Przechwyceni - T.J. Payne

Reflow text when sidebars are open.
Nic nie widzę.
Tylko czerń.
Ale czy nawet czerń, bez żadnego punktu odniesienia, jest naprawdę czarna? A może to po prostu... nic?
Niczego też nie czuję.
Możliwe, że leżę.
Ale nie czuję pod plecami twardej podłogi.
Możliwe, że jestem ubrana.
Ale nie czuję, żeby włókna materiału ocierały się o moją skórę.
Mój umysł każe nodze kopnąć.
Ale nie mam pewności, czy noga odebrała ten sygnał.
Mój umysł każe ramieniu się unieść.
Choć wytężam go ze wszystkich sił, nie wiem, czy mięśnie zareagowały. Być może ramię jest w górze, tak jak nakazałam. Ale tego nie wiem.
Mój umysł każe dłoni dotknąć twarzy.
Może to zrobiła.
A może nie.
Każę dłoni uderzyć mnie w twarz, wymierzyć mocny policzek.
Nic.
Każę dłoni rozprostować palce i wbić paznokcie w mój policzek.
Drapać. Szarpać. Zdzierać skórę. Odszukać zakończenia nerwowe i pociągnąć za nie. Odrywać mięśnie i ścięgna, aż natrafią na kość. Żuchwę. Kość policzkową. Jakąkolwiek kość. Aż znajdą cokolwiek.
Palce - mówię - zaciśnijcie się na tej kości.
A teraz ją wyrwijcie.
Ciągnijcie.
Ciągnijcie bez przerwy.
Zadajcie mi ból, który w końcu poczuję.
Dajcie mi znak, że wciąż żyję.
Ale nadal nic nie czuję.
Palce - mówię - dotknijcie mojej twarzy. Znajdźcie oczy. A teraz naciśnijcie. Wbijcie się mocno. Przebijcie się przez źrenicę. Sięgnijcie do samych nerwów. Ryjcie, dopóki nie pobudzicie jakiegoś zmysłu.
Może moja dłoń jest posłuszna. Może drąży w mojej twarzy niczym kret w ziemi. Może wyszarpuje całe kawały ciała i odrzuca je na bok.
Nie wiem tego.
I może nigdy się nie dowiem.
Krzyczę. Nie z bólu, ale dlatego, że uszy nie potrafią usłyszeć tego, co mówię. Więc krzyczę jeszcze głośniej. Wrzeszczę. Zmuszam się do wycia. Szukam jakiejś tonacji, jakiejś częstotliwości, która zdołałaby się przebić do moich martwych uszu.
Ale nic nie słyszę.
Może w ogóle nie krzyczałam. A może nigdy nie przestałam krzyczeć.
Nie dociera do mnie nawet cichy szum milczącego pomieszczenia. Nie słyszę we własnych uszach bicia serca ani powietrza wciąganego przez nos do płuc. Tego powietrza zresztą też nie czuję.
Czasami ogarnia mnie lęk, że wcale nie oddycham. Że się duszę. Wpadam w panikę. Wydaje mi się, że łapczywie chwytam wtedy powietrze, ale nie potrafię stwierdzić, jak reaguje na to mój organizm. Ciało nie ma jak przekazać umysłowi, że tak, owszem, faktycznie wciąż żyję. Wciąż oddycham. Wciąż pompuję powietrze w te płuca, a krew w te żyły.
Nie wiem, od jak dawna tu jestem. Od jak dawna tak tkwię. Pozbawiona czucia. Nie jestem już w żaden sposób zakotwiczona w pojęciu przestrzeni i czasu. Pamiętam, że kimś jestem. Albo raczej byłam. Ale nie pamiętam już kim.
Łatwiej zapomnieć. Mniej boli.
Trzymałam się wspomnień tak długo, jak potrafiłam, bo stanowiły jedyny fundament mojego umysłu. Nawet jeśli nie były namacalne, były czymś prawdziwym. Czymś, na czym w wyobraźni mogłam się oprzeć, by pojąć, kim jestem - albo byłam - i jakie jest moje miejsce w tym świecie.
Ale te wspomnienia dawno już uleciały.
Pamiętam tylko, że kiedyś je miałam.
Teraz jest ciemność.
Tylko ciemność.
Cóż...
Nie tylko.
Na początku to zaledwie niewyraźny zarys, jak samotna boja milę stąd na czarnym jak smoła morzu. Zwykła plamka światła kołysząca się w górę i w dół. Jest mała. Tak mała... Nie mam pewności, czy naprawdę istnieje. Może to tylko powidok, echo pigmentu, którego kurczowo trzyma się mój mózg.
A potem słyszę dźwięk. Przytłumiony i odległy.
Zupełnie jakby pociąg, jedna wielka ściana dźwięku, z niewiarygodną prędkością pędził w moją stronę. Staje się coraz głośniejszy, a w miarę jak się zbliża, od jego łoskotu wręcz trzęsie mi się czaszka.
Krzyczę i tym razem słyszę własny wrzask.
Dźwięk wbija mi się w uszy jak szpikulce do lodu.
Plamka światła nagle rośnie i jaskrawo płonie, rozbłyskując kalejdoskopem barw i ruchu, który wypełnia moje pole widzenia. To boli. Próbuję zamknąć oczy, ale nie mogę. Przywykłam do tego, że moje ciało jest głuche na rozkazy umysłu, lecz tym razem to co innego. Czuję, jak powieki próbują opaść, zacisnąć się mocno, by zablokować to palące światło, ale coś na nie napiera, siłą zmusza je do uniesienia się. Im bardziej się staram, tym silniejsze ukłucia bólu je przeszywają.
Wtedy uświadamiam sobie, że moje powieki są rozwarte przez haczyki.
To oni musieli mi je zamocować.
Zmuszają mnie, żebym patrzyła.
Czuję, jak przyciskają mnie do ziemi. Wpijają się w moją skórę, a ona najpierw mrowi, a potem pulsuje z bólu. Ktoś odkręcił kurek moich zakończeń nerwowych, a ból - palący, oślepiający ból - przeszywa moją skórę, żyły i mięśnie niczym wichura podsycająca szalejący już pożar.
Badam językiem wnętrze ust. Wypełnia je smak mięty i żółci. Ten smak mnie przytłacza i przewraca mi się od niego w żołądku. Czuję, jak moje wnętrzności kurczą się w torsjach, a wkrótce do ust podchodzi mi kwaśna woda. Jej ohydny smród uderza mnie w nozdrza, osadza się w nich i na nowo nakręca spiralę mdłości.
To oni mi to robią.
Otwierają mi oczy, żeby wypalać je światłem.
Otwierają mi uszy, żeby kaleczyć je dźwiękiem.
Obnażają moje nerwy, żeby zająć je ogniem.
Nie wiem, kim oni są.
Jeśli się skupię, kątem oka potrafię ich dostrzec. To trudne. Jest tak jasno, że moje oczy odmawiają posłuszeństwa. W pamięci zachowałam mgliste wyobrażenia o piekle i czasami wydaje mi się, że właśnie w nim jestem. Torturowana przez Zło tak głębokie, że mój osłabiony umysł nie potrafi w pełni pojąć jego formy.
Kiedy jednak wzrok choć odrobinę mi się wyostrza, dostrzegam, że to nie potwory ani demony tak sobie ze mną pogrywają.
To mężczyźni. To kobiety.
Czasami słyszę, jak zwracają się do siebie po imieniu.
Nie wiedzą, że ich słucham. Nie wiedzą, że rozumiem. Nie wiedzą nawet, że jak przez mgłę kojarzę pojęcie imion. Pojęcie tożsamości.
Wymawiają zwłaszcza jedno imię.
"Joe".
"Joe Gerhard".
On rządzi tym miejscem.
To jemu podlegają.
To na jego rozkaz zadają mi ból.
Kiedy mija, a ja wracam do czerni, szukam Joego Gerharda.
Nieważne, jak długo będę musiała szukać, nieważne, jak daleko będzie musiał powędrować mój umysł, by tam dotrzeć - znajdę Joego Gerharda.
Znajdę tych, których kocha.
Będę ich torturować.
Zadam im ból.
A potem zadam ból jemu.
Joemu Gerhardowi. Władcy mojego piekła.
Carson bardzo się spieszył.
Właśnie przeciskał swój zbyt szeroki wózek przez zbyt wąskie drzwi ze stali nierdzewnej. Z obu stron zostawało ledwie po centymetrze luzu, a jakby tego było mało, musiał jeszcze unieść wózek nad niewielkim progiem.
Często narzekał, że "kubły na pieluchy" - jak cały personel nazywał wózki robocze - należałoby przeprojektować pod kątem faktycznych potrzeb obsługi. Przydałoby się coś mniejszego, lżejszego i bardziej zwrotnego w tych ciasnych pomieszczeniach. Gdyby nie trzeba było siłować się z tym cholerstwem w każdej śluzie powietrznej, sanitariusz zaoszczędziłby na obchodzie ładnych parę minut. A ta drobnostka - pomnożona przez dni, tygodnie i miesiące - dawałaby setki zaoszczędzonych roboczogodzin. I to dzięki samym tylko nowym wózkom.
Ale bez względu na to, jak często i głośno Carson wytykał tę wadę konstrukcyjną, nic się nie zmieniało.
Ktoś mu kiedyś powiedział, że łatwiej przeforsować ustawę w Kongresie, niż uzyskać w Firmie zgodę na nowy sprzęt. Trzeba by zlecić ekspertyzy, nasłać audytorów, a potem pozyskać tajne fundusze i przepuścić je przez łańcuszek spółek fasadowych.
Carson uważał za cud, że w ogóle udawało się tu cokolwiek załatwić.
Kiedy dwa lata temu objął tę posadę, był przekonany, że trafił do placówki z nieograniczonym budżetem; samo wielomiesięczne prześwietlanie jego przeszłości pochłonęło pewnie dziesiątki tysięcy dolarów. Gdy jednak faktycznie zaczął pracować, szybko dotarło do niego, że wszystko trzyma się tu na szarą taśmę i sznurek. Bynajmniej nie z braku zaplecza technologicznego, ale dlatego, że taśma i sznurek były tańsze i wymagały o wiele mniej zachodu niż użeranie się z paraliżującą biurokracją.
W końcu udało mu się wcisnąć wózek do małej komory, tak by drzwi ze stali nierdzewnej zamknęły się za nim.
Teraz czekał.
Światła w małej śluzie powietrznej zamigały na czerwono. Za jego plecami drzwi, przez które przed chwilą wszedł, zasyczały i zaturkotały niczym wiertarka pneumatyczna. Uszczelka w drzwiach wypełniła się powietrzem, by całkowicie odciąć pomieszczenie od głównej części ośrodka. Miało to potrwać minutę.
Stojąc bezczynnie, Carson westchnął.
Miał na ręce zegarek, ale nie mógł na niego spojrzeć - krył się pod rękawem niebieskiego skafandra.
Czekając, aż drzwi się uszczelnią, a w śluzie wytworzy się odpowiednio wysokie ciśnienie, rutynowym ruchem chwycił zwinięty w spiralę żółty wąż zwisający z sufitu. Podłączył go do skafandra.
Z kolejnym sykiem powietrza jego skafander wypełnił się tlenem i napęczniał pod wpływem ciśnienia. Carson wyglądał w nim jak niebieski ludzik z pianek marshmallow.
Syczące w skafandrze i kapturze powietrze zagłuszało większość innych odgłosów, przez co czuł się jak nurek głębinowy.
Uważał tę całą szopkę za absurd. Ośrodek ściągnął projekt, sprzęt i procedury z laboratoriów bezpieczeństwa biologicznego, w których badano patogeny bojowe, takie jak ebola - wirusy wysoce zaraźliwe i z tego względu wymagające zachowania ekstremalnych środków ostrożności.
Ale tutaj nie było takich patogenów.
Nie tym się zajmowali.
Projektanci po prostu zmontowali na kolanie laboratoria, listy kontrolne i procedury, które niespecjalnie pasowały do charakteru tutejszych zadań. Prawdopodobnie tak było łatwiej i taniej. Carson zastanawiał się, czy twórcom w ogóle powiedziano, co dokładnie projektują. Czy może robili wszystko na czuja.
Typowe.
Dawna prowizorka uprzykrzała teraz Carsonowi życie. Każde drobne, wkurzające opóźnienie - a żadnego by nie było, gdyby ktokolwiek wyżej postawiony łaskawie go posłuchał - groziło spóźnieniem na randkę.
Carsonowi potwornie zależało, żeby zaimponować dziewczynie, z którą miał się dziś spotkać. Ustawiła sobie urocze zdjęcie profilowe. Na pewno ładniejsze niż większość lasek, które w ogóle odpisywały na jego wiadomości. A wymieniane z nią esemesy sugerowały w dodatku, że ma fajny charakter i sarkastyczne poczucie humoru.
Zdecydowanie nie jego liga.
Żeby w ogóle mieć szansę ją poderwać, Carson powinien się najpierw trochę ogarnąć. To oznaczało, że musi skończyć pracę na tyle wcześnie, by zdążyć się wyszorować i złapać windę na powierzchnię o 17:30. Gdyby musiał czekać na tę o 18:00, nie zdążyłby wrócić do domu i wziąć prysznica.
Przez kaptur i maskę skafandra pociła mu się głowa, a włosy robiły się tłuste. W dodatku zawsze, gdy wychodził z ośrodka, cuchnął gównem i wybielaczem. Może te zapachy po prostu wżerały mu się w nozdrza, a dziewczyna niczego by nie poczuła, ale wolał tego nie sprawdzać i mieć trochę czasu, żeby zrobić z siebie człowieka.
Firma nie zakazywała wprost randkowania. Nawet tego przez internet. Wśród personelu zawsze jednak krążyły plotki, że monitoruje i prześwietla każdą taką znajomość. Carson sam zauważył, że czasem, kiedy poznawał jakąś dziewczynę w aplikacji, ta nagle nie wiadomo dlaczego urywała kontakt. Co prawda zdawał sobie sprawę, że w dzisiejszych czasach ghosting jest na porządku dziennym, ale często zastanawiał się, czy to przypadkiem niewidzialna ręka Firmy nie grzebała w życiorysie dziewczyny, a gdy uznawała ją za niegodną zaufania, wkraczała do akcji i odcinała mu do niej dostęp.
Niektórzy współpracownicy posuwali się wręcz do teorii, że Firma zdalnie włączała mikrofony w ich komórkach i podsłuchiwała ich podczas randek. W tej branży nierzadko dostawało się dość mętne upomnienia lub nagany, co dawało się wytłumaczyć tylko tym, że chlapnęło się coś na osobności.
Ale Carson tego nie kupował.
Firma wcale nie była wszechmocna. Gdyby tak było, dawno już kupiłaby pracownikom bardziej zwrotne kubły na pieluchy. Carson miał swoich szefów wręcz za nieudolnych. Potężnych, owszem. Ale zarazem chaotycznych, niekompetentnych i cierpiących na zbyt dużą paranoję, by mogli działać skutecznie.
Światło śluzy w końcu zmieniło się na zielone.
Carson odłączył od skafandra żółty wąż tlenowy i pozwolił, by zwinięty jak sprężyna wrócił pod sufit. Podszedł do drugich drzwi ze stali nierdzewnej. Tak jak go uczono, przed wejściem rzucił okiem przez kwadratowe okienko, by ocenić sytuację.
W sąsiedniej komorze wszystko wydawało się w porządku. Żadnego niebezpieczeństwa, żadnego bezpośredniego zagrożenia.
Przeciągnął kartą przez czytnik obok drzwi. Zamek puścił z głośnym kliknięciem.
Carson nacisnął masywną klamkę i pociągnął drzwi śluzy. Ze względu na różnicę ciśnienia musiał włożyć trochę siły w to, by nie zatrzasnęły się z powrotem.
Gdy się upewnił, że są otwarte, chwycił wózek i wjechał nim do pomieszczenia.
Wszedł do środka i zlustrował otoczenie.
Niedaleko drzwi ciągnęło się podłużne okno obserwacyjne wychodzące na korytarz, na którym inni pracownicy krzątali się przy swoich sprawach, pchając własne kubły na pieluchy podczas obchodu innych komór. Od czasu do czasu przechodził tamtędy w ramach patrolu uzbrojony strażnik. Nikt nie zwracał uwagi na Carsona; wszyscy mieli swoje obowiązki.
Gdy drzwi z kliknięciem uszczelniły się za jego plecami, Carson podpiął się do nowego węża z tlenem. Uszy znów wypełnił mu syk powietrza. Ruszył w głąb pomieszczenia, a jego buty zostawiały płytkie wgłębienia w wyściełanej białej podłodze. Czuł się, jakby stąpał po miękkiej macie gimnastycznej. Kiedy zaczynał tu pracę, połączenie nieporęcznego skafandra, trzymającego go na uwięzi węża i miękkiego podłoża sprawiało, że bez przerwy potykał się i tracił równowagę. Do teraz zdążył już jednak przywyknąć do tych uciążliwości.
Spojrzał na leżącą na podłodze kobietę w szpitalnej koszuli.
- Dzieńdoberek, Bishop - rzucił. - Chyba nie masz mi za złe, że wpadłem trochę wcześniej, co? Dziś wieczorem idę na ważną randkę. Ta laska to absolutna dziesiąteczka.
Bishop leżała na plecach, bezwładnie kiwając się z boku na bok. Z kołyszącej się ogolonej głowy wyzierały szeroko otwarte, niewidzące oczy. Nie skupiała wzroku na niczym konkretnym. Zresztą i tak była całkiem ślepa.
Jej dłonie w ochraniaczach przypominających rękawice kuchenne machały w powietrzu, jakby chciały je pochwycić i podrapać. Co pewien czas jej ręka trafiała na twarz i pocierała policzek, a potem oczy, by po chwili poszybować w inne miejsce.
Usta wykrzywiały się raz po raz, otwierały się i zamykały w dziwnym grymasie, jakby nie mogła się zdecydować, czy próbuje sklecić jakieś słowa, czy wściekle coś przeżuć.
W końcu wyrwał się z nich cichy jęk. Przez kilka sekund błąkał się między wargami, po czym gwałtownie przybrał na sile, przechodząc w przenikliwy, agonalny wrzask. Carson wyobrażał sobie, że tak właśnie wyła mityczna banshee. Równie szybko jednak wrzask ucichł, znów ustępując miejsca cichemu jękowi.
Kiedyś te zawodzenia mocno działały Carsonowi na nerwy. Jasne, podczas szkolenia wstępnego tylko się z nich śmiał. Kilka razy podczas lunchu zdarzyło mu się nawet je przedrzeźniać. Kierownik działu zmył mu za to głowę i wlepił oficjalną naganę. Nie żeby jakikolwiek przyszły pracodawca miał się o tym dowiedzieć. Notatka przepadła w tej samej czarnej dziurze, w której znikały tu każdy dokument, e-mail czy instrukcja, by nigdy więcej nie ujrzeć światła dziennego.
Ale te dźwięki - zdławione, bulgoczące wycie - wżerały się w podświadomość Carsona. Przez kilka miesięcy od rozpoczęcia pracy za każdym razem, gdy wiatr przetaczał się po dachu nad jego mieszkaniem, dałby sobie rękę uciąć, że świst zaraz przerodzi się we wrzask. Ilekroć na wpół zatkany odpływ w łazience robił "gul-gul-gul" - dokładnie tak jak Bishop, kiedy dławiła się własną śliną - Carson spodziewał się, że z rury za chwilę wydobędzie się krzyk niewyobrażalnego bólu.
Z czasem nauczył się to ignorować, choć nigdy nie zdołał całkowicie się wyłączyć. Tłumaczył sobie, że te istoty po prostu tak mają. Prawdę mówiąc, te jęki i wrzaski prawdopodobnie dobrze robiły ich płucom i mięśniom głosowym. Przecież w końcu na pewno będą im potrzebne.
Niech Bishop wyje sobie do woli, w niczym mu to nie przeszkodzi. Pogrzebał chwilę w wózku, po czym odwrócił się w jej stronę. W lewej dłoni trzymał paczkę chusteczek nawilżanych, a w prawej coś, co przypominało kroplówkę z musem jabłkowym.
- Najpierw kąpiel czy obiadek? - zapytał.
Bishop nadal kiwała się na plecach z boku na bok, młócąc powietrze niczym pijany kot i zupełnie nie zważając na Carsona.
- Głosuję za kąpielą - zdecydował za nią.
Odłożył rzeczy z powrotem do wózka i podjechał nim bliżej Bishop.
- Zróbmy tak. Ty nie lubisz tych całych ceregieli, ja też nie. Po co tracić czas na użeranie się z pasami? Przecież dobra z ciebie dziewczynka, prawda? Więc może od razu przejdziemy do rzeczy?
Jej usta wykrzywiły się w szeroki owal. Krzyknęła.
- Pełna zgoda - odparł Carson. - Super, czyli dzisiaj bez pasów.
Zawsze to parę minut do przodu. Mozolne przypinanie im rąk i nóg do kółek wmontowanych w podłogę wydawało się kolejną nikomu niepotrzebną procedurą. Może i miałoby to sens, gdyby pracował w więzieniu, psychiatryku czy jakimkolwiek innym miejscu, gdzie pacjenci bywali faktycznie niebezpieczni. Ale tutaj? Te istoty były kompletnie niegroźne. Ani razu nie widział, żeby któraś choć stanęła na nogi. Całymi dniami tylko tarzały się po podłodze i wymachiwały łapami. Podobno dzięki używaniu mięśni do tych chaotycznych ruchów żyły dłużej - ale z pewnością nie stwarzały zagrożenia.
Schylił się do niej i pewnym, wyćwiczonym ruchem jedną dłonią przycisnął jej wierzgającą nogę, a drugą wsunął pod szpitalną koszulę.
- No to co tam dla mnie dzisiaj masz?
Wyciągnął spod materiału pękatą pieluchę.
- No pięknie!
Klasycznym koszykarskim hakiem rzucił pieluchę, a ta zatoczyła łuk i z pacnięciem wylądowała w koszu na wózku.
- Dwa punkty!
Następnie wyciągnął chusteczkę dezynfekującą, wsunął rękę z powrotem pod koszulę i zabrał się do podmywania. Zużył jedną chusteczkę... drugą... trzecią... i czwartą, zanim wilgotny kwadracik materiału wrócił bez choćby jednej brązowej smugi. Zwinął brudne chusteczki w foliową torebkę i wrzucił wszystko do kosza.
Wyciągnął z wózka kolejną partię chusteczek. Mocno chwycił prawą rękę Bishop, by powstrzymać ją przed chaotycznym wymachiwaniem. Odpiął pasek przytrzymujący rękawicę ochronną i zsunął ją z jej dłoni.
Uwolnione palce rozczapierzyły się i zaczęły drapać powietrze.
Carson przetarł jej rękę, przy okazji starannie masując zastałe mięśnie. Nucił cicho pod nosem, próbując odciąć się od jęków i sporadycznych wrzasków Bishop.
Kiedy skończył, puścił jej rękę i miał zamiar powtórzyć to samo z prawą nogą.
Usta Bishop się wykrzywiły.
- Nic nie czuję... To oni mi to zrobili... To on mi to zrobił...
Carson uniósł wzrok, zaskoczony.
- Co?
- On cię kocha, Kate... Jesteś jego słabością...
Przez chwilę siedział jak wryty, nie bardzo wiedząc, jak zareagować. Do tej pory słyszał, jak mówią - składają sensowne słowa i zdania - wyłącznie podczas sesji strojenia. Poza tym z ich warg dobywały się tylko krzyki albo niezrozumiałe seplenienie.
Z początku myślał, że to maska i syczenie tlenu w kombinezonie spłatały figla jego wyobraźni. Albo że to jakiś głupi dowcip. Że ktoś robi sobie jaja przez krótkofalówkę, udając głos Bishop. Carson wolał nie panikować bez powodu. Nie chciał wyjść na idiotę, z którego potem wszyscy będą się śmiać.
Siedział więc dalej obok Bishop i powoli szorował jej nogę, nie odrywając wzroku od jej ust. Wykrzywiały się i kurczyły w typowych tikach nerwowych, ale dziwaczne uśmiechy wcale nie stawały się przez to mniej upiorne.
I w końcu Carson zdał sobie sprawę, że szczęka, wargi i język Bishop nie poruszały się w przypadkowy sposób. One układały się w słowa.
- Wiem, że go znasz. Nazywa się Joe. Joe Gerhard - powiedziała, wciąż wpatrując się w ścianę, zupełnie jakby był tam ktoś jeszcze.
Carson zerknął na kamerę zamontowaną w rogu pod sufitem. Czy w sterowni to słyszeli?
Chwycił krótkofalówkę z wózka i przysunął ją do kaptura.
- Halo, sterownia? Jestem w celi Bishop. Wygaduje jakieś totalnie popieprzone rzeczy.
- To znaczy? - spytał ktoś po drugiej stronie.
- No, mówi na przykład...
Carson spojrzał z powrotem na Bishop. W czasie gdy sięgał po krótkofalówkę, postawa Bishop całkowicie się zmieniła. Już się nie kiwała ani nie machała bezładnie. Jej głowa znieruchomiała. Zdawało mu się, że jej oczy patrzą prosto na niego, wręcz przenikają go na wylot. Choć nie do końca potrafiły skupić się na jego twarzy, wyraźnie czuł na sobie ten wzrok.
- Widzę cię - zwróciła się bezpośrednio do niego.
I wtedy jej prawa ręka - wciąż pozbawiona rękawicy ochronnej - wystrzeliła do przodu.
Uczepiła się kaptura jego kombinezonu.
- Puszczaj! - wrzasnął. - Bishop, puszczaj!
Jednym gwałtownym ruchem zerwała mu z twarzy kaptur i maskę.
Spanikowany Carson wziął łapczywy oddech. Zerwał się na nogi i rzucił w stronę drzwi.
- Pomocy! Niech ktoś mi pom... - Słowa zlały się w jego ustach w niewyraźny bełkot.
Z każdym zaczerpniętym haustem powietrza jego nogi coraz bardziej przypominały galaretę. W końcu ugięły się pod ciężarem ciała. Runął na kolana. Zdołał wykrzesać resztkę sił i jeszcze raz wstał. Ale już krok później mięśnie całkowicie odmówiły mu posłuszeństwa i Carson zwalił się z powrotem na podłogę. Próbował podciągnąć się do przodu, ale jego dłonie opadały bezwładnie niczym śnięte ryby.
- Pomooszz mi... brooszzsz... - próbował zawołać, ale usta nie potrafiły uformować słów, a płuca wycisnąć dość powietrza, by wydać dźwięk głośniejszy od szeptu.
Wszystko zaczęło się zamazywać.
Napierająca ciemność zawężała mu pole widzenia, aż dostrzegał już zaledwie jasny punkcik, główkę od szpilki. Jego świat upodobnił się do jednego z tych starych telewizorów, które po wyłączeniu przez sekundę czy dwie utrzymywały na ekranie bladą poświatę gasnącego obrazu. Próbował skupić się na tym widoku, wykorzystać go, by nie odpłynąć i rozpaczliwie zmusić się do działania.
Nie słyszał już jęków Bishop.
Nie słyszał syku powietrza wydobywającego się z kratek wentylacyjnych.
Docierał do niego tylko pojedynczy dźwięk o wysokiej częstotliwości; rozbrzmiewał w jego uszach, ale coraz ciszej. Zawisł w mrokach jego umysłu, zupełnie jakby Carson dryfował po czarnym morzu, wsłuchany w sygnał okrętu, który wycofywał się w siną dal.
Aż w końcu... nic.
Cisza.
Ciemność.
Przez ułamek sekundy wydawało mu się, że czuje coś na plecach.
Najpierw ostry ból.
Potem ledwie wyczuwalne swędzenie.
Później już tylko mrowienie.
A potem nie czuł niczego.
Cokolwiek znalazło się na jego plecach, dało mu spokój.
Carson dryfował teraz w tamtym morzu - nie czuł, nie słyszał i nie widział absolutnie nic.
Gdy leżał bezwładnie na podłodze, Bishop rzuciła się na niego.
Wcześniej wymachiwała rękami chaotycznie, niemal figlarnie. Teraz jej ruchy miały ściśle określony, morderczy cel.
Dźwignęła się do siadu i zaczęła wściekle drapać.
Wolną dłonią biła w kombinezon Carsona. Raz za razem, coraz szybciej, aż w końcu udało jej się chwycić zawór wylotowy na jego plecach. Jednym mocnym szarpnięciem wyrwała go, rozdarłszy szeroki otwór w materiale. Zaatakowała go z precyzją i zajadłością. Przypominała kreta ryjącego w ziemi, w nieustannym ruchu. Cały swój mizerny ciężar przeniosła na drążące dłonie.
Przedarła się przez zewnętrzną warstwę kombinezonu. Potem szybko uporała się z podkoszulkiem.
Wreszcie dotarła do żywego mięsa na plecach.
Jej ręce, nie zwalniając ani na moment, wdzierały się w ciało. Wyszarpywała ogromne płaty skóry, wyrywała kości i narządy.
Bez chwili przerwy.
Ryła w ciele mężczyzny, drążąc dziurę na wylot.
W celi i na korytarzu rozbłysły czerwone światła.
Ludzie na zewnątrz wrzeszczeli i wykrzykiwali rozkazy.
Ale Bishop ryła dalej.
Jej twarz przypominała martwą maskę. Oczy wciąż błądziły w oczodołach, niezdolne niczego dostrzec ani skupić się na żadnym punkcie.
A ona przedzierała się coraz głębiej.
Przez skórę.
Przez mięśnie.
Przez ścięgna.
Przez kości.
Ryła i drapała, dopóki nie dotarła do maty pod rozszarpanym ciałem Carsona.
I nawet wtedy nie przestała.
Joe Gerhard krążył po swoim gabinecie.
Chociaż, szczerze mówiąc, to "krążenie" w przypadku jego potężnej postury sprowadzało się do pięciu kroków w jedną stronę, po których wyrastała przed nim beżowa betonowa ściana. Wtedy odwracał się i robił pięć kroków w drugą stronę.
Gabinet był ciasny, pozbawiony okien i z powodu klimatyzacji zawsze odrobinę zbyt chłodny. Ale przynajmniej był to jego gabinet. Miejsce, gdzie mógł w spokoju przećwiczyć swoje małe przemówienie.
- Uważam za swój obowiązek poinformować was, że moi chłopcy nie wzięli se... - Przystanął i zganił się w myślach za język. - Nie mieli ani jednego wolnego weekendu od marca. - Pokręcił głową i powtórzył do siebie: - "Se" to nie słowo. "Se" to nie słowo. "Se" to nie słowo.
Przez ostatnich dwadzieścia lat nieustannie toczył walkę ze swoim akcentem z Wirginii Zachodniej. Jedna ze współpracowniczek, Hannah, żartowała kiedyś, że Joe powinien założyć słoik na drobniaki i zasilać go za każdym razem, gdy wymsknie mu się wieśniackie "ja żem" albo "trza". Śmiał się z tego, ale wiedział, że to prawda. Bez względu na to, jak przekonujące byłyby jego argumenty i kontrargumenty dla wierchuszki w Waszyngtonie, gdyby wymsknęło mu się choć jedno "trza", natychmiast przypomniałoby im to, że nie kończył Yale, Harvardu ani West Point tak jak oni. Zobaczyliby w nim wsioka, którego awansowali tylko dlatego, że był cholernie dobry w swojej robocie.
Ale pozostawał wsiokiem bez wyższego wykształcenia.
- Moi współpracownicy nie mieli wolnego weekendu od marca - powiedział do siebie, zaczynając od nowa z akcentem, który uważał za godny Ligi Bluszczowej. - Tworzy to środowisko pracy o niesatysfakcjonującej jakości.
Zamilkł.
- Jezu Chryste, jakie to kurewsko nadęte - rzucił. - A, pieprzyć to.
Wzruszył ramionami i zaczął od nowa.
- Słuchajcie, szanuję wyzwania związane z kompletowaniem personelu w takim miejscu na równi z każdym innym, ale kiedy zgłaszam zapotrzebowanie na nowe stanowiska, wciąga je jakaś czarna dziura tam u was, w biurach. Zaraz miną dwa lata, odkąd mam trzy wolne etaty dla sprzątaczy ze statusem "oczekujące na rozpatrzenie". Przez was zmuszam lekarzy, ludzi z pieprzonym dyplomem medycznym, żeby na czworakach ścierali gówno z podłogi. To niedopuszczalne. Morale leży i kwiczy. Więc przestańcie mnie w końcu zbywać. Muszę chronić swój zespół. Ci ludzie to moi bracia i siostry. Z kim muszę pogadać, żebyście poluzowali tego waszego węża w kieszeni? - Przerwał. - Wy sztywni, nadęci skurwiele.
Uśmiechnął się pod nosem.
Bip! Rozległ się dźwięk krótkofalówki w stacji dokującej na jego biurku.
Podniósł ją.
- Tu Gerhard.
- Joe! Coś się stało w celi Bishop. Carson jest poszkodowany! - Głos należał do doktor Hannah Chao.
Joe podszedł do biurka i włączył monitor.
Ekran wypełnił się podglądem z kamer monitoringu. Większość obrazów ukazywała istoty leżące na plecach w wyściełanych celach, kiwające się i oganiające przed niewidzialnym rojem. Kamery na korytarzach rejestrowały jednak masową panikę. Pracownicy - wielu w uniformach pielęgniarskich, ale niektórzy w kamizelkach kuloodpornych i z karabinami w dłoniach - biegali w stronę miejsca zdarzenia i z powrotem.
W ułamku sekundy Joe przetworzył wszystkie te informacje.
Powiększył obraz z jednej, konkretnej kamery na ekranie, pośrodku pomieszczenia. Bishop przekopywała się przez krwawą papkę na podłodze. Wygrzebywała garściami lepką czerwoną substancję, odrzucała ją za siebie i natychmiast sięgała po więcej. Na nienasiąkliwej, miękkiej powierzchni wokół niej rosła kałuża krwi.
Z krótkofalówki znów dobiegł głos Hannah.
- Jestem przy drzwiach zewnętrznych. Mam założoną maskę. Wchodzę.
- Medyk, zostań na miejscu - rzucił Joe. - Ochrona, gdzie jesteście?
- Jesteśmy w śluzie celi numer dwa - odezwał się przez krótkofalówkę mężczyzna. - Maski polowe założone. Drzwi odblokowane, a ciśnienie w pomieszczeniu wyrównane. Jesteśmy gotowi do wejścia.
Joe zerknął na monitor. Zespół trzech strażników - wszyscy uzbrojeni i w maskach przeciwgazowych - czekał w śluzie. Dłoń ich dowódcy spoczywała na klamce w oczekiwaniu na zielone światło.
- Ochrona, wejść do celi numer dwa - odezwał się Joe. - Nie macie zgody na użycie siły ze skutkiem śmiertelnym. Macie obezwładnić Antenę, ale pod żadnym pozorem nie wolno wam jej zlikwidować ani zranić. Zrozumiano?
- Tylko obezwładnienie. Przyjęto.
- Wykonać - polecił Joe.
- Wchodzimy do celi numer dwa.
Po tych słowach obserwował, jak strażnicy w maskach z rozmachem otwierają drzwi i wpadają do pomieszczenia. Zaszli Bishop z obu stron, chwycili ją i ściągnęli z Carsona.
Nie stawiała oporu. Zdawało się, że w ogóle nie zauważa ich obecności. Nawet gdy przyciskali ją do podłogi, jej kończyny wciąż drapały i orały powietrze, ale te ruchy wydawały się teraz niewinne, niemal figlarne.
- Mam maskę - powtórzyła Hannah. - Wchodzę.
- Medyk, zostań tam, gdzie jesteś - odparł Joe. - Nie wchodź, dopóki cela numer dwa nie zostanie zabezpieczona.
- Chryste, Joe! Daj mi sprawdzić, co z Carsonem!
- Zostań na miejscu.
Zerknął na podgląd z kamer. Hannah stała na korytarzu w założonej masce. Krążyła w kółko z dłońmi na głowie, wpatrując się w główne okno obserwacyjne celi, ale usłuchała rozkazu i nie próbowała wejść do środka.
- Ochrona, gdy tylko będziecie mogli, sprawdźcie funkcje życiowe pana Phillipsa - przykazał Joe.
W radiu zapadła długa cisza.
Joe wpatrywał się w podgląd z kamer. Dwaj strażnicy zapinali Bishop pasy obezwładniające na nadgarstkach i kostkach. Trzeci ukląkł przy ciele Carsona.
- Nie ma szans. Nie przy takiej utracie krwi - powiedział strażnik. - Już po nim. Przykro mi, Hannah.
Joe patrzył, jak Hannah, ewidentnie przytłoczona tym wszystkim, osuwa się na kolana, a potem siada pośrodku korytarza.
Pochyliła głowę i ukryła twarz w dłoniach.
- Szlag - rzuciła cicho do mikrofonu.
Joe wziął głęboki oddech.
- Sterownia, nagrywajcie przez kolejne trzydzieści minut. Chcę, żeby plik zawierał pełny zapis naszej reakcji i sprzątania, bez żadnych cięć. Potem prześlijcie go do centrali.
- Robi się, szefie - padła odpowiedź. - A co z obiektem dziesięć tysięcy pięćset dziewięćdziesiąt osiem?
- To znaczy? - zapytał Joe.
- W celi numer osiem wszystko jest już gotowe. Mamy zaczynać?
Przełączył kamery z krwawej łaźni w celi numer dwa na przygotowania, które trwały w ósemce.
Medycy, sanitariusze i technicy stali wokół mężczyzny przypiętego pasami do krzesła. Do jego ciała podłączono czujniki. Zaledwie kilkanaście centymetrów od jego twarzy ustawiono baterię dużych ekranów. Rozwieracze utrzymywały powieki mężczyzny szeroko otwarte. Zdawało się, że on tego nie zauważa ani się tym nie przejmuje; jego gałki oczne błądziły bez ładu i składu, patrząc wokół i nie skupiając się na niczym konkretnym.
Joe podniósł słuchawkę i wcisnął przycisk interkomu.
- Uwaga, cały personel - rzucił.
Słyszał własny głos niosący się echem po korytarzach, podczas gdy radiowęzeł transmitował jego komunikat do każdego pomieszczenia i działu w ośrodku.
- Mówi Joe Gerhard, kierownik Sekcji B - kontynuował. - Na poziomie drugim doszło do incydentu. W związku z tym odwołujemy dzisiejsze przechwyty. Zwińcie sprzęt i aparaturę. Wszyscy, którzy nie są niezbędni, mają opuścić poziom drugi.
Wyłączył interkom. Zastanawiał się przez chwilę, zanim znów wyciągnął rękę w stronę przycisku. Po krótkiej pauzie wdusił go ponownie.
- Dla tych z was, którzy jeszcze nie wiedzą: tak, doszło do wypadku śmiertelnego - powiedział, starając się, by jego głos brzmiał spokojnie i beznamiętnie. - To smutny dzień dla naszej małej społeczności. Wiem, że wszyscy znacie zasady, ale i tak wam o nich przypomnę. Nie wolno wam kontaktować się z rodziną zmarłego bez zgody Firmy. Żadnego wsparcia finansowego, żadnych kartek z kondolencjami, żadnych telefonów. Zaczekajcie, aż dział HR określi dopuszczalne tematy rozmów. Jeśli czujecie, że musicie coś zrobić...
Natychmiast pożałował, że w ogóle zaczął to ostatnie zdanie. Firma i tak nikomu na nic by nie pozwoliła. Dokumentacja pracownicza zmarłego na pewno zostanie wyczyszczona. Krążyły plotki, że w takich sytuacjach Firma wynajmowała aktorów, którzy udawali współpracowników i przełożonych zmarłego, pojawiali się na pogrzebie i składali wizyty krewnym. Joe nie do końca wierzył, by Firma posuwała się aż tak daleko, wiedział jednak, że każdy, kto faktycznie pracował z Carsonem, dostanie zakaz wszelkiej komunikacji z bliskimi.
Po pauzie, która zaczęła się niebezpiecznie przeciągać, wymruczał w końcu do mikrofonu:
- Jeśli czujecie, że musicie coś zrobić, pomódlcie się za niego.
Znów wyłączył interkom. Potem podniósł krótkofalówkę.
- Idę na dół - poinformował.
Podniósł się zza biurka i szybkim krokiem wyszedł z gabinetu.
Dalsza część w wersji pełnej