Prolog
Julie
Scopuli zdobyto osiem dni temu i Julie Mao była w końcu gotowa na
śmierć.
Dotarcie do tego punktu było poprzedzone ośmioma dobami uwięzienia w schowku. Przez pierwsze dwie w ogóle się nie ruszała, przekonana, że
uzbrojeni mężczyźni, którzy ją tam zamknęli, mówili poważnie. Statek, na
który ją zabrano, początkowo nie szedł na ciągu, więc unosiła się w schowku, delikatnymi dotknięciami odsuwając się od ścian i skafandra
próżniowego, z którym dzieliła przestrzeń. Kiedy jednostka ruszyła,
nadając jej wagę, stała bezdźwięcznie, aż jej nogi odmówiły
posłuszeństwa, po czym usiadła powoli, zwijając się w pozycję płodową.
Nasikała wprost w kombinezon, nie przejmując się swędzącą wilgocią ani
wonią, martwiła się tylko tym, że mogłaby się poślizgnąć i przewrócić na
mokrej plamie na podłodze. Nie mogła hałasować. Zastrzeliliby ją.
Trzeciego dnia pragnienie zmusiło ją do działania. Ze wszystkich stron
otaczały ją dźwięki statku: ledwie wyczuwalne, poddźwiękowe dudnienie
reaktora i napędu, nieustanny syk i trzaski hydrauliki i stalowych rygli
w otwieranych i zamykanych grodziach ciśnieniowych między pokładami.
Stukot ciężkich butów o metalowe pokłady. Odczekała, aż wszystkie
słyszane dźwięki oddalą się, po czym ściągnęła z haków skafander
próżniowy i położyła go na podłodze. Nieustannie nasłuchując
zbliżających się dźwięków, powoli rozmontowała skafander i wydobyła z niego zbiornik z wodą. Płyn był stary i zatęchły, skafandra wyraźnie od
dawna nie serwisowano, jednak ona nie piła od kilku dni, więc ciepła,
iłowata woda ze zbiornika smakowała jak nektar bogów. Musiała się bardzo
pilnować, żeby nie wypić jej zbyt szybko i nie zwymiotować.
Gdy wróciła potrzeba oddania moczu, wydłubała ze skafandra worek z cewnikiem i ulżyła sobie do niego. Siedziała prawie wygodnie na podłodze
przykrytej teraz wyściełanym skafandrem i zastanawiała się, kim byli jej
porywacze - flotą Koalicji, piratami czy kimś gorszym. Czasami spała.
? ? ?
Czwartego dnia odosobnienie, głód, nuda i coraz mniejsza liczba miejsc
na trzymanie moczu w końcu pchnęły ją do próby kontaktu. Usłyszała
stłumione krzyki bólu. Gdzieś w pobliżu bito lub torturowano jej
towarzyszy ze statku. Gdyby zdołała ściągnąć uwagę porywaczy, może po
prostu zabraliby ją do pozostałych. I dobrze. Mogła znieść bicie.
Wydawało się to niską ceną za możliwość ponownego znalezienia się wśród
ludzi.
Schowek mieścił się obok wewnętrznych drzwi śluzy. Podczas lotu zwykle
nie było to zatłoczone miejsce, choć nie znała układu tej jednostki.
Myślała o tym, co powie, jak się przedstawi. Kiedy w końcu usłyszała, że
ktoś idzie w jej stronę, próbowała po prostu wykrzyczeć, żeby ją
wypuścili. Zaskoczyło ją wydobywające się z gardła ciche charczenie.
Przełknęła, poruszając językiem w próbie wyprodukowania śliny, i spróbowała krzyknąć ponownie, ale usłyszała tylko kolejne ciche
chrypienie w głębi gardła.
Ktoś był tuż przed drzwiami jej schowka. Cicho wypowiadane słowa. Julie
wyciągnęła pięść, by załomotać w drzwi, gdy dotarła do niej treść.
Nie. Proszę, nie. Nie rób tego.
Dave. Mechanik z jej statku. Dave, który zbierał wycinki ze starych
komiksów i znał milion dowcipów - błagał cichym, załamanym głosem.
Nie. Proszę, nie. Nie rób tego. Tak mówił.
Dźwięki hydrauliki i kliknięcia rygli towarzyszące otwieraniu
wewnętrznych drzwi śluzy. Stłumione uderzenie wrzucanego do środka
ciała. Kolejne kliknięcie zamykania śluzy. Syk odciąganego powietrza.
Gdy cykl śluzy się skończył, ludzie przed jej schowkiem odeszli. Nie
waliła w drzwi, żeby przyciągnąć ich uwagę.
? ? ?
Wyczyścili statek. Zatrzymanie przez mieszkańców planet wewnętrznych
było czymś bardzo niepożądanym, ale wszyscy ćwiczyli postępowanie w takiej sytuacji. Wrażliwe dane SPZ skasowano i nadpisano niewinnie
wyglądającymi dziennikami z fałszywymi znacznikami czasu. Kapitan
osobiście zniszczył wszystko, co było zbyt ważne, by zaufać komputerowi.
Gdy napastnicy weszli na pokład, załoga mogła udawać niewinną.
To jednak nic nie zmieniło.
Nie usłyszeli żadnych pytań o ładunek lub zezwolenia. Napastnicy weszli,
jakby byli u siebie, a kapitan Darren zachował się jak pies odsłaniający
brzuch. Cała reszta - Mike, Dave, Wan Li - po prostu podnieśli ręce do
góry i w ciszy wykonywali polecenia. Piraci, łowcy niewolników czy
kimkolwiek byli napastnicy, przegonili ich z małego transportowca, który
był jej domem, i zmusili do przejścia kołnierzem dokowym bez choćby
najprostszych skafandrów próżniowych. Od twardej próżni oddzielały ich
tylko cienkie ścianki rękawa z mylaru - gdyby pękł, mogliby się pożegnać
z płucami i całą resztą.
Julie szła razem z pozostałymi, ale potem dranie próbowali się do niej
dobrać, zdjąć z niej ubranie.
Pięć lat ćwiczenia ju-jitsu w niskim ciążeniu, a potem oni w ciasnym
korytarzu w nieważkości. Nieźle im dokopała. Już zaczynała myśleć, że
może nawet wygra, gdy nagle pięść w rękawicy uderzyła ją w twarz. Potem
wszystko zrobiło się niewyraźne. Wepchnęli ją do schowka i usłyszała
tylko: Zastrzel ją, jeśli będzie hałasować. Cztery dni nie hałasowała,
podczas gdy oni na dole bili jej przyjaciół, a jednego wyrzucili przez
śluzę.
Po sześciu dniach na statku zrobiło się cicho.
Płynnie przechodziła z faz świadomości do poszarpanych snów, docierało
do niej jednak, że dźwięki chodzenia, rozmów, hermetycznych drzwi i dudnienie reaktora oraz napędu powoli cichły. Kiedy przestał działać
napęd, znikło ciążenie i Julie obudziła się ze snu, w którym pędziła
swoim starym ścigaczem, unosząc się w nieważkości z mięśniami boleśnie
spiętymi w proteście, potem powoli zaczęła się rozluźniać.
Przysunęła się do drzwi i przyłożyła ucho do zimnego metalu. Panika
wzbierała w niej do chwili, aż wyłapała cichy szum wymienników
powietrza. Statek wciąż miał zasilanie i powietrze, ale wyłączono silnik
i nikt nie otwierał drzwi, nie chodził ani nie rozmawiał. Może załoga
zebrała się na spotkanie. Albo imprezowali na innym pokładzie. A może
wszyscy zeszli do maszynowni, naprawiając poważną awarię.
Spędziła dzień, nasłuchując i czekając.
Siódmego dnia wypiła ostatni łyk wody. Nikt na statku nie poruszał się w zasięgu jej słuchu od dwudziestu czterech godzin. Zabrała się do ssania
kawałka plastiku oderwanego ze skafandra ciśnieniowego, aż w jej ustach
pojawiło się trochę śliny, po czym zaczęła krzyczeć. Wrzeszczała do
zdarcia gardła.
Nikt nie przyszedł.
Ósmego dnia była gotowa na śmierć. Wody nie miała od dwóch dni, a worek
na odchody był pełny od czterech. Oparła się plecami o tylną ścianę
schowka i zaparła dłońmi o boki, a potem z całej siły kopnęła obiema
nogami. Skurcze po pierwszym kopnięciu prawie pozbawiły ją przytomności.
Zamiast tego wrzasnęła.
Głupia baba, pomyślała. Była odwodniona. Osiem dni bez aktywności to aż
nadto, by zaczęła się atrofia. Powinna była się przynajmniej rozciągać.
Masowała zesztywniałe mięśnie, aż zdołała je rozluźnić, po czym wykonała
serię ćwiczeń rozciągających, skupiając umysł, jakby była w dojo. Gdy
odzyskała kontrolę nad ciałem, kopnęła ponownie. I jeszcze raz. I znowu,
aż na brzegach drzwi schowka zaczęło przeświecać światło. Kopała tak
długo, aż jedynymi punktami styku drzwi z framugą zostały trzy zawiasy i zasuwa.
Ostatnie kopnięcie wygięło metal na tyle, że rygiel wypadł z zasuwy i drzwi się otworzyły.
Julie wyskoczyła ze schowka z uniesionymi rękami, gotowa przybrać wygląd
groźny lub przerażony, w zależności od tego, co wyda się bardziej
opłacalne.
Nie znalazła jednak nikogo na całym pokładzie: śluza, szatnia na
skafandry, w której spędziła ostatnie osiem dni, pół tuzina innych
schowków. Wszystkie puste. Z zestawu do napraw próżniowych wydłubała
namagnesowany klucz wielkości idealnej do rozbijania czaszek i zeszła po
drabince na pokład niżej.
A potem na kolejny i następny. Kabiny załogi, schludne niemal po
wojskowemu. Stołówka, ze śladami walki. Ambulatorium, puste. Przedział
torpedowy. Nikogo. Stanowisko łączności było nieobsadzone, wyłączone i zablokowane. Dzienniki kilku wciąż aktywnych czujników nie wskazywały
żadnego śladu Scopuli. Czuła teraz zupełnie nowy strach. Pokład za
pokładem i pomieszczenie za pomieszczeniem, puste i bez życia. Coś się
stało. Wyciek promieniowania. Trucizna w powietrzu. Coś wymusiło
ewakuację. Zaczęła się zastanawiać, czy dałaby radę sama poprowadzić
statek.
Jednak gdyby doszło do ewakuacji, usłyszałaby, jak wychodzą przez śluzę,
prawda?
Dotarła do włazu prowadzącego na ostatni pokład - maszynownię - i znieruchomiała, gdy nie otworzył się automatycznie. Czerwona kontrolka
na panelu blokady wskazywała, że pomieszczenie zamknięto od środka.
Znowu pomyślała o promieniowaniu i poważnej awarii. Jednak gdyby to była
prawda, czemu mieliby zamykać drzwi od środka? Zresztą minęła całe
mnóstwo paneli na ścianach, na żadnym nie wyświetlano ostrzeżeń o zagrożeniu. Czyli nie promieniowanie, a coś innego.
Dostrzegła więcej niepokojących śladów. Krew. Rozrzucone narzędzia i pojemniki. Cokolwiek się stało, dokonało się tutaj. A raczej tu się
zaczęło, a skończyło za zamkniętymi drzwiami.
Potrzebowała dwóch godzin, żeby za pomocą palnika i narzędzi do
rozpychania wziętych z warsztatu przebić się przez właz do maszynowni.
Przez naruszoną hydraulikę musiała ręcznie rozsuwać metal. Uderzył w nią
podmuch ciepłego, wilgotnego powietrza, niosąc za sobą woń szpitala bez
środków dezynfekcyjnych. Miedzianą, mdlącą woń. A więc sala tortur. Tam
znajdzie swoich przyjaciół, pobitych lub pociętych na kawałki. Julie
zważyła w dłoni klucz i przygotowała się do rozbicia przed śmiercią
przynajmniej jednej głowy. Wpłynęła do maszynowni.
Pomieszczenie było olbrzymie, sklepione niczym katedra, a jego środek
zajmował reaktor fuzyjny. Coś z nim było nie tak. Tam, gdzie spodziewała
się odczytów, ekranowania i monitorów, rdzeń reaktora pokrywało coś
przypominającego rozlane błoto. Julie powoli poszybowała w tę stronę,
jedną ręką wciąż trzymając się drabinki. Dziwna woń stała się
wszechogarniająca.
Błoto zaschnięte wokół reaktora miało strukturę niepodobną do niczego.
Przebiegały przez nie rury przypominające żyły lub drogi oddechowe.
Niektóre elementy pulsowały. To nie błoto.
To ciało.
W jej stronę przesunęła się wystająca część struktury. W porównaniu z całością wydawała się nie większa od małego palca. Zobaczyła głowę
kapitana Darrena.
- Pomóż mi - powiedziała głowa.
Rozdział pierwszy
Holden
Sto pięćdziesiąt lat wcześniej, gdy zaściankowe spory między Ziemią a Marsem doprowadziły je na skraj wojny, Pas stanowił odległy horyzont
niewyobrażalnego bogactwa surowców poza zasięgiem opłacalnej
eksploracji, a planety zewnętrzne nie mieściły się w nawet najbardziej
oderwanych od rzeczywistości marzeniach korporacji. A potem Solomon
Epstein zbudował swój mały, zmodyfikowany napęd fuzyjny, doczepił go do
trzyosobowego jachtu i włączył. Dobrym teleskopem do dziś można było
wypatrzeć jego statek lecący z ułamkiem prędkości światła w głąb
wielkiej pustki. Najlepszy i najdłuższy pogrzeb w historii ludzkości. Na
szczęście plany zostawił w domowym komputerze. Napęd Epsteina nie dał
ludzkości gwiazd, ale zapewnił jej planety.
Canterbury miał trzy czwarte kilometra długości, ćwierć kilometra
średnicy i wyglądem przypominał hydrant. Większość wnętrza była pusta,
przerobiono go z transportowca kolonizacyjnego. Kiedyś zapełniali go
ludzie, zapasy, plany, maszyny, kopuły środowiskowe i nadzieja. Na
księżycach Saturna żyło teraz prawie dwadzieścia milionów ludzi, a niemal milion ich przodków przyleciało na pokładzie Canterbury.
Czterdzieści pięć milionów na księżycach Jowisza. Na jednym z księżyców
Urana mieszkało pięć tysięcy osób i była to najdalsza placówka
ludzkości, przynajmniej do czasu, aż mormoni ukończą swój statek
pokoleniowy i skierują się ku gwiazdom i wolności od ograniczeń
reprodukcyjnych.
A do tego Pas.
Gdyby zapytać rekruterów SPZ, gdy się spili i mieli gest, mogliby
powiedzieć, że w Pasie mieszka sto milionów dusz. Gdyby spytać
demografów z planet wewnętrznych, powiedzieliby, że to bliżej
pięćdziesięciu milionów. Jak by na to nie patrzeć, mieszkało tam mnóstwo
ludzi, którzy potrzebowali bardzo dużo wody.
W związku z tym Canterbury wraz z dziesiątkami podobnych jednostek
firmy Pur'n'Kleen Water Company latał między hojnymi pierścieniami
Saturna a Pasem, przewożąc lodowce - i będzie to robił, aż rozpadnie się
ze starości.
Jim Holden widział w tym coś poetyckiego.
- Holden?
Odwrócił się z powrotem do hangaru. Stała nad nim główna inżynier, Naomi
Nagata. Miała prawie dwa metry wzrostu, czarne loki zebrane w kucyk z tyłu głowy i wyraz twarzy gdzieś w pół drogi między rozbawieniem a irytacją. Stosowała zwyczajowe u Pasiarzy wzruszenie dłońmi zamiast
ramionami.
- Słuchasz mnie, Holden, czy tylko wyglądasz przez okno?
- Pojawił się problem - odpowiedział Holden. - A ponieważ jesteś
naprawdę bardzo, bardzo dobra, możesz go rozwiązać, choć nie masz dość
pieniędzy ani wyposażenia.
Naomi się roześmiała.
- Czyli nie słuchałeś - stwierdziła.
- Nie, właściwie to nie.
- No cóż, przynajmniej ogólny zarys się zgadza. Podwozie Rycerza nie
będzie się nadawało do używania w atmosferze do czasu, aż zdołam
wymienić uszczelki. Czy to problem?
- Zapytam starego - odpowiedział Holden. - Ale kiedy ostatnio używaliśmy
promu w atmosferze?
- Nigdy, jednak według przepisów powinniśmy mieć przynajmniej jeden prom
zdolny do wejścia w atmosferę.
- Hej, szefowo! - krzyknął z drugiej strony komory Amos Burton,
pochodzący z Ziemi pomocnik Naomi.
Machnął w ich stronę umięśnioną ręką. Zwracał się do Naomi. Amos mógł
być na statku kapitana McDowella, Holden mógł być pierwszym oficerem,
ale w świecie Amosa Burtona szefem była tylko Naomi.
- Co jest? - odkrzyknęła Naomi.
- Uszkodzony kabel. Możesz przytrzymać drania, aż przyniosę zapasowy?
Naomi spojrzała na Holdena z bijącym z oczu pytaniem: "skończyliśmy?".
Zasalutował sarkastycznie, a ona prychnęła i odeszła, potrząsając głową,
kołysząc szczupłym ciałem w umazanym smarem kombinezonie.
Miał za sobą siedem lat w ziemskiej flocie i pięć lat pracy w przestrzeni z cywilami, ale wciąż nie przyzwyczaił się do długich i niemożliwie cienkich kości Pasiarzy. Dzieciństwo spędzone w ciążeniu na
zawsze ukształtowało jego widzenie świata.
Przy centralnej windzie Holden na krótko zwiesił palec nad przyciskiem
pokładu nawigacyjnego, kuszony perspektywą spotkania z Ade Tukunbo - jej
uśmiechem, głosem oraz zapachem paczuli i wanilii, którego używała na
włosy - ale zamiast tego wybrał przycisk ambulatorium. Najpierw
obowiązek, potem przyjemność.
Gdy tam wszedł, Shed Garvey, technik medyczny, pochylał się nad stołem
laboratoryjnym, opracowując kikut lewej ręki Camerona Paja. Miesiąc
wcześniej Paj dał sobie zgnieść łokieć przez trzydziestotonowy blok
lodu, sunący z prędkością pięciu milimetrów na sekundę. Tego typu urazy
zdarzały się często ludziom zajmującym się cięciem i przemieszczaniem
gór lodowych w nieważkości i Paj traktował to zdarzenie z fatalizmem
profesjonalisty. Holden nachylił się nad ramieniem Sheda i popatrzył,
jak technik wydłubuje z martwej tkanki jedną z oczyszczających ją larw.
- Jak to wygląda? - zapytał Holden.
- Całkiem nieźle, sir - odpowiedział Paj. - Zostało mi kilka nerwów.
Shed mówił mi właśnie, jak podepną do nich protezę.
- Przy założeniu, że uda nam się opanować martwicę - wtrącił się medyk -
i dopilnujemy, by Paj nie zagoił się za bardzo, zanim dotrzemy do Ceres.
Sprawdziłem polisę i Paj pracuje dość długo, żeby dostać jedną z tych
protez ze sprzężeniem zwrotnym, czujnikami ciśnienia i temperatury oraz
oprogramowaniem do precyzyjnych ruchów. Cały pakiet. Będzie prawie
równie dobra, jak naturalna. Planety wewnętrzne mają nowy biożel, który
odtwarza kończyny, ale nasze ubezpieczenie tego nie pokrywa.
- Pieprzyć wewnętrznych i ich magiczną galaretkę. Wolę mieć porządną
protezę zrobioną przez Pasiarzy niż cokolwiek wyhodowanego przez tych
drani w laboratorium. Pewnie samo noszenie ich ręki zrobiłoby ze mnie
dupka - skomentował Paj. Po czym się zreflektował. - Uch, bez urazy,
pierwszy.
- Nie ma sprawy. Cieszę się, że zdołamy cię naprawić - odpowiedział
Holden.
- Powiedz mu o tym drugim - zasugerował Paj z obleśnym uśmieszkiem.
Shed się zaczerwienił.
- Ja, uch, słyszałem od innych facetów, którzy je dostali... - zaczął
tłumaczyć, nie patrząc Holdenowi w oczy. - Podobno w okresie
rekonwalescencji, kiedy wciąż buduje się identyfikację z protezą,
walenie konia czuje się tak, jakby robił ci to ktoś inny.
Holden milczał chwilę, podczas gdy uszy Sheda zrobiły się purpurowe.
- Dobrze wiedzieć - rzucił w końcu. - A martwica?
- Jest jakieś zakażenie, ale larwy trzymają je pod kontrolą, a stan
zapalny to w tej sytuacji właściwie dobra rzecz, więc nie walczymy z nim
za bardzo, chyba żeby zaczął się rozprzestrzeniać.
- Będzie gotowy na następny kurs? - zapytał Holden.
Paj po raz pierwszy się skrzywił.
- Cholera, jasne że tak. Zawsze jestem gotowy. To moja praca, sir.
- Prawdopodobnie - odpowiedział Shed. - W zależności od tego, jak
przyjmie się wiązanie. Jeśli nie na ten, to na następny.
- Walić to - zaprotestował Paj. - Mogę pchać lód jedną ręką lepiej niż
połowa fajfusów na tej krypie1.
- Jeszcze raz - odpowiedział Holden, tłumiąc uśmiech - dobrze wiedzieć.
Nie przeszkadzam.
Paj prychnął. Shed wydłubał z kończyny kolejną larwę. Holden wrócił do
windy i tym razem już się nie wahał.
Stanowiska nawigacyjnego Canterbury nie urządzono, by robiło wrażenie.
Wielkie, całościenne ekrany, które wyobrażał sobie Holden, kiedy
wstępował do floty, faktycznie montowano na krążownikach, ale nawet tam
wynikało to raczej z projektu niż z potrzeby. Ade siedziała przed dwoma
ekranami tylko odrobinę większymi od terminali ręcznych, z wykresami
wydajności i mocy reaktora oraz silników Canterbury, aktualizowanymi w rogach, z surowymi danymi dzienników systemów po prawej. Na głowie miała
duże, zasłaniające całe uszy słuchawki, z których ledwie wydostawało się
dudnienie basów. Gdyby Canterbury wykrył anomalię, natychmiast by ją
powiadomił. Podobnie byłoby w przypadku błędu. Gdyby kapitan McDowell
opuścił stanowisko dowodzenia, również by się o tym dowiedziała, dzięki
czemu mogłaby wyłączyć muzykę i wyglądać na zapracowaną, gdy przyjdzie.
Drobny hedonizm był jedną z tysiąca rzeczy, które czyniły Ade tak
atrakcyjną w oczach Holdena. Podszedł do niej od tyłu i delikatnie
ściągnął jej z uszu słuchawki.
- Cześć.
Kobieta uśmiechnęła się, stuknęła w ekran i opuściła słuchawki na długą
i wąską szyję jak zaawansowaną technicznie biżuterię.
- Pierwszy oficer, James Holden - odezwała się z przesadną formalnością
podkreśloną przez silny nigeryjski akcent. - Co mogę dla pana zrobić?
- Wiesz, zabawne, że o to pytasz - odpowiedział. - Właśnie myślałem, jak
miło byłoby, gdyby ktoś odwiedził mnie w kajucie po zakończeniu trzeciej
zmiany. Można by zjeść romantyczną kolację z tych samych paskudztw,
które serwują w kambuzie. Posłuchać muzyki.
- Wypić trochę wina - dodała. - Złamać trochę procedur regulaminu. Brzmi
bardzo miło, ale nie mam dzisiaj ochoty na seks.
- Nie mówiłem o seksie. Trochę jedzenia. Rozmowa.
- A ja mówiłam o seksie - powiedziała.
Holden klęknął przy jej fotelu. Przy jednej trzeciej g bieżącego ciągu
było mu tak całkiem wygodnie. Uśmiech Ade złagodniał. Z ekranu dziennika
zabrzmiał sygnał dźwiękowy. Zerknęła w jego stronę, dotknęła przycisku i zwróciła się z powrotem do niego.
- Lubię cię, Ade. To znaczy, naprawdę lubię twoje towarzystwo -
stwierdził. - Nie rozumiem, dlaczego nie możemy spędzić razem trochę
czasu w ubraniach.
- Holden, skarbie. Przestań, dobrze?
- Co przestać?
- Przestań próbować zrobić ze mnie swoją dziewczynę. Jesteś miły, masz
fajny tyłek i dobrze mi z tobą w łóżku. Ale to nie znaczy, że jesteśmy
zaręczeni.
Holden odchylił się na piętach, czując, jak się marszczy.
- Ade. Jeśli to ma dla mnie działać, potrzebuję czegoś więcej.
- Ale nie dostaniesz - stwierdziła, biorąc go za rękę. - I tak jest
dobrze. Jesteś tu pierwszym, a mnie zatrudniono na kontrakcie czasowym.
Jeszcze jeden kurs, może dwa, i mnie nie będzie.
- Ja też nie jestem przykuty do tego statku.
Jej śmiech w równym stopniu oddawał ciepło, co niedowierzanie.
- Od jak dawna latasz na Cancie?
- Pięć lat.
- Nigdzie się nie ruszysz - stwierdziła. - Jest ci tu wygodnie.
- Wygodnie? Cant to stuletni lodowcowiec. Można znaleźć bardziej
parszywą robotę z lataniem, ale trzeba by się naprawdę postarać. Wszyscy
tutaj albo mają mocno za niskie kwalifikacje, albo poważnie coś
spieprzyli w poprzedniej robocie.
- A tobie tu wygodnie. - Jej spojrzenie nie było już tak ciepłe.
Zagryzła wargę, spojrzała na ekran, potem podniosła wzrok.
- Nie zasłużyłem na to - zaprotestował.
- Owszem - zgodziła się. - Słuchaj, powiedziałam przecież, że nie jestem
dziś w nastroju. Czuję się marudna i muszę się dobrze wyspać. Jutro będę
milsza.
- Obiecujesz?
- Mogę ci nawet przygotować kolację. Przeprosiny przyjęte?
Przesunął się do przodu i przycisnął wargi do jej ust. Odpowiedziała
pocałunkiem, początkowo uprzejmie, potem z większym uczuciem. Na chwilę
objęła go za szyję, potem odepchnęła delikatnie.
- Jesteś w tym zdecydowanie za dobry. Lepiej już idź - stwierdziła. -
Jestem na służbie i takie tam.
- Dobra - zgodził się, ale się nie ruszył.
- Jim - powiedziała, a w tej samej chwili z kliknięciem obudził się
interkom.
- Holden, na mostek - rozbrzmiał ze wszystkich głośników zniekształcony
głos kapitana McDowella.
Holden odpowiedział bluzgiem, wzbudzając śmiech Ade. Wstał, pocałował ją
w policzek i ruszył z powrotem do centralnej windy, w duchu życząc
McDowellowi wrzodów na dupie i publicznego ośmieszenia za kiepskie
wyczucie czasu.
Mostek nie był wiele większy od kajuty Holdena i o połowę mniejszy od
kambuza. Gdyby nie trochę powiększony kapitański ekran, wymuszony przez
pogarszający się wzrok McDowella i jego brak zaufania do chirurgii
okulistycznej, mógłby to być gabinet księgowego. Powietrze pachniało
środkiem dezynfekującym i czyjąś przesadnie mocną yerba mate. Na widok
Holdena McDowell poruszył się w fotelu, po czym odchylił się na oparcie
i wskazał ręką w stronę stanowiska łączności.
- Becca! - warknął. - Powiedz mu.
Pełniąca służbę oficer łączności Rebecca Byers wyglądała jak
skrzyżowanie rekina z siekierą. Czarne oczy, ostre rysy i wargi tak
wąskie, że w sumie mogłoby ich nie być. Na pokładzie mówiło się, że
wzięła tę robotę, by uciec przed procesem za zabójstwo byłego męża.
Holden ją lubił.
- Sygnał awaryjny - wyjaśniła. - Złapałam go dwie godziny temu. Właśnie
wróciła z Callisto weryfikacja transpondera. Jest prawdziwy.
- Ach - rzucił Holden. - Cholera. Jesteśmy najbliżej?
- Jedyny statek w promieniu kilku milionów kilometrów.
- No tak. Oczywiście - mruknął.
Becca obejrzała się na kapitana. McDowell strzelał kostkami palców i wpatrywał się w ekran. Padające z niego światło nadawało mu zielonkawą
barwę.
- Siedzi obok umieszczonej na mapie asteroidy spoza Pasa - powiedział
McDowell.
- Poważnie? - zapytał z niedowierzaniem Holden. - Wpadli na niego? Tam
nie ma nic innego przez całe miliony kilometrów.
- Może się zatrzymali, bo ktoś musiał wyskoczyć za potrzebą. Wiemy
tylko, że jakiś palant siedzi tam, wrzeszcząc o pomoc, a my jesteśmy
najbliżej. Zakładając...
Prawo Układu Słonecznego było bardzo jednoznaczne. W środowisku tak
wrogim życiu jak kosmos, pomoc i dobra wola innych ludzi nie były
opcjonalne. Samo pojawienie się sygnału awaryjnego zobowiązywało
najbliższy statek do zatrzymania się i udzielenia pomocy... choć prawo
to nie było przestrzegane bezwarunkowo.
Canterbury wiózł pełny ładunek, dobrze powyżej miliona ton lodu, od
ponad miesiąca delikatnie przyśpieszając. Tak jak w przypadku lodowca,
który zmiażdżył rękę Paja, wyhamowanie ich nie będzie proste. Istniała
pokusa zasymulowania niewyjaśnionej usterki sprzętu odbiorczego,
skasowania dzienników i pozostawienia sprawy w rękach boga Darwina.
Gdyby jednak McDowell naprawdę to planował, nie wzywałby Holdena. Ani
nie sugerowałby tego w obecności załogi. Holden rozumiał zagranie.
Kapitan będzie tym, który zatuszowałby sprawę, gdyby nie Holden. Załoga
będzie szanować kapitana za to, że nie chciał zmniejszyć dochodu statku,
ale będą też szanować Holdena za naleganie, by przestrzegano przepisów.
Niezależnie od tego, co się stanie, kapitan i Holden będą równo
znienawidzeni za to, czego wymagało prawo i zwykła ludzka przyzwoitość.
- Musimy się zatrzymać - oświadczył Holden. - Zresztą może zdołamy coś
odzyskać - zasugerował na osłodę.
McDowell stuknął w ekran. Z konsoli zabrzmiał głos Ade, niski i ciepły,
jakby była na mostku.
- Kapitanie?
- Potrzebuję wyliczeń do zatrzymania tej krypy.
- Sir?
- Jak trudno byłoby ustawić nas obok CA-2216862?
- Zatrzymujemy się przy asteroidzie?
- Wyjaśnię, gdy wykonacie mój rozkaz, nawigatorze Tukunbo.
- Tak jest, sir - odpowiedziała. Holden usłyszał serię kliknięć. - Jeśli
odwrócimy statek w tej chwili i będziemy palić jak diabli przez prawie
dwie doby, mogę nas ustawić jakieś pięćdziesiąt tysięcy kilometrów od
niej, sir.
- Coś więcej na temat tego "palić jak diabli"? - zapytał McDowell.
- Musielibyśmy wsadzić wszystkich do prycz przeciążeniowych.
- Oczywiście. - McDowell westchnął i podrapał się po brodzie. - A przesunięcie lodu wgniecie nam kadłub tylko na kilka milionów dolców,
jeśli będziemy mieć szczęście. Robię się na to za stary, Holden.
Zdecydowanie.
- Tak jest, sir. Zgadzam się. I zawsze podobał mi się pański fotel -
odpowiedział Holden.
McDowell posłał mu ciężkie spojrzenie i wulgarny gest. Rebecca parsknęła
śmiechem. Kapitan zwrócił się do niej.
- Wyślij wiadomość do radiolatarni, że lecimy. I daj znać Ceres, że
będziemy spóźnieni. Jaki jest stan Rycerza, Holden?
- Bez lotu w atmosferze do czasu wymiany paru części, ale pięćdziesiąt
tysięcy kilometrów w próżni nie będzie problemem.
- Jesteś pewien?
- Tak powiedziała Naomi, więc to musi być prawda.
McDowell wstał, prostując na prawie dwa i ćwierć metra swoje ciało,
szczuplejsze niż u ziemskiego nastolatka. Biorąc pod uwagę jego wiek i fakt, że nigdy nie żył w studni grawitacyjnej, ostry ciąg będzie dla
niego koszmarem. Holden poczuł falę współczucia, jednak nigdy nie
pozwoliłby sobie zawstydzić kapitana, zdradzając się z nim.
- Jest tak, Jim - powiedział McDowell na tyle cicho, że słyszał go tylko
Holden. - Mamy obowiązek się zatrzymać i podjąć próbę, ale nie musimy
się przesadnie starać, jeśli rozumiesz, co mam na myśli.
- Przecież i tak już staniemy - zauważył Holden, a McDowell poklepał
powietrze szerokimi, owadzimi dłońmi. Był to jeden z wielu gestów
Pasiarzy powstałych, by wyrażać emocje, gdy miało się na sobie skafandry
próżniowe.
- Tego nie da się uniknąć - stwierdził. - Ale jeśli zobaczysz tam coś
podejrzanego, nie próbuj znowu odgrywać bohatera. Spakuj zabawki i wracaj do domu.
- I zostawić to dla następnego statku, który się napatoczy?
- I dopilnować bezpieczeństwa załogi - sprecyzował z naciskiem McDowell.
- To rozkaz. Zrozumiano?
- Zrozumiano - potwierdził Holden.
Do życia obudził się statkowy interkom i kapitan zaczął wyjaśniać
załodze sytuację, a Holden miał wrażenie, że słyszy chór jęków
przebijających się przez pokłady. Podszedł do Rebeki.
- Dobra, to co wiemy na temat tego statku?
- Lekki frachtowiec. Zarejestrowany na Marsie, port macierzysty: Eros.
Nazywa się Scopuli...
Rozdział drugi
Miller
Detektyw Miller siedział na piankowym fotelu i uśmiechał się
zachęcająco, próbując równocześnie doszukać się sensu w historii
dziewczyny.
- I nagle wszystko bum! Pełny pokój kosiarzy, wszyscy wyją i dźgają -
mówiła dziewczyna, gestykulując. - Wyglądało jak numer taneczny, tylko
Bomie zrobił się serio wystraszony, jakby nic nie wiedział i amen.
Wiesz, que?
Stojący przy drzwiach Havelock zamrugał. Przez twarz krępego mężczyzny
przebiegł skurcz niecierpliwości. Dlatego właśnie Havelock nie miał
szans zostać starszym detektywem. I fatalnie grał w pokera.
W przeciwieństwie do Millera, który grał świetnie.
- Totalnie - zapewnił Miller. Jego głos przybrał akcent mieszkańca
poziomów wewnętrznych. Machnął ręką w takim samym leniwym łuku, jakiego
użyła dziewczyna. - Bomie, nie zobaczył. Zapomniana ręka.
- Kurwa, tak, zapomniana ręka - zgodziła się dziewczyna, jakby Miller
zacytował Ewangelię.
Miller kiwnął głową, a dziewczyna odpowiedziała tym samym, wyglądali jak
dwie papużki w tańcu godowym.
Dziura na wynajem składała się z trzech pomieszczeń pomalowanych na
kremowo z czarnymi cętkami - łazienki, kuchni i salonu. Podpory
opuszczanego łóżka w salonie łamano i naprawiano tyle razy, że już się
nie podnosiły. Tak blisko osi obrotu Ceres nie był to problem z ciążeniem, a z ruchem masy. W powietrzu unosiła się lekka piwna woń -
stare białkowe drożdże i grzyby. Miejscowe jedzenie, więc ktokolwiek
rżnął dziewczynę dość energicznie, by uszkodzić jej łóżko, nie zapłacił
wystarczająco dużo, by zostało jej na kolację. A może zapłacił, tylko
dziewczyna wolała wydać kasę na heroinę, maltę lub MCK.
W sumie jej sprawa.
- Dalej que? - zapytał Miller.
- Bonne wywiało jak powietrze - wyjaśniła dziewczyna ze śmiechem. -
Tamci go nawalili, kennis tu?
- Ken - odpowiedział Miller.
- Ci nowi kosiarze. Nad głową. Odpadam.
- A Bomie?
Dziewczyna powoli przejechała spojrzeniem po Millerze, od butów po
kapelusz pork pie. Miller parsknął śmiechem. Odepchnął się lekko od
krzesła, unosząc się na nogi w niskim ciążeniu.
- Pokaże się, to pytałem, que si? - powiedział Miller.
- Como no? - odpowiedziała dziewczyna. Czemu nie.
Tunel na zewnątrz gdzieś pod warstwą brudu był biały, miał dziesięć
metrów szerokości i łagodnie zakrzywiał się do góry w obie strony. Białe
diody LED nawet nie udawały, że naśladują światło Słońca. Mniej więcej
pół kilometra dalej ktoś wjechał w ścianę tak mocno, że w wyrwie było
widać gołą skałę, a dziury dotąd nie naprawiono. Może nigdy to nie
nastąpi. To był głęboki korytarz, bardzo blisko osi obrotu. Turyści
nigdy tu nie zaglądali.
Havelock szedł pierwszy w stronę ich wózka, przy każdym kroku
podskakując za wysoko. Niezbyt często wychodził na poziomy z niskim
ciążeniem i niezgrabnie się tu poruszał. W przeciwieństwie do niego
Miller całe życie spędził na Ceres, a mimo tego siła Coriolisa tak
wysoko nawet u niego wywoływała czasem lekkie zawroty głowy.
- To co - odezwał się Havelock, wbijając kod miejsca docelowego - dobrze
się bawiłeś?
- Nie wiem, o co ci chodzi - odpowiedział Miller.
Silniki elektryczne z szumem obudziły się do życia i wózek ruszył w głąb
tunelu, skrzypiąc cicho oponami z elastycznej pianki.
- Pogaduszki w obcym dialekcie przed nosem faceta z Ziemi? - wyjaśnił
Havelock. - Nie załapałem nawet połowy.
- Tu nie chodziło o problem Pasiarzy, którzy nie chcą, żeby Ziemianin
ich zrozumiał - wyjaśnił Miller. - Raczej chodzi tu o biednych, którzy
mówią inaczej niż wykształceni. I w sumie masz rację, właściwie to nawet
było zabawne.
Havelock się roześmiał. Potrafił przyjąć naśmiewanie się z siebie. To
była jedna z cech, dzięki którym był dobry w grach zespołowych: piłce
nożnej, koszykówce czy polityce.
Miller nie radził sobie z nimi najlepiej.
Ceres, portowe miasto Pasa i planet zewnętrznych, miało dwieście
pięćdziesiąt kilometrów średnicy i dziesiątki tysięcy kilometrów tuneli
w niezliczonych warstwach. Rozkręcenie asteroidy do trzech dziesiątych g
zajęło najlepszym umysłom Tycho Manufacturing pół pokolenia i wciąż
nieustannie się tym chwalili. Populacja Ceres wynosiła obecnie ponad
sześć milionów stałych mieszkańców, a tysiąc dokujących każdego dnia
statków oznaczało zwiększanie populacji nawet do siedmiu milionów.
Platyna, żelazo i tytan z Pasa. Woda z Saturna, warzywa i wołowina z wielkich, oświetlanych lustrami szklarni na Ganimedesie i w Europie,
związki organiczne z Ziemi i Marsa. Ogniwa energetyczne z Io, hel-3 z rafinerii na Rei i Japecie. Przez Ceres przepływała rzeka bogactwa i władzy, niemająca sobie równej w dziejach. A tam, gdzie prowadzono tak
intensywny handel, kwitła też przestępczość, której towarzyszyły mające
ją kontrolować siły policyjne. Ludzie tacy jak Miller i Havelock,
których zadaniem było wjeżdżanie wózkami elektrycznymi po szerokich
rampach w słabnące fałszywe ciążenie siły odśrodkowej i odpytywanie
tanich kurew o to, co stało się tej nocy, gdy Bomie Chatterjee przestał
zbierać kasę za ochronę na rzecz Towarzystwa Złotej Gałęzi.
Główny komisariat Star Helix Security, sił policyjnych i garnizonu
wojskowego stacji Ceres, mieścił się na trzecim poziomie, licząc od
powierzchni asteroidy. Zajmował dwa kilometry kwadratowe i był tak
wysoki, że Miller mógł zostawić swoje biurko i wyjść pięć poziomów
wyżej, nie opuszczając komisariatu. Havelock zajął się zdaniem wózka,
podczas gdy Miller poszedł do swojego boksu, ściągnął nagranie rozmowy z dziewczyną i przesłuchał je. Był mniej więcej w połowie, gdy dołączył do
niego partner.
- Dowiedziałeś się czegoś? - zapytał Havelock.
- Niewiele - przyznał Miller. - Na Bomiego napadła banda lokalnych
bandziorów nienależących do żadnej organizacji. Czasami niskopoziomowy
śmieć w rodzaju Bomiego wynajmuje ludzi, żeby udali atak, który będzie
mógł heroicznie odeprzeć. To poprawia jego reputację. To właśnie miała
na myśli, mówiąc o tańcu. Goście, którzy na niego napadli, byli właśnie
tego kalibru, tylko zamiast popisać się zdolnościami superninja, Bomie
uciekł i nie wrócił.
- A teraz?
- A teraz nic - odrzekł Miller. - Tego właśnie nie rozumiem. Ktoś
załatwił chłopaka od zbierania kasy dla Złotej Gałęzi i nie ma odwetu.
Znaczy w porządku, Bomie to poziom mułu, ale...
- Ale gdy zaczną załatwiać plankton, mniej kasy trafi do grubszych ryb -
dokończył Havelock. - To czemu Złota Gałąź nie nasłała na nich jakichś
zbirów?
- Nie podoba mi się to - stwierdził Miller.
Havelock się roześmiał.
- Pasiarze - rzucił. - Jedna rzecz nie gra i od razu myślisz, że wali
się cały ekosystem. Jeśli Złota Gałąź jest zbyt słaba, żeby dopilnować
swoich spraw, to bardzo dobrze. To ci źli, pamiętasz?
- No cóż - skomentował Miller. - Różne rzeczy można mówić o zorganizowanej przestępczości, ale przynajmniej jest zorganizowana.
Havelock usiadł na jednym z małych plastikowych krzeseł przy biurku
Millera i wyciągnął szyję, oglądając nagranie.
- No dobra - powiedział. - Co to do diaska jest "zapomniana ręka"?
- Termin bokserski - wyjaśnił Miller. - Cios, którego się nie
spodziewałeś.
Komputer wyemitował powiadomienie i z głośników rozległ się głos kapitan
Shaddid.
- Miller? Jesteś tam?
- Oho - skomentował Havelock. - Zły znak.
- Co? - zapytała kapitan ostrym głosem. Nigdy nie udało jej się pokonać
uprzedzeń wobec pochodzenia Havelocka z planet wewnętrznych.
Miller uniósł dłoń, żeby uciszyć partnera.
- Jestem, kapitanie. Czym mogę służyć?
- Zgłoś się do mojego biura.
- Już idę - odpowiedział.
Miller wstał, a Havelock zajął jego krzesło. Nie zamienili ani słowa.
Obaj wiedzieli, że gdyby chciała obecności Havelocka, wezwałaby ich obu.
Kolejny powód, dla którego gość nie miał szans na awans. Miller zostawił
go samego przy nagraniu, jak próbował rozgryźć szczegóły dotyczące
klasy, warstwy, pochodzenia i rasy. Robota na całe życie.
Biuro kapitan Shaddid urządzono w łagodnym, kobiecym stylu. Ściany były
osłoniete prawdziwymi tkaninami, a z wkładki do filtra powietrza
dochodził zapach kawy i cynamonu. Wkładka kosztowała ułamek tego, ile
kapitan wydałaby na prawdziwe artykuły. Mundur nosiła dość swobodnie, a włosy puściła luźno na ramiona, wyraźnie wbrew korporacyjnym przepisom.
Gdyby Millerowi kazano ją kiedyś opisać, z pewnością użyłby zwrotu
zwodnicze ubarwienie. Głową wskazała krzesło, więc usiadł.
- Czego się dowiedziałeś? - zapytała, jednak spojrzenie kierowała na
ścianę za nim. Nie chciała raportu, po prostu nawiązywała rozmowę.
- Złota Gałąź wygląda tak samo jak ekipa Shriro i Loca Griega. Wciąż są
na stacji, ale... chyba można powiedzieć, że są zajęci czymś innym.
Pozwalają na drobne naruszenia. Mniej zbirów w terenie, słabsza
kontrola. Nagle zniknęło pół tuzina zbirów średniego poziomu.
Zwrócił jej uwagę.
- Zabici? - zapytała. - Ofensywa SPZ?
Ofensywa Sojuszu Planet Zewnętrznych była wiecznym straszakiem ochrony
Ceres. Zgodnie z najlepszymi tradycjami Ala Capone, Hamasu, IRA i Czerwonych Wojowników, SPZ była uwielbiana przez ludzi, którym pomagała,
i znienawidzona przez tych, którzy weszli jej w drogę. Będąc częściowo
ruchem społecznym, częściowo aspirującym narodem i po części siatką
terrorystyczną, SPZ całkowicie brakowało świadomości instytucjonalnej.
Kapitan Shaddid mogła nie lubić Havelocka, bo pochodził z głębi studni
grawitacyjnej, ale mogła z nim pracować. SPZ wsadziłoby go do śluzy.
Ludzie pokroju Millera byli warci jedynie kuli w łeb, i to na dodatek
porządnej, plastikowej. Nic, co mogłoby zagrozić odłamkami w przewodach.
- Nie sądzę - odpowiedział. - To nie wygląda na wojnę. To... szczerze
mówiąc, sir, nie mam pojęcia, co się dzieje. Liczby prezentują się
świetnie. Spadła liczba wymuszeń, ograniczono nielicencjonowany hazard.
Cooper i Hariri zamknęli burdel z małoletnimi na szóstym i o ile nam
wiadomo, nie ruszył z powrotem nigdzie indziej. Jest trochę więcej
ruchów niezależnych, ale poza nimi wszystko wygląda świetnie. Tylko coś
mi tu śmierdzi.
Kiwnęła głową, ale znów patrzyła na ścianę. Stracił jej zainteresowanie
równie szybko, jak je zyskał.
- No dobra, odłóż to - poleciła. - Mam coś dla ciebie. Nowy kontrakt.
Tylko ty. Bez Havelocka.
Miller złożył ręce na piersi.
- Nowy kontrakt - powtórzył powoli. - To znaczy?
- To znaczy, że Star Helix Security przyjęło kontrakt na usługi poza
standardowym przydziałem ochrony Ceres, a ja, jako miejscowy kierownik
korporacji, przydzielam to zadanie tobie.
- Zwalnia mnie pani? - zapytał.
Kapitan Shaddid przybrała zbolały wyraz twarzy.
- To dodatkowe zadanie - wyjaśniła. - Wciąż będziesz miał swoje
dotychczasowe przydziały Ceres. Po prostu dodatkowo... słuchaj, Miller,
ja też uważam, że to gówniana sprawa. Nie zdejmuję cię z komisariatu.
Nie zrywam głównego kontraktu. To przysługa, którą ktoś na Ziemi robi
dla udziałowca firmy.
- To zajmujemy się teraz przysługami dla udziałowców? - zapytał Miller.
- Ty tak - potwierdziła kapitan. W jednej chwili zniknęła cała łagodność
i ugodowy ton. Jej oczy wyglądały jak ciemne, mokre kamienie.
- No dobrze - stwierdził Miller. - Pewnie się zajmuję.
Kapitan Shaddid wyciągnęła swój terminal ręczny. Miller niezdarnie
sięgnął do kieszeni, wyciągnął własny i zaakceptował pakiet wiązką
kierunkową. Cokolwiek to było, Shaddid nie chciała wpuszczać danych do
wspólnej sieci. Na wyświetlaczu terminala pojawiło się nowe drzewo
folderów o nazwie jmao.
- To przypadek zagubionej córeczki - wyjaśniła kapitan Shaddid. -
Ariadne i Jules-Pierre Mao.
Nazwiska wydały się znajome. Miller przycisnął czubki palców do ekranu
terminala.
- Mao-Kwikowski Mercantile? - zapytał.
- Dokładnie.
Miller zagwizdał. Maokwik może nie znajdował się na liście dziesięciu
największych korporacji Pasa, ale zdecydowanie plasował się w pierwszej
pięćdziesiątce. Pierwotnie była to firma prawnicza uczestnicząca w kosmicznej porażce wenusjańskich miast w chmurach. Majątek zdobyty w trwających dziesięciolecia rozprawach wydali na dywersyfikację i ekspansję, głównie na transport międzyplanetarny. Teraz stacja
korporacji była niezależna, orbitując między Pasem a planetami
wewnętrznymi z królewskim majestatem liniowca oceanicznego na dawnych
morzach. Sam fakt, że Miller wiedział o ich istnieniu, oznaczał, że
mieli dość pieniędzy, by na wolnym rynku kupować i sprzedawać ludzi
takich jak on. I właśnie został kupiony.
- Formalnie operują z Luny - wyjaśniła kapitan Shaddid. - Daje im to
wszystkie prawa i przywileje obywatelstwa Ziemi. Ale prowadzą tu sporo
interesów w transporcie.
- I zgubili córkę?
- Czarna owca - wyjaśniła kapitan. - Poszła na studia i zaangażowała się
w działania grupy Fundacja Odległego Horyzontu. Studenccy aktywiści.
- Front SPZ - rzucił Miller.
- Powiązani - skorygowała Shaddid.
Miller to zignorował, ale wzbudziła jego ciekawość. Zaczął się
zastanawiać, po której stronie barykady stanęłaby Shaddid w razie ataku
SPZ.
- Rodzina uznała to za fanaberię, która minie - kontynuowała kapitan. -
Mają dwoje starszych dzieci zainteresowanych firmą, więc skoro Julie
chciała sobie polatać po próżni i nazywać się partyzantką, w niczym im
to nie przeszkadzało.
- Ale teraz chcą ją odszukać - skomentował Miller.
- Owszem.
- Co się zmieniło?
- Nie byli uprzejmi podzielić się ze mną tą informacją.
- Jasne.
- Ostatnie zapisy wskazują, że pracowała na stacji Tycho, ale
utrzymywała tu mieszkanie. Znaleźliśmy jej dziurę w sieci i zablokowaliśmy ją. Hasło masz w pliku.
- W porządku - powiedział Miller. - Na czym polega moje zadanie?
- Znajdź Julie Mao, aresztuj i wyślij do domu.
- Czyli porwanie - skomentował.
- Tak.
Miller wbił wzrok w swój terminal, otwierając pliki właściwie bez
przyglądania się ich zawartości. Ogarnęło go dziwne uczucie. Pracował w ochronie na Ceres od trzydziestu lat, a nawet zaczynając, nie miał wielu
złudzeń. Popularne powiedzenie głosiło, że na Ceres nie ma prawa, jest
tylko policja. Jego ręce wcale nie były czystsze niż ręce kapitan
Shaddid. Czasami ludzie wylatywali ze śluz. Czasem z szafek znikały
dowody. W zasadzie nie chodziło o to, co było słuszne, a co nie, tylko
co miało uzasadnienie. Kiedy spędzało się całe życie w kamiennej bańce,
do której jedzenie, wodę, a nawet powietrze dostarczano z miejsc tak
odległych, że ledwie można było je zobaczyć przez teleskop, pewna
elastyczność moralna była koniecznością. Jednak nigdy jeszcze nie musiał
przyjmować zlecenia na porwanie.
- Jakiś problem, detektywie? - zapytała kapitan Shaddid.
- Nie, sir - zapewnił. - Zajmę się tym.
- Nie spędzaj nad tym zbyt wiele czasu - rzuciła.
- Tak jest, sir. Coś jeszcze?
Spojrzenie Shaddid złagodniało, jakby założyła zupełnie inną maskę.
Uśmiechnęła się.
- Wszystko w porządku z twoim partnerem?
- Havelock jest w porządku - odpowiedział Miller. - Kiedy jest ze mną,
ludzie przez kontrast traktują mnie życzliwiej. To miłe.
Jej uśmiech stał się o pół stopnia bardziej szczery. Nie ma to jak
wspólny rasizm wzmacniający więzy z szefem. Miller ukłonił się z szacunkiem i wyszedł.
? ? ?
Jego dziura mieściła się na ósmym poziomie, w tunelu mieszkalnym
szerokim na sto metrów, z pięćdziesięciometrowym pasem starannie
pielęgnowanego parku pośrodku. Sklepiony sufit głównego korytarza
pomalowano na niebiesko w odcieniu, który według Havelocka idealnie
odpowiadał letniemu niebu na Ziemi, a oświetlały go zagłębione w skale
lampy. Życie na powierzchni planety, której masa przyciągała każdą kość
i każdy mięsień, na dodatek mając tylko ciążenie trzymające powietrze na
miejscu, wydawało się prostą ścieżką do szaleństwa. Z drugiej strony
błękit był miły.
Niektórzy, jak kapitan Shaddid, aromatyzowali swoje powietrze.
Oczywiście, nie zawsze zapachem kawy i cynamonu. Dziura Havelocka
pachniała pieczonym chlebem. Inni woleli zapachy kwiatów lub coś na
granicy feromonów. Candace, była żona Millera, lubiła coś, co nazywało
się Ziemska Lilia i zawsze kojarzyło mu się z zapachem recyklingowanych
odpadów. Wtedy nie ingerował w nieznacznie cierpką woń samej stacji.
Oczyszczone powietrze, które przeszło przez miliony płuc. Woda z kranu
była tak czysta, że można by jej używać w laboratorium, choć była
wcześniej szczynami, kałem, łzami i krwią - i stanie się nimi znowu.
Krąg życia na Ceres był tak ciasny, że dało się zobaczyć krzywiznę.
Podobało mu się to.
Nalał sobie szklaneczkę mchowej whiskey, rodzimego napoju Ceres,
pędzonego z modyfikowanych drożdży, po czym zdjął buty i walnął się na
piankowe łóżko. Znowu zobaczył niezadowolone spojrzenie Candace i usłyszał jej westchnięcie. W duchu rzucił przeprosiny do jej wspomnienia
i zajął się pracą.
Juliette Andromeda Mao. Przeczytał wszystko na temat historii jej
zatrudnienia i studiów. Była utalentowaną pilotką ścigacza. Znalazł jej
zdjęcie z czasów, gdy miała osiemnaście lat, stała w dopasowanym
skafandrze próżniowym, ze zdjętym hełmem: ładna dziewczyna o sylwetce
mieszkanki Luny i długich czarnych włosach. Uśmiechała się, jakby
wszechświat posłał jej całusa. Według powiązanego tekstu zdobyła
pierwsze miejsce w czymś, co nazywało się Parrish/Dorn 500K. Puścił
krótkie wyszukiwanie. Jakieś kosmiczne regaty, na udział w nich stać
było tylko bogaczy. Jej ścigacz - Finwal - pobił poprzedni rekord i utrzymał go przez dwa lata.
Miller popijał whiskey i zastanawiał się, co stało się z dziewczyną
mającą dostateczny majątek i odpowiednie wpływy na posiadanie prywatnego
statku, że wylądowała tutaj. Bardzo długa droga prowadziła od udziału w drogich regatach do porwania i wysłania jej do domu. A może wcale nie.
- Biedna bogata dziewczynka - skomentował Miller do ekranu. - Pewnie
wcale nie masz różowo.
Zamknął pliki i zabrał się za poważne picie, wpatrując się w pusty
sufit. Krzesło, na którym siadywała Candace, wypytując go o przebieg
dnia, stało puste, ale i tak ją na nim widział. Teraz, gdy już nie
próbowała skłaniać go do mówienia, łatwiej było uszanować jej
pragnienie. Była samotna. Teraz to rozumiał. W jego wyobraźni wywróciła
oczami.
Godzinę później, z krwią rozgrzaną alkoholem, odgrzał sobie miskę
prawdziwego ryżu i sztucznej fasoli - drożdże i grzyby mogły udawać
cokolwiek, jeśli najpierw wypiło się dość whiskey - otworzył drzwi
swojej dziury i zjadł kolację, przyglądając się ludziom na zewnątrz.
Druga zmiana wchodziła do stacji metra lub właśnie z niej wychodziła.
Dzieciaki mieszkające dwie dziury dalej - ośmioletnia dziewczynka i jej
czteroletni brat - przywitali ojca uściskami, piskami, wzajemnymi
oskarżeniami i łzami. Błękitny sufit jarzył się odbitym światłem,
niezmienny, statyczny, uspokajający. Tunelem przemknął wróbel, unosząc
się w sposób, w jaki - według Havelocka - nie potrafił na Ziemi. Miller
rzucił mu sztuczną fasolkę.
Próbował myśleć o dziewczynie Mao, ale tak naprawdę niezbyt go
obchodziła. Coś działo się z rodzinami zorganizowanej przestępczości
Ceres i to było zdecydowanie niepokojące.
Ta sprawa z Julie Mao? Zwykłe odwracanie uwagi.
Rozdział trzeci
Holden
Po prawie dwóch dniach wysokiego ciążenia Holdena bolały kolana, plecy i szyja. Oraz głowa. Cholera, jeszcze stopy. Podszedł do włazu załogowego
Rycerza w chwili, gdy Naomi wyłoniła się z drabiny prowadzącej do jego
ładowni. Uśmiechnęła się i posłała kciuk do góry.
- Mech ratowniczy zablokowany - powiedziała. - Reaktor się rozgrzewa.
Jesteśmy gotowi do lotu.
- Świetnie.
- Mamy już pilota? - zapytała.
- Według grafika w gotowości jest dzisiaj Aleks Kamal, więc to on
poleci. W sumie to wolałbym Valkę. Może nie jest tak dobra jak Aleks,
ale jest cichsza, a mnie boli głowa.
- Lubię Aleksa. Jest porywczy - odpowiedziała Naomi.
- Nie wiem, co znaczy porywczy, ale jeśli pasuje do Aleksa, to robię
się od tego zmęczony.
Holden ruszył po drabinie na mostek i do kokpitu. W czarnej, lśniącej
powierzchni wyłączonego ekranu zobaczył odbicie krzywo uśmiechniętej
Naomi. Nie potrafił zrozumieć, w jaki sposób chudzi jak tyczki Pasiarze
potrafili tak szybko dojść do siebie po wysokim ciążeniu. Zapewne był to
wynik dziesięcioleci praktyki i selektywnego rozmnażania.
Na mostku Holden przypiął się do pryczy przeciążeniowej przy konsoli
dowodzenia. Elastyczny materiał gładko dostosował się do konturów ciała.
Przy pół g, które Ade zaserwowała im na końcowym podejściu, pianka była
bardzo przyjemna. Pozwolił sobie na cichy jęk. Przełączniki z plastiku i metalu zaprojektowane do wytrzymania silnych przeciążeń i setek lat
klikały ostro. Rycerz odpowiedział złożonym wzorem jarzących się
wskaźników diagnostycznych i prawie niesłyszalnym bu-czeniem.
Kilka minut później Holden obejrzał się i zobaczył wyłaniające się z włazu rzednące, czarne włosy Aleksa Kamala, za którymi pojawiła się
okrągła, radosna twarz o ciemnej karnacji - niewyblakłej nawet po latach
życia na statkach. Urodzony na Marsie Aleks miał sylwetkę bardziej krępą
niż Pasiarze, choć w porównaniu z Holdenem był szczupły, a mimo to jego
kombinezon napinał się wokół rosnącego brzucha. Aleks latał w marsjańskiej flocie wojennej, ale wyraźnie odpuścił sobie utrzymanie
wojskowego poziomu sprawności.
- Czołem, pierwszy - rzucił z silnym teksańskim akcentem.
Holdena irytowała typowa w dolinie Marinera miłość do starego zachodu.
Na Ziemi od stu lat nie było ani jednego kowboja, a na Marsie poza
kopułami nie było ani jednego źdźbła trawy, podobnie jak nie było koni
poza ogrodami zoologicznymi. Dolina Marinera została zasiedlona przez
Hindusów, Chińczyków i małą grupę Teksańczyków. Najwyraźniej ich akcent
był zaraźliwy. Wszyscy ulegli teraz tej modzie.
- Jak się ma nasz rumak? - spytał Kamal.
- Jak na razie gładko. Potrzebujemy planu lotu. Ade doprowadzi nas do
względnego zera za... - sprawdził odczyt czasu - czterdzieści, więc się
pośpiesz. Chcę podlecieć, załatwić sprawę i ustawić Canta z powrotem
na kursie na Ceres, zanim zacznie rdzewieć.
- Potwierdzam - rzucił Aleks, wspinając się do kokpitu Rycerza.
Słuchawki Holdena kliknęły, po czym usłyszał w nich głos Naomi.
- Amos i Shed na pokładzie. Jesteśmy gotowi.
- Dzięki. Czekamy na wektor od Aleksa i będziemy gotowi do lotu.
Załogę stanowiło niezbędne minimum: Holden jako dowódca, Aleks, który
miał ich dowieźć i sprowadzić z powrotem, Shed na wypadek, gdyby na
pokładzie Scopuli ktoś ocalał, a także Naomi i Amos do zajęcia się
odzyskiem, gdyby tak nie było.
- Dobra, szefie - odezwał się po niedługim czasie Aleks. - Będzie jakieś
cztery godziny lotu czajniczkiem. Całkowite zużycie masy: jakieś
trzydzieści procent, ale mamy pełny zbiornik. Łączny czas misji:
jedenaście godzin.
- Potwierdzam. Dzięki, Aleks - odpowiedział Holden.
"Lot czajniczkiem" był slangowym określeniem na lot za pomocą silników
manewrowych wykorzystujących jako masę reakcyjną przegrzaną parę. Użycie
palnika fuzyjnego Rycerza tak blisko Canterbury byłoby
niebezpieczne, zresztą stanowiłoby marnotrawstwo przy tak krótkim locie.
Palnikami nazywano napędy fuzyjne sprzed konstrukcji Epsteina, które
były znacznie mniej wydajne.
- Dzwonię po zgodę na opuszczenie stodoły - rzucił Holden i przełączył
interkom na kanał na mostek Canterbury. - Tu Holden. Rycerz gotowy
do lotu.
- Dobra, Jim, leć - odpowiedział McDowell. - Ade właśnie nas zatrzymuje.
Uważajcie tam na siebie, dzieciaki. Ten prom jest drogi, a ja w sumie
zawsze lubiłem Naomi.
- Potwierdzam, kapitanie - odpowiedział Holden. Po przełączeniu z powrotem na interkom wywołał Aleksa. - Ruszaj i wyprowadź nas na
zewnątrz.
Holden rozparł się na fotelu i wsłuchał w zgrzyty manewrów Canterbury,
którego stal i ceramika śpiewała równie głośno i złowieszczo, jak
drewniane deski żaglowca. Lub stawy Ziemianina po wysokim ciążeniu.
Holden poczuł falę sympatii do statku.
Tak naprawdę, oczywiście, wcale się nie zatrzymywali. Nic w kosmosie nie
było nieruchome, można było tylko zrównać orbitę z innym obiektem. W tej
chwili podążali za CA-2216862 na jej tysiącletniej orbicie wokół Słońca.
Ade wysłała im zielone światło, a Holden opróżnił hangar z powietrza i otworzył bramę. Aleks wyprowadził ich z doku na białych stożkach
przegrzanej pary.
Polecieli szukać Scopuli.
? ? ?
CA-2216862 była skałą o średnicy pół kilometra, która oddaliła się od
Pasa i została porwana przez potężną grawitację Jowisza. Z czasem
znalazła sobie własną, powolną orbitę wokół Słońca gdzieś w olbrzymiej
przestrzeni między Jowiszem a Pasem, w terenie pustym nawet jak na
kosmos.
Widok Scopuli spoczywającego spokojnie przy boku asteroidy, trzymanego
w miejscu jej mikroskopijnym ciążeniem, wywołał u Holdena ciarki. Nawet
gdyby lecieli na ślepo bez jakichkolwiek instrumentów, szansa trafienia
na taki obiekt była niemożliwie mała. Pięćsetmetrowa przeszkoda na
autostradzie szerokości milionów kilometrów. Statek nie mógł tu trafić
przypadkiem. Podrapał się po karku, szorując dłonią po sterczących tam
włosach.
- Zatrzymaj nas dwa kilometry od niego, Aleks - polecił. - Naomi, co
możesz mi powiedzieć o tym statku?
- Konfiguracja kadłuba zgodna z informacją z rejestru. To zdecydowanie
Scopuli. Nie emituje elektromagnetycznie ani w podczerwieni. Tylko ten
mały nadajnik awaryjny. Wygląda na to, że wyłączono reaktor. I to
ręcznie, bez uszkodzeń, bo nie odbieramy też żadnego wycieku
promieniowania - zgłosiła Naomi.
Holden przyjrzał się widokom z teleskopów Rycerza oraz obrazom, który
prom utworzył z wiązki lasera odbitej od kadłuba Scopuli.
- Co z tym czymś, co wygląda na dziurę w boku?
- Uch - rzuciła Naomi. - Według lidaru to jest dziura w boku.
Holden zmarszczył brwi.
- No dobra, zostańmy tu minutę i jeszcze raz sprawdźmy okolicę. Masz coś
na teleskopie, Naomi?
- Nie. A duża matryca na Cancie może wypatrzyć dzieciaki rzucające się
kamieniami na Lunie. Becca mówi, że w tej chwili nie ma tu nikogo w promieniu dwudziestu milionów kilometrów - odpowiedziała Naomi.
Holden zaczął wystukiwać palcami skomplikowany rytm na poręczy fotela i uniósł się w uprzęży. Zrobiło mu się gorąco, więc wyciągnął rękę, by
skierować na twarz najbliższą dyszę wentylacji. Skóra na głowie
zaswędziała go od parującego potu.
Jeśli zobaczysz tam coś podejrzanego, nie próbuj znowu odgrywać
bohatera. Spakuj zabawki i wracaj do domu. Taki dostał rozkaz.
Przyjrzał się obrazowi Scopuli z dziurą w boku.
- No dobra - powiedział. - Aleks, podleć na ćwierć kilometra i zatrzymaj
się. Zejdziemy na powierzchnię na mechu. Ach, i trzymaj palnik rozgrzany
i w gotowości. Jeśli na tym statku kryje się coś paskudnego, chcę móc
uciec najszybciej jak się da i przy okazji spalić wszystko za sobą na
żużel. Przyjąłeś?
- Tak jest, szefie. Rycerz w trybie ucieczki jak królik do czasu, aż
odwołasz rozkaz - potwierdził Aleks.
Holden jeszcze raz przejechał wzrokiem po konsoli dowodzenia, szukając
migającej czerwienią kontrolki ostrzeżenia, która pozwoliłaby mu wrócić
na Canterbury. Wszystko jarzyło się łagodną zielenią. Rozpiął klamry i wypchnął się z fotela. Odbicie stopą od ściany wysłało go do drabiny,
wzdłuż której poleciał głową w dół dzięki delikatnym dotknięciom
szczebli.
W kabinie załogowej Naomi, Amos i Shed wciąż siedzieli przypięci do
prycz przeciążeniowych. Holden chwycił drabinę i obrócił się tak, że
załoga nie musiała patrzeć na niego do góry nogami. Zaczęli rozpinać
swoje pasy.
- Dobra, jest tak. Scopuli został przedziurawiony i ktoś zostawił go
wiszącego obok tej skały. Nikogo nie widać w teleskopach, więc może to
oznacza, że minęło trochę czasu i już odlecieli. Naomi, pokierujesz
mechem ratowniczym, a my trzej przypniemy się i polecimy z tobą do
wraku. Shed, zostaniesz z mechem, chyba że znajdziemy kogoś wymagającego
pomocy lekarskiej, co nie wydaje się prawdopodobne. My z Amosem
wejdziemy do statku przez tę dziurę i trochę się rozejrzymy. Jeśli
znajdziemy coś, co będzie choćby przypominać pułapkę, wrócimy do mecha,
Naomi zabierze nas na Rycerza i uciekniemy. Jakieś pytania?
Amos uniósł potężną rękę.
- Może powinniśmy mieć broń, pierwszy. Na wypadek, gdyby na pokładzie
wciąż kryli się jacyś piraci.
Holden się roześmiał.
- No cóż, jeśli są, to ich bryka odleciała bez nich. Ale jeśli poczujesz
się z tym lepiej, to proszę bardzo, zabierz broń.
Jeśli masywny i krzepki mechanik z Ziemi będzie miał broń, on też
poczuje się lepiej, ale wolał tego nie mówić. Niech sądzą, że dowódca ma
więcej pewności siebie.
Holden użył oficerskiego klucza do otwarcia szafki z bronią, a Amos
wyciągnął z niej wielkokalibrowy automat strzelający pociskami
rakietowymi - bezodrzutowy i zaprojektowany do stosowania w stanie
nieważkości. Staromodne automaty strzelające zwykłymi pociskami były
bardziej niezawodne, ale przy braku ciążenia stanowiły również niezłe
źródło napędu. Odrzut tradycyjnego pistoletu zapewniał dość ciągu, by
osiągnąć prędkość ucieczki ze skały wielkości CA-2216862.
Załoga przedryfowała do ładowni, gdzie czekała otwarta klatka jajowatego
mecha z pajęczymi nogami. Każdą z czterech kończyn wyposażono w szpony
manipulatora oraz różnorodne, wbudowane weń narzędzia do cięcia i spawania. Dwie tylne mogły zaczepić się o kadłub statku lub inną
strukturę, a przednich można było użyć do wykonywania napraw lub
pocięcia wraku do odzysku na łatwiejsze w obsłudze kawałki.
- Zakładamy czapki - polecił Holden i załoga pomogła sobie wzajemnie
założyć i zabezpieczyć hełmy. Każdy sprawdził swój skafander, a potem
skafander sąsiada. Po otwarciu drzwi ładowni będzie za późno na
upewnianie się, że są poprawnie zapięci.
Gdy Naomi zajmowała miejsce w mechu, Amos, Holden i Sched przyczepili
linki skafandrów do metalowej klatki kokpitu. Naomi sprawdziła mecha i wcisnęła przełącznik odsysania atmosfery z ładowni i otwarcia bramy.
Dźwięki w skafandrze Holdena sprowadziły się do syku powietrza i delikatnego szumu w radiu. Powietrze nieznacznie pachniało lekami.
Naomi ruszyła pierwsza, prowadząc mecha w stronę powierzchni asteroidy
małymi strumieniami sprężonego azotu, ciągnąc za sobą załogę na
trzymetrowych linkach. Podczas lotu Holden obejrzał się na Rycerza:
masywny szary klin z dyszą napędu sterczącą z szerszego końca. Jak
prawie wszystko, co ludzie budowali z myślą o podróżach kosmicznych,
zaprojektowano go tak, by był wydajny, a nie urodziwy. Holdenowi zawsze
robiło się od tego trochę smutno. Nawet tutaj powinno być miejsce na
estetykę.
Rycerz zdawał się oddalać od niego, robił się coraz mniejszy i mniejszy, podczas gdy on sam się nie ruszał. Złudzenie prysło, gdy
odwrócił się, by spojrzeć na asteroidę, i natychmiast nabrał
przekonania, że na niego spada. Otworzył kanał do Naomi, ale kobieta,
lecąc, nuciła pod nosem, co znaczyło, że przynajmniej ona niczym się nie
martwiła. Nie odezwał się, ale zostawił otwarte połączenie, by słuchać
jej nucenia.
Z bliska Scopuli nie wyglądał wcale tak źle. Poza sporą dziurą w boku
nie było widać żadnych uszkodzeń. Ewidentnie nie zderzył się z asteroidą, po prostu zostawiono go na tyle blisko, że został do niej
powoli przyciągnięty. Zbliżając się, Holden zrobił kilka zdjęć kamerą
hełmu i przesłał je na Canterbury.
Naomi zatrzymała zbliżanie, zawisając trzy metry nad dziurą w boku
Scopuli. Amos zagwizdał na ogólnym kanale skafandrów.
- Tego nie zrobiła torpeda, pierwszy, tylko ładunek penetracyjny.
Widzisz, jak metal wygina się wokół krawędzi? To ładunek kumulacyjny
przystawiony wprost do kadłuba - oświadczył mężczyzna.
Oprócz bycia świetnym mechanikiem Amos był jedną z osób stosujących
wybuchową chirurgię do rozbijania gór lodowych orbitujących wokół
Saturna i zmieniania ich w łatwiejsze w obsłudze kawałki. Co było
kolejnym powodem zabrania go na Rycerza.
- Czyli - odezwał się Holden - nasi znajomi na Scopuli zatrzymali się,
pozwolili komuś wejść sobie na kadłub i przyczepić ładunek penetracyjny,
a potem wywalić dziurę i wypuścić powietrze. Czy to ma dla was jakiś
sens?
- Nie - odpowiedziała Naomi. - Nie ma. Nadal chcesz wchodzić do środka?
Jeśli zobaczysz tam coś podejrzanego, nie próbuj znowu odgrywać
bohatera. Spakuj zabawki i wracaj do domu.
Ale czego mógł się tam spodziewać? Oczywiście, że Scopuli nie był na
chodzie. Oczywiście, że stało się coś złego. Dziwne byłoby, gdyby
wszystko wydawało się normalne.
- Amos, trzymaj ten karabin w gotowości, tak na wszelki wypadek -
polecił Holden. - Naomi, możesz zrobić nam większą dziurę? Tylko uważaj,
jeśli coś będzie wyglądać nie tak, wyco-faj nas.
Naomi zbliżyła mecha do statku, wypuszczając z dysz małe obłoczki azotu,
wyglądające jak oddech w zimną noc. Ożył palnik maszyny, najpierw
czerwony, potem biały, w końcu błękitny. W ciszy kończyny mecha
rozprostowały się owadzim ruchem i Naomi zaczęła ciąć. Holden i Amos
opadli na powierzchnię statku, przyczepiając się magnetycznymi butami.
Poczuł pod stopami wibrację, gdy Naomi oderwała kawał kadłuba. Chwilę
później palnik zgasł, a operatorka przedmuchała krawędzie świeżego
cięcia za pomocą gazu z systemu przeciwpożarowego maszyny, aby je
ochłodzić. Holden pokazał Amosowi kciuk w górę i bardzo powoli opuścił
się w głąb Scopuli.
Ładunek penetracyjny umieszczono niemal dokładnie na śródokręciu,
wybijając dziurę do kambuza. Gdy jego buty przyssały się do ściany
pomieszczenia, poczuł, jak rozgniata nimi zamrożone w próżni kawałki
jedzenia. Nie zobaczył żadnych ciał.
- Chodź, Amos. Na razie nie widać załogi - powiedział do radia
skafandra.
Ruszył w bok i chwilę później do wnętrza opadł Amos, z karabinem w prawej dłoni i silnym reflektorem w lewej. Plama białego światła
przesunęła się po ścianach zniszczonego kambuza.
- W którą stronę najpierw, pierwszy? - zapytał Amos.
Holden w zamyśleniu postukał palcami w biodro.
- Maszynownia. Chcę wiedzieć, czemu nie działa reaktor.
Użyli drabiny załogi, przesuwając się wzdłuż niej w stronę rufy statku.
Wszystkie grodzie między pokładami były otwarte, co nie wróżyło zbyt
dobrze. Domyślnie wszystkie powinny być zamknięte, zwłaszcza po
aktywowaniu alarmu spadku ciśnienia. Otwarte grodzie oznaczały, że na
statku nie ma pokładów z powietrzem. Czyli żadnych ocalałych ludzi. W sumie nic dziwnego, ale i tak Holden miał poczucie porażki. Szybko
przelecieli przez mały statek, zatrzymując się przy warsztacie. Drogie
części silnika i narzędzia były na miejscu.
- To chyba nie był napad rabunkowy - skomentował Amos.
Holden nie odpowiedział "W takim razie co?", ale pytanie i tak zawisło
między nimi.
Maszynownia była wysprzątana jak sala operacyjna, ale też zimna i martwa. Holden poczekał, aż Amos ją skontroluje, unosząc się z dziesięć
minut przy reaktorze.
- Ktoś przeszedł przez procedurę wyłączania - oświadczył w końcu
mechanik. - Reaktor nie został zniszczony w wybuchu, został później
wyłączony. Nie widzę żadnych uszkodzeń. Co nie ma sensu. Skoro wszyscy
zginęli w ataku, to kto go wyłączył? A jeśli to piraci, to czemu nie
zabrali statku? Wciąż może latać.
- Na dodatek zanim wyłączyli zasilanie, przeszli przez statek i otworzyli wszystkie wewnętrzne drzwi i grodzie. Opróżnili go z powietrza. Chyba chcieli się upewnić, że nikt się tu nie ukrywa -
stwierdził Holden. - No dobra, chodźmy na mostek i zobaczmy, czy uda się
dostać do komputera. Może powie nam, co tu zaszło.
Ruszyli w stronę dziobu, znowu sunąc wzdłuż drabiny, aż dotarli do
mostka. To pomieszczenie również było nieuszkodzone i puste. Brak ciał
zaczął niepokoić Holdena bardziej, niż gdyby je tu znalazł. Podleciał do
głównej konsoli komputerowej i nacisnął kilka klawiszy, żeby sprawdzić,
czy wciąż pracuje na zasilaniu awaryjnym. Nie pracował.
- Amos, zacznij wycinać rdzeń. Zabierzemy go ze sobą. Sprawdzę łączność,
zobaczę, czy uda mi się odszukać radiolatarnię.
Amos zbliżył się do komputera i zaczął wyciągać narzędzia, przyczepiając
je do ściany w zasięgu ręki. Po przygotowaniu zabrał się do pracy,
mamrocząc pod nosem przekleństwa. Nie było to tak urocze jak nucenie
Naomi, więc Holden wyciszył połączenie z Amosem i przesunął się do
konsoli łączności. Była równie martwa jak reszta statku. Jednak znalazł
radiolatarnię.
Nikt jej nie włączył. Wezwało ich coś innego. Holden odsunął się i zmarszczył brwi.
Rozejrzał się po sterówce, szukając czegoś, co nie pasowało. Tam, na
pokładzie pod konsolą operatora łączności. Mała czarna skrzynka
niepołączona z niczym innym.
Jego serce wyraźnie zmieniło rytm.
- Czy to ci nie wygląda na bombę? - zwrócił się do Amosa.
Technik go zignorował, więc Holden ponownie włączył radio.
- Amos, czy to ci nie wygląda na bombę? - Wskazał na skrzynkę na
pokładzie.
Amos zostawił komputer, przy którym pracował, i poddryfował, by
spojrzeć, po czym ruchem, od którego zamarło serce Holdena, chwycił ją z pokładu i podniósł.
- Nie. To nadajnik. Widzisz? - Wyciągnął rękę, podsuwając obiekt przed
hełm Holdena. - Ma baterię przyklejoną taśmą. Co to tu robi?
- To nadajnik, który nas tu ściągnął. Jezu. Radiolatarni statku w ogóle
nie włączono. Ktoś zrobił fałszywą radiolatarnię ze zwykłego nadajnika i podpiął go do baterii - cicho stwierdził Holden, wciąż walcząc z paniką.
- Czemu miałby to robić, pierwszy? To chyba nie ma za wiele sensu.
- Miałoby, gdyby ten nadajnik różnił się czymś od standardowego -
odpowiedział Holden.
- Na przykład?
- Na przykład gdyby wysyłał drugi sygnał aktywowany, kiedy ktoś go
znajdzie - odpowiedział Holden i przełączył się na ogólny kanał
skafandrów. - Dobra, chłopcy i dziewczęta, znaleźliśmy coś dziwnego i zmywamy się stąd. Wszyscy z powrotem na Rycerza i bardzo uważajcie w drodz...
W radiu zatrzeszczał aktywowany kanał zewnętrzny i hełm wypełnił głos
McDowella.
- Jim? Chyba mamy problem.
Rozdział czwarty
Miller
Miller był w połowie kolacji, gdy obudził się do życia system w jego
dziurze. Zerknął na kod nadawcy. Niebieska Żaba. Był to bar obsługujący
nigdy niemalejący tłum miliona ludzi, którzy nie byli obywatelami Ceres.
Ten przybytek reklamował się jako niemal dokładna kopia sławnego
ziemskiego baru w Bombaju, z wyłącznie licencjonowanymi prostytutkami i prochami. Miller wziął na widelec kolejną porcję fasoli z grzybów i hodowanego w zbiornikach ryżu, zastanawiając się, czy odebrać
połączenie.
Powinienem był się tego spodziewać, pomyślał.
- Czego? - zapytał.
Na ekranie pojawił się obraz. Hasini, zastępca kierownika, był
ciemnoskórym mężczyzną z oczami koloru lodu. Wyraz twarzy sugerujący
pogardliwy uśmieszek był wynikiem uszkodzenia nerwów. Miller oddał mu
kiedyś przysługę, gdy Hasini był na tyle nierozsądny, by zlitować się
nad nielicencjonowaną prostytutką, i od tamtej pory detektyw i barman
czasami sobie pomagali. Przysługi: nieoficjalna, szara waluta
cywilizacji.
- Znowu jest tu twój partner - oświadczył Hasini przy akompaniamencie
dudnienia i wycia muzyki bhangra. - Chyba ma kiepski wieczór. Mam go
dalej obsługiwać?
- Tak - potwierdził Miller. - Rób mu dobrze przez... daj mi dwadzieścia
minut.
- Nie chce, żeby robić mu dobrze. Bardzo stanowczo szuka powodu, żeby
się wkurzyć.
- Nie daj mu tej satysfakcji. Przyjdę tam.
Hasini z nieustannym pogardliwym uśmieszkiem kiwnął głową i rozłączył
się. Miller popatrzył na niedokończony posiłek, westchnął i wcisnął
pozostałości do kosza na odpadki. Wyciągnął czystą koszulę, ale zawahał
się przez chwilę. W Niebieskiej Żabie zawsze było mu za gorąco, a nie
lubił noszenia marynarki. Zamiast tego schował mały plastikowy pistolet
do kabury przy kostce. Wyjęcie go zajmowało więcej czasu, ale gdyby go
potrzebował i tak miałby przerąbane.
Ceres w nocy niczym nie różniła się od Ceres za dnia. Dawno temu, zaraz
po otwarciu stacji, światła przygaszano i rozjaśniano zgodnie z tradycyjnym, dwudziestoczterogodzinnym cyklem, naśladując obroty Ziemi.
System utrzymał się przez cztery miesiące, zanim upadł w głosowaniu
rady.
Na służbie Miller pojechałby przez szerokie tunele i dwa poziomy w dół,
do portu, elektrycznym wózkiem. Miał na to ochotę nawet pomimo
załatwiania prywatnej sprawy, ale powstrzymał go głęboko zakorzeniony
przesąd. Zabranie wózka oznaczało, że udaje się tam jako gliniarz, a metro działało równie dobrze. Miller poszedł do najbliższej stacji,
sprawdził status pociągu i usiadł na niskiej kamiennej ławce. Minutę
później przyszedł tam mężczyzna mniej więcej w wieku Millera z dziewczynką, mogła mieć najwyżej trzy lata. Dziewczynka mówiła szybko i bez większego sensu, a jej ojciec odpowiadał półsłówkami i kiwaniem
głowy w mniej więcej odpowiednich chwilach.
Miller i mężczyzna kiwnęli sobie głowami. Dziewczynka pociągnęła ojca za
rękaw, domagając się uwagi. Miller przyjrzał się jej - ciemne oczy,
jasne włosy, gładka skóra. Była już zbyt wysoka, by pomylić ją z ziemskim dzieckiem. Kończyny miała dłuższe i chudsze, a skórę
bladoróżową, typową dla dzieci Pasiarzy - ten kolor był wynikiem
przyjmowania koktajlu leków zapewniającego rozwój silnych mięśni i kości. Miller dostrzegł, że jej ojciec zauważył uwagę skupioną na
dziecku. Policjant uśmiechnął się i kiwnął w stronę malucha.
- Ile ma lat? - zapytał.
- Dwa i pół - odpowiedział ojciec.
- Dobry wiek.
Mężczyzna wzruszył ramionami, ale się uśmiechnął.
- Ma pan dzieci?
- Nie - odpowiedział Miller. - Ale mniej więcej tyle czasu temu się
rozwiodłem.
Zaśmiali się razem, jakby powiedział coś śmiesznego. W jego wyobraźni
Candace złożyła ręce na piersi i odwróciła wzrok. Wiatr pachnący olejem
i ozonem oznajmił przybycie metra. Miller puścił ojca z dzieckiem
przodem, a sam wsiadł do innego wagonika.
Wagony metra były okrągłe, zaprojektowane do poruszania się pozbawionymi
powietrza kanałami. Nie miały okien. Jedyne, co można byłoby z nich
zobaczyć, to kamienna ściana mknąca trzy centymetry od wagonu. Zamiast
tego duże ekrany nieustannie wyświetlały reklamy, komentarze na temat
skandali politycznych wewnętrznych planet lub oferowały szansę na utratę
tygodniówki w kasynach tak wspaniałych, że sama obecność w nich czyniła
życie ciekawszym. Miller bez zainteresowania i cienia uwagi patrzył
pustym wzrokiem na ekran. W duchu rozważał swój problem, spoglądając na
niego z różnych stron, jednak nie próbował szukać rozwiązania.
Po prostu musiał się czymś zająć. Spojrzeć na fakty bez oceniania ich:
Havelock był Ziemianinem. Siedział w barze portowym i szukał okazji do
bójki. Był jego partnerem. Stwierdzenie za stwierdzeniem, fakt za
faktem, aspekt za aspektem. Nie próbował ich porządkować lub ułożyć w jakąś historię, to przyjdzie później. Teraz wystarczało mu wyrzucenie z głowy spraw tego dnia i przygotowanie się na czekającą go sytuację. Gdy
dojechał do swojego przystanku, czuł się wyśrodkowany. Jakby szedł na
całych stopach, jak opisałby to w czasach, gdy jeszcze miał komu
opisywać takie rzeczy.
Niebieska Żaba była zatłoczona, ciepło bijące od ciał dokładało się do
temperatury fałszywego Bombaju i sztucznego zanieczyszczenia powietrza.
Światła migotały i błyskały w szybkim rytmie. Stoły zakrzywiały się i falowały dzięki podświetleniu od dołu, przez co wydawały się ciemniejsze
niż zwykła czerń. Muzyka namacalnie wędrowała w powietrzu, atakując
każdym uderzeniem rytmu. Stojący przy grupce napakowanych sterydami
bramkarzy i skąpo odzianych kelnerek Hasini zauważył Millera i kiwną
głową w głąb sali. Miller nie dał mu znać, że zobaczył gest, po prostu
obrócił się i zaczął się przepychać przez tłum.
Portowe bary zawsze były niebezpieczne. Miller bardzo uważał, żeby w miarę możliwości na nikogo nie wpadać. Gdy musiał wybierać, wolał
popychać Pasiarzy zamiast ludzi z planet wewnętrznych i kobiety zamiast
mężczyzn. Jego twarz przybrała wyraz łagodnych przeprosin.
Havelock siedział sam, trzymając w grubej dłoni wysoki kieliszek. Gdy
Miller usiadł obok, obrócił się gwałtownie, gotów się obrazić; miał
szeroko otwarte oczy i rozdęte nozdrza. Widać było, że jest zaskoczony.
Potem jego twarz przybrała wyraz ponurego wstydu.
- Miller - przywitał go. W tunelu na zewnątrz byłby to krzyk, tutaj
dźwięki ledwie dotarły do uszu detektywa. - Co ty tu robisz?
- Nie miałem nic do roboty w swojej dziurze - odkrzyknął Miller. -
Pomyślałem, że przyjdę dać komuś w mordę.
- To dobra noc na bójkę - zgodził się Havelock.
I była to prawda. Nawet w barach, które obsługiwały wewnętrzniaków,
stosunek gości rzadko przekraczał jednego Ziemianina lub Marsjanina na
dziesięciu miejscowych. Rozglądając się, Miller zobaczył, że niscy,
krępi imprezowicze stanowili prawie jedną trzecią sali.
- Przyleciał jakiś statek? - zapytał.
- Tak.
- FKZM?
Flota Koalicji Ziemsko-Marsjańskiej często zawijała do Ceres w drodze na
Saturna, Jowisza i stacje w Pasie, ale Miller nie zwracał dość uwagi na
względne pozycje planet, by wiedzieć, gdzie znajdowały się teraz na
orbitach. Havelock pokręcił głową.
- Ochrona korporacyjna po zmianie na Erosie - wyjaśnił. - Chyba
Protogen.
Obok Millera pojawiła się barmanka z wytatuowaną skórą i zębami
jarzącymi się w czarnym świetle. Miller przyjął podany drink, choć
niczego nie zamawiał. Oranżada.
- Wiesz - powiedział, nachylając się na tyle blisko do Havelocka, że do
jego uszu mogły dotrzeć nawet słowa wypowiadane normalnym głosem - nie
ma znaczenia, ile tyłków skopiesz. Shaddid i tak cię nie polubi.
Havelock spiął się i obrócił do Millera ze złością w oczach ledwie
ukrywającą wstyd i ból.
- To prawda - potwierdził Miller.
Havelock gwałtownie zerwał się na nogi i ruszył w stronę drzwi. Próbował
ciężko stąpać, ale z powodu odśrodkowego ciążenia Ceres oraz ilości
wypitego alkoholu niezbyt mu to wyszło. Wyglądał raczej, jakby
podskakiwał. Miller ze szklanką w dłoni sunął przez tłum za Havelockiem,
łagodząc jego przejście uśmiechem i wzruszaniem ramionami przed
oburzonymi ludźmi, których zostawiał za sobą jego partner.
Komunalne tunele w okolicy portu pokrywała warstwa brudu i smaru,
których nigdy nie potrafiły usunąć płuczki i środki odkażające. Havelock
wyszedł na zewnątrz z przygarbionymi plecami, zaciśniętymi ustami i furią emanującą z niego niczym żar. Jednak drzwi do Niebieskiej Żaby
zamknęły się za jego plecami, dzięki uszczelkom gwałtownie odcinając
muzykę. Największe zagrożenie minęło.
- Nie jestem pijany - oświadczył zbyt głośno.
- Nic takiego nie powiedziałem.
- A ty - warknął Havelock, obracając się i oskarżycielsko wbijając palec
w pierś Millera. - Nie jesteś moją niańką.
- To też prawda.
Przeszli razem może ćwierć kilometra. Zapraszały ich jaskrawe światła
diod LED. Burdele i strzelnice, kawiarnie i kluby poetyckie, kasyna i areny walk. Powietrze śmierdziało szczynami i starym jedzeniem. Havelock
zaczął zwalniać, powoli się przy tym prostując.
- Pracowałem w wydziale zabójstw w Terrytown - powiedział. - Odrobiłem
trzy lata jako zastępca na L-5. Masz jakieś pojęcie, jak tam było?
Wysyłali stamtąd dzieciaki i jestem jednym z trzech ludzi, którzy to
ukrócili. Jestem dobrym gliną.
- Owszem, jesteś.
- Jestem cholernie dobry.
- Jesteś.
Przeszli obok baru serwującego makaron. Trumnowego hotelu. Publicznego
terminalu wyświetlającego bezpłatny kanał z wiadomościami. stacja
badawcza na febe nękana problemami z łącznością. nowa gra andreasa k
zarobiła 6 miliardów dolarów w 4 godziny. bez umowy między marsem a pasem w sprawie tytanu. Ekran świecił w oczy Havelocka, ale mężczyzna
patrzył w dal.
- Jestem cholernie dobrym gliną - powtórzył. A po chwili dodał: - Więc
co jest, kurwa?
- Nie chodzi o ciebie - wyjaśnił Miller. - Ludzie patrzą na ciebie i nie
widzą Dimitrija Havelocka, dobrego gliniarza. Widzą Ziemię.
- Bzdura. Zanim tu przyleciałem, pracowałem osiem lat na stacjach
orbitalnych i na Marsie. Na Ziemi pracowałem w sumie może sześć
miesięcy.
- Ziemia. Mars. Wcale się od siebie nie różnią - odpowiedział Miller.
- Spróbuj to powiedzieć Marsjaninowi - rzucił Havelock z gorzkim
śmiechem. - Skopie ci za to tyłek.
- Nie miałem na myśli... Słuchaj, na pewno jest całe mnóstwo różnic.
Ziemia nie znosi Marsa, bo mają lepszą flotę. Mars nienawidzi Ziemi, bo
mają większą. Może piłka nożna jest lepsza w pełnym ciążeniu, może jest
gorsza. Nie wiem. Chcę po prostu powiedzieć, że to zupełnie nie obchodzi
ludzi żyjących tak daleko od Słońca. Z tej odległości możesz zasłonić
Ziemię i Marsa jednym palcem. A ty...
- A ja tu nie pasuję - dokończył Havelock.
Otworzyły się drzwi miniętego przed chwilą baru z makaronem i ze środka
wyszło czterech Pasiarzy w szaro-zielonych kombinezonach. Jeden z nich
miał na rękawie rozerwany krąg SPZ. Miller się spiął, ale Pasiarze nie
ruszyli w ich stronę, a Havelock w ogóle ich nie zauważył. Było blisko.
- Wiedziałem - odezwał się Havelock. - Podpisując kontrakt ze Star
Helix, wiedziałem, że będę musiał się postarać, żeby się wpasować.
Wiesz, myślałem, że będzie tak samo, jak wszędzie. Przychodzisz i przez
jakiś czas ciągle dostajesz po dupie. A potem, gdy przekonają się, że
się nie dajesz, zaczynają cię traktować jak członka zespołu. Tutaj to
tak nie działa.
- Prawda - zgodził się Miller.
Havelock pokręcił głową, splunął i popatrzył na wciąż trzymany w ręku
wysoki kieliszek.
- Chyba właśnie ukradłem szkło z Niebieskiej Żaby - oznajmił.
- A do tego jesteśmy w komunalnym korytarzu z otwartym alkoholem -
dorzucił Miller. - Przynajmniej ty. Ja mam oranżadę.
Havelock zaśmiał się, ale zabrzmiała w tym desperacja. Gdy znów się
odezwał, w jego głosie słychać było już tylko smutek.
- Myślisz, że przychodzę tutaj szukać zaczepki z ludźmi z wewnętrznych
planet, żeby Shaddid, Ramachandra i cała reszta lepiej mnie traktowała.
- Przyszło mi to do głowy.
- Mylisz się.
- Dobra - zgodził się Miller. Był pewny, że tak nie jest.
Havelock uniósł kieliszek.
- Odniesiemy je? - zapytał.
- A co powiesz na Wybitny Hiacynt? - skontrował Miller. - Ja stawiam.
Wybitny Hiacynt znajdował się trzy poziomy wyżej, na tyle daleko, że
rzadko docierał tam ktoś pieszo z poziomów portowych. I była to knajpa
gliniarzy. Głównie Star Helix Security, ale odwiedzali ją również ludzie
z mniejszych oddziałów korporacyjnych, takich jak Protogen, Pinkwater
czy Al Abbiq. Miller był prawie pewien, że udało mu się zapobiec
załamaniu partnera, jednak gdyby się mylił, lepiej, żeby sprawa została
w rodzinie.
Wystrój był czysto pasiarski - staromodne składane stoliki okrętowe i krzesła osadzone w ścianach i suficie, jakby w każdej chwili mogło
przestać działać ciążenie. Ściany ozdobiono sansewieriami i pnączami
epipremnum, które były podstawą pierwszej generacji recyklingu
powietrza. Muzyka była na tyle cicha, by dało się przy niej rozmawiać, i na tyle głośna, by zapewnić prywatność rozmów. Pierwszy właściciel
knajpy, Javier Liu, był inżynierem strukturalnym z Tycho, dotarł tu
podczas rozkręcania asteroidy i polubił Ceres na tyle, żeby na niej
zostać. Teraz lokal prowadziły jego wnuki. Javier Trzeci stał za barem,
rozmawiając z połową zespołu obyczajówki i wyzysku. Miller ruszył do
stolika na tyłach, po drodze kiwając głową mijanym znajomym. Podczas gdy
w Niebieskiej Żabie był ostrożny i dyplomatyczny, tutaj próbował
emanować męskością. Co było tylko jeszcze jedną maską.
- No dobra - zagaił Havelock, gdy córka Javiera, Kate - czwarte
pokolenie w tym samym barze - odeszła od ich stolika, zabierając na tacy
szkło z Niebieskiej Żaby - co za supertajną robotę zleciła ci Shaddid?
Czy też marny Ziemianin nie powinien tego wiedzieć?
- To ci tak dopiekło? - zapytał Miller. - Nic takiego. Jacyś udziałowcy
zgubili córkę i chcą, żebym ją odszukał i wysłał do domu. Gówniana
sprawa.
- To wygląda na ich działkę - skomentował informację Havelock, kiwając w stronę grupy z obyczajówki i wyzysku.
- Dzieciak jest pełnoletni - odpowiedział Miller. - Chodzi o porwanie.
- I nie przeszkadza ci to?
Miller cofnął się na oparcie krzesła, wywołując podmuch, który poruszył
liśćmi pnącza. Havelock czekał, a Miller nabrał nieprzyjemnego wrażenia,
jakby właśnie odwróciły się role.
- To moja praca - odpowiedział w końcu.
- Tak, ale mówimy tu o dorosłej osobie, prawda? Przecież to nie tak, że
nie mogłaby wrócić do domu, gdyby tego chciała. A zamiast tego jej
rodzice wynajmują policję, żeby zawiozła ją do domu - czy tego chce, czy
nie. To już nie jest pilnowanie przestrzegania prawa. To nawet nie jest
ochrona stacji. Po prostu bogacze bawią się w gierki o władzę.
Miller przypomniał sobie zdjęcie szczupłej dziewczyny przy ścigaczu. Jej
szeroki uśmiech.
- Mówiłem, że to gówniana sprawa - skomentował.
Kate Liu wróciła do stolika z lokalnym piwem i szklaneczką whiskey na
tacy. Miller był wdzięczny za przerwanie rozmowy. Piwo było dla niego,
jasne i bogate, z bardzo delikatną nutą goryczki. Ekologia oparta na
drożdżach i fermentacji generowała dobrych fachowców od warzenia.
Havelock zaczął się bawić szklaneczką, co Miller uznał za objaw
rezygnacji z chęci upicia się. Nie ma to jak towarzystwo chłopaków z biura, potrafiących zniechęcić do utraty panowania nad sobą.
- Hej, Miller! Havelock! - zabrzmiał znajomy głos. Yevgeny Cobb z wydziału zabójstw.
Miller gestem zaprosił go do stolika i rozmowa skupiła się na
przechwałkach dotyczących rozwiązania sprawy wyjątkowo paskudnego
zabójstwa. Trzy miesiące śledztwa nad pochodzeniem toksyn skończyło się
wypłaceniem żonie trupa pełnego odszkodowania z ubezpieczenia oraz
deportacją dziwki z szarej strefy z powrotem na Erosa.
Zanim noc dobiegła końca, Havelock śmiał się i przerzucał z nimi
dowcipami. Jeśli okazjonalnie zdarzyło się krzywe spojrzenie lub
delikatny przytyk, nic sobie z tego nie robił.
Miller był w drodze do baru po jeszcze jedną kolejkę, gdy odezwał się
jego terminal. A potem powoli w całym barze obudziło się do życia
pięćdziesiąt kolejnych. Miller poczuł lód w żołądku, gdy wszyscy
pracownicy ochrony w barze sięgnęli po swoje terminale.
Na ekranie zobaczył twarz kapitan Shaddid. Z jej niewyspanych oczu biła
wściekłość: stanowiła uosobienie obudzonej w środku nocy kobiety u władzy.
- Panie i panowie - odezwała się. - Rzućcie wszystko, co robicie, i zgłoście się na stanowiska w oczekiwaniu na rozkazy. Mamy sytuację
wyjątkową. Dziesięć minut temu odebraliśmy nieszyfrowaną, podpisaną
wiadomość mniej więcej od strony Saturna. Jeszcze nie potwierdziliśmy
jej autentyczności, ale podpis jest zgodny z kluczami w bazie. Kazałam
ją zablokować, musimy jednak przyjąć, że jakiś dupek wpuści ją do sieci,
a pięć minut później gówno trafi w wentylator. Jeśli jesteście w zasięgu
słuchu cywilów, wyłączcie się. Dla reszty - sytuacja wygląda
następująco.
Obraz Shaddid przesunął się w bok i kobieta dotknęła czegoś w interfejsie systemu. Ekran na chwilę zrobił się czarny, ale zaraz
pojawiła się na nim twarz i ramiona mężczyzny. Miał na sobie
pomarańczowy skafander próżniowy bez kombinezonu. Ziemianin, na oko po
trzydziestce. Blada skóra, niebieskie oczy i ciemne, krótko ścięte
włosy. Jeszcze zanim mężczyzna otworzył usta, Miller zobaczył w jego
oczach i sposobie trzymania głowy oznaki szoku i furii.
- Nazywam się - powiedział mężczyzna - James Holden.
Rozdział piąty
Holden
Ledwie dziesięć minut przy dwóch g, a Holdena już zaczynała boleć głowa.
Jednak McDowell kazał im jak najszybciej wracać do domu. Canterbury
rozgrzewał swój potężny silnik, a Holden nie chciał się spóźnić na
start.
? ? ?
- Jim? Chyba mamy problem.
- Mów.
- Becca coś znalazła i jest to dostatecznie dziwne, żeby zrobiło mi się
zimno. Spieprzamy stąd w cholerę.
? ? ?
- Ile jeszcze, Aleks? - Holden zapytał po raz trzeci w ciągu dziesięciu
minut.
- Jeszcze ponad godzina lotu. Chcesz lecieć na koktajlu? - zapytał
Aleks.
"Lecieć na koktajlu" było żargonowym określeniem pilotów na lot z dużym
przeciążeniem; takim, który pozbawiłby przytomności ludzi bez
wspomagania farmakologicznego. "Koktajl" był mieszanką leków, które
fotel pilota wstrzykiwał w celu zapewnienia utrzymania przytomności,
skupienia uwagi i niedopuszczenia do udaru w ważącym pięćset kilo ciele.
Holden korzystał z koktajlu wielokrotnie podczas służby we flocie i wiedział, że otrząśnięcie się ze skutków jego działania było
nieprzy-jemne.
- Nie, jeśli nie będzie to niezbędne - odpowiedział.
? ? ?
- Jakiego typu dziwne?
- Połącz się z nim, Becca. Chcę, żebyś zobaczył to, co my, Jim.
? ? ?
Holden językiem pobrał tabletkę środka przeciwbólowego z heł-mu
skafandra i po raz piąty odtworzył strumień z czujników nawigatorki.
Skupiły się one na punkcie w przestrzeni jakieś dwieście tysięcy
kilometrów od Canterbury. W miarę skanowania przez Canta odczyt
pokazywał wahania, szaro-czarny fałszywy kolor stopniowo odsłaniający
cieplejszą granicę. Różnica temperatur była niewielka, niecałe dwa
stopnie. Holden był zdumiony, że kobieta zdołała to zauważyć. Powiedział
sobie, żeby napisać jej doskonałą opinię, gdy następnym razem będzie
miała szansę na awans.
? ? ?
- Skąd to się tam wzięło? - zapytał Holden.
- Nie mam pojęcia. To po prostu miejsce trochę cieplejsze od tła -
odpowiedziała Becca. - Uznałabym, że to chmura gazu, bo nie dostajemy z tego odbicia radaru, ale w tej okolicy nie powinno być żadnych tego typu
chmur. Znaczy, skąd miałaby się wziąć?
- Jim, jest jakaś szansa, że Scopuli zniszczył statek, który go
uszkodził? Czy to może być chmura gazu ze zniszczonego statku? - zapytał
McDowell.
- Nie sądzę, sir. Scopuli nie ma żadnej broni. Dziurę w burcie
zrobiono ładunkiem penetracyjnym, nie torpedą, więc chyba w ogóle nie
próbowali walczyć. Może tam wypuszczono powietrze ze Scopuli, ale...
- Albo nie. Wracaj do stodoły, Jim. I to już.
? ? ?
- Naomi, co powoli robi się cieplejsze i przy skanowaniu nie daje
odbicia na radarze i lidarze? Każdy pomysł mile widziany - zapewnił
Holden.
- Hm... - Naomi zaczęła się zastanawiać. - Odbicia nie da nic, co
pochłania energię z aktywnych czujników. Ale może się rozgrzewać przy
emisji pobranej energii.
Monitor podczerwieni na konsoli czujników obok fotela Holdena rozjarzył
się jak Słońce. Aleks zaklął głośno na ogólnym kanale.
- Widzicie to? - zapytał.
Holden go zignorował i otworzył kanał do McDowella.
- Kapitanie, właśnie zobaczyliśmy potężny sygnał w podczerwieni -
oznajmił.
Przez długie sekundy nie było żadnej odpowiedzi. Kiedy McDowell się
odezwał, miał bardzo napięty głos. Holden nigdy jeszcze nie słyszał, by
stary był przestraszony.
- Jim, w tym ciepłym punkcie właśnie pojawił się statek. Emituje ciepło
jak cholera - powiedział McDowell. - Skąd on się tam, u diabła, wziął?
Holden zaczął odpowiadać, ale usłyszał dochodzący ze słuchawek kapitana
głos nawigator.
- Nie mam pojęcia, sir. Ale jest mniejszy niż sygnatura cieplna. Radar
pokazuje coś rozmiarów fregaty - powiedziała.
- Z czym? - zapytał McDowell. - Niewidzialnością? Magicznym generatorem
teleportacji?
- Sir - wtrącił się Holden. - Naomi spekulowała, że to ciepło, które
zauważyliśmy, mogło pochodzić od materiałów pochłaniających energię.
Powłok niewykrywalności. A to znaczy, że ten statek specjalnie się tam
krył. Czyli raczej nie ma przyjaznych zamiarów.
Jakby w odpowiedzi na jego słowa na radarze pojawiło się sześć nowych
obiektów - jasnych, żółtych ikon zmieniających kolor na pomarańczowy,
zgodnie z kodowaniem przyśpieszenia w systemie.
- Szybkie obiekty! - krzyknęła Becca na Canterbury. - Mamy sześć
nowych szybkich ech na kursie kolizyjnym!
- Jezu Chryste na patyku, czy ten statek wystrzelił w nas salwę torped?
- zapytał McDowell. - Próbują nas unieruchomić?
- Tak, sir - potwierdziła Becca.
- Czas do kontaktu.
- Niecałe osiem minut, sir - odpowiedziała.
McDowell zaklął pod nosem.
- Mamy piratów, Jim.
- Co mamy zrobić? - zapytał Holden, starając się wypaść spokojnie i profesjonalnie.
- Złaź z radia i daj mojej załodze pracować. W najlepszym razie jesteś
godzinę od nas, a torpedy osiem minut. McDowell się rozłącza -
powiedział kapitan i kliknął przełącznikiem, zostawiając Holdena
słuchającego delikatnego szumu tła.
Kanał ogólny zapełnił się głosami: Aleks domagał się użycia koktajlu i ścigania się z torpedami do Canta, Naomi paplała o strategiach
zagłuszania pocisków, a Amos wyklinał niewykrywalny statek i kwestionował pochodzenie jego załogi. Tylko Shed siedział cicho.
- Zamknijcie się wszyscy! - wrzasnął Holden do mikrofonu. Na statku
zapadła cisza. - Aleks, wykreśl najszybszy kurs do Canta, który nas
nie zabije. I daj znać, jak będziesz go miał. Naomi, ustaw
trzykierunkowe połączenie z Beccą, tobą i mną. Pomożemy, jak będziemy
mogli. Amos, możesz dalej kląć, ale wyłącz mikrofon.
Czekał. Zegar odliczał czas do zderzenia.
- Połączenie aktywne - oznajmiła Naomi.
Holden usłyszał na ogólnym kanale dwa różne zestawy szumów tła.
- Becca, tu Jim. Na kanale jest też Naomi. Powiedz, co możemy zrobić,
żeby pomóc. Naomi mówiła coś o technikach zagłuszania?
- Robię wszystko, co tylko przyszło mi do głowy - odpowiedziała Becca
zdumiewająco spokojnym głosem. - Świecą w nas laserem celowniczym.
Nadaję śmieci, żeby go zakłócić, ale mają naprawdę bardzo, bardzo dobry
sprzęt. Gdyby byli trochę bliżej, laser celowniczy wypaliłby nam dziurę
w kadłubie.
- Co z fizycznym rozproszeniem? - zapytała Naomi. - Możesz wyrzucić
śnieg?
Gdy Naomi rozmawiała z Beccą, Jim otworzył prywatny kanał do Ade.
- Hej, tu Jim. Mam tu Aleksa pracującego nad kursem z dużym ciągiem,
żebyśmy dotarli tam, zanim...
- Zanim pociski zmienią nas w latającą cegłę? Świetny pomysł. Przejęcie
przez piratów to nie jest coś, co mogłoby cię ominąć - odpowiedziała
Ade. Spod ironicznego tonu przebijał strach.
- Ade, proszę, chcę tylko coś powiedzieć...
- Co o tym myślisz, Jim? - spytała Naomi na drugim kanale.
Holden zaklął. Żeby się wywinąć, zapytał:
- Uch, o którym pomyśle?
- Użycia Rycerza do odciągnięcia tych pocisków - wyjaśniła Naomi.
- Możemy to zrobić?
- Może. Słuchałeś w ogóle?
- Uch... coś się tu stało i na minutę odciągnęło moją uwagę. Możesz
powtórzyć? - poprosił.
- Możemy spróbować dopasowania częstotliwości światła rozproszonego
przez Canta i nadać ją z naszego sprzętu łączności. Może torpedy
uznają, że to my jesteśmy ich celem - Naomi wyjaśniła, jakby tłumaczyła
dziecku.
- A potem nas rozwalą?
- Myślę, że możemy uciekać, ciągnąc torpedy w naszą stronę. Kiedy już
znajdziemy się dostatecznie daleko od Canta, wyłączymy nadajnik i spróbujemy się schować za asteroidą - odpowiedziała Naomi.
- Nie uda się - westchnął Holden. - Kierują się na światło z lasera
celowniczego jako ogólnego wskazania kierunku, ale przy namierzaniu
robią też teleskopowe zdjęcia celu. Wystarczy im jedno spojrzenie na nas
i zorientują się, że to nie my.
- Nie warto choć spróbować?
- Nawet gdyby nam się udało, torpedy mające uszkodzić Canta zmienią
nas w tłustą plamę w próżni.
- No dobra - ustąpiła Naomi. - Co jeszcze mamy?
- Nic. Bardzo mądrzy chłopcy i mądre dziewczęta w laboratoriach
marynarki pomyśleli o wszystkim, co może nam przyjść do głowy w ciągu
następnych ośmiu minut - odpowiedział Holden. Wypowiedzenie tego na głos
oznaczało przyznanie tego przed samym sobą.
- To co robimy, Jim? - zapytała Naomi.
- Siedem minut - oznajmiła Becca upiornie spokojnym głosem.
- Lećmy tam. Może uda nam się zabrać trochę ludzi ze statku po
trafieniu. Pomożemy w opanowaniu zniszczeń - stwierdził Holden. - Aleks,
masz już wektor?
- Potwierdzam, pierwszy. Ostre przyśpieszenie z obrotem wykreślone. Kurs
zbliżenia kątowego, żeby palnik nie wytopił dziury w Cancie. Ruszamy?
- zapytał Aleks.
- Tak. Naomi, niech twoi ludzie przygotują się na duże przeciążenie -
powiedział Holden, po czym otworzył kanał do kapitana McDowella. -
Kapitanie, lecimy na ostro. Niech pan spróbuje przeżyć, a przylecimy
Rycerzem w gotowości do zabrania załogi lub pomocy w naprawach.
- Potwierdzam - odpowiedział McDowell i rozłączył się.
Holden ponownie otworzył kanał do Ade.
- Ade, idziemy na dużym ciągu, więc nie będę gadał, ale zostaw ten kanał
otwarty dla mnie, dobrze? Mów mi, co się dzieje. Cholera, możesz nucić.
Nucenie jest miłe. Po prostu bardzo chcę słyszeć, że wszystko z tobą w porządku.
- Dobra, Jim - zgodziła się dziewczyna. Nie nuciła, ale zostawiła kanał
aktywny. Słyszał jej oddech.
Na ogólnym kanale Aleks zaczął odliczanie. Holden sprawdził pasy
bezpieczeństwa na pryczy przeciążeniowej i wcisnął przycisk podawania
koktajlu. Przez specjalne porty w skafandrze w plecy wbiło mu się
kilkanaście igieł. Jego serce zadygotało, a mózg został ściśnięty
chemicznymi okowami jak z żelaza. Kręgosłup zrobił się lodowato zimny, a twarz zaczerwieniła się jak po napromieniowaniu. Walnął pięścią w podłokietnik pryczy. Nie znosił tego, ale następny etap był gorszy. Na
ogólnym kanale zabrzmiał prawie ekstatyczny okrzyk Aleksa po strzale
prochów. Poniżej pozostali przyjmowali leki, które powstrzymają ich
przed śmiercią, ale też uśpią na czas najgorszych przeciążeń.
- Jeden - powiedział Aleks i nagle Holden ważył pięćset kilo.
Nerwy w głębi oczodołów wrzasnęły od potężnego ciężaru gałek ocznych.
Jądra rozgniatały się o uda. Skupił się na niepołknięciu języka. Statek
wokół niego trzeszczał i jęczał. Gdzieś z dołu rozległ się niepokojący
łomot, ale na jego panelu nic nie zaświeciło się na czerwono. Napęd
plazmowy Rycerza mógł dostarczyć dużego ciągu kosztem olbrzymiego
spalania paliwa. Jednak jeśli zdołają uratować Canta, nie będzie to
miało znaczenia.
Przez dudnienie krwi w uszach Holden wciąż słyszał spokojny oddech Ade i klikanie jej klawiatury. Chciałby po prostu usnąć przy tych dźwiękach,
ale koktajl śpiewał i płonął w jego krwi. Był przytomniejszy niż
kiedykolwiek.
- Tak jest, sir - głos Ade w głośniczkach.
Holden potrzebował chwili na zrozumienie, że odpowiada McDowellowi.
Podkręcił głośność, by usłyszeć słowa kapitana.
- ...włączyć główny, pełna moc.
- Sir, mamy pełny ładunek. Jeśli spróbujemy takiego ciągu, zerwiemy
wsporniki mocujące - odpowiedziała Ade. McDowell musiał jej rozkazać
odpalić Epsteina.
- Pani Tukunbo - odpowiedział McDowell - zostały nam... cztery minuty.
Jeśli je pani uszkodzi, nie wystawię rachunku.
- Tak jest, sir. Włączam główny napęd. Ustawiam maksymalny ciąg -
oświadczyła Ade i w tle Holden usłyszał syrenę ostrzegającą przed
przeciążeniem. Głośniejsze kliknięcia świadczyły o zapinaniu przez Ade
pasów bezpieczeństwa.
- Główny silnik za trzy... dwa... jeden... start - powiedziała Ade.
Canterbury zajęczał tak głośno, że Holden musiał przyciszyć
głośniczki. Przez kilka sekund statek jęczał i wył jak upiór, a potem
zabrzmiał głośny trzask. Wywołał obraz z zewnętrznej kamery, walcząc z utratą wzroku na brzegach pola widzenia z powodu przeciążenia.
Canterbury wciąż był w jednym kawałku.
- Co to, do cholery, było, Ade? - zapytał niewyraźnie McDowell.
- Silnik zerwał wspornik. Główny napęd wyłączony, sir - odpowiedziała
Ade, nie mówiąc: "Dokładnie tak jak ostrzegałam".
- Coś nam to dało? - zapytał McDowell.
- Niewiele. Torpedy lecą teraz ponad czterdzieści kilometrów na sekundę
i przyśpieszają. Zostały nam tylko silniki manewrowe - odpowiedziała
Ade.
- Cholera - warknął McDowell.
- Trafią nas, sir - stwierdziła Ade.
- Jim. - Głos McDowell zabrzmiał niespodziewanie głośno w bezpośrednim
połączeniu. - Dostaniemy i nic nie da się z tym zrobić. Kliknij dwa razy
na potwierdzenie.
Jim dwukrotnie kliknął przełącznikiem radia.
- Dobra, więc musimy teraz pomyśleć nad przeżyciem po trafieniu. Jeśli
chcą nas unieruchomić przed abordażem, zdejmą nam silnik i anteny. Becca
nadaje SOS, od kiedy tylko wystrzelono te torpedy, ale chciałbym, żebyś
ty krzyczał dalej, jeśli my przestaniemy. Jeśli będą wiedzieć, że tu
jesteś, jest mniejsze ryzyko, że wyrzucą wszystkich przez śluzę. Wiesz,
świadkowie - powiedział McDowell.
Jim znowu dwukrotnie przełączył radio.
- Zawróć, Jim. Schowaj się za tą asteroidą. Wołaj o pomoc. To rozkaz.
Jim kliknął dwa razy, po czym zasygnalizował Aleksowi polecenie
wyłączenia napędu. W jednej chwili znikł siedzący mu na piersi olbrzym,
zastąpiła go nieważkość. Gdyby jego żyły nie były pełne leków przeciw
mdłościom, nagłe przejście z pewnością spowodowałoby wymioty.
- Co jest? - zapytał Aleks.
- Nowe zadanie - odpowiedział Holden przez zęby stukające od koktajlu. -
Wzywamy pomoc i pomożemy w negocjacjach w sprawie uwolnienia więźniów po
przejęciu Canta przez bandytów. Ponieważ to najbliższe w okolicy
miejsce, gdzie możemy się schować, ustaw nas za tą asteroidą.
- Przyjąłem, szefie. - Po chwili Aleks dodał znacznie ciszej. - Zabiłbym
teraz za parę wyrzutni albo miłe osiowe działo szynowe.
- O tak.
- Obudzić dzieciaki na dole?
- Niech śpią.
- Potwierdzam - rzucił Aleks i rozłączył się.
Zanim znowu przygniotło go przyśpieszenie, Holden włączył sygnał SOS
Rycerza. Kanał do Ade wciąż był otwarty i po tym, jak McDowell się
rozłączył, znowu słyszał jej oddech. Pokręcił głośność do maksimum i leżał unieruchomiony pasami, czekając na zmiażdżenie. Aleks go nie
zawiódł.
- Jedna minuta - oznajmiła Ade na tyle głośno, że przesterowanie
zniekształciło brzmienie.
Holden nie zmniejszył wzmocnienia. Był pełen podziwu dla spokoju, z jakim odlicza do uderzenia.
- Trzydzieści sekund.
Holden desperacko pragnął mówić, powiedzieć coś pocieszającego, złożyć
niedorzeczne i nieprawdziwe zapewnienia o miłości, ale siedzący mu na
piersi olbrzym roześmiał się tylko głębokim grzmotem palnika fuzyjnego.
- Dziesięć sekund.
- Przygotuj się na wyłączenie reaktora i udawanie martwych po uderzeniu
torped. Jeśli nie będziemy zagrożeniem, nie strzelą ponownie - odezwał
się McDowell.
- Pięć - zabrzmiał głos Ade.
- Cztery.
- Trzy.
- Dwa.
- Jeden.
Canterbury zadygotał i monitor zrobił się biały. Ade ostro wciągnęła
powietrze, ale dźwięk ucięło wraz z przerwaniem połączenia. Wrzask
statyki niemal rozerwał bębenki Holdena. Ruchem szczęki ściągnął
głośność w dół i połączył się z Aleksem.
Ciąg zmalał nagle do znośnych dwóch g i wszystkie czujniki statku
błysnęły informacją o przeciążeniu. Przez mały bulaj2 śluzy
wdarło się jaskrawe światło.
- Raport, Aleks, raport! Co się stało? - wrzasnął Holden.
- Mój Boże. Użyli atomówki. Spalili Canta - odpowiedział Aleks
oszołomionym i stłumionym głosem.
- Jaki jest ich stan? Daj mi raport o Canterbury! Nie mam tu żadnych
czujników. Wszystko zrobiło się białe!
Przez dłuższą chwilę panowała cisza.
- Ja też nie mam tu żadnych czujników, szefie - wyjaśnił w końcu Aleks.
- Ale mogę podać stan Canta. Widzę go.
- Widzisz? Stąd?
- Tak. Jest chmurą pary wielkości Mons Olympus. Nie ma go, szefie.
Zniszczony.
To nie może być prawda, zaprotestował umysł Holdena. To się nie
dzieje. Piraci nie unicestwiają lodowcowców. Nikt na tym nie zyskuje.
Nikt nie zarabia. A jeśli chce się po prostu zabić pięćdziesiąt osób, to
dużo łatwiej jest wejść do baru z pistoletem maszynowym.
Chciał to wykrzyczeć, wrzeszczeć na Aleksa, że się pomylił. Ale musiał
się opanować. Teraz ja jestem kapitanem.
- Dobra. Nowe zadanie, Aleks. Teraz jesteśmy świadkami morderstwa.
Zabierz nas do tej asteroidy. Zacznę składać radiogram. I obudź
wszystkich, muszą wiedzieć - stwierdził. - Restartuję pakiet czujników.
Planowo wyłączył wszystkie czujniki wraz z oprogramowaniem, odczekał
dwie minuty i powoli obudził je z powrotem. Trzęsły mu się ręce.
Ogarnęły go mdłości. Jego ciało sprawiało wrażenie, jakby obsługiwał je
zdalnie i nie wiedział, ile wynikało z wstrzykniętego koktajlu, a ile z szoku.
Czujniki odżyły. Jak każdą jednostkę latającą w przestrzeni, Rycerza
przygotowano do radzenia sobie z promieniowaniem, inaczej nie mógłby się
zbliżać do potężnego pasa radiacji wokół Jowisza. Jednak Holden wątpił,
by projektanci promu przy tworzeniu specyfikacji uwzględnili bliski
wybuch sześciu głowic jądrowych. Mieli szczęście. Próżnia mogła ich
ochronić przed impulsem elektromagnetycznym, ale promieniowanie wybuchu
i tak mogło spalić wszystkie czujniki jednostki.
Gdy odzyskał sensory, przeskanował przestrzeń w miejscu, gdzie znajdował
się Canterbury. Nie znalazł tam nic większego od piłki do tenisa.
Przełączył się na statek, który wystrzelił pociski, leciał teraz w stronę Słońca z leniwym jednym g przyśpieszenia. W piersi Holdena
zapłonął ogień.
Nie bał się. W skroniach zadudniła mu furia grożąca tętniakiem, zacisnął
pięści tak mocno, że aż rozbolały go ścięgna. Włączył nadajniki
łączności i wycelował wiązkę kierunkową w uciekający statek.
- Wiadomość do tego, kto rozkazał ostrzelać Canterbury, cywilny
lodowcowiec, który właśnie zniszczyliście. Nie możecie sobie tak po
prostu odlecieć, skurwysyny. Nie obchodzi mnie, czemu to zrobiliście,
ale właśnie zabiliście pięćdziesięciu moich przyjaciół. Musicie
wiedzieć, kim byli. Wysyłam wam nazwiska i zdjęcia wszystkich, którzy
tam właśnie zginęli. Dobrze przyjrzycie się temu, co zrobiliście. I pomyślcie o tym w czasie, gdy będę rozpracowywał waszą tożsamość.
Zamknął kanał głosowy, wywołał akta załogi Canterbury i zaczął je
nadawać na oddalający się statek.
- Co robisz? - zapytała go Naomi zza pleców, nie przez głośniczki
skafandra.
Stała tam bez hełmu. Pot przykleił jej gęste czarne włosy do głowy i szyi. Nie potrafił odczytać wyrazu jej twarzy. Holden też zdjął hełm.
- Pokazuję im, że Canterbury był prawdziwym miejscem, w którym żyli
prawdziwi ludzie. Ludzie z nazwiskami i rodzinami - warknął głosem
rozdygotanym od koktajlu. - Jeśli rozkazy na tamtym statku wydaje ktoś
choć trochę podobny do człowieka, to mam nadzieję, że będzie go to
prześladować aż do dnia, gdy wsadzą go do recyklera za morderstwo.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki