Wszystko, co dobre, zaczyna się od kota.
Francesc Miralles, Miłość przez małe m
Niełatwy start
Dziuba darła się całą drogę i co jakiś czas z całym impetem swojego drobnego ciała waliła w kratkę oddzielającą ją od wolności. Płakała przy tym rozpaczliwie, jak tylko małe kociaki potrafią. Mieliśmy z Zośką nietęgie miny. Na szczęście nie było korków i dość szybko pokonaliśmy dystans dzielący nas od domu. Kiedy wysiedliśmy i chwyciłem pudełko, jego zawartość nagle ucichła. Kocica przysiadła w samym końcu i tylko wytrzeszczonymi z przerażenia oczyma wodziła za każdym naszym ruchem. Starałem się nieść ją płynnie. Po wejściu na klatkę schodową futrzak wydał z siebie krótkie i - jak się okazało - ostatnie rozpaczliwe miauknięcie. Po tym wcisnęła się w kąt pojemnika i zamilkła.
Wkroczyliśmy do domu. Klatkę postawiłem pod kuchennym stołem, nie otwierając jej. Najpierw zdjęliśmy buty i pozamykaliśmy okna i balkon. W mieszkaniu momentalnie zrobiło się parno. Z pudełka nie dochodził żaden odgłos. Podszedłem cicho. Położyłem się na podłodze i z ciekawością zajrzałem do środka. Wielkie, zielone oczy patrzyły na mnie z przerażeniem. Ruszyłem głową. Spod przerażenia błysnęła iskierka ciekawości. Drżącymi palcami zwolniłem zaciski stalowej kratki. Stanęliśmy w najbardziej oddalonym rogu kuchni i czekaliśmy.
Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Lecz po dziesięciu, może piętnastu minutach z otworu wysunął się czarno-biały łebek, a po chwili zwierzę ukazało się w całej okazałości. Kotka, gdyby tylko mogła, pewnie weszłaby pod podłogę i przemieszczała się szczelinami pod terakotą. Wyglądała komicznie. Spojrzała na nas spod przygiętego do ziemi łebka i omal nie wpadając w miskę z chrupkami, zaczęła czołgać się wzdłuż ściany do przedpokoju.
- Nie zamknąłem szafy - powiedziałem do Zośki, a ona, rzuciwszy w moją stronę pełne politowania spojrzenie, podążyła za kotką.
- I masz. Wlazła - usłyszałem jej głos zza drzwi.
Rad nierad poczłapałem do przedpokoju i stanąłem przed szafą.
- Zostawmy ją w spokoju - powiedziałem cicho. - W nocy kociak wylezie, spenetruje mieszkanie i może trochę oswoi się z sytuacją.
Zośka tylko skinęła głową na znak aprobaty dla takiego postępowania.
Plan wypalił tylko w części. Kociak rzeczywiście pod osłona nocy wylazł z szafy, przeczesał mieszkanie, ale bynajmniej ani trochę nie oswoił się z sytuacją. Wręcz przeciwnie: przemykając wzdłuż ścian, wydawał jęki i miauknięcia niczym potępiona dusza błąkająca się na rozdrożach dróg. Nie spaliśmy, z przerażeniem wysłuchując tych upiornych zawodzeń.
Rano stwierdziliśmy tylko puste miski i zagrzebaną kupę w kuwecie. Kotki ani śladu. Obszukałem wszystkie kąty. Zajrzałem pod łóżko. Futra brak. Dopiero po otwarciu szafy w przedpokoju z jej mroku doszedł do mych uszu wyraźny syk.
- Tutaj się skrył, grzechotnik jeden - poinformowałem Zośkę.
Podeszła do mnie i razem wsadziliśmy głowy w otchłań kryjówki. Syk stał się głośniejszy i bardziej jadowity. Odruchowo się cofnęliśmy.
- Śmiem wątpić w to, że mamy tu kota - stwierdziłem skonsternowany.
- Ja idę do pracy - odparła moja druga połowa i opuściła mieszkanie. Przymknąłem lekko drzwi szafy i też wyszedłem z domu.
W pracy ganiały mnie szalone myśli. Widziałem tygrysa mielącego w zębach nasze umeblowanie, rozszarpującego materac, lwa żłobiącego pazurami głębokie bruzdy w drzwiach i ścianach, jaguara wydającego z paszczy groźny ryk i rzucającego się wściekle na żyrandol. Oj, myśli miałem dzikie niczym dżungla Wietnamu, a zwierzątko pędzące w tych myślach z pewnością nie było miłym, mruczącym, puszystym, małym kotkiem... A jeszcze na dodatek szef chciał co chwilę jakichś zestawień, statystyk, słupków i wykresów. Słuchałem, ale nie słyszałem, bo liczby były niczym fruwające kawałki tynku, litery ścieliły się po podłodze płatkami gąbki z rozszarpanego posłania, sinusoidy żłobiły głębokie, wydarte pazurami bruzdy na frontach mebli. Nie szło się na niczym skupić. Ciałem byłem w pracy, ale przerażona głowa błądziła po zamkniętym mieszkaniu.
Podczas przerwy śniadaniowej zadzwoniłem do Zośki.
- Cholera, oczyma wyobraźni widzę demolującą mieszkanie bestię.
- Przesadzasz.
- Może i przesadzam, ale nie mogę się na niczym skupić.
- To fakt, ja też.
- To dziki kot, nie wiadomo, co mu strzeli do łba.
- Daj spokój.
- Daj spokój, daj spokój. A mieszkanie zdemolowane.
- Nie przesadzaj. Pa - dodała i zakończyła rozmowę.
Musiałem jednak zasiać w niej ziarno niepewności, bo późniejsza wymiana SMS-ów świadczyła o tym, że Zośce także puściły wodze fantazji. A świat, nasz malutki świat, ograniczony czterema ceglanymi ścianami, jawił się w tych fantazjach bezsprzecznie w katastroficznych barwach.
Punkt piętnasta siedziałem w samochodzie i nie wiem, w jaki sposób udało mi się dojechać do domu, nie powodując po drodze żadnej kolizji. Na schodach spotkałem Zośkę. Bez słów podeszliśmy do drzwi. Wstrzymując oddech, przyłożyliśmy uszy do płaskiej, zimnej powierzchni. W środku panowała jednak złowroga cisza.
- Chyba już wszystko rozszarpała - wyszeptałem.
- Aha - odpowiedziała prawie bezgłośnie.
- Pewnie nie ma już co zbierać.
- Aha. - Zośka powtórzyła swoją kwestię niczym echo.
Wyjąłem z kieszeni klucze i włożyłem w zamek. Wolno przekręciłem i otworzyłem drzwi. Przedpokój wyglądał identycznie jak rano. Żadnych śladów demolki. Buty stały na swoim miejscu, podłoga była czysta i lśniąca. Weszliśmy. Wetknęliśmy głowy do salonu. Tam... wszystko wyglądało normalnie. Brak znaków walki, brak płatów tynku, brak fruwającej materacowej gąbki i brak śladów kota. Wróciłem do przedpokoju i otworzyłem szafę na oścież. Byłem pewny, że usłyszę charakterystyczny syk grzechotnika. A tu...
- Cisza. Nie ma jej - wydukałem. Wśród powieszonych kurtek i swetrów nie było kociaka.
Na półce, w skołtunionym polarze widać było wyraźny odcisk zwierzęcia.
- Kici, kici - nawoływała Zośka, przemieszczając się na czworaka po salonie.
Zaglądała przy tym w każdy kąt i każdą dziurę mogącą stanowić potencjalną kryjówkę. A nie było ich raczej wiele: pod łóżkiem, za stolikiem, pod biurkiem. Bo za regał z książkami raczej nie wlazła. Mimo że dźwięki wydawała jak grzechotnik, to wężem bezsprzecznie nie była i w trzycentymetrową szparę między meblem a ścianą raczej wpełznąć nie była w stanie. Ja w tym czasie przeszukałem łazienkę i kuchnię. W żadnym kącie ani zakamarku nie stwierdziłem kociej obecności. Jedyne ślady, które zauważyłem, były w kuwecie i przy miskach z jedzeniem.
- Micha pusta, a w kuwecie zagrzebane siki i spora kupa - powiedziałem, wkraczając do salonu. Zośka stała przy regale z książkami i nostalgicznie wpatrywała się w otwarty lufcik.
- Musiała zwiać przez tę szparę.
- Nażarła się, wysrała i spierdoliła - spuentowałem.
Też zacząłem się gapić w półotwarte okno. Zrobiło nam się smutno. Ogarnął nas żal czarny jak jej futro. Zwyczajny żal niepowodzenia. Staliśmy tak ze skwaszonymi minami. Biła od nas gorycz porażki. Czuliśmy ohydny smak przegranej. Cuchnęliśmy klęską. Objąłem Zośkę i jeszcze raz powiodłem wzrokiem po pokoju. Fotel, łóżko, ściana, stolik, regał pełen książek, kot na książkach, ściana, otwarty lufcik. Zaraz! Zaraz!!! Szarpnąłem głową w tył. Mój wzrok wrócił do regału. Zmrużyłem oczy, nie bardzo wierząc w to, co widzę. Przede mną, na środkowej półce, wtulona w książki siedziała Dziuba. A raczej jej oczy, bo reszta doskonale zlewała się z kolorem mebla. Wbiłem Zośce palce w ramię.
- Patrz! - zaskrzeczałem jej w ucho.
Spojrzała na mnie przerażona i powiodła wzrokiem za wyciągniętym palcem. Z początku nic nie dostrzegła, lecz po chwili zaśmiała się wesoło. Wycofaliśmy się cicho do kuchni. Usiedliśmy za stołem i zaczęliśmy dziko ryczeć z radości.
Dziuba siedziała sobie wśród książek i dzielnie udawała, że jej nie ma. Popadła w chwilową dezintegrację; tylko jej ruchliwe, zielone oczy świadczyły o tym, że wciąż trwała w czasie i przestrzeni. Przechodziłem obok niej kilka razy. Nic - nawet syknięcia, mruknięcia czy innego odgłosu. Chociaż nie do końca. Źrenice pracowały nieustannie, raz zwiększając, a raz zmniejszając swoją wielkość, niczym soczewki lornetki. Były w ciągłym ruchu, dostosowując ostrość do przelatujących przed oczami obrazów.
Do łóżka poszliśmy wcześniej, głównie z obawy, żeby nadmiar moczu nie rozsadził kotki od wewnątrz. Leżeliśmy, wsłuchując się w najdrobniejsze szmery dochodzące z zakamarków mieszkania. Szczególnie intensywnie koncentrowałem się na wyłapaniu jakichkolwiek dźwięków dolatujących z okolic regału. Zośka usnęła po około dwudziestu minutach, ja twardo czekałem. Czas leciał powoli, przemykał leniwie po smugach światła ulicznych latarni. Snuł się czarną melasą zalepiającą ociężałe powieki. Odrealniał rzeczywistość, przekłamywał odgłosy, rozmazywał obrazy. Płynął nierzeczywistą rzeką zapomnienia... Chyba też przysnąłem. W każdym razie, kiedy się zerwałem, na regale wśród książek nie było już kota. Poczłapałem do przedpokoju i uchyliłem lekko drzwi szafy. Gdy z wnętrza dobiegł charakterystyczny syk, spokojnie poszedłem spać.
Kolejne dni mijały tak samo. Gdy wychodziliśmy do pracy, żegnał nas pojedynczy syk dochodzący z kociego barłogu i taki sam syk witał nas po powrocie. Największą aktywność nasza kotka przejawiała w chwilach, gdy spaliśmy lub byliśmy poza domem. Świadczyły o tym puste miski i zagrzebane w kuwecie siki i kupa. Chyba że parzonego mintaja wpierdzielały domowe skrzaty...
Po około dziesięciu dniach sytuacja dojrzała na tyle, by podjąć stanowczą decyzję.
- Dzwoń do Artura - usłyszałem głos dobiegający z kuchni. - Dalej tak być nie może.
Popatrzyłem na Zośkę, ale nic nie odrzekłem, bo w jej oczach dostrzegłem błysk desperacji. Wybrałem numer i po chwili po drugiej stronie miałem kociego guru.
- Cześć, mamy kłopoty z tą małą kocicą - zacząłem cicho.
- A co się dzieje? - zapytał znudzony.
- Nie chce wyjść z szafy - odpowiedziałem zgodnie ze stanem faktycznym.
- Od dziesięciu dni? - W jego głosie wyraźnie zabrzmiała nutka zaciekawienia.
- No nie, w nocy wychodzi. Żre i sra. - Tym razem mój głos był lekko podniesiony.
- Aha. To wszystko w porządku - odparł znowu tonem śpiącego leniwca.
- Jak to w porządku? - żachnąłem się.
- Przyjedźcie dziś, coś poradzę - dodał i się rozłączył.
Wsiedliśmy w samochód i po dwudziestu minutach byliśmy na miejscu. Do salonu wprowadziła nas żona Artura. Jak tylko przekroczyłem próg, wiedziałem, że ta wizyta jest stratą czasu i że niczego istotnego się nie dowiemy. Autorytet kociego guru uległ sporej korozji, odkąd zobaczyłem, jak łapał Dziubę, a raczej jak nie złapał jej brata. Bo Dziuba tak naprawdę złapała się sama.
Czas jakby się zatrzymał: dwie poduchy, biało-czarna i biało-ruda, spały z wywalonymi brzuchami, w tym samym miejscu co ostatnio. Grubasy chrapały, a Artur za mgłą papierosowego dymu wyglądał teraz lekko komicznie. W grubych okularach w rogowej oprawie, z wyliniałą brodą i cienkimi, potwornie przetłuszczonymi kosmykami włosów nie wzbudzał zaufania. Przynajmniej mojego. A chrapiące na podłodze dwa futrzaste kapcie nadawały mu raczej humorystyczny sznyt. Nie należał do przedstawicieli w stylu legendarnej kociary roztaczającej wokół ezoteryczny urok. Przypominał raczej czarownika z piątej klasy, takiego od zaklęć na ból dupy i lekkie rwanie w boku, a może bardziej szamana specjalizującego się w ziołach na sraczkę. Nie emanował tajemnicą, nie uwodził mistyczną aurą. Czułem, że tracimy czas.
- No to jaki macie problem? - zagadnął.
Zośka zaznajomiła go z całą sytuacją. Artur słuchał uważnie, a przynajmniej sprawiał takie wrażenie.
- Musicie zakleić szafę - odparł, przypalając kolejnego papierosa.
"No to nam chuj poradził" - mruknąłem w duchu.
- Może jeszcze zamurować drzwi? - warknąłem już głośno.
Byłem sfrustrowany i wkurzony, że tu przyjechałem, a przede wszystkim, że dałem się namówić na te łowy. Generalnie byłem na nie. Zośka zaś słuchała Artura. Dochodziły do mnie jego słowa: "schować na noc miski, zakleić szafę, karmić w czasie, gdy jesteście w domu". Nic mi się nie podobało. Zrezygnowałem.
Wieczorem moja piękniejsza połowa wprowadziła w życie słowa naszego doradcy. Przed snem zamknęła kocią zastawę w szafce pod zlewem, po czym ruszyła do łóżka z szarą taśmą.
- Śpię dzisiaj z brzegu - oznajmiła sucho.
Kotłowałem się przez pół nocy. Nigdy nie lubiłem spać przy ścianie. Zośka czuwała w milczeniu, napięta jak struna, pełna desperacji. Gdy już zasypiałem, nagle zerwała się z łóżka i popędziła do przedpokoju. Była szybka i bezwzględna niczym wojska Piłsudskiego wypędzające bolszewików spod Warszawy. Słyszałem szelest szarej taśmy i łomotanie drzwi od naszej garderoby.
- Zakleiłam! - zakrzyknęła z dumą, kładąc się na swoje miejsce. - Ha! - dodała jeszcze, wyraźnie zadowolona z siebie i momentalnie zasnęła.
Ja przez drugą połowę nocy kręciłem się już na swojej stronie. Spać nie dawała mi cichutko płacząca, zagubiona w mroku mała kotka.
Rano byłem struty jak szczur po granulacie. Dopadły mnie wątpliwości. W naszym ludzkim mniemaniu robiliśmy dla kota dobrze. Ale ten mały futrzak został brutalnie zabrany ze swego domu, rozdzielony z bratem i wywieziony przez dwa dwunogie potwory w nieznaną dal. Horror. Może nie tak straszny jak Teksańska masakra piłą mechaniczną, ale i tak w umyśle małego kotka cała ta sytuacja musiała wzbudzić strach i przerażenie. A pomysł z zaklejaniem szafy i wyganianiem Dziuby z ostatniej bezpiecznej kryjówki według mnie ocierał się o sadyzm. Na dodatek przez pół nocy słuchałem jej cichego płaczu i rano byłem gotów napluć sobie w twarz. Zośka zaś odwrotnie, była w doskonałym humorze. Zjadła z apetytem śniadanie i uśmiechnięta poleciała do pracy. Ja siedziałem nad kubkiem kawy i miałem ochotę wyć.
A źródło moich wątpliwości siedziało skulone między kuwetą a miskami i patrzyło na mnie w milczeniu. W jej oczach widziałem cały ogrom kociego cierpienia. Bezdenny. Głęboki jak czerń wielkich źrenic. I wtedy, gdy tak patrzyliśmy na siebie otuleni płaszczem rozpaczy, wpadłem na pewien pomysł. Z pozoru absurdalny, ale im dłużej nad nim myślałem, tym bardziej mi się podobał. Ziarno idei kiełkowało i z każdą minutą stawało się coraz większym drzewem... Ruszyłem do komputera i odpaliłem internet. Były to czasy modemów Sagem i Neostrady, sieć była dostępna tylko na urządzeniach stacjonarnych, a sygnał docierał bardzo powoli, przesyłany kablem. Era bezprzewodowa jeszcze nam się nie śniła, tym bardziej, że komórki wyglądem przypominały grube parówki. Walcowate i toporne - służyły bardziej do obrony niż komunikacji. Miały wielki panel klawiatury, na której klepało się co najwyżej krótkie SMS-y, bo ekranik wielkości dwóch paznokci nie pozwalał na odczytanie długiego zdania.
Rzuciłem się w wir poszukiwań. Spodziewałem się dużych trudności, ale internetowa eksploracja dość szybko zakończyła się sukcesem, co było dla mnie niemałym zaskoczeniem. Już po dziesięciu minutach znalazłem to, czego szukałem, a po następnych piętnastu zakończyłem wstępne negocjacje przez telefon. Zostało tylko pojechać na miejsce, załatwić sprawy papierkowe i odebrać towar. W związku z tym, że sprzedający był w pracy, umówiłem się z nim na popołudnie. Otworzyłem butelkę piwa i wypiłem ją na trzy łyki z dziką przyjemnością.
- No, maluchu, myślę, że rozwiązałem nasze problemy - zagadnąłem do skulonej Dziuby. Ponieważ nie doczekałem się odpowiedzi, ruszyłem do łóżka, żeby odespać zarwaną noc.
Po południu tryskałem humorem, co mocno zdziwiło Zośkę. Próbowała pogłaskać zaczajoną Dziubę, ale bez rezultatu. Każde wyciagnięcie ręki w jej stronę sprawiało, że kociak wycofywał się na bezpieczną odległość, głośno przy tym sycząc. Ja w tym czasie siedziałem zrelaksowany w fotelu, z papieroskiem w jednej ręce i książeczką w drugiej. Widząc to, Zośka zareagowała:
- A co ty taki wyluzowany? - zapytała, jadowicie cedząc słowa.
- Normalny - odparłem spokojnie.
- Przecież widzę, że coś się stało.
- Zdaje ci się.
- Oj, kolego, grabisz sobie na całej linii - zakończyła, mocno akcentując słowo "grabisz" i z trzaskiem zamknęła za sobą drzwi do łazienki. Tymczasem zbliżała się godzina umówionego spotkania.
- Wychodzę! - krzyknąłem do zamkniętych drzwi. Pożegnała mnie złowieszcza cisza.
Po godzinie byłem z powrotem. Wszedłem cicho do mieszkania. Zośka leżała na łóżku z książką w ręce. Podszedłem do niej bezszelestnie, rozpiąłem bluzę i szybkim ruchem postawiłem przed nią malutką, trzymiesięczną koteczkę. Na jej widok poderwała się na równe nogi.
- Zwariowałeś! - krzyknęła.
Kotka, nic sobie nie robiąc z hałasu, dziarsko maszerowała w jej kierunku.
- Boże, co my zrobimy z tyloma kotami?! - krzyknęła jeszcze głośniej.
Mała podniosła futrzasty łebek i spojrzała na nią niebieskimi oczami. Podeszła do nogi przyszłej pani i otarła się, podnosząc do pionu włochaty ogonek.
- Jakaś ty piękna - dodała Zośka już spokojniej i pogłaskała kotkę. - Ale co my zrobimy z tyloma kotami? - wyszeptała bardziej do niej niż do mnie.