Rozdział 1
Pociąg zaczął zwalniać, a za na wpół oszronionym oknem pokazały się pierwsze zabudowania przedmieść Budapesztu. Freda przetarła rękawiczką szron w rogu szyby i wyjrzała. Z trudem rozpoznawała skąpane w śnieżnych zaspach wąskie uliczki. Niektóre z nich były tak pełne niebotycznych zasp, że piesi musieli mieć trudności dotrzeć do domu, a co dopiero otworzyć bramę... A śnieg nadal padał...
Z zamyślenia wyrwał ją suflerski szept sąsiada:
- Jak tak dalej pójdzie, nawet sanie nigdzie nie dojadą. Panienka zaś z tą wielką walizą utknie w pierwszej zaspie. - Spojrzał znacząco na półkę z bagażami, uśmiechając się przymilnie.
Podniosła wzrok, nie potrafiąc ukryć zaskoczenia. Jego niemiecki był nieskazitelny, choć udało się wyłapać jakąś nikłą nutkę obcości. Musiał zauważyć jej zdziwienie, bo zniżając głos do szeptu, pospiesznie dodał:
- Widziałem, jak przy wsiadaniu w Sopron1 mocowałaś się, umieszczając ten wielki kufer na półce. Oprócz tego, gdy wyszłaś na chwilę z przedziału, zobaczyłem, że czytasz Mein Kampf wydany w Rzeszy, mimo że jest już w każdej księgarni po węgiersku. Za tę moją ciekawość przepraszam... To wypaczenie zawodowe...
Wzruszyła lekceważąco ramionami i zmarszczyła brwi, bo w pierwszym momencie aż ją zatkało. Co to za włażenie z kopytami w nie swoje sprawy? Czy to jakaś próba zawarcia znajomości? Może prowokacja? Patrząc mu ostro w oczy, wypaliła:
- Zupełnie nie rozumiem, o co panu chodzi. To jest moja prywatna sprawa, skąd jadę i co czytam! Proszę też nauczyć się pewnych zasad i mnie nie tykać! To sobie zupełnie wypraszam! Nie przypominam sobie, żebyśmy kiedykolwiek przeszli na "ty"!
Zapadła cisza, a starsza kobieta wyglądająca na węgierską chłopkę spojrzała na nich z zaciekawieniem. Freda wrzuciła do torby książkę, wstała i zamaszyście szarpnęła swoją obszerną walizę. Przeliczyła się jednak ze swoimi możliwościami i cały ciężar zsunął się na nią. W tym momencie nieznajomy poderwał się, złapał bagaż i postawił na podłodze między siedzeniami. Usiadł i spojrzał na Fredę.
- Ma pani rację. Jeszcze raz proszę przyjąć przeprosiny za moje przeliczenie się z pani wiekiem i przejście na formę ty. Po prostu pomyślałem, że mógłbym być pani starszym bratem. Mając dwie młodsze siostry, powiedziałbym, że jest to spontaniczność. To zdejmowanie z górnej półki ciężkiego bagażu mogło skończyć się na kilku guzach albo gorzej. Podskoczyłem więc z pomocą...
Zawahał się na moment i spojrzał na korytarz, gdzie konduktor, przechodząc od przedziału do przedziału, pokrzykiwał:
- Az útvonal vége! Keleti!2
On zaś ciągnął dalej:
- W gruncie rzeczy nie miałem nic zdrożnego na myśli. Chciałem tylko pomóc pani w wydostaniu się z dworca. Chyba ktoś na panią czeka i pomoże przedrzeć się przez ten śnieg. Wspomaganie bliźniego, szczególnie kobiety, leży u podstaw mojego wychowania. Ma pani i tak obszerną torbę na ramieniu wypchaną między innymi książkami, a to waży. Ja noszę ze sobą tylko tę dużą teczkę, która zresztą jest lekka. To prawie cały mój dobytek...
Rozchmurzyła się i nagle cała złość na nieznajomego się rozwiała. Spojrzała na niego nieco uważniej. Całkiem przystojny brunet, pod trzydziestkę i zupełnie niewyglądający na Węgra czy Austriaka, a tym bardziej na Nordyka. Szwabski naukowiec od ras ze swoją kraniometrią3 zakwalifikowałby go jako typ alpejski. Po tym pierwszym zgrzycie nagle poczuła do niego sympatię. Nie wiedziała, co powiedzieć. W swoim krótkim życiu nie miała jednak zbyt zaawansowanego doświadczenia w relacjach z mężczyznami, chyba że uwzględniłaby swoich dwóch starszych braci. Roześmiała mu się w twarz.
- Proszę mi tu nie wciskać kłamstewek, że tu leży wszystko, co pan posiada. Chyba że pan zwiewa przed kimś albo przed czymś... - Ugryzła się w język. Ta moja dociekliwość i zdolność szybkiego kojarzenia faktów kiedyś mnie zgubi - pomyślała. Może jednak za bardzo weszłam w jego prywatne życie.
On jednak jakby nie słyszał jej komentarza, uśmiechnął się smutno i spojrzał jej w oczy.
- Widzi pani, w dzisiejszej sytuacji, kiedy wojna w całej Europie dudni od wielu miesięcy, a według mnie będzie jeszcze gorzej, to posiadanie ograniczonej ilości dobytku może się w różnych sytuacjach okazać zbawienne. Nie chcę tu dawać drastycznych przykładów. Proszę mi jednak wierzyć, że może nastąpić eskalacja działań wojennych. Wiem to z własnej praktyki życiowej.
Po chwili szli powoli w stronę wyjścia. Pod olbrzymim zadaszeniem dworca nie było widać ani krzty śniegu. Ten nawiany z zewnątrz skrzętnie sprzątnięto. Myślała intensywnie, jak ma postąpić. Muszę go jakoś spławić. Cholera wie, kto to taki. Podróżuje ze znikomym bagażem od samej granicy przez pół Węgier. A może to jakiś hitlerowski agent? Ostrzegali mnie, że od takich w całym kraju aż się roi. Muszę wymyślić jakieś łgarstwo, aby się go pozbyć. Niepotrzebnie dawać mu domysły, że jadę dalej na Słowację.
W tym momencie ujął ją lekko za łokieć, jeszcze ograniczając i tak już powolne tempo.
- Chciałbym panią o coś zapytać. Domyślam się, że jest pani Niemką. Czy mam rację? Doskonały niemiecki, no i ta książka Hitlera w oryginale. Może się mylę, bo jednak większość mieszkańców Sopron mówi po niemiecku...
Roześmiała się, robiąc chytrą minę.
- Nie zgadł pan. Czystą Niemką nie jestem, tylko zlepkiem kilku okolicznych nacji. Niemiecki natomiast był moim drugim językiem... No i chodziłam do szkoły zarówno w Niemczech, jak i w Austrii, bo to były tak zwane "bardzo dobre szkoły". Byłam też w harcerstwie, które od kilku lat nabrało bardzo specyficznego charakteru. To jednak nie ma tutaj nic do rzeczy. Z racji tych koneksji rodzinnych mówię też kilkoma innymi językami. Powiadają, że mam wyjątkowe zdolności językowe.
Zauważyła, że w tym momencie jakby odetchnął z ulgą.
- Widzi pani. Za chwilę przy wejściu na perony będą sprawdzać wszystkim dokumenty. Gdy ustawimy się pod koniec kolejki, te bubki już się znudzą i nie będą tak dociekliwi z dodatkowymi pytaniami: "A po co? A dlaczego?" i tym podobne. Kiedyś przyczepili się do mnie, że jakaś pieczątka była niezbyt wyraźna. Zabrało to mnóstwo czasu. Formaliści!
Otworzyła bez słowa torbę i wyjęła chustę. A tu cię mam, mój panie. Boisz się kontroli policji, to znaczy, że agentem szkopskim nie jesteś. Ci mają porządne dokumenty i przyjmuje się ich z otwartymi ramionami. Masz natomiast coś na sumieniu, ale to mnie nie obchodzi. Wyglądasz zbyt porządnie, aby cię posądzić, że jesteś kryminalistą. Pomogę ci przez kontrolę, a potem zmykaj. Zagram z tobą w kotka i myszkę. Domyślaj się, co to za dziewczę spotkałeś. Zawiązując nakrycie głowy, rzuciła od niechcenia.
- Jakimi dokumentami mam się tym glinom legitymować? Węgierskimi, austriackimi czy Rzeszy? Jak pan uważa? Wszystkie są oryginalne. To żadne fałszywki. Jestem po prostu przewidująca.
Stanął jak wryty, jakby go piorun trafił. Widać było po nim, że wszystkiego mógłby się spodziewać, ale nie tego. Freda zaś już postanowiła, jaką przyjąć strategię pozbycia się intruza. Zanim otworzył usta, poprawiła chustę i przedstawiła mu w skrócie swój plan.
- Widzę, że zaskoczyłam pana swoim darem przewidywania. Umówmy się tak. Ja panu pomogę przeczłapać szybciutko przez kontrolę policji, a pan doniesie mój bagaż do poczekalni przy wyjściu. Wtedy będziemy kwita i się pożegnamy. Zachowamy pamięć o naszej krótkiej znajomości, bo przecież się nie znamy i nie przedstawiliśmy się sobie nawzajem. Jak pan to określił: "W dzisiejszych czasach może to się okazać zbawienne". Czyż nie?
Popatrzył na nią z uwagą i wielkim respektem. Podniósł jej walizkę i zaczął iść powoli za pasażerami podążającymi do wyjścia.
- To wszystko, co teraz od pani usłyszałem, potwierdza dodatkowo moje zdanie, że spotkałem niezwykłą młodą damę. Błyskawiczne kojarzenie faktów, logika działania i odrobina ryzykanctwa. W obecnych czasach bardzo poszukiwane cechy osobowości, szczególnie u kobiet. Jest pani na tyle zorientowana, aby zrozumieć, że w męskiej mentalności nadal pokutuje przysłowiowe: kobieta to jest trzy K - czyli Kinder, Küche und Kirche4. W związku z tym bardzo często można się wykaraskać z różnych tarapatów, odrobiną zalotności udając tak zwaną głupią gęś. Zgadzam się, choć z ciężkim sercem, na pani plan. Proszę w obecnej chwili używać węgierskich dokumentów i przechodzimy natychmiast na ten język. Tak będzie najlepiej.
Zatrzymali się w kolejce. On stanął blisko niej i już po węgiersku znowu mówił swoim scenicznym szeptem.
- Proszę się nie gniewać, że wymieniłem to pani ryzykanctwo. Chciałem podkreślić dwie rzeczy. Po pierwsze: ten drobny incydent z walizką. Mogła pani przypuszczać, że bagaż jest za ciężki jak na pani możliwości, aby go szarpnąć gwałtownie z górnej półki. Po drugie: poważniejszy fakt, że znając się od pół godziny, wiem o pani o wiele więcej niż pani o mnie. W tym przypadku nie ma to najmniejszego znaczenia, ponieważ nie mam zamiaru tych informacji wykorzystywać. Po prostu nie należy za dużo mówić i więcej korzyści mamy ze słuchania, a szczególnie z podsłuchiwania...
W czole kolejki usłyszeli nagle zamieszanie - jakieś pokrzykiwania i komendy. Zrobił krok do tyłu i spojrzał z ciekawością, lecz natychmiast wrócił na poprzednie miejsce.
- Ech! Nic wielkiego. Ktoś próbował przemknąć się bez kontroli... Wracając do mojego wykładu, to ja nie jestem o wiele lepszy. Czy ja wiem, co tam jest w pani ciężkiej walizce? Każą mi otworzyć, a tam kontrabanda albo jeszcze gorzej: materiały wybuchowe, broń lub radiostacja do nadawania wiadomości. Niezależnie od tego, czyja ona jest, francuska, angielska czy niemiecka, co ja im powiem? Że to nie moje? Pani się zmyje, a ja będę siedział za swoje ryzykanctwo. No nie?
Roześmiała się na cały głos, aż któryś z policjantów spojrzał w ich stronę ze zmarszczonym czołem. Dochodzili już prawie do kontrolujących. Przechyliła głowę i przypatrywała się szpalerowi mundurowych.
- Proszę się nie obawiać. W tej walizce jest masa pamiątek rodzinnych, albumów z fotografiami najbliższych, kilka książek i trochę moich fatałaszków. Broni palnej nie brałam. Jest tam natomiast bagnet czy sztylet z poprzedniej wojny, kilka orderów i inne pamiątki po ojcu. Przypuszczam, że na nasz bagaż nawet nie spojrzą, mimo że przeryli już niejedną walizkę... Ja gram od teraz pierwsze skrzypce!
Wychyliła się z kolejki. Z dokumentami w wyciągniętej ręce podeszła zdecydowanie do mundurowego stojącego jako trzeci w wąskim szpalerze kontrolujących. Drugą ręką pociągnęła silnie towarzysza za sobą. Trudno powiedzieć, jak to się stało, ale potknęła się i część zawartości jej torby wypadło prosto pod nogi zaskoczonego policjanta. Zaczęła szybko zbierać porozrzucane rzeczy. Najstaranniej zaś przetarła z brudu książkę z wizerunkiem Hitlera na okładce. Niepewnie uśmiechnęła się w przestrzeń.
- Ogromnie pana przepraszam za moje roztrzepanie! Jestem niezdara.
Policjant nawet nie otworzył jej dokumentu i oddał jej do ręki.
- To się każdemu może zdarzyć. Państwo są razem? - Spojrzał na jej towarzysza. Kiwnęła potakująco. - Życzę państwu miłego pobytu w naszej zaśnieżonej stolicy! - Wskazał ręką w stronę głównego wyjścia.
Szli jedno za drugim, a on nie mógł wykrztusić choć jednego słowa. Kiwał tylko czasami głową do swoich myśli. W pobliżu wyjścia skręciła do bocznej poczekalni i stanęła przy rzędzie wolnych ławek. Postawił walizkę obok niej i usiadł.
- Pamiętam o naszej umowie i za chwilę już mnie tu nie będzie. Jednocześnie zapowiadam pani, że muszę się dowiedzieć, jak pani to zrobiła. Inaczej nie ruszę się z tego miejsca. To niebywałe! Ten zsaru, chyba pani zna tę węgierską nazwę glin, nawet nie spojrzał w moją stronę. Pani dokumentu nawet nie otworzył, nie mówiąc już o bagażach. Nie wierzę w takie bzdury, że jest pani jakimś medium kierującym telepatycznie swoim otoczeniem...
Usiadła obok niego i wzruszyła ramionami. Poczuła znowu sympatię do tego człowieka. Jednocześnie coś podświadomie powstrzymywało ją od najmniejszego zbliżenia się do niego. Silny, wysportowany i nawet nie zadyszał się, targając jej ciężki bagaż. Ani słowa o sobie, co robi, dokąd jedzie i dlaczego od Sopron. Jego niemiecki z leciutkim obcym akcentem. Można by powiedzieć, że to jakieś austriackie narzecze. Coś tu jest za dużo tajemniczości i niedomówień. Najlepiej go spławić, bo będą jakieś kłopoty.
- Widzi pan, to takie proste. Obejrzałam sobie tych zsaruk5, bo czasami można odgadnąć po wyglądzie, co to za człowiek. Oczywiście aparycja nie odzwierciedla często tego, co siedzi pod powierzchnią. Spróbować jednak można. W tym przypadku dojrzałam, że delikwent ma na lewej klapie munduru widoczną odznakę organizacji Strzałokrzyżowców6. Zrobiłam bardzo krótkie przedstawienie teatralne z wyeksponowaniem pewnej książki, którą pan już u mnie widział, i jesteśmy dla niego swoi. Takich według jego idei należy wspierać. To wszystko. Nie widzę w tym żadnego jasnowidztwa...
Pokiwał powoli głową. Wstał i podał jej rękę.
- Jeszcze raz powtarzam: zdaję sobie sprawę z tego, że jest pani niezwykłą kobietą. Boleję nad tym, że zaraz te kilka niecodziennych dla mnie chwil będzie wyłącznie wspomnieniem. Zostawiam jednak po sobie uchyloną furtkę, odbiegając nieco od ustalonej przedtem scenerii. Nazywam się Saron i kilka razy w tygodniu jem posiłki w restauracji Balaton w centrum. Tam mnie znają i wiedzą, jak do mnie szybko dotrzeć. Mam bardzo dobre znajomości i kontakty i gdyby pani potrzebowała kiedykolwiek jakiejś pomocy, proszę mnie odszukać.
Uchylił kapelusza, wziął swoją teczkę i odwrócił się jak na wojskowej musztrze. Zawahała się chwilę. Wstała i dotknęła lekko jego ramienia. Odwrócił się zaskoczony.
- Nazywam się Freda. Tak będzie sprawiedliwie i nie zostanę w pana pamięci jako "Ta Dziewczyna z Pociągu"...
Rozpromienił się. Pokiwał jej przyjaźnie ręką i po chwili zniknął między zaspami przed dworcem.
*
Wyszła z przedsionka północnego wejścia na Keleti. Tu było o wiele mniej ludzi. Znowu zaczął prószyć drobny śnieżek. Z utęsknieniem spojrzała w stronę trzech dorożek, gdzie jakaś dama dreptała od woźnicy do woźnicy. Nie trzeba było mieć zbyt dużo talentu, aby się domyślić tematu rozmowy. Kobieta wzniosła kilka razy ręce do nieba. No tak, chcą zapewne dzikie pieniądze i z pewnością podwoili cenę ze względu na pogodę. Chyba pomogę tej damulce. Może sama na tym skorzystam. Wzięła swój bagaż, podeszła bliżej i postawiła go obok walizki kobiety.
- Niech pani da spokój! Ci panowie nie zarobią dziś ani forinta. Posiedzą sobie na koźle jeszcze jakąś godzinę. Potem zrobi się ciemno, to pojadą sami do domu bez grosza. Ot co! - powiedziała wystarczająco głośno, aby wszyscy trzej usłyszeli. Następnie nachyliła się do kobiety, szepcząc: - Ja postaram się obniżyć cenę, a potem zabierzemy się obie, dzieląc się na pół. Dokąd pani chce się dostać?
Zaskoczona nagłym najściem, kobieta mimowolnie odpowiedziała:
- Do Budy. Mieszkam niedaleko zamku. Tam jest trochę pod górkę, to jeszcze bardziej podnieśli cenę.
Freda przeleciała wzrokiem po wszystkich pojazdach i podeszła do ostatniego. Na koźle siedział dorożkarz w podeszłym wieku, patrząc tępo przed siebie.
- Widzi pan, prawda jest taka, że stojąc ostatni w kolejce, chcąc złapać jakiś kurs, będzie pan czekał przez najbliższy tydzień. No nie? Widziałam, że tramwaje jednak chodzą, a w tych ciężkich czasach ludzie trzymają na wszelki wypadek pieniądze w portfelach...
Spuścił na nią znudzony wzrok, ale widać było, że słucha uważnie.
- Umówmy się tak: pan obniży znacznie cenę, a my dwie zabieramy się z panem. Mnie wysadzi pan przy Nyugati7, a moja znajoma pojedzie z panem dalej do domu przy zamku w Budzie. I proszę mi tu nie wciskać, że to daleko i pod górę, bo znam Budapeszt bardzo dobrze. Ma pan potem od dworca tylko kilkaset metrów do Margit hid8, a stamtąd jeszcze kawałek do jej domu. Na dodatek po drodze dam panu szklankę śliwowicy na rozgrzewkę. To wspaniała rakija prosto z Dubrownika. Przedwczoraj dostałam!
Nie wiadomo, czy to obietnica śliwowicy, czy argumenty Fredy zrobiły efekt. Grunt, że dorożkarz zeskoczył z siodła, poprawił plandekę nad tylnym siedzeniem i podszedł do obu walizek. Po drodze nachylił się do ucha kobiety, coś powiedział, a ta pokiwała potakująco głową.
Po chwili siedziały już obok siebie w zaciszu dorożki. Cena kursu zrobiła się przystępna i Freda odliczyła połowę należności, wręczając kobiecie. Ta popatrzyła na nią z podziwem.
- Ale zakotłowała pani w głowie temu dorożkarzowi. Już myślałam, że będę się wlokła dwoma tramwajami, a potem jeszcze ponad dwieście metrów przez te zaspy pod górę. Podoba mi się pani. Taka młoda, a tak daje sobie radę z dorosłymi mężczyznami...
Freda uśmiechnęła się tylko i sięgnęła do torby.
- Widzi pani, z facetami trzeba dyplomatycznie. Najpierw zdrowego kopa, a potem pogłaskać ich, i to pod włos. Tego nauczył mnie mężczyzna, którego kocham nad życie - mój ojciec. Niestety już go nigdy nie zobaczę. Dopóki byłam blisko, to chodziłam na jego grób każdego poranka, bo kochał wschód słońca... Ale, ale! Pozostaje jeszcze obiecana rakija dla tego, który siedzi w śnieżycy na koźle. Niestety mam całą półlitrówkę. Jak dostanie wszystko, to wleje w siebie, potem dostanie kociego rozumu, wywożąc panią nie wiadomo dokąd. Upijemy połowę. Resztę dostanie on. Pani zdrowie!
Odkorkowała butelkę i pociągnęła dwa duże łyki.
- Brr! Ale mocne! Od rana nic nie jadłam, to zaraz się ululam. - Podała flaszkę towarzyszce. - Ostrożnie i powoli. Ten trunek ma ponad pięćdziesiąt procent. Mam w tej mojej przepaścistej torbie jeszcze jedną półlitrówkę.
Odebrała po chwili resztę śliwowicy z rąk sąsiadki i spojrzała na zawartość pod światło.
- To musi mu wystarczyć. Nie za dużo i też nie za mało. W jego wieku alkohol działa ze zdwojoną mocą.
Podniosła się z ławki i stuknęła szyjką flaszki w tyłek dorożkarza. Ten, jakby czekał na swoją część zapłaty, wyciągnął prawą rękę do tyłu. Zwolnił natychmiast i wlał w siebie resztę mętnej cieczy. Freda opadła na siedzenie, czując, że błogie ciepło rozlewa się po całym jej ciele. Abym tylko nie zasnęła i nie przegapiła dworca. Spojrzała ukradkiem na zegarek ojca wiszący na szyi. No... mam jeszcze ponad dwie godziny do odjazdu pociągu na Słowację. W tym momencie zauważyła, że towarzyszka obok szuka czegoś nerwowo w swojej torbie.
- Nie ma pani pod ręką jakiegoś ołówka? Muszę coś napisać, a takiego nieporządku w torebce chyba nikt inny nie ma.
Freda sięgnęła do swojej obszernej torby na ramię. Nie musiała szukać. Wiedziała dokładnie, w której przegródce leży ołówek i wieczne pióro ojca.
Kobieta nakreśliła coś na kartce wydartej z wyświechtanego notesu. Oddała ołówek i wcisnęła świstek w jej rękę.
- Proszę tego nie zgubić! Tu jest mój telefon i adres: Fozekas utca 36. Mam tam bardzo duże mieszkanie w samym centrum. Zapraszam panią, bo apartament jest niekrępujący do tego stopnia, że można się w nim zgubić. Jestem pani dłużniczką. Oprócz tego bardzo mi się pani podoba ze względu na swoje bezpretensjonalne podejście do rzeczywistości. W zasadzie mogłabym kupić tę dorożkę. Nawet razem z tym woźnicą. Stać mnie na to. Skąpstwo jest moją udręką, z którego próbuję się wyleczyć. Nadaremnie!
Do świadomości Fredy dotarło, że nie jest to żadna damulka, tylko raczej ktoś z wyższych sfer. Oprócz tych dwóch pierścieni z dużymi brylantami na palcach, pod kożuszkiem na szyi mignęła jej kolia z topazami. W tej dzielnicy są domy starej arystokracji, dyplomatów i funkcjonariuszy rządu. Jej język świadczy też o tym, że nie jest to jakaś przeciętna mieszczka...
Dorożka zatrzymała się przed głównym wejściem na dworzec Nyugati. Woźnica zeskoczył na oczyszczony właśnie chodnik, stawiając walizkę na pierwszym stopniu krótkich schodów. Tu i wkoło budynku kilku ludzi odśnieżało, zsuwając śnieg na wysokie hałdy. Znajoma wygramoliła się spod plandeki i silnie przycisnęła Fredę do piersi.
- Szczęśliwej podroży, moje dziecko! Mam nadzieję, że pociąg nie utknie gdzieś w tej śnieżycy. Jedziesz gdzieś na północ? Może do Eger? Jak masz na imię? Oj! Ta twoja śliwowica poszła mi do głowy... - Zaśmiała się krótko.
- Nazywam się Freda. Niestety jadę o wiele dalej, bo aż do Koszyc na Słowację do rodziców matki. Pobędę tam tydzień lub dwa i wracam. Może już wtedy będzie nieco cieplej.
Tamta złapała Fredę za obie ręce.
- Musisz się koniecznie u mnie zatrzymać. Obiecaj mi to! Na tej kartce jest mój numer telefonu. Zadzwoń przedtem, to przygotuję się na twój przyjazd. Nie zawsze jestem taka skąpa. To zupełny paradoks. Już się cieszę na to spotkanie. Ciao bambino mio!
Dorożka ruszyła, zostawiając ją ze swoim bagażem, pogrążoną w myślach. Jaka nieskomplikowana arystokratka. Bez zadzierania nosa i fochów - co to ona nie jest. Muszę ją odwiedzić. Jest ciekawym człowiekiem i promieniuje od niej ciepło. To czuję. Nienawidzę napuszonych arystokratów i stronię od nich. Dlatego właśnie, że dzięki tacie sama z tego bagienka wyszłam. Ona natomiast jest sobą.
*
Po chwili podeszła do kasy.
- Proszę o bilet drugiej klasy do Koszyc.
Bileter spojrzał na nią uważnie znad swoich okularów. Ociągał się krótki moment, przekładając różne przedmioty na swoim stole.
- A paszport pani ma? Musi być dobry! Bo jak pociąg odjedzie, czego nie wiadomo w taką psią pogodę, to i tak postoi sobie na granicy. Bo to najpierw nasi, a po drugiej stronie to już nie to, co kiedyś. Słowacy się wyostrzyli, a na dodatek mają jeszcze ze sobą tych drugich... Tych, którzy myślą, że do nich cały świat już należy. Bilety nieco podrożały, choć pociąg wlecze się nadal jak po śmierć. Odjazd z peronu trzeciego za godzinę i trzynaście minut.
Pokręcił głową i wydał jej bilet. Kątem oka w rogu hali zauważyła bufet czy też jakiś rodzaj restauracji. Muszę coś zjeść, bo umrę z głodu w tym pociągu. Nachyliła się do okienka.
- Niech mi pan zdradzi tajemnicę. Dają tam w tym barze jakieś ludzkie jedzenie? Może też na wynos... Tak na drogę...
Znowu popatrzył na nią zza okularów i pierwszy raz się uśmiechnął.
- Niech im pani powie, że przysłał panią Tibor Kun. Dostanie pani najlepsze kąski, i to spod lady.
Potem, już na peronie trzecim, przechadzała się dookoła swojej walizki, przytupując z zimna. Pociągu jeszcze nie podstawiono i dookoła stało kilka osób pojedynczo i grupami. Opodal trójka ludzi, rozmawiając, lustrowała przybywających ciągle podróżnych. Dwoje z nich, kobieta i jeden z mężczyzn, mieli wypchane plecaki i trzymali w ręku narty. Trzeci z tej grupki nie miał żadnego bagażu i prawie niedostrzegalnie utykał na jedną nogę. To chyba odprowadzający. Ale kto, do cholery, wybiera się w taką pogodę na narty?! W dodatku na Słowacji zapowiadają zamieć i nawet huragan. Szczególnie w Tatrach. Chyba jacyś początkujący narciarze albo szaleńcy. Zaciekawiła się, wzięła walizkę i powolutku przeszła obok nich. Udawała, że nie zwraca na nich uwagi. Spojrzała szybko na ich narty. Oj! Sprzęt pierwsza klasa. To nie są jacyś amatorzy. Ale gdzie się w taką tragiczną pogodę wybierają? Postawiła w pobliżu walizkę i wyjęła z torby gazetę, którą ktoś zostawił na ławce w poczekalni. Ona oczywiście szybko ją sprzątnęła. Udawała, że czyta, lecz nieustannie pilnie obserwowała towarzystwo. Nie mogła wyłapać żadnego wyraźnego słowa, aby stwierdzić, w jakim języku rozmawiają.
W pewnym momencie na lewy tor powolutku wtoczył się podstawiany pociąg. Jednocześnie grupka wybuchnęła śmiechem. Ten kulejący pogładził pieszczotliwie kobietę po ramieniu ze słowami: "Krysiu! Daj spokój!". Speszył się i rozejrzał dookoła. Natychmiast ściszył głos.
Freda złożyła gazetę i włożyła do torby. W mgnieniu oka pojęła, co to są za narciarze jadący w taką tragiczną pogodę w góry. Spojrzała na nich z sympatią. Wiem prawie na sto procent, że wybieracie się przez Tatry do swojej ojczyzny. Dobrze, że w taką śnieżycę, bo wszyscy strażnicy siedzą teraz w domu głęboko pod pierzyną. Ja bym się nie odważyła, choć z dziadkiem hasałam od małego po całych Tatrach. Byliśmy nawet kilka razy na nartach na polskiej stronie. Wy jedziecie walczyć z tą hitlerowską zarazą. Jestem po waszej stronie, mimo że mam też w Niemczech silne korzenie rodzinne...
Odprowadzający żegnał się właśnie z dwójką podróżnych, a najczulej z kobietą. Freda wzięła walizkę do ręki i powoli zaczęła iść w stronę otwartych drzwi wagonu. Przyjrzała im się teraz dokładniej. Ci trzymający siebie w objęciach są najwyraźniej parą. Szeptali coś sobie nawzajem do ucha, nie zwracając uwagi na to, co się dookoła dzieje. Ten trzeci wchodził właśnie do pociągu. Odwrócił się i popatrzył na parę. Oj! Ja go skądś znam! Może to Słowak, którego poznałam kiedyś u dziadka?... Kobieta puszczona z objęć partnera podniosła swój plecak i narty i stanęła na stopniach wagonu tuż przed Fredą. Idący przed dziewczyną odwrócił się i chciał coś powiedzieć. Widząc jednak w pobliżu obcą osobę, powstrzymał się. Tylko posłał uśmiech w stronę Fredy. W tym momencie go poznała. Te nagłówki we wszystkich gazetach z dużym zdjęciem dwóch braci, chyba sprzed dwóch lat, z FIS-u w Zakopanem9. Byłam tam z dziadkiem i z ojcem. Wtedy była zupełnie inna zima. Trzeba było szukać zaśnieżonych zboczy, żeby się przedrzeć na polską stronę przez Dolinę Cichą. Oni chyba wybiorą tę samą drogę. Jest najłatwiejsza, choć w takich warunkach może być morderstwem. Ale jak ci bracia się nazywają? Pamiętałam, że to górale, ale jak... Maraż... Mazaz... Marazaż... Już wiem! Marusarz10. Jego starszy brat był naszym faworytem w skokach. Zajął niestety dopiero czwarte czy piąte miejsce...
Para weszła do pierwszego z brzegu przedziału i zaczęła układać swoje bagaże. Freda odczekała chwilę w korytarzu i zajrzała do następnego przedziału. Siedziało tam już towarzystwo pięciu osób. Podniosła więc swoją walizkę i bezceremonialnie wpakowała się do narciarzy.
- Jó estét! - rzuciła po węgiersku "Dobry wieczór!". - Widzę, że nadal są tu wolne miejsca.
Widać było, że nie za wiele zrozumieli z tego, co powiedziała. Chyba jedynie pozdrowienie i jej gest wskazujący na wolne miejsce. Kobieta kiwnęła głową, a jej towarzysz w chwili, gdy chciała dźwignąć swoją walizę na górną półkę, rzucił się, aby pomóc jej. Usiadła w samym rogu przy wejściu do przedziału. Chcę widzieć korytarz i muszę się czymś zająć, zanim się do mnie przyzwyczają. Najlepiej poczytam. Wezmę książkę tego wąsatego bandziora, to pomyślą, że jestem nazistką i wyrzucą mnie z pociągu w biegu. Chyba zacznę czytać dzieło tego psychologa Junga, którą mi Tibor przysłał z Paryża. Mam nadzieję, że mój kochany najstarszy braciszek nie zostanie psychiatrą i nie zaszyje się w jakichś czubkach czy szpitalu dla wariatów. Napisał, że praca jest rewelacyjna. Tyle lat studiował medycynę... i co? Otworzyła książkę Wandlungen und Symbole der Libido11. Może tak natychmiast nad nią nie zasnę.
Jednocześnie studiowała dyskretnie parkę sąsiadów. Siedzieli skrępowani jej obecnością, nic nie mówiąc. Od czasu do czasu mogła wyłapać porozumiewawcze spojrzenia. Na górnej półce ciasno stojącymi plecakami starali się zamaskować jedną parę nart. Widocznie drugie leżały pod siedzeniami.
Gwizdek konduktora za oknem i pociąg powoli ruszył w drogę. Wyciągnęła spod swetra zegarek. Odjechali o czasie. Ciekawe, czy ten skład pociągu jedzie dalej z Koszyc do Prešov albo jeszcze dalej. Gdyby nie te kontrole policji i szkopów mogliby się zabrać bezpośrednio do Liptovský Mikuláš. Stamtąd do Cichej Doliny to tylko rzut kamieniem...
Nikt z nich nie palił. Jednak widziała na peronie, że któreś z nich kurzyło. Odłożyła książkę, wyjęła papierosa i wyszła na korytarz, dokładnie zasuwając za sobą drzwi. Paliła czasami, i raczej z nudów. Po jej wyjściu zaczęli szybko między sobą rozmawiać.
Z drugiej strony wagonu pojawił się konduktor, by sprawdzać bilety. Chwila zastanowienia... Chyba wam pomogę w tej waszej akcji. Nie będziecie chcieli, to przeniosę się gdzie indziej. Wtedy jest duże prawdopodobieństwo, że wasze przedsięwzięcie diabli wezmą. Zgasiła na wpół wypalonego papierosa i weszła do przedziału. Zamiast usiąść, stanęła przy zamkniętych przez siebie drzwiach. Jej polski nie był zbyt literacki i w dodatku zmieszany ze słowackimi wyrazami.
- Pan, panie Marusarz, weźmie moją walizkę z tej półki i przeniesie na swoją. Trzeba zakryć tę partię nart, która wystaje za plecakami. Idzie tu konduktor. Nie wiadomo, co to za szuja. Może donieść komukolwiek przy granicy i będzie niedobrze. Już na Słowacji zobaczymy, jak można zadziałać, abyście bezboleśnie trafili w góry. Mam nadzieję, że do Cichej Doliny? Czy...?
Jakby piorun poraził ich oboje. Zesztywnieli i wpatrywali się we Fredę jak w wyrocznię albo zwiastuna najcięższego wyroku. Ona tylko wskazała na swój bagaż i wyjrzała na korytarz.
- Zaraz tu będzie! Potem wyjaśnię detale.
Marusarz poderwał się i szybko przełożył jej bagaż, zasłaniając wystającą część nart. Widocznie uznał rozumowanie Fredy za sensowne. Lekko skinął do niej głową. Usiadła, jakby nigdy nic, i wzięła do ręki odłożoną przedtem książkę.
- Jegyeket, kérem! - Kontrola biletów!
Podała mu swój. Tamci trzymali już swoje w rękach.
- Pani, widzę, jedzie całą trasę aż do Koszyc. Ja tylko do granicy. Potem będzie konduktor Słowak. - Dziurkował tekturkę, a ona pospiesznie odpowiedziała:
- Tak. Wszyscy tam jedziemy na ślub kuzynki. A nie wie pan, jaka sytuacja jest na torach? Mam nadzieję, że nie utkniemy w tych wielkich zaspach. Siedzieć w zimnym pociągu nie wiadomo jak długo - brr! Chyba odśnieżają tory? Bo śnieg pada cały czas...
Chciała jeszcze coś dodać, lecz on w tym momencie skończył dziurkować pozostałe bilety. Opuszczając przedział, szepnął półgłosem.
- Proszę się nie obawiać. Pociąg nie powinien się spóźnić ani pół minuty. - Zasunął za sobą drzwi przedziału.
Zapanowała cisza. Para czekała na wyjaśnienia Fredy. Wreszcie kobieta siedząca w jej najbliższym sąsiedztwie pierwsza otworzyła usta.
- Widzi pani, sprawa jest zbyt poważna, aby przejść nad nią do porządku dziennego. Proszę nam powiedzieć całą prawdę. Skąd pani wie o nas tak dużo? Bo właściwie jesteśmy tu razem od kilkunastu minut.
Zastanowiła się przez krótki moment.
- Zanim opowiem państwu o moich domysłach... zaznaczam, że to są tylko domysły. Chciałabym zapytać, jakim językiem będziemy mówić, aby wszyscy dobrze rozumieli. Słyszycie przecież, że mój polski jest straszny. Mieszanka ze słowackim i czasami słowa węgierskie.
Kobieta uśmiechnęła się na ten celny opis jej polskiego.
- Proszę nam powiedzieć, jakimi językami pani najlepiej włada. Wtedy wybierzemy któryś z nich.
Freda zaczęła wyliczać.
- Najlepiej niemiecki, potem węgierski, słowacki, a z matury z wynikiem dobrym francuski i angielski. Polski bezwzględnie stawiam na końcu.
Zaczęli szybko dyskutować, aż nie nadążała za ich argumentami. Wreszcie kobieta powiedziała po niemiecku.
- Wygląda na to, że jednak ten język mamy oboje zadawalająco opanowany. Więc słuchamy.
Freda sięgnęła do swojej torby i wyciągnęła zachowaną butelkę śliwowicy. Wyciągnęła korek i pociągnęła duży łyk.
- Zapraszam! Macie może szklankę? Puszczam to w obieg. Będzie się państwu lepiej słuchało. Zacznę od początku.
Już na peronie zwróciłam uwagę, że jesteście jedynymi podróżnymi, którzy targają ze sobą narty. Zaznaczam, że jestem ponoć dobrym narciarzem. Pierwszy raz zjechałam ze zbocza, mając trzy lata. Znam się też na sprzęcie i spacerując po peronie, obejrzałam sobie wasz. Wyśmienite narty! Co to za turyści, którzy w taką śnieżną katastrofę jadą w góry? Dodatkowo w przekonaniu, że państwo chcą przedrzeć się do Polski, upewnił mnie spontaniczny wybuch tego odprowadzającego. Wyglądało na to, że coś jest nie tak z jego lewą nogą. Od tej chwili wiedziałam, że pani ma na imię Krystyna. Następnie poznałam pana Marusarza. Pamiętałam obszerny artykuł w prasie słowackiej o całej rodzinie narciarzy. Pan jest podobny do brata. Przypominam sobie to duże zdjęcie w gazecie. Stanisław był naszym faworytem na FIS-ie 1939. Żył wtedy jeszcze mój ojciec i we trójkę z jego teściem, a moim dziadkiem, do którego jestem w drodze, pojechaliśmy do Zakopanego na nartach. Właśnie przez Dolinę Cichą. Potem tylko przez Przełęcz Tomanową do Zakopanego. To najszybsza i najłatwiejsza droga w poprzek gór. Teraz będzie to zabójcze! Wtedy śniegu było tam za mało...
A więc złożyłam wszystkie fakty do kupy i wymyśliłam tę teorię, której państwo mogą zaprzeczyć. Znam na wylot całą okolicę. Jestem w Koszycach i w Tatrach przynajmniej dwa razy w roku. Mam masę znajomości. Mój dziadek pracował na kolei i też ma kontakty. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że cała rodzina nienawidzi Hitlera i wszystkiego, co jest z nim związane. Niestety część rodziny siedzi nadal w Rzeszy, a mniejsza cząstka w Anglii. Chcecie, to postaram się wam pomóc. Nie, to rozstajemy się, zapominając o sobie nawzajem.
Zapadła głęboka cisza. Po chwili kobieta wstała i przesiadła się blisko Fredy, biorąc jej dłoń do ręki.
- Powinnam mówić pani na ty. Jest między nami spora różnica wieku. Ile pani ma lat?
- Za miesiąc kończę dwadzieścia dwa... Nazywam się Fredka.
Tamta uścisnęła trzymaną dłoń.
- W zasadzie mam na imię Krystyna, jak już pani podsłuchała. Podróżuję jednak jako Madame Christine Marchand. Uważam, że będzie najprościej, jak przejdziemy na "ty"... - Odwróciła się do Marusarza. - Janek, daj tu tę flaszkę tego ognistego trunku!
Wypiły po łyku i Krystyna popatrzyła Fredzie w oczy.
- Mówisz jak urodzona w Berlinie. Masz niecałe dwadzieścia dwa lata. Po tym, co nam opowiedziałaś, czuję, że rozmawiam z kimś z niespotykanym darem kojarzenia faktów. Zdarzało ci się to już przedtem?
Freda podała butelkę mężczyźnie. Uniósł ją w pozdrowieniu.
- Janek, jesteśmy na "ty". - Pociągnął duży łyk. Kiwnęła mu ręką.
- To czasami jest nawet udręką. Jakbym podświadomie rozwiązywała jakąś łamigłówkę. Na przykład dziś rano... - Tu opowiedziała im dokładnie całą historię z nieznajomym z pociągu z Sopron. Zataiła jednak jego imię i skąd pociąg jechał. To przecież są moje osobiste detale.
Śmiali się w niektórych momentach. Jan miał chyba celny komentarz.
- Wydaje mi się, że ten delikwent to najprawdopodobniej jakiś agent. Cholera wie, na czyją stronę.
Krystyna natomiast widziała to inaczej.
- Możliwość, że to agent, zawsze istnieje. Ale ja myślę przede wszystkim, że był nie tylko tobą zachwycony, lecz zadurzył się w tobie od pierwszego wejrzenia.
Oczy zaczęły się wszystkim kleić. Czy był to efekt śliwowicy, czy innych wrażeń, nikt z nich się teraz nie zastanawiał. Jan zgasił światło.
*
- Határellenőrzés! - Kontrola graniczna! - Ostra komenda i zapalone światło prosto w oczy poderwały całą trójkę na nogi.
Dwóch strażników stało w drzwiach do przedziału. Freda błyskawicznie podała im swoje węgierskie papiery.
- Jedziemy na ślub mojej kuzynki i cały czas boimy się, że przez tę śnieżycę nie zdążymy. Przyjechaliśmy na granicę bez spóźnienia?
Dostała do ręki swoje dokumenty bez żadnej odpowiedzi ze strony pograniczników. Ten drugi, podając paszport Krystynie, powiedział do niej po francusku.
- A pani, będąc dziennikarką, powinna napisać coś o naszej ciężkiej pracy. Biegamy tu całą dobę od pociągu do pociągu. - Szybko obejrzał dokumenty Jana. - Dobranoc państwu. Proszę jednak nie zasypiać. Ci po drugiej stronie rzeki nie mają zbyt dużo humoru...
Drugi z nich nachylił się i szepnął do Fredy:
- Pociąg nie był wcale spóźniony. - Zasunęli drzwi.
- Naprawdę jesteś dziennikarką? Taką pracę mogłabym lubić. - Popatrzyła z podziwem na Krystynę, a Jan wtrącił się ze swojego kąta.
- Jakiś zawód trzeba mieć, gdy się jeździ tu i tam po świecie. No nie?
Krystyna spojrzała na niego karcącym wzrokiem. Pociąg powolutku ruszył i po chwili słychać było dudnienie kół na granicznym moście. Freda zerknęła na parę.
- Pamiętajcie! Ani słowa po polsku. Często są to kontrole mieszane. Oprócz Słowaków są też szkopy. Wyszkolone jak psy, aby wyłapywać tych z fałszywkami. Wszyscy zdają sobie sprawę, że granica między Polską i Słowacją jest niemożliwa do całkowitej kontroli i cały czas kursują przez nią ludzie. Myślałam, że zwiewają tylko na południe, a potem dalej na zachód. Nie zdawałam sobie zupełnie sprawy, że też w tamtą stronę. Przejdźmy na słowacki i ani słowa po niemiecku, bo to może się im wydać podejrzane. Jest między nimi masa prymitywów. Ostatnio nasłuchałam się steku chamskich komentarzy. Myśleli, że ich nie rozumiem. Gnoje!
Jan przysiadł obok Fredy.
- Ja też mówię doskonale po słowacku. Miałem dziewczynę po tej stronie granicy. Możemy grać parę?
Kiwnęła potakująco i przysunęła się do niego. Pociąg stanął i zapadła cisza. Po chwili można było wychwycić przytłumione głosy i postukiwania podkutych butów dobiegające z przodu wagonu. Freda spojrzała na ich nogi.
- Gdy wpadają z hukiem, to dlatego, że chcą zastraszyć pasażerów swoim zachowaniem. Przypuszczalnie chcą wyłapać tych, którzy się boją. Podejrzewam, że według nich tchórzliwi mają coś na sumieniu. Proszę, trzymajcie nogi bardziej pod ławką, aby nie zwrócili uwagi na to, że macie oboje narciarskie buty. Na moje nogi mogą sobie patrzeć, ile tylko zechcą. Zaraz tu będą.
Krystyna skinęła jej lekko ręką. Nie potrafiła ukryć podziwu dla tak ogromnej wnikliwości.
- Po tym wszystkim musimy porozmawiać w cztery oczy na spokojnie, ale muszę do tego wiedzieć więcej o...
Drzwi do przedziału szarpnięto gwałtownie i dwóch słowackich strażników wtargnęło do środka. Z tyłu na korytarzu stał za nimi uzbrojony niemiecki żołnierz. W półmroku wydawało się, że to mundur SD lub Kripo12.
Freda natychmiast, tym razem po słowacku, zaczęła swoją starą historię o ślubie kuzynki i nerwach, że pociąg utknie w zaspach. Pogranicznicy nie zwracali wcale na to uwagi. Wszystkie formalności przebiegały spokojnie, bez krzty nerwowego napięcia. Po kilku minutach byli już gotowi z kontrolą. Wtedy do przedziału wpełzł Niemiec. Popatrzył dookoła swoim jadowitym wzrokiem i stanął w rozkroku przed Fredą.
- Dokumente! Du Jude!13
Trzymała rękę w torbie i wyszarpnęła z niej swoje sprawdzone już przez Słowaków papiery. Poderwała się na równe nogi, a jednocześnie jej torba, już po raz drugi dzisiaj, upadła, ukazując swoją zawartość. Jej berliński dialekt zabrzmiał w przedziale jak sztylet.
- Jak pan śmie obrażać mnie takim ohydnym oszczerstwem?! Brzydzę się taką kalumnią! Zaraz po powrocie zatelefonuję do SS-Gruppenfürera Heinricha Müllera14 i zapytam, czy czarne włosy są dowodem na żydostwo. Ostatnio, kiedy go spotkałam, miał ciemniejsze włosy od moich. Ale się uśmieje! Albo...!?
Nie wiadomo, co było przyczyną reakcji Niemca. Czy to niemiecki Fredy, czy książka z Hitlerem na okładce otrzepywana przez nią starannie z brudu, czy może "znajomość" podejrzanej z jego najwyższym szefem Müllerem. W każdym razie położył ostrożnie dokument Fredy na siedzeniu i wyciągnął prawą rękę w górę:
- Heil Hitler! - zasalutował. Potem powściągliwie zasunął drzwi przedziału.
Pociąg nabrał już szybkości. Jan odezwał się pierwszy.
- Cały czas po wyjściu tego Szwaba czekałem, że nagle cała zgraja tych sukinsynów wpadnie tu i zabiorą cię, aby natychmiast rozstrzelać.
Freda, uśmiechając się, porządkowała szybko rozgardiasz w swojej torbie.
- Widzisz, zawsze jestem przewidująca, przygotowując się na nieoczekiwane zdarzenia. Jak możecie przypuszczać, mam ze sobą kilka rekwizytów, które w razie potrzeby mogę wyeksponować. Można to nazwać teatrem. Tak to określił mój poranny nieznajomy. Z pewnością nie zawsze to może zadziałać w stu procentach. Zyskuje się jednak trochę na czasie i wywołuje konsternację u przeciwnika. Druga rzecz to ten mój bluff z tym gnojem SS-owskim Müllerem. Ktoś w moim rodzinnym mieście zauważył: "Wybierasz się w podróż, i nie boisz się, że twoja kruczoczarna fryzura nasunie Niemcom przypuszczenie, że jesteś Żydówką?". Usiadłam więc, obejrzałam stertę szmatławców hitlerowskich i wybrałam kilku czarnowłosych, do których mogę się zawsze porównać. To, że krzyknęłam na tego żołdaka, to już tylko mój temperament. Zazwyczaj to działa na mężczyzn.
Wzruszyła ramionami, dając im do zrozumienia, że to koniec jej "spowiedzi". W tym momencie spojrzała w dół, Zauważyła na serdecznym palcu Krystyny rodowy sygnet. Splot metalowy w centrum tarczy, a dookoła stylizowany motyw roślinny z koroną i głową w średniowiecznej zbroi. To musi być jej herb rodowy. Popatrz, popatrz! To moja pani pochodzi z wyższych sfer szlacheckich15.
Fot. Krystyna Skarbek. Zdjęcie z jej akt osobowych w Londynie | The National Archives.
Tamta jakby wyczuła, że Freda pomyślała właśnie o niej, musnęła jej kolana i wskazała na korytarz.
- Nie poszłabyś zapalić? Widziałam cię z papierosem. Pogadamy chwilę, zanim sen nas znowu zmorzy.
Wstały bez słowa i wyszły z przedziału. Krystyna zaczęła natychmiast mówić.
- Powiedz mi tak bez ogródek, z ręką na sercu. Nie uczyłaś się nigdy logicznej analizy otaczających cię drobnych wydarzeń i przygotowywania się na różne ewentualności? Jestem po prostu zszokowana twoim tokiem postępowania i błyskawicznej dedukcji zaistniałych sytuacji. Jeszcze bardziej zaskakujący jest fakt, że wszystko, co zaplanowałaś, udało się w stu procentach... - Spojrzała jej w oczy. - Wiesz, jaka myśl mi przyszła do głowy? Że masz porządne przeszkolenie agentki wywiadu czy kontrwywiadu. Walę, jak to się mówi, prosto z mostu. W inny sposób nie możemy dojść do ładu. Głównym motywem jest to, że obie stoimy na barykadzie przeciwko Hitlerowi. To, czy jesteś od Czerwonych, czy od zachodnich, nie gra w obecnej chwili żadnej roli!
Freda zapaliła zapałkę i spojrzała w czerń za szybą.
- Posłuchaj, Krystyna, co ci teraz odpowiem. Z ręką na sercu: żadną agentką nie jestem. Mówiąc tak bez zastanowienia, taki zawód też bym mogła polubić, ba, nawet pokochać, tak jak twoją dziennikarkę. Mamy mnóstwo czasu. Jak czujesz, pociąg jedzie wolniej niż zwykle i tylko czasem się rozpędza, aby staranować nawiane zaspy. Czeka nas jeszcze jedna przeprawa u celu. Tam mają zwyczaj mieć obłędnie dokładne inspekcje, i to głównie szkopy. Teraz już wiem, że chcą wyłapywać takich jak wy i dlatego szaleją.
Freda zaciągnęła się papierosem, zakaszlała i zgasiła peta.
- Chyba skończę z tym szajsem - rzuciła. - Działa na mnie bez większego efektu. A! Jeszcze jedna ważna sprawa. Byłam tu ostatnio pół roku temu i już wtedy były niespotykane kontrole. Ponieważ mój dziadek od czasu poprzedniej wojny pracował na kolei, znają go prawie wszyscy. Ja też poznałam wielu jego znajomych i przyjaciół. Część z nich nadal pracuje z majdanem kolejowym. Muszę jak najszybciej złapać słowackiego konduktora i wypytać o sytuację względem wizytacji dworcowych w Koszycach. - Spojrzała na Jana, sączącego w przedziale resztki śliwowicy. - Teraz chwila szczerości. Wiem, że stoję na rozdrożu. Aby ci to wyjaśnić, muszę opowiedzieć, co się na to złożyło... Tak jak i ty pochodzę z zamożnej arystokratycznej rodziny. Można powiedzieć, wyższej szlachty, lecz gdzieś tam w przeszłości moim przodkom powinęła się noga. Widziałam twój herb rodowy na palcu. Moja rodzina też ma takie i inne rodowe cacka... Leżą w walizce, którą targam ze sobą.
Chcę ci powiedzieć, że stronię od wyższych sfer. Wolę prostych, trzeźwo myślących ludzi bez sztywnych kanonów zarówno rodzinnych, jak i towarzyskich, Szczególnie angielskie fair play z segregacją, egoistycznym podejściem do rzeczywistości i prymitywnie zwierzęcym antysemityzmem doprowadza mnie do szału. Byłam raz w Londynie u krewnych. Spotkałam tam kilku bubków, których głównym zajęciem była gra, do kogo opłaca się otworzyć usta, kogo kompletnie zignorować i w dodatku stłamsić. Próbowali zrobić to ze mną. Zdeptałam ich i dokopałam im intelektualnie. Wyszłam tylnymi drzwiami dla służby, z czego miałam wielką satysfakcję. Oni i tak nie zrozumieli do końca, dlaczego ta młoda arystokratka z Austro-Węgier wyżywa się na nich. Napuszeni i sztywni, zarówno ojcowie, jak i synalkowie, chyba popadli po moim wyjściu w skrajną melancholię. Wujek matki Wilhelm i jego syn Albert zarykiwali się ze śmiechu, opowiadając mi potem o tym i przytaczając ich komentarze. Ja natomiast, wychodząc, usłyszałam kilka pochwalnych słów od lokajów i pokojówek. Bardzo mnie to podbudowało. Teraz dodatkowo rzygać mi się chce na to mocarstwo brytyjskie ze względu na ich miłość do faszyzmu, do tego gnoja Hitlera i dodatkowo za obłędne kapitulanctwo. Jeszcze kopa w dupę za to dostaną! Takie jest moje zdanie, i przepraszam cię za te brzydkie słowa.
Krystyna dotknęła policzkiem do szyby z niewyraźnym uśmieszkiem.
- To, co mówisz o Anglii... To wszystko jest bardziej skomplikowane. Mam nadzieję, że o tym jeszcze pogadamy... Ja mam nieco inne zdanie... Na dworze musi być strasznie zimno. Bylebyśmy nie zamarzli na śmierć. Opowiadaj dalej. Miło mi się słucha. Też mam masę refleksji z własnego życia.
Z drugiej strony wagonu pojawił się konduktor. Freda natychmiast się rozpromieniła i złapała lekko towarzyszkę za rękę.
- Znam tego kolejarza, i to bardzo dobrze. To stary kolega dziadka. Razem chodzili w góry i grają często w karty. Chyba nawet siedzieli razem w okopach w czasie poprzedniej wojny. Zanim do nas dojdzie, opowiem ci jeszcze trochę.
Przetarła czoło, jakby chciała przypomnieć sobie, na czym skończyła.
- Ach tak! Mówiłam o Londynie. Byłam w Londynie tylko raz. Potem już mnie tam nie ciągnęło, choć to piękne i tętniące życiem miasto. Tam doszłam do wniosku, że ci neurotyczni paniczykowie z wyższych sfer wybierają często takie żony, które mogą sobie podporządkować i psychicznie zniewolić. Te kobiety często mają więcej oleju w głowie niż ich mężulkowie-magnaci, choć nie odważają się tego na zewnątrz pokazać. Spotkałam wiele wartościowych i ostrych kobiet, które siedzą pod pantoflem swoich mężów. Biedactwa! Mam nadzieję, że wojna pomoże im się wyzwolić... Chociaż... może się mylę? To są zagorzali tradycjonaliści.
Przerwała i popatrzyła na zbliżającego się powoli konduktora.
- Oj! Znowu odeszłam od tematu. Teraz opowiem ci trochę o najbliższych. Matka moja pochodzi z austriacko-niemieckich wyższych sfer. Kiedy była jeszcze młoda, nastąpiło szereg różnych okoliczności i pewna część rodziny, razem z nią, znalazła się niemal na bruku. Po prostu skazana na banicję do Austrii, a nawet do Anglii. Za ostatnie grosze wyjechali na Węgry do wypróbowanych starych przyjaciół, którzy im w tym trudnym okresie pomogli. Ojciec matki kochał góry. Drugą jego pasją była kolej i jej rozwój. Jeszcze przed poprzednią wojną dostał dobrą pracę w słowackim kolejnictwie i osiedlił się wraz z moją babką w Koszycach. Był oficerem w armii austrowęgierskiej, tak jak i mój ojciec, który był sztabowcem. Do tego jeszcze wrócę.
Gdy dziadek wrócił po zakończeniu wojny, niemalże wyrzucili go nie tylko z pracy, ale chcieli też, aby się wyniósł z powstałej wówczas Republiki16. Miał jednak wielu przyjaciół i - jak to się mówi - silne plecy, toteż zatrudnili go na nowo. Nigdy więcej nie odwiedził Niemiec od czasu, gdy musieli uciekać jak żebracy od zemsty tamtejszych wyższych sfer. Teraz się domyślasz, kto zaszczepił mi ten dystans do arystokracji. Dziadek nie jeździł do swojej rodziny, za to oni bywali często na wakacjach w ich pięknym domu. Niestety jest noc, bo mogłabyś go zobaczyć z pociągu. Stoi na wzgórzu, tuż pod czarującym świerkowym lasem na przedmieściach Koszyc... Jakie tam są grzyby! Oj!...
Najlepiej układały się stosunki z jego braćmi i siostrami. Szczególnie z najmłodszym bratem, znanym i cenionym fotografem w Münster, posiadającym własne atelier. Ma bardzo zażyły kontakt z dziadkiem, a miał jeszcze lepszy z moim ojcem... Aż do śmierci taty przed niecałym rokiem. Do tego też jeszcze wrócę... To teraz jest dla mnie ważne... Potem musimy dalej porozmawiać. Jest już mój konduktor.
Mężczyzna spojrzał na nią i twarz mu się rozpromieniła. Rozpostarł ręce i przycisnął Fredę do piersi.
- Ale będzie jubel u Wertheimów17! Wyobrażam sobie, jak się ucieszą z twojego przyjazdu. Mam nadzieję, że to niespodzianka i nie zawiadamiałaś o swojej wizycie. - Na krótki moment zasępił się. - Jak ty się, biedna, tam dostaniesz? Całe miasto, a nawet cała Słowacja leży pod jedną wielką zaspą śnieżną. Nic nie kursuje. Zapomnij o jakiejś dorożce albo taksówce, a nawet saniach. To wielki cud, że kolej funkcjonuje bez większych opóźnień, choć...
Freda przerwała mu w środku zdania:
- Widzi pan. Jest problem, że nie jestem sama. Jest nas cała trójka.
Teraz on jej przerwał, kładąc rękę na ramieniu:
- Zaraz! Zaraz! Widzę, że masz krótką pamięć. Po pierwsze, jestem Pavel! Od ostatniej wspinaczki w piątkę w Batizovskiej Dolinie18 byliśmy już na "ty". Zapomniałaś? Po drugie zaś, gdy jest jakiś problem, zaraz go rozwiążemy. Chyba pamiętasz, że jestem dobry w pokonywaniu trudności. Wejdźmy do środka. Muszę sprawdzić bilety. Pod tym względem jestem formalistą.
W przedziale było zacisznie. Jan wypił prawie całą zawartość flaszki i zasnął na dobre. Wejście konduktora z obiema kobietami przywołało go do porządku. Pavel sprawdził bilety, a potem przysiadł na ławce obok Fredy. Bez ogródek zapytała:
- Powiedz nam, jak wygląda kontrola na dworcu w Koszycach. Jak potem dostać się sprawnie i szybko do Popradu, a jeszcze lepiej do stacji Liptovský Mikuláš?
Popatrzył na wszystkich po kolei, a potem na ciasno stojące na półce plecaki. Pokiwał kilka razy głową i myślał chwilę, wpatrując się w podłogę, czy to ich narciarskie obuwie. Spojrzał na Jana i powoli powiedział:
- Pana znam dobrze i jeszcze z czasów wolności z Zakopanego, zanim jeszcze ta niemiecka zaraza tu przyszła. O przejściu przez stację bez aresztowania zapomnijcie! Każdy, nie tylko ja, domyśli się waszych zamierzeń. Ale bez paniki. Coś konkretnego wymyślimy. Dajcie mi tylko trochę czasu, a mamy jeszcze kilka kilometrów podróży. Sprawdzę najpierw ostatni wagon. Pogadam z drugim kolegą konduktorem i maszynistą. Potem przyjdę do was. Będę myślał cały czas... Mam już pewien plan... - Wyszedł i zamknął dokładnie drzwi.
Byli bardzo poruszeni. Szczególnie Jan ubolewał nad sytuacją.
- Co my teraz zrobimy? Obstawią pociąg i wybiorą nas jak lisy z pułapki. Jeszcze z tym sprzętem narciarskim... Kompletna klapa! Za dużo ludzi wie o całej akcji. Cholera!
Jedynie Freda nieporuszona siedziała w swoim kącie, nic sobie nie robiąc z powstałych kłopotów. Wreszcie przerwała ich dyskusję.
- Pavel powiedział, że coś wymyśli. Ja mu wierzę. Przedwcześnie się kłopoczemy. Idę zapalić. Pójdziesz, Krystyna, ze mną. Dokończę ci tę bajkę?
Siadły naprzeciw siebie na małych stołeczkach odciąganych od ściany korytarza. Freda nie czuła realnej różnicy wieku między nimi. Jednocześnie mimo tej krótkiej, kilkugodzinnej znajomości spostrzegła, że Krystyna potrafi być wesoła i beztroska, choć jest to tylko fasada. W gruncie rzeczy jest bardzo powściągliwa, a nawet zamknięta i zdystansowana do otoczenia. Najprawdopodobniej nie chce w żaden sposób odsłonić prawdy o sobie i ich misji. Zastanawiała się krótki moment, czy wszystko o sobie opowiadać. Przecież nie mam nic do ukrycia i niczego nie powinnam się obawiać ani wstydzić... Zaczęła mówić.
- Chciałabym historię o moich najbliższych skrócić do kilku słów. To jest jednak tak zagmatwane, że przejadę się po całej mojej rodzinie. Matka moja po urodzeniu mnie zaczęła być bardzo chorowita. Mówiono dookoła: "Ech, ta księżniczka! Nie daje rady z codziennością normalnego życia. Przyzwyczajona jest do służby w domu". Tak jednak nie było i jak zaciągnęliśmy ją wreszcie do lekarza, czego nienawidziła, to było już za późno na leczenie zaawansowanej gruźlicy. Ukrywała to przed wszystkimi. Swoje pokasływania, a potem ataki kaszlu zbywała słowami: "Znowu gdzieś się podziębiłam".
Spuściła głowę i przetarła kąciki oczu.
- Zostaliśmy sami. Ojciec, dwóch moich dorosłych braci i ja. Opowiem ci trochę o każdym z osobna. Potrzebuję wyrzucić z siebie nieco narosłego smutku. Z nikim o tych rzeczach nigdy nie rozmawiałam, tylko częściowo z dziadkami. Mam nadzieję, że jak się rozstaniemy, zapomnisz o tym wszystkim. Podświadomie mam do ciebie zaufanie. To mi wystarcza.
Przerwała na moment. Krystyna podparła głowę na swojej pięści, nie komentując. Freda natomiast, mówiąc, wpatrywała się pilnie w jej sygnet rodowy. Dziadek, emigrując do Słowacji, zabrał ze sobą całą bibliotekę. Jest tam kilka tomów atlasu herbów wszystkich rodów europejskich. Sprawdzę!
- Zacznę od ojca. To mi leży najbardziej na sercu, bo dzięki niemu jestem z siebie często zadowolona. Byłam jego oczkiem w głowie. Zdaję sobie doskonale z tego sprawę. Poświęcał mi zawsze masę czasu. Mieszkaliśmy na północ od Sopron w pięknej willi i każdy z nas miał swojego konia pod siodło. Do pracy tata dojeżdżał konno, a pracował na przejściu granicznym między Austrią i Węgrami, tuż pod samym Klingenbach. Każdą wolną chwilę spędzaliśmy na jakiejś aktywności. Oprócz jazdy wierzchem, codzienna gimnastyka, bieganie i różne wymyślne zawody. Moi dwaj bracia prześcigali się w tym, aby ojcu dorównać. Ja - aby w czymś ich zdystansować. Nie wiem, czy wypada dziewczynie w moim wieku opowiadać o tym, że pobiła swoich braci w strzelaniu z broni krótkiej i długiej, a ojca i braciszków razem w rzucaniu nożem czy jakimś ostrzem do tarczy. Tata, pracując na granicy, chodził uzbrojony i jako oficer miał potężny zbiór broni. Wyrobił w nas również olbrzymi respekt do oręża i jego używania. Wymyślaliśmy najprzeróżniejsze mistrzostwa i zawsze któreś z nas dostawało jakąś nagrodę. Wdrapywanie się na upatrzone drzewo lub na dach domu, pływanie, określanie odległości, szukanie schowanych przedmiotów czy rzucanie ciężkim kamieniem na odległość.
Ojciec zawsze mawiał: "Nie wiadomo, kiedy coś się zdarzy. Taka umiejętność może się wtedy okazać potrzebna". Jedynie co do boksu i walki wręcz, w której był mistrzem i którą trenował z braćmi, wmówił sobie, że to nie dla kobiet.
Zaśmiała się do swoich myśli.
- Zrobiłam kiedyś olbrzymią mistyfikację. Poszłam do mojej największej przyjaciółki Dzidzi. Mieszkała wtedy na przedmieściach miasta. Pochodzi z bardzo biednej żydowskiej rodziny. Zawsze chodziłam tam z jedzeniem, którego często nie mieli za dużo. Wyjechała potem pracować do Rzeszy, choć jej marzeniem były studia i malarstwo. Pracę opiekunki dla jednej ułomnej dziewczynki załatwił jej mój ojciec przez stryja z Münster. Mam z nią teraz tylko sporadyczny kontakt. Wracając już po zapadnięciu zmroku od Dzidzi, to jest około cztery kilometry, wytarzałam się na przydrożnym zaoranym polu, nabiłam sobie kamieniem zdrowego siniaka na udzie i wróciłam w takim stanie do domu. Opowiedziałam wymyślone kłamstewko "...To był zbir! Powalił mnie na ziemię, a ja walczyłam jak lwica, żeby mu uciec. Kopnęłam w bardzo czułe miejsce". Bracia chcieli natychmiast siodłać konie, aby złapać złoczyńcę, lecz ojciec ich powstrzymał. Nie było już wtedy żadnych dyskusji i następnego dnia zjawiły się w domu mojego rozmiaru rękawice do walki. Muszę powiedzieć, że nawet lubię się bić, a tata nauczył mnie różnych sztuczek. Dają doskonały efekt, choć najczęściej są bardzo, ale to bardzo nieprzepisowe... Najważniejsze to zaskoczyć przeciwnika. Powalić go na ziemię, nie dając szans na podniesienie się na nogi. Ta zasada obowiązuje zarówno w walce, jak też na co dzień w normalnym życiu.
Krystyna trąciła Fredę lekko pięścią w kolano z aprobującym szeptem...
- No właśnie!
- Nie lubiłam szkoły, bo musiałam jeździć do internatu w Niemczech, co odciągało mnie od rodzinnego domu. Jedynie aktywne życie u skautów dawało mi odskocznię od szkolnej codzienności. Potem od czasu dojścia Hitlera do władzy zmieniło się to radykalnie. Byłam tak dobra we wszystkich ćwiczeniach i zaprawach fizycznych, że chcieli mnie natychmiast wciągnąć do Hitlerjugend. W związku z tym z pomocą ojca zmieniłam szkołę. Najpierw byłam u sióstr zakonnych w Austrii, a potem na Węgrzech w okolicy Sopron. Wtedy odetchnęłam, bo byłam w pobliżu moich najbliższych i każdą niedzielę mogłam spędzać w domu. Życie w klasztornym internacie było dla mnie koszmarem i bardzo się dziwię, że nie wyrzucili mnie na zbity pysk za moje różne wybryki...
Zapaliła wreszcie papierosa i spojrzała na zasłuchaną Krystynę, która w tym momencie powstrzymała się, aby nie parsknąć śmiechem.
- To mamy takie same doświadczenia klasztorne. Może ci to kiedyś opowiem... Mów dalej! Rzadko kiedy wciągam się tak bardzo w życie innych ludzi... Brak mi na to czasu.
Fot. Herb Krystyny Skarbek - Abdank | opr. Bastianow na bazie prac Tadeusza Gajla.
Freda spojrzała na nią z niedowierzaniem i ciągnęła dalej:
- Kończąc historię ojca, muszę powiedzieć, że od początku traktował mnie trochę inaczej niż moich starszych braci. Wymyślał różne skomplikowane zagadki, sytuacje albo zbiory faktów, które dawał mi do rozwiązania. Często mi mówił: "Odziedziczyłaś po mnie dar obserwacji i docierania do sedna prawdy. Poszłaś nawet o wiele dalej, bo po całej analizie faktów potrafisz to wykorzystać na swoje potrzeby. Pomogę ci wszystkimi siłami, abyś daleko z tym darem zaszła". Niestety to ostatnie mu się nie udało. Walczył z rakiem przez ponad półtora roku. Całe nasze dzieciństwo i młode lata sondowaliśmy go, czym się zajmował w wojsku, a potem w pracy. Dopiero przed samą śmiercią powiedział nam, że był szychą kontrwywiadu wojskowego. Przed tamtą wojną pracował z asem austriackiego wywiadu Alfredem Redlem19, którego potem zdemaskował, że jest szpiegiem rosyjskim. Redl wtedy się zastrzelił. Po wojnie tata dostał natychmiast pracę w węgierskim KBH20, czyli Służbie Bezpieczeństwa Wojskowego.
Krystyna wstała.
- Zaraz wracam. Muszę... - Wskazała w stronę toalety.
Wróciła po chwili i usiadła na swoim miejscu. Pociąg zatrzymał się na następnej stacji i starsza para pasażerów wysiadła.
- Mów dalej. Twoja historia jest niesamowicie ciekawa i wciągnęła mnie dogłębnie. A niech tam! Zdradzę ci, że ja też kiedyś w młodości byłam u sióstr zakonnych. Mnie jednak wywalili, jak to określiłaś, na zbity pysk.
Freda trąciła ją poufale.
- Jak się tak zastanawiam, to już dużo tego opowiadania nie zostało. Kilka słów o moich dwóch braciach. Obaj też mają po ojcu dociekliwą naturę, choć nie w takim stopniu jak u mnie. Najstarszy, Tibor, po śmierci matki postanowił zostać lekarzem. Nie zmienił swojego zdania, wyjechał do Paryża i jest już gotowym specjalistą. Najpierw chciał zostać psychiatrą, lecz pociągnęła go w końcu, zdaje się, chirurgia, a może interna. Na ławce w przedziale leży książka, którą mi przysłał. Ponoć rewelacja. Natomiast ze wstępu wyciągam wniosek, że straszne nudy.
Młodszy z braci, Károly, jest bardziej wszechstronny. Mam na myśli jego zainteresowania. Był ulubionym dzieckiem matki z tego względu, że od małego dzielił jej miłość do piękna sztuki. Jednocześnie ma bardzo ścisły umysł i byłby doskonałym matematykiem. Ojciec był już bardzo chory. Wówczas znaliśmy już jego całą historię życia. Kiedyś przy obiedzie zażartował. "Z ciebie byłby wspaniały kryptolog i szyfrant. To dałoby ci więcej zarobku niż bieganie po pustyni z łopatą i ślęczenie nad tekstami pisma obrazkowego".
Wracając do dzieciństwa Károlyego, to będąc u dziadków w Koszycach, zawsze był obłożony książkami z reprodukcjami malarstwa, a szczególnie publikacji o świecie antycznym. Bywał często w Niemczech i kiedyś przywiózł dwie książki, które kupił za swoje oszczędności. Jedna z nich była o Napoleonie w Egipcie. Część tekstu poświęcono znalezieniu kamienia w Rossecie i odczytaniu hieroglifów egipskich21. To był dla niego przełom. Od tej pory postanowił zostać egiptologiem. O innym zawodzie nie było żadnych dyskusji. Pojechał również do Paryża studiować swoją pasję. Mam tu jego ostatni list z Egiptu. Cały czas jeździł między Kairem a Paryżem.
Popatrzyła na swoją torbę leżącą na ławce w przedziale.
- Wiozę w torbie listy i papiery, które zmuszają mnie do podjęcia w najbliższym czasie kilku szybkich decyzji. Jest wojna i to wygląda gorzej, niż dużo ludzi przypuszcza. Ten histeryczny hycel z manią Lebensraum22 nie zadowoli się takimi ochłapami jak Czechosłowacja, Austria czy Polska. Pójdzie dalej po kolei na wszystkich w całej Europie. Niestety z niespotykanym przyzwoleniem angielskich głupków z Wchitehall i ichnich prymitywów wyższych klas...
Powiedziałam ci, że stoję na rozdrożu. To się zgadza. Z tego powodu jadę do dziadków. Mam w bagażu masę pamiątek po matce i ojcu i potrzebuję wsparcia dziadków w podjęciu wielu decyzji. Jak zdążymy, przeczytam ci kilka fragmentów z listów, które ostatnio dostałam, bo...
Dojeżdżali właśnie do następnej stacji. Za oknem błyskały nieregularnie zapalone lampy. Pociąg zaczął nagle gwałtowniej hamować i stanął. Próbowały otworzyć okno i wyjrzeć na peron. Nawet nie drgnęło.
- Wszystko jest zamarznięte od zewnętrznej strony - stwierdziły równocześnie.
Czas się dłużył i była kompletna cisza. Krystyna wskazała głową na ich przedział.
- Widocznie wszyscy podróżni pozasypiali ze znużenia, tak jak nasz pan.
W tym momencie na korytarz od strony lokomotywy wpadł ich konduktor. Szybkimi krokami przemierzał korytarz w ich stronę.
- Zbierajcie wszystkie bagaże! Ale szybko!! Idziemy na sam koniec składu pociągu. Ostatni przedział jest służbowy i przeznaczony dla personelu. Już go przedtem otworzyłem. Nigdy tam nie zaglądają. Idzie tu szwabska kontrola. To jest stacja Sokol'any. Stacjonuje tu jednostka niemieckich żandarmów i czasami wpadają do przejeżdżających pociągów. Trenują żołnierzy w kontrolach cywili. Załatwcie tę przeprowadzkę cichutko, bez zbędnego stukania sprzętem. Nie postawcie całego pociągu na nogi.
W szybkim tempie zebrali bagaż i gęsiego podążyli za konduktorem. Ostatni przedział był już otwarty. Na drzwiach widniał duży napis po słowacku i po niemiecku "Przedział służbowy. Tylko dla personelu kolei". Trzy najbliższe miały napisy "Nur für Deutsche"23 i były puste. Freda zdjęła z ramienia swoją obszerną torbę i spojrzała na Słowaka.
- Pavel, przecież jesteśmy niemal na przedmieściach Koszyc. Masz pomysł?
Odwrócił się w pośpiechu.
- Tak! Tak! Nie przejmujcie się! Wszystko jest już zapięte na ostatni guzik. Gdy tylko pociąg ruszy, zaraz tu przybiegnę z instrukcją o dalszych planach. Zamknijcie się w tym przedziale. Siedźcie cicho, gdyby ktoś się do was dobijał. Muszę lecieć do tych kontrolujących zbirów, bo pomyślą, że coś knuję. Za kilka minut tu będą...
Teraz ona go powstrzymała.
- Ja mam również Ausweis24 i paszport obywatelki Rzeszy. Zostaję tu w najbliższym przedziale i zaświadczam, że w tej części wagonu jestem sama.
Już będąc w drodze, skinął głową.
- Zrób tak! To ich rozkojarzy i odciągnie od głównego zajęcia...
- Pomóż mi z tą walizą! - rzuciła do Jana, otwierając sąsiedni przedział dla Niemców.
Siedzenia były miękkie, z porządnie wykonaną tapicerką. Wskazała na dolną ławkę, widząc, że chce dźwignąć bagaż do góry.
- Postaw na siedzeniu i zmykaj do Krystyny. Dam sobie radę z resztą teatru.
Zdjęła zimową kurtkę i sweter. Przyczesała włosy. Z otwartej już walizki wyciągnęła tyrolski kapelusik z piórkiem. Był pomięty, a nastroszona lotka bażanta wyglądała jak wiecheć. Wygładziła filc i splunęła na lotkę, prostując ją palcami. Ujdzie! Odszukała w kasetce matki jej długą fifkę i wsadziła tam papierosa. Stanęła gotowa na korytarzu z otwartymi drzwiami do przedziału. Oj! Zapomniałam o książce i znaczku. Otworzyła książkę Hitlera i położyła grzbietem do góry. Z przegródki torby wyjęła duży znaczek ze swastyką i wpięła w klapę bolerka. Jak dobrze, że nie wywaliłam tego daru od nazistowskich koleżanek. Ojciec mawiał: "Wszystko kiedyś może się przydać".
W przedziale konduktora panowała kompletna cisza. Muszą tam siedzieć w strasznym napięciu. Od przejścia między wagonami pokazały się hełmy żandarmów. Wtedy zapaliła zapałkę i poprawiła kapelusik na bakier.
- No! Nareszcie normalny pasażer! - Niemiecki podoficer otworzył jej dokument. Spojrzał bystro na pieczątki, złożył i oddał jej do ręki. Zajrzał do pozostałych niemieckich przedziałów i poszedł do końca wagonu, sprawdzając toaletę. Po drodze szarpnął klamkę pomieszczenia służbowego. Zamknięte.
Wszedł do przedziału Fredy i zapalił światło. Rozejrzał się szybko. Main Kampf świecił czerwienią okładki z wizerunkiem bożyszcza, obok otwarta walizka. Nawet nie zajrzał do środka.
- Dokąd pani jedzie?
- Do Koszyc. Odwiedzam narzeczonego. Dostałam w pracy urlop na kilka dni.
Niedbale podniósł rękę w hitlerowskim pozdrowieniu. Odwrócił się bez słowa, a za nim podążyli pozostali żandarmi. Pavel puścił do niej oko i pomaszerował za nimi. Już z daleka usłyszała komentarz któregoś z Niemców.
- Żeby nasze baby tak chciały do nas przejeżdżać...
Po chwili pociąg ruszył. Natychmiast zapukała do sąsiedniego przedziału.
- Otwierajcie! Już po wszystkim!
Wyszli, rozglądając się po pustym korytarzu. Nikt inny nie wychodził, mimo że zbliżali się do Koszyc.
- Jak wam się podobają moje dodatki do ubrania? - Zdjęła kapelusz i wrzuciła znaczek do torby.
Krystyna pokręciła głową.
- Z tymi akcesoriami mogłabyś iść nawet na audiencję do Führera. Wyglądałaś zupełnie jak hitlerowska bitch...
W tym momencie wpadł na korytarz Pavel. Podbiegł do nich. Był bardzo podekscytowany. Spojrzał w biegu na zegarek, a potem na Fredę.
- Ubieraj się szybko, i to ciepło. Za chwilę będziecie skakać z pociągu w śnieg na mróz. Zbierajcie cały swój majdan i przenieście na pomost przy tylnym wejściu. - Trącił Fredę, zapinającą walizkę. - Zakładaj szybko sweter i kurtkę. Macie dodatkowe szczęście, że ten wagon jedzie dalej do Prešov i tych siedmiu podróżnych znowu zasnęło. Moglibyście się zabrać tym wagonem. To jest jeszcze bliżej granicy. Ale... - rozłożył ręce - przejazd kolejowy naprzeciwko domu twoich dziadków jest zazwyczaj odśnieżony. Nazywamy go Werthaimovka. Zaraz otworzę drzwi po obu stronach. Gadałem z maszynistą. To nasz człowiek. Dojeżdżając do przejazdu, zacznie hamować niby to pod semaforem i wytraci szybkość do minimum. Najpierw rzucacie bagaż przy samym torze, aby go później łatwo odszukać. Potem skaczecie z każdej strony w kierunku jazdy pociągu. Do domu Werthaimów jest około siedmiuset metrów i mam nadzieję, że droga od przejazdu była oczyszczona w ciągu dnia. Znam cię dobrze. Nie zabłądzisz?
Roześmiała mu się w oczy. Chciała podnieść walizkę, ale ją uprzedził.
- Zapomnij o dźwiganiu! Ja wyrzucę to natychmiast po twoim skoku. O ile znam tego maszynistę Havelkę, to stanie na przejeździe.
Wyszli na pomost przy toalecie. Krystyna i Jan stali w ciszy i tylko przestępowali z nogi na nogę. Poczuli, że pociąg powoli wytraca szybkość. Krystyna podeszła do Fredy. Trzymała w ręku swoje narty. Plecak na plecach.
- Skaczmy po tej samej stronie, jedna za drugą. Będzie raźniej.
Pavel otworzył drzwi.
- Ale ziąb na dworze! Widzę przejazd! Przygotujcie się!
Zgrzyt hamulców. Wagon prawie stanął. W śnieg poleciały narty, a potem Krystyna. Tuż za nią wylądowała Freda. Nie zachwiała się, tonąc po kolana w śniegu. Spojrzała za oddalającym się pociągiem. W drzwiach sylwetka z uniesionym kciukiem do góry i jej walizka leżąca kilka metrów od ubitego śniegu na przejeździe.
Foto. Pociąg Budapeszt-Koszyce | fragment czeskiej pocztówki z 1940 roku.
*
Stali na oszklonej werandzie, przytupując dla rozgrzania. Na górnym piętrze w jednym z okien po tej stronie domu paliło się przyćmione światło. Idąc drogą, widzieli cały czas wyraźnie oświetlone okno, ale od głównej fasady domu. Tu w zaciszu werandy nie czuło się już przejmującego mrozu, a wiatr nie biczował śniegiem w twarze. Pukali na zmianę bez żadnego rezultatu. Krystyna odeszła od drzwi wyraźnie poirytowana.
- Może nie ma nikogo w domu? Gdzieś wyjechali. Byli u kogoś i utknęli w tym śniegu, nocując u znajomych...
Freda podeszła bliżej wejścia. Z gniewem uderzyła dłonią w małe okienko tuż obok wejścia.
- Szkoda, że nie mają dzwonka. To zasługa babci. Mawiała zawsze: "Nie życzę sobie żadnych dzwonków, sygnałów ani innych kołatek. Wystarczy, że pociągi dudnią i gwiżdżą całymi dniami i nocami". Pójdę teraz do drewutni zobaczyć, czy tam może jest trochę cieplej. Wy chociaż macie śpiwory. Mój tyłek już dawno przemarzł.
Była w połowie schodów, gdy nagle zapaliło się światło w jednym z okien na parterze i jakiś męski głos odezwał się z zewnątrz po słowacku.
- A któż to w środku nocy chce się ogrzać w moim domu?
- To ja, Fredka! Otwórz! Umieramy z zimna.
Z domu wybiegł natychmiast postawny starszy mężczyzna i złapał ją w objęcia.
- Ale niespodzianka! - szeptał po niemiecku ze łzami w oczach. Jednocześnie zobaczył, że nie jest sama, i przeleciał wzrokiem po pozostałych. Widocznie poczuła, że ich zauważył, bo wyzwoliła się z jego objęć i wskazała na stojącą pod ścianą parę.
- To są moi towarzysze. W rzeczywistości są w drodze przez granicę do Polski. Wysiedliśmy tam na dole na przejeździe, aby uniknąć koszyckiej kontroli. Zdajesz sobie chyba sprawę, w jaki sposób chcą przekroczyć granicę. Z tym ekwipunkiem nie musieliby się długo domyślać celu ich podróży. Oboje wylądowaliby w areszcie. - Wskazała na dwie pary nart w rogu werandy. - A tak z drugiej strony... Czy chcesz, dziadku, wywietrzyć porządnie cały dom? - Wskazała na wejście, nadal otwarte na oścież.
Speszył się i zrobił gest zaproszenia do wnętrza, czym prędzej zamykając za nimi drzwi.
- Proszę państwa. Po pierwsze, czy wszyscy mówią po niemiecku? - Rozejrzał się, wychwytując potakiwania. - Jest jeszcze na tyle ciepło, że mogą państwo zdjąć wierzchnie odzienie. Proszę do salonu. Muszę się szybko ubrać. Też zaczynam marznąć. Za chwilę zapalę w kominku i wtedy zacznie być naprawdę ciepło. Pomyślimy też o jakimś wczesnym śniadaniu. Fredziu, muszę natychmiast obudzić twoja babcię. Już nigdy by mi nie wybaczyła takiego zgrzytu. Wymawiałaby mi do końca życia: "Moja najdroższa wnuczka tu przyjechała, a ty mnie nie budzisz! Wstydź się, Hugo!". Fredziu, pokaż państwu, gdzie jest łazienka.
Zaciągnął poły szlafroka i wbiegł na schody prowadzące na górne piętro. Krystyna zaś podeszła do kominka i popatrzyła do wnętrza.
- Janek! Znasz się na takiej robocie? To nie leży w zakresie moich umiejętności.
Jan roześmiał się i podszedł do paleniska. Obok leżało wystarczająco opału, aby napalić w kilku kominkach.
- Andrzej mi kiedyś powiedział, że zajęcia domowe nie są twoimi faworytami. Siadaj i odpoczywaj. Za kilka minut będzie tu huczał ogień.
Krystyna rozejrzała się. Można było powiedzieć, że ten salon jest wielką biblioteką pomieszaną ze zbiorami antyków i sztuki. W zasadzie wszystko tu do siebie pasowało i czuło się przytulną atmosferę. Freda wróciła z łazienki i rozparła się w fotelu. Starsza z kobiet podeszła zaś do kominka i popatrzyła na Jana spod oka.
- Marnujemy czas i całe przedsięwzięcie znacznie się opóźnia. Tak się złożyło, lecz siedzę tu jak na szpilkach. Gdyby nie te przeszkody ze szwabskimi kontrolami, przypinalibyśmy już sobie narty.
Nie odwracając się od rozpalania w kominku, rzucił tylko:
- A co myślisz, że bez odpoczynku dalibyśmy radę aż do Zakopanego? Zostalibyśmy w połowie Cichej jako lodowe pomniki czekające wiosny. Co ciebie tak tam ciągnie, że masz trudności na pozwolenie sobie na dwa czy trzy dni spóźnienia?
Nie odwracając się do niego, rzuciła przez ramię:
- Matka! Moja ukochana matka, która jest samiutka w Warszawie.
Freda spojrzała na nią ze zrozumieniem i przysiadła się bliżej.
- Zazdroszczę ci, Krystyna, że masz jeszcze matkę. Możesz z nią porozmawiać i przytulić się do niej. Dla mnie najgorsze jest to, że chciałabym mojej mamie tyle powiedzieć. Nie mogę tego zrobić, bo mnie nie usłyszy.
- I mnie też nie! - Z góry po schodach schodziła starsza, dystyngowana dama, podpierając się lekko na laseczce ze srebrną rączką. Za nią postępował poznany już przez nich dziadek Fredy. Kobieta zeszła na sam dół schodów. Stanęła na ostatnim stopniu i ogarnęła wszystkich wzrokiem.
Freda rzuciła się do niej i długo trzymały się w objęciach. Wreszcie się rozdzieliły i pani domu zakomenderowała:
- Moi państwo, a raczej powiedziałabym: moja młodzieży! Najpierw się sobie wszyscy kulturalnie przedstawimy. Prawdziwymi nazwiskami czy też nie. W dzisiejszych czasach to nie gra zupełnie roli. Potem zapraszam do kuchni, gdzie powinno być nadal ciepło. Musicie być wygłodzeni po tych wszystkich perypetiach. Hugo dał mi krótkie streszczenie waszych planów. Myślę, że dobrze się stało, że Fredzia was tu zabrała. To oszczędzi wam wielu kłopotów, które z pewnością przeszkodziłyby w waszych zamiarach. Eliza Lövenstein-Wertheim25. - Wyciągnęła rękę do Krystyny, która podała swoje nazwisko:
- Christine Marchand.
Po kolei przedstawiano się sobie, aż wreszcie Hugo zakomenderował:
- Wszyscy proszę za mną do kuchni. Jest wystarczająco dużo miejsca i jedzenia. A panu dziękuję, że mnie pan wyręczył z paleniem w kominku. - Podszedł do Jana i podał mu rękę.
Później już po jedzeniu siedzieli wszyscy w salonie. Hugo i Freda gdzieś się ulotnili. Eliza i Krystyna rozmawiały po francusku. Wszystkim kleiły się oczy po nieprzespanej nocy. Nadrabiali minami, aby nagle nie zasnąć. W głębi domu zadzwonił telefon. Eliza próbowała wstać, lecz donośny głos Hugona doleciał do salonu:
- Odbieram!
- Mamy taki luksus jak telefon od czasu, kiedy wszystkim ważniejszym pracownikom kolei założono bez dodatkowego pokrycia kosztów. - Eliza przeszła znowu na niemiecki i zaczęła wstawać, podpierając się na lasce.
Jan podskoczył, chcąc jej pomóc. Powstrzymała go szybkim gestem.
- Nie! Dziękuję, drogi panie. W przypadku gdybym potrzebowała pomocy, rzucę natychmiast do was wezwanie. Jak na razie proszę mi zostawić wolność, abym miała nadal pozory, że nie jestem niedołężna. Zabrało Hugonowi wiele czasu przekonanie mnie do używania tego. - Stuknęła laską w podłogę. - Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że ta laseczka ma podwójną funkcję. - Szybkim ruchem przekręciła rączkę i wyciągnęła z drzewca pokaźną klingę. Szybko schowała ją z powrotem. - To ojciec Fredzi podarował nam w prezencie to cacko. Zawsze miał specjalny stosunek do wszelkiego rodzaju oręża.
Wszedł Hugo, a za nim postępowała Freda. Było wyraźnie widać, że oboje są podekscytowani.
- Drodzy państwo, dosyć tej sielanki! Teraz będą konkrety, które z pewnością podniosą was na duchu. Słyszeliście, że dzwonił telefon. To Pavel, wasz znajomy z pociągu. Z tego, co zrozumiałem, bo mówił naszym żargonem kolejarzy, zorganizował transport. Gdzie, kiedy i jak, sam wam to przedstawi. Będzie tu między czwartą a piątą po południu. Żadnych konkretów nie powiedział ani nie wymienił was w tej krótkiej rozmowie. Te hitlerowskie gnidy często podsłuchują rozmowy. Jak dotychczas, wyrywkowo.
Spojrzał na zegar wiszący na ścianie.
- Dochodzi godzina wpół do ósmej i dzień się zaraz zacznie. Wszyscy mamy ciężkie powieki, szczególnie wy. Przygotowaliśmy z Fredą dwa prowizoryczne posłania. Fredzia ma na górze swój pokoik, który zawsze na nią czeka. Proponuję, abyście natychmiast wykorzystali tę możliwość i pospali. Nie wiadomo, co się wam przydarzy w najbliższym czasie, a śnieżyca ma się nasilić. Niestety! Proszę o przyzwolenie wysmarowania waszych nart adekwatnym smarem na ten śnieg.
Jan aż się żachnął, dorzucając do kominka następne polano drzewa.
- Ależ panie hrabio! Smarowanie nart możemy zrobić sami, a nie angażować do tego pana.
Hugo uśmiechnął się pobłażliwie. Jego polski był o wiele lepszy niż Fredy. Podszedł do Jana i wziął go przyjacielsko pod ramię.
- Powiem panu, że już dawno nikt nie używał tej frazy w stosunku do mnie. Osiedlając się tutaj, wyzbyliśmy się kompletnie tego rodzaju pompatycznych tytułów. Proszę mi pozwolić na uczestniczenie w ruchu oporu przeciwko hitlerowskiej zarazie chociaż przez to wysmarowanie nart. Już przedtem postanowiliśmy oboje z Elizą, aby nasz dom był zawsze otwarty nie tylko dla was, lecz dla wszystkich walczących z najeźdźcami. Zapamiętajcie to sobie i powtórzcie tam, gdzie trzeba. Jeszcze jedna rzecz. Czym mniej my wiemy o różnych przedsięwzięciach, tym lepiej. Dobranoc państwu. Obiad będzie gotowy gdzieś około godziny czwartej. Ostrzegam, a jednocześnie się chwalę, że gotuję zadowalająco. Zapytajcie Fredy.
Kiwnęła potakująco i podeszła do Krystyny.
- Idź spać. To cię lepiej postawi na nogi. Jednak musimy dokończyć naszą rozmowę, a raczej moją "spowiedź" z pociągu. Cholera! Już dawno nie miałam do nikogo tyle zaufania, ile mam do ciebie.
*
Krystyna weszła do łazienki. Woda była gorąca. Bez namysłu zrzuciła ubranie i wskoczyła pod prysznic. Kilka godzin snu i kąpiel były ukojeniem dla jej poprzedniego nastroju i poczucia, że wszystko się opóźnia. Taka odskocznia od wytyczonego planu też ma swoje dobre strony... Przyzwyczajona do życia w hotelach nie pomyślała o czymś ważnym. Oj! Nie mam się, czym wytrzeć... No proszę, ktoś ułożył stertę ręczników na taborecie koło umywalki.
Odświeżona, lecz jeszcze z mokrymi włosami, weszła do salonu. Przy stoliku w rogu stała Freda, oglądając jakąś dużą księgę w skórzanej oprawie. Spostrzegła Krystynę i kiwnęła na nią.
- Wygląda na to, Fredziu, że na mnie czekałaś. Czy...? Od chwili, gdy się obudziłam, myślałam o tym twoim rozdrożu życiowym. Z tego, co się od ciebie wcześniej dowiedziałam, to pewnych detali trochę się domyślam, ale większości to chyba nie.
Na stole leżało kilka listów i otwarta gruba księga. Już z daleka zobaczyła, co ta za foliał i gdzie jest otwarty. Znała tę publikację lepiej niż dobrze. To herbarz rodów europejskich. A to szelma! To też zdążyła już odkryć! Jest niesamowita. Byłaby wspaniałym nabytkiem dla naszej Sekcji D26. A może ściągnąć ją do nas? Pchnąć w jakiś sposób na przeszkolenie do Londynu? Przecież sama twierdzi, że nie wie, co w obecnej chwili ma ze soba zrobić. Pomyślę. Teraz powinnam jakoś wybrnąć z sytuacji, że ona za dużo o mnie wie. Myślę jednak, że mi się nie uda.
- No, to już odkryłaś wszystko. Teraz słucham twojej historii. Muszę wyrównać braki z mojej strony.
Freda zamknęła księgę i zaniosła na półkę. Podeszła zaraz do Krystyny i szepnęła:
- Skarbek27. To twoje prawdziwe nazwisko i takie chyba nosiłaś przed wojną? Z bardzo starego rodu pochodzisz.
Kiwnęła lekko głową.
- Widzisz, to z nazwiskami to jest bardzo niepewne. Byłam już dwa razy zamężna28 i żeby ktoś odkrył moje pierwsze, musiałby użyć twojej dociekliwej metody... Przypomniał mi się stary żydowski kawał. Pytają Żyda Dawida: "Jak pan się nazywa?". Ten odpowiada: "Kowalski". "A jak pan się przedtem nazywał?" Pada odpowiedź: "Czarnecki". "A jeszcze wcześniej?" "No... Rozenblatter". Czyli, jak widzisz, nazwiska to rzecz bardzo zmienna i ulotna. Można je zmieniać jak torebki czy rękawiczki. Zresztą zdaje się, spaliłam kawał... Jak zwykle.
Ściszyła głos i wskazała głową w stronę, gdzie spali.
- Mój towarzysz tego detalu z moim nazwiskiem nie zna...
- Ja też już zapomniałam! - Freda zgarnęła rozłożone na stole listy. - Chodź, usiądziemy blisko kominka, to ci szybciej wyschną włosy. Dziadek Hugo dwoi się i troi. Jest trochę perfekcjonistą. Powiedziałam mu, żeby się chwilę przespał. Oburzył się na mnie: "W grobie się wyśpię!". Taki on zawsze jest.
Po wysmarowaniu nart natychmiast je wypróbował. Są na medal. O wszystkim pomyślał. Zapakował dodatkowo smaru. Musicie przesmarować je w jakimś zacisznym miejscu po drodze, gdy się zetrze. Spytałam go: "A jak im się narta złamie, co się z nimi stanie?". "Mamy kilka par rakiet śnieżnych. Już dwie pary na was czekają, a nic prawie nie ważą". Potem dziadek napalił w kotłowni, żeby w bojlerze była gorąca woda. Teraz gotuje przyjęcie. Widziałam, że wyciągnął wino z piwnicy i to czerwone. Będzie jakieś mięso...
Krystyna przerwała jej:
- A kiedy ty spałaś?
Zaśmiała się jej w twarz.
- Ja będę spała dziś w nocy, a wy najprawdopodobniej będziecie walczyć ze śnieżycą. No chyba że was będę musiała dostarczyć do jakiegoś punktu. A teraz moje listy. Słuchaj. Już ci mówiłam, że około rok temu zmarł mój ojciec. Na pogrzebie była cała rodzina. Tu zaczyna się cała moja udręka. Ojciec jeszcze wcześniej załatwił mi pracę przy wyrabianiu dokumentów identyfikacyjnych. Mówiąc między nami, robiłam też papiery na lewo. Głównie dla Żydów i polskich żołnierzy zbiegłych z obozu dla internowanych na Węgrzech i w Rumunii, którzy chcieli dostać się do Francji. Wszyscy byli w drodze do tworzących się tam polskich jednostek.
Bracia moi po pogrzebie naradzili się beze mnie i stwierdzili:
"Sprzedaj całą posiadłość i przenieś się do nas do Paryża. Coś tam będziesz robiła. Razem wymyślimy".
A ja im na to:
"Panowie naradzali się jak Herrenvolk29, nie dopuszczając mnie do swoich samczych obrad. Zapomnijcie! To było oczko w głowie taty i sprzedawać to teraz, zanim jego grób porósł trawą, byłoby dla mnie nasikaniem na tę mogiłę! Basta! Wysuwać mi obaj z powrotem do swoich żabojadów! Dam sobie radę sama!".
Westchnęła głęboko i pogroziła komuś pięścią w powietrzu. Chyba tym razem swoim braciom.
- Obrażeni braciszkowie zaczęli się pakować. Zanim wyjechali, pogadali z nimi po swojemu dziadek Hugo i stryj Thomas. Ci mieli takie same zdanie jak ja. Miny braciszkom potem zrzedły. Spłynęli i tak obrażeni bez pożegnania się ze mną.
Wzięła jedną z kopert.
- To jest list pisany przez Károlyego. Pamiętasz? To mój średni brat. W zasadzie nie on dotarł do mnie jako pierwszy, lecz jego treść była najbardziej zaskakująca. Nawet szokująca.
Wyjęła zapisaną kaligraficznym pismem dużą kartkę. Szybko przelatywała wzrokiem tekst, mówiąc jednocześnie:
- Mój kochany braciszek jakby zapomniał o naszym poprzednim konflikcie i niemal wyrzuceniu go przeze mnie z domu... O, już znalazłam. Teraz czytam: "Pamiętasz, gdy po dojściu do władzy ten bawarski gangster zaczął kotłować plebsowi we łbach. Wtedy tata zareagował: "Nie jest dobrze! Szykuje się następny kataklizm. Dopuścili takiego wyszczekanego neurastenika do władzy, to będą mieli gorzej niż w poprzedniej wojnie". No i sprawdza się to jak wyrocznia. Słuchałem kilka razy przemówień, a raczej krzyku i bełkotu tego bękarta. Wiesz, co mnie najbardziej przestraszyło? Nie on, tylko tłuszcza wyjąca na jego cześć. Do tego obejrzałem kilka fotografii w prasie i jakiś film typu kronika filmowa. To mi wystarczyło. Odłożyłem na półkę moją archeologię. Wojna idzie wielkimi krokami i nikomu teraz w głowie kopanie w ziemi. Zabytki mogą poczekać pod ziemią jeszcze kilka lat. Czekały na wykopanie przez kilka tysięcy".
Przerwała czytanie i odwróciła kartkę listu na drugą stronę.
- Krysiu, teraz będzie szok! Słuchaj; "Pracuję obecnie dla Anglików. Robię coś, co przyczyni się do zachowania cywilizacji i demokracji. Oczywiście są to wyświechtane hasła, ale w duchu tych właśnie haseł rodzice nas wychowali. Dużo jeżdżę i to nie tylko po pustyni. Pracując, byłem w Palestynie, Syrii, Turcji, a nawet przelotnie w Iranie, i wybieram się do Chin. Robota pasowałaby tobie jak skórkowa rękawiczka. Wiem! Oprócz tego nie tylko przy wódce rozmawiałem z naczelnym szefem firmy. Opowiedziałem mu o twoich talentach. Już niemalże tu na ciebie czekają! A najważniejsze: będziemy razem!!! Zapomnij o tym ostatnim konflikcie. Byliśmy obaj kompletni idioci! Zamelinuj wszystko, co się da, u dziadków. Mam na myśli wszelkie pamiątki rodowe, a szczególnie oryginalne nuty naszego wielkiego przodka. Pamiętaj, że to bardzo ważne! Pukawki i inną broń zakonserwuj i zakop w lesie przy tej skałce, którą bawiąc się, nazywaliśmy "Ciocia Francesca"! Pamiętaj! Po zachodniej stronie, tam jest mniej wilgoci. Zamaskuj tak, jak tata nas nauczył. Brak mi go bardzo! On czułby się tu jak ryba w wodzie. Zresztą pukawek jest tu, tylko wybierać! Potem zabij dom deskami na cztery spusty. A może lepiej wynajmij? I, na litość Boską, przyjeżdżaj jak najszybciej. Interesującej, choć niebezpiecznej roboty jest dużo i dobrze płatna. Mam apartament w Kairze i garsonierę w Aleksandrii. Wspaniałe miasto. Moja dziewczyna to istne cudo. Też u nas pracuje. Zobaczysz!".
Freda złożyła list i włożyła do koperty. Spojrzała na Krystynę, która siedziała z błogim uśmiechem zrozumienia na twarzy.
- Twój brat widocznie poszedł w ślady waszego ojca. Ta praca wygląda mi na wywiad albo kontrwywiad. Jak będzie wszędzie posługiwał się takimi otwartymi tekstami, krótki będzie jego żywot.
W tym momencie list poleciał w płomienie kominka, a Freda sięgnęła po następny.
- Czytałam całość obojgu dziadkom i znam treść z adresem na pamięć. Ta koperta nie leżała nawet w pobliżu skrzynki pocztowej. Pewnego dnia znalazłam go rano na podłodze przy drzwiach wejściowych. Poszłam natychmiast po skończeniu pracy do naszej stolarni i zrobiłam wysoki próg. Przybiłam do podłogi i pozbyłam się szpary pod drzwiami. Wiesz... mieliśmy przy drewutni nieduże pomieszczenie ze wszystkimi narzędziami, a tego typu majsterkowanie zawsze lubiłam.
Krystyna weszła jej w słowa.
- Widzisz, ta metoda dostarczenia ci listu od brata utwierdza mnie w przekonaniu, jakiego typu pracą on się para. Jednego mi nie wyjaśniłaś. Co to za wielki przodek, którego oryginalne nuty miałaś chronić?
Freda stuknęła się w czoło.
- Że też nie powiedziałam tego wcześniej! Ależ to Franz Liszt30. Urodził się niedaleko naszego domu w Sopron w wiosce Doborján. Zdaje się, że ojciec miał około dziesięciu lat, gdy był ze swoimi rodzicami na jego pogrzebie w Bawarii. Prywatnie Franz nie był zbyt rodzinny i traktował najbliższych jak piąte koło u wozu. Była tam masa konfliktów, żalów i nieporozumień, i ciągle nowe kobiety, nawet jakaś księżniczka. Duża część rodziny pod namową, chyba ojca taty, wyrzuciła literę "z" z nazwiska. W związku z tym nazywam się Freda Elizabeth List31. Widzisz. Po węgiersku "s" fonetycznie czyta się "sz". Teraz to ja się tobie oficjalnie przedstawiłam. - Podała jej kopertę, na której widniało jej nazwisko. Uśmiechnęły się do siebie porozumiewawczo.
- Mówiłam, że Thomas, brat dziadka Hugona, ma duże atelier fotograficzne w samym centrum Münster. Jest zapalczywym przeciwnikiem hitleryzmu i, jak się domyślam, działa wraz z grupą zaufanych przyjaciół. W jaki sposób? Tego nie wiem. Był na pogrzebie ojca. To on przywiózł mi tę szmirę Hitlera. Byłam niesamowicie zdziwiona. Powiedział tylko: "Zachowaj tę książkę, Fredziu, i strzeż jej jak oka w głowie. Pomimo że zawartość przyprawia o mdłości, jest to coś, co ma również specjalne przeznaczenie. Przyjdzie niedługo czas, że cię o tym zawiadomię. Nazwę to wtedy: PREZENT". Byłam wtedy bardzo zdziwiona. Nie zastanawiałam się wcale, o co mu chodziło. Dostałam zdrowego kopa śmiercią taty.
Dalsza część książki dostępna wwersji pełnej
1 Sopron jest miastem granicznym między Austrią i Węgrami. Leży na obszarze spornym pod względem przynależności zarówno etnicznej, jak i administracyjnej. Po I wojnie światowej w 1921 roku przyznano te tereny Węgrom.
2 Węg. 'Koniec podróży! Keleti!' (Keleti to nazwa dworca głównego w Budapeszcie).
3 Naukowy rasizm i używana przez tę dziedzinę kraniometria (kranio - 'czaszka', metro - 'mierzyć') używana w antropologii fizycznej. Metoda ta była stosowana w okresie nazistowskim w pseudonaukowy sposób do antropometrycznych pomiarów w celach selekcji rasowej, głównie w III Rzeszy i Skandynawii. Specjalistów dokonujących i interpretujących takie pomiary czaszek można nazwać naukowcami od rasy. W języku polskim nie istnieje adekwatna nazwa tego zawodu, czy raczej procederu.
4 Aliteracja - (niem.) 'dzieci, kuchnia i kościół' (zwane także "Trzy K"). Rozpowszechnione w tym czasie konserwatywne wyrażenie, że rola społeczna kobiety ogranicza się do tych trzech czynników. Genealogia sięga czasu początków ruchu emancypacji kobiet. W latach 30., 40. nastąpiła eskalacja używania tej konstrukcji słownej, aby po wojnie stopniowo zmniejszyć swój zasięg. Przyp. aut.: Niestety w olbrzymiej części świata nadal pokutuje takie nastawienie!
5 (Węg. slang) 'glina'; zsaruk to liczba mnoga, czyli tutaj 'gliny'.
6 Strzałokrzyżowcy (węg. Nyilaskeresetes Párt) - węgierska organizacja nazistowska. Powstała w 1939 roku, a jej przywódca Ferenc Szatási został w późniejszym okresie wojny prezydentem Węgier.
7 Nyugati jest drugim co do wielkości dworcem w Budapeszcie. Zbudowany w tym samym stylu co Keleti.
8 (Węg.) Margit hid - Most Margarety. Jeden z wielu mostów przez Dunaj, łączących Budę z Pesztem.
9 Mistrzostwa świata w narciarstwie klasycznym, które w dniach 11-19 lutego 1939 roku odbyły się w Zakopanem.
10 Jan i Stanisław Marusarzowie w tym czasie pełnili funkcję kurierów ZWZ na trasie Zakopane-Budapeszt, przerzucając ludzi i materiały konspiracyjne. Punktem wyjściowym w Polsce było schronisko na Pysznej.
11 Freda dostała książkę C.G. Junga wydaną w 1912 roku, w której autor odchodzi od teorii prezentowanych przez Freuda, z którym wcześniej współpracował.
12 (Niem.) SD = Sicherheitsdienst, podporządkowana SS organizacja niemająca jednak policyjnych uprawnień na terytorium Rzeszy. Można ją określić jako zbrojne ramię bezpieczeństwa SS. Kripo = Kriminalpolizei, policja kryminalna, podlegała RSHA czyli Głównemu Urzędowi Bezpieczeństwa Rzeszy. Słowacja była już wtedy niezależnym faszystowskim państwem z marionetkowym rządem ks. Józefa Tiso. Obecność Niemców w pociągu można wytłumaczyć tym, że Słowacja zgodziła się na kontrolę przez Wehrmacht strefy wojskowej (Schutzzone) o długości około 200 kilometrów wzdłuż granicy z Protektoratem.
13 (Niem.) 'Dokumenty! Ty Żydówko!'.
14 Heinrich Müller (1900-1945) - zwany potocznie Gestapo Müller. Szef Oddziału IV w RSHA (Reichssicherheitshauptamt = Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy).
15 M. Masson, Wojna moja miłość. Krystyna Skarbek - ulubiona agentka Churchilla. Poznań 2012, s. 30; J. Molenda, Krystyna Skarbek - Królowa podziemia czy zdrajczyni, Warszawa 2013, s. 37.
16 Freda ma na myśli powstałą w 1918 roku na mocy traktatu wersalskiego Republikę Czechosłowacką. Trwała ona do 1938 roku, kiedy została zaanektowana przez Hitlera. Obecnie nazywa się ten okres Pierwszą Republiką.
17 Nazwisko wywodzi się od niemieckiego rodu hrabiowskiego Lövenstein-Wertheim. Ród podzielony został na kilka linii. W 1812 roku część otrzymała tytuł książąt. Założycielem rodu był w 1494 roku hrabia Ludwik. Dopisek aut.: Niestety, nie udało mi się ustalić, czy Freda i jej najbliżsi należeli do tej książęcej linii.
18 Po polsku: Dolina Batyżowiecka w Tatrach Wysokich.
19 Alfred Redl, pseudonim Opernball-13 (ur. 1864 we Lwowie, zm. 1913 w Wiedniu). Jeden z największych ówczesnych szpiegów. Pracując dla monarchii Austrowęgierskiej (Evidenzbureau = sztab wywiadu i kontrwywiadu wojskowego), m.in. wynalazł sposób wyłapywania obcych szpiegów poprzez wprowadzenie nowoczesnych technik. Rosja zwerbowała go jako szpiega poprzez szantaż dotyczący jego skłonności homoseksualnej. Zob. też: T. Forsberg, Spioneri. En förbjuden nödvändighet, Stockholm 2009, s. 13nn. J. Sadler, S. Fisch, Spy of the Century, Alfred Redl & the Betrayal of Austro-Hungary, wyd. Pen & Sword Military, 2017; również: film długometrażowy prod. węgierskiej w reż. Istvana Szabo 1985.
20 (Węg.) KBH = Katonal Biztosági Hivatal.
21 Jedną z reperkusji wyprawy Napoleona w 1798 roku było dzieło Dominique'a Vivanta Denona: Sztuka starożytnego Egiptu. Kamień znaleziony w porcie egipskim Rosetta w 1799 roku. Na płycie z czarnego bazaltu znajduje się dwujęzyczny tekst wyrzeźbiony w trzech wersjach: egipskim pismem demotycznym i hieroglificznym oraz po grecku. Jean-François Champollion w 1812 roku, dzięki m.in. temu znalezisku, znalazł klucz do odczytania egipskich hieroglifów.
22 (Niem.) 'Przestrzeń życiowa'. Najpierw Fredrich Ratzel około 1900 roku zainaugurował to powiedzenie, które stało się przewodnim sloganem w nazistowskiej III Rzeszy, aby umotywować jej ekspansywne plany.
23 (Niem.) 'Tylko dla Niemców'.
24 (Niem.) 'Dokument tożsamości'.
26 Tu chciałbym dodać komentarz: Sekcja D od początku wojny była wyspecjalizowaną jednostką, która powstała w ramach SIS (Secret Intelligence Service) przy Ministerstwie Wojny Wielkiej Brytanii. Zadaniem Sekcji D był sabotaż oraz przygotowanie ruchu oporu na terenach zajętych przez Hitlera, jak również penetracja możliwości działań sabotażu różnego rodzaju na terenach mogących w przyszłości znaleźć się pod okupacją. Do Krystyny działającej na Węgrzech nie dotarła jeszcze wiadomość, że 16 lipca 1940 roku powstało SOE (Special Operations Executive = Kierownictwo Operacji Specjalnych), w skład którego weszły m.in. części M16 oraz SIS wraz z Sekcją D, czyli że przeniesiono ją automatycznie pod kuratelę tej nowej jednostki.
27 Skarbkowie są rodem wywodzącym się od Jakuba Skarbka z Góry dowodzącego w bitwie pod Grunwaldem chorągwią Awdańców (germańsko-słowiański ród rycerski herbu Awdank). Ponieważ Skarbkowie herbu Awdank mają swoje korzenie w tym rycerskim rodzie, można stwierdzić, że według zachowanych źródeł pisanych ich początek datować można na połowę XII w. Należy podkreślić, że oba herby są identyczne.
28 Pierwsze małżeństwo Krystyny z Karolem Getlichem zawarte zostało, gdy miała około 18 lat, i trwało kilka miesięcy (M. Masson, op. cit., s. 54). Drugie - z Jerzym Giżyckim - po jakimś czasie stało się "małżeństwem na odległość" (C. Mulley, Kobieta szpieg. Polka wsłużbie jego królewskiej mości, Warszawa 2017, s. 101).
29 (Niem.) 'Rasa panów'. W Niemczech nazistowskich używano tego terminu dla podkreślenia wyższości rasy germańskiej nad innymi. Używano go na zmianę z podobnym: Herrenrasse.
30 Franz Liszt, właśc. Ferenc Liszt (1811-1886). Urodził się w Doborján (niem. Trading). Kompozytor, pianista i filozof. Znalazł się w czołówce kompozytorów romantyzmu. Główny przedstawiciel Nowej Szkoły Niemieckiej. Rozdał część majątku na cele dobroczynne. Pod koniec życia uległ wpływom mistycyzmu religijnego.
31 Freda Elizabeth List, ur. 16.04.1922 (The National Archives, Kew, London - TNA nr akt HS 9/928/4).