Przebudzenie. Dziedzictwo Smoczego Serca - Nora Roberts

Kup ebooka

37.90 zł
29.89 zł (26,53 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

DOLINA FEY

Migo­tliwe pasma sre­brzy­stej mgły wisiały nad bla­do­zie­loną taflą jeziora. Snuły się i uno­siły coraz wyżej ku zacią­gnię­temu sza­ro­ścią niebu, pod­czas gdy na wscho­dzie ponad wzgó­rzami różowy brzask cze­kał na prze­bu­dze­nie niczym wstrzy­many oddech.

W chło­dzie poranka Keegan O'Broin stał nad jezio­rem i wypa­try­wał nad­cho­dzą­cego dnia. Dnia zmiany, wyboru, nadziei i mocy.

Cze­kał, jak tam­ten wstrzy­many oddech jutrzenki, żeby speł­nić swoją powin­ność, i liczył, że do połu­dnia zdąży wró­cić na farmę. Myślał o cze­ka­ją­cych go obo­wiąz­kach i, oczy­wi­ście, o ćwi­cze­niach.

Ale to w domu.

Na dany sygnał zdjął buty i zrzu­cił tunikę. Jego brat Har­ken zro­bił to samo, tak jak pra­wie sze­ściu­set pozo­sta­łych. Mło­dzi i nie naj­młodsi ścią­gnęli tutaj nie tylko z samej doliny, ale ze wszyst­kich krań­ców Talamh.

Przy­byli z połu­dnia, gdzie Świę­to­bliwi odpra­wiali tajemne modły, z pół­nocy, gdzie naj­groź­niejsi wojow­nicy strze­gli Morza Sztor­mów, ze Sto­licy na wscho­dzie i z pobli­skich zachod­nich oko­lic.

Ich przy­wódca, ich tao­ise­ach, zgi­nął, oddał życie, żeby ura­to­wać świat. I tak, jak zostało zapi­sane, jak gło­szono, jak śpie­wano, nowy wódz pod­nie­sie się jak te mgły tego dnia, w tym miej­scu, w okre­ślony spo­sób.

Keegan, podob­nie jak Har­ken, wcale nie chciał zostać tao­ise­achem. Ten wesoły dwu­na­sto­la­tek, naj­młod­szy spo­śród dopusz­czo­nych do rytu­ału, był uro­dzo­nym far­me­rem. Keegan wie­dział, że młod­szemu bratu ta uro­czy­stość, tłumy zgro­ma­dzone nad wodą i skok do jeziora koja­rzyły się z dobrą zabawą.

Nato­miast dla Keegana ten dzień ozna­czał wypeł­nie­nie przy­sięgi danej umie­ra­ją­cemu męż­czyź­nie, czło­wie­kowi, który zastę­po­wał mu ojca, odkąd jego rodzi­ciel prze­niósł się do bogów. Czło­wie­kowi, który powiódł Talamh do zwy­cię­stwa nad tymi, co chcieli ich znie­wo­lić, i zapła­cił za to życiem.

Keegan nie marzył o buła­wie tao­ise­acha, nie pra­gnął pod­jąć mie­cza wodza klanu. Ale dał słowo i dla­tego zanur­kuje w jezio­rze wraz z innymi mło­dzień­cami i dziew­czę­tami, z męż­czy­znami i kobie­tami.

- No chodź, Keega­nie! - Har­ken uśmie­chał się sze­roko. Jego kru­czo­czarną czu­prynę burzył wio­senny wiatr. - Pomyśl, ile będzie ucie­chy. Jeżeli ja znajdę miecz, zarzą­dzę cały tydzień bie­siad i tań­ców.

- Jeżeli znaj­dziesz miecz, kto będzie pasł owce i doił krowy?

- Jeżeli zostanę tao­ise­achem, będę robił to wszystko i jesz­cze wię­cej. Bitwa zakoń­czona i wygrana, bra­cie. Ja też go opła­kuję. - Har­ken z wro­dzoną ser­decz­no­ścią oto­czył Keegana ramie­niem. - On był boha­te­rem i zawsze będziemy o nim pamię­tać. A dzi­siaj musimy zgod­nie ze zwy­cza­jem wybrać nowego wodza, bo taka byłaby jego wola. - Nie­bie­skimi oczyma, pogod­nymi jak ten dzień, powiódł po tłu­mie zgro­ma­dzo­nym na brzegu jeziora. - Ota­czamy go czcią jak wszyst­kich, któ­rzy byli przed nim, i tych, któ­rzy po nim nastą­pią. - Kuk­snął Keegana łok­ciem w bok. - Nie przej­muj się, bra­cie, mało praw­do­po­dobne, aby któ­ryś z nas wyło­nił się z wody z Defen­so­rem w dłoni. Zapewne podej­mie go Cara, bo pływa jak syrena, albo Cul­len, który od dwóch tygo­dni ćwi­czy wstrzy­my­wa­nie odde­chu pod wodą.

- Moż­liwe - mruk­nął Keegan. Cul­len, uro­dzony wojow­nik, nie byłby dobrym wodzem. Krewki z natury, wolał wal­czyć niż myśleć.

Keegan, rów­nież wojow­nik od czter­na­stego roku życia, widział krew, prze­le­wał ją, wie­dział, na czym opiera się wła­dza, i rozu­miał, że myśle­nie jest waż­niej­sze od mie­cza, włóczni i siły.

I co naj­waż­niej­sze.

Uczył go tego wła­sny ojciec i ten, który trak­to­wał go jak syna.

Kiedy stał z Har­ke­nem pośród wielu innych roz­pa­pla­nych niczym prze­kupki, przez tłum prze­szła jego matka.

Żało­wał, że ona dziś nie zanur­kuje. Wie­dział, że nikt lepiej od niej nie potra­fił roz­wią­zy­wać kon­flik­tów i zaj­mo­wać się z dzie­się­cioma spra­wami naraz. Har­ken odzie­dzi­czył po niej łagodną naturę, Aisling, ich sio­stra, urodę, a o sobie lubił myśleć, że przy­pa­dła mu w udziale choćby część jej sprytu.

Tar­ryn na moment przy­sta­nęła przy Aisling - dziew­czyna wolała trzy­mać się z przy­ja­ciół­kami, a nie z braćmi, któ­rych teraz trak­to­wała pro­tek­cjo­nal­nie. Keegan patrzył, jak matka unosi pod­bró­dek Aisling, całuje ją w oba policzki, mówi coś, co spro­wa­dza uśmiech na twarz córki.

- A tu mam gniewny gry­mas i uśmiech - ode­zwała się Tar­ryn, pod­cho­dząc do synów. Poczo­chrała czu­prynę Har­kena, a Keegana lekko pocią­gnęła za war­kocz wojow­nika zwi­sa­jący po lewej stro­nie głowy. - Pamię­taj­cie o celu tego dnia, on nas jed­no­czy oraz mówi, kim i czym jeste­śmy. Robi­cie to samo, co wszy­scy przed wami od ponad tysiąca lat. A imiona tych, co wydo­byli miecz z jeziora, zostały zapi­sane jesz­cze przed ich naro­dze­niem.

- Jeżeli decy­duje o tym prze­zna­cze­nie, dla­czego tego nie wiemy? Czemu ty, która widzisz prze­szłość i to, co nadej­dzie, nie możesz tego zoba­czyć? - argu­men­to­wał Keegan.

- Gdy­bym ja mogła to ujrzeć albo ty czy kto­kol­wiek inny, znik­nąłby wybór. - Mat­czy­nym gestem objęła go ramie­niem, ale jej oczy bystre, nie­bie­skie jak Har­kena, pozo­stały wpa­trzone w mgłę nad jezio­rem. - Wej­dziesz do jeziora, prawda? Kto podej­mie miecz, musi wznieść się wraz z nim.

- Kto by tego nie chciał? - zdzi­wił się Har­ken. - Prze­cież ten ktoś zosta­nie tao­ise­achem.

- Zaiste, tao­ise­ach pełni zaszczytną rolę, ale to na nim spo­czywa cię­żar odpo­wie­dzial­no­ści. Dla­tego musi być pewien, że jest gotów go unieść wraz z mie­czem. A teraz uciszmy się. - Poca­ło­wała obu synów. - Nad­cho­dzi Mair­gh­read.

Mair­gh­read O'Ceal­la­igh, w prze­szło­ści tao­ise­ach i matka tego, który został pogrze­bany, zrzu­ciła żałobną czerń. Dziś nało­żyła białą, pro­stą szatę bez ozdób, poza wisio­rem z kamie­niem tak czer­wo­nym jak jej włosy.

Kamień i włosy zda­wały się pło­nąć i wypa­lać mgłę wokół niej. Nosiła je krótko obcięte, podob­nie jak sunące za nią wróżki.

Tłum roz­su­wał się przed nią, roz­mowy zastę­po­wała cisza świad­cząca o sza­cunku i podzi­wie.

Keegan znał ją jako Marg, kobietę z chaty w lesie w pobliżu jego farmy. Kobietę, która czę­sto­wała głod­nego chłopca mio­dow­ni­kiem i legen­dami. Kobietę o wiel­kiej sile i odwa­dze, która wal­czyła za Talamh i zapro­wa­dziła pokój, co opła­ciła ogrom­nym oso­bi­stym kosz­tem.

Trzy­mał ją w obję­ciach, kiedy pła­kała po śmierci syna. Keegan wypeł­nił przy­rze­cze­nie i oso­bi­ście przy­niósł jej tę wieść. Ale ona już o tym wie­działa.

Ści­skał ją w ramio­nach, dopóki nie zabra­kło jej łez.

A potem on, żoł­nierz, męż­czy­zna, wszedł w głąb lasu i tam dał upust łzom.

Dziś Marg wyglą­dała bar­dzo god­nie i Keegan poczuł dreszcz wzru­sze­nia w oko­licy żołądka.

Nio­sła buławę, odwieczny sym­bol przy­wódz­twa. Czarne jak smoła drewno poły­ski­wało w słońcu roz­pra­sza­ją­cym mgłę. Rzeźby na sty­li­sku zda­wały się pul­so­wać. Z wnę­trza krysz­tału Smo­cze Serce na gło­wicy biła moc.

Kiedy się ode­zwała, ucichł nawet wiatr.

- Poświę­ce­nie i prze­lana krew po raz kolejny pozwo­liły zapro­wa­dzić pokój w naszym świe­cie. Od wie­ków bro­nimy naszego świata i poprzez niego wszyst­kich pozo­sta­łych. Zde­cy­do­wa­li­śmy się żyć tak, jak żyjemy, z posza­no­wa­niem dla wszyst­kich istot na ziemi, w morzu i doli­nie Fey.

- Nastał pokój, znowu będziemy cie­szyć się dostat­kiem, dopóki ponow­nie nie nadej­dzie czas prze­lewu krwi i ofiar­no­ści. Dzi­siaj, jak zostało zapi­sane, jak gło­szono, jak śpie­wano, nowy wódz zosta­nie wynie­siony i wszy­scy tutaj przy­się­gną wier­ność i lojal­ność wobec Talamh oraz tao­ise­acha, który podej­mie miecz z Jeziora Prawdy i przyj­mie Buławę Spra­wie­dli­wo­ści.

Unio­sła twarz ku niebu, a Keegan pomy­ślał, że jej głos, silny i czy­sty, na pewno dotarł aż do Morza Sztor­mów i jesz­cze dalej.

- W tym miej­scu, o tej godzi­nie odwo­łu­jemy się do naszego źró­dła mocy. Niech ten wybrany od tego dnia trak­tuje z sza­cun­kiem i chroni lud Fey. Niech ten, któ­rego dłoń podej­mie miecz, będzie silny, mądry i spra­wie­dliwy. Tego i tylko tego żądają nasi ludzie.

Bla­do­zie­lone jezioro aż zawi­ro­wało. Zako­ły­sały się mgły nad lustrem wody.

- Czas zacząć. - Unio­sła wysoko buławę.

Ochot­nicy puścili się bie­giem do jeziora. Nie­któ­rzy z mło­dzi­ków ze śmie­chem i pohu­ki­wa­niem wska­ki­wali do wody i zni­kali pod powierzch­nią. Ci, któ­rzy zostali na brzegu, wiwa­to­wali.

Keegan, wsłu­chany w hałas, jesz­cze się wahał, gdy jego brat rzu­cił się do jeziora, przy weso­łym plu­sku wody. Chwilę myślał o zło­żo­nej przy­się­dze, o dłoni, którą ści­skał w ostat­nich momen­tach życia tam­tego czło­wieka na tej rów­ni­nie.

Wresz­cie zanur­ko­wał.

Może zakląłby w pierw­szej chwili, gdy pla­snął o zimną wodę, ale to nie mia­łoby sensu. Sły­szał, jak inni pomsto­wali albo się śmiali. Nie­któ­rzy młó­cili nogami i nawet wypły­wali z powro­tem na powierzch­nię.

Wsłu­chany we wła­sne myśli, odciął się od hałasu kłę­bią­cych się wokół pły­wa­ków.

Przy­siągł, że tego dnia wej­dzie do wody i głę­boko zanur­kuje. I podej­mie miecz, jeżeli ten trafi do jego dłoni.

Scho­dził pod wodę coraz niżej, pamię­ta­jąc tamte czasy, kiedy jako chło­piec robił to samo z sio­strą i bra­tem. Dzie­ciaki szu­kały gład­kich kamieni na mięk­kim dnie jeziora w sło­neczny dzień.

Widział innych przez war­stwy wody. Pły­wali w koło do góry i w dół. Gdy nur­ku­ją­cym bra­ko­wało powie­trza w płu­cach, jezioro wypy­chało ich na powierzch­nię, jakby obie­cu­jąc, że tego dnia nikomu, kto w nie wsko­czył, nie sta­nie się krzywda.

Woda owi­jała go, zata­czała kręgi, chwi­lami wiro­wała. Teraz już widział dno i tamte kamie­nie, które zbie­rał jako chło­piec.

Naraz zoba­czył kobietę. Uno­siła się w wodzie, więc z początku wziął ją za syrenę. Syreny tra­dy­cyj­nie nie mie­szały się do tego rytu­ału. Rzą­dziły morzami i to im wystar­czało.

Po chwili dotarło do niego, że widzi jedy­nie jej twarz i włosy - rude jak u Marg, ale dłuż­sze, roz­ło­żone jak wachlarz w wodzie. Widok jej sza­rych jak dym oczu poru­szył w nim jakąś czułą strunę, bo kobieta wydała mu się zna­joma. Znał każdą twarz w doli­nie, ta do nich nie nale­żała.

A jed­nak była tu, w wodzie.

I wtedy ją usły­szał, tak wyraź­nie jak wcze­śniej Marg na brzegu.

- On też był mój. Ale miecz należy do cie­bie. On to wie­dział i ty też to wiesz.

Miecz sam wsu­nął mu się w dłoń. Czuł jego cię­żar, jego moc, jego splen­dor. Mógł go upu­ścić, popły­nąć przed sie­bie, odpły­nąć. Wybór nale­żał do niego, tak gło­sili bogo­wie, tak mówiły poda­nia.

Zaczął pro­sto­wać palce, pozwa­lał, aby cię­żar, wła­dza i splen­dor wyśli­znęły się z ręki. Nie umiał prze­wo­dzić. Potra­fił wal­czyć, ćwi­czyć, jeź­dzić konno, fru­wać. Ale nie wie­dział nic o prze­wo­dze­niu innym czy to na woj­nie, czy w cza­sie pokoju.

Miecz jaśniał w jego ręce, sre­bro poły­ski­wało, gra­we­ru­nek na głowni pul­so­wał, czer­wony kamień pło­nął. Gdy zwol­nił uścisk, połysk zma­to­wiał, pło­mień zbladł.

A ta kobieta go obser­wo­wała.

- Wie­rzył w cie­bie.

Wybór? - pomy­ślał. - Jaka bzdura! Honor nie pozo­sta­wia wyboru.

Skie­ro­wał więc sztych ku powierzchni, gdzie słońce roz­sy­py­wało dia­menty na wodzie i nie odry­wał oczu od wizji, bo prze­cież ona nie była niczym innym jak tylko wizją.

- Kim jesteś? - zapy­tał.

- Oboje musimy się tego dowie­dzieć - usły­szał.

Miecz poniósł go pro­sto w górę jak strzałę wypusz­czoną z łuku.

Klinga prze­cięła wodę, a potem powie­trze. Gruch­nęły wiwaty, kiedy słońce odbite od ostrza roz­iskrzyło taflę jeziora.

Wyszedł z mie­czem na wil­gotną, gęstą trawę i postą­pił tak, jak naka­zy­wał oby­czaj. Ukląkł u stóp Mair­gh­read.

- Skła­dam ci go w ofie­rze i wszystko, co on dla cie­bie zna­czy, bo nikt nie jest bar­dziej tego godzien - wypo­wie­dział te same słowa, co kie­dyś jej syn.

- Mój czas minął. - Poło­żyła dłoń na gło­wie Keegana. - A twój się zaczyna. - Podała mu rękę i pod­nio­sła go z klę­czek.

Nie widział, nie sły­szał nikogo poza nią.

- Takie jest moje życze­nie - wyszep­tała, kie­ru­jąc te słowa wyłącz­nie do niego.

- Dla­czego? Nie wiem, jak...

Prze­rwała mu poca­łun­kiem w poli­czek.

- Wiesz wię­cej, niż sądzisz. - Podała mu buławę. - Należy do cie­bie, Keega­nie O'Broin.

Kiedy ode­brał ją z rąk Marg, ona sama się cof­nęła.

- A teraz uczyń to, co należy.

Odwró­cił się. Obser­wo­wało go tyle twa­rzy zwró­co­nych ku niemu, tak wiele wpa­trzo­nych w niego oczu. Pojął, że to lęk wywo­łał kłę­biące się w nim emo­cje, i poczuł wstyd.

Miecz go wybrał - pomy­ślał - a on musiał wznieść się z nim. Koniec ze stra­chem.

Uniósł wysoko buławę i Smo­cze Serce ożyło.

- Z nią dla wszyst­kich w Talamh będzie spra­wie­dli­wość. - Pod­niósł miecz. - Z nim wszy­scy będziemy bez­pieczni. Jestem Keegan O'Broin. Ślu­buję poświę­cić życie tej doli­nie, tym wzgó­rzom, lasom i ludowi Fey. Będę stał po stro­nie jasno­ści. Będę żył dla Talamh i jeżeli taka będzie wola bogów, oddam za nie życie.

Roz­le­gły się wiwaty. Pośród grom­kich okrzy­ków doszły go słowa Marg.

- Dobrze się spi­sa­łeś, chłop­cze. Naprawdę dobrze.

A więc uznali mło­dego tao­ise­acha. I w tym miej­scu zaczęła się nowa opo­wieść.

Roz­dział 1

FILA­DEL­FIA

Breen Kelly jechała auto­bu­sem, cier­pią­cym chyba na chro­niczną czkawkę, i co rusz pocie­rała pul­su­jącą z bólu skroń.

Ciężki dzień miał się (dzięki Bogu) ku koń­cowi, jeden z wielu w cięż­kim tygo­dniu, w ostat­nim cięż­kim mie­siącu.

A może dwóch.

Powinna ode­tchnąć z ulgą. Był pią­tek, a więc dopiero za dwa dni wróci do orki, jaką oka­zało się ucze­nie lite­ra­tury i umie­jęt­no­ści języ­ko­wych w gim­na­zjum.

Oczy­wi­ście część week­endu zaj­mie jej spraw­dza­nie wypra­co­wań i ukła­da­nie pla­nów lek­cji, ale przy­naj­mniej nie będzie sie­dzieć w kla­sie, naprze­ciw tych wszyst­kich par zawie­szo­nych na niej oczu. Nie­któ­rych znu­dzo­nych, innych nie­obec­nych i kilku budzą­cych nadzieję.

Nie, nie uwa­żała, że bra­kuje jej umie­jęt­no­ści i się nie nadaje do tej pracy, ale wie­działa, że po pro­stu każdy z tych doj­rze­wa­ją­cych płciowo gim­na­zja­li­stów wolałby być wszę­dzie, byle nie w kla­sie.

Podobno nauczy­ciel to naj­bar­dziej pre­sti­żowy zawód. Satys­fak­cja, poczu­cie misji, uzna­nie.

Szkoda, że dała się na to nabrać.

Auto­bus, czka­jąc, doto­czył się do następ­nego przy­stanku. Parę osób wysia­dło, kilka wsia­dło.

Obser­wo­wała oto­cze­nie. Była w tym dobra; w końcu łatwiej coś obser­wo­wać niż aktyw­nie w czymś uczest­ni­czyć.

Kobieta z pod­krą­żo­nymi oczami, w popie­la­tym spodniu­mie, z komórką w dłoni. Samotna matka - zde­cy­do­wała Breen. Wraca z pracy i spraw­dza, co dzieci robią w domu. Zapewne ni­gdy nie przy­pusz­czała, że życie okaże się takie trudne.

Dwóch nasto­lat­ków - teni­sówki, fir­mowe szorty Adi­dasa do kolan, słu­chawki w uszach. Jadą spo­tkać się z kum­plami, pograją w kosza, zje­dzą pizzę, obej­rzą film. Pozaz­dro­ścić wieku, w któ­rym week­end koja­rzy się wyłącz­nie z przy­jem­no­ściami - pomy­ślała.

Męż­czy­zna w czerni, on... patrzył pro­sto na nią, przy­glą­dał się jej. Czym prę­dzej więc odwró­ciła wzrok. Wyglą­dał zna­jomo. Ale gdzie mogła się z nim zetknąć? Srebrne, gęste włosy; chyba jakiś pro­fe­sor z col­lege'u.

Nie, nie­moż­liwe. Na widok pro­fe­sora wsia­da­ją­cego do auto­busu nie zaschłoby jej w ustach, serce nie wpa­dłoby w galop. Potwor­nie się bała, że on przej­dzie do tyłu i usią­dzie obok niej.

Gdyby to zro­bił, za żadne skarby by nie wysia­dła. Jeź­dzi­łaby w kółko, bez celu, bez sensu.

Cho­ciaż wie­działa, że jej zacho­wa­nie zakrawa na wariac­two, zerwała się z miej­sca jak opa­rzona i obi­ja­jąc torbą bio­dro, ruszyła na przód auto­busu. Nie miała odwagi spoj­rzeć na srebr­no­wło­sego. Nie­stety, żeby dotrzeć do wyj­ścia, musiała go wymi­nąć. Mimo że męż­czy­zna usu­nął się w bok, otarła się o niego ramie­niem.

Zatkało ją, nogi zmię­kły jej w kola­nach. Ktoś zapy­tał, czy dobrze się czuje, kiedy chwiej­nie prze­su­wała się do drzwi. Sły­szała słowa męż­czy­zny w gło­wie: "Wra­caj do domu, Breen Sio­bhan. Czas, żebyś wró­ciła do domu".

Dla rów­no­wagi przy­trzy­mała się drążka, a scho­dząc ze stop­nia, o mało się nie potknęła o kra­węż­nik. Na chod­niku puściła się bie­giem.

Czuła na sobie zdzi­wione spoj­rze­nia, ludzie oglą­dali się, odpro­wa­dzali ją wzro­kiem. Nie zno­siła przy­cią­gać uwagi, zawsze sta­rała się nie wyróż­niać i wta­piać w tło.

Auto­bus odje­chał, czka­jąc.

Na­dal oddy­chała z poświ­stem, ale zelżał już ucisk w piersi. Sta­rała się zwol­nić kroku, zde­cy­do­wa­nie zwol­nić i iść nor­mal­nie jak czło­wiek.

Zma­ga­nie ze sobą zajęło jej minutę, a kolejną zorien­to­wa­nie się, gdzie jest.

Ostatni raz podobny atak paniki prze­żyła wie­czo­rem w dniu poprze­dza­ją­cym roz­po­czę­cie pracy w gim­na­zjum Grady. Wtedy pomógł jej Marco, ser­deczny przy­ja­ciel od przed­szkola. Podobna histo­ria, ale już zde­cy­do­wa­nie słab­sza, przy­da­rzyła się Breen przed pierw­szą wywia­dówką i wtedy też Marco oka­zał się nie­oce­niony.

Po pro­stu gość wsiadł do auto­busu - tłu­ma­czyła sobie. Na Boga, nie było żad­nego zagro­że­nia. I nie sły­szała żad­nego głosu. Wiara, że sły­szy się głosy, świad­czy o obłę­dzie.

Czy matka nie wbi­jała jej tego do głowy od... wie­ków?

A teraz przez ten napad lęku cze­kał ją kilo­me­trowy spa­cer. Trudno, nie szko­dzi. Był przy­jemny, wio­senny wie­czór, a ona - oczy­wi­ście - odpo­wied­nio się ubrała. Lekki desz­czo­wiec (trzy­dzie­sto­pro­cen­towe praw­do­po­do­bień­stwo opa­dów), cienki swe­ter, wygodne buty.

Lubiła cho­dzić. No i Fit­bit wyświe­tli jej dodat­kowe kroki.

A że w ten spo­sób nieco zbu­rzy swój roz­kład dnia, to co z tego? Była dwu­dzie­sto­sze­ścio­let­nią sin­gielką bez żad­nych pla­nów na majowy piąt­kowy wie­czór.

Jakby miała mało powo­dów do przy­gnę­bie­nia, po ataku paniki poczuła nasi­la­jący się ból głowy.

Otwo­rzyła zamek prze­gródki w tor­bie i wyjęła z kosme­tyczki dwa tyle­nole. Popiła tabletki wodą z butelki, którą aku­rat wzięła ze sobą.

Pój­dzie do domu matki, wyj­mie i upo­rząd­kuje kore­spon­den­cję - matka nie chciała, żeby listy były prze­cho­wy­wane na poczcie w cza­sie jej wyjaz­dów - poszat­kuje ulotki rekla­mowe w nisz­czarce, ułoży rachunki, listy i całą resztę na odpo­wied­nich tac­kach w gabi­ne­cie.

Pootwiera okna na par­te­rze i na pię­trze, prze­wie­trzy miesz­ka­nie, pod­leje kwiaty w domu i na tara­sie, bo jakoś nie spadł zapo­wia­dany deszcz.

Po godzi­nie poza­myka okna, włą­czy alarm, zamknie drzwi na klucz. Zła­pie auto­bus i wróci do sie­bie.

Zrobi kola­cję: na piątki przy­pa­dała sałatka z gril­lo­wa­nym file­tem z kur­czaka i - tak, koniecz­nie! - kie­li­szek wina. Spraw­dzi wypra­co­wa­nia i wpi­sze oceny do elek­tro­nicz­nego dzien­nika.

Cza­sami tech­no­lo­gia budziła w niej złość, bo szkoła wyma­gała prze­sy­ła­nia stopni, a potem Breen musiała się uże­rać z uczniami i z rodzi­cami, któ­rzy mieli pre­ten­sje o oceny.

Szła, odha­cza­jąc punkty na men­tal­nej liście spraw do zała­twie­nia, a tym­cza­sem ludzie wokół niej spie­szyli do barów na happy hour, na wcze­sną kola­cję, albo w jakieś inne bar­dziej atrak­cyjne miej­sce od tego, w które ona się kie­ro­wała.

Nie zazdro­ściła im... no może tro­chę. Swego czasu miała chło­paka. W jej kalen­da­rzu też było miej­sce na kola­cje, wyj­ścia do teatru czy kina. I na seks. Sądziła, że wszystko szło gładko w usta­lo­nym porządku.

Do tam­tego dnia, kiedy ją rzu­cił.

No i trudno - pomy­ślała. Nie ma sprawy. Nie byli w sobie sza­leń­czo zako­chani. Ale go lubiła, dobrze się przy nim czuła. A co do seksu, był w porządku.

Oczy­wi­ście, kiedy musiała uprze­dzić matkę, że Grant nie pojawi się na przy­ję­ciu z oka­zji jej czter­dzie­stych szó­stych uro­dzin, i wytłu­ma­czyć, dla­czego go nie przy­pro­wa­dzi, Jen­ni­fer Wil­cox, szy­kowna kobieta suk­cesu, dyrek­torka medial­nej agen­cji rekla­mo­wej Philly Brand, prze­wró­ciła oczami.

- A uprze­dza­łam cię - usły­szała, tak jak się spo­dzie­wała.

Cóż, miała rację, nie­mniej... kor­ciło ją, żeby się zre­wan­żo­wać.

Mia­łaś dzie­więt­na­ście lat, kiedy wyszłaś za mąż! Dwa­dzie­ścia, jak mnie uro­dzi­łaś. A nie­całe dwa­na­ście lat póź­niej zaczę­łaś wypy­chać go z naszego życia. Czyja wina, że mnie zosta­wił - twoja czy moja? - myślała.

A może jed­nak jej? - zasta­no­wiła się. Ot, taka zbież­ność; matka, która ją lek­ce­wa­żyła, i ojciec, któ­rego tak mało obcho­dziła, że ją zosta­wił.

A obie­cał, że ni­gdy tego nie zrobi.

Stare dzieje - powie­działa sobie. - Odpuść.

Za dużo czasu spę­dzam w swoim umy­śle - skar­ciła się i z ulgą stwier­dziła, że od domu matki dzieli ją już tylko jedna prze­cznica.

Ładny, zadrze­wiony teren. Dziel­nica dobrze sytu­owa­nych przed­się­bior­czych ludzi i par, któ­rym odpo­wia­dało miej­skie życie, bli­skość barów, restau­ra­cji i cie­ka­wych skle­pów.

Kamie­nice z czer­wo­nej cegły, per­fek­cyj­nie odma­lo­wane detale, lśniące szyby w oknach. Tutejsi miesz­kańcy przed pracą upra­wiali jog­gin albo wpa­dali na siłow­nię, wie­czo­rami spa­ce­ro­wali nad rzeką, urzą­dzali ele­ganc­kie przy­ję­cia, cho­dzili na degu­sta­cję win, czy­tali ambitne książki.

A może tylko tak jej się zda­wało.

*

Jej naj­lep­sze wspo­mnie­nia łączyły się z małym domem, gdzie miała sypial­nię ze sko­śnym sufi­tem. W salo­nie był ceglany komi­nek, nie jakiś tam na gaz czy elek­tryczny, ale taki praw­dziwy, opa­lany drew­nem. Na podwórku cze­kało mnó­stwo przy­gód, zupeł­nie jak z tam­tych histo­rii, które tata opo­wia­dał córce na dobra­noc.

Magicz­nych histo­rii o magicz­nych miej­scach.

To wszystko znisz­czyły kłót­nie docho­dzące zza ściany, słowa, które odbi­jały się echem w jej gło­wie.

A potem tata zaczął zni­kać. Z początku nie było go tydzień lub dwa, a pod­czas nie­dziel­nych wizyt pro­wa­dził ją do zoo, bo w dzie­ciń­stwie bar­dzo chciała zostać wete­ry­na­rzem, albo urzą­dzał dla niej pik­nik.

Aż w końcu znik­nął na dobre.

Nie widziała go ponad pięt­na­ście lat i cią­gle liczyła, że wróci.

Wyjęła klucz z port­mo­netki oraz listę szcze­gó­ło­wych instruk­cji, którą matka wrę­czyła jej trzy tygo­dnie temu, przed wyjaz­dem na dele­ga­cję i rege­ne­ra­cyjny pobyt w ustron­nym spa połą­czo­nym z ośrod­kiem medy­ta­cyj­nym.

Matka wra­cała w przy­szły czwar­tek rano, kiedy więc Breen w środę przyj­dzie po pocztę, zostawi klucz wraz z ćwiartką mleka i resztą zaku­pów z listy.

Wyjęła ze skrzynki plik kore­spon­den­cji, wsu­nęła go pod pachę, otwo­rzyła klu­czem drzwi i weszła do holu, żeby wyłą­czyć alarm. Potem zamknęła za sobą drzwi i scho­wała klucz do port­mo­netki.

Skie­ro­wała się do kuchni, jakby żyw­cem wyję­tej ze sta­cji tele­wi­zyj­nej Home and Gar­den. Mnó­stwo stali nie­rdzew­nej, białe szafki, kafelki typu "metro", duży, nakła­dany zlew i ściany w odcie­niu cie­płego beżu.

Rzu­ciła torbę i listy na wyspę, prze­wie­siła desz­czo­wiec przez barowy sto­łek. Usta­wiła minut­nik na godzinę i zabrała się do otwie­ra­nia okien. Naj­pierw kuch­nia, prze­strzeń dzienna i salon; całość w otwar­tym pla­nie z luk­su­so­wymi pod­ło­gami z sze­ro­kich desek. I oczy­wi­ście nie zapo­mniała o łazience, bo tam też było okno.

Wpraw­dzie powie­trze ledwo się poru­szało, ale takie pole­ce­nie zna­la­zło się na liście, a Breen prze­strze­gała zasad. Zgar­nęła pocztę i poszła na górę. W trze­ciej sypialni matka urzą­dziła gabi­net. Poło­żyła listy na biurku w kształ­cie litery L.

Tutaj ściany były w odcie­niu kawy z mle­kiem, przy biurku stał skó­rzany fotel w kolo­rze cze­ko­lady. Na pół­kach w ide­al­nym porządku stały nagrody (matka sporo ich zgar­nęła) oraz książki, wyłącz­nie o tema­tyce bran­żo­wej, i kilka foto­gra­fii, rów­nież zwią­za­nych z pracą.

Breen otwo­rzyła trzy okna za biur­kiem i kolejny raz usi­ło­wała zro­zu­mieć, dla­czego ktoś woli sie­dzieć ple­cami do drzew, cegla­nych domów, nieba, świata.

To roz­pra­sza - rzu­ciła Jen­ni­fer, kiedy córka ją spy­tała. Praca to nie zabawa.

Otwo­rzyła też dwa okna na bocz­nej ścia­nie, prze­dzie­lone drew­nianą szafą na doku­menty zamkniętą na klucz.

Na sze­ro­kich para­pe­tach stały rośliny w mie­dzia­nych doni­cach. Pod­leje te i wszyst­kie pozo­stałe, kiedy skoń­czy z oknami. Potem upo­rząd­kuje pocztę i poczeka na dzwo­nek minut­nika. Poza­myka okna, zamknie miesz­ka­nie na klucz i po robo­cie.

Otwo­rzyła okna w urzą­dzo­nym gustow­nie, przy­tul­nym pokoju gościn­nym (ni­gdy tutaj nie spała) i w łazience dla gości oraz w głów­nej sypialni utrzy­ma­nej w pro­stym, ele­ganc­kim stylu, z przy­le­ga­jącą do niej rów­nie ele­gancką łazienką.

Cie­kawe, czy w tym uro­czym łóżku z lazu­rową pościelą i pulch­nymi podusz­kami kie­dy­kol­wiek spał z matką jakiś męż­czy­zna.

I natych­miast poża­ło­wała tej myśli, bo to w ogóle nie powinno jej inte­re­so­wać.

Zeszła na dół i skrę­ciła do drzwi na taras, ale musiała się cof­nąć, bo aku­rat zater­ko­tał tele­fon w tor­bie.

Zer­k­nęła na ekran (ni­gdy nie odbie­raj, zanim nie spraw­dzisz, kto dzwoni) i uśmiech­nęła się. Jeżeli kto­kol­wiek mógł popra­wić jej nastrój w tym sra­lec­kim dniu, to takim kimś był wła­śnie Marco Olsen.

- Cześć, samot­nico. Jest pią­tek, dziew­czyno.

- Podobno. - Wyszła z tele­fo­nem na taras i objęła spoj­rze­niem stół i krze­sła z nie­rdzew­nej stali oraz sto­jące w naroż­ni­kach wyso­kie donice.

- Więc prze­nieś swój zgrabny tyłe­czek do Sally. Jest happy hour, skar­bie, i pierw­sza kolejka idzie na koszt firmy.

- Nie mogę. - Włą­czyła wąż i skie­ro­wała stru­mień wody do pierw­szej donicy. - Jestem u matki, ogar­niam jej dom, a potem muszę spraw­dzić wypra­co­wa­nia.

- Jest pią­tek - powtó­rzył z naci­skiem. - Wylu­zuj. Sie­dzę w barze do dru­giej. Dzi­siaj śpie­wany wie­czór.

Jedy­nie pod­czas śpie­wa­nia nie peszyła jej obec­ność ludzi, szcze­gól­nie z Marco u boku i naj­le­piej po drinku.

- Będę tu tkwić - spoj­rzała na zega­rek - jesz­cze czter­dzie­ści pięć minut, a wypra­co­wa­nia same się nie oce­nią.

- Spraw­dzisz je w nie­dzielę. Breen, skończ z tym roz­pa­mię­ty­wa­niem. Ten Grant "Dupek" Web­ber nie jest tego wart.

- Och, nie cho­dzi tylko o niego. Wiesz, ja po pro­stu tak ogól­nie mam doła.

- Wszyst­kim przy­tra­fiają się zerwa­nia.

- Tobie nie.

- Też. A Smo­king Harry?

- Obaj stwier­dzi­li­ście, że wasz zwią­zek się wypa­lił, ale na­dal jeste­ście przy­ja­ciółmi. Nie ma mowy o porzu­ce­niu.

Prze­szła do następ­nej donicy.

- Przyda ci się tro­chę roz­rywki. Daję ci trzy godziny na powrót do domu, prze­bra­nie się i sexy maki­jaż. Jeżeli się nie poja­wisz, przyjdę po cie­bie.

- Sto­isz za barem.

- Sally cię ubó­stwia, dziew­czyno. Przyj­dzie ze mną.

Ona też uwiel­biała Sally, nie­zwy­kłego drag queena. Kochała klub, bo tam czuła się szczę­śliwa, i lubiła gejow­ską dziel­nicę. Dla­tego miesz­kała w samym jej sercu, dzie­ląc miesz­ka­nie z Marco.

- Daj mi tu skoń­czyć, a potem zoba­czę, jak będę się czuła. Od kilku godzin boli mnie głowa - wcale nie zmy­ślam - w auto­bu­sie znowu mia­łam ten głupi atak paniki i ból się jesz­cze nasi­lił.

- Przy­jadę po cie­bie i odwiozę cię do domu.

- Nie ma mowy. - Prze­szła do trze­ciej donicy. - Łyk­nę­łam dwa tyle­nole, muszą podzia­łać.

- Co się zda­rzyło w auto­bu­sie?

- Póź­niej ci opo­wiem, to głu­pie. I może masz rację, przyda mi się drink, towa­rzy­stwo Marco i pobyt u Sally. Zoba­czymy, jak się będę czuć po powro­cie do domu.

- Wyślij mi wtedy ese­mes.

- Dobra, muszę wra­cać do roboty. Została mi do pod­la­nia jesz­cze jedna doniczka na tara­sie, rośliny w domu, zabawa z głu­pią pocztą i pie­przo­nymi oknami.

- Cza­sem powin­naś powie­dzieć "nie".

- To nie jest jakiś wielki pro­blem. Skoń­czę za nie­całą godzinę, zła­pię auto­bus. I pusz­czę ci wia­do­mość z domu. Idź robić drinki. Pa!

Weszła do środka, dokład­nie zamknęła blo­kadę przy drzwiach tara­so­wych i nalała wody do konewki dla roślin w domu.

Aku­rat stała przy oknie, gdy lekki wiatr wpadł do środka. Z zamknię­tymi oczami wysta­wiła twarz na chłodny powiew.

Może jed­nak spad­nie taki przy­jemny wio­senny deszcz. Zasko­czył ją kolejny, moc­niej­szy podmuch, a słońce na­dal świe­ciło przez szyby.

Pew­nie nad­ciąga burza - pomy­ślała.

Nie mia­łaby nic prze­ciwko. Może odpu­ściłby wtedy ten cho­lerny ból głowy. A skoro Marco dał jej trzy godziny, kiedy tak naprawdę potrze­bo­wała dwóch, mogłaby zapa­sową godzinę poświę­cić na spraw­dziany.

Tak dla czy­stego sumie­nia.

Kiedy weszła z konewką na górę, prze­ciąg szarp­nął zasło­nami i nadął firany.

- No mamuś, będziesz miała prze­wie­trzony dom - rzu­ciła cicho.

W gabi­ne­cie tra­fiła w śro­dek cha­osu.

Dolna szu­flada szafki na doku­menty wisiała wysu­nięta - cho­ciaż Breen mogłaby przy­siąc, że była zamknięta na klucz. Papiery wiro­wały jak ptaki.

Odsta­wiła konewkę i rzu­ciła się zgar­niać doku­menty z pod­łogi, łapać, zanim wiatr wywieje je na dwór.

Gdy pod­nio­sła się z kucek z pli­kiem papie­rów w gar­ściach, wiatr natych­miast ucichł, jakby ktoś zatrza­snął drzwi.

Pedan­tyczna Jen­ni­fer byłaby znie­sma­czona.

Powkła­daj wszystko na miej­sce, pose­gre­guj, pocho­waj. Ona ni­gdy się nie dowie - zapew­niła samą sie­bie. No i pry­sła nadzieja na wolną godzinę. Przy­kro mi, Marco. Nici z mojego wie­czoru w U Sally.

Pozbie­rała puste segre­ga­tory, zgar­nęła luźne kartki i usia­dła przy biurku matki, żeby je posor­to­wać.

Zasta­no­wiła ją naklejka na pierw­szym segre­ga­to­rze.

ALLIED INVE­ST­MENTS/BREEN/2006-2013.

Nie miała żad­nych lokat, na­dal spła­cała kre­dyt stu­dencki, zacią­gnięty na stu­dia magi­ster­skie, a miesz­ka­nie dzie­liła z Marco, nie dla towa­rzy­stwa, tylko żeby razem pła­cić czynsz.

Zdu­miona wzięła kolejny segre­ga­tor.

ALLIED INVE­ST­MENTS/BREEN/2014-2020.

Wyciągi i zakładka z napi­sem: KORE­SPON­DEN­CJA.

Czyżby matka otwo­rzyła dla niej jakiś rachu­nek inwe­sty­cyjny, nic jej o tym nie mówiąc? Dla­czego?

Kiedy poszła na stu­dia, dziad­ko­wie ze strony mamy przy­sy­łali jej drobne kwoty i była im za to wdzięczna, bo pomo­gli jej prze­trwać pierw­szy rok. A póź­niej matka dała jasno do zro­zu­mie­nia, że powinna sama o sie­bie zadbać.

- Musisz wziąć sprawy w swoje ręce - powta­rzała jej Jen­ni­fer. - Wię­cej się ucz i pra­cuj cię­żej, jeżeli kie­dyś masz się wybić ponad prze­cięt­ność.

No i stu­dio­wała pomię­dzy dwoma doryw­czymi pra­cami, żeby opła­cać cze­sne. Potem zacią­gnęła pożyczkę, którą pew­nie będzie spła­cać bez końca.

Kiedy skoń­czyła licen­cjat - z prze­cięt­nym wyni­kiem - i zna­la­zła prze­ciętną pracę w szkol­nic­twie, jesz­cze powięk­szyła dług, bo żeby utrzy­mać się w tej pracy, musiała zro­bić magi­sterkę.

Posia­dała jakieś fun­du­sze? To nie miało sensu.

Zaczęła ukła­dać doku­menty na kupki, miała zamiar powpi­nać je do odpo­wied­nich segre­ga­to­rów.

Jed­nak szybko zre­zy­gno­wała.

Co prawda nie­wiele wie­działa o inwe­sty­cjach, akcjach i dywi­den­dach, ale umiała czy­tać liczby.

Według mie­sięcz­nego zesta­wie­nia z maja 2014 roku, w cza­sie, gdy ledwo wią­zała koniec z koń­cem, pra­co­wała w dwóch miej­scach i żywiła się maka­ro­nem ramen, na jej rachunku leżało ponad dzie­więć tysięcy - tysięcy - dola­rów.

- Nie­moż­liwe - mruk­nęła. - Po pro­stu nie­moż­liwe.

Ale na rachunku wid­niało jej imię i nazwi­sko, a obok imię matki.

Przej­rzała resztę wycią­gów. Prze­lewy przy­cho­dziły regu­lar­nie z Bank of Ire­land.

Zerwała się od biurka, bez­wied­nie pode­szła do okna i szarp­nię­ciem ścią­gnęła frotkę z kitki.

Ojciec. To ojciec co mie­siąc przy­sy­łał jej pie­nią­dze. Taka miała być rekom­pen­sata za odej­ście? Za to, że nie pisał, nie dzwo­nił, nie pró­bo­wał się z nią zoba­czyć?

- Nic z tego, nic z tego, to nie tak. Ale...

Matka wie­działa i nie pisnęła córce o tym sło­wem. Wie­działa i pozwo­liła jej myśleć, że on po pro­stu znik­nął, prze­stał pła­cić ali­menty i bez skru­pu­łów je obie zosta­wił.

A to nie­prawda.

Musiała odcze­kać, aż ustąpi drże­nie rąk i prze­staną ją piec oczy.

Wró­ciła do biurka, pose­gre­go­wała doku­menty, prze­śle­dziła kore­spon­den­cję i uważ­nie prze­czy­tała spra­woz­da­nie z ostat­niego mie­siąca.

Uraza i żal ustą­piły miej­sca cichej wrzą­cej furii.

Chwy­ciła tele­fon i wybrała numer bro­kera.

- Ben­ton Ell­sworth.

- Ach, panie Ell­sworth, tu Breen Kelly. Ja...

- Pani Kelly. Co za nie­spo­dzianka! Jak miło panią sły­szeć. Mam nadzieję, że u pani matki wszystko w porządku.

- Na pewno, panie Ell­sworth. Wła­śnie odkry­łam, że wyso­kość fun­du­szy na moim rachunku inwe­sty­cyj­nym obsłu­gi­wa­nym przez pań­ską firmę wynosi obec­nie trzy miliony osiem­set pięć­dzie­siąt trzy tysiące i osiem­set dwa­na­ście dola­rów oraz hmmm, sześć­dzie­siąt pięć cen­tów. Zga­dza się?

- Mogę pani podać dokładną war­tość z zamknię­cia dzi­siej­szego dnia, ale nie bar­dzo rozu­miem, co pani ma na myśli, mówiąc, że to "odkryła"?

- Czy to są moje pie­nią­dze?

- Tak, oczy­wi­ście. Ja...

- Dla­czego wid­nieją tam rów­nież dane mojej matki?

- Pani Kelly - mówił powoli. - Rachu­nek został otwarty, kiedy pani, wtedy osoba nie­peł­no­let­nia, wyra­ziła wolę udzie­le­nia matce peł­no­moc­nic­twa.

- W jaki spo­sób wyra­zi­łam ową wolę?

- Pani Wil­cox oświad­czyła, że córka nie chce zaj­mo­wać się inwe­sty­cjami, a pani z kolei ni­gdy nie skon­tak­to­wała się ze mną czy z firmą w celu prze­nie­sie­nia rachunku wyłącz­nie na pani nazwi­sko.

- Ponie­waż do dzi­siaj nie wie­dzia­łam o jego ist­nie­niu.

- Jestem pewien, że zaszło jakieś nie­po­ro­zu­mie­nie. Pro­po­nuję, aby­śmy spo­tkali się we troje: ja, pani oraz pani matka i wyja­śnili tę sprawę.

- W tej chwili moja matka prze­bywa poza miej­scem zamiesz­ka­nia. Jest w kuror­cie, gdzie nie ma dostępu do tele­fonu i Inter­netu. - Jakiś bóg nad nią czuwa - pomy­ślała i dodała gło­śno: - Uwa­żam, że spo­koj­nie sami to zała­twimy.

- Natu­ral­nie, jak naj­bar­dziej. Co prawda moja asy­stentka aku­rat będzie na wyjeź­dzie, ale mogę umó­wić się z panią na ponie­dzia­łek.

Nie, nie, do ponie­działku opu­ści ją odwaga. Zupeł­nie ją straci. Zawsze tak jest.

- A może spo­tkajmy się teraz?

- Pani Kelly, byłem już w drzwiach, kiedy pani zadzwo­niła.

- Prze­pra­szam za nie­do­god­ność, ale sprawa jest raczej pilna i ważna dla mnie. Chcę z panem poroz­ma­wiać, aby mieć peł­niej­szy obraz tej... sytu­acji, zanim skon­tak­tuję się z praw­ni­kiem.

Cisza zapa­dła po tych sło­wach. Breen zaci­snęła powieki. Pro­szę, bła­gam, nie każ mi cze­kać - myślała.

- Może jed­nak lepiej, jeśli się spo­tkamy i omó­wimy wszystko dokład­nie. Jestem pewien, że tak, jak mówi­łem, zaszło tu jakieś nie­po­ro­zu­mie­nie. Sły­sza­łem, że pani nie jeź­dzi samo­cho­dem, więc...

- Nie mam samo­chodu - popra­wiła go - ponie­waż mnie na to nie stać. Ale spo­koj­nie dotrę do pań­skiego biura. Sta­wię się naj­szyb­ciej, jak to moż­liwe.

- Będę cze­kał na panią w holu, na dole. Jeste­śmy nie­wielką firmą, pani Kelly. Zanim pani się pojawi, więk­szość pra­cow­ni­ków zdąży wyjść. Jest week­end.

- Dzię­kuję.

Roz­łą­czyła się, żeby Ben­ton Ell­sworth przy­pad­kiem nie zmie­nił zda­nia, i roz­dy­go­tana opa­dła na krze­sło.

- Weź się w garść, Breen. Weź się w garść, do cho­lery, i jedź.

Roz­ło­żyła pomięte doku­menty do odpo­wied­nich teczek. Zosta­wiła konewkę z wodą oraz otwartą szu­fladę i zeszła na par­ter.

Pomy­ślała o auto­bu­sie. Cie­kawe, ile czasu zająłby dojazd do cen­trum.

I zde­cy­do­wała się na coś, czego dotąd ni­gdy nie robiła.

Zamó­wiła Ubera.

Wszę­dzie straszne korki. W końcu to pią­tek, godzina szczytu. Kie­rowca Ubera, kobieta w jej wieku, wyraź­nie miała ochotę na poga­wędkę, ale zre­zy­gno­wała, kiedy Breen odchy­liła głowę na opar­cie i przy­mknęła powieki.

Zamie­rzała ponow­nie przej­rzeć doku­menty w samo­cho­dzie, jed­nak nie sprzy­jała temu cho­roba loko­mo­cyjna. Nie­do­brze, skoro po raz pierw­szy miała zoba­czyć się z czło­wie­kiem, który podobno był jej bro­ke­rem.

Potrze­bo­wała planu, ale przez stres i gniew nie mogła pozbie­rać myśli. W week­end zamie­rzała (może już nie) zapła­cić rachunki, poprze­kła­dać pie­nią­dze z kupki na kupkę, obciąć zbędne wydatki. Miała się tym zająć po gim­na­styce. Ćwi­czyła w domu, bo nie było jej stać na kartę człon­kow­ską klubu fit­ness.

Nie­za­leż­nie od wyniku tego spo­tka­nia i tak będzie musiała ure­gu­lo­wać rachunki.

Unio­sła powieki i zoba­czyła, że naj­gor­szy odci­nek trasy miały za sobą, teraz jechały wzdłuż rzeki. Chy­lące się ku zacho­dowi jaskrawe słońce odbi­jało się na kon­struk­cji mostu i wodzie, powle­ka­jąc wszystko odcie­niem mosią­dzu.

A podobno miało padać - pomy­ślała i w tej samej chwili tknęło ją, że desz­czo­wiec został w kuchni u matki.

Prze­szył ją nie­po­kój. Czy pamię­tała, żeby włą­czyć alarm i prze­krę­cić klucz?

Zamknęła oczy i spró­bo­wała wró­cić myślami do tam­tej chwili.

Tak, na pewno. Takie rze­czy robi się odru­chowo.

Samo­chód zatrzy­mał się przed impo­nu­ją­cym budyn­kiem z czer­wo­nej cegły, ukry­tym w cie­niu wież ze stali i szkła.

Dała napi­wek kie­rowcy i tym spo­so­bem pozbyła się pie­nię­dzy na nie­dzielną pizzę.

Gdy prze­cięła chod­nik, w drzwiach sta­nął męż­czy­zna.

Wysoki, szczu­pły, w gra­na­to­wym gar­ni­tu­rze w prążki i śnież­no­bia­łej koszuli z kra­wa­tem w odcie­niu inten­syw­nej czer­wieni. Z jakie­goś powodu poczuła ulgę na widok siwych pase­mek w brą­zo­wych wło­sach.

Ma swoje lata - pomy­ślała. Jest doświad­czony. Wie, co robi.

Ona, za dia­bła, nie wie­działa.

- Pani Kelly. - Wycią­gnął do niej dłoń.

- Witam, panie Ell­sworth.

- Zapra­szam. Moje biuro jest na pierw­szym pię­trze. Wej­dziemy po scho­dach?

- Jak naj­bar­dziej.

Zoba­czyła wyci­szony dywa­nem hol z recep­cją na wysoki połysk, kil­koma prze­past­nymi, skó­rza­nymi fote­lami i wyso­kimi rośli­nami w tera­ko­to­wych doni­cach.

- Chciał­bym panią prze­pro­sić za rolę, jaką ponie­kąd ode­gra­łem w tym nie­po­ro­zu­mie­niu - zaczął, pro­wa­dząc ją na górę. - Jen­ni­fer, pani matka, twier­dziła, że nie jest pani zain­te­re­so­wana wni­ka­niem w kwe­stie zwią­zane z pro­wa­dze­niem rachunku.

- Kła­mała - wyrwało jej się. Tego nie miała w pla­nie, jeżeli w ogóle miała jakiś plan. - Okła­my­wała pana, o ile to, co pan mówi, jest prawdą. A mnie jakoś zapo­mniała poin­for­mo­wać o ist­nie­niu rachunku. Do dzi­siaj o nim nie wie­dzia­łam.

- Hmm, no tak. - Ell­sworth otwo­rzył przed nią drzwi.

W jasnym biu­rze z wyso­kimi oknami, więk­szym od salonu w jej miesz­ka­niu, stało zabyt­kowe maho­niowe biurko ze sny­cer­skimi zdo­bie­niami oraz skó­rzana sofka i dwa fotele dla gości.

Boczny sto­lik zaj­mo­wał wyra­fi­no­wany eks­pres do kawy. Na ścia­nie, na samo­wi­szą­cej półce stały opra­wione w ramki foto­gra­fie (zapewne rodziny).

- Mogę pani zapro­po­no­wać kawę?

- Popro­szę. Z mle­kiem, bez cukru.

- Zapra­szam na fotel - zachę­cił ją, kie­ru­jąc się do eks­presu.

- Przy­nio­słam wszyst­kie doku­menty - zaczęła, kiedy usia­dła ze ści­śnię­tymi kola­nami, żeby zapa­no­wać nad drże­niem nóg. - Z tego, co zoba­czy­łam, wynika, że rachu­nek został otwarty w dwa tysiące szó­stym roku. Wtedy moi rodzice się roze­szli.

Zga­dza się. Może mi pan powie­dzieć, czy wtedy te prze­lewy miały cha­rak­ter ali­men­tów?

- Zde­cy­do­wa­nie nie. Suge­ruję, żeby pani poroz­ma­wiała o tym z matką. Ja mogę udzie­lić pani jedy­nie infor­ma­cji zwią­za­nych z tym kon­kret­nym rachun­kiem.

- Dobrze. Czy to matka zało­żyła to konto?

- Zało­żył je Eian Kelly na pani nazwi­sko, wska­zu­jąc pani matkę jako peł­no­moc­nika. W tam­tym cza­sie co mie­siąc doko­ny­wał trans­feru pie­nię­dzy poprzez Bank of Ire­land. Na zabez­pie­cze­nie pani przy­szło­ści, edu­ka­cję i pokry­cie pani potrzeb.

Splo­tła mocno palce, żeby ukryć drże­nie rąk.

- Jest pan tego pewien?

- Tak. - Podał jej kawę i usiadł, jed­nak nie za tym pięk­nym biur­kiem z kom­pu­te­rem, lecz na fotelu obok niej. - Oso­bi­ście zała­twia­łem for­mal­no­ści. Pan Kelly przy­szedł do biura, zało­żył konto i zle­cił mi pro­wa­dze­nie rachunku.

- Czy on... się z panem kon­tak­tuje?

- Nie, od tam­tej pory nie mia­łem z nim kon­taktu. Wpłaty wpły­wały. Pani matka miała wgląd w konto. Jak już mówi­łem, jest bar­dzo skru­pu­latna. Jeżeli przej­rzy pani spra­woz­da­nia, zoba­czy, że ni­gdy nie wyjęła choćby centa. Spo­ty­kamy się raz na kwar­tał, a cza­sem czę­ściej, jeśli poja­wiają się jakieś sprawy wyma­ga­jące omó­wie­nia. Nie mia­łem powodu przy­pusz­czać, że pani nie wie o ist­nie­niu tego konta.

- Czy pan ma wielu klien­tów... czy ja jestem klientką?

Uśmiech­nął się.

- Tak.

- Czy pan ma wielu klien­tów, któ­rych w ogóle nie inte­re­suje, co dzieje się z kon­tem, na któ­rym zde­po­no­wano pra­wie cztery miliony dola­rów? Wiem, że Allied Inve­st­ments jako pre­sti­żowa firma pro­wa­dzi rachunki dużych klien­tów, nie­mniej to też jest spora kwota.

Mil­czał przez chwilę i widziała, że zasta­na­wia się nad dobo­rem słów.

- Zda­rzają się sytu­acje, gdy rodzic, peł­no­moc­nik czy powier­nik jest lepiej przy­go­to­wany do podej­mo­wa­nia decy­zji finan­so­wych od wła­ści­ciela konta.

- Jestem doro­sła. Matka nie ma mojego peł­no­moc­nic­twa. - Tak jest, prze­czu­wała to, podej­rze­wała, wie­działa. - Zapewne powie­działa panu, że jestem nie­od­po­wie­dzialna i nie potra­fię zarzą­dzać wła­snymi finan­sami.

- Pani Kelly... Breen, nie chcę wni­kać w wasze oso­bi­ste sprawy. Jed­nak mogę powie­dzieć bez waha­nia, że matka zawsze miała na wzglę­dzie twoje dobro. Przy two­ich pro­ble­mach...

- Jakich pro­ble­mach? - Wzbie­ra­jący w niej gniew zagłu­szył onie­śmie­le­nie. - Jestem nie­od­po­wie­dzialna? Nie­zbyt lotna? A może nie­roz­gar­nięta?

Ell­sworth wyraź­nie się zaczer­wie­nił.

- Zde­cy­do­wa­nie ni­gdy nie powie­działa nic takiego otwar­cie.

- Po pro­stu dała do zro­zu­mie­nia. W takim razie wypada nam się lepiej poznać, panie Ell­sworth. Skoń­czy­łam stu­dia, w zimie obro­ni­łam pracę magi­ster­ską i teraz zma­gam się z ogrom­nym kre­dy­tem stu­denc­kim. - Na widok jego zasko­czo­nej miny poki­wała głową. - Uczę lite­ra­tury i umie­jęt­no­ści języ­ko­wych w gim­na­zjum Grady. Już na stu­diach licen­cjac­kich z tru­dem spła­ca­łam pożyczkę, mimo że wie­czo­rami dora­bia­łam w dwóch miej­scach. Chęt­nie podam panu nazwi­sko dyrek­tora gim­na­zjum czy kilku pro­fe­so­rów z uczelni.

- To nie jest potrzebne. Mia­łem wra­że­nie, że nie pra­cu­jesz albo nie jesteś w sta­nie utrzy­mać pracy.

- Od szes­na­stego roku życia pra­cuję w lecie i w week­endy. Na­dal pra­cuję w waka­cje, żeby spła­cać dług, i z tego samego powodu we dwa popo­łu­dnia w tygo­dniu udzie­lam kore­pe­ty­cji. - Łzy zapie­kły ją w oczy; gorące, gniewne łzy. - Ubie­ram się na wyprze­da­żach i w lum­pek­sach. Dzielę z kimś miesz­ka­nie ze względu na czynsz. Żyję z ołów­kiem w ręku. Ja...

- Już dobrze. - Dotknął jej dłoni. - Bar­dzo mi przy­kro, że doszło do tego...

- Pro­szę nie nazy­wać tego nie­po­ro­zu­mie­niem, bo to było roz­myślne dzia­ła­nie. Ojciec chciał mnie zabez­pie­czyć finan­sowo. A tym­cza­sem pra­co­wa­łam jako kel­nerka i bra­łam pożyczki na cze­sne. Te pie­nią­dze, które prze­sy­łał, zmie­ni­łyby moje życie. Zmie­ni­łaby je sama świa­do­mość, że o mnie dba.

Odsta­wiła fili­żankę i żeby się uspo­koić, wzięła głę­boki oddech.

- Pro­szę wyba­czyć. To wina matki, nie pana. Dla­czego pan miałby jej nie wie­rzyć? Mówił pan, że jestem waszą klientką?

- Jak naj­bar­dziej i na pewno to napra­wimy. Kiedy wraca Jen­ni­fer?

- W przy­szłym tygo­dniu. Ale już teraz muszę to wie­dzieć. Te pie­nią­dze są moje?

- Tak.

- Mam więc prawo wyco­fać fun­du­sze, dys­po­no­wać nimi?

- Tak, ale myślę, że lepiej się z tym wstrzy­mać do powrotu two­jej matki. Usią­dziemy wtedy we troje i wszystko usta­limy.

- Nie jestem zain­te­re­so­wana. Chcę otwo­rzyć nowy rachu­nek, wyłącz­nie na sie­bie i tam prze­lać pie­nią­dze. Mogę to zro­bić?

- Tak. Mogę zało­żyć taki rachu­nek. Jaką kwotę chcesz prze­lać?

- Całość.

- Breen...

- Całość - powtó­rzyła. - A jeżeli pan obstaje przy spo­tka­niu we troje, przyjdę w towa­rzy­stwie praw­nika i wyto­czę jej sprawę, no, nie wiem, o sprze­nie­wie­rze­nie?

- Nie ruszyła two­ich pie­nię­dzy.

- Jestem pewna, że praw­nik będzie wie­dział, jak to nazwać. Chcę dys­po­no­wać wła­snymi pie­niędzmi i nie gło­wić się wię­cej nad rachun­kami, spła­cić kre­dyt stu­dencki i ode­tchnąć z ulgą. Mój ojciec powie­rzył te pie­nią­dze w pań­skie ręce. Ufał, że mając nad nimi pie­czę, będzie pan miał na wzglę­dzie moje dobro. Teraz pro­szę, żeby pan postą­pił wła­ści­wie.

- Jesteś peł­no­let­nia. Do usu­nię­cia nazwi­ska matki z rachunku wystar­czy twój pod­pis. Muszę jedy­nie potwier­dzić twoje dane, a ty wypeł­nisz kilka for­mu­la­rzy. Poza tym mam obo­wią­zek skon­tak­to­wać się z jed­nym z naszych nota­riu­szy i jesz­cze potrzebny mi świa­dek.

Ponow­nie nakrył dło­nią jej rękę.

- Breen, nie mam powodu, by ci nie wie­rzyć, jed­nak czy mia­ła­byś coś prze­ciwko temu, żeby mi podać numer tele­fonu do dyrek­tora szkoły, w któ­rej pra­cu­jesz?

- Abso­lut­nie nie.

Roz­dział 2

Zanim Breen dotarła do U Sally, wie­czór w barze już zdą­żył na dobre się roz­krę­cić. Stru­mie­nie kolo­ro­wych świa­teł padały na tło­czą­cych się przy bufe­cie klien­tów i pozaj­mo­wane co do jed­nego sto­liki. Reflek­tor był skie­ro­wany na Cher, czyli na Sally, który śpie­wał na całe gar­dło: Gdy­bym mogła cof­nąć czas.

Szczere słowa - pomy­ślała Breen.

Lawi­ro­wała w tłu­mie i gdy ktoś ją zawo­łał lub do niej poma­chał, nawet zdo­by­wała się na odpo­wiedź uśmie­chem.

Szczę­śli­wie Marco pochwy­cił jej wzrok i przy­wi­tał ją salu­tem, drugą ręką mie­sza­jąc drinki.

Miał na sobie mie­niącą się sre­brzy­ście koszulę (U Sally wszystko musiało się mie­nić), dopa­so­wane czarne spodnie i srebrne kółko w uchu. Ostat­nio zapu­ścił kozią bródkę, która według Breen bar­dzo mu paso­wała, podob­nie jak dłu­gie dredy zebrane frotką z tyłu głowy. Jego śniada cera lśniła od potu.

U Sally pod wie­loma wzglę­dami bywało gorąco.

- Geo, ustąp miej­sca naszej dziew­czy­nie.

- Nie, nie, nie trzeba.

Geo, drobny i chudy, spiekł raka i zerwał się ze stołka.

- Sia­daj, kochana. I tak muszę obsko­czyć sto­liki. - Cmok­nął ją w poli­czek. - Nasza dziew­czynka wygląda na zmę­czoną.

- Bo tak jest.

Wśli­znęła się na sto­łek. Marco obsłu­żył klienta i nalał jej kie­li­szek bia­łego wina.

- Późno przy­szłaś... i nawet się nie prze­bra­łaś. Ten sam smutny mun­du­rek. - Uniósł brwi, gdy dusz­kiem wypiła pół kie­liszka. - Coś mi się wydaje, że mia­łaś ciężki dzień.

- Ciężki, dziwny, prze­ra­ża­jący i eks­cy­tu­jący.

Roz­pła­kała się.

- Geo! Wycho­dzę na prze­rwę!

Wybiegł zza baru, chwy­cił Breen za ramię i wypro­wa­dził ją na zaple­cze. Kilku wyko­naw­ców cze­ka­ją­cych na występ plot­ko­wało przed lustrami do maki­jażu.

- Dro­gie panie, zrób­cie nam miej­sce.

Jeden z nich, per­fek­cyj­nie wysty­li­zo­wany na Lady Gagę, wcią­gnął Breen w obję­cia. - Nie płacz, dzie­cino. Wszystko będzie dobrze. Jimmy ci to mówi. Żaden facet nie jest wart two­ich łez.

Cmok­nął ją w poli­czek dokład­nie w chwili, gdy Sally zaczął śpie­wać Gyp­sies, Tramps and Thie­ves.

Marco posa­dził Breen na krze­śle.

- Skar­bie, co z tobą? Powiedz, co się dzieje?

- Ja... mój ojciec...

Mocno ści­snął jej rękę.

- Ode­zwał się?

- Nie, nie, ale on... on przy­syła mi pie­nią­dze, odkąd skoń­czy­łam dzie­sięć lat. Zało­żył dla mnie konto, rachu­nek inwe­sty­cyjny w Allied i co mie­siąc robi prze­lewy. Ona nic nie powie­działa. Ni­gdy sło­wem nie wspo­mniała, trzy­mała doku­menty w szu­fla­dzie pod klu­czem. Przez ten cały czas... - Popa­trzyła na swoje dło­nie. - Zapo­mnia­łam zabrać wino.

- Przy­niosę ci.

- Zacze­kaj. Mam... Marco, mam dziś, bo tam doli­czano dywi­dendy... nie znam się na tym, będę musiała poczy­tać. Dzi­siaj mam trzy miliony osiem­set sie­dem­dzie­siąt osiem tysięcy pięć­set dzie­więć­dzie­siąt sześć dola­rów i trzy­dzie­ści pięć cen­tów.

Wytrzesz­czył na nią oczy.

- Skar­bie, to ci się przy­śniło, tak? Wiesz, że cza­sami masz te swoje sny.

- Nie. Przy­szłam pro­sto ze spo­tka­nia z moim bro­ke­rem. Marco, ja mam pra­wie cztery miliony dola­rów.

- Siedź tutaj i nie waż się ruszyć. Idę po wino. Wrócę z butelką.

Odru­chowo zer­k­nęła do lustra.

Rze­czy­wi­ście, cera blada, zmę­czone oczy. Ścią­gnęła frotkę z wło­sów. Tak rano się namę­czyła, żeby je roz­pro­sto­wać suszarką, a one z powro­tem się poskrę­cały. I miały myszo­waty kolor, bo zmyła się ta brą­zowa płu­kanka, którą raz na tydzień tuszo­wała ich pło­mienną czer­wień, żeby za bar­dzo nie przy­cią­gały uwagi, nie roz­pra­szały.

Nie­ważne - pomy­ślała. Jak tylko opo­wie wszystko Marco, pój­dzie do domu i się położy. Spraw­dziany muszą zacze­kać, dopóki nie roz­ja­śni jej się w gło­wie. A ponie­waż zanim wróci do domu, zamie­rza wypić co naj­mniej dwa kie­liszki wina, na pewno dzi­siaj nie ma na to szans.

Marco wró­cił z butelką oraz z dwoma kie­lisz­kami i zanim usiadł, nalał im wina.

- Zacznijmy od początku. Jak się dowie­dzia­łaś?

- Marco, to było bar­dzo dziwne.

Opo­wie­działa mu wszystko po kolei.

- Muszę zaraz wra­cać - uprze­dził ją. - Poszłaś do biura tam­tego bro­kera sama? To było odważne, Breen.

- Nie wie­dzia­łam, co innego mogła­bym zro­bić. Byłam wście­kła.

- A kto ci powta­rza, że powin­naś czę­ściej się wście­kać?

Uśmiech­nęła się lekko.

- Ty.

- Lepiej utrzy­maj tę wście­kłość do roz­mowy z matką.

- O Boże. - Ukryła twarz w dło­niach. Naj­chęt­niej wci­snę­łaby głowę mię­dzy kolana.

- Nie zmie­niaj mi się tutaj w gala­retę.

Obej­rzał się na Sally, który wsu­nął się na zaple­cze prze­brany za Cher, w obłęd­nej sukni obszy­tej ceki­nami od Boba Mac­kie. Salva­dor Tra­vino oparł rękę na bio­drze i zarzu­cił wło­sami się­ga­ją­cej talii peruki.

- Marco, potrze­bują cię za barem. Co jest grane?

- Wybacz, Sally. Breen...

Sally prze­rwał mu, uno­sząc palec i mru­żąc oczy, z uwagą popa­trzył na Breen spod sztucz­nych rzęs.

- Jesteś chora, skar­bie?

- Nie, nie. Wybacz. Ja tylko...

- Kiep­sko wyglą­dasz. - Uniósł jej twarz za pod­bró­dek. - Blada jak dzie­wica przed nocą poślubną. Czy to przez tego dupka Granta?

- Nie, gdzie tam.

- To dobrze, bo on na cie­bie nie zasłu­guje. Kiedy ostat­nio jadłaś?

- Ja... - Nie mogła sobie przy­po­mnieć.

- Tak wła­śnie myśla­łem. Marco, zabierz naszą dziew­czynkę do domu i daj jej coś do jedze­nia. Macie w lodówce czer­wone mięso?

- Hmm, raczej nie.

Sally pokrę­cił głową i gestem Cher odgar­nął włosy. Ski­nął ręką na Marco. - Daj mi swoją komórkę. W tych ciu­chach nie mam gdzie trzy­mać tele­fonu.

Wziął komórkę i wybrał numer, stu­ka­jąc w szybkę błysz­czą­cymi, zło­tymi szpo­nami.

- Beau, ty przy­stojny sukin­ko­cie, tu Sally... Mam się lepiej, niż wyglą­dam, a wyglą­dam fan­ta­stycz­nie. Zrób dla mnie dwie mega­ka­napki fila­del­fij­skie na wynos... No, w pracy, mój drogi... Zapisz na mój rachu­nek. Marco je odbie­rze. Do zoba­cze­nia wkrótce i uca­łuj ode mnie swoją ładną żonę i słod­kiego bobasa. A tu masz buziaka ode mnie.

Posłał długi, siar­czy­sty poca­łu­nek i oddał komórkę Marco.

- Po dro­dze odbie­rze­cie kanapki z Philly Pride. A ty, Breen, po przyj­ściu do domu natych­miast wsko­czysz w piżamkę. Powin­naś posłu­chać Sally i wyrzu­cić te ciu­chy przez okno. Niech je sobie weź­mie ktoś, kto nie ma poję­cia o modzie.

- Sally, nie mogę cię zosta­wić na lodzie w piąt­kowy wie­czór - zapro­te­sto­wał słabo Marco.

- Myślisz, że nie umiem utrzy­mać inte­resu w gar­ści? Nie takie trzy­ma­łem, jesz­cze zanim ty wyro­słeś z pie­luch. I z moim zabój­czym wyglą­dem spo­dzie­wam się wyrwać sporo sutych napiw­ków. Zabierz naszą dziew­czynkę do domu.

- Dzię­kuję, Sally. - Breen pod­nio­sła się, żeby go uści­skać, ale jedy­nie przy­tu­liła głowę do jego ramie­nia. Od dzie­się­ciu lat ten męż­czy­zna dbał o nią bar­dziej niż rodzona matka.

- Wkrótce poga­damy. I dzwoń, gdy­byś mnie potrze­bo­wała. Ale nie bla­dym świ­tem przed dzie­siątą rano, no chyba, że wysko­czy coś pil­nego. Potrze­buję odpo­wied­niej por­cji snu dla urody.

- Nie potrze­bu­jesz. Nie znam nikogo pięk­niej­szego od cie­bie.

- No, zmy­kaj­cie. Jak wie­cie, pro­wa­dzę klub.

Wyszli tyl­nymi drzwiami. Marco odru­chowo oto­czył Breen ramie­niem w pasie. A ona instynk­tow­nie oparła głowę na jego ramie­niu.

- Jestem taka zmę­czona - poskar­żyła się. - Nie wiem, czy dam radę coś zjeść.

- Zjesz, zjesz, bo ina­czej powiem Sally. A potem położę cię do łóżka.

Pro­wa­dził ją uli­cami, w bruku odbi­jały się świa­tła latarni.

Kluby, restau­ra­cje, kawiar­nie tęt­niły życiem, tak jak powinny w majowy piąt­kowy wie­czór.

- Wła­śnie mnie tknęło, że zosta­wi­łam konewkę na pod­ło­dze w gabi­ne­cie mamy. Pew­nie będzie ślad.

- Ojoj.

- Marco, te pod­łogi są piękne. To w końcu nie ich wina.

- To już pro­blem two­jej matki, nie mia­łaby krążka na pod­ło­dze, gdyby tego wszyst­kiego nie ukry­wała przed tobą przez, Jezu, szes­na­ście lat! Więc prze­stań się mar­twić, jeśli nie chcesz mnie wku­rzyć. Lepiej powiedz, co teraz zamie­rzasz.

- Spłacę kre­dyt stu­dencki. Ell­sworth obie­cał, że o tym poroz­ma­wia, ale nie pamię­tam z kim. I że praw­do­po­dob­nie gdy zwrócę całość, zapłacę mniej. A ja wła­śnie tak chcę zro­bić, żeby wresz­cie mieć to z głowy.

- Jasne. Rozu­miem. Pozo­stają jesz­cze dwie sprawy. Jak zamie­rzasz poroz­ma­wiać o tym z matką, no i przede wszyst­kim, co teraz chcesz zafun­do­wać sobie dla przy­jem­no­ści?

- Nie wiem, nie mam siły o tym myśleć.

- Dobra. W takim razie ja o tym pomy­ślę.

Skrę­cili do Philly Pride, gdzie już w wej­ściu owio­nął ich zapach gril­lo­wa­nej cebuli. Breen pozwo­liła sobie na chwilę bło­giej bez­myśl­no­ści, kiedy Marco odbie­rał kanapki, nie­win­nie przy tym flir­tu­jąc z obsłu­gu­ją­cym go Trace'em.

- Sądzisz, że mógł­bym się z nim umó­wić? - spe­ku­lo­wał, kiedy wyszli na zewnątrz.

- Z Trace'em? Nie, jest dla cie­bie za smar­katy.

- Jeste­śmy rów­no­lat­kami!

- Metry­kal­nie. Znu­dził­byś się nim po tygo­dniu, bo poza sek­sem i grami kom­pu­te­ro­wymi nic go nie inte­re­suje. Zapro­po­no­wał­byś mu wyj­ście do klubu i usły­szał­byś pew­nie: "Pocze­kaj, aż przejdę na następny poziom Assas­sin's Creed".

- Nie­stety, masz rację, ale on jest taki mniam mniam.

- Zgoda, jest, ale to mniam mniam szybko by cię zemdliło. A tak w ogóle ty zwy­czaj­nie pró­bu­jesz mnie zaga­dać, żeby odcią­gnąć moje myśli od tam­tej sprawy.

- No i się udało.

Gdy ponow­nie prze­chy­lała głowę na jego ramię, po dru­giej stro­nie ulicy mignął jej tam­ten wysoki, smu­kły męż­czy­zna ze srebr­nymi wło­sami.

- Marco, widzisz tam­tego gościa? - Chwy­ciła go za ramię i odwró­ciła w stronę jezdni.

- Jakiego?

- Ja... Był tam. Musiał skrę­cić za róg. Jechał dzi­siaj w auto­bu­sie. On... budził we mnie jakieś dziwne uczu­cie.

Ponie­waż dziwne uczu­cia czę­sto jej się przy­da­rzały, Marco wziął ją za rękę i pocią­gnął za naroż­nik.

- Widzisz go? Jak wygląda? - dopy­ty­wał się, gdy omia­tali wzro­kiem ulicę.

- Nie, znik­nął. Nie­ważne. W auto­bu­sie dopa­dła mnie migrena i być może stąd tamto nie­ja­sne uczu­cie. Dziw­nie bym się poczuła, jeżeli ten czło­wiek krę­ciłby się tak bli­sko domu. Zna­czy, gdyby tak było - popra­wiła się. - Bo wła­ści­wie nie wiem, co widzia­łam. Mniej­sza z tym.

Prze­szli jesz­cze pół kwar­tału dzie­lą­cego ich od domu; dwu­pię­tro­wej kamie­nicy, bez windy. Breen lubiła ten dom z czer­wo­nej cegły, z tęczą nad fron­to­wym wej­ściem nama­lo­waną przez wła­ści­ciela i muzyką sączącą się z otwar­tych okien w miły wio­senny wie­czór.

Nie prze­szka­dzała jej wspi­naczka scho­dami na dru­gie pię­tro.

Wła­ści­ciel utrzy­my­wał budy­nek w dobrym sta­nie. Loka­to­rzy dbali o czy­stość i pil­no­wali sie­bie nawza­jem.

Gdy wcho­dzili na górę, spod numeru sto jeden doszły ich odgłosy piąt­ko­wej gry w karty, w miesz­ka­niu z nume­rem dwie­ście cztery pła­kało nie­mowlę, a pod trzy­sta dwójką ktoś na cały regu­la­tor pusz­czał muzykę ope­rową.

Marco skie­ro­wał się pro­sto do kuchen­nej wnęki.

- Uwol­nij się z tych ciu­chów. Nie miał­bym nic prze­ciwko temu, żebyś za radą Sally wywa­liła je przez okno.

- Nie wiem, co ci się w nich nie podoba.

- Wor­ko­wate spodnie wiszące na tyłku i ten beżowy swe­ter, w któ­rym wyglą­dasz jak wymo­czek, że już o butach nie wspo­mnę.

Tro­chę nabur­mu­szona weszła do swo­jego pokoju ze sta­ran­nie posła­nym łóż­kiem, małym biur­kiem, na któ­rym pano­wał ide­alny porzą­dek, i oknem wycho­dzą­cym na kolo­rową część mia­sta.

Zdjęła buty i wsta­wiła je do wąskiej szafki, ścią­gnęła swe­ter, który już zdą­żyła znie­na­wi­dzić, jed­nak zamiast za okno, cisnęła go do kosza na pra­nie. Chwilę póź­niej wylą­do­wały tam spodnie.

Może i wisiały jej na tyłku, ale przy­naj­mniej nie przy­cią­gały uwagi uczniów czy co ponie­któ­rych nauczy­cieli, jak opięte ciu­chy Anny May, nauczy­cielki histo­rii.

Nało­żyła pod­ko­szu­lek i dół baweł­nia­nej piżamy. Zer­k­nęła na biurko. W tej chwili powinna przy nim sie­dzieć i spraw­dzać wypra­co­wa­nia.

Prze­szła do pokoju, który był jed­no­cze­śnie salo­nem, jadal­nią i salą gim­na­styczną. Pozwo­liła Marco po swo­jemu zaaran­żo­wać tę ich nie­wielką wspólną prze­strzeń i musiała przy­znać, że nadał temu miej­scu styl.

Razem poma­lo­wali ściany na cie­pły, soczy­sty kolor, który przy­wo­dził jej na myśl czer­woną paprykę, powie­sili półkę i usta­wili na niej butelki o róż­nym kształ­cie i wiel­ko­ści. Ozdo­bili ściany opra­wio­nymi pla­ka­tami muzy­ków: Spring­ste­ena, Prince'a, Jag­gera, Gagi i Janis Joplin.

Kanapę z odzy­sku nakryli ciem­no­zie­loną narzutą i zarzu­cili mnó­stwem wście­kle kolo­ro­wych podu­szek. Za stół słu­żyło im skrzy­dło sta­rych drzwi, wsparte na żela­znych nogach, wygrze­ba­nych w lum­pek­sie.

Zaprzy­jaź­niony arty­sta w pre­zen­cie uro­dzi­no­wym dla Breen nama­lo­wał na bla­cie lata­jące poma­rań­czowe i szma­rag­dowe smoki.

Marco posta­wił talerz na stole i zapa­lił świece w meta­lo­wych lich­ta­rzach.

- Sia­daj - zarzą­dził. - Jedz. Ani kro­pli wina wię­cej, dopóki nie zjesz.

- I tak nie powin­nam wię­cej pić.

- Ale się napi­jesz.

Włą­czył ich wspólny iPod i cicho nasta­wił muzykę.

Co prawda w ogóle nie czuła głodu, ale usia­dła i pod­nio­sła kanapkę do ust.

- Wiesz, Marco, nie mam poję­cia, jak bym sobie bez cie­bie radziła.

- Ni­gdy nie będziesz musiała. Jedz.

Posłusz­nie jadła i cho­ciaż nie miała ape­tytu, zde­cy­do­wa­nie lepiej się poczuła.

- Chcę rzu­cić pracę.

Gdy dotarło do niej, co powie­działa, upu­ściła kanapkę na talerz i przy­ci­snęła dłoń do ust.

- Skąd mi się to wzięło? - bąk­nęła.

- Pew­nie stąd, że ni­gdy nie chcia­łaś zostać nauczy­cielką. - Tylko się lekko uśmiech­nął, nie prze­ry­wa­jąc jedze­nia.

- Może mnie kusić, żeby rzu­cić robotę, ale to sza­lone i głu­pie. Ow­szem, nie­spo­dzie­wa­nie, nie wia­domo skąd, spa­dła na mnie for­tuna i jeżeli będę uwa­żać, te pie­nią­dze na długo wystar­czą. Jed­nak rezy­gna­cja ze sta­łej pracy po płat­nych stu­diach, które wkrótce spłacę, nie jest mądrą decy­zją.

- Chcia­łaś być wete­ry­na­rzem.

- Chcia­łam, a także bale­riną i gwiazdą rocka. Chcia­łam być J.K. Row­ling. Nie jestem nikim z nich i nie będę.

- Dziew­czyno, ty naprawdę masz lek­kie pióro.

Pokrę­ciła głową i zajęła się kanapką.

- Dawne marze­nia. Muszę się sku­pić na tym co teraz i zasta­no­wić się nad przy­szło­ścią.

- Zwol­nij się z pracy.

- Marco...

- Nie cier­pisz jej. Ni­gdy nie chcia­łaś uczyć. To twoja matka chciała, żebyś została nauczy­cielką, i prze­ko­nała cię do swo­jego pomy­słu. Jakby nie było innego wyboru. Spłać kre­dyt, rzuć robotę i daj sobie czas, zasta­nów się, co chcesz robić, kim chcesz być.

- Nie mogę tak po pro­stu...

- Możesz. Mimo­cho­dem to ci się samo wymknęło z ust, bo to ci leży na sercu i cho­dzi po gło­wie. Breen, nada­rza się oka­zja.

- Ale ja nie umiem robić nic innego.

- Bo ni­gdy nie mia­łaś oka­zji spró­bo­wać. Nie spiesz się, zasta­nów. Mówię ci, zaj­mij się pisa­niem. A jeśli to cię nie kręci, mogła­byś otwo­rzyć jakiś biz­nes.

- Ja?

- Jasne. Do dia­bła, Breen, jesteś bystra i zor­ga­ni­zo­wana - pod­su­mo­wał wzbu­rzony i teraz, kiedy już tro­chę zja­dła, nalał jej wina. - Mogła­byś zostać pro­jek­tantką i nie pytaj "ja?" tym debil­nym tonem. W końcu nie urzą­dzi­łem tego miesz­ka­nia sam, a cho­ler­nie dobrze wyszło. Zro­bi­li­śmy to razem. W dodatku masz dobry głos, grasz na pia­ni­nie. To też otwiera jakieś moż­li­wo­ści. Pozwo­li­łaś jej się zaszu­flad­ko­wać - cią­gnął dalej, coraz bar­dziej się nakrę­ca­jąc. - A teraz szu­flada się otwo­rzyła. Nie pozwól jej zamknąć z powro­tem.

- Mam... w ponie­dzia­łek pójść do dyrek­tora i powie­dzieć, że nie wra­cam jesie­nią? Ot tak, po pro­stu?

- Wła­śnie tak po pro­stu. Przez lato się zasta­no­wisz, co chcesz robić, czego chcia­ła­byś spró­bo­wać.

- To mnie prze­raża.

- Powie­dział­bym raczej, wyzwala. Pomyśl o jed­nej rze­czy, jakiejś waż­nej, któ­rej naprawdę chcesz, i możesz teraz to zro­bić.

- Chcę pole­cieć do Irlan­dii. Jezu, nie masz poję­cia, jak bar­dzo tego chcę. Chcę poznać miej­sce, z któ­rego pocho­dzi ojciec, dowie­dzieć się, co go skło­niło do powrotu i odcią­gnęło ode mnie. I zapy­tać, jeśli go odnajdę, dla­czego. Czemu mnie zosta­wił, czemu przy­sy­łał pie­nią­dze. Po pro­stu dla­czego?

- Zrób to. To wielka sprawa. Spędź lato w Irlan­dii, daj sobie czas na prze­my­śle­nie reszty.

- To lato?

- Kurde, a czemu nie? Kiedy mia­łaś jakieś waka­cje?

- Po stu­diach licen­cjac­kich poje­cha­li­śmy auto­bu­sem do New Jer­sey. Na tydzień.

- Super się bawi­li­śmy - przy­znał. - Ale to było dawno, Breen. Całe wieki temu.

Pod­nio­sła kie­li­szek i wychy­liła go pra­wie do dna.

- Poleć ze mną.

- Do Irlan­dii?

- Sama ni­gdy się tam nie wybiorę. Jedź ze mną. Masz rację, masz rację. - Zerwała się od stołu i krą­żyła po pokoju. - A czemu nie? Tego chcę. To jedyna rzecz, na jakiej mi zależy. Pole­cimy pierw­szą klasą i zatrzy­mamy się w zamku. Przy­naj­mniej jedną noc musimy spę­dzić w zamku. Wynaj­miemy samo­chód i będziemy jeź­dzić lewą stroną. - Możemy... możemy wyna­jąć dom. Taką irlandzką chatę krytą strze­chą.

- Chyba za dużo wypi­łaś.

- Wcale nie. - Roze­śmiała się z błysz­czą­cymi oczami. - Marco, lećmy razem i utwier­dzaj mnie w tym pomy­śle.

- Nie mogę wyje­chać na całe lato. Sally i Der­rik dadzą mi bło­go­sła­wień­stwo na drogę, ale nie mogę stra­cić sta­łej pracy.

- Nie jesteś tam szczę­śliwy. Nie cier­pisz tej roboty w skle­pie muzycz­nym.

- Zga­dza się, ale nie spa­dły mi z nieba cztery bańki. Pew­nie mógł­bym poje­chać na kilka tygo­dni, pomóc ci się odna­leźć. Dać ci kop­niaka w tyłek na zachętę. Jezu, ni­gdy nie byłem w Euro­pie.

- Będziemy nawza­jem się kopać. Umowa stoi?

Odchy­lił się na opar­cie. Kochał ją jak nikogo i nic na świe­cie. Nie miał prawa zga­sić bla­sku w jej oczach. Ale miał prawo się potar­go­wać.

- Kilka warun­ków.

Klap­nęła na krze­sło.

- Słu­cham.

- Nie stać mnie na lata­nie pierw­szą klasą, więc niech będzie, ty sta­wiasz. Ale do reszty się dorzu­cam.

- Nie ma sprawy.

- Jasne, skoro jesteś pie­przoną milio­nerką.

Odrzu­ciła głowę do tyłu i zaśmiała się na cały głos.

- Jestem pie­przoną milio­nerką!

- To pierw­szy waru­nek. Pozo­sta­łych też nie odpusz­czę. Jak już skoń­czysz kola­cję, pój­dziesz do łazienki i tak długo będziesz myć głowę, aż spłu­czesz to bure gówno z wło­sów. Poza tym wywa­lisz suszarkę, którą co rano przez godzinę pro­stu­jesz swoje śliczne loki.

Kiedy otwie­rała usta, żeby zapro­te­sto­wać, powstrzy­mał ją prze­czą­cym ruchem głowy.

- Lecisz do Irlan­dii. Nie będziesz tam jedy­nym rudziel­cem.

- Ni­gdzie nie jestem jedy­nym rudziel­cem.

- Zga­dza się, ale czemu sobie wmó­wi­łaś, że z takimi wło­sami, two­imi wło­sami, wyglą­dasz nie­po­waż­nie? Że one przy­cią­gają uwagę? I co z tego, że przy­cią­gają? Chrzań to, Breen.

- Jeżeli wrócę do natu­ral­nego koloru wło­sów, poje­dziesz ze mną na co naj­mniej dwa tygo­dnie.

- Niech będzie.

- W takim razie wszystko usta­lone.

- Nie cał­kiem. Mam jesz­cze jeden waru­nek.

- Twarda z cie­bie sztuka, Marco Polo.

- Nie jestem łatwy. Ostat­nia rzecz, zasad­ni­cza. - Nachy­lił się ku niej. - Jutro idziemy na zakupy, a jesz­cze dziś paku­jemy pra­wie całą zawar­tość two­jej szafy do wor­ków. W dro­dze na zakupy posta­wimy je pod drzwiami Pomocy Spo­łecz­nej. Jesteś szczę­ściarą, moja droga, bo marze­niem każ­dej kobiety jest przy­ja­ciel gej, który pomaga wybie­rać ciu­chy i nie skręca go z zazdro­ści, kiedy ona w nich cho­dzi.

- Moje rze­czy nie są znowu takie złe.

- Smutne i żało­sne i do cie­bie nie pasują. Dałaś sobie wmó­wić, co powin­naś nosić, i padło na cho­lerne beże. Nie chcę źle mówić o two­jej matce, bo tak mnie wycho­wano. Ale jedno ci powiem; kiedy w przy­szłym tygo­dniu będziesz z nią roz­ma­wiała, masz wyglą­dać na taką osobę, jaką naprawdę jesteś: silną, nie­za­leżną, piękną i inte­li­gentną. Skoro już o tym mowa, pomy­ślimy też o odpo­wied­nim maki­jażu.

- To mnó­stwo warun­ków.

- Jest, ile jest. Kocham cię, Breen.

- Wiem i... - Wycią­gnęła do niego rękę. - Zgoda.

- No, tak to rozu­miem!

Roz­dział 3

Nowa Breen, w dzień spo­dzie­wa­nego powrotu matki, wzięła wolne. Zro­biła zakupy z listy i wło­żyła je do lodówki. W końcu tak się z matką umó­wiła.

Pootwie­rała okna, pod­lała kwiaty, pose­gre­go­wała pocztę.

Miała uło­żony w myślach spo­kojny, acz sta­now­czy mono­log. Szcze­rze mówiąc, wcze­śniej zapi­sała na kartce, co zamie­rza matce powie­dzieć. Potem to wydru­ko­wała, kil­ka­krot­nie przej­rzała i prze­ćwi­czyła przed lustrem.

Póź­niej powta­rzała to wszystko już bez lustra, bo nie do końca pozna­wała osobę, którą tam widziała.

Istot­nie zmiana była rady­kalna. Mówiło o tym nie tylko jej odbi­cie, ale komen­ta­rze i kom­ple­menty, które spo­ty­kały ją w pracy czy choćby w auto­bu­sie.

Pierw­szą rze­czą, jaka rzu­cała się w oczy, były pło­mien­nie rude loki, się­ga­jące poni­żej ramion. Kiedy chciała je skró­cić, Marco zde­cy­do­wa­nie się sprze­ci­wił, twier­dząc, że ta fry­zura dodaje jej cha­rak­teru. Wpraw­dzie nie była pewna co do tego cha­rak­teru, ale ustą­piła.

Teraz abso­lut­nie nie będzie wta­piać się w tło - pomy­ślała. Po pro­stu poczeka tydzień lub dwa i zoba­czy, jak się będzie czuła w nowym wcie­le­niu.

Nato­miast już zdą­żyła polu­bić nową, co prawda na razie nie­liczną gar­de­robę. W zde­cy­do­wa­nych kolo­rach albo w wio­sen­nych paste­lach i zero beżów. Dopa­so­wane spodnie, kilka pro­stych, ład­nych sukie­nek. Jeden kostium. Nowe pan­to­fle; pozo­stała przy trzech parach, pomimo entu­zja­stycz­nych zachęt Marco. I mając na uwa­dze wyjazd do Irlan­dii, doło­żyła tra­perki.

Uparła się przy wyprze­da­żach, a mimo to w jeden dzień wydała na sie­bie wię­cej niż w ostat­nim pół­ro­czu.

Znacz­nie wię­cej.

Może ta gorączka ostat­nich dni tak osła­biła jej wolę, że dała się namó­wić Marco na prze­kłu­cie uszu.

Bez­wied­nie bawiła się deli­kat­nym srebr­nym kol­czy­kiem na sztyft, patrząc na naj­now­szy ese­mes od Marco.

ODWAGI.

Posta­no­wiła wziąć sobie tę radę do serca, gdy zoba­czyła tak­sówkę pod­jeż­dża­jącą pod dom matki.

Z przy­zwy­cza­je­nia wyszła na zewnątrz.

Sku­piona na matce, nie zauwa­żyła srebr­no­wło­sego męż­czy­zny, który obej­rzał się na nią, prze­cho­dząc ulicą.

Jen­ni­fer Wil­cox wyglą­dała jak zwy­kle per­fek­cyj­nie w dopa­so­wa­nych popie­la­tych spodniach, bia­łej bluzce z mięk­kiego mate­riału i let­nim żakie­cie w kolo­rze nasy­co­nej czer­wieni. Brą­zowe włosy z jaśniej­szymi pasem­kami korzyst­nie pod­kre­ślały regu­larne rysy jej twa­rzy.

Kiedy Breen pode­szła do tak­sówki, żeby pomóc z baga­żem, nie umknęła jej zasko­czona mina matki i... prze­lotny gry­mas dez­apro­baty.

- Ja wezmę tę - powie­działa Breen, cią­gnąc za uchwyt dużą walizkę na kół­kach firmy Suma­tra, z kolek­cji Pul­l­man.

Jen­ni­fer zarzu­ciła na ramię torbę z tej samej kolek­cji i pod­nio­sła aktówkę z lap­to­pem.

- Nie spo­dzie­wa­łam się cie­bie. Dla­czego nie jesteś w pracy?

- Wzię­łam wolne. - Breen, wal­cząc z drże­niem kolan, wto­czyła walizkę do domu.

- To nie było konieczne.

- Było, dla mnie.

- Źle się czu­jesz?

- Nie. - Pod­cią­gnęła walizkę do scho­dów i gdyby w porę się nie zre­flek­to­wała, wtasz­czy­łaby ją na górę. - Dobrze się czuję, a wła­ści­wie dosko­nale.

- Nowy chło­pak, tak? - Jen­ni­fer posta­wiła torbę i mach­nię­ciem ręki wska­zała włosy Breen. - Stąd ten pomysł?

- Nie, nie ma chło­paka, ani nowego, ani żad­nego. Jestem ruda i posta­no­wi­łam wró­cić do natu­ral­nego koloru.

- Twój wybór, oczy­wi­ście, jed­nak te włosy bar­dzo rzu­cają się w oczy. Sądzisz, że ucznio­wie będą trak­to­wać z sza­cun­kiem kogoś, kto wygląda nie­po­waż­nie?

- To już nie jest mój pro­blem. Pra­cuję do końca roku szkol­nego. W ponie­dzia­łek zło­ży­łam wypo­wie­dze­nie.

Zasko­cze­nie malu­jące się w oczach matki spra­wiło Breen ponurą satys­fak­cję.

- Postra­da­łaś rozum? Musisz natych­miast wyco­fać wypo­wie­dze­nie. Co z twoim wykształ­ce­niem i poczu­ciem bez­pie­czeń­stwa? Jaka przy­szłość cię czeka?

- Ni­gdy nie chcia­łam być nauczy­cielką.

- Och, nie bądź śmieszna. Nie zamie­rzam tra­cić czasu na bzdury. Muszę się roz­pa­ko­wać, spraw­dzić, co sły­chać w fir­mie. - Spoj­rzała na zega­rek. - Masz jesz­cze czas, żeby wró­cić do szkoły, prze­pro­sić szefa, napra­wić sytu­ację.

- Nie.

Jen­ni­fer zmru­żyła piwne oczy, pociem­niałe teraz z iry­ta­cji.

- Słu­cham?

- Powie­dzia­łam "nie". Będziesz musiała wygo­spo­da­ro­wać tro­chę czasu w swoim napię­tym gra­fiku na roz­mowę o panu Ell­swor­cie i moim kon­cie w Allied Inve­ste­ments. No i o ojcu.

Policzki Jen­ni­fer, dotąd zaczer­wie­nione z gniewu, nagle zbla­dły.

- Jak śmiesz! Grze­ba­łaś w moich pry­wat­nych papie­rach?

- Aku­rat tak samo moich, jak two­ich. Ale nie, nie grze­ba­łam. Zresztą mniej­sza o to. Pro­blem w tym, że mnie oszu­ki­wa­łaś. Okła­my­wa­łaś.

- Nie­prawda. Robi­łam to, co należy do matki. Dba­łam o twoje dobro. O twoją przy­szłość.

- Cały czas mnie okła­mu­jąc. A ja czu­łam się nie­szczę­śliwa. Ojciec przy­sy­łał mi pie­nią­dze. Były prze­zna­czone dla mnie. Przez cie­bie uwie­rzy­łam, że on mnie zosta­wił, że go nie obcho­dzę.

- Bo zosta­wił, a ja inwe­sto­wa­łam te pie­nią­dze. Byłaś nie­let­nia...

- Od dawna jestem peł­no­let­nia.

- Nie widzia­łam, żebyś umiała gospo­da­ro­wać pie­niędzmi, mia­łaś lekką rękę.

- No nie, nie wie­rzę. - Tar­gnął nią gniew. - To bzdura.

- Jak śmiesz odzy­wać się do mnie takim tonem?

- Będę mówić takim tonem, jakim mi się podoba. Cią­gnę­łam dwie prace, bra­łam kre­dyty, ledwo wią­za­łam koniec z koń­cem, a wszystko po to, żeby skoń­czyć stu­dia, które mi nie odpo­wia­dały. Mia­łam zostać nauczy­cielką, bo ty wbi­ja­łaś mi do głowy, że do niczego innego się nie nadaję. Nie sły­sza­łam od cie­bie, że to ważny, zaszczytny zawód, wręcz powo­ła­nie. Raczej dawa­łaś mi do zro­zu­mie­nia, że do szkoły tra­fiają ci, któ­rzy gdzie indziej sobie nie radzą.

- Nie masz żad­nych kon­kret­nych umie­jęt­no­ści. I lepiej się opa­nuj.

- Jestem bar­dzo opa­no­wana. Mogłam spraw­dzić kilka kie­run­ków, dowie­dzieć się, co chcia­ła­bym robić, kim zostać. Może zaję­ła­bym się pisa­niem.

- Och, pro­szę cię. Skończ z tą dzie­ci­nadą.

- Ty decy­do­wa­łaś, co i jak powin­nam robić. Ty mówi­łaś, jak mam się ubie­rać, co robić z wło­sami. Rany boskie! I na doda­tek gwa­ran­cję mojej wol­no­ści trzy­ma­łaś pod klu­czem w szu­fla­dzie.

- Ochra­nia­łam cię! Całe życie cię chro­nię!

- Przed czym? Przed samo­dziel­no­ścią? Powie­dzia­łaś panu Ell­swor­thowi, że nie inte­re­suje mnie zarzą­dza­nie finan­sami, dałaś mu do zro­zu­mie­nia, że jestem nie­od­po­wie­dzialna.

- Bo jesteś, Breen. - Jen­ni­fer pew­nym sie­bie gestem odgar­nęła włosy. - Spójrz tylko na sie­bie - zaczęła, przy­bie­ra­jąc iry­tu­jący, bez­gra­nicz­nie cier­pliwy ton. - Dowia­du­jesz się, że masz jakieś pie­nią­dze, i z miej­sca rzu­casz pracę. Czy to jest odpo­wie­dzialne zacho­wa­nie?

- Wiesz, co jest nie­od­po­wie­dzial­nym zacho­wa­niem? Mar­no­wa­nie życia w pracy, któ­rej się nie cierpi. Brak moż­li­wo­ści odkry­cia, kim się jest i kim mogłoby się być, bo matka uważa cię za nie­za­radną.

- Ni­gdy tego nie powie­dzia­łam. To nie w porządku.

- Nie, masz rację. Ale mia­łaś to słowo na końcu języka. Powiedzmy, według cie­bie, słabo sobie radzi­łam. I nie wiem, może rze­czy­wi­ście tak jest. Ale sama muszę to spraw­dzić.

Breen zaczerp­nęła oddech. Widziała, jak bar­dzo matkę zde­ner­wo­wała ta roz­mowa, ale ona jesz­cze nie skoń­czyła.

- Wie­dzia­łaś, że przej­muję się kre­dy­tem, że oglą­dam każdy cent i chwy­tam się róż­nych prac, żeby się utrzy­mać. A ty ukry­wa­łaś w tajem­nicy pie­nią­dze, które pozwo­li­łyby mi ode­tchnąć.

- Naj­pierw trzeba się nauczyć roz­po­rzą­dzać pie­niędzmi. - Jen­ni­fer opa­dła na krze­sło. - Twój ojciec zawsze bujał w obło­kach, a ty jesteś do niego podobna. Musia­łaś poznać twardą rze­czy­wi­stość. Zawsze chcia­łam dla cie­bie jak naj­le­piej.

- Gdzie on jest?

- Nie wiem. - Jen­ni­fer przy­ci­snęła palce do powiek. - Nie mam poję­cia. Posta­no­wił wię­cej nie wró­cić. Pamię­tasz, jak wtedy na mnie nasko­czy­łaś? Tak zde­cy­do­wał. Nie zabra­nia­łam mu kon­tak­to­wać się z tobą. Ni­gdy bym tego nie zro­biła. - Opu­ściła dłoń. - To ja zawsze byłam przy tobie, dzięki mnie mia­łaś sta­bilny dom. Opie­ko­wa­łam się tobą, gdy cho­ro­wa­łaś, poma­ga­łam odra­biać lek­cje, a jed­no­cze­śnie budo­wa­łam swoją karierę, żeby zapew­nić nam przy­zwo­ite warunki.

- Zgoda, robi­łaś to wszystko, ale jedna rzecz ci umknęła. Mnó­stwo czasu i wysiłku wkła­da­łaś w kształ­to­wa­nie mnie według swo­ich wyobra­żeń, ale nie pozwa­la­łaś mi szu­kać wła­snej drogi.

- Robi­łam wszystko, żeby dać ci poczu­cie bez­pie­czeń­stwa i sta­bil­no­ści. Chcia­łam cię nauczyć pro­wa­dzić nor­malne życie.

- Jako nie­szczę­śliwa, potulna nauczy­cielka gim­na­zjum, która far­bo­wała włosy brą­zową płu­kanką i ubie­rała się w beże, żeby przy­pad­kiem nie rzu­cać się w oczy.

- Jesteś bez­pieczna - nie ustę­po­wała Jen­ni­fer - i zdrowa. Zdo­by­łaś wykształ­ce­nie, masz zawód.

- To mi nie wystar­cza. Ty też chcia­łaś wię­cej. Robisz karierę, jeź­dzisz na waka­cje, do spa.

W cier­pliwy głos Jen­ni­fer wkradł się gniewny ton.

- Zapra­co­wa­łam na to.

- Oczy­wi­ście. Samo z nieba nie spa­dło. - Breen przy­sia­dła naprze­ciw matki. - Zosta­łaś dyrek­torką medialną we wzię­tej agen­cji rekla­mo­wej. Mia­łaś pre­dys­po­zy­cje, deter­mi­na­cję i odwagę. Bar­dzo ciężko pra­co­wa­łaś. Odnio­słaś suk­ces i podzi­wiam cię za to. Masz prawo być z sie­bie dumna. A ja mam prawo iść wła­sną drogą i szu­kać speł­nie­nia w życiu. - Breen pod­nio­sła się z krze­sła. - Usu­nę­łam twoje nazwi­sko z rachunku. Jutro pan Ell­sworth powi­nien się z tobą skon­tak­to­wać, żeby usta­lić, czy chcesz zmie­nić bro­kera, czy zosta­jesz w Allied i otwie­rasz nowy rachu­nek. Tak jak pro­si­łaś, zro­bi­łam ci zakupy. Pod­le­wa­łam kwiaty, odbie­ra­łam pocztę. Okna, jak widzisz, są otwarte. Sama je poza­my­kasz. Wię­cej nie będę przy­bie­gać na każde twoje ski­nie­nie pal­cem.

Dziew­czyna wahała się. Nie, jed­nak powie, co jej leży na sercu.

- Przy­kro mi, że cię zde­ner­wo­wa­łam, ale postę­po­wa­łaś nie­uczci­wie. Skrzyw­dzi­łaś mnie. Do dzi­siaj mnie to boli.

- Ni­gdy nie chcia­łam cię skrzyw­dzić.

- Moż­liwe. Może to prawda, ale jak ty to zawsze powta­rzasz, tak wygląda rze­czy­wi­stość. Czas na mnie. Jestem umó­wiona z Marco.

- Co zamie­rzasz robić? Jakie masz plany, Breen?

- Hmm, na począ­tek, zaraz po zakoń­cze­niu roku szkol­nego lecę z Marco do Irlan­dii. Chcę zoba­czyć miej­sce, z któ­rego pocho­dzi tata. Spró­buję go odna­leźć.

- Nie uda ci się. - Jen­ni­fer przy­ci­snęła palce do powiek. - Nic z tego nie wyj­dzie.

- A jed­nak spró­buję. Tak czy owak, po raz pierw­szy, odkąd on znik­nął, czeka mnie jakaś przy­goda.

- Nie rób tego, Breen. Naj­pierw się zasta­nów, a potem dzia­łaj.

- Poza­my­kaj okna. Chyba zanosi się na burzę.

Wyszła. Minęła przy­sta­nek i szyb­kim kro­kiem szła pod gęst­nie­ją­cymi chmu­rami.

Męż­czy­zna w czerni podą­żał za nią z czar­nym para­so­lem prze­wie­szo­nym przez ramię. Wie­dział, że za szes­na­ście minut spad­nie deszcz.

Nie spo­dzie­wał się, że wszystko pój­dzie tak szybko i gładko. Oczy­wi­ście, przed nim jesz­cze daleka droga, ale pierw­szy krok został zro­biony.

Zakła­dał, że będzie musiał skło­nić dziew­czynę do dzia­ła­nia, a tym­cza­sem ona oka­zała się bar­dzo przed­się­bior­cza. Jeżeli zacznie się wahać, wtedy on będzie musiał pod­jąć odpo­wied­nie kroki.

Teraz mógł się cie­szyć poby­tem w Fila­del­fii, mie­ście, które go fascy­no­wało. A co do jedze­nia: bar­dzo polu­bił precle, nato­miast roz­cza­ro­wały go irlandz­kie cukierki ziem­nia­czane, jak je tutaj nazy­wano. W Irlan­dii nikt o nich nie sły­szał.

Podo­bały mu się tutej­sze dziel­nice, małe spo­łecz­no­ści i róż­no­rod­ność archi­tek­tury. Raz czy dwa wybrał się na wycieczkę po mie­ście i nie­źle się bawił, kiedy prze­wod­nik opo­wia­dał o dłu­giej histo­rii tego mia­sta.

Oni tutaj nie mieli poję­cia o wiel­kich daw­nych tra­dy­cjach i boga­tej histo­rii.

Uznał to baja­nie za, na swój spo­sób, uro­cze.

Fila­del­fij­czy­ków roz­pie­rała duma, że to wła­śnie w ich mie­ście ufor­mo­wał się pierw­szy rząd. Dzia­ła­nia owego rządu, deli­kat­nie rzecz ujmu­jąc, cecho­wał spory chaos, ale poszedł w zapo­mnie­nie wraz z upły­wem czasu.

To bar­dzo młody kraj. A do tego uparty, agre­sywny, czę­sto prze­sad­nie zachłanny.

A jed­no­cze­śnie nie­obce mu były miłość i nadzieja. Dzięki nim można wiele zdzia­łać.

Pomy­ślał o dziew­czy­nie - ona miała obie te cechy i będzie ich potrze­bo­wać, cho­ciaż dotąd ukry­wała je przed świa­tem, w któ­rym się obra­cała.

Dziew­czyna cały czas szła przed sie­bie. I dobrze, bo nie prze­pa­dał za auto­bu­sami. Ale za to polu­bił pociągi. Jed­nak, jeżeli ona dalej będzie tak szła, to zmok­nie.

Nagle się zatrzy­mała przed wystawą. Ode­szła, cof­nęła się. Sta­nęła. Gdy już miał wnik­nąć w jej myśli, zde­cy­do­wa­nym kro­kiem weszła do środka.

Prze­szedł przed witryną, prze­czy­tał szyld. Zasta­na­wiał się chwilę.

A potem ze śmie­chem na ustach otwo­rzył para­sol. Deszcz lunął co do minuty, dokład­nie tak, jak prze­wi­dział. Zado­wo­lony z roz­woju sytu­acji, uznał, że teraz może coś prze­ką­sić. Miał ochotę na bagietkę z mię­sem, serem i warzy­wami. Będzie mu ich bra­ko­wało po powro­cie do domu - pomy­ślał.

*

Dwie godziny póź­niej Breen weszła do domu. Marco na nią cze­kał. Bez słowa objął ją i roz­ko­ły­sał.

- Było okrop­nie - wyznała.

- Domy­ślam się. Wino czy lody?

- Czemu nie jedno i dru­gie?

- Mówisz i masz. Sia­daj. Wujek Marco wszystko przy­go­tuje. - Pogła­dził ją po wło­sach. - Zmo­kłaś.

- Tro­chę. - Opa­dła na krze­sło. Gdy tylko zna­la­zła się w domu, spły­nęło z niej zmę­cze­nie. - Nie musisz iść do pracy?

- Pójdę za godzinę, może dwie! - zawo­łał z kuchni. - Teraz czas na wino, lody i ochło­nię­cie. Pew­nie matka nie była zado­wo­lona.

- Oskar­żyła mnie o szpe­ra­nie w jej pry­wat­nych papie­rach, wygło­siła kaza­nie o pochop­nym rzu­ca­niu pracy, wyty­ka­jąc mi brak odpo­wie­dzial­no­ści i nie­za­rad­ność w roz­po­rzą­dza­niu finan­sami. Trzy­mała w tajem­nicy pie­nią­dze od ojca, żeby mnie chro­nić.

Marco, jak zawsze esteta, wniósł na bam­bu­so­wej tacy dwa pucharki pełne cia­stecz­ko­wych lodów, dwa kie­liszki schło­dzo­nego pinot gri­gio i zło­żone płó­cienne ser­wetki.

- Przed czym? - chciał wie­dzieć.

- Zapewne przed samą sobą, ponie­waż jestem głu­pia, nie­od­po­wie­dzialna i nie­zdolna do samo­dziel­nego podej­mo­wa­nia decy­zji.

Marco pod­niósł łyżeczkę do ust.

- Bar­dzo lubię twoją matkę - wyznał ostroż­nie.

- Wiem.

- Zawsze była dla mnie miła. A kiedy ujaw­ni­łem, że jestem gejem, nie miała z tym pro­blemu, w prze­ci­wień­stwie do mojej rodziny, która nie mogła się z tym pogo­dzić i na­dal mnie nie akcep­tuje. To się liczy.

- Wiem.

- Lubię ją, ale otwar­cie mówię, że ona nie ma racji. Cho­ler­nie się myli i jest mi przy­kro.

- Była bar­dzo zde­ner­wo­wana. I chyba nie tylko dla­tego, że zła­pa­łam ją na kłam­stwie, pod­łym kłam­stwie, z któ­rego usi­ło­wała wybrnąć, szu­ka­jąc wykrę­tów. Mia­łam wra­że­nie, że ona się prze­jęła i prze­stra­szyła, że ja w jakimś sen­sie przy­pie­czę­to­wa­łam swój los czy coś w tym rodzaju.

Uśmie­chał się, nabie­ra­jąc lody na łyżeczkę.

- Breen, czy cie­bie cza­sem nie ponosi?

- Moż­liwe, ale takie mia­łam wra­że­nie. Powie­działa, że nie wie, gdzie jest mój ojciec, i raczej jej wie­rzę. Była za bar­dzo zde­ner­wo­wana na wymy­śla­nie kłamstw na pocze­ka­niu. Kłó­ci­ły­śmy się pra­wie przez całą roz­mowę, nie­mal ska­ka­ły­śmy sobie do oczu. A potem ona ustą­piła, rozu­miesz. Pod­dała się.

- Powie­dzia­łaś jej, że lecimy do Irlan­dii?

- Taak i w zasa­dzie usły­sza­łam jedy­nie, że go nie odnajdę. - Breen pod­nio­sła kie­li­szek. - Nie przy­znała się, że nie miała racji. Nie prze­pro­siła. Nie mogła tak po ludzku powie­dzieć: prze­pra­szam? - Pokrę­ciła głową.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki