Przebudzenie - Katarzyna Lisowska

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (17,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dedykacja

Mojemu dziadkowi,

który przeżył dwa obozy zagłady,

jego kuzynowi poległemu w Auschwitz

śmiercią niewyobrażalną,

mężowi siostry babki -

ofierze nazistowskich eksperymentów

pseudomedycznych.

Ludziom zagazowanym, bo kochali

jak umieli...

Chorym i upośledzonym z Konwentu,

gdzie pracowałam wolontaryjnie,

a których stracono wszystkich w czasie wojny w Oświęcimiu.

Nie ma ludzi lepszych i gorszych, są różni,

jak wiersze -

nie ma gorszych i lepszych poetów,

są różni.

Opowieść nie swoja

Zdarzyła nam się miłość

odległa, z tych niemożliwych i nie przystających

do rzeczywistości,

tak że Ty idziesz tą doliną

a mnie nie ma

nawet u górskiego szczytu

by patrzeć jak ją samotnie przemierzasz

obok mnie. Obok mnie wędrujesz do mnie

i mijasz mnie w każdym tłumie

pojedynczego spojrzenia ludzkiego,

nieludzko okaleczającego. Dobrze byłoby

byś przez ostrożność mijała mnie także

w każdym śnie, szczególnie rodzącym się o poranku,

bo możemy spotkać się w tłumie

w drodze do tego samego sklepu,

choć są ich setki w mieście przepełnionym

po brzegi człowiekiem,

które umiera co dnia przez gęstość zaludnienia

z samotności.

Nie mogę prowadzić Cię za rękę,

bo zdarzyła nam się miłość nie z tego świata,

choć zrodzeni z niego -

musimy trzymać się z dala,

przez bliskość naszą jaką mamy ku sobie.

To Ty do mnie pierwsza podeszłaś.

Mogę mówić o sobie ja człowiek,

ale to nic nie zmieni.

Byłaś już dojrzałą kobietą,

kiedy ja zaczęłam wyrastać z piasku,

świata miniatur, gdzie problemy nigdy nie miały znaczenia.

Wszystko było możliwe, potem urosło ze mną

jak babki stawiane na piasku

pod kopułę deszczowo rozedrganego nieba.

Mogłabyś być moją matką...

* * *

Przestajesz mieć znaczenie.

Zaczynasz mi śpiewać, kiedy zasypiam obok.

Nie umiesz śpiewać i opowiadać bajek na dobranoc.

Nie miałaś dzieci. Mówią że to człowiek stracony dla świata.

Nie jestem dzieckiem od wielu lat.

Zaczynasz wierzyć w to co mówią ludzie

myląc mnie

z Twoim dzieckiem

na ulicy w świetle wymokniętej latarni.

Większy jest w Tobie strach

niż on w Tobie jest.

Zaśpiewaj mi czarną piosenkę

która kołysze się nad miastem

stadem odlatującego stąd ptactwa.

Nie wszystkie powroty

będą możliwe.

Rozsypię ziarna za sobą, żebyś wiedziała

jak się do siebie wraca po dalekiej podróży. Wraca.

Tylko nie spożywaj tej miłości w samotności,

żeby nie napełniła Cię gorycz rozstania

które jest jak długie powroty.

Skracaj drogę odmierzając czas

i wierz że mijamy się

by możliwe były spotkania.

Śmierć

Umrę, wiesz co to znaczy?

Bo ja jeszcze tego nie wiem.

Wyobrażam sobie tylko swoje istnienie

oderwane od sztucznego bytu,

którego od pierwszej chwili

ktoś pierwszy lepszy

mógł mnie pozbawić,

jakiś to lekarz, człowiek -

wydobywając z głębi ciała kobiety

żelaznymi sztućcami -

rozwijający się zarodek -

miażdżąc mu mniej, bardziej zręcznym ruchem

głowę...

Straszny jest świat człowieka, w którym rodzimy się

nie sobą,

czaszki swoje jak łupiny orzechów

nożycami możemy rozgniatać

i czuć zadowolenie ze swej pracy?

Umrę, wiesz co to znaczy?

Mam 25 lat, wschody i zachody słońca znam

na pamięć, noszę w sobie

przez dni całe, zachmurzone.

Wiem jak się chodzi, biega, smuci i uśmiecha

i jak boli roztrzaskane kolano.

Mam swoje ulubione miejsca

do których będę wracać,

bo zdarzył się w moim życiu czas,

by poznać do nich drogę.

To ważne jak i kiedy się umiera.

Papierosy Szymborskiej

W kłębach dymu unosi się wspomnienie.

Kłęby dymu noszą przedziurawione wspomnienia.

To ważne było, skoro było.

Szymborska mająca 24 lata

biegnie przez miasto w kolorowej sukience,

siada na poniszczonej ławeczce.

Nie mogę tego wiedzieć, ale wiem.

Takie jest moje osobiste o niej wspomnienie.

Ocalona ponad szare ruiny miasta o które się potyka

patrzy w ścianę, mur jaki ocalał jak ona

i widzi we wspomnieniu na piętrze nieba

lustro nie przebite kulą

jak jej serce.

W jej oczach i jego tafli

odbijają się chmury,

jakie pędzą przed siebie.

Szymborska ma 24 lata.

Ma kolor skóry czarny aż złoty,

ma obręcze na długiej szyi.

To sen.

Szymborskiej, Różewicza.

Ludzi wojny,

jaki zdarza się, skoro zdarza się.

Szymborskie, małe dziewczynki swej epoki,

żyjące mimo śmierci,

nie anonimowe.

Masowe sny o wojnie jak anonimowe groby

na Cmentarzu Rakowickim

z przetrąconym krzyżem

mimo braku wojny.

Lustra ocalone, groby wypełnione

krwią jaka zasłoniła oczy,

które napotkały

kule błądzące,

śmierć roznoszące wśród ludu umiłowanego.

Miłość na Wieży Babel

Bardzo chcesz wierzyć że to jest miłość,

ciągle o niej mówisz, by tak się przyjęło mówić.

Spotkanie to było tak nagłe, nieoczekiwane.

Od razu połączyłaś nas ze sobą czym się dało.

Chciałaś byśmy wracały każdego dnia do wspólnego domu,

siadały przy jednym stole, budziły się

w tym samym łóżku obok siebie

patrząc sobie wciąż ze zdumieniem w oczy

zastanawiając wspólnie jak to mogło się zdarzyć.

Zastąpić chciałaś mi cały świat, ojca, matkę,

przepędzić z mojego nieba widmo studenta

szukającego pracy w dobie kryzysu

zatrudniając w swojej firmie.

Brak człowieka był dostrzegalny w Twoim codziennym życiu.

Jest muzyka która nie jest sobą, ale wiele osób

ją słucha i wielbi,

więc jej istnienie ma rację bytu.

Czy to wszystko tylko przez samotność?

Odurzyć się jakąś miłością?

Zatrzymać kogoś przy sobie, kogo można jeszcze

wychować,

by był obok, niezależnie od mijającego czasu.

Spytałaś kiedyś czy wyobrażam sobie seks za parę lat

z kimś podobnym do swoich rodziców... I dodałaś...

Że nie wyobrażasz sobie porzucenia kiedy będziesz stara

a ja w pełni sił odejdę

do innej.

Odchodzę nim zdążyłaś się zestarzeć...

Wciąż nie rozumiemy swych pytań,

jak na Wieży Babel.

Pusty dom

Stoi pusty dom Julii na wsi.

Bluszcz przebija kratkę strzępów czarnych szyb,

wędruje do wewnątrz

i wraca z otchłani ku słońcu.

Julia miała 76 lat.

Wychodziła na balkon co rana

i wieszała na balustradzie ze spróchniałego drewna

wielkie, białe poduchy.

Przez resztę dnia patrzyła przez okno, które jej one

właśnie zasłaniały.

Przez okno zarastające za jej życia bluszczem.

Przed bluszczem ona je wybiła.

Wyskoczyła przez nie nocą, bo - mówiła - odwiedził ją

jej zmarły mąż.

Julia już nie wróciła do swojego domu.

Rodzina zabrała ją do siebie.

Julia chodzi nocą po kościołach w mieście.

Mówi, że chodzi za nią zmarły mąż.

Kiedy żył wszystko w ich domu się tłukło.

Rzucali do siebie naczyniami, następnego dnia szli pod

ramię.

Teraz Julia przewraca wszystko w swoim pokoju

i mówi

że

to

on...

* * *

Cisza,

ten wyraz też wypełnia sobą przestrzeń.

Spacerując po Cmentarzu Rakowickim natrafiam

po raz pierwszy na Grób Szymborskiej,

jest dla mnie jak dla innych Grób Agamemnona.

Wyjmuję z kieszeni indeks

nie elektronowy

i dumam nad swym losem

pisząc wiersze

na wyrwanych kartkach z czcigodnego dokumentu,

a ślubowałam przecież że zachowywać się będę

przez lata studiowania godnie,

póki nie zostanę magistrem po raz drugi

lub nie odejdę z murów mojej Alma Mater.

Zostawiam wiersze

wpychając je między kwiaty.

Piszę wciąż jeden:

Żaden kot się nie powtórzy,

nie ma dwóch podobnych kotów -

oraz że Kornel powinien spocząć obok.

Najlepiej by trzymali się za ręce

dotykając trumny

dłoń ku sobie wyciągnąć

na wieki

w geście tym zastygnąć,

ale

ja też jestem tylko prochem.

Umieram,

ale świat mój zostaje.

Mam 25 lat

Przeżywałam II wojnę światową,

dwa obozy... Ze wspomnień żywych po dziadku.

Śni mi się w nocy obóz.

Pot spływa po czole.

Widzę kominy długie do nieba,

jedyną drogę ocalenia -

uciekam w pasiaku,

ale przestrzeń się obraca

i wpadam do komory... Sen zawsze tak się kończy,

jak w życiu kuzyna dziadka...

Piszę dużo o wojnie,

jakbym ją przeżyła.

Mój pierwszy tomik

był pisany rozstrzelanymi słowami

jak w Pamiętniku z Powstania Warszawskiego.

Opisałam tam swoje życie,

wszystko działo się szybko.

Rozpoczął się wiek XXI, na ekranie wybuchły dwie wieże.

My wtedy zaczęliśmy dorastać, w erze zamachów na

wszystko

jak wielkie promocje, które skoro są sobą

to nie są sobą.

To co nie logiczne stało się jedyną słusznie

wyznawaną logiką,

uczciwą, będącą sobą, skoro nie logiczną.

Pod ostrzałem czasu

rozrastaliśmy się jak drzewa na niebie

tworząc pajęczynę

na ulicy

swojej podwórkowej tożsamości.

Świat już nigdy nie był taki sam, spokojny, pewny.

Czas przyśpieszył. Z 11 lat zrobiło się 25.

Wyrosłam na boisku pod dziurawym niebem.

Patrzymy na niebo na którym jest smog,

choć jesteśmy oddaleni od Krakowa, mieszkamy na wsi.

Nie da się ukryć, bo to widać nawet na niebie

że oszukano nas. Oddychamy nawet śmiercią,

spożywamy ją, pijemy,

jest nawet na wigilijnym stole.

Podajemy ją sobie z rąk do rąk

a na stole biały opłatek, symbole życia, nadziei...

Nie trzeba karabinów i bomb,

obozów zagłady,

by zniszczyć świat.

Wojna w Europie trwa,

inaczej gazeta dla której piszę nie wysyłałaby

mnie relacjonować zdarzeń

z obszaru walk, gdzie giną każdego dnia w starciach ludzie.