Przebudzenie - Edward Słoński

-
Proszę czekać

[Przebudzenie]

Po rewizji, która trwała prawie całą noc, pana Jana Downara aresztowano.

Było jeszcze zupełnie szaro, kiedy przez puste ulice szedł pod zbrojną strażą do więzienia. Wysoki, barczysty policjant sunął przed nim z taką powagą i godnością, że panu Janowi na razie wydało się, że to idzie przed nim sam pan komisarz. Pan Jan raz tylko, przy załatwianiu jakichś formalności paszportowych, widział komisarza swojego cyrkułu i zapamiętał jego generalskie gesty i generalską postawę. Ten idący przed nim policjant miał w sobie coś generalskiego i przypominał panu Janowi komisarza.

Za panem Janem szło czterech żołnierzy z karabinami. Stąpali ciężko, człapiąc ogromnymi buciskami po wyboistym bruku ulicznym.

Panu Janowi dokuczał wilgotny chłód marcowego poranku. Przez cienkie, gemzowe buciki chwytał go lepkim błotem za nogi i szedł w górę po kościach dreszczem... Brr...

Nieprzespana noc, pełna jakichś wstrząśnień i wrażeń niemiłych, wykoleiła go zupełnie. Ręce w głębokich kieszeniach jesiennego paltota trzęsły się, dolna szczęka nerwowo uderzała o górną, a myśli bezładnie plątały się po głowie.

Nieraz wracał do domu o świcie, lecz każdy taki spóźniony powrót miał przedsmak bliskiego wypoczynku. W wygodnym łóżku czekał go zmęczony sen bez śniadania, spokojne trwanie bez myśli... Przez zapuszczone rolety zaglądał do pokoju dzień... Zasypiając, słyszał ciche stąpania i szepty. Marynia i mała Nika chodziły na palcach, rozmawiały cicho, cichutko... Dziś jakże inaczej się czuje! Nie wie, co go czeka, nie wie, dokąd idzie...

Z wylotów ulic poprzecznych, koło których przechodzili, zrywał się wiatr chłodny, dojmujący, uderzał w twarz, wciskał się między poły paltota i przeraźliwie huczał w uszach. Wówczas policjant oglądał się poza siebie niespokojnie, a żołnierze przyśpieszali kroku i otaczali pana Jana.

Bo półgodzinnej wędrówce wprowadzono go wreszcie na zabrukowany podwórzec więzienny, skąd po kamiennych schodkach dostał się do obszernej sieni. W sieni panował jeszcze mrok, w którym z trudnością zdołał rozróżnić niskie ławki dokoła ścian i oszklone drzwi w głębi, wiodące na korytarz.

Na chwilę pozostawiono go samego w sieni. Usiadł na ławce i wcisnął się w kąt. Był rad, że nie smaga już go wicher, że otoczyły go jakieś grube, czarne ściany i że ma suchą, kamienną posadzkę pod nogami. Pomimo tego dzwonił jeszcze zębami i trząsł się od zimna...

Nigdy nie bał się zimna i nie rozumiał, dlaczego dziś tak strasznie przemarzł. Nie rozumiał również, dlaczego jest tutaj, w więzieniu? Jak się to wszystko stało? Sam widział czarno na białym rozkaz aresztowania... Pamięta doskonale... było: Jan Downar... Jan Downar...

O dwunastej w nocy ktoś energicznie zadzwonił do drzwi ze schodów i jednocześnie ktoś drugi zaczął dobijać się do kuchni... Kto?...

Mieli miny poważne, urzędowe... A on automatycznie otwierał przed nimi wszystkie szuflady, drżącymi rękami rozkładał papiery, fotografie, listy... tłumaczył... czytał... Widział dokoła siebie jakichś obcych ludzi i przerażone, wylękłe oczy Maryni... Chodziła za nim, jak cień, i szeptała:

- Co to? Janku, co to?

- Nic... nic... uspokój się - odpowiadał i ściskał ją za rękę.

A potem kazano mu się ubrać i iść. Oplotły go białe, ciepłe ręce, zadrżały na ustach jego tłumionym płaczem ciepłe usta...

Poszli... W cyrkule, w brudnym, szarym pokoju z portretem w złoconej ramie posiedziano mu raz jeszcze, że jest aresztowany, i kazano coś podpisać... Czerwony nos pomocnika komisarza pochylił się nad jego podpisem.

- Charaszo! Wieditie!

Znowu znalazł się na ulicy, znowu owiał go chłód...

Dobrze, że siedzi już w kącie, przytulony do wytartej, brudnej ściany, sam... sam zupełnie...

Więzienie budziło się ze snu. Z korytarzów przez oszklone drzwi zaczęły dolatywać głosy rozmów, stąpania jakichś ciężkich nóg i dzwonienie ciężkich, więziennych kluczów. Gdzieś zadzwoniły szyby we drzwiach, ktoś przebiegi po schodach.

Pana Jana morzyła senność, jakieś mgły napełniły mu oczy... Prędzej... prędzej zasnąć, choć na chwilę... I nagle wyrósł przed nim, jak spod ziemi, ten sam policjant, który go przyprowadził, i w milczeniu wskazał mu drzwi do kancelarii.

Pan Jan ziewnął i poszedł we wskazanym kierunku.

W kancelarii było pełno stołów popełnionych i podrapanych. Przy stolach stały jesionowe, żółte krzesła z powycieranymi poręczami i z podartą na siedzeniach ceratą. Przez środek pokoju, po białej i nierównej podłodze, biegł szary, sukienny chodnik.

Przy jednym ze stołów w głębi pokoju, siedział zaspany i nieumyty urzędnik, przy drzwiach stało dwóch strażników więziennych. Jeden z nich był bardzo wysoki i miał czerwoną twarz z sumiastym wąsem pod nosem, drugi był niski i krzywy, twarz miał bladą, brudny, nastroszony wąs i oczy patrzące spode łba. Panu Janowi wydało się, że ci obaj strażnicy i ten zaspany urzędnik, to dalszy ciąg mizernego umeblowania kancelarii więziennej, tak dopełniały się nawzajem ciemne barwy szynelów z podartą ceratą krzeseł i szary, wydeptany chodnik, z brudną szarością twarzy nieumytego i zaspanego urzędnika.

Policjant rozkazującym tonem poprosił o zdjęcie palta i marynarki - i jednocześnie pan Jan uczuł na sobie ręce strażnika z czarną brodą. Objęły go w pół, pełzły na dół po ciele, utonęły na chwilę w kieszeniach spodni i ześliznęły się po kolanach na mokre i brudne buciki. Pan Jan jednocześnie widział, jak strażnik z sumiastym wąsem trzęsie jego marynarkę i rewiduje kieszenie paltota... Potem zabrano mu szelki, krawat i zegarek i pozwolono się ubrać. Powoli naciągał na siebie marynarkę i czuł na powiekach coraz większą senność. Szary chodnik zaczął nieprzyjemnie falować, a brudne i podarte krzesła kołysały się jak łódki na wodzie.

Po chwili siedział na jednym z tych brudnych krzeseł na wprost urzędnika i odpowiadał na pytania.

Gdzie się urodził? Gdzie? Daleko - w jednej z północnych guberni Litwy... wymienił nazwę... Mieszkał na wsi... potem uczył się w Wilnie, potem w głębi Rosji... O, daleko! bardzo daleko, gdzieś na końcu Rosji... Potem powrócił do kraju... Czym się trudni? z czego żyje? Jest artystą... nie!... nie maluje, nie pisze... Skończył prawo - jest prawnikiem... Czy jest żonaty? Czy ma dzieci?... Pytania sypały się jedno po drugim, zachrypły głos urzędnika pełzł po nim długo i skrzypiał, jak źle nasmarowane drzwi... Ma... ma żonę i jedno dziecko, tylko jedną małą córeczkę Nikę... Ach, ten zachrypły urzędnik nie zna jego córeczki! - myślał i odpowiadał w dalszym ciągu sennie, ziewając co chwila, a przed zamglonymi jego oczami przesuwały się jakieś dalekie obrazy, chodziły jakieś mgły znajome, pełne kształtów zapamiętanych niegdyś przed laty i pozbawionych szarej powszedniości.

Widział urwisty brzeg rzeki, widział wielki łan pszenicy, falujący złotem, bezkresny... miasteczko... biały kościółek z czerwonym dachem... sklep z zielonymi okiennicami... długi szary mur i zielone kopuły cerkiewki...

Potem widział serdeczną głowę ojca... potem jakieś oczy chabrowe, dziecinnie bezradne i jednocześnie głębokie, jak dwa morza...

- Padpiszytie! - powiedział wreszcie urzędnik, podsuwając mu pożółkły arkusz papieru.

Podpisał.

- W 63 nomier - zwrócił się urzędnik do strażnika.

Wysoki z dużym, płowym wąsem strażnik zastukał butami po podłodze i zadzwonił kluczami. Pan Jan wstał i wyszedł za nim drzwiami wiodącymi na korytarz więzienny. Na korytarzu było jeszcze mroczno. Z końca, przez podwójne, oszklone drzwi z zakratowanego okna, sączyło się szare, niepewne światło budzącego się, marcowego dnia.

Po czarnych, żelaznych schodach weszli na piętro. Na piętrze był taki sam korytarz, tak samo przedzielony oszklonymi drzwiami i z obu stron zakończony zakratowanymi oknami.

Pan Jan szedł za strażnikiem sennie i powoli. Myśli plątały się bezładnie:

- Więzienie... to tak się wchodzi do więzienia!... po takich czarnych, długich schodach... przez taki długi korytarz... W oknach, we drzwiach, wszędzie kraty, pełne oczu podpatrujących i szpiegujących... za kratami siedzą ludzie - i on, Jan Downar, będzie siedział...