Od
AUTORKI
Długo śniłam na jawie. Szłam przez czterdzieści lat życia z zamkniętymi oczami. Czasami docierało do mnie światło, ale moje powieki były zbyt ciężkie, bym mogła utrzymać je dłużej w pełnym otwarciu. Bolały mnie oczy. Dosłownie. Świat, który był po drugiej stronie, wymagał ode mnie stanięcia w prawdzie, pełnego czucia, rozpostartych ramion, odwagi. Domagał się także strat, żalu i boleści. A ja byłam tchórzem. Konformistką. Lawirantką. Jak kameleon zmieniałam powłoki, dostosowując się do otoczenia. Kawałek po kawałku zostawiałam w tej drodze siebie. Gubiłam wszystko, co należało do mojego wewnętrznego domu. Z zadyszką wspinałam się po szczebelkach sukcesu, nie bacząc na to, co tracę, czego nie widzę, nie słyszę.
Najważniejsi byli ludzie. Dla nich traciłam głowę. Dla ich zadowolenia, szacunku, uścisku dłoni, aprobaty. Chciałam być ważną częścią stada. Uczyłam się świata, patrząc nań ich oczami, bo moje pozostawały zamknięte. Widziałam ich perspektywę, osąd, czułam ich emocje, doświadczałam nie swojego ciała. Zamknięta w obcych historiach nie tworzyłam własnej. Nie jestem pewna, w którym dokładnie momencie siebie opuściłam, ale to musiało być dawno temu. Będąc małą dziewczynką, spędzałam ze sobą sporo czasu i miałam bogaty wewnętrzny świat. Pisałam opowiadania, w których wykazywałam się piękną wyobraźnią. Zostałam obdarowana możliwością ekspresji, doświadczałam flow, lubiłam własne towarzystwo.
W którym momencie przestałam sobie wystarczać? Nie pamiętam...
Widzę siebie wmontowaną w tłum. Zagubienie przykrywam hałasem. Mrużę oczy. Stoję coraz bardziej tyłem do siebie. Ślepnę. Śni mi się smoła, czarna smoła w moich ustach, która uniemożliwia mi mówienie. Dławi. Zawstydza. Szukam miejsca w moim śnie, gdzie mogę się jej pozbyć. Daleko od innych. Nie chcę, aby to zobaczyli, wiedzieli o smole i o mnie. Jestem na głośnej ulicy, szukam wzrokiem kosza na śmieci, żeby tam ukryć substancję zalegającą mi w ustach, wyciągam ją jak gruby czarny sznur, a ona zdaje się nie mieć końca. Kiedyś ktoś na grupie terapeutycznej porównał to do pępowiny. Bardzo trafnie. Nigdy nie odcięłam swojej. Mama umarła, a ja pomimo to miałam wrażenie, że jakaś pętla zaciska mi się wokół szyi. Jedna z gościń w Kafce'15, moim autorskim programie, który codziennie prowadzę na YouToubie, nazwała piekło smołą. To było moje wewnętrzne piekło wstydu, poczucia winy, osamotnienia.
Przebudzenia przychodziły do mnie i odchodziły.
Przebudzenia przychodziły do mnie i odchodziły. Nie byłam na nie gotowa. Jesteś zapewne ciekawa, jakie to uczucie? A może je znasz? Ten moment, gdy otwierasz oczy i dostrzegasz różnicę w tym, jaka jesteś dla świata i innych, a jaka jesteś naprawdę. Niektórzy określają to jako powrót do domu. Znajome uczucie łaskotania blisko serca. Spokój. Wyciszenie drgań. Ciepło. Przyjemnie. Ciało wypełnia wdzięczność. Niektórzy mówią, że to uczucie bliskie pustki. Tak jakby to, co było, co zalegało, nagle się rozmyło. A w środku jest cisza. Albo inaczej. Przebudzenie rodzi się w krzyku, w kryzysie. Chaosie. Dysonansie. Pojawia się "nie wiem". Takie "nie wiem", które jest we wszystkich odpowiedziach. "Nie wiem", mimo że kiedyś wszystko nazywałaś, wiedziałaś. "Nie wiem", które jest początkiem wszystkiego. Sadhguru naucza, że nie wiem jest mądrością niewiedzenia...
Przebudzenie rodzi się w krzyku, w kryzysie. Chaosie. Dysonansie.
Asia B., która podarowała mi swoje przebudzenie, mówi, że w życiu definiuje nas jeden moment. Albo człowiek. Historia. Nagły zwrot akcji. Strata. Niektórych ten moment budzi do życia. Moja ścieżka jest sumą takich momentów, przebudzeń. Tak a propos - "przebudzenie" to piękne słowo, prawda? Budzić się do życia. Przebudzać. Opisywane do tej pory głównie w kontekście przebudzenia duchowego, które ma korzenie w hinduizmie i buddyzmie i oznacza powrót do swojej natury, porzucenie ego, zwieńczenie drogi duchowej. W różnych tradycjach przebudzenie nazywa się nirwaną, oświeceniem, sam?dhi, wyzwoleniem. Stanem, w którym człowiek przestaje śnić i cierpieć. Droga do takiego przebudzenia jest efektem ciągłego rozwoju, pogłębiania duchowego zaangażowania, a w efekcie odrzucania zebranych przez lata konstruktów poznawczych w umyśle na własny temat. Dziewczyna, liderka, bogata, atrakcyjna, brunetka, Polka - nie ma to tu znaczenia. Znacznie ważniejszy jest oddech. Dowód istnienia. Oddech jako początek i koniec w odniesieniu do życia. Czy go czujesz? Czy go słyszysz? Czy wiesz, że oddychasz? W mistycyzmie droga ta wymaga cierpliwości i niejednokrotnie przewodników. Mędrców jak Thích Nh?t H?nh, który nauczał, że uważność jest cudem, dzięki któremu poznajemy samych siebie. Adyashanti, nauczyciel duchowy, mówi, że nie budzimy się do nowej rzeczywistości, ale do tej, która istnieje. Tu i teraz. Nie w fantazjach na temat przyszłości, nie w cierpieniu przeszłości, ale w tym momencie. Prawda jest jedna i dzieje się właśnie teraz. Można tylko zasłaniać przed nią oczy.
Moja droga była inna. Jako psycholożka, psychoterapeutka szukałam znanych mi ścieżek samopoznania. Wiele lat odkrywałam siebie w terapii, a dalej w kryzysach, których doświadczałam. Stawiałam się do życia, a potem zamykałam oczy i zasypiałam. Budziłam się i śniłam. Wiem, jak to jest tracić. Upadać. Czołgać się. Łapać równowagę. Spadać. Wdrapywać się na górę. Nie mieć siły. Mieć siłę. Wierzyć. Nie wierzyć. Powtarzałam niejednokrotnie, że potrafię zarządzać kryzysami. Wiele osób, które kochałam, odeszło. A ja odeszłam znacznie wcześniej, ale w przeciwieństwie do nich wróciłam. Po prostu się obudziłam.
Są różne drogi do przebudzeń.
Wierzę, że są różne drogi do przebudzeń. Duchowość jest pięknym darem, wypełnia nas, scala jak alabaster fundamenty postawione przez wszelaki samorozwój. Jestem wdzięczna za to, że mogę iść także tą drogą. Ale niektórzy z nas inaczej doświadczają przebudzenia. W drodze samorozwoju, terapii lub pojedynczego wydarzenia, które zmienia bieg ich życia. Dzieje się to pod wpływem różnych czynników, które pojawiają się w danym momencie. Albo też jest kulminacją wszystkich kolejnych przebudzeń.
Ci, którzy doświadczyli oświecenia, zapewne wymieniliby jednym tchem różnice między duchowym a psychologicznym przebudzeniem, możemy nawet przyjąć, że to umowna nazwa. Celem moim jest pokazanie różnych ścieżek, efektów wewnętrznej pracy, która budzi umysł i oczyszcza go z wielu iluzji, pod jakich wpływem przebywa przez większość życia.
Masz być tylko obecna i uważna.
Moją definicją przebudzenia jest gotowość do świadomego życia. Takiego, w którym odkrywasz istotne, czasem nieprzyjemne prawdy na swój temat. Wiesz, że nie jesteś osobna ani najważniejsza dla świata, ani też nieskończona w tym ziemskim życiu. Masz być tylko obecna i uważna. Jednocześnie rozumiesz, że te prawdy są absolutnie wyzwalające. Nigdy nie przestajesz istnieć, bo przypominasz sobie, jak napisała kiedyś psychoterapeutka Tanna Jakubowicz-Mount, "rzekę dobiegającą kresu i rozpuszczającą swoje wody w nieskończonym oceanie miłości". Widzisz też wyraźnie, że relacja ze sobą jest źródłem wszystkiego. Wszystko inne jest kompulsywnym zastępczym szukaniem akceptacji dla swojego istnienia. Kropka. Skupienie na sobie, na teraźniejszości prowadzi nas prosto do świadomego autentycznego życia.
Wierzę, że i ty już idziesz tą drogą i za chwilę się spotkamy. Poznasz nie tylko moją historię, ale także kobiet, które mi zaufały. Wierzę, że odnajdziesz w nas siebie. I jeśli twoje przebudzenie jeszcze nie nastąpiło, droga bohaterek tej książki zainspiruje cię do tego, by otworzyć się na zmianę. Myślisz może: kto będzie chciał słuchać o moich potrzebach? Kto mnie wesprze w egoistycznym dążeniu do samozadowolenia? Kto pozwoli mi opuścić stare mury i pójść jak głupek z plecakiem przed siebie, po jakieś szczęście?
Są tacy, wierz mi. Niewielu. Oni albo już tam byli, albo bardzo cię kochają i poczekają. Albo nie interesuje ich twoja ofiarność, poświęcenie czy naddawanie. Lubią twoje poczucie humoru, przepastne smutne oczy, głębokie refleksje po obejrzeniu filmu, wrażliwość, która bywa potokiem łez po przeczytaniu posta o kolejnym bezdomnym psie. Lubią coś więcej niż bycie obdarowywanym przez ciebie, bo dobrze sobie radzą z zapewnieniem sobie odpowiedniego poziomu obfitości. Oni są albo ich za chwilę spotkasz, gdy stworzysz ku temu przestrzeń.
A ja opowiem ci, jak samotność stała się moim schronieniem. Jak przestałam zależeć od innych, a zaczęłam od siebie. Jak lęk, który mnie paraliżował, zamieniłam w odwagę podejmowania bardzo trudnych decyzji, sięgania po marzenia. Jak przestałam bać się ryzyka i nie zważałam na innych. Jak kochając rozpaczliwie ludzi, przestałam stawiać ich na pierwszym miejscu. Jak odzyskałam wolność i jak tej wolności dziś bronię.
Opowiem ci, jak samotność stała się moim schronieniem.
I w momencie, kiedy rozpoczynam pisanie tej książki z tobą, wiem, że kolejny kryzys przyniesie mi owoce, których nie wyśniłam w żadnym z moich snów. I że moje dobre, świadome już życie nie jest zagrożone. Wiesz dlaczego? Bo jest moje. Bo walczę o nie każdego dnia. Bo taką podjęłam decyzję - że będę dobrze żyć. A przede wszystkim dlatego, że się przebudziłam. I wiem, jestem tego nawet pewna, że ty też możesz. Po prostu mi zaufaj, a przede wszystkim zaufaj sobie.
Piszę tę książkę dla nas obu.
.
Jesteś w dobrym miejscu
To nie jest dom ani las
Nie jest to też polana
Którą śnisz czasami
Nie jest to ganek
Ani też miejsce nad jeziorem
Mało tam drzew i mało jagód
Które zbierałaś latem
Jest chłodno raczej
Jak w jesienne popołudnie
Gdy słońce odbija się
Na liściach dębu
Kiedyś tu byłaś
Chyba
Bo mylisz sen z jawą
Odkąd lepiej śnisz
Niż żyjesz
To miejsce wystarczająco dobre by spocząć na chwilę
Zamknąć oczy
I zapomnieć
Co zapomnieć wiesz
Zawsze są sprawy do zapomnienia
Po prostu usiądź tu na chwilę
Oddychaj spokojnie
A potem
Otwórz oczy
Niech tuli Cię świat
Małgorzata Ohme
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki