Prolog
DOLINA FEY
Migotliwe pasma srebrzystej mgły wisiały nad bladozieloną taflą jeziora.
Snuły się i unosiły coraz wyżej ku zaciągniętemu szarością niebu,
podczas gdy na wschodzie ponad wzgórzami różowy brzask czekał na
przebudzenie niczym wstrzymany oddech.
W chłodzie poranka Keegan O'Broin stał nad jeziorem i wypatrywał
nadchodzącego dnia. Dnia zmiany, wyboru, nadziei i mocy.
Czekał, jak tamten wstrzymany oddech jutrzenki, żeby spełnić swoją
powinność, i liczył, że do południa zdąży wrócić na farmę. Myślał o czekających go obowiązkach i, oczywiście, o ćwiczeniach.
Ale to w domu.
Na dany sygnał zdjął buty i zrzucił tunikę. Jego brat Harken zrobił to
samo, tak jak prawie sześciuset pozostałych. Młodzi i nie najmłodsi
ściągnęli tutaj nie tylko z samej doliny, ale ze wszystkich krańców
Talamh.
Przybyli z południa, gdzie Świętobliwi odprawiali tajemne modły, z północy, gdzie najgroźniejsi wojownicy strzegli Morza Sztormów, ze
Stolicy na wschodzie i z pobliskich zachodnich okolic.
Ich przywódca, ich taoiseach, zginął, oddał życie, żeby uratować
świat. I tak, jak zostało zapisane, jak głoszono, jak śpiewano, nowy
wódz podniesie się jak te mgły tego dnia, w tym miejscu, w określony
sposób.
Keegan, podobnie jak Harken, wcale nie chciał zostać taoiseachem. Ten
wesoły dwunastolatek, najmłodszy spośród dopuszczonych do rytuału, był
urodzonym farmerem. Keegan wiedział, że młodszemu bratu ta uroczystość,
tłumy zgromadzone nad wodą i skok do jeziora kojarzyły się z dobrą
zabawą.
Natomiast dla Keegana ten dzień oznaczał wypełnienie przysięgi danej
umierającemu mężczyźnie, człowiekowi, który zastępował mu ojca, odkąd
jego rodziciel przeniósł się do bogów. Człowiekowi, który powiódł Talamh
do zwycięstwa nad tymi, co chcieli ich zniewolić, i zapłacił za to
życiem.
Keegan nie marzył o buławie taoiseacha, nie pragnął podjąć miecza
wodza klanu. Ale dał słowo i dlatego zanurkuje w jeziorze wraz z innymi
młodzieńcami i dziewczętami, z mężczyznami i kobietami.
- No chodź, Keeganie! - Harken uśmiechał się szeroko. Jego kruczoczarną
czuprynę burzył wiosenny wiatr. - Pomyśl, ile będzie uciechy. Jeżeli ja
znajdę miecz, zarządzę cały tydzień biesiad i tańców.
- Jeżeli znajdziesz miecz, kto będzie pasł owce i doił krowy?
- Jeżeli zostanę taoiseachem, będę robił to wszystko i jeszcze więcej.
Bitwa zakończona i wygrana, bracie. Ja też go opłakuję. - Harken z wrodzoną serdecznością otoczył Keegana ramieniem. - On był bohaterem i zawsze będziemy o nim pamiętać. A dzisiaj musimy zgodnie ze zwyczajem
wybrać nowego wodza, bo taka byłaby jego wola. - Niebieskimi oczyma,
pogodnymi jak ten dzień, powiódł po tłumie zgromadzonym na brzegu
jeziora. - Otaczamy go czcią jak wszystkich, którzy byli przed nim, i tych, którzy po nim nastąpią. - Kuksnął Keegana łokciem w bok. - Nie
przejmuj się, bracie, mało prawdopodobne, aby któryś z nas wyłonił się z wody z Defensorem w dłoni. Zapewne podejmie go Cara, bo pływa jak
syrena, albo Cullen, który od dwóch tygodni ćwiczy wstrzymywanie oddechu
pod wodą.
- Możliwe - mruknął Keegan. Cullen, urodzony wojownik, nie byłby dobrym
wodzem. Krewki z natury, wolał walczyć niż myśleć.
Keegan, również wojownik od czternastego roku życia, widział krew,
przelewał ją, wiedział, na czym opiera się władza, i rozumiał, że
myślenie jest ważniejsze od miecza, włóczni i siły.
I co najważniejsze.
Uczył go tego własny ojciec i ten, który traktował go jak syna.
Kiedy stał z Harkenem pośród wielu innych rozpaplanych niczym przekupki,
przez tłum przeszła jego matka.
Żałował, że ona dziś nie zanurkuje. Wiedział, że nikt lepiej od niej nie
potrafił rozwiązywać konfliktów i zajmować się z dziesięcioma sprawami
naraz. Harken odziedziczył po niej łagodną naturę, Aisling, ich siostra,
urodę, a o sobie lubił myśleć, że przypadła mu w udziale choćby część
jej sprytu.
Tarryn na moment przystanęła przy Aisling - dziewczyna wolała trzymać
się z przyjaciółkami, a nie z braćmi, których teraz traktowała
protekcjonalnie. Keegan patrzył, jak matka unosi podbródek Aisling,
całuje ją w oba policzki, mówi coś, co sprowadza uśmiech na twarz córki.
- A tu mam gniewny grymas i uśmiech - odezwała się Tarryn, podchodząc do
synów. Poczochrała czuprynę Harkena, a Keegana lekko pociągnęła za
warkocz wojownika zwisający po lewej stronie głowy. - Pamiętajcie o celu
tego dnia, on nas jednoczy oraz mówi, kim i czym jesteśmy. Robicie to
samo, co wszyscy przed wami od ponad tysiąca lat. A imiona tych, co
wydobyli miecz z jeziora, zostały zapisane jeszcze przed ich
narodzeniem.
- Jeżeli decyduje o tym przeznaczenie, dlaczego tego nie wiemy? Czemu
ty, która widzisz przeszłość i to, co nadejdzie, nie możesz tego
zobaczyć? - argumentował Keegan.
- Gdybym ja mogła to ujrzeć albo ty czy ktokolwiek inny, zniknąłby
wybór. - Matczynym gestem objęła go ramieniem, ale jej oczy bystre,
niebieskie jak Harkena, pozostały wpatrzone w mgłę nad jeziorem. -
Wejdziesz do jeziora, prawda? Kto podejmie miecz, musi wznieść się wraz
z nim.
- Kto by tego nie chciał? - zdziwił się Harken. - Przecież ten ktoś
zostanie taoiseachem.
- Zaiste, taoiseach pełni zaszczytną rolę, ale to na nim spoczywa
ciężar odpowiedzialności. Dlatego musi być pewien, że jest gotów go
unieść wraz z mieczem. A teraz uciszmy się. - Pocałowała obu synów. -
Nadchodzi Mairghread.
Mairghread O'Ceallaigh, w przeszłości taoiseach i matka tego, który
został pogrzebany, zrzuciła żałobną czerń. Dziś nałożyła białą, prostą
szatę bez ozdób, poza wisiorem z kamieniem tak czerwonym jak jej włosy.
Kamień i włosy zdawały się płonąć i wypalać mgłę wokół niej. Nosiła je
krótko obcięte, podobnie jak sunące za nią wróżki.
Tłum rozsuwał się przed nią, rozmowy zastępowała cisza świadcząca o szacunku i podziwie.
Keegan znał ją jako Marg, kobietę z chaty w lesie w pobliżu jego farmy.
Kobietę, która częstowała głodnego chłopca miodownikiem i legendami.
Kobietę o wielkiej sile i odwadze, która walczyła za Talamh i zaprowadziła pokój, co opłaciła ogromnym osobistym kosztem.
Trzymał ją w objęciach, kiedy płakała po śmierci syna. Keegan wypełnił
przyrzeczenie i osobiście przyniósł jej tę wieść. Ale ona już o tym
wiedziała.
Ściskał ją w ramionach, dopóki nie zabrakło jej łez.
A potem on, żołnierz, mężczyzna, wszedł w głąb lasu i tam dał upust
łzom.
Dziś Marg wyglądała bardzo godnie i Keegan poczuł dreszcz wzruszenia w okolicy żołądka.
Niosła buławę, odwieczny symbol przywództwa. Czarne jak smoła drewno
połyskiwało w słońcu rozpraszającym mgłę. Rzeźby na stylisku zdawały się
pulsować. Z wnętrza kryształu Smocze Serce na głowicy biła moc.
Kiedy się odezwała, ucichł nawet wiatr.
- Poświęcenie i przelana krew po raz kolejny pozwoliły zaprowadzić pokój
w naszym świecie. Od wieków bronimy naszego świata i poprzez niego
wszystkich pozostałych. Zdecydowaliśmy się żyć tak, jak żyjemy, z poszanowaniem dla wszystkich istot na ziemi, w morzu i dolinie Fey.
- Nastał pokój, znowu będziemy cieszyć się dostatkiem, dopóki ponownie
nie nadejdzie czas przelewu krwi i ofiarności. Dzisiaj, jak zostało
zapisane, jak głoszono, jak śpiewano, nowy wódz zostanie wyniesiony i wszyscy tutaj przysięgną wierność i lojalność wobec Talamh oraz
taoiseacha, który podejmie miecz z Jeziora Prawdy i przyjmie Buławę
Sprawiedliwości.
Uniosła twarz ku niebu, a Keegan pomyślał, że jej głos, silny i czysty,
na pewno dotarł aż do Morza Sztormów i jeszcze dalej.
- W tym miejscu, o tej godzinie odwołujemy się do naszego źródła mocy.
Niech ten wybrany od tego dnia traktuje z szacunkiem i chroni lud Fey.
Niech ten, którego dłoń podejmie miecz, będzie silny, mądry i sprawiedliwy. Tego i tylko tego żądają nasi ludzie.
Bladozielone jezioro aż zawirowało. Zakołysały się mgły nad lustrem
wody.
- Czas zacząć. - Uniosła wysoko buławę.
Ochotnicy puścili się biegiem do jeziora. Niektórzy z młodzików ze
śmiechem i pohukiwaniem wskakiwali do wody i znikali pod powierzchnią.
Ci, którzy zostali na brzegu, wiwatowali.
Keegan, wsłuchany w hałas, jeszcze się wahał, gdy jego brat rzucił się
do jeziora, przy wesołym plusku wody. Chwilę myślał o złożonej
przysiędze, o dłoni, którą ściskał w ostatnich momentach życia tamtego
człowieka na tej równinie.
Wreszcie zanurkował.
Może zakląłby w pierwszej chwili, gdy plasnął o zimną wodę, ale to nie
miałoby sensu. Słyszał, jak inni pomstowali albo się śmiali. Niektórzy
młócili nogami i nawet wypływali z powrotem na powierzchnię.
Wsłuchany we własne myśli, odciął się od hałasu kłębiących się wokół
pływaków.
Przysiągł, że tego dnia wejdzie do wody i głęboko zanurkuje. I podejmie
miecz, jeżeli ten trafi do jego dłoni.
Schodził pod wodę coraz niżej, pamiętając tamte czasy, kiedy jako
chłopiec robił to samo z siostrą i bratem. Dzieciaki szukały gładkich
kamieni na miękkim dnie jeziora w słoneczny dzień.
Widział innych przez warstwy wody. Pływali w koło do góry i w dół. Gdy
nurkującym brakowało powietrza w płucach, jezioro wypychało ich na
powierzchnię, jakby obiecując, że tego dnia nikomu, kto w nie wskoczył,
nie stanie się krzywda.
Woda owijała go, zataczała kręgi, chwilami wirowała. Teraz już widział
dno i tamte kamienie, które zbierał jako chłopiec.
Naraz zobaczył kobietę. Unosiła się w wodzie, więc z początku wziął ją
za syrenę. Syreny tradycyjnie nie mieszały się do tego rytuału. Rządziły
morzami i to im wystarczało.
Po chwili dotarło do niego, że widzi jedynie jej twarz i włosy - rude
jak u Marg, ale dłuższe, rozłożone jak wachlarz w wodzie. Widok jej
szarych jak dym oczu poruszył w nim jakąś czułą strunę, bo kobieta
wydała mu się znajoma. Znał każdą twarz w dolinie, ta do nich nie
należała.
