli, irracjonalnie sprawdzała, czy wszystko jest na swoim miejscu. A konkretnie pięć grubych plików banknotów dwustuzłotowych oklejonych banderolami. Kidd aż uniósł z wrażenia brwi, ale powstrzymał się od komentarza.
- Lepiej spadajmy stąd... - powiedziała, wyciągając z torebki paczkę cienkich papierosów oraz elegancką, wąską i podłużną zapalniczkę ze srebrzystego metalu.
Kidd kiwnął głową. Zrobił kolejny niepewny krok i z trudem stłumił grymas bólu.
- Chodź, wsiadaj, zawiozę cię na pogotowie - zaproponowała, znów grzebiąc w torebce, a jednocześnie zaciągając się papierosem.
- Nic mi nie jest.
- Jak nic?! Człowieku, widziałam, jak cię napierdalał jeden z drugim. Możesz mieć pękniętą śledzionę! - mamrotała, wyciągając kluczyki do samochodu, które były doczepione do breloczka w kształcie Tytusa z komiksów Papcia Chmiela.
- Nie mam pękniętej śledziony - odparł spokojnie, otrzepując ziemię z mokrej od potu koszulki z granatowego goreteksu.
- To żebra możesz mieć pęknięte!
- Nie mam pękniętych żeber.
- W takim razie na pewno mózg masz pęknięty, bo gadasz od rzeczy - powiedziała głosem nieznoszącym sprzeciwu. - Jedziemy na pogotowie i kropka!
4 /
Identyczni bliźniacy nigdy nie są tak naprawdę identyczni. Owszem, Łukasz i Tomasz mieli takie same geny, więc wyglądem niemal się nie różnili, zwłaszcza dla kogoś, kto ich nie znał. Chudzi, wysocy szesnastolatkowie o bardzo jasnych, potarganych włosach i o piwnych oczach. Obu formowały się dołeczki w policzkach, kiedy się uśmiechali, obaj nosili buty w rozmiarze czterdzieści cztery i tak dalej. Jednak dość szybko po urodzeniu między braćmi zaczęły się zaznaczać różnice charakterów. Z roku na rok rosły, wpływając na ich zachowanie, relacje z ludźmi, na większe i mniejsze decyzje życiowe.
Takie na przykład jak wybór bagażu. Chłopcy wracali właśnie z przedwyjazdowych zakupów w Galerii Mokotów. Łukasz dumnie dźwigał czarno-zielony plecak z wbudowanym stelażem. Tomek zaś po chodniku ulicy Rumianej ciągnął niebieską walizkę na kółkach. Ten pierwszy miał w plecaku świeżo zakupiony zapas slipek, ten drugi zaś - bokserek. Geny niewątpliwie mają wpływ na charakter, ale potem kształtuje się on wyniku ścierania się z osobowościami ludzi wokół nas. Łukasz był bardziej zawadiacki i dominujący, a Tomek delikatniejszy i stonowany.
- Weź, nie mogę słuchać, jak pierdolisz te swoje głupoty - mówił Łukasz, poprawiając szelki plecaka. - Masz mi pomóc i tyle. Jesteś moim bratem czy nie?
- Nie podoba mi się, jak o niej mówisz. To twoja dziewczyna. - Tomek posłał bratu karcące spojrzenie.
- Oj, już się tak nie podniecaj - prychnął Łukasz i zaczął przedrzeźniać brata, co było o tyle proste, że miał identyczny głos. - Nie podoba mi się, jak o niej mówisz, to twoja dziewczyna, a nie jakaś ladacznica.
- Co? Co to w ogóle za słowo? Ja tak nie mówię.
- Właśnie, że mówisz - powiedział Łukasz, mijając staruszkę, która szła w tym samym kierunku co oni, ale powoli, z trudem podpierając każdy krok laską. - Sam byś chciał, żeby ci Paula gałę zrobiła...
- Weź się zamknij - syknął Tomek, po czym ukłonił się grzecznie leciwej sąsiadce. - Dzień dobry.
- A, dzień dobry, Łukaszku - odpowiedziała staruszka, spoglądając na jego walizkę. - A co to, wyjeżdżacie na wakacje?
Tomek nie sprostował pomyłki dotyczącej imienia, bo był przyzwyczajony, że ludzie biorą go za brata. Odwzajemnił uśmiech i grzecznie pokiwał głową.
- Tak, do dziadków, do Stanów.
- Mój Boże, wielki świat, kiedyś do Bułgarii to był wyjazd. Złote Piaski, pamiętam... Albo do Enerde... - powiedziała staruszka, ale bliźniacy już jej nie słuchali, szli dalej.
- Jak obaj poprosimy ojca, to zostawi nam wolną chatę, mówię ci... - Łukasz kontynuował przez kilka kroków konspiracyjnym szeptem. - Teraz albo nigdy. Dziś jest ostatnia szansa.
Tomek pokręcił głową, z niedowierzaniem i dezaprobatą. Podeszli do furtki dwupiętrowego bliźniaka ze spadzistym dachem, prawie w stylu góralskim. W niewielkim ogródku przed domem roiło się od roślin: szpaleru cisów wzdłuż ogrodzenia, glicynii, która pięła się po rynnie i już zaczynała kwitnąć, róż oraz magnolii. Wszystkie zasadziła ich mama, wkrótce po przeprowadzce, z wyjątkiem wysokiego świerka i dwóch sosen, które mogły mieć już dwadzieścia i więcej lat.
Łukasz wyciągnął z kieszeni opadających w kroku granatowych szortów pęk kluczy. Przeszli przez furtkę, która najpierw jęknęła nienaoliwionymi zawiasami, a potem głośno zatrzasnęła się za nimi. Po drewnianych, pomalowanych na ciemny brąz schodkach zakręcających nad garażem wspięli się do drzwi. Siedział na nich paź królowej, który łapał promienie słońca, ale jak tylko wyczuł obecność ludzi, odleciał.
- Mówię ci, będzie chętna. Już beczy od tygodnia, że wyjeżdżam. Zrobi wszystko, żeby mnie do siebie przywiązać, one takie są... - powiedział Łukasz, uśmiechając się zawadiacko. Po czym otworzył drzwi wejściowe i zamarł.
Mignęła mu, przechodząca z kuchni do salonu, ciemnowłosa, zgrabna piękność. Piękność to mało powiedziane. Megalaska. Na oko mocno starsza od niego, może nawet trzydziestka. Miała wyraźnie odznaczające się pod sukienką piersi, umalowane szminką usta i wielkie ciemne oczy. Był w niej dziki ogień, przy którym jego dziewczyna, Paula, była jedynie zapalniczką.
Łukasz zrobił kilka kroków w głąb przedpokoju i zdębiał jeszcze bardziej. W salonie na kanapie leżał ojciec. Był bez koszulki.
Na co dzień wyszczekanego chłopaka kompletnie zatkało.
Przyłapaliśmy starego na uprawianiu seksu! - pomyślał. Nie wierzył własnym oczom. Wpatrywał się w zmierzającą w jego stronę piękną twarz i ponętną sylwetkę w białej sukience z dużymi nadrukami orchidei. Najciekawsze było to, że kobieta w ogóle nie wydawała się zmieszana. Popatrzyła na Łukasza, jakby to on był tu intruzem.
- Cześć, jestem Kaśka - powiedziała, wyciągając rękę na powitanie.
- Łu... Łukasz - wyjąknął.
- Łułukasz? - zaśmiała się. - A co to za imię?
W mgnieniu oka poczerwieniał ze wstydu. Nienawidził tego, ale nie był w stanie zapanować nad biologicznym odruchem. Krew czasem zalewała mu policzki, co u jasnego blondyna wyglądało idiotycznie i kompromitująco. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę, bo nie raz oglądał podobny efekt na twarzy brata bliźniaka.
- Miło mi. - Nieznajoma uścisnęła jego dłoń, po czym przywitała się z Tomkiem. - Cześć, Kaśka. Ale numer, wy jesteście sklonowani!
Miała wypielęgnowane paznokcie, nie jakieś przesadnie długie, ale pomalowane ciemnym odcieniem czerwonego, którego nazwy Łukasz nie znał. Uścisk dłoni miała pewny, choć nie na tyle silny, żeby odebrać jej choć gram kobiecości.
Jak jakaś gwiazda filmowa. Ale sobie stary przygruchał, kto to w ogóle jest? - myślał Łukasz, szczerząc się do Kaśki.
- A co wy tak wcześnie? - spytał ojciec, siadając na kanapie. - Przecież mieliście robić zakupy.
Łukasz, widząc jego skwaszoną minę, utwierdził się w przekonaniu, że go nakryli. Ale po kilku sekundach szoku i dezorientacji bliźniacy odetchnęli z ulgą, bo okazało się, że nieznajoma nie uprawia z ich ojcem seksu, tylko przyniosła mu właśnie z kuchni mrożony groszek, który przyłożył sobie na posiniaczonych żebrach.
- O kurde, tata, coś ty odwalił? - spytał Łukasz, siląc się na zawadiacki ton, którym chciał przykryć wcześniejsze speszenie.
- Nic. Mały wypadek.
- Skasowałaś go tym mini? Bo to twoje auto stoi przed naszym domem, prawda?
- Łukasz... - Ojciec posłał mu surowe spojrzenie. - Na "ty" to mów do koleżanek z klasy.
- Daj spokój, nie postarzaj mnie niepotrzebnie. - Kaśka machnęła ręką, po czym zwróciła się do Łukasza i uśmiechnęła się lekko. - Tak, to mój samochód, ale jakbym przejechała wam ojca, nie skończyłoby się tak lajtowo.
Łukasz zaśmiał się głośno, jakby opowiedziała dowcip z fenomenalną puentą.
- Tak w ogóle to muszę się zbierać. Jeszcze tylko okulary...
Kaśka zawiesiła głos. Ojciec spojrzał na nią pytająco.
- Ile to będzie kosztowało? - Wzięła z okrągłego dębowego stołu torebkę, w której zaczęła grzebać. - Naprawa. Właściwie nie ma co naprawiać... Rekonstrukcja. Rezurekcja? - Parsknęła śmiechem.
- Daj spokój. - Kidd podniósł się z kanapy, przytrzymując jedną ręką okład z mrożonki.
- Robert... Nie żadne "daj spokój", tylko powiedz, ile mam ci zostawić. Albo daj mi namiary na swojego optyka. Załatwię to.
Spierali się przez chwilę. Łukasz nie mógł oderwać wzroku od Kaśki, która gestykulowała z gracją, była jednocześnie stanowcza, ale i kobieca.
W końcu to jednak ojciec postawił na swoim, jak zwykle. Kaśka westchnęła głośno i powiesiła sobie torebkę na ramieniu. Szkoda, że nie na skos, pomyślał Łukasz, bo wtedy pasek przeszedłby między piersiami, jeszcze bardziej je uwypuklając.
- Do widzenia - powiedziała, zwracając się do ojca, który odłożył mrożonkę na stół. - I jeszcze raz dziękuję.
Łukasz zazdrościł mu sylwetki. Dzięki regularnym ćwiczeniom i jeździe na rowerze ojciec miał wyrzeźbiony tors i brzuch, ani grama tłuszczyku, tylko żylaste mięśnie, obecnie mocno posiniaczone, a nawet z krwawymi wybroczynami. Trzymał się naprawdę nieźle. Ojcowie większości ich kolegów z klasy wyglądali dużo starzej i gorzej.
- Naprawdę... Jeszcze raz dzięki - powiedziała Kaśka. - I pomyśl o tych okularach, proszę. Mam już dość długów, żeby jeszcze dorzucać do nich dług wdzięczności...
- Pomyślę. - Ojciec ścisnął jej rękę, wyciągniętą na pożegnanie. - Polecam się, choć mam nadzieję, że tego typu pomoc nie będzie ci już potrzebna.
Posłała mu przepiękny uśmiech, ciepły i rozczulający, leciutko przechylając przy tym głowę i jednocześnie zaczesując kosmyk włosów za ucho. Był to tak piorunująco uroczy i kobiecy gest, że kiedy odwróciła się do bliźniaków i wyciągnęła rękę na pożegnanie, Łukasz poczuł, że ma erekcję.
/ Spis treści
Okładka
Karta tytułowa
Dedykacja
dzień / pierwszy
1 /
2 /
3 /
4 /
5 /
6 /
7 /
8 /
dzień / drugi
9 /
10 /
11 /
12 /
13 /
14 /
15 /
16 /
17 /
18 /
19 /
20 /
21 /
22 /
23 /
24 /
25 /
26 /
27 /
28 /
29 /
dzień / trzeci
30 /
31 /
32 /
33 /
34 /
35 /
36 /
37 /
38 /
39/
40 /
41 /
42 /
43 /
44 /
45 /
dzień / czwarty
46 /
47 /
48 /
49 /
50 /
51 /
dzień / piąty
52 /
53 /
54 /
55 /
56 /
57 /
58 /
59 /
60 /
61 /
62 /
63 /
64 /
65 /
dzień / szósty
66 /
67 /
68 /
69 /
70 /
/ Posłowie
Karta redakcyjna