Dedykacja
Mojemu dziadkowi,
który przeżył dwa obozy zagłady,
jego kuzynowi poległemu w Auschwitz
śmiercią niewyobrażalną,
mężowi siostry babki -
ofierze nazistowskich eksperymentów
pseudomedycznych.
Ludziom zagazowanym, bo kochali
jak umieli...
Chorym i upośledzonym z Konwentu,
gdzie pracowałam wolontaryjnie,
a których stracono wszystkich w czasie wojny w Oświęcimiu.
Nie ma ludzi lepszych i gorszych, są różni,
jak wiersze -
nie ma gorszych i lepszych poetów,
są różni.
Opowieść nie swoja
Zdarzyła nam się miłość
odległa, z tych niemożliwych i nie przystających
do rzeczywistości,
tak że Ty idziesz tą doliną
a mnie nie ma
nawet u górskiego szczytu
by patrzeć jak ją samotnie przemierzasz
obok mnie. Obok mnie wędrujesz do mnie
i mijasz mnie w każdym tłumie
pojedynczego spojrzenia ludzkiego,
nieludzko okaleczającego. Dobrze byłoby
byś przez ostrożność mijała mnie także
w każdym śnie, szczególnie rodzącym się o poranku,
bo możemy spotkać się w tłumie
w drodze do tego samego sklepu,
choć są ich setki w mieście przepełnionym
po brzegi człowiekiem,
które umiera co dnia przez gęstość zaludnienia
z samotności.
Nie mogę prowadzić Cię za rękę,
bo zdarzyła nam się miłość nie z tego świata,
choć zrodzeni z niego -
musimy trzymać się z dala,
przez bliskość naszą jaką mamy ku sobie.
To Ty do mnie pierwsza podeszłaś.
Mogę mówić o sobie ja człowiek,
ale to nic nie zmieni.
Byłaś już dojrzałą kobietą,
kiedy ja zaczęłam wyrastać z piasku,
świata miniatur, gdzie problemy nigdy nie miały znaczenia.
Wszystko było możliwe, potem urosło ze mną
jak babki stawiane na piasku
pod kopułę deszczowo rozedrganego nieba.
Mogłabyś być moją matką...
* * *
Przestajesz mieć znaczenie.
Zaczynasz mi śpiewać, kiedy zasypiam obok.
Nie umiesz śpiewać i opowiadać bajek na dobranoc.
Nie miałaś dzieci. Mówią że to człowiek stracony dla świata.
Nie jestem dzieckiem od wielu lat.
Zaczynasz wierzyć w to co mówią ludzie
myląc mnie
z Twoim dzieckiem
na ulicy w świetle wymokniętej latarni.
Większy jest w Tobie strach
niż on w Tobie jest.
Zaśpiewaj mi czarną piosenkę
która kołysze się nad miastem
stadem odlatującego stąd ptactwa.
Nie wszystkie powroty
będą możliwe.
Rozsypię ziarna za sobą, żebyś wiedziała
jak się do siebie wraca po dalekiej podróży. Wraca.
Tylko nie spożywaj tej miłości w samotności,
żeby nie napełniła Cię gorycz rozstania
które jest jak długie powroty.
Skracaj drogę odmierzając czas
i wierz że mijamy się
by możliwe były spotkania.
Śmierć
Umrę, wiesz co to znaczy?
Bo ja jeszcze tego nie wiem.
Wyobrażam sobie tylko swoje istnienie
oderwane od sztucznego bytu,
którego od pierwszej chwili
ktoś pierwszy lepszy
mógł mnie pozbawić,
jakiś to lekarz, człowiek -
wydobywając z głębi ciała kobiety
żelaznymi sztućcami -
rozwijający się zarodek -
miażdżąc mu mniej, bardziej zręcznym ruchem
głowę...
Straszny jest świat człowieka, w którym rodzimy się
nie sobą,
czaszki swoje jak łupiny orzechów
nożycami możemy rozgniatać
i czuć zadowolenie ze swej pracy?
Umrę, wiesz co to znaczy?
Mam 25 lat, wschody i zachody słońca znam
na pamięć, noszę w sobie
przez dni całe, zachmurzone.
Wiem jak się chodzi, biega, smuci i uśmiecha
i jak boli roztrzaskane kolano.
Mam swoje ulubione miejsca
do których będę wracać,
bo zdarzył się w moim życiu czas,
by poznać do nich drogę.
To ważne jak i kiedy się umiera.
Papierosy Szymborskiej
W kłębach dymu unosi się wspomnienie.
Kłęby dymu noszą przedziurawione wspomnienia.
To ważne było, skoro było.
Szymborska mająca 24 lata
biegnie przez miasto w kolorowej sukience,
siada na poniszczonej ławeczce.
Nie mogę tego wiedzieć, ale wiem.
Takie jest moje osobiste o niej wspomnienie.
Ocalona ponad szare ruiny miasta o które się potyka
patrzy w ścianę, mur jaki ocalał jak ona
i widzi we wspomnieniu na piętrze nieba
lustro nie przebite kulą
jak jej serce.
W jej oczach i jego tafli
odbijają się chmury,
jakie pędzą przed siebie.
Szymborska ma 24 lata.
Ma kolor skóry czarny aż złoty,
ma obręcze na długiej szyi.
To sen.
Szymborskiej, Różewicza.
Ludzi wojny,
jaki zdarza się, skoro zdarza się.
Szymborskie, małe dziewczynki swej epoki,
żyjące mimo śmierci,
nie anonimowe.
Masowe sny o wojnie jak anonimowe groby
na Cmentarzu Rakowickim
z przetrąconym krzyżem
mimo braku wojny.
Lustra ocalone, groby wypełnione
krwią jaka zasłoniła oczy,
które napotkały
kule błądzące,
śmierć roznoszące wśród ludu umiłowanego.
Miłość na Wieży Babel
Bardzo chcesz wierzyć że to jest miłość,
ciągle o niej mówisz, by tak się przyjęło mówić.
Spotkanie to było tak nagłe, nieoczekiwane.
Od razu połączyłaś nas ze sobą czym się dało.
Chciałaś byśmy wracały każdego dnia do wspólnego domu,
siadały przy jednym stole, budziły się
w tym samym łóżku obok siebie
patrząc sobie wciąż ze zdumieniem w oczy
zastanawiając wspólnie jak to mogło się zdarzyć.
Zastąpić chciałaś mi cały świat, ojca, matkę,
przepędzić z mojego nieba widmo studenta
szukającego pracy w dobie kryzysu
zatrudniając w swojej firmie.
Brak człowieka był dostrzegalny w Twoim codziennym życiu.
Jest muzyka która nie jest sobą, ale wiele osób
ją słucha i wielbi,
więc jej istnienie ma rację bytu.
Czy to wszystko tylko przez samotność?
Odurzyć się jakąś miłością?
Zatrzymać kogoś przy sobie, kogo można jeszcze
wychować,
by był obok, niezależnie od mijającego czasu.
Spytałaś kiedyś czy wyobrażam sobie seks za parę lat
z kimś podobnym do swoich rodziców... I dodałaś...
Że nie wyobrażasz sobie porzucenia kiedy będziesz stara
a ja w pełni sił odejdę
do innej.
Odchodzę nim zdążyłaś się zestarzeć...
Wciąż nie rozumiemy swych pytań,
jak na Wieży Babel.
Pusty dom
Stoi pusty dom Julii na wsi.
Bluszcz przebija kratkę strzępów czarnych szyb,
wędruje do wewnątrz
i wraca z otchłani ku słońcu.
Julia miała 76 lat.
Wychodziła na balkon co rana
i wieszała na balustradzie ze spróchniałego drewna
wielkie, białe poduchy.
Przez resztę dnia patrzyła przez okno, które jej one
właśnie zasłaniały.
Przez okno zarastające za jej życia bluszczem.
Przed bluszczem ona je wybiła.
Wyskoczyła przez nie nocą, bo - mówiła - odwiedził ją
jej zmarły mąż.
Julia już nie wróciła do swojego domu.
Rodzina zabrała ją do siebie.
Julia chodzi nocą po kościołach w mieście.
Mówi, że chodzi za nią zmarły mąż.
Kiedy żył wszystko w ich domu się tłukło.
Rzucali do siebie naczyniami, następnego dnia szli pod
ramię.
Teraz Julia przewraca wszystko w swoim pokoju
i mówi
że
to
on...
* * *
Cisza,
ten wyraz też wypełnia sobą przestrzeń.
Spacerując po Cmentarzu Rakowickim natrafiam
po raz pierwszy na Grób Szymborskiej,
jest dla mnie jak dla innych Grób Agamemnona.
Wyjmuję z kieszeni indeks
nie elektronowy
i dumam nad swym losem
pisząc wiersze
na wyrwanych kartkach z czcigodnego dokumentu,
a ślubowałam przecież że zachowywać się będę
przez lata studiowania godnie,
póki nie zostanę magistrem po raz drugi
lub nie odejdę z murów mojej Alma Mater.
Zostawiam wiersze
wpychając je między kwiaty.
Piszę wciąż jeden:
Żaden kot się nie powtórzy,
nie ma dwóch podobnych kotów -
oraz że Kornel powinien spocząć obok.
Najlepiej by trzymali się za ręce
dotykając trumny
dłoń ku sobie wyciągnąć
na wieki
w geście tym zastygnąć,
ale
ja też jestem tylko prochem.
Umieram,
ale świat mój zostaje.
Mam 25 lat
Przeżywałam II wojnę światową,
dwa obozy... Ze wspomnień żywych po dziadku.
Śni mi się w nocy obóz.
Pot spływa po czole.
Widzę kominy długie do nieba,
jedyną drogę ocalenia -
uciekam w pasiaku,
ale przestrzeń się obraca
i wpadam do komory... Sen zawsze tak się kończy,
jak w życiu kuzyna dziadka...
Piszę dużo o wojnie,
jakbym ją przeżyła.
Mój pierwszy tomik
był pisany rozstrzelanymi słowami
jak w Pamiętniku z Powstania Warszawskiego.
Opisałam tam swoje życie,
wszystko działo się szybko.
Rozpoczął się wiek XXI, na ekranie wybuchły dwie wieże.
My wtedy zaczęliśmy dorastać, w erze zamachów na
wszystko
jak wielkie promocje, które skoro są sobą
to nie są sobą.
To co nie logiczne stało się jedyną słusznie
wyznawaną logiką,
uczciwą, będącą sobą, skoro nie logiczną.
Pod ostrzałem czasu
rozrastaliśmy się jak drzewa na niebie
tworząc pajęczynę
na ulicy
swojej podwórkowej tożsamości.
Świat już nigdy nie był taki sam, spokojny, pewny.
Czas przyśpieszył. Z 11 lat zrobiło się 25.
Wyrosłam na boisku pod dziurawym niebem.
Patrzymy na niebo na którym jest smog,
choć jesteśmy oddaleni od Krakowa, mieszkamy na wsi.
Nie da się ukryć, bo to widać nawet na niebie
że oszukano nas. Oddychamy nawet śmiercią,
spożywamy ją, pijemy,
jest nawet na wigilijnym stole.
Podajemy ją sobie z rąk do rąk
a na stole biały opłatek, symbole życia, nadziei...
Nie trzeba karabinów i bomb,
obozów zagłady,
by zniszczyć świat.
Wojna w Europie trwa,
inaczej gazeta dla której piszę nie wysyłałaby
mnie relacjonować zdarzeń
z obszaru walk, gdzie giną każdego dnia w starciach ludzie.