Przebudzenie - Kate Chopin

Kup ebooka

3.84 zł
3.30 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

 

Zielonożółta papuga wisząca w klatce przy drzwiach powtarzała w kółko:

Allez vous-en! Allez vous-en! Sapristi! Już dobrze!

Znała trochę hiszpański, a także język nie znany nikomu z wyjątkiem zapewne drozda w klatce po drugiej stronie wejściowych drzwi, który z obłędnym uporem wyśpiewywał głosem fletu melodie unoszone przez wiatr.

Pan Pontellier nie mogąc w spokoju przeczytać gazety wstał z oburzonym wyrazem twarzy, burknął coś pod nosem i skierował się ku galeryjce, która za pomocą "mostków" łączyła poszczególne pawilony pensjonatu pani Lebrun. Siedział był na ganku głównego domu. Papuga i drozd jako własność pani Lebrun miały pełne prawo czynienia zgiełku o każdej porze. Panu Pontellier pozostał przywilej opuszczenia tego towarzystwa z chwilą, gdy przestało go bawić.

Dotarł do swego domku, który był czwartym - licząc od głównego budynku - i przedostatnim w szeregu. Rozsiadł się w plecionym fotelu na biegunach i jeszcze raz przystąpił do lektury. Była niedziela; miał gazetę z soboty. Niedzielna prasa nie dotarła jeszcze na Grand Isle. Zdołał już zaznajomić się z raportem giełdowym, przebiegł więc teraz pobieżnie artykuł wstępny i te z wiadomości, których nie miał czasu przeczytać przed wyjazdem z Nowego Orleanu.

Pan Pontellier nosił szkła. Miał lat czterdzieści, był mężczyzną średniego wzrostu i raczej smukłej budowy, lekko się garbił. Włosy miał brązowe, proste, z przedziałkiem na boku; brodę krótko przystrzyżoną i starannie utrzymaną.

Raz po raz podnosił wzrok sponad gazety i rozglądał się dokoła. Jakiż niezwykły hałas panował w domu. "Domem" nazywano główny budynek w odróżnieniu od "domków". Ptaki nadal gadały i gwizdały. Para podlotków - bliźniaczki Farival - grała na pianinie duet z Zampy. Madame Lebrun krzątała się to w domu, to na podwórzu; z pokoju rzucała donośnym, piskliwym głosem polecenia chłopcu stajennemu, a z podwórka - równie donośnie - komenderowała służącą w jadalni. Pani Lebrun była wdzięczną, ponętną niewiastą, ubraną zawsze w białą suknię z rękawami odsłaniającymi łokcie. Jej wykrochmalone spódnice głośno szeleściły przy każdym kroku. Nieco dalej, za jednym z domeczków przechadzała się po ścieżce dama w czerni i z miną nabożną odmawiała różaniec. Większość osób mieszkających w tym pension udała się lugrem Beaudeleta do Ch?niére Caminada na mszę. Młodzież grała w krokieta pod dębami. Było tam również dwoje dzieci pana Pontellier - malcy w wieku lat czterech i pięciu. Doglądała ich niańka pół-Mulatka z twarzą powleczoną wyrazem głębokiej zadumy.

Pan Pontellier zapalił wreszcie cygaro, puścił jeden i drugi kłąb dymu i pozwolił gazecie leniwie wysunąć się z jego ręki. Utkwił wzrok w białej plamie parasola, zbliżającego się w ślimaczym tempie od strony plaży. Ujrzał parasol najpierw pomiędzy sękatymi pniami dębów, potem na tle łąki porośniętej złocistymi rumiankami. W dali zatoka stapiała się mgliście z błękitem horyzontu. Parasol powoli się przybliżył. Okryta jego cieniem, zaróżowionym od jedwabnej podszewki, szła pani Pontellier z młodym Robertem Lebrun. Gdy dotarli do domeczku, osunęli się oboje z wyrazem znużenia na najwyższy stopień ganku i zwróceni do siebie twarzami oparli plecy o słupy podtrzymujące daszek.

- Ależ to prawdziwe szaleństwo! Kąpać się o tej porze, w taki upał! - wykrzyknął pan Pontellier. On sam wziął kąpiel o świcie. Z tego też powodu tak mu się dłużył poranek.

- Opaliłaś się, że trudno cię poznać - dodał patrząc na żonę, jak się patrzy na cenną własność, która doznała pewnego uszczerbku. Żona w odpowiedzi uniosła w górę ramiona - mocne, kształtne - i podwijając mankiety przyjrzała się krytycznie swym dłoniom. Widok ten przypomniał jej, że przed pójściem na plażę zostawiła mężowi wszystkie pierścionki.

Bez słowa wyciągnęła rękę; zrozumiał jej gest, sięgnął do kieszonki kamizelki i opuścił pierścienie w otwartą dłoń żony Wsunęła jeden po drugim na palce; potem objąwszy kolana spojrzała na Roberta i wybuchnęła śmiechem. Pierścionki zabłysły na jej palcach. Robert uśmiechem odpowiedział na jej śmiech.

- O co chodzi? - zapytał pan Pontellier przenosząc leniwe, rozbawione spojrzenie z żony na Roberta. Chodziło o coś zupełnie niedorzecznego - jakiś śmieszny epizod w wodzie, o którym próbowali oboje jednocześnie opowiedzieć. W opowiadaniu wcale nie wypadł zabawnie. Było to oczywiste dla całej trójki. Pan Pontellier ziewnął i przeciągnął się. Potem wstał mówiąc, że ma ochotę zajrzeć do hotelu Kleina i pograć w bilard.

- Chodź ze mną, Lebrun - zaproponował Robertowi. Lecz Robert otwarcie przyznał, że woli pozostać na miejscu i porozmawiać z panią Pontellier.

- Trudno. Odpraw go, Edno, kiedy zacznie cię nudzić - pouczył żonę zabierając się do odejścia.

- Czekaj! Weź to! - zawołała sięgając po parasol. Wziął go z rąk żony, z rozpiętym nad głową parasolem zszedł po stopniach ganku i oddalił się.

- Czy wrócisz na kolację? - krzyknęła za nim. Przystanął na moment i wzruszył ramionami. Dłonią przeciągnął po kamizelce, wymacał w kieszeni banknot dziesięciodolarowy. Nie był zdecydowany: być może wróci na wczesną kolację, być może nie. Wszystko zależało od tego, jakie zastanie u Kleina towarzystwo i jak mu pójdzie gra. Nic z tego nie powiedział, lecz domyśliła się, roześmiała i kiwnęła mu głową na pożegnanie.

Obaj chłopcy chcieli iść z ojcem, gdy ujrzeli, że odchodzi. Ucałował dzieci i przyrzekł, że przyniesie im cukierków i orzeszków.

 

ROZDZIAŁ 2

 

Oczy pani Pontellier były błyszczące i ruchliwe; miały jasnobrązowy odcień jej włosów, Z charakterystyczną bystrością kierowała spojrzenie na przedmiot zainteresowania, a potem zatrzymywała na nim wzrok znieruchomiały przez chwilę, jakby pod wpływem natłoku myśli lub głębokiej zadumy.

Brwi miała odrobinę ciemniejsze od włosów. Tworzyły grubą i prawie prostą linię, podkreślającą głębię oczu. Była raczej urodziwa niż piękna. Twarz jej zniewalała swym szczerym wyrazem, w rysach czaiła się subtelna gra wewnętrznych sprzeczności. Sposób bycia miała ujmujący.

Robert skręcił papierosa. Palił papierosy, ponieważ - tak twierdził - nie mógł pozwolić sobie na cygara. Miał w kieszeni jedno cygaro, otrzymane w podarunku od pana Pontellier, ale chował je na popołudnie. Było to słuszne i naturalne w jego sytuacji.

Robert przypominał kolorytem swą towarzyszkę. Wzajemne podobieństwo wzmagała jego gładko wygolona twarz - byłoby inaczej, gdyby miał zarost.  Otwarte oblicze tego młodego mężczyzny nie zdradzało najmniejszego śladu jakiejkolwiek troski. Oczy jego wchłaniały i odbijały blask i ospałość letniego dnia.

Pani Pontellier sięgnęła po leżący na ganku wachlarz z palmowego liścia i zaczęła się wachlować. Robert puszczał wargami kłęby dymu z papierosa. Gwarzyli bez przerwy: o tym, co ich otacza; o śmiesznym incydencie nad morzem - odzyskał teraz swój zabawny aspekt; o wietrze, o drzewach, o osobach, które wybrały się do Ch?niére; o dzieciach grających w krokieta pod dębami i o bliźniaczkach Farivalów, które grały dla odmiany uwerturę do Chłopa i poety.

Robert wiele mówił o sobie. Był bardzo młody i nie znał lepszego tematu. Z tego samego powodu pani Pontellier również mówiła o sobie. Słuchali się nawzajem z ciekawością. Robert zwierzył się z zamiaru podróży do Meksyku jesienią; w Meksyku na pewno czekała go fortuna. Wybierał się od dawna, lecz dziwnie jakoś nie mógł tam dotrzeć. Zamiast tego trzymał się skromnej posadki w domu handlowym w Nowym Orleanie, gdzie biegła znajomość zarówno angielskiego, jak i francuskiego i hiszpańskiego zapewniała mu nie najgorszą rangę urzędnika prowadzącego korespondencję firmy.

Spędzał letnie wakacje, jak zwykle, u matki na Grand Isle. Dawniej, w czasach, których Robert nie mógł pamiętać, dom ten był luksusową letnią rezydencją rodziny Lebrun. Obecnie, powiększony o tuzin lub więcej letnich pawilonów, zawsze wynajmowanych przez wytwornych gości z Quartier Français, zapewniał Madame Lebrun utrzymanie, a nawet egzystencję pełną wygód, do których - we własnym przekonaniu - miała prawo przyrodzone.

Pani Pontellier opowiadała o plantacji swego ojca w stanie Missisipi i o latach dziewczęcych spędzonych w rodzinnym domu w Kentucky, kochanym starym kraju, porośniętym błękitną trawą. Była Amerykanką, a niewielka domieszka krwi francuskiej chyba całkowicie już rozpuściła się w jej żyłach. Przeczytała list od swej siostry bawiącej na Wschodzie, która miała niebawem poślubić swego narzeczonego. Robert słuchał z zainteresowaniem, pragnął wiedzieć, jakie były siostry pani Pontellier, jaki był jej ojciec i kiedy umarła jej matka.

Gdy pani Pontellier złożyła odczytany list, pora była przebrać się do wczesnej kolacji.

- Widzę, że Léonce nie wraca - zauważyła rzuciwszy spojrzenie w stronę, w której zniknął jej mąż. Robert przytaknął; u Kleina zebrało się sporo bywalców nowoorleańskich klubów.

Pani Pontellier opuściła Roberta i udała się do swego pokoju; młody człowiek zszedł po stopniach ganku, skierował się ku gromadce młodzieży grającej w krokieta i przez pół godziny, aż do kolacji, bawił się z dziećmi państwa  Pontellier, które za nim przepadały.