A jednak była tu, w wodzie.
I wtedy ją usłyszał, tak wyraźnie jak wcześniej Marg na brzegu.
- On też był mój. Ale miecz należy do ciebie. On to wiedział i ty też to
wiesz.
Miecz sam wsunął mu się w dłoń. Czuł jego ciężar, jego moc, jego
splendor. Mógł go upuścić, popłynąć przed siebie, odpłynąć. Wybór
należał do niego, tak głosili bogowie, tak mówiły podania.
Zaczął prostować palce, pozwalał, aby ciężar, władza i splendor
wyśliznęły się z ręki. Nie umiał przewodzić. Potrafił walczyć, ćwiczyć,
jeździć konno, fruwać. Ale nie wiedział nic o przewodzeniu innym czy to
na wojnie, czy w czasie pokoju.
Miecz jaśniał w jego ręce, srebro połyskiwało, grawerunek na głowni
pulsował, czerwony kamień płonął. Gdy zwolnił uścisk, połysk zmatowiał,
płomień zbladł.
A ta kobieta go obserwowała.
- Wierzył w ciebie.
Wybór? - pomyślał. - Jaka bzdura! Honor nie pozostawia wyboru.
Skierował więc sztych ku powierzchni, gdzie słońce rozsypywało diamenty
na wodzie i nie odrywał oczu od wizji, bo przecież ona nie była niczym
innym jak tylko wizją.
- Kim jesteś? - zapytał.
- Oboje musimy się tego dowiedzieć - usłyszał.
Miecz poniósł go prosto w górę jak strzałę wypuszczoną z łuku.
Klinga przecięła wodę, a potem powietrze. Gruchnęły wiwaty, kiedy słońce
odbite od ostrza roziskrzyło taflę jeziora.
Wyszedł z mieczem na wilgotną, gęstą trawę i postąpił tak, jak nakazywał
obyczaj. Ukląkł u stóp Mairghread.
- Składam ci go w ofierze i wszystko, co on dla ciebie znaczy, bo nikt
nie jest bardziej tego godzien - wypowiedział te same słowa, co kiedyś
jej syn.
- Mój czas minął. - Położyła dłoń na głowie Keegana. - A twój się
zaczyna. - Podała mu rękę i podniosła go z klęczek.
Nie widział, nie słyszał nikogo poza nią.
- Takie jest moje życzenie - wyszeptała, kierując te słowa wyłącznie do
niego.
- Dlaczego? Nie wiem, jak...
Przerwała mu pocałunkiem w policzek.
- Wiesz więcej, niż sądzisz. - Podała mu buławę. - Należy do ciebie,
Keeganie O'Broin.
Kiedy odebrał ją z rąk Marg, ona sama się cofnęła.
- A teraz uczyń to, co należy.
Odwrócił się. Obserwowało go tyle twarzy zwróconych ku niemu, tak wiele
wpatrzonych w niego oczu. Pojął, że to lęk wywołał kłębiące się w nim
emocje, i poczuł wstyd.
Miecz go wybrał - pomyślał - a on musiał wznieść się z nim. Koniec ze
strachem.
Uniósł wysoko buławę i Smocze Serce ożyło.
- Z nią dla wszystkich w Talamh będzie sprawiedliwość. - Podniósł miecz.
- Z nim wszyscy będziemy bezpieczni. Jestem Keegan O'Broin. Ślubuję
poświęcić życie tej dolinie, tym wzgórzom, lasom i ludowi Fey. Będę stał
po stronie jasności. Będę żył dla Talamh i jeżeli taka będzie wola
bogów, oddam za nie życie.
Rozległy się wiwaty. Pośród gromkich okrzyków doszły go słowa Marg.
- Dobrze się spisałeś, chłopcze. Naprawdę dobrze.
A więc uznali młodego taoiseacha. I w tym miejscu zaczęła się nowa
opowieść.
Rozdział 1
FILADELFIA
Breen Kelly jechała autobusem, cierpiącym chyba na chroniczną czkawkę, i co rusz pocierała pulsującą z bólu skroń.
Ciężki dzień miał się (dzięki Bogu) ku końcowi, jeden z wielu w ciężkim
tygodniu, w ostatnim ciężkim miesiącu.
A może dwóch.
Powinna odetchnąć z ulgą. Był piątek, a więc dopiero za dwa dni wróci do
orki, jaką okazało się uczenie literatury i umiejętności językowych w gimnazjum.
Oczywiście część weekendu zajmie jej sprawdzanie wypracowań i układanie
planów lekcji, ale przynajmniej nie będzie siedzieć w klasie, naprzeciw
tych wszystkich par zawieszonych na niej oczu. Niektórych znudzonych,
innych nieobecnych i kilku budzących nadzieję.
Nie, nie uważała, że brakuje jej umiejętności i się nie nadaje do tej
pracy, ale wiedziała, że po prostu każdy z tych dojrzewających płciowo
gimnazjalistów wolałby być wszędzie, byle nie w klasie.
Podobno nauczyciel to najbardziej prestiżowy zawód. Satysfakcja,
poczucie misji, uznanie.
Szkoda, że dała się na to nabrać.
Autobus, czkając, dotoczył się do następnego przystanku. Parę osób
wysiadło, kilka wsiadło.
Obserwowała otoczenie. Była w tym dobra; w końcu łatwiej coś obserwować
niż aktywnie w czymś uczestniczyć.
Kobieta z podkrążonymi oczami, w popielatym spodniumie, z komórką w dłoni. Samotna matka - zdecydowała Breen. Wraca z pracy i sprawdza, co
dzieci robią w domu. Zapewne nigdy nie przypuszczała, że życie okaże się
takie trudne.
Dwóch nastolatków - tenisówki, firmowe szorty Adidasa do kolan,
słuchawki w uszach. Jadą spotkać się z kumplami, pograją w kosza, zjedzą
pizzę, obejrzą film. Pozazdrościć wieku, w którym weekend kojarzy się
wyłącznie z przyjemnościami - pomyślała.
Mężczyzna w czerni, on... patrzył prosto na nią, przyglądał się jej. Czym
prędzej więc odwróciła wzrok. Wyglądał znajomo. Ale gdzie mogła się z nim zetknąć? Srebrne, gęste włosy; chyba jakiś profesor z college'u.
Nie, niemożliwe. Na widok profesora wsiadającego do autobusu nie
zaschłoby jej w ustach, serce nie wpadłoby w galop. Potwornie się bała,
że on przejdzie do tyłu i usiądzie obok niej.
Gdyby to zrobił, za żadne skarby by nie wysiadła. Jeździłaby w kółko,
bez celu, bez sensu.
Chociaż wiedziała, że jej zachowanie zakrawa na wariactwo, zerwała się z miejsca jak oparzona i obijając torbą biodro, ruszyła na przód autobusu.
Nie miała odwagi spojrzeć na srebrnowłosego. Niestety, żeby dotrzeć do
wyjścia, musiała go wyminąć. Mimo że mężczyzna usunął się w bok, otarła
się o niego ramieniem.
Zatkało ją, nogi zmiękły jej w kolanach. Ktoś zapytał, czy dobrze się
czuje, kiedy chwiejnie przesuwała się do drzwi. Słyszała słowa mężczyzny
w głowie: "Wracaj do domu, Breen Siobhan. Czas, żebyś wróciła do domu".
Dla równowagi przytrzymała się drążka, a schodząc ze stopnia, o mało się
nie potknęła o krawężnik. Na chodniku puściła się biegiem.
Czuła na sobie zdziwione spojrzenia, ludzie oglądali się, odprowadzali
ją wzrokiem. Nie znosiła przyciągać uwagi, zawsze starała się nie
wyróżniać i wtapiać w tło.
Autobus odjechał, czkając.
Nadal oddychała z poświstem, ale zelżał już ucisk w piersi. Starała się
zwolnić kroku, zdecydowanie zwolnić i iść normalnie jak człowiek.
Zmaganie ze sobą zajęło jej minutę, a kolejną zorientowanie się, gdzie
jest.
Ostatni raz podobny atak paniki przeżyła wieczorem w dniu poprzedzającym
rozpoczęcie pracy w gimnazjum Grady. Wtedy pomógł jej Marco, serdeczny
przyjaciel od przedszkola. Podobna historia, ale już zdecydowanie
słabsza, przydarzyła się Breen przed pierwszą wywiadówką i wtedy też
Marco okazał się nieoceniony.
Po prostu gość wsiadł do autobusu - tłumaczyła sobie. Na Boga, nie było
żadnego zagrożenia. I nie słyszała żadnego głosu. Wiara, że słyszy się
głosy, świadczy o obłędzie.
Czy matka nie wbijała jej tego do głowy od... wieków?
A teraz przez ten napad lęku czekał ją kilometrowy spacer. Trudno, nie
szkodzi. Był przyjemny, wiosenny wieczór, a ona - oczywiście -
odpowiednio się ubrała. Lekki deszczowiec (trzydziestoprocentowe
prawdopodobieństwo opadów), cienki sweter, wygodne buty.
Lubiła chodzić. No i Fitbit wyświetli jej dodatkowe kroki.
A że w ten sposób nieco zburzy swój rozkład dnia, to co z tego? Była
dwudziestosześcioletnią singielką bez żadnych planów na majowy piątkowy
wieczór.
Jakby miała mało powodów do przygnębienia, po ataku paniki poczuła
nasilający się ból głowy.
Otworzyła zamek przegródki w torbie i wyjęła z kosmetyczki dwa tylenole.
Popiła tabletki wodą z butelki, którą akurat wzięła ze sobą.
Pójdzie do domu matki, wyjmie i uporządkuje korespondencję - matka nie
chciała, żeby listy były przechowywane na poczcie w czasie jej wyjazdów
- poszatkuje ulotki reklamowe w niszczarce, ułoży rachunki, listy i całą
resztę na odpowiednich tackach w gabinecie.
Pootwiera okna na parterze i na piętrze, przewietrzy mieszkanie, podleje
kwiaty w domu i na tarasie, bo jakoś nie spadł zapowiadany deszcz.
Po godzinie pozamyka okna, włączy alarm, zamknie drzwi na klucz. Złapie
autobus i wróci do siebie.
Zrobi kolację: na piątki przypadała sałatka z grillowanym filetem z kurczaka i - tak, koniecznie! - kieliszek wina. Sprawdzi wypracowania i wpisze oceny do elektronicznego dziennika.
Czasami technologia budziła w niej złość, bo szkoła wymagała przesyłania
stopni, a potem Breen musiała się użerać z uczniami i z rodzicami,
którzy mieli pretensje o oceny.
Szła, odhaczając punkty na mentalnej liście spraw do załatwienia, a tymczasem ludzie wokół niej spieszyli do barów na happy hour, na wczesną
kolację, albo w jakieś inne bardziej atrakcyjne miejsce od tego, w które
ona się kierowała.
Nie zazdrościła im... no może trochę. Swego czasu miała chłopaka. W jej
kalendarzu też było miejsce na kolacje, wyjścia do teatru czy kina. I na
seks. Sądziła, że wszystko szło gładko w ustalonym porządku.
Do tamtego dnia, kiedy ją rzucił.
No i trudno - pomyślała. Nie ma sprawy. Nie byli w sobie szaleńczo
zakochani. Ale go lubiła, dobrze się przy nim czuła. A co do seksu, był
w porządku.
Oczywiście, kiedy musiała uprzedzić matkę, że Grant nie pojawi się na
przyjęciu z okazji jej czterdziestych szóstych urodzin, i wytłumaczyć,
dlaczego go nie przyprowadzi, Jennifer Wilcox, szykowna kobieta sukcesu,
dyrektorka medialnej agencji reklamowej Philly Brand, przewróciła
oczami.
- A uprzedzałam cię - usłyszała, tak jak się spodziewała.
Cóż, miała rację, niemniej... korciło ją, żeby się zrewanżować.
Miałaś dziewiętnaście lat, kiedy wyszłaś za mąż! Dwadzieścia, jak mnie
urodziłaś. A niecałe dwanaście lat później zaczęłaś wypychać go z naszego życia. Czyja wina, że mnie zostawił - twoja czy moja? - myślała.
A może jednak jej? - zastanowiła się. Ot, taka zbieżność; matka, która
ją lekceważyła, i ojciec, którego tak mało obchodziła, że ją zostawił.
A obiecał, że nigdy tego nie zrobi.
Stare dzieje - powiedziała sobie. - Odpuść.
Za dużo czasu spędzam w swoim umyśle - skarciła się i z ulgą
stwierdziła, że od domu matki dzieli ją już tylko jedna przecznica.
Ładny, zadrzewiony teren. Dzielnica dobrze sytuowanych przedsiębiorczych
ludzi i par, którym odpowiadało miejskie życie, bliskość barów,
restauracji i ciekawych sklepów.
Kamienice z czerwonej cegły, perfekcyjnie odmalowane detale, lśniące
szyby w oknach. Tutejsi mieszkańcy przed pracą uprawiali joggin albo
wpadali na siłownię, wieczorami spacerowali nad rzeką, urządzali
eleganckie przyjęcia, chodzili na degustację win, czytali ambitne
książki.
A może tylko tak jej się zdawało.
*
Jej najlepsze wspomnienia łączyły się z małym domem, gdzie miała
sypialnię ze skośnym sufitem. W salonie był ceglany kominek, nie jakiś
tam na gaz czy elektryczny, ale taki prawdziwy, opalany drewnem. Na
podwórku czekało mnóstwo przygód, zupełnie jak z tamtych historii, które
tata opowiadał córce na dobranoc.
Magicznych historii o magicznych miejscach.
To wszystko zniszczyły kłótnie dochodzące zza ściany, słowa, które
odbijały się echem w jej głowie.
A potem tata zaczął znikać. Z początku nie było go tydzień lub dwa, a podczas niedzielnych wizyt prowadził ją do zoo, bo w dzieciństwie bardzo
chciała zostać weterynarzem, albo urządzał dla niej piknik.
Aż w końcu zniknął na dobre.
Nie widziała go ponad piętnaście lat i ciągle liczyła, że wróci.
Wyjęła klucz z portmonetki oraz listę szczegółowych instrukcji, którą
matka wręczyła jej trzy tygodnie temu, przed wyjazdem na delegację i regeneracyjny pobyt w ustronnym spa połączonym z ośrodkiem medytacyjnym.
Matka wracała w przyszły czwartek rano, kiedy więc Breen w środę
przyjdzie po pocztę, zostawi klucz wraz z ćwiartką mleka i resztą
zakupów z listy.
Wyjęła ze skrzynki plik korespondencji, wsunęła go pod pachę, otworzyła
kluczem drzwi i weszła do holu, żeby wyłączyć alarm. Potem zamknęła za
sobą drzwi i schowała klucz do portmonetki.
Skierowała się do kuchni, jakby żywcem wyjętej ze stacji telewizyjnej
Home and Garden. Mnóstwo stali nierdzewnej, białe szafki, kafelki typu
"metro", duży, nakładany zlew i ściany w odcieniu ciepłego beżu.
Rzuciła torbę i listy na wyspę, przewiesiła deszczowiec przez barowy
stołek. Ustawiła minutnik na godzinę i zabrała się do otwierania okien.
Najpierw kuchnia, przestrzeń dzienna i salon; całość w otwartym planie z luksusowymi podłogami z szerokich desek. I oczywiście nie zapomniała o łazience, bo tam też było okno.
Wprawdzie powietrze ledwo się poruszało, ale takie polecenie znalazło
się na liście, a Breen przestrzegała zasad. Zgarnęła pocztę i poszła na
górę. W trzeciej sypialni matka urządziła gabinet. Położyła listy na
biurku w kształcie litery L.
Tutaj ściany były w odcieniu kawy z mlekiem, przy biurku stał skórzany
fotel w kolorze czekolady. Na półkach w idealnym porządku stały nagrody
(matka sporo ich zgarnęła) oraz książki, wyłącznie o tematyce branżowej,
i kilka fotografii, również związanych z pracą.
Breen otworzyła trzy okna za biurkiem i kolejny raz usiłowała zrozumieć,
dlaczego ktoś woli siedzieć plecami do drzew, ceglanych domów, nieba,
świata.
To rozprasza - rzuciła Jennifer, kiedy córka ją spytała. Praca to nie
zabawa.
Otworzyła też dwa okna na bocznej ścianie, przedzielone drewnianą szafą
na dokumenty zamkniętą na klucz.
Na szerokich parapetach stały rośliny w miedzianych donicach. Podleje te
i wszystkie pozostałe, kiedy skończy z oknami. Potem uporządkuje pocztę
i poczeka na dzwonek minutnika. Pozamyka okna, zamknie mieszkanie na
klucz i po robocie.
Otworzyła okna w urządzonym gustownie, przytulnym pokoju gościnnym
(nigdy tutaj nie spała) i w łazience dla gości oraz w głównej sypialni
utrzymanej w prostym, eleganckim stylu, z przylegającą do niej równie
elegancką łazienką.
Ciekawe, czy w tym uroczym łóżku z lazurową pościelą i pulchnymi
poduszkami kiedykolwiek spał z matką jakiś mężczyzna.
I natychmiast pożałowała tej myśli, bo to w ogóle nie powinno jej
interesować.
Zeszła na dół i skręciła do drzwi na taras, ale musiała się cofnąć, bo
akurat zaterkotał telefon w torbie.
Zerknęła na ekran (nigdy nie odbieraj, zanim nie sprawdzisz, kto dzwoni)
i uśmiechnęła się. Jeżeli ktokolwiek mógł poprawić jej nastrój w tym
sraleckim dniu, to takim kimś był właśnie Marco Olsen.
- Cześć, samotnico. Jest piątek, dziewczyno.
- Podobno. - Wyszła z telefonem na taras i objęła spojrzeniem stół i krzesła z nierdzewnej stali oraz stojące w narożnikach wysokie donice.
- Więc przenieś swój zgrabny tyłeczek do Sally. Jest happy hour,
skarbie, i pierwsza kolejka idzie na koszt firmy.
- Nie mogę. - Włączyła wąż i skierowała strumień wody do pierwszej
donicy. - Jestem u matki, ogarniam jej dom, a potem muszę sprawdzić
wypracowania.
- Jest piątek - powtórzył z naciskiem. - Wyluzuj. Siedzę w barze do
drugiej. Dzisiaj śpiewany wieczór.
Jedynie podczas śpiewania nie peszyła jej obecność ludzi, szczególnie z Marco u boku i najlepiej po drinku.
- Będę tu tkwić - spojrzała na zegarek - jeszcze czterdzieści pięć
minut, a wypracowania same się nie ocenią.
- Sprawdzisz je w niedzielę. Breen, skończ z tym rozpamiętywaniem. Ten
Grant "Dupek" Webber nie jest tego wart.
- Och, nie chodzi tylko o niego. Wiesz, ja po prostu tak ogólnie mam
doła.
- Wszystkim przytrafiają się zerwania.
- Tobie nie.
- Też. A Smoking Harry?
- Obaj stwierdziliście, że wasz związek się wypalił, ale nadal jesteście
przyjaciółmi. Nie ma mowy o porzuceniu.
Przeszła do następnej donicy.
- Przyda ci się trochę rozrywki. Daję ci trzy godziny na powrót do domu,
przebranie się i sexy makijaż. Jeżeli się nie pojawisz, przyjdę po
ciebie.
- Stoisz za barem.
- Sally cię ubóstwia, dziewczyno. Przyjdzie ze mną.
Ona też uwielbiała Sally, niezwykłego drag queena. Kochała klub, bo tam
czuła się szczęśliwa, i lubiła gejowską dzielnicę. Dlatego mieszkała w samym jej sercu, dzieląc mieszkanie z Marco.
- Daj mi tu skończyć, a potem zobaczę, jak będę się czuła. Od kilku
godzin boli mnie głowa - wcale nie zmyślam - w autobusie znowu miałam
ten głupi atak paniki i ból się jeszcze nasilił.
- Przyjadę po ciebie i odwiozę cię do domu.
- Nie ma mowy. - Przeszła do trzeciej donicy. - Łyknęłam dwa tylenole,
muszą podziałać.
- Co się zdarzyło w autobusie?
- Później ci opowiem, to głupie. I może masz rację, przyda mi się drink,
towarzystwo Marco i pobyt u Sally. Zobaczymy, jak się będę czuć po
powrocie do domu.
- Wyślij mi wtedy esemes.
- Dobra, muszę wracać do roboty. Została mi do podlania jeszcze jedna
doniczka na tarasie, rośliny w domu, zabawa z głupią pocztą i pieprzonymi oknami.
- Czasem powinnaś powiedzieć "nie".
- To nie jest jakiś wielki problem. Skończę za niecałą godzinę, złapię
autobus. I puszczę ci wiadomość z domu. Idź robić drinki. Pa!
Weszła do środka, dokładnie zamknęła blokadę przy drzwiach tarasowych i nalała wody do konewki dla roślin w domu.
Akurat stała przy oknie, gdy lekki wiatr wpadł do środka. Z zamkniętymi
oczami wystawiła twarz na chłodny powiew.
Może jednak spadnie taki przyjemny wiosenny deszcz. Zaskoczył ją
kolejny, mocniejszy podmuch, a słońce nadal świeciło przez szyby.
Pewnie nadciąga burza - pomyślała.
Nie miałaby nic przeciwko. Może odpuściłby wtedy ten cholerny ból głowy.
A skoro Marco dał jej trzy godziny, kiedy tak naprawdę potrzebowała
dwóch, mogłaby zapasową godzinę poświęcić na sprawdziany.
Tak dla czystego sumienia.
Kiedy weszła z konewką na górę, przeciąg szarpnął zasłonami i nadął
firany.
- No mamuś, będziesz miała przewietrzony dom - rzuciła cicho.
W gabinecie trafiła w środek chaosu.
Dolna szuflada szafki na dokumenty wisiała wysunięta - chociaż Breen
mogłaby przysiąc, że była zamknięta na klucz. Papiery wirowały jak
ptaki.
Odstawiła konewkę i rzuciła się zgarniać dokumenty z podłogi, łapać,
zanim wiatr wywieje je na dwór.
Gdy podniosła się z kucek z plikiem papierów w garściach, wiatr
natychmiast ucichł, jakby ktoś zatrzasnął drzwi.
Pedantyczna Jennifer byłaby zniesmaczona.
Powkładaj wszystko na miejsce, posegreguj, pochowaj. Ona nigdy się nie
dowie - zapewniła samą siebie. No i prysła nadzieja na wolną godzinę.
Przykro mi, Marco. Nici z mojego wieczoru w U Sally.
Pozbierała puste segregatory, zgarnęła luźne kartki i usiadła przy
biurku matki, żeby je posortować.
Zastanowiła ją naklejka na pierwszym segregatorze.
ALLIED INVESTMENTS/BREEN/2006-2013.
Nie miała żadnych lokat, nadal spłacała kredyt studencki, zaciągnięty na
studia magisterskie, a mieszkanie dzieliła z Marco, nie dla towarzystwa,
tylko żeby razem płacić czynsz.
Zdumiona wzięła kolejny segregator.
ALLIED INVESTMENTS/BREEN/2014-2020.
Wyciągi i zakładka z napisem: KORESPONDENCJA.
Czyżby matka otworzyła dla niej jakiś rachunek inwestycyjny, nic jej o tym nie mówiąc? Dlaczego?
Kiedy poszła na studia, dziadkowie ze strony mamy przysyłali jej drobne
kwoty i była im za to wdzięczna, bo pomogli jej przetrwać pierwszy rok.
A później matka dała jasno do zrozumienia, że powinna sama o siebie
zadbać.
- Musisz wziąć sprawy w swoje ręce - powtarzała jej Jennifer. - Więcej
się ucz i pracuj ciężej, jeżeli kiedyś masz się wybić ponad
przeciętność.
No i studiowała pomiędzy dwoma dorywczymi pracami, żeby opłacać czesne.
Potem zaciągnęła pożyczkę, którą pewnie będzie spłacać bez końca.
Kiedy skończyła licencjat - z przeciętnym wynikiem - i znalazła
przeciętną pracę w szkolnictwie, jeszcze powiększyła dług, bo żeby
utrzymać się w tej pracy, musiała zrobić magisterkę.
Posiadała jakieś fundusze? To nie miało sensu.
Zaczęła układać dokumenty na kupki, miała zamiar powpinać je do
odpowiednich segregatorów.
Jednak szybko zrezygnowała.
Co prawda niewiele wiedziała o inwestycjach, akcjach i dywidendach, ale
umiała czytać liczby.
Według miesięcznego zestawienia z maja 2014 roku, w czasie, gdy ledwo
wiązała koniec z końcem, pracowała w dwóch miejscach i żywiła się
makaronem ramen, na jej rachunku leżało ponad dziewięć tysięcy -
tysięcy - dolarów.
- Niemożliwe - mruknęła. - Po prostu niemożliwe.
Ale na rachunku widniało jej imię i nazwisko, a obok imię matki.
Przejrzała resztę wyciągów. Przelewy przychodziły regularnie z Bank of
Ireland.
Zerwała się od biurka, bezwiednie podeszła do okna i szarpnięciem
ściągnęła frotkę z kitki.
Ojciec. To ojciec co miesiąc przysyłał jej pieniądze. Taka miała być
rekompensata za odejście? Za to, że nie pisał, nie dzwonił, nie próbował
się z nią zobaczyć?
- Nic z tego, nic z tego, to nie tak. Ale...
Matka wiedziała i nie pisnęła córce o tym słowem. Wiedziała i pozwoliła
jej myśleć, że on po prostu zniknął, przestał płacić alimenty i bez
skrupułów je obie zostawił.
A to nieprawda.
Musiała odczekać, aż ustąpi drżenie rąk i przestaną ją piec oczy.
Wróciła do biurka, posegregowała dokumenty, prześledziła korespondencję
i uważnie przeczytała sprawozdanie z ostatniego miesiąca.
Uraza i żal ustąpiły miejsca cichej wrzącej furii.
Chwyciła telefon i wybrała numer brokera.
- Benton Ellsworth.
- Ach, panie Ellsworth, tu Breen Kelly. Ja...
- Pani Kelly. Co za niespodzianka! Jak miło panią słyszeć. Mam nadzieję,
że u pani matki wszystko w porządku.
- Na pewno, panie Ellsworth. Właśnie odkryłam, że wysokość funduszy na
moim rachunku inwestycyjnym obsługiwanym przez pańską firmę wynosi
obecnie trzy miliony osiemset pięćdziesiąt trzy tysiące i osiemset
dwanaście dolarów oraz hmmm, sześćdziesiąt pięć centów. Zgadza się?
- Mogę pani podać dokładną wartość z zamknięcia dzisiejszego dnia, ale
nie bardzo rozumiem, co pani ma na myśli, mówiąc, że to "odkryła"?
- Czy to są moje pieniądze?
- Tak, oczywiście. Ja...
- Dlaczego widnieją tam również dane mojej matki?
- Pani Kelly - mówił powoli. - Rachunek został otwarty, kiedy pani,
wtedy osoba niepełnoletnia, wyraziła wolę udzielenia matce
pełnomocnictwa.
- W jaki sposób wyraziłam ową wolę?
- Pani Wilcox oświadczyła, że córka nie chce zajmować się inwestycjami,
a pani z kolei nigdy nie skontaktowała się ze mną czy z firmą w celu
przeniesienia rachunku wyłącznie na pani nazwisko.
- Ponieważ do dzisiaj nie wiedziałam o jego istnieniu.
- Jestem pewien, że zaszło jakieś nieporozumienie. Proponuję, abyśmy
spotkali się we troje: ja, pani oraz pani matka i wyjaśnili tę sprawę.
- W tej chwili moja matka przebywa poza miejscem zamieszkania. Jest w kurorcie, gdzie nie ma dostępu do telefonu i Internetu. - Jakiś bóg nad
nią czuwa - pomyślała i dodała głośno: - Uważam, że spokojnie sami to
załatwimy.
- Naturalnie, jak najbardziej. Co prawda moja asystentka akurat będzie
na wyjeździe, ale mogę umówić się z panią na poniedziałek.
Nie, nie, do poniedziałku opuści ją odwaga. Zupełnie ją straci. Zawsze
tak jest.
- A może spotkajmy się teraz?
- Pani Kelly, byłem już w drzwiach, kiedy pani zadzwoniła.
- Przepraszam za niedogodność, ale sprawa jest raczej pilna i ważna dla
mnie. Chcę z panem porozmawiać, aby mieć pełniejszy obraz tej... sytuacji,
zanim skontaktuję się z prawnikiem.
Cisza zapadła po tych słowach. Breen zacisnęła powieki. Proszę, błagam,
nie każ mi czekać - myślała.
- Może jednak lepiej, jeśli się spotkamy i omówimy wszystko dokładnie.
Jestem pewien, że tak, jak mówiłem, zaszło tu jakieś nieporozumienie.
Słyszałem, że pani nie jeździ samochodem, więc...
- Nie mam samochodu - poprawiła go - ponieważ mnie na to nie stać. Ale
spokojnie dotrę do pańskiego biura. Stawię się najszybciej, jak to
możliwe.
- Będę czekał na panią w holu, na dole. Jesteśmy niewielką firmą, pani
Kelly. Zanim pani się pojawi, większość pracowników zdąży wyjść. Jest
weekend.
- Dziękuję.
Rozłączyła się, żeby Benton Ellsworth przypadkiem nie zmienił zdania, i rozdygotana opadła na krzesło.
- Weź się w garść, Breen. Weź się w garść, do cholery, i jedź.
Rozłożyła pomięte dokumenty do odpowiednich teczek. Zostawiła konewkę z wodą oraz otwartą szufladę i zeszła na parter.
Pomyślała o autobusie. Ciekawe, ile czasu zająłby dojazd do centrum.
I zdecydowała się na coś, czego dotąd nigdy nie robiła.
Zamówiła Ubera.
Wszędzie straszne korki. W końcu to piątek, godzina szczytu. Kierowca
Ubera, kobieta w jej wieku, wyraźnie miała ochotę na pogawędkę, ale
zrezygnowała, kiedy Breen odchyliła głowę na oparcie i przymknęła
powieki.
Zamierzała ponownie przejrzeć dokumenty w samochodzie, jednak nie
sprzyjała temu choroba lokomocyjna. Niedobrze, skoro po raz pierwszy
miała zobaczyć się z człowiekiem, który podobno był jej brokerem.
Potrzebowała planu, ale przez stres i gniew nie mogła pozbierać myśli. W weekend zamierzała (może już nie) zapłacić rachunki, poprzekładać
pieniądze z kupki na kupkę, obciąć zbędne wydatki. Miała się tym zająć
po gimnastyce. Ćwiczyła w domu, bo nie było jej stać na kartę
członkowską klubu fitness.
Niezależnie od wyniku tego spotkania i tak będzie musiała uregulować
rachunki.
Uniosła powieki i zobaczyła, że najgorszy odcinek trasy miały za sobą,
teraz jechały wzdłuż rzeki. Chylące się ku zachodowi jaskrawe słońce
odbijało się na konstrukcji mostu i wodzie, powlekając wszystko
odcieniem mosiądzu.
A podobno miało padać - pomyślała i w tej samej chwili tknęło ją, że
deszczowiec został w kuchni u matki.
Przeszył ją niepokój. Czy pamiętała, żeby włączyć alarm i przekręcić
klucz?
Zamknęła oczy i spróbowała wrócić myślami do tamtej chwili.
Tak, na pewno. Takie rzeczy robi się odruchowo.
Samochód zatrzymał się przed imponującym budynkiem z czerwonej cegły,
ukrytym w cieniu wież ze stali i szkła.
Dała napiwek kierowcy i tym sposobem pozbyła się pieniędzy na niedzielną
pizzę.
Gdy przecięła chodnik, w drzwiach stanął mężczyzna.
Wysoki, szczupły, w granatowym garniturze w prążki i śnieżnobiałej
koszuli z krawatem w odcieniu intensywnej czerwieni. Z jakiegoś powodu
poczuła ulgę na widok siwych pasemek w brązowych włosach.
Ma swoje lata - pomyślała. Jest doświadczony. Wie, co robi.
Ona, za diabła, nie wiedziała.
- Pani Kelly. - Wyciągnął do niej dłoń.
- Witam, panie Ellsworth.
- Zapraszam. Moje biuro jest na pierwszym piętrze. Wejdziemy po
schodach?
- Jak najbardziej.
Zobaczyła wyciszony dywanem hol z recepcją na wysoki połysk, kilkoma
przepastnymi, skórzanymi fotelami i wysokimi roślinami w terakotowych
donicach.
- Chciałbym panią przeprosić za rolę, jaką poniekąd odegrałem w tym
nieporozumieniu - zaczął, prowadząc ją na górę. - Jennifer, pani matka,
twierdziła, że nie jest pani zainteresowana wnikaniem w kwestie związane
z prowadzeniem rachunku.
- Kłamała - wyrwało jej się. Tego nie miała w planie, jeżeli w ogóle
miała jakiś plan. - Okłamywała pana, o ile to, co pan mówi, jest prawdą.
A mnie jakoś zapomniała poinformować o istnieniu rachunku. Do dzisiaj o nim nie wiedziałam.
- Hmm, no tak. - Ellsworth otworzył przed nią drzwi.
W jasnym biurze z wysokimi oknami, większym od salonu w jej mieszkaniu,
stało zabytkowe mahoniowe biurko ze snycerskimi zdobieniami oraz
skórzana sofka i dwa fotele dla gości.
Boczny stolik zajmował wyrafinowany ekspres do kawy. Na ścianie, na
samowiszącej półce stały oprawione w ramki fotografie (zapewne rodziny).
- Mogę pani zaproponować kawę?
- Poproszę. Z mlekiem, bez cukru.
- Zapraszam na fotel - zachęcił ją, kierując się do ekspresu.
- Przyniosłam wszystkie dokumenty - zaczęła, kiedy usiadła ze
ściśniętymi kolanami, żeby zapanować nad drżeniem nóg. - Z tego, co
zobaczyłam, wynika, że rachunek został otwarty w dwa tysiące szóstym
roku. Wtedy moi rodzice się rozeszli.
Zgadza się. Może mi pan powiedzieć, czy wtedy te przelewy miały
charakter alimentów?
- Zdecydowanie nie. Sugeruję, żeby pani porozmawiała o tym z matką. Ja
mogę udzielić pani jedynie informacji związanych z tym konkretnym
rachunkiem.
- Dobrze. Czy to matka założyła to konto?
- Założył je Eian Kelly na pani nazwisko, wskazując pani matkę jako
pełnomocnika. W tamtym czasie co miesiąc dokonywał transferu pieniędzy
poprzez Bank of Ireland. Na zabezpieczenie pani przyszłości, edukację i pokrycie pani potrzeb.
Splotła mocno palce, żeby ukryć drżenie rąk.
- Jest pan tego pewien?
- Tak. - Podał jej kawę i usiadł, jednak nie za tym pięknym biurkiem z komputerem, lecz na fotelu obok niej. - Osobiście załatwiałem
formalności. Pan Kelly przyszedł do biura, założył konto i zlecił mi
prowadzenie rachunku.
- Czy on... się z panem kontaktuje?
- Nie, od tamtej pory nie miałem z nim kontaktu. Wpłaty wpływały. Pani
matka miała wgląd w konto. Jak już mówiłem, jest bardzo skrupulatna.
Jeżeli przejrzy pani sprawozdania, zobaczy, że nigdy nie wyjęła choćby
centa. Spotykamy się raz na kwartał, a czasem częściej, jeśli pojawiają
się jakieś sprawy wymagające omówienia. Nie miałem powodu przypuszczać,
że pani nie wie o istnieniu tego konta.
- Czy pan ma wielu klientów... czy ja jestem klientką?
Uśmiechnął się.
- Tak.
- Czy pan ma wielu klientów, których w ogóle nie interesuje, co dzieje
się z kontem, na którym zdeponowano prawie cztery miliony dolarów? Wiem,
że Allied Investments jako prestiżowa firma prowadzi rachunki dużych
klientów, niemniej to też jest spora kwota.
Milczał przez chwilę i widziała, że zastanawia się nad doborem słów.
- Zdarzają się sytuacje, gdy rodzic, pełnomocnik czy powiernik jest
lepiej przygotowany do podejmowania decyzji finansowych od właściciela
konta.
- Jestem dorosła. Matka nie ma mojego pełnomocnictwa. - Tak jest,
przeczuwała to, podejrzewała, wiedziała. - Zapewne powiedziała panu, że
jestem nieodpowiedzialna i nie potrafię zarządzać własnymi finansami.
- Pani Kelly... Breen, nie chcę wnikać w wasze osobiste sprawy. Jednak
mogę powiedzieć bez wahania, że matka zawsze miała na względzie twoje
dobro. Przy twoich problemach...
- Jakich problemach? - Wzbierający w niej gniew zagłuszył onieśmielenie.
- Jestem nieodpowiedzialna? Niezbyt lotna? A może nierozgarnięta?
Ellsworth wyraźnie się zaczerwienił.
- Zdecydowanie nigdy nie powiedziała nic takiego otwarcie.
- Po prostu dała do zrozumienia. W takim razie wypada nam się lepiej
poznać, panie Ellsworth. Skończyłam studia, w zimie obroniłam pracę
magisterską i teraz zmagam się z ogromnym kredytem studenckim. - Na
widok jego zaskoczonej miny pokiwała głową. - Uczę literatury i umiejętności językowych w gimnazjum Grady. Już na studiach licencjackich
z trudem spłacałam pożyczkę, mimo że wieczorami dorabiałam w dwóch
miejscach. Chętnie podam panu nazwisko dyrektora gimnazjum czy kilku
profesorów z uczelni.
- To nie jest potrzebne. Miałem wrażenie, że nie pracujesz albo nie
jesteś w stanie utrzymać pracy.
- Od szesnastego roku życia pracuję w lecie i w weekendy. Nadal pracuję
w wakacje, żeby spłacać dług, i z tego samego powodu we dwa popołudnia w tygodniu udzielam korepetycji. - Łzy zapiekły ją w oczy; gorące, gniewne
łzy. - Ubieram się na wyprzedażach i w lumpeksach. Dzielę z kimś
mieszkanie ze względu na czynsz. Żyję z ołówkiem w ręku. Ja...
- Już dobrze. - Dotknął jej dłoni. - Bardzo mi przykro, że doszło do
tego...
- Proszę nie nazywać tego nieporozumieniem, bo to było rozmyślne
działanie. Ojciec chciał mnie zabezpieczyć finansowo. A tymczasem
pracowałam jako kelnerka i brałam pożyczki na czesne. Te pieniądze,
które przesyłał, zmieniłyby moje życie. Zmieniłaby je sama świadomość,
że o mnie dba.
Odstawiła filiżankę i żeby się uspokoić, wzięła głęboki oddech.
- Proszę wybaczyć. To wina matki, nie pana. Dlaczego pan miałby jej nie
wierzyć? Mówił pan, że jestem waszą klientką?
- Jak najbardziej i na pewno to naprawimy. Kiedy wraca Jennifer?
- W przyszłym tygodniu. Ale już teraz muszę to wiedzieć. Te pieniądze są
moje?
- Tak.
- Mam więc prawo wycofać fundusze, dysponować nimi?
- Tak, ale myślę, że lepiej się z tym wstrzymać do powrotu twojej matki.
Usiądziemy wtedy we troje i wszystko ustalimy.
- Nie jestem zainteresowana. Chcę otworzyć nowy rachunek, wyłącznie na
siebie i tam przelać pieniądze. Mogę to zrobić?
- Tak. Mogę założyć taki rachunek. Jaką kwotę chcesz przelać?
- Całość.
- Breen...
- Całość - powtórzyła. - A jeżeli pan obstaje przy spotkaniu we troje,
przyjdę w towarzystwie prawnika i wytoczę jej sprawę, no, nie wiem, o sprzeniewierzenie?
- Nie ruszyła twoich pieniędzy.
- Jestem pewna, że prawnik będzie wiedział, jak to nazwać. Chcę
dysponować własnymi pieniędzmi i nie głowić się więcej nad rachunkami,
spłacić kredyt studencki i odetchnąć z ulgą. Mój ojciec powierzył te
pieniądze w pańskie ręce. Ufał, że mając nad nimi pieczę, będzie pan
miał na względzie moje dobro. Teraz proszę, żeby pan postąpił właściwie.
- Jesteś pełnoletnia. Do usunięcia nazwiska matki z rachunku wystarczy
twój podpis. Muszę jedynie potwierdzić twoje dane, a ty wypełnisz kilka
formularzy. Poza tym mam obowiązek skontaktować się z jednym z naszych
notariuszy i jeszcze potrzebny mi świadek.
Ponownie nakrył dłonią jej rękę.
- Breen, nie mam powodu, by ci nie wierzyć, jednak czy miałabyś coś
przeciwko temu, żeby mi podać numer telefonu do dyrektora szkoły, w której pracujesz?
- Absolutnie nie.
Rozdział 2
Zanim Breen dotarła do U Sally, wieczór w barze już zdążył na dobre się
rozkręcić. Strumienie kolorowych świateł padały na tłoczących się przy
bufecie klientów i pozajmowane co do jednego stoliki. Reflektor był
skierowany na Cher, czyli na Sally, który śpiewał na całe gardło:
Gdybym mogła cofnąć czas.
Szczere słowa - pomyślała Breen.
Lawirowała w tłumie i gdy ktoś ją zawołał lub do niej pomachał, nawet
zdobywała się na odpowiedź uśmiechem.
Szczęśliwie Marco pochwycił jej wzrok i przywitał ją salutem, drugą ręką
mieszając drinki.
Miał na sobie mieniącą się srebrzyście koszulę (U Sally wszystko musiało
się mienić), dopasowane czarne spodnie i srebrne kółko w uchu. Ostatnio
zapuścił kozią bródkę, która według Breen bardzo mu pasowała, podobnie
jak długie dredy zebrane frotką z tyłu głowy. Jego śniada cera lśniła od
potu.
U Sally pod wieloma względami bywało gorąco.
- Geo, ustąp miejsca naszej dziewczynie.
- Nie, nie, nie trzeba.
Geo, drobny i chudy, spiekł raka i zerwał się ze stołka.
- Siadaj, kochana. I tak muszę obskoczyć stoliki. - Cmoknął ją w policzek. - Nasza dziewczynka wygląda na zmęczoną.
- Bo tak jest.
Wśliznęła się na stołek. Marco obsłużył klienta i nalał jej kieliszek
białego wina.
- Późno przyszłaś... i nawet się nie przebrałaś. Ten sam smutny mundurek.
- Uniósł brwi, gdy duszkiem wypiła pół kieliszka. - Coś mi się wydaje,
że miałaś ciężki dzień.
- Ciężki, dziwny, przerażający i ekscytujący.
Rozpłakała się.
- Geo! Wychodzę na przerwę!
Wybiegł zza baru, chwycił Breen za ramię i wyprowadził ją na zaplecze.
Kilku wykonawców czekających na występ plotkowało przed lustrami do
makijażu.
- Drogie panie, zróbcie nam miejsce.
Jeden z nich, perfekcyjnie wystylizowany na Lady Gagę, wciągnął Breen w objęcia. - Nie płacz, dziecino. Wszystko będzie dobrze. Jimmy ci to
mówi. Żaden facet nie jest wart twoich łez.
Cmoknął ją w policzek dokładnie w chwili, gdy Sally zaczął śpiewać
Gypsies, Tramps and Thieves.
Marco posadził Breen na krześle.
- Skarbie, co z tobą? Powiedz, co się dzieje?
- Ja... mój ojciec...
Mocno ścisnął jej rękę.
- Odezwał się?
- Nie, nie, ale on... on przysyła mi pieniądze, odkąd skończyłam dziesięć
lat. Założył dla mnie konto, rachunek inwestycyjny w Allied i co miesiąc
robi przelewy. Ona nic nie powiedziała. Nigdy słowem nie wspomniała,
trzymała dokumenty w szufladzie pod kluczem. Przez ten cały czas... -
Popatrzyła na swoje dłonie. - Zapomniałam zabrać wino.
- Przyniosę ci.
- Zaczekaj. Mam... Marco, mam dziś, bo tam doliczano dywidendy... nie znam
się na tym, będę musiała poczytać. Dzisiaj mam trzy miliony osiemset
siedemdziesiąt osiem tysięcy pięćset dziewięćdziesiąt sześć dolarów i trzydzieści pięć centów.
Wytrzeszczył na nią oczy.
- Skarbie, to ci się przyśniło, tak? Wiesz, że czasami masz te swoje
sny.
- Nie. Przyszłam prosto ze spotkania z moim brokerem. Marco, ja mam
prawie cztery miliony dolarów.
- Siedź tutaj i nie waż się ruszyć. Idę po wino. Wrócę z butelką.
Odruchowo zerknęła do lustra.
Rzeczywiście, cera blada, zmęczone oczy. Ściągnęła frotkę z włosów. Tak
rano się namęczyła, żeby je rozprostować suszarką, a one z powrotem się
poskręcały. I miały myszowaty kolor, bo zmyła się ta brązowa płukanka,
którą raz na tydzień tuszowała ich płomienną czerwień, żeby za bardzo
nie przyciągały uwagi, nie rozpraszały.
Nieważne - pomyślała. Jak tylko opowie wszystko Marco, pójdzie do domu i się położy. Sprawdziany muszą zaczekać, dopóki nie rozjaśni jej się w głowie. A ponieważ zanim wróci do domu, zamierza wypić co najmniej dwa
kieliszki wina, na pewno dzisiaj nie ma na to szans.
Marco wrócił z butelką oraz z dwoma kieliszkami i zanim usiadł, nalał im
wina.
- Zacznijmy od początku. Jak się dowiedziałaś?
- Marco, to było bardzo dziwne.
Opowiedziała mu wszystko po kolei.
- Muszę zaraz wracać - uprzedził ją. - Poszłaś do biura tamtego brokera
sama? To było odważne, Breen.
- Nie wiedziałam, co innego mogłabym zrobić. Byłam wściekła.
- A kto ci powtarza, że powinnaś częściej się wściekać?
Uśmiechnęła się lekko.
- Ty.
- Lepiej utrzymaj tę wściekłość do rozmowy z matką.
- O Boże. - Ukryła twarz w dłoniach. Najchętniej wcisnęłaby głowę między
kolana.
- Nie zmieniaj mi się tutaj w galaretę.
Obejrzał się na Sally, który wsunął się na zaplecze przebrany za Cher, w obłędnej sukni obszytej cekinami od Boba Mackie. Salvador Travino oparł
rękę na biodrze i zarzucił włosami sięgającej talii peruki.
- Marco, potrzebują cię za barem. Co jest grane?
- Wybacz, Sally. Breen...
Sally przerwał mu, unosząc palec i mrużąc oczy, z uwagą popatrzył na
Breen spod sztucznych rzęs.
- Jesteś chora, skarbie?
- Nie, nie. Wybacz. Ja tylko...
- Kiepsko wyglądasz. - Uniósł jej twarz za podbródek. - Blada jak
dziewica przed nocą poślubną. Czy to przez tego dupka Granta?
- Nie, gdzie tam.
- To dobrze, bo on na ciebie nie zasługuje. Kiedy ostatnio jadłaś?
- Ja... - Nie mogła sobie przypomnieć.
- Tak właśnie myślałem. Marco, zabierz naszą dziewczynkę do domu i daj
jej coś do jedzenia. Macie w lodówce czerwone mięso?
- Hmm, raczej nie.
Sally pokręcił głową i gestem Cher odgarnął włosy. Skinął ręką na Marco.
- Daj mi swoją komórkę. W tych ciuchach nie mam gdzie trzymać telefonu.
Wziął komórkę i wybrał numer, stukając w szybkę błyszczącymi, złotymi
szponami.
- Beau, ty przystojny sukinkocie, tu Sally... Mam się lepiej, niż
wyglądam, a wyglądam fantastycznie. Zrób dla mnie dwie megakanapki
filadelfijskie na wynos... No, w pracy, mój drogi... Zapisz na mój rachunek.
Marco je odbierze. Do zobaczenia wkrótce i ucałuj ode mnie swoją ładną
żonę i słodkiego bobasa. A tu masz buziaka ode mnie.
Posłał długi, siarczysty pocałunek i oddał komórkę Marco.
- Po drodze odbierzecie kanapki z Philly Pride. A ty, Breen, po
przyjściu do domu natychmiast wskoczysz w piżamkę. Powinnaś posłuchać
Sally i wyrzucić te ciuchy przez okno. Niech je sobie weźmie ktoś, kto
nie ma pojęcia o modzie.
- Sally, nie mogę cię zostawić na lodzie w piątkowy wieczór -
zaprotestował słabo Marco.
- Myślisz, że nie umiem utrzymać interesu w garści? Nie takie trzymałem,
jeszcze zanim ty wyrosłeś z pieluch. I z moim zabójczym wyglądem
spodziewam się wyrwać sporo sutych napiwków. Zabierz naszą dziewczynkę
do domu.
- Dziękuję, Sally. - Breen podniosła się, żeby go uściskać, ale jedynie
przytuliła głowę do jego ramienia. Od dziesięciu lat ten mężczyzna dbał
o nią bardziej niż rodzona matka.
- Wkrótce pogadamy. I dzwoń, gdybyś mnie potrzebowała. Ale nie bladym
świtem przed dziesiątą rano, no chyba, że wyskoczy coś pilnego.
Potrzebuję odpowiedniej porcji snu dla urody.
- Nie potrzebujesz. Nie znam nikogo piękniejszego od ciebie.
- No, zmykajcie. Jak wiecie, prowadzę klub.
Wyszli tylnymi drzwiami. Marco odruchowo otoczył Breen ramieniem w pasie. A ona instynktownie oparła głowę na jego ramieniu.
- Jestem taka zmęczona - poskarżyła się. - Nie wiem, czy dam radę coś
zjeść.
- Zjesz, zjesz, bo inaczej powiem Sally. A potem położę cię do łóżka.
Prowadził ją ulicami, w bruku odbijały się światła latarni.
Kluby, restauracje, kawiarnie tętniły życiem, tak jak powinny w majowy
piątkowy wieczór.
- Właśnie mnie tknęło, że zostawiłam konewkę na podłodze w gabinecie
mamy. Pewnie będzie ślad.
- Ojoj.
- Marco, te podłogi są piękne. To w końcu nie ich wina.
- To już problem twojej matki, nie miałaby krążka na podłodze, gdyby
tego wszystkiego nie ukrywała przed tobą przez, Jezu, szesnaście lat!
Więc przestań się martwić, jeśli nie chcesz mnie wkurzyć. Lepiej
powiedz, co teraz zamierzasz.
- Spłacę kredyt studencki. Ellsworth obiecał, że o tym porozmawia, ale
nie pamiętam z kim. I że prawdopodobnie gdy zwrócę całość, zapłacę
mniej. A ja właśnie tak chcę zrobić, żeby wreszcie mieć to z głowy.
- Jasne. Rozumiem. Pozostają jeszcze dwie sprawy. Jak zamierzasz
porozmawiać o tym z matką, no i przede wszystkim, co teraz chcesz
zafundować sobie dla przyjemności?
- Nie wiem, nie mam siły o tym myśleć.
- Dobra. W takim razie ja o tym pomyślę.
Skręcili do Philly Pride, gdzie już w wejściu owionął ich zapach
grillowanej cebuli. Breen pozwoliła sobie na chwilę błogiej
bezmyślności, kiedy Marco odbierał kanapki, niewinnie przy tym flirtując
z obsługującym go Trace'em.
- Sądzisz, że mógłbym się z nim umówić? - spekulował, kiedy wyszli na
zewnątrz.
- Z Trace'em? Nie, jest dla ciebie za smarkaty.
- Jesteśmy równolatkami!
- Metrykalnie. Znudziłbyś się nim po tygodniu, bo poza seksem i grami
komputerowymi nic go nie interesuje. Zaproponowałbyś mu wyjście do klubu
i usłyszałbyś pewnie: "Poczekaj, aż przejdę na następny poziom
Assassin's Creed".
- Niestety, masz rację, ale on jest taki mniam mniam.
- Zgoda, jest, ale to mniam mniam szybko by cię zemdliło. A tak w ogóle
ty zwyczajnie próbujesz mnie zagadać, żeby odciągnąć moje myśli od
tamtej sprawy.
- No i się udało.
Gdy ponownie przechylała głowę na jego ramię, po drugiej stronie ulicy
mignął jej tamten wysoki, smukły mężczyzna ze srebrnymi włosami.
- Marco, widzisz tamtego gościa? - Chwyciła go za ramię i odwróciła w stronę jezdni.
- Jakiego?
- Ja... Był tam. Musiał skręcić za róg. Jechał dzisiaj w autobusie. On...
budził we mnie jakieś dziwne uczucie.
Ponieważ dziwne uczucia często jej się przydarzały, Marco wziął ją za
rękę i pociągnął za narożnik.
- Widzisz go? Jak wygląda? - dopytywał się, gdy omiatali wzrokiem ulicę.
- Nie, zniknął. Nieważne. W autobusie dopadła mnie migrena i być może
stąd tamto niejasne uczucie. Dziwnie bym się poczuła, jeżeli ten
człowiek kręciłby się tak blisko domu. Znaczy, gdyby tak było -
poprawiła się. - Bo właściwie nie wiem, co widziałam. Mniejsza z tym.
Przeszli jeszcze pół kwartału dzielącego ich od domu; dwupiętrowej
kamienicy, bez windy. Breen lubiła ten dom z czerwonej cegły, z tęczą
nad frontowym wejściem namalowaną przez właściciela i muzyką sączącą się
z otwartych okien w miły wiosenny wieczór.
Nie przeszkadzała jej wspinaczka schodami na drugie piętro.
Właściciel utrzymywał budynek w dobrym stanie. Lokatorzy dbali o czystość i pilnowali siebie nawzajem.
Gdy wchodzili na górę, spod numeru sto jeden doszły ich odgłosy
piątkowej gry w karty, w mieszkaniu z numerem dwieście cztery płakało
niemowlę, a pod trzysta dwójką ktoś na cały regulator puszczał muzykę
operową.
Marco skierował się prosto do kuchennej wnęki.
- Uwolnij się z tych ciuchów. Nie miałbym nic przeciwko temu, żebyś za
radą Sally wywaliła je przez okno.
- Nie wiem, co ci się w nich nie podoba.
- Workowate spodnie wiszące na tyłku i ten beżowy sweter, w którym
wyglądasz jak wymoczek, że już o butach nie wspomnę.
Trochę naburmuszona weszła do swojego pokoju ze starannie posłanym
łóżkiem, małym biurkiem, na którym panował idealny porządek, i oknem
wychodzącym na kolorową część miasta.
Zdjęła buty i wstawiła je do wąskiej szafki, ściągnęła sweter, który już
zdążyła znienawidzić, jednak zamiast za okno, cisnęła go do kosza na
pranie. Chwilę później wylądowały tam spodnie.
Może i wisiały jej na tyłku, ale przynajmniej nie przyciągały uwagi
uczniów czy co poniektórych nauczycieli, jak opięte ciuchy Anny May,
nauczycielki historii.
Nałożyła podkoszulek i dół bawełnianej piżamy. Zerknęła na biurko. W tej
chwili powinna przy nim siedzieć i sprawdzać wypracowania.
Przeszła do pokoju, który był jednocześnie salonem, jadalnią i salą
gimnastyczną. Pozwoliła Marco po swojemu zaaranżować tę ich niewielką
wspólną przestrzeń i musiała przyznać, że nadał temu miejscu styl.
Razem pomalowali ściany na ciepły, soczysty kolor, który przywodził jej
na myśl czerwoną paprykę, powiesili półkę i ustawili na niej butelki o różnym kształcie i wielkości. Ozdobili ściany oprawionymi plakatami
muzyków: Springsteena, Prince'a, Jaggera, Gagi i Janis Joplin.
Kanapę z odzysku nakryli ciemnozieloną narzutą i zarzucili mnóstwem
wściekle kolorowych poduszek. Za stół służyło im skrzydło starych drzwi,
wsparte na żelaznych nogach, wygrzebanych w lumpeksie.
Zaprzyjaźniony artysta w prezencie urodzinowym dla Breen namalował na
blacie latające pomarańczowe i szmaragdowe smoki.
Marco postawił talerz na stole i zapalił świece w metalowych
lichtarzach.
- Siadaj - zarządził. - Jedz. Ani kropli wina więcej, dopóki nie zjesz.
- I tak nie powinnam więcej pić.
- Ale się napijesz.
Włączył ich wspólny iPod i cicho nastawił muzykę.
Co prawda w ogóle nie czuła głodu, ale usiadła i podniosła kanapkę do
ust.
- Wiesz, Marco, nie mam pojęcia, jak bym sobie bez ciebie radziła.
- Nigdy nie będziesz musiała. Jedz.
Posłusznie jadła i chociaż nie miała apetytu, zdecydowanie lepiej się
poczuła.
- Chcę rzucić pracę.
Gdy dotarło do niej, co powiedziała, upuściła kanapkę na talerz i przycisnęła dłoń do ust.
- Skąd mi się to wzięło? - bąknęła.
- Pewnie stąd, że nigdy nie chciałaś zostać nauczycielką. - Tylko się
lekko uśmiechnął, nie przerywając jedzenia.
- Może mnie kusić, żeby rzucić robotę, ale to szalone i głupie. Owszem,
niespodziewanie, nie wiadomo skąd, spadła na mnie fortuna i jeżeli będę
uważać, te pieniądze na długo wystarczą. Jednak rezygnacja ze stałej
pracy po płatnych studiach, które wkrótce spłacę, nie jest mądrą
decyzją.
- Chciałaś być weterynarzem.
- Chciałam, a także baleriną i gwiazdą rocka. Chciałam być J.K. Rowling.
Nie jestem nikim z nich i nie będę.
- Dziewczyno, ty naprawdę masz lekkie pióro.
Pokręciła głową i zajęła się kanapką.
- Dawne marzenia. Muszę się skupić na tym co teraz i zastanowić się nad
przyszłością.
- Zwolnij się z pracy.
- Marco...
- Nie cierpisz jej. Nigdy nie chciałaś uczyć. To twoja matka chciała,
żebyś została nauczycielką, i przekonała cię do swojego pomysłu. Jakby
nie było innego wyboru. Spłać kredyt, rzuć robotę i daj sobie czas,
zastanów się, co chcesz robić, kim chcesz być.
- Nie mogę tak po prostu...
- Możesz. Mimochodem to ci się samo wymknęło z ust, bo to ci leży na
sercu i chodzi po głowie. Breen, nadarza się okazja.
- Ale ja nie umiem robić nic innego.
- Bo nigdy nie miałaś okazji spróbować. Nie spiesz się, zastanów. Mówię
ci, zajmij się pisaniem. A jeśli to cię nie kręci, mogłabyś otworzyć
jakiś biznes.
- Ja?
- Jasne. Do diabła, Breen, jesteś bystra i zorganizowana - podsumował
wzburzony i teraz, kiedy już trochę zjadła, nalał jej wina. - Mogłabyś
zostać projektantką i nie pytaj "ja?" tym debilnym tonem. W końcu nie
urządziłem tego mieszkania sam, a cholernie dobrze wyszło. Zrobiliśmy to
razem. W dodatku masz dobry głos, grasz na pianinie. To też otwiera
jakieś możliwości. Pozwoliłaś jej się zaszufladkować - ciągnął dalej,
coraz bardziej się nakręcając. - A teraz szuflada się otworzyła. Nie
pozwól jej zamknąć z powrotem.
- Mam... w poniedziałek pójść do dyrektora i powiedzieć, że nie wracam
jesienią? Ot tak, po prostu?
- Właśnie tak po prostu. Przez lato się zastanowisz, co chcesz robić,
czego chciałabyś spróbować.
- To mnie przeraża.
- Powiedziałbym raczej, wyzwala. Pomyśl o jednej rzeczy, jakiejś ważnej,
której naprawdę chcesz, i możesz teraz to zrobić.
- Chcę polecieć do Irlandii. Jezu, nie masz pojęcia, jak bardzo tego
chcę. Chcę poznać miejsce, z którego pochodzi ojciec, dowiedzieć się, co
go skłoniło do powrotu i odciągnęło ode mnie. I zapytać, jeśli go
odnajdę, dlaczego. Czemu mnie zostawił, czemu przysyłał pieniądze. Po
prostu dlaczego?
- Zrób to. To wielka sprawa. Spędź lato w Irlandii, daj sobie czas na
przemyślenie reszty.
- To lato?
- Kurde, a czemu nie? Kiedy miałaś jakieś wakacje?
- Po studiach licencjackich pojechaliśmy autobusem do New Jersey. Na
tydzień.
- Super się bawiliśmy - przyznał. - Ale to było dawno, Breen. Całe wieki
temu.
Podniosła kieliszek i wychyliła go prawie do dna.
- Poleć ze mną.
- Do Irlandii?
- Sama nigdy się tam nie wybiorę. Jedź ze mną. Masz rację, masz rację. -
Zerwała się od stołu i krążyła po pokoju. - A czemu nie? Tego chcę. To
jedyna rzecz, na jakiej mi zależy. Polecimy pierwszą klasą i zatrzymamy
się w zamku. Przynajmniej jedną noc musimy spędzić w zamku. Wynajmiemy
samochód i będziemy jeździć lewą stroną. - Możemy... możemy wynająć dom.
Taką irlandzką chatę krytą strzechą.
- Chyba za dużo wypiłaś.
- Wcale nie. - Roześmiała się z błyszczącymi oczami. - Marco, lećmy
razem i utwierdzaj mnie w tym pomyśle.
- Nie mogę wyjechać na całe lato. Sally i Derrik dadzą mi
błogosławieństwo na drogę, ale nie mogę stracić stałej pracy.
- Nie jesteś tam szczęśliwy. Nie cierpisz tej roboty w sklepie
muzycznym.
- Zgadza się, ale nie spadły mi z nieba cztery bańki. Pewnie mógłbym
pojechać na kilka tygodni, pomóc ci się odnaleźć. Dać ci kopniaka w tyłek na zachętę. Jezu, nigdy nie byłem w Europie.
- Będziemy nawzajem się kopać. Umowa stoi?
Odchylił się na oparcie. Kochał ją jak nikogo i nic na świecie. Nie miał
prawa zgasić blasku w jej oczach. Ale miał prawo się potargować.
- Kilka warunków.
Klapnęła na krzesło.
- Słucham.
- Nie stać mnie na latanie pierwszą klasą, więc niech będzie, ty
stawiasz. Ale do reszty się dorzucam.
- Nie ma sprawy.
- Jasne, skoro jesteś pieprzoną milionerką.
Odrzuciła głowę do tyłu i zaśmiała się na cały głos.
- Jestem pieprzoną milionerką!
- To pierwszy warunek. Pozostałych też nie odpuszczę. Jak już skończysz
kolację, pójdziesz do łazienki i tak długo będziesz myć głowę, aż
spłuczesz to bure gówno z włosów. Poza tym wywalisz suszarkę, którą co
rano przez godzinę prostujesz swoje śliczne loki.
Kiedy otwierała usta, żeby zaprotestować, powstrzymał ją przeczącym
ruchem głowy.
- Lecisz do Irlandii. Nie będziesz tam jedynym rudzielcem.
- Nigdzie nie jestem jedynym rudzielcem.
- Zgadza się, ale czemu sobie wmówiłaś, że z takimi włosami, twoimi
włosami, wyglądasz niepoważnie? Że one przyciągają uwagę? I co z tego,
że przyciągają? Chrzań to, Breen.
- Jeżeli wrócę do naturalnego koloru włosów, pojedziesz ze mną na co
najmniej dwa tygodnie.
- Niech będzie.
- W takim razie wszystko ustalone.
- Nie całkiem. Mam jeszcze jeden warunek.
- Twarda z ciebie sztuka, Marco Polo.
- Nie jestem łatwy. Ostatnia rzecz, zasadnicza. - Nachylił się ku niej.
- Jutro idziemy na zakupy, a jeszcze dziś pakujemy prawie całą zawartość
twojej szafy do worków. W drodze na zakupy postawimy je pod drzwiami
Pomocy Społecznej. Jesteś szczęściarą, moja droga, bo marzeniem każdej
kobiety jest przyjaciel gej, który pomaga wybierać ciuchy i nie skręca
go z zazdrości, kiedy ona w nich chodzi.
- Moje rzeczy nie są znowu takie złe.
- Smutne i żałosne i do ciebie nie pasują. Dałaś sobie wmówić, co
powinnaś nosić, i padło na cholerne beże. Nie chcę źle mówić o twojej
matce, bo tak mnie wychowano. Ale jedno ci powiem; kiedy w przyszłym
tygodniu będziesz z nią rozmawiała, masz wyglądać na taką osobę, jaką
naprawdę jesteś: silną, niezależną, piękną i inteligentną. Skoro już o tym mowa, pomyślimy też o odpowiednim makijażu.
- To mnóstwo warunków.
- Jest, ile jest. Kocham cię, Breen.
- Wiem i... - Wyciągnęła do niego rękę. - Zgoda.
- No, tak to rozumiem!
Rozdział 3
Nowa Breen, w dzień spodziewanego powrotu matki, wzięła wolne. Zrobiła
zakupy z listy i włożyła je do lodówki. W końcu tak się z matką umówiła.
Pootwierała okna, podlała kwiaty, posegregowała pocztę.
Miała ułożony w myślach spokojny, acz stanowczy monolog. Szczerze
mówiąc, wcześniej zapisała na kartce, co zamierza matce powiedzieć.
Potem to wydrukowała, kilkakrotnie przejrzała i przećwiczyła przed
lustrem.
Później powtarzała to wszystko już bez lustra, bo nie do końca poznawała
osobę, którą tam widziała.
Istotnie zmiana była radykalna. Mówiło o tym nie tylko jej odbicie, ale
komentarze i komplementy, które spotykały ją w pracy czy choćby w autobusie.
Pierwszą rzeczą, jaka rzucała się w oczy, były płomiennie rude loki,
sięgające poniżej ramion. Kiedy chciała je skrócić, Marco zdecydowanie
się sprzeciwił, twierdząc, że ta fryzura dodaje jej charakteru.
Wprawdzie nie była pewna co do tego charakteru, ale ustąpiła.
Teraz absolutnie nie będzie wtapiać się w tło - pomyślała. Po prostu
poczeka tydzień lub dwa i zobaczy, jak się będzie czuła w nowym
wcieleniu.
Natomiast już zdążyła polubić nową, co prawda na razie nieliczną
garderobę. W zdecydowanych kolorach albo w wiosennych pastelach i zero
beżów. Dopasowane spodnie, kilka prostych, ładnych sukienek. Jeden
kostium. Nowe pantofle; pozostała przy trzech parach, pomimo
entuzjastycznych zachęt Marco. I mając na uwadze wyjazd do Irlandii,
dołożyła traperki.
Uparła się przy wyprzedażach, a mimo to w jeden dzień wydała na siebie
więcej niż w ostatnim półroczu.
Znacznie więcej.
Może ta gorączka ostatnich dni tak osłabiła jej wolę, że dała się
namówić Marco na przekłucie uszu.
Bezwiednie bawiła się delikatnym srebrnym kolczykiem na sztyft, patrząc
na najnowszy esemes od Marco.
ODWAGI.
Postanowiła wziąć sobie tę radę do serca, gdy zobaczyła taksówkę
podjeżdżającą pod dom matki.
Z przyzwyczajenia wyszła na zewnątrz.
Skupiona na matce, nie zauważyła srebrnowłosego mężczyzny, który
obejrzał się na nią, przechodząc ulicą.
Jennifer Wilcox wyglądała jak zwykle perfekcyjnie w dopasowanych
popielatych spodniach, białej bluzce z miękkiego materiału i letnim
żakiecie w kolorze nasyconej czerwieni. Brązowe włosy z jaśniejszymi
pasemkami korzystnie podkreślały regularne rysy jej twarzy.
Kiedy Breen podeszła do taksówki, żeby pomóc z bagażem, nie umknęła jej
zaskoczona mina matki i... przelotny grymas dezaprobaty.
- Ja wezmę tę - powiedziała Breen, ciągnąc za uchwyt dużą walizkę na
kółkach firmy Sumatra, z kolekcji Pullman.
Jennifer zarzuciła na ramię torbę z tej samej kolekcji i podniosła
aktówkę z laptopem.
- Nie spodziewałam się ciebie. Dlaczego nie jesteś w pracy?
- Wzięłam wolne. - Breen, walcząc z drżeniem kolan, wtoczyła walizkę do
domu.
- To nie było konieczne.
- Było, dla mnie.
- Źle się czujesz?
- Nie. - Podciągnęła walizkę do schodów i gdyby w porę się nie
zreflektowała, wtaszczyłaby ją na górę. - Dobrze się czuję, a właściwie
doskonale.
- Nowy chłopak, tak? - Jennifer postawiła torbę i machnięciem ręki
wskazała włosy Breen. - Stąd ten pomysł?
- Nie, nie ma chłopaka, ani nowego, ani żadnego. Jestem ruda i postanowiłam wrócić do naturalnego koloru.
- Twój wybór, oczywiście, jednak te włosy bardzo rzucają się w oczy.
Sądzisz, że uczniowie będą traktować z szacunkiem kogoś, kto wygląda
niepoważnie?
- To już nie jest mój problem. Pracuję do końca roku szkolnego. W poniedziałek złożyłam wypowiedzenie.
Zaskoczenie malujące się w oczach matki sprawiło Breen ponurą
satysfakcję.
- Postradałaś rozum? Musisz natychmiast wycofać wypowiedzenie. Co z twoim wykształceniem i poczuciem bezpieczeństwa? Jaka przyszłość cię
czeka?
- Nigdy nie chciałam być nauczycielką.
- Och, nie bądź śmieszna. Nie zamierzam tracić czasu na bzdury. Muszę
się rozpakować, sprawdzić, co słychać w firmie. - Spojrzała na zegarek.
- Masz jeszcze czas, żeby wrócić do szkoły, przeprosić szefa, naprawić
sytuację.
- Nie.
Jennifer zmrużyła piwne oczy, pociemniałe teraz z irytacji.
- Słucham?
- Powiedziałam "nie". Będziesz musiała wygospodarować trochę czasu w swoim napiętym grafiku na rozmowę o panu Ellsworcie i moim koncie w Allied Investements. No i o ojcu.
Policzki Jennifer, dotąd zaczerwienione z gniewu, nagle zbladły.
- Jak śmiesz! Grzebałaś w moich prywatnych papierach?
- Akurat tak samo moich, jak twoich. Ale nie, nie grzebałam. Zresztą
mniejsza o to. Problem w tym, że mnie oszukiwałaś. Okłamywałaś.
- Nieprawda. Robiłam to, co należy do matki. Dbałam o twoje dobro. O twoją przyszłość.
- Cały czas mnie okłamując. A ja czułam się nieszczęśliwa. Ojciec
przysyłał mi pieniądze. Były przeznaczone dla mnie. Przez ciebie
uwierzyłam, że on mnie zostawił, że go nie obchodzę.
- Bo zostawił, a ja inwestowałam te pieniądze. Byłaś nieletnia...
- Od dawna jestem pełnoletnia.
- Nie widziałam, żebyś umiała gospodarować pieniędzmi, miałaś lekką
rękę.
- No nie, nie wierzę. - Targnął nią gniew. - To bzdura.
- Jak śmiesz odzywać się do mnie takim tonem?
- Będę mówić takim tonem, jakim mi się podoba. Ciągnęłam dwie prace,
brałam kredyty, ledwo wiązałam koniec z końcem, a wszystko po to, żeby
skończyć studia, które mi nie odpowiadały. Miałam zostać nauczycielką,
bo ty wbijałaś mi do głowy, że do niczego innego się nie nadaję. Nie
słyszałam od ciebie, że to ważny, zaszczytny zawód, wręcz powołanie.
Raczej dawałaś mi do zrozumienia, że do szkoły trafiają ci, którzy gdzie
indziej sobie nie radzą.
- Nie masz żadnych konkretnych umiejętności. I lepiej się opanuj.
- Jestem bardzo opanowana. Mogłam sprawdzić kilka kierunków, dowiedzieć
się, co chciałabym robić, kim zostać. Może zajęłabym się pisaniem.
- Och, proszę cię. Skończ z tą dziecinadą.
- Ty decydowałaś, co i jak powinnam robić. Ty mówiłaś, jak mam się
ubierać, co robić z włosami. Rany boskie! I na dodatek gwarancję mojej
wolności trzymałaś pod kluczem w szufladzie.
- Ochraniałam cię! Całe życie cię chronię!
- Przed czym? Przed samodzielnością? Powiedziałaś panu Ellsworthowi, że
nie interesuje mnie zarządzanie finansami, dałaś mu do zrozumienia, że
jestem nieodpowiedzialna.
- Bo jesteś, Breen. - Jennifer pewnym siebie gestem odgarnęła włosy. -
Spójrz tylko na siebie - zaczęła, przybierając irytujący, bezgranicznie
cierpliwy ton. - Dowiadujesz się, że masz jakieś pieniądze, i z miejsca
rzucasz pracę. Czy to jest odpowiedzialne zachowanie?
- Wiesz, co jest nieodpowiedzialnym zachowaniem? Marnowanie życia w pracy, której się nie cierpi. Brak możliwości odkrycia, kim się jest i kim mogłoby się być, bo matka uważa cię za niezaradną.
- Nigdy tego nie powiedziałam. To nie w porządku.
- Nie, masz rację. Ale miałaś to słowo na końcu języka. Powiedzmy,
według ciebie, słabo sobie radziłam. I nie wiem, może rzeczywiście tak
jest. Ale sama muszę to sprawdzić.
Breen zaczerpnęła oddech. Widziała, jak bardzo matkę zdenerwowała ta
rozmowa, ale ona jeszcze nie skończyła.
- Wiedziałaś, że przejmuję się kredytem, że oglądam każdy cent i chwytam
się różnych prac, żeby się utrzymać. A ty ukrywałaś w tajemnicy
pieniądze, które pozwoliłyby mi odetchnąć.
- Najpierw trzeba się nauczyć rozporządzać pieniędzmi. - Jennifer opadła
na krzesło. - Twój ojciec zawsze bujał w obłokach, a ty jesteś do niego
podobna. Musiałaś poznać twardą rzeczywistość. Zawsze chciałam dla
ciebie jak najlepiej.
- Gdzie on jest?
- Nie wiem. - Jennifer przycisnęła palce do powiek. - Nie mam pojęcia.
Postanowił więcej nie wrócić. Pamiętasz, jak wtedy na mnie naskoczyłaś?
Tak zdecydował. Nie zabraniałam mu kontaktować się z tobą. Nigdy bym
tego nie zrobiła. - Opuściła dłoń. - To ja zawsze byłam przy tobie,
dzięki mnie miałaś stabilny dom. Opiekowałam się tobą, gdy chorowałaś,
pomagałam odrabiać lekcje, a jednocześnie budowałam swoją karierę, żeby
zapewnić nam przyzwoite warunki.
- Zgoda, robiłaś to wszystko, ale jedna rzecz ci umknęła. Mnóstwo czasu
i wysiłku wkładałaś w kształtowanie mnie według swoich wyobrażeń, ale
nie pozwalałaś mi szukać własnej drogi.
- Robiłam wszystko, żeby dać ci poczucie bezpieczeństwa i stabilności.
Chciałam cię nauczyć prowadzić normalne życie.
- Jako nieszczęśliwa, potulna nauczycielka gimnazjum, która farbowała
włosy brązową płukanką i ubierała się w beże, żeby przypadkiem nie
rzucać się w oczy.
- Jesteś bezpieczna - nie ustępowała Jennifer - i zdrowa. Zdobyłaś
wykształcenie, masz zawód.
- To mi nie wystarcza. Ty też chciałaś więcej. Robisz karierę, jeździsz
na wakacje, do spa.
W cierpliwy głos Jennifer wkradł się gniewny ton.
- Zapracowałam na to.
- Oczywiście. Samo z nieba nie spadło. - Breen przysiadła naprzeciw
matki. - Zostałaś dyrektorką medialną we wziętej agencji reklamowej.
Miałaś predyspozycje, determinację i odwagę. Bardzo ciężko pracowałaś.
Odniosłaś sukces i podziwiam cię za to. Masz prawo być z siebie dumna. A ja mam prawo iść własną drogą i szukać spełnienia w życiu. - Breen
podniosła się z krzesła. - Usunęłam twoje nazwisko z rachunku. Jutro pan
Ellsworth powinien się z tobą skontaktować, żeby ustalić, czy chcesz
zmienić brokera, czy zostajesz w Allied i otwierasz nowy rachunek. Tak
jak prosiłaś, zrobiłam ci zakupy. Podlewałam kwiaty, odbierałam pocztę.
Okna, jak widzisz, są otwarte. Sama je pozamykasz. Więcej nie będę
przybiegać na każde twoje skinienie palcem.
Dziewczyna wahała się. Nie, jednak powie, co jej leży na sercu.
- Przykro mi, że cię zdenerwowałam, ale postępowałaś nieuczciwie.
Skrzywdziłaś mnie. Do dzisiaj mnie to boli.
- Nigdy nie chciałam cię skrzywdzić.
- Możliwe. Może to prawda, ale jak ty to zawsze powtarzasz, tak wygląda
rzeczywistość. Czas na mnie. Jestem umówiona z Marco.
- Co zamierzasz robić? Jakie masz plany, Breen?
- Hmm, na początek, zaraz po zakończeniu roku szkolnego lecę z Marco do
Irlandii. Chcę zobaczyć miejsce, z którego pochodzi tata. Spróbuję go
odnaleźć.
- Nie uda ci się. - Jennifer przycisnęła palce do powiek. - Nic z tego
nie wyjdzie.
- A jednak spróbuję. Tak czy owak, po raz pierwszy, odkąd on zniknął,
czeka mnie jakaś przygoda.
- Nie rób tego, Breen. Najpierw się zastanów, a potem działaj.
- Pozamykaj okna. Chyba zanosi się na burzę.
Wyszła. Minęła przystanek i szybkim krokiem szła pod gęstniejącymi
chmurami.
Mężczyzna w czerni podążał za nią z czarnym parasolem przewieszonym
przez ramię. Wiedział, że za szesnaście minut spadnie deszcz.
Nie spodziewał się, że wszystko pójdzie tak szybko i gładko. Oczywiście,
przed nim jeszcze daleka droga, ale pierwszy krok został zrobiony.
Zakładał, że będzie musiał skłonić dziewczynę do działania, a tymczasem
ona okazała się bardzo przedsiębiorcza. Jeżeli zacznie się wahać, wtedy
on będzie musiał podjąć odpowiednie kroki.
Teraz mógł się cieszyć pobytem w Filadelfii, mieście, które go
fascynowało. A co do jedzenia: bardzo polubił precle, natomiast
rozczarowały go irlandzkie cukierki ziemniaczane, jak je tutaj nazywano.
W Irlandii nikt o nich nie słyszał.
Podobały mu się tutejsze dzielnice, małe społeczności i różnorodność
architektury. Raz czy dwa wybrał się na wycieczkę po mieście i nieźle
się bawił, kiedy przewodnik opowiadał o długiej historii tego miasta.
Oni tutaj nie mieli pojęcia o wielkich dawnych tradycjach i bogatej
historii.
Uznał to bajanie za, na swój sposób, urocze.
Filadelfijczyków rozpierała duma, że to właśnie w ich mieście uformował
się pierwszy rząd. Działania owego rządu, delikatnie rzecz ujmując,
cechował spory chaos, ale poszedł w zapomnienie wraz z upływem czasu.
To bardzo młody kraj. A do tego uparty, agresywny, często przesadnie
zachłanny.
A jednocześnie nieobce mu były miłość i nadzieja. Dzięki nim można wiele
zdziałać.
Pomyślał o dziewczynie - ona miała obie te cechy i będzie ich
potrzebować, chociaż dotąd ukrywała je przed światem, w którym się
obracała.
Dziewczyna cały czas szła przed siebie. I dobrze, bo nie przepadał za
autobusami. Ale za to polubił pociągi. Jednak, jeżeli ona dalej będzie
tak szła, to zmoknie.
Nagle się zatrzymała przed wystawą. Odeszła, cofnęła się. Stanęła. Gdy
już miał wniknąć w jej myśli, zdecydowanym krokiem weszła do środka.
Przeszedł przed witryną, przeczytał szyld. Zastanawiał się chwilę.
A potem ze śmiechem na ustach otworzył parasol. Deszcz lunął co do
minuty, dokładnie tak, jak przewidział. Zadowolony z rozwoju sytuacji,
uznał, że teraz może coś przekąsić. Miał ochotę na bagietkę z mięsem,
serem i warzywami. Będzie mu ich brakowało po powrocie do domu -
pomyślał.
*
Dwie godziny później Breen weszła do domu. Marco na nią czekał. Bez
słowa objął ją i rozkołysał.
- Było okropnie - wyznała.
- Domyślam się. Wino czy lody?
- Czemu nie jedno i drugie?
- Mówisz i masz. Siadaj. Wujek Marco wszystko przygotuje. - Pogładził ją
po włosach. - Zmokłaś.
- Trochę. - Opadła na krzesło. Gdy tylko znalazła się w domu, spłynęło z niej zmęczenie. - Nie musisz iść do pracy?
- Pójdę za godzinę, może dwie! - zawołał z kuchni. - Teraz czas na wino,
lody i ochłonięcie. Pewnie matka nie była zadowolona.
- Oskarżyła mnie o szperanie w jej prywatnych papierach, wygłosiła
kazanie o pochopnym rzucaniu pracy, wytykając mi brak odpowiedzialności
i niezaradność w rozporządzaniu finansami. Trzymała w tajemnicy
pieniądze od ojca, żeby mnie chronić.
Marco, jak zawsze esteta, wniósł na bambusowej tacy dwa pucharki pełne
ciasteczkowych lodów, dwa kieliszki schłodzonego pinot grigio i złożone
płócienne serwetki.
- Przed czym? - chciał wiedzieć.
- Zapewne przed samą sobą, ponieważ jestem głupia, nieodpowiedzialna i niezdolna do samodzielnego podejmowania decyzji.
Marco podniósł łyżeczkę do ust.
- Bardzo lubię twoją matkę - wyznał ostrożnie.
- Wiem.
- Zawsze była dla mnie miła. A kiedy ujawniłem, że jestem gejem, nie
miała z tym problemu, w przeciwieństwie do mojej rodziny, która nie
mogła się z tym pogodzić i nadal mnie nie akceptuje. To się liczy.
- Wiem.
- Lubię ją, ale otwarcie mówię, że ona nie ma racji. Cholernie się myli
i jest mi przykro.
- Była bardzo zdenerwowana. I chyba nie tylko dlatego, że złapałam ją na
kłamstwie, podłym kłamstwie, z którego usiłowała wybrnąć, szukając
wykrętów. Miałam wrażenie, że ona się przejęła i przestraszyła, że ja w jakimś sensie przypieczętowałam swój los czy coś w tym rodzaju.
Uśmiechał się, nabierając lody na łyżeczkę.
- Breen, czy ciebie czasem nie ponosi?
- Możliwe, ale takie miałam wrażenie. Powiedziała, że nie wie, gdzie
jest mój ojciec, i raczej jej wierzę. Była za bardzo zdenerwowana na
wymyślanie kłamstw na poczekaniu. Kłóciłyśmy się prawie przez całą
rozmowę, niemal skakałyśmy sobie do oczu. A potem ona ustąpiła,
rozumiesz. Poddała się.
- Powiedziałaś jej, że lecimy do Irlandii?
- Taak i w zasadzie usłyszałam jedynie, że go nie odnajdę. - Breen
podniosła kieliszek. - Nie przyznała się, że nie miała racji. Nie
przeprosiła. Nie mogła tak po ludzku powiedzieć: przepraszam? -
Pokręciła głową.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki