Przebudzenie labiryntu - Rainer Wekwerth

Reflow text when sidebars are open.
Jenna obudziła się i spojrzała w błękitne niebo. Lekki wiatr gnał poszarpane chmury, a wysoko samotny drapieżny ptak zataczał kręgi. Jenna obserwowała przez chwilę, jak ptak wykorzystuje siłę wstępującego wiatru, żeby wznieść się jeszcze wyżej.
"Co to za ptak, dlaczego tego nie wiem" - zadawała sobie pytanie.
Nagle kontury ptaka się zatarły, rozmyły w błękicie nieba i ptak znikł. Ogarnął ją niepokój.
"Gdzie jestem?".
Leżała na plecach. Na miękkiej trawie. Gdy odwróciła głowę, zobaczyła, że obok kołyszą się na wietrze długie, żółte źdźbła. Łagodny podmuch gładził jej twarz. Potem poczuła ciepło słońca.
"Tu jest pięknie, ale gdzie jestem?".
Z twarzą zwróconą do słońca i zamkniętymi oczami leżała jeszcze chwilę na łące. Nagle padł cień.
Otworzyła oczy.
Pochylał się nad nią młody mężczyzna. Miał młodzieńczy wygląd, regularne rysy, wydatne kości policzkowe, prosty, jak wyrzeźbiony w kamieniu nos, a pod nim wyraziste usta z małą blizną w kąciku. Wiatr uniósł jego długie czarne włosy i odsłonił twarz tylko na chwilę, a potem znów ją zakrył.
Brązowe oczy uważnie patrzyły na Jennę z góry. Młodzieniec nie uśmiechał się, mimo to poczuła się dobrze w jego towarzystwie.
- Jestem Jeb - powiedział, jakby to wszystko wyjaśniało.
Chciała odpowiedzieć, też się przedstawić, lecz zwlekała, bo brakowało jej słów.
Poczuła pojedynczą łzę spływającą po policzku.
"Kim jestem?".
Jeb łagodnie przytrzymał rękę nad jej twarzą, żeby osłonić Jennę od słońca.
- Zamknij oczy - powiedział spokojnie.
Posłuchała go, chociaż nie wiedziała dlaczego. W głosie Jeba było coś, czemu ufała, czemu nie mogła się oprzeć. Brzmienie tych słów ją uspokajało.
- Weź głęboki wdech, a potem zrób wydech.
Głęboko nabrała powietrza, a następnie je wypuściła. Dłonie mężczyzny pachniały trawą i ziemią.
- Teraz spróbuj jeszcze raz.
I już wiedziała. Tak się ucieszyła, że omal nie rzuciła mu się na szyję.
- Jestem Jenna! - zawołała.
Wszystko będzie dobrze. Nie była chora ani nie zwariowała. Miała imię i je znała. Jenna.
Patrzyła w ciemną twarz Jeba, która wydawała się otwarta jak niebo nad nią. Chłopak nagle zmarszczył czoło.
- Jenno, musisz wstać - powiedział z naciskiem.
Jego głos nie był już łagodny. Teraz brzmiał, jakby zmuszał się do wypowiadania słów.
Jenna czuła, że rośnie w niej strach. Skąd ta zmiana? Co zrobiła?
- Co się stało? - zapytała ostrożnie.
- Musimy iść, nie mamy czasu.
Nie rozumiała. Dlaczego nie mieli czasu? Wciąż była oszołomiona, gdy Jeb podał jej rękę i pomógł wstać. Zdezorientowana obróciła się wokół własnej osi. Na jej ramiona opadały długie jasne włosy. Nadal nie wiedziała, gdzie jest.
"Jeszcze nigdy tu nie byłam" - pomyślała.
Wszystko wydawało się obce. Trawa jak okiem sięgnąć. W oddali las, który sprawiał wrażenie mrocznego, a na horyzoncie wysokie góry, których wierzchołki pokryte były śniegiem. Jedna chmura właśnie zakryła słońce.
Jenna poczuła chłód, objęła się ramionami. Wtedy zorientowała się, że jest naga.
"Dlaczego dopiero teraz to zauważyłam?".
Próbowała zakryć się rękami. Nie powinna przecież być naga w towarzystwie obcego mężczyzny. Wzmógł się jej niepokój. Dlaczego nie powiedział, że jest naga?
Jeb znów jakby czytał swobodnie w jej myślach, bo wręczył Jennie brązowy plecak z gładkiego materiału z czarnymi zapięciami.
- Znajdziesz w nim ubranie - powiedział. - Będzie na ciebie pasowało. Myślę, że pasuje na każdego.
"Skąd to wie?".
Patrzyła na swego rozmówcę. Bez uprzedzeń, jakby to było najnormalniejsze na świecie, stał przed nią, nie odwracał wzroku, ale też się nie gapił. W sposobie, w jaki czekał, gdy się ubierała, było coś dobrze znanego Jennie, swojskiego. Jeb miał na sobie dżinsy, mocne turystyczne buty, ciepłą flanelową koszulę w kratę i nieprzemakalną kurtkę.
Słowa, które opisywały te ubrania, bez namysłu przyszły Jennie do głowy.
Chwyciła plecak i odwróciła się.
"Właściwie niepotrzebnie - pomyślała. - Cały czas patrzył na mnie nagą, więc wie, jak wyglądam".
Drżącymi palcami rozsznurowała plecak i wyjęła ubranie, niemal takie jak Jeba, bo on miał koszulę w niebieską kratę, a u niej dominowała czerwień.
- Pospiesz się, proszę.
Jenna zapięła guzik dżinsów i wskoczyła w kurtkę. Wszystko pasowało jak ulał.
"Dziwne...".
- Dopiero cię znalazłam. Dlaczego musimy się spieszyć? - zapytała.
- To ja cię znalazłem, prawda?
"Mam wrażenie, że ja ciebie szukałam" - pomyślała.
Twarz Jeba przypominała teraz ponurą maskę. Wyciągnął prawą rękę i wskazał na horyzont, w kierunku lasu. Na tle wyrazistego tła gór las był jak ciemny cień. Nieprzenikniony i mroczny obramowywał wznoszące się nad nim wyniosłe, stalowoszare szczyty. Ponad białymi czubkami masywu gór wisiały chmury. Suche krzaki i zarośla na równinie były jedynymi akcentami w tym monotonnym, stepowym krajobrazie.
- Musimy tam dojść, zanim się ściemni. Nie możemy tu zostać.
- Nie rozumiem. Dlaczego musimy iść do lasu? I skąd o tym wiesz? Gdzie jesteśmy?
- Wyjaśnię ci później. Uwierz mi, że trzeba ruszyć natychmiast.
Jenna zwlekała. Nie podobało jej się, że Jeb komenderuje, nie podając powodu swojego dziwnego zachowania.
- Nie. Wyjaśnisz mi to teraz. Nie zrobię bez tego ani kroku. Muszę wiedzieć, gdzie jesteśmy - zażądała pewnym głosem.
Jeb wydawał się opanowany i spokojny, ale jego odpowiedź zupełnie zaskoczyło Jennę.
- Grozi nam niebezpieczeństwo.
Rozejrzała się, lecz niczego nie dostrzegła. Ani ludzi, ani zwierząt.
W okolicy, która jeszcze przed chwilą wydawała się przyjazna, panowała niesamowita cisza.
- Jeśli natychmiast nie wyruszymy, może nam grozić śmiertelne niebezpieczeństwo - powtórzył ze spokojem, który jej uświadomił, że Jeb mówi o konkretnym zagrożeniu.
Najwyraźniej był o tym przekonany, ale Jenna nie chciała dać sobie napędzić strachu.
- Śmiertelne? Nie ma w tym aby przesady? Nie widzę żadnego niebezpieczeństwa. Powiedz mi, o co chodzi.
Pokręcił głową.
- Nie ma na to czasu.
Odwrócił się i odszedł. Jenna nie wiedziała, co zrobić. Iść za nim, czy zostać? A może poczekać tutaj? Może powrócą wspomnienia i będzie wiedziała, jak się tu znalazła i co im grozi?
"Kim był Jeb?".
- Jeb? - zawołała. - Jeb! Nie możesz mnie przecież tak po prostu...
Jeb jednak się do nie odwrócił, tylko szedł dalej. Jenna poczuła ucisk w gardle. Był jedynym człowiekiem, jak okiem sięgnąć, i coraz bardziej się oddalał. Myśl, że została sama na tej połaci ziemi, przeraziła ją.
Głęboko odetchnęła, wzięła plecak, który po wyjęciu ubrań był o wiele lżejszy, i poszła za Jebem.
Dogoniła go i przez chwilę szli obok siebie w milczeniu. Maszerowali w stronę gór, nad które nadciągały coraz ciemniejsze chmury. Pojedyncze błyskawice uderzały w ziemię, ale burza była jeszcze zbyt daleko, by było słychać grzmoty. W powietrzu wisiał zapach ziemi i robiło się chłodniej. Jenna zmarzła, więc zapięła kurtkę na zamek błyskawiczny. Była głodna i spragniona, ale nie miała odwagi zapytać Jeba o to, kiedy zrobią postój. Obserwowała go kątem oka. Był o głowę wyższy, wysportowany. Zauważyła, że poruszał się pewnie, miał harmonijne ruchy. Zmrużył oczy w wąskie szparki i wpatrywał się w las w oddali.
- Jeb? Gdzie jesteśmy?
Spojrzał na nią, ale nie zwolnił tempa. Zawahał się.
- Nie wiem dokładnie.
- Nie wiesz? - Dla Jenny było oczywiste, że Jeb orientował się w sytuacji.
Wiedział przecież o niebezpieczeństwie grożącym w tym miejscu i o tym, gdzie będą bezpieczni. Jeżeli nie orientował się, gdzie są, to dlaczego tak nieprzerwanie maszerowali w stronę horyzontu?
- Nie jestem pewny. - Teraz wyglądał o wiele młodziej niż przed chwilą. I Jenna pomyślała, że łatwo go zranić. - Wczoraj obudziłem się w tej okolicy. Tak samo jak ty. Byłem nagi, nie pamiętałem, jak się tu znalazłem. Znałem swoje imię, ale poza tym nie wiedziałem nic.
Jenna wiedziała o czym Jeb mówi: jej głowa była jak puste pomieszczenie, którego ściany pomalowano na biało i w którym nie ma mebli, obrazów ani dywanów.
Niczego. Tylko pytania, na które nie zna odpowiedzi.
"Nie znam tego otoczenia, jestem tu obca, jak to możliwe, że budzę się w jakimś nieznanym miejscu, nie wiedząc, jak się tam znalazłam?
Dlaczego byłam naga? Skąd to ubranie? Dlaczego pasuje, jakby było moje?".
Z każdą minutą ogarniało ją coraz większe zakłopotanie.
- Znalazłem plecak z ubraniem, jedzeniem i butelką wody do picia - mówił dalej Jeb.
W tym momencie zaburczało Jennie w brzuchu, ale przynajmniej dowiedziała się, że w plecaku ma coś do jedzenia.
- Najpierw nie działo się nic - kontynuował Jeb. Złapał się za brodę i potarł ręką gładkie policzki. - Nie pamiętam wielu rzeczy ze swego życia, a tego, co sobie przypominam, tu nie ma.
- Czyli?
- Motocykla. Czarnego, marki Harley-Davidson Indian. Masywnego, z wyblakłym brązowym siedzeniem ze skóry. Myślę, że był mój. - Odwrócił się do Jenny, ale cały czas szedł dalej. - Wiesz, co to motocykl?
Tak. - Jenna nagle zobaczyła przed oczami obraz. Przypomniała sobie, jak wygląda motocykl.
Nabrała trochę nadziei. Już dawno odrzuciła myśl, że to tylko sen. We śnie nikt nie czuje, że buty obcierają mu pięty. Tu było inaczej. To nie był sen. Nieważne, jak się tu znaleźli, musiała odnaleźć drogę do domu. Gdziekolwiek był. Na tę myśl aż zakręciło jej się w głowie.
Jeb wskazał ręką okolicę.
- Widzisz gdzieś drogę, jakiś dom albo w ogóle cokolwiek?
- Nie - odpowiedziała.
Ulica. Dom. To były nowe obrazy.
- Jeśli tu nie ma dróg, to do czego, u diabła, byłby potrzebny motocykl? - zapytał ze złością.
Jenna cieszyła się, że Jeb pierwszy raz nie do końca kontroluje swoje uczucia i najwyraźniej czuje się tak samo niepewnie jak ona.
- Pamiętasz, gdzie widziałeś ten motocykl?
- Nie, wiem tylko, że to gdzieś indziej. Ale jest jeszcze coś, co każe mi przypuszczać, że znajdujemy się w obcym świecie.
"Obcy świat? Co to znaczy?".
Jenna skupiła na Jebie całą uwagę.
- Dlaczego tak myślisz? - zapytała.
- Przesłanie.
- Jakie przesłanie? Nie każ mi wszystkiego z ciebie wyciągać.
- Gdy się tu obudziłem, znalazłem w plecaku poza ubraniem i jedzeniem także kartkę.
- A na niej? - Jenna miała ochotę głośno się roześmiać. Coraz lepiej!
- Informacja. Dla nas. Było napisane, co się z nami stanie.
Już chciała zrobić kąśliwą uwagę, ale powstrzymała się, widząc poważną minę Jeba.
O czym on mówi? Najpierw sugeruje, że są w niebezpieczeństwie, a teraz, że jest dla nich jakieś przesłanie. To wszystko jest bez sensu. Uciekają przed czymś, co nie istnieje, a Jeb prawdopodobnie ma nie po kolei w głowie. Musi skończyć z tym obłędem i zwyczajnie pójść do domu.
Jenna nie potrafiła ukryć rozbawienia.
- Co było napisane na kartce?
Patrzył na nią ze spokojem.
- Było dla mnie oczywiste, że tak zareagujesz.
- A jak powinnam reagować?
- Mogłabyś mi zadać pytanie. Właściwie dziwi mnie, że jeszcze o to nie spytałaś.
- O co?
Czyżby to wszystko było jakąś kretyńską zabawą w pytania i odpowiedzi?
Ciemna chmura zasłoniła słońce i teraz, w półmroku, otoczenie wydawało się złowrogie.
Jeb popatrzył prosto w oczy Jenny.
- Powinnaś mnie zapytać, jak cię znalazłem.
Słowa Jeba zawirowały w głowie Jenny. Zatrzymała się i rozejrzała. Step, jak okiem sięgnąć. Próbowała odnaleźć miejsce, gdzie leżała w wysokiej trawie. To niemożliwe. Przed nią rozciągał się wielki zielonożółty ocean, w którym można się było zagubić.
"To niemożliwe, żeby znalazł mnie przez przypadek" - pomyślała.
- Wiedziałeś, gdzie mnie znajdziesz?! - krzyknęła, bo Jeb niestrudzenie szedł dalej.
- Tak. To była część przesłania. A teraz chodź, musimy się pospieszyć. Odnalezienie cię jest dla mnie dowodem, że prawdą musi być też wszystko inne, co zapowiada przesłanie.
Dogoniła go i popatrzyła z powagą. Wprawdzie bardzo się bała poznać odpowiedź, ale czuła, że musi zadać to pytanie.
- Czy było tam również coś o tym, przed czym uciekamy?
Zwlekał z odpowiedzią, ale rzucił okiem w kierunku lasu, który wciąż jeszcze był daleko na horyzoncie. Jenna widziała, że Jeb chce jej to wyjaśnić, ale nie zdążył.
Nagle rozległ się długi krzyk. Wydawało się, że dochodzi z daleka. Z początku docierał słabo, ale potem wyraźnie słychać go było przez szum traw. Jenna się skuliła. To było przerażające, budziło grozę, ale przede wszystkim brzmiało nieludzko.
- Słyszałaś to? - Jeb zastygł, jakby uszło z niego życie.
- Tak, dość osobliwe. Co to było? - Patrzyła w kierunku, z którego dochodził krzyk, ale nic nie widziała. Jeb wciąż stał w bezruchu, więc ostrożnie dotknęła jego ramienia. - Jeb?
- Chodźmy szybciej, słońce zaraz całkiem zajdzie. W przesłaniu było napisane, że jesteśmy w niebezpieczeństwie, gdy nie świeci słońce. - Patrzył na nią poważnie. - Na kartce jest też więcej informacji, ale teraz nie ma na to czasu. Prawdopodobnie coś jest w pobliżu i na nas poluje. To ma coś wspólnego z naszym lękiem. Powinniśmy być ostrożni, przynajmniej dopóki nie dowiemy się czegoś więcej. Teraz musimy iść dalej.
"Ktoś ich ściga? Kto i dlaczego?".
Jenna zrozumiała, że nie otrzyma teraz odpowiedzi. Wskazała na niebo, gdzie za szczytami gór piętrzyły się duże burzowe chmury. Szli w tamtym kierunku.
- Czy to rozsądnie, aby kierować się wprost do lasu?
Jeb skinął głową.
- Tam jest drewno i możemy rozpalić ogień. Tu na stepie pali się albo wszystko, albo nic.
To było logiczne wyjaśnienie, ale nie uspokoiło Jenny. Przeciwnie. Las wydawał się jej wciąż zbyt daleko, by dotrzeć do niego przed burzą. Jeb chyba myślał podobnie, bo spojrzał na nią pytająco:
- Myślisz, że możemy kawałek podbiec? - I jakby wyczuł, że wiele pytań ciśnie się jej na usta, więc pospiesznie dodał: - Porozmawiamy później, gdy znajdziemy pozostałych.
- Pozostałych? - wysapała w biegu Jenna. - O kim mówisz?
Była przekonana, że są tu sami.
- Wiem, gdzie ich znajdziemy. Musimy do nich dołączyć. Może wiedzą, o co tu chodzi. Jeśli chcemy przeżyć, musimy poznać odpowiedzi na te pytania.
"Pozostali...
Nie byli sami".
Bogu dzięki! Ludzie to ochrona i bezpieczeństwo.
Znów rozległ się krzyk. Tym razem bardziej podobny do skrzeczenia, od którego po plecach Jenny przeszedł dreszcz. I rozległ się już znacznie bliżej.
A to oznaczało większe możliwości obrony, jeśli w istocie ktoś ich ścigał.