Jeden
Thalia Ng poczuła, że wraca jej waga. Winda pędziła z doku w dół, wzdłuż
osi habitatu. Pozwoliła sobie wylądować nogami na podłodze, starając się
wyczuć moment, w którym zwiększające się ciążenie osiągnie standardowe 1
g. Miała nadzieję, że osiedle nie okaże się jednym z tych, na których
panuje purytańsko wysoka grawitacja. Niektórzy sądzili, że mozolne
chodzenie pod naciskiem 2 g jest z jakiegoś powodu moralnie chwalebnym
wyczynem. Pas, na którym wisiały psobat dziewczyny i jej narzędzia do
analizy rdzenia wyborczego, już teraz zaczynał nieprzyjemnie ciążyć.
-?Thalia -?odezwał się cicho Dreyfus, gdy winda zwolniła i się
zatrzymała. -?Spróbuj aż tak bardzo nie okazywać po sobie zdenerwowania.
-?Przepraszam, prefekcie. -?Wygładziła rąbek bluzy.
-?Jestem pewien, że świetnie sobie poradzisz.
-?Żałuję, że nie mieliśmy więcej czasu. Nie zdążyłam przeczytać
wszystkich materiałów o Domu Perigal. Przydałoby mi się to.
-?O celu podróży zostałaś poinformowana zaraz po opuszczeniu Panoplii.
-?To było ledwie godzinę temu.
Przyjrzał się jej, mrużąc leniwie prawe oko.
-?Jaki masz wskaźnik prędkości czytania?
-?Trzy. Nic szczególnego.
Dreyfus upił łyk z bańki kawy, którą zabrał ze statku. Wywołała ją dla
niego Thalia: napój był czarny jak smoła, dokładnie taki, jaki lubił jej
szef.
-?Czyli ten plik rzeczywiście musiał być niemały.
-?Ponad tysiąc akapitów.
-?Cóż, nie musisz wiedzieć nic ponad to, czego dowiedziałaś się na
szkoleniu.
-?Mam nadzieję. Tak czy inaczej, nie mogłam się oprzeć wrażeniu...
-?Tak? -?spytał łagodnie Dreyfus.
-?W tych aktach bardzo często pojawia się pańskie nazwisko.
-?Cóż, Caitlin Perigal i ja spotkaliśmy się już kilka razy w przeszłości. -?Uśmiechnął się chłodno. -?Zwykle w niezbyt
przyjacielskich okolicznościach. Jestem przekonany, że nie omieszka mi o tym przypomnieć.
-?Tak, tego możemy być pewni -?odezwał się Sparver, drugi z zastępców
prefekta.
Dreyfus lekko zacisnął grube palce na ramieniu Thalii.
-?Pamiętaj po prostu, że znalazłaś się tu w jednym celu, masz
zabezpieczyć dowody. Wszystkim innym zajmiemy się ja i Sparver.
Gdy drzwi windy odsunęły się na bok, fala gorąca i wilgoci uderzyła ich
niczym mokra dłoń. Wszędzie jak okiem sięgnąć unosiły się kłęby pary.
Stali przy wejściu do olbrzymiej jaskini, wykutej we wnętrzu kamiennego
koła habitatu. Większość powierzchni zajmowały wypełnione wodą baseny,
umieszczone na różnych poziomach i połączone przemyślnym systemem
kanałów i śluz. Mieszkańcy kąpali się w nich, pływali lub bawili się w rozmaite gry. Przeważnie nago. Zobaczyli standardowych,
niezmodyfikowanych ludzi oraz osoby, które bardzo się od nich różniły
budową. Zauważyli też połyskujące postacie, które w ogóle nie były
ludźmi.
Dreyfus wydobył z kieszeni bluzy parę grubych, niezgrabnych okularów i wytarł ciemne szkła w rękaw. Thalia poszła za jego przykładem i założyła
własne, koncentrując się na zmianach w otoczeniu, jakie po tym
nastąpiły. Wielu z nagich ludzi miało teraz na sobie maski lub byli
ubrani czy przynajmniej częściowo przesłonięci migotliwymi, barwnymi
kwadratami albo pękami kołyszących się sennie piór. Niektórzy przybrali
też inne kształty i rozmiary. Kilku niemal znikło, ale okulary pozwalały
dostrzec ich pulsujące zarysy. Wysoko nad nimi majaczyły świetliste,
rozgałęzione struktury -?Thalia nie była pewna, czy są to rzeźby, czy
też jakaś forma wizualizacji danych potrzebnych do rozgrywanej w basenie
gry.
-?Oho, komitet powitalny -?zauważył Dreyfus.
Coś rzeczywiście się do nich zbliżało. Po suchej, wijącej się między
basenami ścieżce kroczyła para kształtnych, obleczonych w pończochy,
kobiecych nóg, na których spoczywała taca z rozmaitymi napojami. Obcasy
stukały o podłoże, stopy wysuwały się kolejno, jedna przed drugą, z neurotyczną wręcz precyzją. Płyny w szklaneczkach nawet nie falowały.
Thalia sięgnęła do pasa.
-?Spokojnie -?szepnął Dreyfus.
Serwitor zatrzymał się przed nimi.
-?Witam w imieniu Domu Perigal, prefekci -?odezwał się wysokim głosem. -
Czy mogę zaproponować coś do picia?
-?Dzięki -?odparła Thalia. -?Powinniśmy już...
Dreyfus odłożył bańkę z kawą i zawiesił rękę nad tacą.
-?Co polecasz?
-?Ten czerwony jest znośny.
-?A zatem czerwony. -?Wziął szklankę i uniósł ją do warg, na tyle, by
poczuć aromat.
Thalia także się poczęstowała. Wstrzymał się jedynie Sparver: metabolizm
hiperświni nie radził sobie z alkoholem.
-?Proszę za mną, zaprowadzę was do matriarchy.
Poszli za robotem przez jaskinię, mijając kolejne baseny. Tuż po
przybyciu nikt nie zwrócił na nich większej uwagi, teraz jednak nie
mieli już tego luksusu. Dziewczyna wyraźnie czuła na karku łaskotanie
niespokojnych, obcych spojrzeń.
Wspięli się ku jednemu z wyżej położonych basenów. Cztery dekoracyjne
żelazne ryby pluły do niego wodą z otwartych pysków. Wewnątrz, zanurzone
po pierś w wonnej pianie, pławiły się trzy dorosłe osoby. Dwóch mężczyzn
i Caitlin Perigal. Thalia znała jej twarz ze zdjęcia w aktach.
Matriarcha miała muskularne ramiona, zwężające się ku eleganckim dłoniom
i wyposażonym w błonę pławną palcom o paznokciach barwy zielonego kwasu.
Jej włosy zdobiło pawie pióro. Wokół głowy kobiety dokazywały, brzęcząc
skrzydłami, zielone nimfy i satyry.
-?Prefekci -?przywitała się głosem zmiękczonym po zażyciu nadciekłego
helu.
-?Matriarcho Perigal -?odpowiedział Dreyfus, który zatrzymał się kilka
centymetrów od brzegu basenu. -?Są ze mną moi zastępcy: Sparver Bancal i Thalia Ng. My się już znamy.
Perigal zwróciła się sennie ku dwójce swych towarzyszy.
-?Ten ospały grubas to Tom Dreyfus -?wyjaśniła.
Jeden z nich -?arystokrata o długich, białych włosach -?przyjrzał się
Dreyfusowi badawczo zimnymi, szarymi oczyma. Przysłaniające jego nagość
pióra układały się we wzory przypominające maźnięcia pędzla malarza
impresjonisty.
-?Czyżbyś miała już kiedyś przyjemność go spotkać, Caitlin?
Perigal poruszyła się gwałtowniej, wzburzając wodę umięśnionym, chwytnym
ogonem wszczepionym w miejsce nóg. Thalia musnęła przełącznik z boku
okularów, by sprawdzić, czy ogon nie jest halucynacją.
-?Mam wrażenie, że życiową misją Dreyfusa jest wyszukiwanie dziwacznych
kruczków prawnych, którymi mnie potem nęka -?rzuciła Perigal.
Prefekt wciąż patrzył nieporuszony.
-?Wykonuję tylko swoje obowiązki. To nie moja wina, że bez przerwy
przysparzasz mi pracy.
-?I teraz też ci jej przysporzyłam, prawda?
-?Na to wygląda. Przy okazji, ładny ogon. Co się stało z nogami?
Perigal skinęła ku kroczącej tacy.
-?Nie rozstałam się z nimi zupełnie. Świetny temat do rozmów na
przyjęciach.
-?Co kto lubi.
-?Tak, zwykle kieruję się tą zasadą. -?Perigal pochyliła się i ciągnęła
już ostrzejszym głosem: -?Cóż, uprzejmości mamy chyba za sobą.
Przeprowadźcie swoją kontrolę, zróbcie, co musicie, a potem wynoście się
do diabła z mojego habitatu.
-?Nie przylecieliśmy tu na kontrolę -?odparł Dreyfus.
Thalia spięła się wbrew sobie. Nadeszła chwila, na którą od dawna
skrycie czekała i której się jednocześnie obawiała.
-?Więc po co? -?spytała Perigal.
Dreyfus wyciągnął z kieszeni bluzy dokument, uniósł kartkę i lekko
zmrużył oczy. Nim zaczął czytać, rzucił przelotne spojrzenie na Thalię i Sparvera.
-?Caitlin Perigal, jako matriarcha tego habitatu jesteś oskarżona o naruszenie procesu demokratycznego, co stanowi przestępstwo kategorii
piątej. W szczególności chodzi o ingerencję w system wyborczy z zamiarem
odniesienia korzyści własnej.
Perigal wymamrotała coś niewyraźnie, jej policzki zarumieniły się z oburzenia. Dreyfus uciszył ją, podnosząc rękę, i czytał dalej.
-?Twój habitat ma zostać zamknięty na czas dochodzenia. Fizyczna
komunikacja między Domem Perigal a resztą układu, wliczając w to Chasm
City, zostaje zawieszona. Nie zezwala się również na jakiekolwiek
transmisje danych, w którąkolwiek stronę. Wszelkie próby złamania
powyższych sankcji będą skutkować użyciem siły. Decyzja jest ostateczna
i wiążąca. -?Opuścił kartkę. -?Blokada wchodzi w życie ze skutkiem
natychmiastowym.
Zapadła niespokojna cisza, mącona jedynie przez nikły chlupot wody w basenie.
-?To jakiś żart, prawda? -?odezwał się wreszcie szarooki mężczyzna,
spoglądając z nadzieją na Perigal. -?Powiedz, proszę, że to żart.
-?A więc do tego już doszło -?odezwała się matriarcha. -?Dreyfus, zawsze
wiedziałam, że jesteś bydlę, ale nie podejrzewałam, że upadniesz aż tak
nisko.
Prefekt odłożył dokument.
-?Tu znajdziesz podsumowanie wysuniętych przeciwko tobie zarzutów. Moim
zdaniem mucha nie siada, ale ja jestem tylko prostym funkcjonariuszem. -
Uniósł palec do brody, jakby właśnie sobie o czymś przypomniał. -?A teraz poproszę cię o niewielką przysługę.
-?Ty naprawdę oszalałeś!
-?Nadaj, z łaski swojej, priorytetowy komunikat do wszystkich swoich
obywateli i gości. Poinformuj ich o blokadzie i o tym, że stracą kontakt
z resztą wszechświata. Przypomnij im również, że taki stan może trwać do
stu lat. Jeśli więc mają jakiekolwiek wiadomości dla swoich bliskich
znajdujących się poza habitatem Domu Perigal, na ich wysłanie zostało im
sześćset sekund.
Dreyfus zwrócił się ku Thalii i Sparverowi i odezwał się ciszej, choć
nie tak, by nie usłyszała go matriarcha.
-?Zastępcy, wiecie co robić. Jeśli ktokolwiek spróbuje wam przeszkodzić
lub odmówi współpracy, możecie przeprowadzić natychmiastową eutanizację.
***
Transporter poruszał się szybko, jego prędkość równoważyła odśrodkową
grawitację powoli obracającego się koła osiedla. Pogrążona w myślach
Thalia siedziała obok Sparvera.
-?To nie jest uczciwe -?odezwała się.
-?Co takiego?
-?Mam na myśli los tych wszystkich ludzi, którzy tu przypadkiem utknęli.
Część z nich zapewne tylko kogoś odwiedzała...
-?Czasami tak jest, że nieuczciwe rozwiązanie pozostaje jedynym możliwym
posunięciem.
-?Ale odcięcie od reszty Migotliwej Wstęgi, od Yellowstone, od
przyjaciół i rodzin, od abstrakcji, od programów medycznych... Niektórzy
mogą tu umrzeć, zanim zniesiemy blokadę.
-?Mogli się wcześniej nad tym zastanowić. Jeśli ktoś nie chce się dać
złapać w blokadę, powinien siedzieć we własnym habitacie.
-?To, co mówisz, jest bezduszne.
-?Chcieli się dobrać demokracji do dupy. Nie zmartwię się, jeśli teraz
to demokracja zajrzy im do zadków.
Thalia poczuła powracające ciążenie. Zbliżali się do celu i pojazd
zwolnił. Wysiedli i znaleźli się w kolejnej jaskini, mniejszej i jaśniejszej od poprzedniej. Tym razem posadzka była wyłożona
czarno-białymi, wypolerowanymi do połysku płytkami. Z otworu pośrodku
pomieszczenia wznosił się cylinder o średnicy pnia drzewa, zakończony
iglicą sięgającą niemal do stropu. Na jego czarnej powierzchni migotały
symbole, schematycznie reprezentujące przepływ strumieni danych:
plątanina zmieniających się co chwila czerwonych i niebieskich linii.
Wokół kolumny wiły się spiralne, pozbawione poręczy schody, prowadzące
do przypominających ucięte gałęzie portów interfejsu.
Mężczyzna w beżowym mundurze -?technik lub strażnik -?stał na dole. Jego
oblicze wyglądało jak studium podejrzliwości.
-?Nie zbliżajcie się -?rzucił.
-?Czy Perigal nie poinformowała was, że jesteśmy w drodze i że nie
należy nam przeszkadzać? -?odparł Sparver.
-?To podstęp. Jesteście agentami Domu Cantarini.
Sparver rzucił mu rozbawione spojrzenie.
-?Czy ja naprawdę wyglądam na agenta Domu Cantarini?
-?Agentem może być każdy.
-?Jestem hiperświnią. Myślisz, że wysłaliby akurat kogoś takiego?
-?Nie wolno mi ryzykować. Jeśli choć dotkniecie tego rdzenia, stracę
pracę, opinię, wszystko.
-?Proszę się odsunąć -?odezwała się Thalia.
-?Przykro mi. Nie mogę was przepuścić. -?Mężczyzna otworzył dłoń i pokazał im przytwierdzone do niej matowosrebrne urządzenie z widniejącym
pośrodku czerwonym, wypukłym spustem. -?Systemy obronne w tym
pomieszczeniu zdążyły was już namierzyć. Nie zmuszajcie mnie, bym ich
użył.
-?Jeśli nas zabijesz, Panoplia przyśle kolejnych prefektów -?przypomniał
Sparver.
Thalię zaswędziała skóra. Czuła na sobie automatyczny wzrok ukrytej
broni, gotowej w każdej chwili posłać ją w niebyt.
-?Nie zabiję was, jeśli zawrócicie i odejdziecie.
-?Odejdziemy, kiedy zabezpieczymy dowody. -?Dłoń Sparvera opadła do
pasa. Odpiął rękojeść psobata i machnął nią, rozwijając włókno na całą
długość. Gdy dotknęło podłogi, rozległ się suchy trzask.
-?Ma rację -?rzuciła Thalia, usilnie starając się powstrzymać drżenie
głosu. -?Jesteśmy z Panoplii.
-?Proszę. -?Palec mężczyzny w mundurze pieścił spust. -?By ochronić
rdzeń, zrobię wszystko.
Sparver wypuścił psobat z ręki. Rękojeść pozostała na wysokości jego
pasa, zwinięty koniec zesztywniałego włókna oparł się na podłodze jak
ogon węża. Czarna główka zakołysała się niczym wypatrująca ofiary kobra.
Po chwili obróciła się i wymierzyła w strażnika.
Na jego grdyce zajaśniał czerwony punkcik.
-?Odpowiedz mi na jedno pytanie -?powiedział Sparver. -?Jak bardzo
jesteś przywiązany do swoich palców?
Mężczyzna zaczerpnął głęboko powietrza i wstrzymał oddech.
-?Psobat już cię namierzył -?ciągnął prefekt. -?Jeśli wyczuje wrogie
zamiary -?a jest w tym naprawdę dobry -?rzuci się na ciebie szybciej,
niż impuls nerwowy dotrze do twojej ręki. A potem użyje ostrej krawędzi
włókna, by zrobić coś wyjątkowo paskudnego.
Technik otworzył usta, by coś powiedzieć, ale wydał z siebie jedynie
suche chrząknięcie. Po chwili rozwarł obie dłonie, rozcapierzając palce
najszerzej, jak potrafił.
-?Słuszna decyzja -?pochwalił Sparver. -?A teraz, nie zmieniając
pozycji, odsuń się od rdzenia.
Skinął na Thalię, by zajęła się zabezpieczaniem dowodów. Psobat trwał
przy jego boku, płaskim końcem rękojeści śledząc odchodzącego powoli od
kolumny mężczyznę.
-?Mówi wiceprefekt Thalia Ng -?odezwała się głośno. -?Potwierdzić
tożsamość.
-?Witam, wiceprefekcie Ng -?odpowiedział rdzeń, typowym dla maszyn
bezpłciowym głosem. -?W czym mogę pomóc?
Thalia przypomniała sobie jednorazowy kod, który udostępniono jej już po
tym, jak kuter opuścił Panoplię.
-?Potwierdź przejęcie systemów zabezpieczeń Narcyz Osiem Palisander.
-?Przejęcie zakończone pomyślnie, wiceprefekcie Ng. Dostęp na czas
sześciuset sekund.
-?Wyłączyć dwustronny dostęp do zewnętrznej abstrakcji.
-?Dostęp wyłączony.
Czerwone linie zniknęły. Na kolumnie migotały już tylko niebieskie
symbole. Komunikacja habitatu ze światem zewnętrznym została odcięta.
Siateczka błękitnych kresek natychmiast zgęstniała -?obywatele wpadli w panikę i wysyłali do rdzenia alarmowe zapytania.
Thalia rzuciła okiem na technika, wciąż trzymanego w szachu przez psobat
Sparvera. Po raz pierwszy w życiu jego implanty zostały odcięte od
bezustannej komunikacji z matrycą informacyjną spoza Domu Perigal.
Musiał to odczuć jak opadnięcie ostrza gilotyny.
Na powrót skupiła się na rdzeniu.
-?Przygotować trzy fizyczne kopie logów wszelkich transmisji danych do i z habitatu, z okresu obejmującego ostatnie tysiąc dni.
-?Przygotowanie pakietów w toku. Proszę czekać.
Thalia uniosła rękę do szyi i dotknęła mikrofonu.
-?Tu Thalia, prefekcie. Właśnie zabezpieczamy dowody. Powinniśmy do pana
wrócić za dziesięć minut.
Nie otrzymała odpowiedzi. Czekała jeszcze kilka chwil, dając Dreyfusowi
czas na aktywację interkomu. Bez skutku.
-?Brak odzewu. -?Popatrzyła na Sparvera.
-?Szef jest pewnie zajęty -?odparł.
-?Powinien już odpowiedzieć. Martwię się. Może lepiej będzie, jeśli tam
wrócimy i sprawdzimy...
-?Potrzebujemy tych danych, Thalia. Za pięć minut stracisz dostęp.
Miał rację. Kod był jednorazowy -?umożliwiał swobodne korzystanie z rdzenia przez dziesięć minut -?nie zadziała po raz drugi.
-?No szybciej! -?rzuciła maszynie przez zęby.
Raz jeszcze spróbowała się skomunikować z Dreyfusem. Wciąż nie
odpowiadał. Po chwili, która wydała się jej wiecznością, z rdzenia
wysunęły się dane. Thalia spięła razem trzy grube dyskietki i przymocowała je do pasa. Odniosła absurdalne wrażenie, że czuje wagę
zawartych w pakietach informacji. Nadanie ich tradycyjnym przekazem
zajęłoby wiele dni.
-?Skończyłaś? -?zapytał Sparver.
-?Mam wszystko, co trzeba. Lokalnej abstrakcji nie musimy wyłączać.
-?A jeśli spróbują ominąć twoją blokadę?
-?Zostanie im martwy rdzeń. Mieliby szczęście, gdyby po czymś takim
działał jeszcze system podtrzymywania życia, nie mówiąc o abstrakcji. -
Znów zwróciła się do automatu i kazała mu zamknąć dostęp, który przed
chwilą zyskała. -?Już po wszystkim -?rzuciła, czując nieoczekiwane
ukłucie zawodu.
-?No proszę. Nie było tak strasznie, prawda?
-?Martwię się o szefa.
-?Według mnie to po prostu skały blokują nasze sygnały. -?Sparver
uśmiechnął się do technika. -?Skończyliśmy. Mogę zaufać, że nie zrobisz
nic głupiego, jeśli zdejmę z ciebie psobat?
Mężczyzna przełknął z trudem ślinę i pokiwał głową.
-?Rozumiem, że to znaczyło "tak". -?Sparver wyciągnął rękę i skinął na
swoją broń. Psobat machnął ogonem i jego rękojeść wskoczyła w dłoń
właściciela. Włókno zasyczało i wsunęło się do obudowy.
Sparver poklepał czule broń i zawiesił ją u pasa.
-?No to chodźmy sprawdzić, co z szefem.
Gdy wrócili do Dreyfusa, znaleźli go stojącego nieruchomo, samotnego
pośród świadectw niewyobrażalnej rzezi. W jednej dłoni trzymał okulary,
w drugiej psobat.
Thalia ściągnęła swoje szkła, by zobaczyć świat w jego realnej postaci.
Ludzie krzyczeli, rozpychali się, rozchlapywali wodę, by jak najszybciej
oddalić się od prefekta i tego, w co się wpatrywał. Dwaj mężczyźni
towarzyszący Caitlin Perigal kołysali się bezwładnie w basenie
wypełnionym zabarwioną teraz na różowo wodą. Szarooki stracił
przedramię: leżało odcięte na marmurowym brzegu, oskarżycielsko mierząc
palcem w Dreyfusa. Tuż za nadgarstkiem skóra była rozdęta, jakby jakaś
wszczepiona w kość broń próbowała w ostatniej chwili wydostać się na
zewnątrz. Drugi z nich -?trzęsący się jak w ataku epilepsji -?krwawił z obu nozdrzy. Szeroko otwartymi oczyma wpatrywał się w strop. Trzech lub
czterech innych gości znajdujących się w pobliżu opatrywało rany o różnej głębokości. Przez krew przelewającą się z basenu do basenu
kanalikami i wodospadami nie można było ocenić, ilu ludzi ucierpiało.
Serwitory medyczne przybyły już na miejsce i zajęły się
najpoważniejszymi obrażeniami. Nawet one wydawały się zdezorientowane.
Perigal wciąż żyła, choć oddychała z trudem. W jej prawym policzku
otwierało się głębokie rozcięcie, biegnące od kącika ust aż do ucha.
Dyszała. Patrzyła zbielałymi ze strachu i złości oczyma.
-?Popełniłeś błąd -?szepnęła. -?Popełniłeś błąd i zapłacisz mi za to.
Dreyfus powoli obrócił się ku nadchodzącym Thalii i Sparverowi.
-?Macie pakiety?
-?Tak -?odparła Thalia, starając się zachować profesjonalny ton, mimo że
zaschło jej w gardle.
-?Więc chodźmy. Tu nie mamy już nic do roboty.
Dwa
Dreyfus przedryfował pół długości pozbawionej ciążenia sali, w której
rezydowała naczelna prefekt. Po chwili zabezpieczająca smycz zatrzymała
go w miejscu. Jane Aumonier przez moment jakby nie zauważała obecności
gościa, wpatrywała się w jeden z naściennych wyświetlaczy. Dreyfus cicho
odchrząknął.
-?Jeśli chcesz mojej rezygnacji, złożę ją natychmiast.
Aumonier obróciła ku niemu głowę.
-?Na jakich podstawach, Tom?
-?To zależy od ciebie. Jeśli popełniłem błąd proceduralny albo
dopuściłem się niewłaściwego osądu, wystarczy jedno słowo...
-?Jeśli popełniłeś błąd, to polegał on jedynie na niewystarczająco
zdecydowanej obronie siebie i zastępców. Ile w sumie osób zginęło?
-?Sześć -?odparł Dreyfus.
-?Zdarzały się już gorsze sytuacje. Od początku wiedziałam, że z tą
Perigal łatwo nam nie pójdzie. Jednocyfrowa liczba ofiar jest
najzupełniej do zaakceptowania. Zwłaszcza biorąc pod uwagę to, czego
można się było tam spodziewać.
-?Miałem nadzieję, że nie narobimy takiego bałaganu.
-?To Perigal zaczęła, nie ty.
-?Tak czy inaczej, nie sądzę, byśmy mieli ją z głowy. To, co mi
powiedziała... -?Dreyfus urwał; zdawał sobie sprawę, że Aumonier ma i tak
wiele na głowie, i nie chciał jej dodatkowo obarczać własnymi
wątpliwościami. -?Mam wrażenie, jakbym odebrał należny sobie dług.
Prefekt nie powinien czuć czegoś takiego.
-?Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi.
-?W przeszłości zawsze udawało jej się wymknąć. Albo nie byliśmy na tyle
sprytni, albo nie dość szybcy, by ją skontrolować, zanim dowody się
przedawniły. Nigdy nie znaleźliśmy niczego, co wystarczyłoby do
wprowadzenia stuletniej blokady.
-?Tym razem też jeszcze nie mamy takiej pewności.
-?Myślisz, że znów nam się wyśliźnie?
-?To już zależy od zawartości zabezpieczonych materiałów. Chyba czas
skorzystać z tej młodej, bystrej ekspertki z twojego zespołu.
-?Thalia. Jestem pewien jej umiejętności.
-?Więc nie masz się czego obawiać. Jeśli Perigal jest winna, blokada nie
zostanie zniesiona. A jeśli niczego nie znajdziemy, Dom Perigal zostanie
na powrót dopuszczony do Migotliwej Wstęgi, a jego mieszkańcy odzyskają
pełnię praw.
-?Poza tą szóstką.
-?Obywatele zawsze panikują, gdy tracą abstrakcję. To nie nasz problem.
Dreyfus przyglądał się Aumonier, starając się odczytać cokolwiek z wyrazu jej twarzy. Zastanawiał się, co przeoczył. Nie było do niej
podobne, by musiała pytać, ile osób zginęło w trakcie operacji; zwykle
tego rodzaju liczby znała jeszcze przed jego powrotem do Panoplii. Twarz
kobiety była jednak -?jak zawsze -?niemożliwą do odcyfrowania maską.
Pamiętał jeszcze, jak wyglądała, uśmiechając się, ciesząc lub gniewając,
w czasach przed spotkaniem z Zegarmistrzem -?pamiętał, choć obrazy te
przywoływał z coraz większym trudem.
-?Za pozwoleniem -?podjął -?ale jeśli nie chodzi o reprymendę, to po co
zostałem tu wezwany?
-?Może chciałam porozmawiać? Pogadać? Poczuć ciepło towarzystwa drugiego
człowieka?
-?Nie wydaje mi się.
-?Coś się wydarzyło. Wiadomość dotarła do nas, gdy ciebie nie było.
Sprawa jest równie delikatna jak ta z Perigal, jeśli nie bardziej. Na
dodatek nagląca. Musimy się tym zająć natychmiast.
Dreyfus nie słyszał przed wylotem, by cokolwiek się szykowało.
-?Kolejna blokada?
-?Nie, niestety tym razem nie mamy już czego blokować.
-?Nie jestem pewien, czy rozumiem.
Aumonier wyciągnęła rękę ku ścianie i powiększyła jeden z wyświetlaczy.
Pojawiły się na nim zdjęcia sferycznego habitatu -?szarej kuli z niewyraźnymi mikroskopijnymi detalami na powierzchni, otoczonej pasem
tropikalnych paneli słonecznych i siecią olbrzymich luster
rozmieszczonych nad biegunami i wokół równika. Trudno było ocenić
rozmiary, choć Dreyfus wątpił, by średnica osiedla przekraczała
kilometr.
-?Nie znasz tego miejsca. To niedawne zdjęcia Bańki Ruskin-Sartorious,
habitatu piątej klasy wielkości, położonego na jednej z zewnętrznych
orbit. Panoplia nigdy wcześniej nie miała z nim do czynienia.
-?Co więc zrobili teraz?
-?Oto nowsze fotografie, wykonane trzy godziny temu.
Bańka Ruskin-Sartorious była rozcięta, rozpłatana jak gałka oczna
brzytwą sadysty. Habitat niemal rozpadł się na dwie półkule. Wzdłuż
krawędzi szczeliny materiał, z którego wykonano powłokę, został wypalony
na czarno. Instalacje wewnątrz osiedla wciąż jeszcze lśniły czerwonawym
blaskiem.
-?Ofiary? -?spytał Dreyfus, nie poddając się zgrozie.
-?Według ostatniego spisu mieszkało tam dziewięćset sześćdziesiąt osób.
Wstępne oceny wskazują, że zginęli wszyscy, niemniej nasza ekipa musi to
sprawdzić na miejscu. Nie można wykluczyć, że ktoś przeżył. Może uda się
odzyskać jakieś symulacje poziomu beta.
-?Dlaczego nie huczy już o tym cała Wstęga?
-?Nałożyliśmy embargo informacyjne. To nie wygląda na wypadek.
-?Przecież ktoś musiał zauważyć, że Ruskin-Sartorious zniknął z sieci.
-?Uczestniczyli w abstrakcji na dość płytkim poziomie. Na razie jesteśmy
w stanie symulować istnienie działającego habitatu. Korzystamy z naszych
przywilejów sieciowych.
-?A to "na razie"... Jak długo potrwa?
-?Możemy tylko zgadywać. Najprawdopodobniej niecałe dwadzieścia sześć
godzin. Choć trzynaście byłoby pewnie bardziej realistycznym założeniem.
-?A gdy wiadomość się już rozejdzie?
-?Wtedy będziemy mieć na głowie poważny kryzys. Myślę, że wiem, kto to
zrobił, ale zanim wykonam jakikolwiek ruch, muszę być absolutnie pewna.
Dlatego właśnie chcę, byś poleciał tam od razu. Zabierz, kogo chcesz.
Zabezpiecz materiał dowodowy, uratuj, co się da, i wracaj do Panoplii. A potem wstrzymamy oddech.
Dreyfus raz jeszcze spojrzał na zdjęcie rozprutego habitatu.
-?Istnieje tylko jedna rzecz, która mogła spowodować takie zniszczenia,
prawda? I to wcale nie jest broń.
-?Widzę, że myślimy podobnie -?stwierdziła Aumonier.
***
Ściany sali taktycznej były wyłożone delikatnym drewnem tekowym,
polakierowanym i wypolerowanym na złowrogi połysk. Nie było w nich
okien, nie wisiały żadne obrazy, nic, co dodawałoby wnętrzu ludzkiego
ciepła. Wszystkie ciężkie, ciemne meble stworzono ze zwykłej materii:
ich budulec wyrósł dzięki siłom natury i zostały zbudowane przez
stolarzy. Podwójne drzwi wykonano z brązu, w którym tkwiły mosiężne
ćwieki. Na ich skrzydłach widniał symbol Panoplii -?stylizowana
uniesiona rękawica. Oznaczała niesioną ludziom ochronę, lecz równie
dobrze można ją było uznać za groźnie zaciśniętą pięść, która groziła
zmiażdżeniem wszystkich przeciwników organizacji, a także tych, którzy
ją zdradzili.
-?Ng, zacznij, proszę -?odezwał się siedzący naprzeciwko Thalii starszy
prefekt Michael Crissel.
Dziewczyna położyła dyskietki na krawędzi stołu, niemal strącając je w nerwach na podłogę.
-?Dziękuję, prefekcie. To właśnie trzy kopie danych odzyskanych z rdzenia wyborczego Domu Perigal. -?Wskazała głową przypominający koło
zębate model habitatu widniejący na trójwymiarowym planetarium układu,
powiększony i wyniesiony ponad swą rzeczywistą orbitę. -?Wszystkie
informacje zostały już skopiowane do naszego archiwum. Tysiąc dni
transmisji. Upewniłam się też, że wszystkie trzy kopie są spójne i nikt
przy nich nie grzebał.
-?A czego się dowiedziałaś?
-?Miałam na to ledwie kilka godzin. To za mało czasu, bym zdążyła zrobić
cokolwiek poza pobieżnym przejrzeniem.
Starszy prefekt Gaston Clearmountain burknął niecierpliwie.
-?Streszczaj się, Ng. Powiedz nam, co masz teraz.
-?A więc, proszę pana... Wstępna analiza potwierdziła wszystko, co
znajdowało się we wniosku blokady. Dom Perigal rzeczywiście naruszył
proces demokratyczny. Przynajmniej osiem razy udało im się sfałszować
wyniki pomniejszych głosowań, z czego skorzystali oni sami lub ich
sojusznicy. Takich wypadków mogło być więcej. Po dokonaniu pełnego
przeglądu zabezpieczonych danych zyskamy wyraźniejszy obraz sytuacji.
-?Miałem nadzieję, że wyraźniejszy obraz zobaczymy już w tej chwili -
rzucił Clearmountain.
Starszy prefekt Sheridan Gaffney pochylił się na swym wielkim, czarnym
krześle. Skórzane obicie zaskrzypiało.
-?Daj jej spokój, Gaston -?warknął. -?Dziewczyna pracowała pod presją
czasu.
Gaffney cieszył się reputacją bomby z krótkim lontem i człowieka o niskiej tolerancji na idiotów. Mimo to jako szef Wydziału Bezpieczeństwa
Wewnętrznego i osoba nadzorująca szkolenia w zakresie używania psobatów
zawsze traktował Thalię uprzejmie, zdarzało mu się ją nawet chwalić.
Właśnie dlatego uważała go za swego jedynego prawdziwego sprzymierzeńca
w sali. Czułaby się jeszcze lepiej, gdyby w spotkaniu uczestniczyli
Dreyfus lub Jane Aumonier, ale Dreyfusa nie było (mimo że nie był
starszym prefektem, mógłby z nimi obradować dzięki swej pangolinowej
autoryzacji), a miejsce, w którym zwykle projektowana była osoba
naczelnej prefekt, świeciło dziś podejrzaną pustką. W drodze na zebranie
Thalia usłyszała pogłoski o szykującym się kryzysie, o czymś zupełnie
niezwiązanym z wprowadzoną przez nich niedawno blokadą.
Reszta starszych prefektów nie stała ani po jej stronie, ani po drugiej.
Michael Crissel był łagodnie wyglądającym mężczyzną o twarzy naukowca i skromnych manierach. Mówiono o nim, że dawniej był świetnym prefektem
polowym, ale ostatnie dwadzieścia lat spędził w Panoplii, coraz bardziej
oderwany od surowych warunków służby na zewnątrz. Terenowa praca Lillian
Baudry dobiegła końca, gdy rozerwał ją na strzępy uszkodzony psobat. Co
prawda udało się ją poskładać, ale jej system nerwowy został
nieodwracalnie uszkodzony. Mogła poddać się leczeniu w dowolnym miejscu
Migotliwej Wstęgi, lecz względy bezpieczeństwa zmusiłyby ją potem do
porzucenia Panoplii na dobre. Przedłożyła więc służbę nad zdrowie, choć
oznaczało to, że uczestniczyła w naradach, siedząc sztywno jak lalka z porcelany.
Fakt, że w spotkaniu brało udział tylko czterech starszych prefektów,
unaoczniał wagę -?czy raczej jej brak -?przykładaną do raportu Thalii.
Normalnie pojawiało się ich sześciu lub siedmiu z dziesięciu, ale dziś
krzesła pozostałych nie były zajęte. Owszem, chcieli zakończyć tę sprawę
jak najszybciej, lecz jednocześnie uważali ją za nieistotny epizod w działalności organizacji.
-?Przejdźmy do rzeczy -?powiedział Clearmountain. -?Mamy dane, które
potwierdzają, że Perigal jest umoczona. Blokada zostanie utrzymana.
Teraz musimy zlikwidować wadę systemu, żeby już nikt nie wykorzystał jej
w podobny sposób.
-?Zgadzam się. -?Thalia skinęła głową.
-?Jaką właściwie skalę miały te fałszerstwa? -?spytała Baudry.
-?W zasadzie nie stało się nic poważnego -?odpowiedziała Thalia. -
Wszystko to były głosowania nad względnie nieistotnymi kwestiami. Być
może Caitlin Perigal zamierzała w końcu przechylić szalę na swoją stronę
w bardziej znaczących głosowaniach, ale wówczas prawdopodobieństwo
wpadki byłoby o wiele większe. Szczerze powiedziawszy, biorąc pod uwagę
poziom nadzoru i kontroli, jaki już wprowadziliśmy, nie wyobrażam sobie,
by ktokolwiek mógł w istotny sposób zafałszować wynik głosowań w statystycznie liczący się sposób.
-?Twoja praca polega właśnie na wyobrażaniu sobie takich scenariuszy -
rzucił Michael Crissel.
-?Ona o tym wie -?szepnął Gaffney.
Thalia spojrzała na Crissela i skinęła głową.
-?Przepraszam, starszy prefekcie. Chodziło mi tylko o to, że biorąc pod
uwagę naszą wiedzę, prawdopodobieństwo podobnych machinacji jest
znikome. Choć oczywiście nie można udowodnić, że system jest
nienaruszalny. Według teorii Gödela o niezupełności systemów
aksjomatycznych...
-?Nie potrzeba mi tu wykładu o Gödelu, Ng -?uciął Crissel.
-?Rzecz, proszę pana, sprowadza się do tego, że system sprawdza się
ostatecznie w trakcie użytkowania. W pewnym sensie można powiedzieć, że
Dom Perigal wyświadczył nam przysługę. Dzięki nim dowiedzieliśmy się o błędzie logicznym, którego dotąd nie byliśmy świadomi, o błędzie, który
umożliwia nieznaczne zniekształcenie wyników głosowań. Usuniemy usterkę,
poprawimy kod i wszystko potoczy się dalej. Zapewne za jakiś czas ktoś
znajdzie inną lukę. I tę również załatamy. Na tym polega cały proces.
-?Zatem jesteś pewna, że da się ten błąd naprawić? -?zapytała Baudry.
-?Oczywiście. To błahostka.
-?Skoro to takie proste, dlaczego wada nie została wykryta przedtem?
-?Dlatego że sami ją wprowadziliśmy -?odparła Thalia, starając się nie
wyjść na zarozumiałą. -?Usunęliśmy jedną z wcześniej zauważonych usterek
systemu, co wydawało się dobrym posunięciem, ale doprowadziliśmy przy
tym do powstania innej. Wina tkwiła w naszych własnych protokołach
zarządzania błędami. Miały zapobiec gubieniu prawidłowo oddanych głosów,
ale okazało się, że przypadkowo umożliwiały wprowadzanie do systemu
również dodatkowych, fałszywych.
-?Zapewne nie po raz pierwszy w dziejach -?mruknął oschle Crissel.
Thalia splotła palce leżących na stole dłoni i kontynuowała wątek,
próbując uderzyć we właściwą nutę, gdzieś pomiędzy tłumaczeniem się a zawodową obojętnością.
-?Owszem, to wielce niefortunne. Niemniej, jak dotąd tę wadę
wykorzystała jedynie garstka habitatów.
-?Niefortunne? -?wtrącił Clearmountain. -?Powiedziałbym raczej naganne.
-?Prefekcie, istniejące obecnie protokoły zarządzania błędami liczą
sobie około dwudziestu dwóch milionów linii kodu. W ich skład wchodzą
podprogramy napisane ponad dwieście dwadzieścia lat temu, jeszcze w Pierwszym Układzie. Tamci programiści nie mówili nawet nowoczesnym
canasiańskim. Czytanie dokumentacji systemu przypomina więc niekiedy...
odcyfrowywanie sanskrytu lub czegoś podobnego.
-?Ng ma rację -?poparł ją Gaffney. -?Zrobili, co mogli. A ten błąd był
na tyle subtelny i trudny w obsłudze, że wykorzystało go jedynie pięć
habitatów na dziesięć tysięcy możliwych. Według mnie skorzystajmy z tej
lekcji, naprawmy, co się da, i pracujmy dalej.
-?O ile oczywiście na nowych protokołach będzie można polegać -?odezwała
się Baudry i sztywno zwróciła się ku Thalii. -?Mówiłaś, że sprawa jest
prosta?
-?Owszem, prosta. Wymagana poprawka nie jest nawet tak skomplikowana jak
wcześniejsza zmiana, przez którą powstał błąd. Należy przepisać jedynie
kilka tysięcy linii kodu. Niemniej i tak kilka pierwszych instalacji
chciałabym przeprowadzić ręcznie, po to, by wyeliminować ewentualne
niespodzianki, jakie mogą wyniknąć wskutek różnic w architekturze
rdzeni. Jeśli nie stanie się nic nieprzewidzianego, będziemy mogli
rozesłać nowe protokoły do wszystkich dziesięciu tysięcy habitatów.
Gaffney spojrzał surowo na Thalię.
-?Jasne jest, że musimy cały ten bałagan uprzątnąć tak szybko, jak się
da. Chcę, byśmy byli gotowi z nową wersją kodu, zanim blokada Perigal
stanie się wiążąca. Czy specjalna komisja dowodowa ma już dostęp do
zabezpieczonych przez ciebie danych?
-?Dostali je dziś rano.
Gaffney wyciągnął z kieszeni chusteczkę i przetarł spocone, połyskujące
czoło.
-?Jak dotąd podobne sprawy zajmowały im niecałe dziesięć dni. Zdążysz?
-?Jeśli dostanę takie polecenie, ostateczna wersja może być gotowa nawet
za dwa. Jestem pewna, że testy nie wykażą kolejnych anomalii.
-?Pewni byliśmy też ostatnim razem -?przypomniał jej Gaffney. -?Nie
popełnijmy tej samej gafy po raz drugi.
Wtedy sytuacja była zupełnie inna, pomyślała Thalia. Podczas
wprowadzania poprzedniej poprawki nie była członkiem zespołu. Nie była w stanie odpowiadać za poprzedników, ale wiedziała, że sama takiego błędu
by nie przepuściła.
-?Nie popełnimy -?stwierdziła.
***
Dreyfus przyglądał się miejscu zbrodni z kutra Panoplii. Już po
pierwszym rzucie oka zrozumiał, że wszystko musiało się wydarzyć szybko,
lecz nie na tyle błyskawicznie, by nazwać to bezbolesnym czy
miłosiernym. Wypatroszony habitat był już tylko zimnym, pozbawionym
powietrza wrakiem. Gdy energia, która spowodowała tak koszmarne
zniszczenia, zetknęła się z atmosferą pod jego powłoką, ta rozszerzyła
się gwałtownie niczym gorąca chmura rozgrzanego powietrza i pary. Nikt
nie miał czasu, by dotrzeć do promów, kapsuł ratunkowych czy choćby
wzmocnionych schronów awaryjnych. Na pewno jednak zdążyli zrozumieć, co
się dzieje. Niemal żaden z mieszkańców Migotliwej Wstęgi nie spodziewał
się, że umrze, a co dopiero, że zginie w strachu i cierpieniu.
-?Nieładnie to wygląda -?zauważył Sparver. -?Nadal chcesz tam wejść,
zanim dołączą do nas technicy?
-?Może uda się wyciągnąć coś z rdzenia -?odparł z ponurą rezygnacją
Dreyfus. Nie był nawet pewny, czy rdzeń przetrwał.
-?Jaką bronią można zrobić coś takiego?
-?Nie sądzę, by posłużyli się bronią.
-?Według mnie tego rodzaju uszkodzenia nie powstają wskutek zderzeń.
Widać wypalone miejsca, co sugeruje działanie skoncentrowanej wiązki
energii. Ta energia musiała pochodzić z jakiegoś źródła. Może to
Hybrydowcy wykopali coś paskudnego? Mówi się, że trzymają w ukryciu
kilka potężnych pukawek.
-?Nie, gdyby pająki chciały zaatakować tak odosobniony habitat, nie
narobiłyby przy tym takiego bałaganu. -?Dreyfus pokręcił głową.
-?Tak czy inaczej...
-?Jane wpadła na pewien pomysł. Podejrzewa, kto to zrobił, ale nie
podobają się jej płynące z tego wnioski.
Dreyfus i Sparver wyszli w próżnię przez giętką ściankę kombinezonową, a potem przekroczyli szereg staroświeckich, lecz wciąż działających śluz
powietrznych. Odwiedzili kilka coraz większych sal recepcyjnych.
Wszystkie były teraz pozbawione atmosfery. Panowała w nich ciemność.
Wszędzie wokół krążyły powoli obłoki szczątków, z których niewiele dało
się rozpoznać. Mapa, którą Dreyfus widział wyświetloną na szybce swojego
kasku, powstała na podstawie tej, którą zarząd Ruskin-Sartorious
dostarczył Panoplii podczas ostatniego spisu. Rdzeń -?w którym mogły się
zachować jakiekolwiek symulacje poziomu beta -?powinien się według niej
znajdować w pobliżu równika habitatu, na jego wewnętrznej powierzchni.
Musieli mieć nadzieję, że niszczycielski strumień energii go oszczędził.
Wewnątrzna przestrzeń habitatu -?bańka o średnicy dwóch kilometrów,
która została podzielona na oddzielne strefy mieszkalne -?była
wypełniona poskręcanymi pod wpływem temperatury, wypalonymi i zmiażdżonymi olbrzymim ciśnieniem ruinami i zgliszczami. W pobliżu
samego rozcięcia niektóre fragmenty metalu wciąż się jarzyły. Wyglądało
na to, że w habitacie panowała kultura braku ciążenia, a sztuczna
grawitacja była dopuszczona jedynie miejscami. We Wstędze wiele osiedli
organizowano w podobny sposób. Ludzie urodzeni w takich miejscach rośli
zwykle wysocy, zgrabni i nieszczególnie lubili podróżować.
Sparver i Dreyfus przepłynęli przez serce kulistej budowli, używając
silniczków kombinezonów do ominięcia swobodnie fruwających w próżni
odłamków. Odezwały się systemy ostrzegające przed niebezpiecznym
poziomem promieniowania, co sprawiło, że Dreyfus coraz bardziej skłaniał
się ku nieprzyjemnemu wnioskowi, że Aumonier słusznie wytypowała
sprawcę. Potrzebowali jednak więcej dowodów niż tylko odczyty ze
skafandrów.
-?Mam coś -?odezwał się nagle Sparver, kołyszący się kilkadziesiąt
metrów dalej.
-?Co?
-?Tam widać coś wielkiego. To może być na przykład fragment statku.
-?Wewnątrz habitatu? -?spytał z powątpiewaniem Dreyfus.
-?Sam zobacz, szefie.
Dreyfus podleciał bliżej i oświetlił reflektorami unoszący się swobodnie
obiekt. Sparver się nie mylił. Na pierwszy rzut oka rzeczywiście
przypominało to szczątki uszkodzonego statku lub jakiejś innej maszyny.
Po dokładniejszym przyjrzeniu się stwierdzili, że było to coś zupełnie
innego. Czarny obiekt był dziełem sztuki, ukończonym dopiero w połowie.
Ktoś rzeźbił w bogatej w metal skale, w głazie przypominającym kształtem
kartofel o średnicy dziesięciu lub dwunastu metrów. Kamień połyskiwał
granatowo; w miejscach, gdzie światło padało na niego pod szczególnym
kątem, barwa ta zmieniała się w oliwkowozieloną. Jedna ze ścian była
wciąż surowa, nieociosana, ale drugą pokrywały już zawiłe ryty. Niektóre
fragmenty reliefu były ledwie napoczęte, inne jednak wydawały się niemal
ukończone, co do centymetra. Sposób, w jaki skała stopiła się i zastygła
wokół rytów, sugerował, że artysta posługiwał się raczej palnikami
jądrowymi niż wiertłami czy młotem. Kształty, w jakich zestalił się
płynny kamień, stanowiły integralną część dzieła, ich kompozycja żadną
miarą nie mogła być przypadkowa.
Co jednak wcale nie oznaczało, że Dreyfus wiedział, kogo rzeźba
przedstawia. Ze skały patrzyła na nich ludzka twarz, odwrócona teraz do
góry nogami. Przekręcił się w miejscu i przez jedną, ulotną chwilę
odniósł wrażenie, że rozpoznaje te rysy, że należą do jakiejś słynnej
osobistości lub postaci historycznej. Nie podejrzewał, by to był ktoś,
kogo zna osobiście. Chwila jednak minęła i poczucie znajomości zniknęło.
Może i dobrze. Wyraz kamiennego oblicza nie był łatwy do odczytania -
mogła to być ekstaza lub śmiertelne przerażenie.
-?I co myślisz? -?spytał Sparver.
-?Nie mam pojęcia -?odparł Dreyfus. -?Jest szansa, że symulacje poziomu
beta coś nam wyjaśnią. O ile oczywiście uda się jakąś odzyskać. -
Podleciał bliżej i wstrzelił w skałę samoprzylepny marker, by technicy
wiedzieli, że obiekt należy zabezpieczyć.
Polecieli ku rozcięciu i zatrzymali się tuż przy ziejącej w powierzchni
szczelinie. Hermetyczna powłoka habitatu poczerniała i łuszczyła się
płatami, odsłaniając zniekształconą skałę, która tworzyła skorupę Bańki.
Energia ataku sprawiła, że kamień się zagotował, upłynnił i na powrót
zastygł, przybierając organiczne kształty, niepokojąco podobne do tych,
które oglądali na rzeźbie. W świetle reflektorów ich kasków skała
połyskiwała czarno. W szerokiej na dziesięć metrów szczelinie migotały
gwiazdy. Dreyfus pomyślał, że być może gdzieś tam jest ktoś, kto jako
jedyny ostał się z wyrzuconego w przestrzeń kosmiczną biomu habitatu.
Prefekt wleciał w szczelinę. Zatrzymał się w połowie grubości przebitej
powłoki, tuż przy błyszczącym przedmiocie uwięzionym w zastygłym
kamieniu. Płat metalu, zapewne fragment powłoki, który oderwał się i wpadł w płynącą lawę. Dreyfus sięgnął po przecinak i odrąbał od płytki
kawałek wielkości dłoni. W pobliżu zobaczył jeszcze jeden błysk, nieco
dalej trzeci. Po minucie miał już w ręku trzy próbki. Schował je do
kieszeni z przodu skafandra.
-?Znalazłeś coś? -?spytał Sparver.
-?Prawdopodobnie. Jeśli ataku dokonano przy użyciu promienia wylotowego
silnika statku, znajdziemy w tym metalu mnóstwo cząsteczek subatomowych.
Będą też ciężkie izotopy i produkty rozpadu. Nasi spece stwierdzą wtedy,
czy sygnatury pasują do charakterystyk napędów Hybrydowców.
Teraz, kiedy to powiedział, domysły Jane przestały być tajemnicą.
-?Okej, ale bez względu na opinie techników, dlaczego Ultrasi mieliby
zrobić coś takiego? -?zapytał Sparver. -?Przecież nie mogli mieć
nadziei, że im się upiecze.
-?Może chcieli zrobić właśnie to, co zrobili. Uderzyć i uciec. Mogą się
nie pojawić w tym układzie przez następne dziesiątki lub nawet setki
lat. Myślisz, że po takim czasie ktokolwiek będzie się jeszcze
przejmował tym, co spotkało Ruskin-Sartorious?
Sparver zastanawiał się przez chwilę.
-?Ty byś się przejmował.
-?Mnie już tu wtedy nie będzie. Ani ciebie.
-?Widzę, że jesteś dziś niebywale wesoły.
-?Zginęło tu dziewięćset sześćdziesiąt osób. Tego rodzaju sytuacje
rzadko mnie bawią.
Dreyfus rozejrzał się, ale nie zauważył już niczego, co mogłoby się
przydać technikom. Specjaliści od analiz mieli przybyć lada moment, ale
z naprawdę poważnymi badaniami musieli zaczekać, aż wiadomość o ataku
się rozejdzie i Panoplia nie będzie musiała działać w tajemnicy.
Wtedy i tak rozpęta się piekło.
-?Lećmy do rdzenia -?powiedział i wymanewrował skafander ze szczeliny. -
Im szybciej się stąd zbierzemy, tym lepiej. Czuję, że duchy się
niecierpliwią.
Trzy
Przypadkiem lub wskutek zamierzonego działania -?Dreyfus nigdy nie był
na tyle ciekaw, by się dowiadywać -?cztery główne doki na powierzchni
Panoplii zostały rozmieszczone tak, że całość dziwnie przywodziła na
myśl wyszczerzoną w uśmiechu, wydrążoną dynię. Nikt nie zadał sobie
trudu, by wygładzić powierzchnię skały czy nadać jej choć pozory
symetrii. Wokół Yellowstone orbitowały tysiące podobnych asteroid:
nieregularne, wielkie kamienie zapędzone na orbitę parkingową, gdzie
czekały na demontaż i przerobienie na lśniące nowością habitaty.
Prefekci zajmowali jednak tylko ten jedyny: było ich w sumie niecały
tysiąc, wliczając w to zarówno naczelną, jak i najmłodszych, świeżo
upieczonych kadetów.
Kuter zadokował i został zaparkowany wśród falangi podobnych, lekkich
statków. Dreyfus i Sparver wręczyli zebrane próbki oczekującemu na nich
członkowi ekipy techników i podpisali odpowiednie dokumenty. Ruchome
pasy transportera przewiozły ich w głąb asteroidy, aż wreszcie znaleźli
się w jednej z jej obrotowych części, gdzie panowało ciążenie.
-?Do zobaczenia za trzynaście godzin. -?Dreyfus pożegnał się ze
Sparverem na skrzyżowaniu między sekcją, w której odbywały się szkolenia
terenowe, a sypialnym pierścieniem kadetów. -?Odpocznij trochę. Obawiam
się, że czeka nas ciężki dzień.
-?A ty?
-?Muszę zamknąć kilka spraw.
-?Jasne. -?Sparver pokręcił głową. -?To twój metabolizm. Rób sobie z nim, co chcesz.
Dreyfus był zmęczony, ale wiedział, że nie zaśnie, mając na głowie
problem Caitlin Perigal i jednocześnie martwiąc się implikacjami
zniszczenia habitatu. Wrócił więc do siebie tylko po to, by przejść
przez ściankę myjącą i wywołać zmianę ubrania. Gdy znów wyszedł i przemierzał korytarz, przygasające światła wyznaczyły początek nocnej
zmiany w dwudziestosześciogodzinnym cyklu dobowym Panoplii. Wszyscy
kadeci spali -?stołówka, sale szkoleniowe i klasy były puste.
Thalia jednak wciąż siedziała w biurze. Ścianka wejściowa była
przejrzysta, wszedł więc bez pukania. Stanął za nią niczym ojciec
podziwiający córkę w trakcie odrabiania lekcji. Pracowała nad sprawą
Perigal. Przed nią na ściennym wyświetlaczu przewijały się kolejne
linijki kodu. Dreyfus obrzucił je obojętnym spojrzeniem. Żaden z symboli
nic mu nie mówił.
-?Przepraszam, że przeszkadzam -?odezwał się, kiedy Thalia wciąż nie
zauważała jego obecności.
-?Szefie. -?Drgnęła gwałtownie. -?Myślałam, że pan jeszcze nie wrócił.
-?Widzę, że wieści szybko się rozchodzą.
-?Doszły mnie słuchy, że szykuje się jakiś kryzys. -?Thalia zatrzymała
wyświetlacz.
-?Jak zawsze, niestety. -?Dreyfus rzucił jej na biurko ciężką, czarną
torbę. -?Wiem, że i tak jesteś już bardzo zajęta, ale muszę ci co nieco
dołożyć.
-?Nie ma problemu.
-?W tej torbie znajdziesz dwanaście pakietów z danymi symulacji poziomu
beta. Musieliśmy je wydobywać z uszkodzonego rdzenia, więc wedle
wszelkiego prawdopodobieństwa roi się w nich od błędów. Chciałbym, żebyś
uratowała, co tylko się da.
-?Skąd pochodzą?
-?Z habitatu zwanego Ruskin-Sartorious. To miejsce już nie istnieje.
Mieszkało tam dziewięciuset sześćdziesięciu ludzi, ale jedynymi
ocalałymi są właśnie te symulacje.
-?Tylko tuzin? Z tylu mieszkańców?
-?Więcej nie mamy. Zresztą i tak wątpię, byś uzyskała dwanaście
stabilnych wywołań. Ale zrób, co możesz. Daj mi znać, gdy tylko będę
miał z kim porozmawiać.
Thalia spojrzała na ścienny wyświetlacz.
-?Jak tylko skończę z tym, prawda?
-?W zasadzie to bardziej zależy mi na tych wywołaniach. Nie chcę, żebyś
zaniedbała sprawę Perigal, ale ta druga z każdą godziną wygląda coraz
mniej zabawnie.
-?Co tam się stało? -?szepnęła. -?W jaki sposób zginęli ci ludzie?
-?W wyjątkowo paskudny -?odparł Dreyfus.
***
Smycz zatrzymała go w odpowiedniej odległości od Jane Aumonier.
-?Technicy dostali już materiały i prowadzą badania -?powiedział. -?W ciągu godziny powinniśmy mieć gotowe analizy próbek.
-?W zasadzie już teraz nie mamy prawie żadnych wątpliwości -?stwierdziła
Aumonier. -?Jestem niemal pewna, że okaże się, że zniszczenia spowodował
promień wylotowy z silnika Hybrydowców. -?Wskazała Dreyfusowi część
ściennego wyświetlacza, której przyglądała się, gdy wszedł. Widniał na
nim smukły, srebrzystoszary przedmiot, przypominający nieco dziecinny,
papierowy samolocik. -?Gaffney rozmawiał z Centralną Kontrolą Lotów.
Udało im się wyśledzić ten statek. Nazywa się "Akompaniament cieni".
-?Był przy Bańce?
-?Określili to z wystarczającą dokładnością. W tamtym rejonie nie
przelatywał akurat żaden inny światłowiec.
-?Gdzie są teraz?
-?Ukryli się w Roju Parkingowym.
Aumonier powiększyła fragment wyświetlanego na ścianie obrazu. Dreyfus
zobaczył kulę robaczków świętojańskich zbitych zbyt ciasno, by dostrzec
pojedyncze pojazdy. Samotny statek bez trudu mógł zniknąć wśród nich bez
śladu.
-?Czy od czasu ataku ktokolwiek opuszczał Rój?
-?Nikt. Monitorujemy okolicę bez przerwy.
-?A gdyby spróbowali się wyrwać na pełnej szybkości?
-?Wolałabym o tym nie myśleć.
-?Ale myślałaś.
Nieznacznie skinęła głową.
-?Teoretycznie jeden z naszych krążowników mógłby lecieć za światłowcem
aż do Obłoku Oorta. Tylko jaki w tym sens? Jeśli nie zechcą się
zatrzymać i wpuścić nas na pokład... nie mamy ich czym zmusić. Szczerze
powiedziawszy, bezpośrednia konfrontacja z Ultrasami to jedyna sytuacja,
jakiej naprawdę się obawiałam, odkąd objęłam to stanowisko.
-?Znasz wcześniejsze losy tego statku?
-?Nie. Dlaczego pytasz?
-?Zastanawiam się nad motywem.
-?Ja też. Może jedna z symulacji rzuci na to nieco światła.
-?Jeśli nam się poszczęści -?zauważył Dreyfus. -?Odzyskaliśmy tylko
dwanaście, zapewne uszkodzonych.
-?A kopie zapasowe? Nie sądzę, by na Ruskin-Sartorious byli tak głupi,
by trzymać wszystko w jednym miejscu.
-?Zgoda, tylko że nie wydaje mi się, by zrzucali dane częściej niż raz
dziennie. Zapewne robili to raz w tygodniu.
-?Dawniejsze wspomnienia też mogą się przydać. Zwłaszcza jeśli nie
będziemy dysponować niczym poza nimi. -?Zmieniła ton, mówiła teraz
cieplej, bardziej osobiście. -?Tom, muszę cię poprosić o kolejną
przysługę. Obawiam się, że to rzecz jeszcze trudniejsza i bardziej
delikatna niż sprawa Perigal.
-?Chcesz, żebym porozmawiał z Ultrasami.
-?Na razie chcę, żebyś poleciał do Roju. Nie musisz jeszcze wkraczać,
ale chcę, żeby zrozumieli, że mamy ich na oku. Chcę, by wiedzieli, że
jeśli spróbują ukryć ten statek -?albo w jakikolwiek inny sposób pomóc
mu uniknąć sprawiedliwości -?żarty się skończą.
Dreyfus zastanowił się, przeglądając w myślach klasy dostępnych w Panoplii pojazdów. Rozważał, która z nich najskuteczniej przemówi do
wyobraźni Ultrasów. Wcześniejsze doświadczenia z ich załogami nie
okazały się przy tym zbyt pomocne.
-?Wyruszę natychmiast -?powiedział, szykując się do wyjścia.
-?Wolałabym nie -?rzuciła Aumonier. -?Najpierw odpocznij. Co prawda
liczy się każda chwila, ale chcę, żeby Ultrasi trochę się nagłowili nad
tym, w jaki sposób zamierzamy odpowiedzieć. Nie jesteśmy zupełnie
bezbronni. Możemy zaszkodzić ich kontaktom handlowym, a to zawsze boli.
Niech choć tym razem oni się wiją.
***
W innym miejscu Migotliwej Wstęgi przez przestrzeń mknął pewien obiekt.
Miał kształt kuli o średnicy dwóch metrów. Zmierzał pewnie, pokonując
starannie wyliczoną trajektorię, która miała umożliwić mu przemknięcie
się przez luki powstające co jakiś czas w sieci systemów namierzania,
zarówno cywilnych, Panoplii, jak i CKL. Leciał między nimi z precyzją
akrobaty wijącego się wśród wirujących szarf. Ta utajniona trasa
niwelatora stanowiła jedynie dodatkowe zabezpieczenie, w dodatku
kosztujące tyle co nic -?chwilę czasu, mocy obliczeniowej i niewielkiego
opóźnienia startu. Niwelator i tak był niemal niewidoczny, możliwy do
wykrycia jedynie najczulszymi metodami detekcji.
W tej chwili czujniki niwelatora odebrały promień światła o częstotliwości, której automatyka urządzenia nakazała nie odbijać.
Maszyna przetworzyła czasową strukturę promienia i wydobyła zakodowaną w niej wiadomość. Te same programy ułożyły odpowiedź i wypluły ją w przeciwnym kierunku, z powrotem do nadawcy.
Kilka milisekund potem nadszedł sygnał potwierdzenia.
Niwelator pozwolił się wykryć. To również stanowiło część planu.
Trzy godziny później nad niwelatorem zatrzymał się statek, kierując
podejściem dzięki czujnikom grawitacyjnym. Wkrótce niwelator został
bezpiecznie przejęty przez komorę dokującą. Uchwyciły go zaciski.
Niwelator, którego automat wyczuł, że jest bezpiecznie, rozluźnił
strukturę pokrywającej go żywej materii, szykując się do rozładunku. Gdy
zapaliły się światła i komora wypełniła się powietrzem, powierzchnia
niwelatora przybrała fakturę chromowanego marmuru. Statek ruszył i powróciło ciążenie.
W doku pojawiła się postać w anonimowym, czarnym skafandrze kosmicznym.
Przybysz kucnął przy niwelatorze i spojrzał na otwierającą się sferę.
Górna półkula uniosła się wysoko, ukazując pasażera. Spoczywał skulony
jak płód, dokładnie otoczony szklistym kokonem systemów podtrzymujących
życie. Oddychał, ale był ledwie przytomny.
Mężczyzna w kombinezonie zdjął kask.
-?Witamy wśród żywych, Anthony Theobaldzie Ruskin-Sartorious.
Człowiek z niwelatora jęknął i drgnął. Powieki miał sklejone ochronnym
żelem. Wytarł go do czysta i zmrużył oczy, czekając, by wzrok odzyskał
zwykłą sprawność.
-?Jestem na miejscu?
-?Na pokładzie statku. Wszystko zgodnie z planem.
Przybyszowi wyraźnie ulżyło.
-?Myślałem, że to się nigdy nie skończy. Cztery godziny w tym czymś...
Miałem wrażenie, że lot trwa milion lat.
-?Jestem gotów się założyć, że pierwszy raz odczuwałeś fizyczną
niewygodę. -?Mężczyzna w czarnym kombinezonie stał teraz w lekkim
rozkroku, podtrzymywany przez sztuczną grawitację, powstałą wskutek
przyśpieszenia statku.
Anthony Theobald zmarszczył czoło i uważniej przyjrzał się rozmówcy.
-?Czy my się znamy?
-?Teraz już tak.
-?Spodziewałem się, że odbierze mnie Raichle.
-?Przyleciałem w zastępstwie. Mam nadzieję, że to nie problem?
-?Oczywiście, że nie... -?Powoli jednak zaczynał tracić opanowanie.
Człowiek w skafandrze wyczuwał bijące od niego fale strachu,
podejrzliwości i aroganckiej odmowy przyjęcia do wiadomości, że
osobiście ułożony plan ucieczki nie okazał się tak doskonały, jakim się
wydawał jeszcze wtedy, gdy wsiadał do niwelatora. -?Czy to naprawdę się
stało? Czy Ruskin-Sartorious zniknął?
-?Zniknął. Ultrasi świetnie się spisali. Wydostałeś się w samą porę.
-?A inni? Cała reszta?
-?Zdziwiłbym się, gdyby w całej Bańce znajdowała się choć jedna
nienaruszona nić ludzkiego DNA.
-?Delphine... -?W głosie przybysza pojawiło się wzruszające drżenie. -
Moja biedna córka...?
-?Znałeś zasady, Anthony Theobaldzie. Uciec mogłeś tylko ty.
-?Żądam, byś mi się przedstawił. Skoro nie przysłał cię Raichle, to skąd
wiedziałeś, gdzie znaleźć niwelator?
-?Sam mi powiedział. Na przesłuchaniu.
-?Kim jesteś?
-?To nie jest istotne, Anthony Theobaldzie. Istotne jest za to, co sobie
myślałeś, ukrywając to zło w swoim przytulnym, rodzinnym habitacie.
-?Niczego nie ukrywałem. Nie mam pojęcia, o czym mówisz.
Mężczyzna w skafandrze sięgnął do biodra i odpiął od pasa niewielki,
przypominający rękojeść przedmiot. Zważył go w dłoni niczym pałkę.
-?Chyba już czas, bym ci przedstawił swego bliskiego przyjaciela.
-?Źle mnie zrozumiałeś. To, co miałem pod ziemią, było tylko...
Mężczyzna machnął w dziwny sposób rączką i coś wysunęło się aż do
podłogi. Było cienkie, niemal niewidoczne, jedynie chwilami odbijało
światło. Wydawało się, że omiata posadzkę wedle własnej woli, jakby
czegoś szukało.
Człowiek w kombinezonie wypuścił rękojeść, która pozostała na swoim
miejscu, podtrzymywana przez zwinięte włókno. Czarny cylinder obrócił
się kilka razy, aż wreszcie wymierzył prosto w Anthony'ego Theobalda.
Ten uniósł rękę, by przesłonić oczy przed jasnym, rażącym promieniem
lasera.
Urządzenie go namierzyło, co potwierdziło nieznacznym skinieniem ku
mężczyźnie w czerni.
-?Trzymaj to z dala ode mnie!
-?To jest psobat model C -?wyjaśnił człowiek w skafandrze. -?W porównaniu z poprzednią wersją ma kilka usprawnień. Jedno z nich to tak
zwany "tryb przesłuchania". Wypróbujemy?
Psobat ruszył w stronę Anthony'ego Theobalda.
***
Dreyfus siedział sam w kwaterze. Chwilę temu parzył herbatę. To zajęcie
go pochłonęło. Gdy skończył, uklęknął przy niskim, czarnym stole i zanim
się napił, odczekał, aż gorący płyn barwy imbiru ostygnie. Pokój
wypełnił się pobrzękiwaniem odległych dzwonków wietrznych, w ich
pozornym chaosie pojawiło się widmo melodii. Zazwyczaj pasowała do jego
nastroju, ale dziś Dreyfus przyciszył muzykę machnięciem ręki. W pomieszczeniu zapanowała niemal zupełna cisza. Upił niewielki łyk
herbaty. Wciąż była za gorąca.
Spojrzał przed siebie na pustą ścianę z papieru ryżowego. Uniósł dłoń i złożył ją w podstawowy gest wywołujący, przećwiczony wcześniej tysiące
razy. Ściana pojaśniała, pokryła się intensywnie kolorowymi plamami,
które po chwili zmieniły się w mozaikę zdjęć twarzy. Kilkadziesiąt
wizerunków rozmieszczonych według pewnego schematu. Większe fotografie
znajdowały się bliżej środka. Wszystkie przedstawiały jedną i tę samą
kobietę, ale zostały wykonane w różnych okresach jej życia, co sprawiało
wrażenie oglądania wielu osób. Na części z nich spoglądała prosto w obiektyw, kiedy indziej patrzyła nieufnie, jeszcze inne fotografie
zostały wykonane z ukrycia. Miała wydatne kości policzkowe, nieco zbyt
wysuniętą górną szczękę i oszałamiające, usiane złotymi iskierkami
brązowe oczy. Czarne loki zwykle ciasno splatała. Na wielu zdjęciach
była uśmiechnięta, nawet na tych, na których nie zdawała sobie sprawy z obecności aparatu. Często się śmiała.
Dreyfus wpatrywał się w te wizerunki, jakby stanowiły oczekującą na
rozwiązanie zagadkę.
Czegoś brakowało. Oczyma duszy widział tę kobietę spoglądającą ku niemu
z kwiatami w dłoniach, klęczącą w świeżo poruszonej ziemi. Obraz był
wciąż żywy, lecz kiedy próbował się skupić na jakimkolwiek szczególe,
zawsze mu umykał. Wiedział, że to wspomnienie musi skądś pochodzić, ale
nie potrafił go powiązać z żadnym z wyświetlonych na ścianie zdjęć.
A próbował od bez mała jedenastu lat.
Herbata wreszcie ostygła. Pił powoli, skupiony na mozaice twarzy. Nagle,
choć od wielu miesięcy zupełnie tego nie dostrzegał, doszedł do wniosku,
że kompozycja jest pozbawiona równowagi w prawym górnym rogu. Uniósł
rękę i przesunął kilka zdjęć -?ściana była doskonale posłuszna ruchom
jego palców. Teraz całość wyglądała lepiej, lecz zdawał sobie sprawę, że
za jakiś czas znów przestanie być z niej zadowolony. Dopóki nie
odnajdzie zaginionego elementu układanki, mozaice wciąż będzie brakować
właściwej harmonii.
Cofnął się w myślach do tego, co się stało. Skrzywił się, mimo że były
to tylko wspomnienia.
Sześć brakujących godzin.
-?Wszystko było z tobą w porządku -?odezwał się do kobiety ze ściany. -
Byłaś bezpieczna. Dotarliśmy do ciebie szybciej niż on.
Zmusił się, by w to uwierzyć, tak mocno, jakby nie liczyło się nic
innego w całym wszechświecie.
Dreyfus kazał zdjęciom zniknąć i ściana z papieru ryżowego znów zrobiła
się tak pusta jak wtedy, gdy wszedł do pokoju. Dopił jednym haustem
herbatę, ledwie czując jej smak. Na tej samej części ściany co przedtem
wywołał schemat operacyjny dnia. Zastanowił się, czy technicy znaleźli
cokolwiek, badając rzeźbę, którą ze Sparverem odkryli na
Ruskin-Sartorious. Kiedy jednak informacje się wyświetliły, ani słowa,
ani obrazy nie dawały się odczytać. Na zdjęciach widział kształty,
pojedyncze litery w tekstach, ale gdzieś pomiędzy ścianą a jego mózgiem
coś nie działało tak, jak należy.
Dopiero po chwili uświadomił sobie, że zapomniał przyjąć swoją dawkę
pangolinu i zaczyna odczuwać zabezpieczającą dysleksję. Poprzednia
autoryzująca porcja specyfiku przestawała działać.
Wstał od stolika i podszedł do ściany w miejscu, gdzie czekał automat.
Wyciągnął rękę w kierunku perłowoszarej powierzchni i we wnęce pojawiło
się urządzenie. Miało kształt bladoszarej rurki z narysowaną rękawicą
Panoplii i kodem paskowym pasującym do tego, który widniał na jego
mundurze. Tekst na plakietce dozownika głosił: "Poziom dostępu Pangolin,
do wyłącznego użytku prefekta polowego Toma Dreyfusa. Niepowołane użycie
może skutkować uszkodzeniami neurologicznymi albo trwałą i nieodwracalną
śmiercią".
Dreyfus podwinął rękaw i przycisnął rurkę do przedramienia. Poczuł zimne
łaskotanie, gdy zawartość tubki wpływała do jego ciała. Nie było
nieprzyjemne.
Poszedł do sypialni. Spał niespokojnie, ale bez snów. Gdy się ocknął -
trzy lub cztery godziny potem -?schemat operacyjny na ścianie wydał mu
się jasny i wyraźny.
Przyglądał mu się przez chwilę, po czym postanowił, że Ultrasi czekają
już dostatecznie długo.
Cztery
Na konsoli kutra rozdzwonił się sygnał alarmu. Dreyfus wsunął bańkę z kawą z powrotem w ścianę i spojrzał na odczyt. Od strony Roju
Parkingowego coś się do niego zbliżało, obiekt zbyt mały, by mógł być
światłowcem. Wiedziony ostrożnością przestawił kuter w tryb obronny.
Uzbrojenie zostało aktywowane i przygotowane do akcji, nadal jednak nie
wysunęło się na zewnątrz kadłuba. Dreyfus doszedł do wniosku, że obiekt
leci zbyt wolno jak na pocisk.
Kilka chwil potem kamery kutra odnalazły intruza i ukazały w skróconej
perspektywie kształt niewielkiego promu międzyokrętowego. Pojazd
przypominał końską czaszkę pozbawioną oczodołów. Na czarnym kadłubie
widniała szkarłatna ważka obrębiona jaśniejącymi włóknami.
Odebrał zaproszenie do połączenia audio.
-?Witam, prefekcie -?rozległ się pozbawiony akcentu, męski głos. Mówił
współczesnym russkim. -?Jak mogę pomóc?
Dreyfus, z niejakim wysiłkiem, przestawił się na inny tryb prowadzenia
rozmowy.
-?Przede wszystkim nie zbliżając się do mnie. Nie przekroczyłem granic
Roju.
-?Niemniej znajdujesz się bardzo blisko. Sugeruje to zamiar wkroczenia.
-?Z kim rozmawiam?
-?Mógłbym spytać o to samo, prefekcie.
-?Reprezentuję w tej okolicy prawo. Więcej wiedzieć nie musisz.
Zakładam, że mam przyjemność z przedstawicielem Roju?
Po chwili milczenia -?która nie miała nic wspólnego z opóźnieniem
transmisji -?padła odpowiedź:
-?Możesz nazywać mnie kapitanem portu, Serafinem. Jestem
przedstawicielem wszystkich zebranych w Roju statków, także tych
dokujących w centralnym punkcie obsługi.
-?Czyli rozumiem, że jesteś Ultrasem?
-?Jeśli posłużymy się waszą wąską definicją owego terminu, to nie. Nie
jestem na stałe związany z żadnym statkiem ani jego załogą. Niemniej,
kiedy znajdują się tutaj, wszystkie załogi odpowiadają przede mną.
Dreyfus sięgnął pamięcią daleko wstecz, ale nie przypominał sobie, by
kiedykolwiek miał do czynienia z jakimkolwiek Serafinem ani innym
Ultrasem.
-?To pomyślny zbieg okoliczności.
-?Nie rozumiem, prefekcie.
-?Być może będę prosił o dostęp do jednej z waszych załóg.
-?To byłoby raczej nieprzepisowe.
-?Nie tak bardzo nieprzepisowe jak kierowanie promienia wylotowego
silnika na habitat, w którym mieszka dziewięciuset sześćdziesięciu
ludzi, kapitanie portu.
Znów zapadła dłuższa chwila ciszy. Dreyfus poczuł kroplę potu formującą
się na grzbiecie dłoni. Wspominając Ruskin-Sartorious, zaryzykował i odkrył karty, co było wbrew poleceniom Aumonier. Jednak naczelna prefekt
nie podejrzewała nawet, że dojdzie do rozmowy z kimś, kto reprezentuje
cały Rój.
-?Dlaczego aktywowałeś systemy obronne, prefekcie? Widzę pociski przez
twój kadłub, mimo powłoki maskującej. Denerwujesz się?
-?Jestem po prostu ostrożny. Podejrzewam, że gdybym zobaczył twoje
uzbrojenie, okazałoby się, że jest w podobnym trybie.
-?Punkt dla pana -?powiedział kapitan portu Serafin i zachichotał. -?Ale
ja nie jestem zdenerwowany. Obrona Roju jest moim obowiązkiem.
-?Dowolny z waszych statków może spowodować większe zniszczenia niż
którykolwiek z naszych. Według mnie zademonstrowaliście to już
wystarczająco dobitnie.
-?Tak, wspominałeś, prefekcie. Ale to poważne oskarżenie.
-?Nie wysuwałbym go, gdybym nie miał solidnych dowodów.
-?Na przykład?
-?Trasa statku. Poza tym badania próbek pobranych w habitacie wykazały
zgodność z sygnaturą promienia wylotowego waszych silników. Jestem nawet
w stanie podać nazwę światłowca, o który...
-?Myślę, że powinniśmy pomówić osobiście -?przerwał kapitan portu
Serafin. Zrobił to bardzo pośpiesznie, co nieco Dreyfusa zdziwiło. -
Proszę dezaktywować broń. Zbliżę się i zadokuję do przedniej śluzy
powietrznej.
-?Nie wyraziłem na to zgody.
-?Ale wyrazisz, prefekcie -?odparł Serafin.
Kiedy śluza rozpoczęła pracę -?dostosowując do siebie różne na obu
statkach ciśnienia i mieszanki atmosferyczne -?Dreyfus wyrzucił z umysłu
wszystkie dotychczasowe doświadczenia i uprzedzenia. Nigdy nie można
było mieć pewności, w jaki sposób Ultrasi zamanifestują się fizycznie.
Mogli wyglądać zupełnie jak ludzie, niczym dowolny funkcjonariusz
Panoplii, a mimo to nosić w sobie ukryte i bardzo niebezpieczne maszyny.
Okazało się jednak, że Dreyfus widywał już istoty dziwniejsze od
Serafina. Jego kończyny i tułów kryły się w jasnozielonym, napędzanym
silnikiem egzoszkielecie. Głowa wydawała się dziwnie mała -?usta i nos
przesłaniała srebrna kratka wszczepionego na stałe urządzenia, które
umożliwiało oddychanie. Po lewej stronie czaszki widać było chromowaną
płytkę interfejsu, pełną różnorodnych gniazd -?Ultrasi preferowali
bezpośredni kontakt z maszynami -?poza tym jednak prefekt nie zauważył
śladów intensywnej cyborgizacji. Przybysz miał długie, czarne, związane
w kucyk włosy. Blade, delikatne dłonie przypominały Dreyfusowi
odciśnięty w skale szkielet wymarłego ptaka.
-?Dziękuję za gościnę -?przywitał się Serafin. Głos wydobywał się z jakiegoś miejsca pod jego gardłem.
Dreyfus przedstawił się i zaprowadził Ultrasa do przedziału mieszkalnego
kutra.
-?Czy mogę coś zaproponować?
-?Jest pan w stanie przeprowadzić dializę krwi?
-?Obawiam się, że nie.
-?Wielka szkoda. Mój statek ma kłopoty z eliminowaniem kwasów
powstających wskutek zmęczenia. Podejrzewam, że powinienem wymienić
filtr, ale nie mam niestety czasu na powrót do centralnego punktu
obsługi.
-?Może więc kawę?
-?Podziękuję, prefekcie. A zatem, w sprawie tego niezręcznego tematu,
który zamierzamy omówić...
-?Dziewięćset sześćdziesiąt ofiar. To już nawet nie jest niezręczność.
Ci ludzie nie znajdowali się w obrębie mojego zainteresowania,
kapitanie, a to znaczy, że byli porządnymi osobami, próbującymi wieść
spokojne życie i nikomu nie wadzić. Nie przeżył nikt.
-?Przykro mi z powodu ich śmierci. Naprawdę. My też mamy dusze,
prefekcie Dreyfus. Mamy sumienia. Ale zapewniam, że to nie to, na co
wygląda.
-?Nie interesuje mnie żaden statek poza "Akompaniamentem cieni".
Serafin dotknął dłonią ścianki maski, jakby dokonywał nieznacznych
poprawek w ustawieniach urządzenia.
-?Czy rozważał pan możliwość, że tę zbrodnię popełnił ktoś inny? Ktoś,
kto zniknął, rzucając jednocześnie podejrzenie na niewinną załogę?
-?Zarówno moja szefowa, jak i ja dalibyśmy wszystko, by móc nie wchodzić
w drogę Ultrasom. Uszkodzenia na Ruskin-Sartorious mogły jednak powstać
tylko w jeden sposób. Wskutek działania promienia wylotowego napędu
Hybrydowców.
-?Wykluczyliście już inne możliwości? Na przykład atak jakąś bronią?
-?Nie istnieje broń, która mogłaby tego dokonać.
-?Może istnieje, tylko jeszcze jej nie znamy. Nikt przecież nie
zaprzeczy, że w przeszłości powstawało wiele strasznych maszyn -
potwornych, niszczycielskich -?niektóre mogły przetrwać do naszych
czasów. Wszyscy słyszeliśmy pogłoski o broni klasy Piekło.
-?Serafinie, jestem prefektem -?powiedział cierpliwie Dreyfus. -?Zajmuję
się faktami, nie pogłoskami. I nie muszę szukać żadnych legendarnych
broni z ciemnych wieków. Mam dowód na działanie silnika. Więcej mi nie
trzeba.
-?Nadal uważam, że to jakaś pomyłka. Żadna z załóg nie dopuściłaby się
czegoś podobnego.
-?Nawet gdyby coś poszło nie tak w interesach?
-?Mściwość to dziecinna motywacja, prefekcie Dreyfus. My nie jesteśmy
dziećmi.
-?No dobrze. A teoria wypadku?
-?Napęd Hybrydowców nie może się włączyć ot tak, sam z siebie.
-?Świetnie. Zatem ktoś go musiał uruchomić. Cieszę się, że to sobie
wyjaśniliśmy.
-?Niczego nie wyjaśniliśmy. Czego pan ode mnie oczekuje?
-?Chcę, by uniemożliwił pan "Akompaniamentowi cieni" opuszczenie Roju.
To punkt pierwszy. Punktem drugim będzie uniemożliwienie jego załodze
ucieczki ze statku. Punkt trzeci będzie polegać na użyciu pańskich
wpływów i doprowadzeniu kapitana przed oblicze sprawiedliwości.
-?Sporo tych punktów, prefekcie.
-?Taka praca.
-?A jeśli odmówię?
-?Będziemy zmuszeni przyjrzeć się naszym umowom handlowym, kapitanie. W Migotliwej Wstędze istnieje dziesięć tysięcy habitatów gotowych do
prowadzenia interesów. Ale bez naszego błogosławieństwa nie
porozmawiacie z żadnym z nich.
-?Znaleźlibyśmy jakiś sposób.
-?Nie wątpię. Ale chciałbym zobaczyć, jak będą się wówczas kształtować
wasze dochody. Wyobrażam sobie, że dla człowieka o pańskiej pozycji nie
byłoby to zbyt przyjemne.
-?Proszę nie posuwać się do gróźb, prefekcie -?rzucił kapitan.
-?Dlaczego nie?
-?Ponieważ wy potrzebujecie nas o wiele bardziej niż my was.
***
Mimo że ścianka wejściowa była przejrzysta, Sparver zapukał, zanim
wszedł do biura Thalii. Jako zastępca prefekta trzeciego stopnia -?co
oznaczało, że od uzyskania statusu prefekta polowego dzielił go już
tylko jeden szczebel drabinki -?Sparver był dwa stopnie starszy od niej.
Mógłby więc wchodzić bez zapowiedzi, jak zapewne uczyniłby Dreyfus.
Niemniej, odkąd Thalia dołączyła do zespołu, Sparver przez cały czas
traktował ją jak równą sobie. Jako córka Jasona Ng i tak miała na głowie
wiele problemów, więc nie chciał dokładać jej nowych, popisując się
swoją przewagą, zwłaszcza że sam był jeszcze zastępcą.
-?Szef nie daje wytchnienia, co? -?zagaił, gdy Thalia oderwała wzrok od
pracy.
-?Nie ma na to rady. -?Upiła łyk kawy i przetarła oczy. -?Sprawa Perigal
była priorytetowa jeszcze przed tą sytuacją z Ruskin-Sartorious. Ale
cieszę się, że tym razem Dreyfus zaufał mi na tyle, by powierzyć mi je
obie.
Sparver stanął przy jej konsoli i przejrzał informacje pojawiające się
na licznych wyświetlaczach. Thalia często kpiła ze swoich umiejętności
szybkiego czytania, ale jej wskaźnik Klausnera był i tak o wiele wyższy
niż jego.
-?Szef ufa ci od początku. Tym zupełnie nie musisz się przejmować.
-?Ale zdarzają mu się chwile zwątpienia.
-?Dlaczego tak mówisz?
Thalia zatrzymała wyświetlacze.
-?Nie byłoby od rzeczy, gdyby zabrał mnie na Ruskin-Sartorious. Znam
architekturę rdzeni lepiej niż ktokolwiek inny.
-?Byłaś przecież zajęta.
-?Teraz jestem zajęta jeszcze bardziej. To żaden argument.
-?Dreyfus wiedział, że poradzę sobie z rdzeniem -?zauważył Sparver. -
Gdybyśmy natrafili na coś trudniejszego, wzięłabyś kuter i dołączyła do
nas po godzinie.
-?Pewnie tak.
-?Posłuchaj, Thalia. Szef ma o tobie bardzo dobre zdanie. Może tego nie
okazuje, ale on już taki jest. Gdyby cię nie cenił, to nie wziąłby cię
do zespołu. Możesz mi wierzyć.
-?Martwię się po prostu tym, że on uważa, że nie pracuję na sto procent.
-?Powiedział ci coś takiego?
-?Nie, w zasadzie to nie. -?Thalia zmarszczyła brwi.
-?Sama widzisz.
-?Ale i tak nie rozumiem, dlaczego nie wziął mnie do Bańki.
-?Dlatego że to była potencjalnie niebezpieczna operacja.
-?Bardziej niebezpieczna od wprowadzenia blokady?
-?Potencjalnie. Skoro komuś tak bardzo zależało na zniszczeniu tego
habitatu, to równie dobrze mógł wykryć tam obecność prefektów i wrócić.
-?Nic takiego się nie stało.
-?To nie ma znaczenia. Dreyfus nie zabrał cię ze sobą -?poza tym, że nie
chciał cię odrywać od innych zajęć -?dlatego, że nie chciał ryzykować
życia jednego ze swoich najlepszych zastępców. Blokada to co innego. Tam
musiałaś być. Ale tym razem? Według mnie szef postąpił słusznie. I to
nie ma nic wspólnego z twoją wydajnością ani zdolnościami.
Thalia spojrzała niepewnie.
-?Dla ciebie to pewnie głupie wątpliwości.
-?Wcale nie. Kiedy zacząłem z nim pracować, całymi miesiącami
zastanawiałem się, co ja, do cholery, robię nie tak. Nie pochwalił mnie
ani razu. Potem, stopniowo, zrozumiałem: pochwałą jest to, że Dreyfus
nie wyrzuca cię z zespołu.
-?Ale teraz jest już inaczej... prawda?
-?Nie do końca. Owszem, od wielkiego dzwonu rzuca mi słowo zachęty, ale
poza tym traktuje mnie dokładnie tak samo jak ciebie.
-?Ja tego tak nie widzę.
-?Dlatego że wciąż jesteś nowa. Kiedy dochrapię się polowego, przeniosą
mnie do innego wydziału, a ty wskoczysz na moje miejsce. Wtedy Dreyfus
przyprowadzi kogoś nowego, kto będzie się czuł podobnie jak ty w tej
chwili.
Thalia obejrzała się przez ramię na ściankę wejściową.
-?Sparver, czy ty go lubisz?
-?W Panoplii nie ma nikogo, z kim wolałbym pracować.
-?Nie o to pytałam.
-?Wiem, ale to była moja odpowiedź. -?Rozłożył ręce. -?Thalia, jestem
hiperświnią. Są prefekci, którzy z tego powodu nie patrzą mi nawet w oczy. A Dreyfus chciał właśnie mnie. Może i jest mało komunikatywny i zamknięty w sobie, ale za to jedno zawsze będę mu wdzięczny.
-?Mnie też nie wszyscy tolerują -?zauważyła Thalia.
-?I widzisz. Oboje mamy u szefa dług. No dobrze, może oddasz mi trochę
tej swojej pracy. Pomogę ci.
-?Nie musisz tego robić.
-?I wcale nie twierdzę, że znam się na symulacjach poziomu beta równie
dobrze jak ty. Pomyślałem jednak, że może masz do przeprowadzenia jakieś
bardziej rutynowe testy. Zająłbym się nimi, a ty z wolną głową zajęłabyś
się poważniejszymi sprawami.
-?Skoro naprawdę chcesz... -?Thalia z powrotem położyła ręce na konsoli. -
Przepuściłam wszystkie dwanaście odzyskanych symulacji przez standardowe
algorytmy odzyskiwania. Skorzystałam z protokołów Tianjun. Pięć lub
sześć z nich to raczej beznadziejne przypadki, ale żeby mieć absolutną
pewność, muszę przeprowadzić drugą serię testów.
-?Zapewne tym razem użyjemy protokołów Lisichansk? -?Sparver pokiwał
głową.
-?Nie sądzę, żebyśmy otrzymali inne wyniki. Jeśli Tianjun nie
doprowadził do stabilnego wywołania, Lisichansk raczej też nie pomoże.
Nie chciałabym jednak niczego zaniedbać.
-?Zaraz się do tego zabiorę.
-?Dzięki, Sparver.
-?Mogę coś jeszcze dla ciebie zrobić?
Thalia spuściła wzrok na swoje dłonie, wciąż leżące na konsoli.
-?W zasadzie tak. Ale to prośba innego rodzaju.
-?Słucham.
-?Niedługo po przystąpieniu do zespołu pytałam cię, co spotkało
Dreyfusa. Dlaczego jest taki, jaki jest.
-?Chyba pamiętam.
-?Powiedziałeś wtedy, że sam jeszcze wszystkiego nie wiesz, ale że
pewnego dnia zdradzisz mi to, czego się domyślasz.
-?Owszem -?przyznał.
-?Sparver, od tamtej pory minęło pięć lat. Chyba możesz już uchylić
rąbka tajemnicy.
-?Nie pytałaś innych?
-?Jeśli nie zauważyłeś, rzadko zajmuję się plotkami.
-?Prawda. A sprawdzałaś w Turbinach?
-?Nie chciałam grzebać za jego plecami.
-?Ale chcesz zapytać mnie i nie wydaje ci się to niestosowne.
-?To co innego. -?Spojrzała ostrzegawczo. -?Ciebie pytam jako
przyjaciela. Co mu się stało?
Sparver poczuł, jak jego opór słabnie. Obiecał jej i nie mógł cofnąć
danego słowa, choć do dziś miał nadzieję, że zapomniała.
-?Nie chodzi o to, co stało się jemu. Rzecz w tym, co spotkało bliską mu
osobę. Nazywała się Valery Chapelon.
Od razu zauważył, że to nazwisko nic Thalii nie mówi.
-?Była jego żoną?
Sparver przytaknął, choć miał wrażenie, że zdradza zaufanie
przełożonego.
-?No więc? Co się wydarzyło? -?naciskała.
-?To miało miejsce jedenaście lat temu. Teraz spytaj sama siebie, od jak
dawna Jane Aumonier jest w obecnym stanie. Powinnaś zrozumieć od razu.
Wyraz twarzy dziewczyny zmienił się niemal natychmiast.
***
Jane Aumonier unosiła się w pozbawionej ciążenia sali z rękoma
splecionymi na piersi. Brodę zadarła wysoko. Rzuciła mu uważne
spojrzenie.
-?Wróciłeś szybciej, niż się spodziewałam -?zauważyła, gdy smycz
zatrzymała Dreyfusa w bezpiecznej odległości.
-?Na szczęście nie z pustymi rękoma.
-?O ile się nie mylę, wyraźnie prosiłam, żebyś nie nawiązywał kontaktu.
-?Nie miałem innej możliwości. Nie przekroczyłem granicy Roju, ale
rozmawiałem z kimś, kto twierdzi, że jest przedstawicielem ich
wszystkich.
-?Rozumiem więc, że rozmawiałeś z kapitanem portu?
-?Nie wiedziałem, że się znacie.
-?Rozmawialiśmy dawno temu. Raz lub dwa. Nigdy osobiście. Dość
podejrzana osobistość, ale wolę mieć do czynienia z nim niż z większością jego poprzedników. Odniosłam wrażenie, że jest otwarty na
rozsądną dyskusję.
Gdyby Dreyfus nie szybował swobodnie na lince, zapewne przestąpiłby
niepewnie z nogi na nogę.
-?Miejmy nadzieję.
Nagle na zwykle kamiennej twarzy Aumonier odmalował się niepokój.
-?Chyba go za bardzo nie przycisnąłeś, prawda?
-?Nie miałem czasu na uprzejmości. Kiedy rozejdzie się informacja, że
Ultrasi palą habitaty, Serafin i jego przyjaciele będą mieli na karku
poważniejsze problemy niż kilka moich delikatnych sugestii.
Aumonier popatrzyła na jeden ze swoich wyświetlaczy. Jej oczy zasnuła
mgła: przez chwilę wydawało się, że oddaliła się ciałem i umysłem o kilka sekund świetlnych.
-?Cóż, masz rację. Musimy się śpieszyć. Nadal udaje nam się ukrywać
katastrofę, ale z każdą godziną w sieci pojawia się coraz więcej pytań.
Inne habitaty już podejrzewają, że mogło się stać coś złego. To tylko
kwestia czasu, zanim ktoś postanowi sprawdzić na własne oczy albo
przyśle pytanie, na które nie uda się nam przekonująco odpowiedzieć.
-?I co wtedy?
-?Wtedy nasze życie nabierze wreszcie rumieńców -?odpowiedziała Aumonier
ponuro.
-?Dlatego właśnie jestem zadowolony, że rozmawiałem z nim twardo. Jeśli
Serafin rzeczywiście jest tak rozsądny, jak mówisz, może coś osiągniemy.
-?Igramy z ogniem, Tom.
-?Nie my ustalaliśmy zasady tej gry -?przypomniał. -?Poza tym za to nam
płacą.
Naczelna prefekt umilkła. Dreyfus pomyślał, że skończyła już spotkanie i że znów skupiła uwagę na swym plującym informacjami panelu. Że
zapomniała o jego obecności. Bywało tak w przeszłości i nigdy nie czuł
się tym urażony. Gdy się jednak odezwała, uświadomił sobie, że po prostu
zbierała odwagę, by powiedzieć coś bolesnego.
-?Tom, jest coś, o czym powinieneś wiedzieć. Chodzi o Skarabeusza.
-?Dobre wieści? -?spytał, mimo że ton jej głosu wskazywał na coś
odwrotnego.
-?Nie, nie dobre. Nadal nie mamy pojęcia o jego możliwościach, a według
mnie to samo w sobie podpada pod kategorię złych wiadomości.
-?Mów dalej, proszę.
-?Wiesz, co mnie najbardziej martwi? Nie to, że może już nigdy tego ze
mnie nie zdejmą. Wierzę w ich umiejętności, pewnie nawet bardziej niż
oni sami. Zespół Demichowa to najlepsi fachowcy, jakich mogłam sobie
wymarzyć.
-?Co więc cię niepokoi? -?spytał łagodnie Dreyfus.
-?To, że już nigdy nic mi się nie przyśni. Co się dzieje z człowiekiem,
który nie śni od jedenastu lat, Tom? Czy ktokolwiek to wie?
-?Jestem przekonany, że to się kiedyś zmieni.
-?Pewności jednak nie ma. Co, jeśli odpowiedzialne za marzenia senne
części mojego mózgu zanikły wskutek nieużywania? Albo jeśli przejęły już
funkcje jakiegoś innego obszaru? Wiesz, to się zdarza. Połączenia w mózgu nieustannie się przeobrażają.
-?Będziesz jeszcze śnić, zobaczysz -?powiedział, jakby to mogło jej
wystarczyć.
Aumonier znów zamilkła na chwilę.
-?Niedawno wewnątrz Skarabeusza zaszła zmiana. Kilka elementów się
przesunęło. Nawet ja to poczułam. Nie wiedzą, co o tym myśleć.
-?Wydawało mi się, że Demichow mówił, że już rozpracowali jego budowę?
-?Tego nigdy nie powiedział. Tyle tylko że wiedzą dostatecznie wiele, by
pewnego dnia go ze mnie zdjąć.
Dreyfus przyjrzał się maszynie tkwiącej na karku Aumonier. Urządzenie
było wielkości pięści, kształtem przypominało czerwonego, pokrytego
chromem Żuka. Kończyny Skarabeusza, tuzin sterylnych odnóży, wnikały w jej ciało.
-?Dlaczego teraz?
-?Kilka ostatnich dni przysporzyło stresów nam wszystkim. Nie udało mi
się wyciągnąć z Demichowa zbyt wiele, ale domyślam się, co go nurtuje.
Wiemy już, że Skarabeusz podłączył się do mojego rdzenia kręgowego i że
jest w stanie monitorować skład chemiczny mojej krwi. Wiemy też, że
potrafi stwierdzić, kiedy zaczynam zasypiać. To było dla mnie jasne od
początku -?zdarza się, że czuję łaskotanie, kiedy jego sensory badają
wnętrze mojego mózgu. Tom, wydaje mi się, że on jest coraz silniejszy.
Ponadto reaguje na mój poziom stresu. Jakiś hormon przekroczył pewne
określone stężenie i Skarabeusz odpowiednio na to zareagował.
-?Ale poza tą zmianą, przesunięciem się jego części, nic się nie stało?
-?Możliwe, że się do czegoś szykuje, że czeka, aż mój poziom stresu
wzrośnie jeszcze bardziej. Ale nikt z Laboratorium Snu nie chce mi nic
powiedzieć. Zapewne obawiają się mojej reakcji. Po prostu nie chcą mnie
martwić.
-?Pomówię z Demichowem -?obiecał Dreyfus. -?Dowiem się, co i jak.
-?Byłabym wdzięczna.
-?Przynajmniej w ten sposób jestem w stanie ci pomóc.
-?Problem w tym, że nie mogę pozwolić, by to wszystko odwróciło moją
uwagę od kryzysu. Uznałam jednak, że tobie muszę powiedzieć. -?Z trudem
przełknęła ślinę. -?Wiesz, na wypadek gdyby coś mi się stało.
Pięć
Ścianka wejściowa zamknęła się za starszym prefektem Gaffneyem i po
chwili jej zarys zniknął. Wrócił właśnie z Hospicjum Idlewild i wciąż
miał jeszcze zatkane zatoki. Gorące i suche powietrze na pokładzie
korwety nigdy mu nie służyło. Podłubał w nosie, po czym wytarł
obrzydliwą substancję o ścianę, w której natychmiast zatonęła,
wchłonięta przez żywą materię.
W pokoju -?centrali wydziału bezpieczeństwa wewnętrznego -?panowały
chłód, bezruch i pustka niczym w najgłębszej, najmniejszej jaskini
całego układu. W miarę jednak jak Gaffney wchodził coraz dalej, systemy
reagowały na jego obecność, wywołując meble i sprzęty przystosowane do
jego zwykłych preferencji ergonomicznych. Usiadł przed wygiętą łukowato
konsolą, z której wyrosło kilka cienkich jak błona wyświetlaczy. Na
pulpicie pojawiły się jaskrawoniebieskie symbole. Palce Gaffneya zaczęły
się po nich ślizgać, wprowadzając złożone łańcuchy haseł bezpieczeństwa.
Układał je w szeregi, jakby nawlekał paciorki na nitkę. Na panelach
pojawiały się teksty i obrazy, migotały przez moment i niemal
natychmiast znikały. Gaffney szczycił się jednym z najwyższych
wskaźników szybkiego czytania w całej organizacji.
Daleko od niego, w pozbawionym ciążenia sercu Panoplii, Turbiny
Wyszukiwawcze przekopywały niewyobrażalne ilości zarchiwizowanych
informacji. Wrażenie było iluzoryczne, ale Gaffney mógł przysiąc, że
czuje podziemne drżenie wyszukiwarek i miażdżące ciśnienie mknących w ich obwodach danych.
Gdy znalazł się blisko celu, nieco zwolnił.
-?Uwaga -?przestrzegł go system. -?Żądane dane są ściśle tajne. Wymagana
autoryzacja pangolinem. Jeśli jej nie posiadasz, powstrzymaj się od
dalszego wyszukiwania.
Prefekt nie zrezygnował. Nie tylko posiadał odpowiedni poziom dostępu,
ale to również on decydował, kto go otrzymuje.
-?Kategoria: systemy uzbrojenia, archiwalne, zabronione -?oznajmił
automat.
Gaffney po raz ostatni zawęził kryteria.
-?Obiekt znaleziony -?obwieścił system. -?Robot bojowy klasy Żuk.
-?Pokaż -?szepnął Gaffney bezgłośnie, jego palce powtórzyły polecenie na
klawiaturze.
Na wyświetlaczach zaroiło się od diagramów, schematów i fotografii.
Gaffney zmrużył oczy i przyjrzał się im uważniej. Na niektórych
zdjęciach Żukom towarzyszyli ludzie, co dawało oglądającemu pojęcie o skali. Roboty wyglądały na mniejsze, niż się spodziewał, ale po chwili
przypomniał sobie, że jednym z ich głównych zastosowań była infiltracja.
Żuki, według wszelkich dostępnych świadectw, cechowały się znaczną
szybkością i wysokim stopniem autonomii taktycznej.
Oczywiście nie mógł ich pamiętać nikt spośród żyjących. Rzut oka na
daty, którymi opatrzone były wyświetlone dokumenty, wystarczał, by
zrozumieć, że najnowsze powstały sto lat temu.
Dłonie Gaffneya znów zaczęły się poruszać. Teraz panele zapełniły się
ruchomymi liniami tekstu i symboli języka AF -?zdatnego do odczytania
przez ludzi Asemblera Fabrycznego. Instrukcje wirowały i rozmywały się.
Wir na ekranie tańczył i poruszał się w delikatnym rytmie, zdradzając
strukturę kodu. Były to polecenia, które, wprowadzone do rdzenia
obsługującego odpowiednio wyposażoną fabrykę, umożliwiłyby stworzenie w pełni działającego Żuka. Dowolnie wielu Żuków.
Po sprawdzeniu skryptu AF i upewnieniu się, że jest kompletny i pozbawiony błędów, Gaffney ukrył kod na prywatnej partycji. Gdyby
nastąpił niezbyt prawdopodobny wypadek i ktoś by się na te informacje
natknął, ujrzałby jedynie nudne schematy konstrukcyjne ścianek
wejściowych Panoplii.
Dla pewności wykonał kopię zapasową znalezionych informacji. Palce
musnęły inne klawisze. Przełączył konsolę w tryb sterowania głosowego.
-?Znajdź dane dotyczące terminu Żagiew.
-?Proszę powtórzyć żądany termin.
-?Żagiew -?powiedział przesadnie wolno Gaffney.
Spodziewał się co prawda wielu wyników, ale nie ilości, jaka pojawiła
się na wyświetlaczach. Zastosował kilka filtrów i przyjrzał się
rezultatom. Ilość danych nadal była beznadziejnie duża, a na domiar
złego nie widział niczego choćby odlegle powiązanego z Panoplią czy z tym, co tak bardzo interesowało Aurorę.
Żagiew.
Co to, do diabła, znaczy? Anthony Theobald dał mu swoje słowo, a Gaffney
pozwolił sobie uwierzyć, że jest to coś pożytecznego, na tyle
wartościowego, że przestał skanować przesłuchiwanego, zanim ten stał się
mimowolnym kandydatem do zamieszkania w Państwie Stanu Wegetatywnego.
Teraz jednak, kiedy już go wypuścił, siedząc sam na sam z Turbinami,
zaczął się zastanawiać, czy nie powinien był drążyć głębiej.
-?Podpuściłeś mnie, Tony -?odezwał się. -?Niegrzeczny chłopiec.
W tej samej chwili przypomniał sobie, co jeszcze usłyszał od Anthony'ego
Theobalda. Ludzie, którzy wyjawili mu to hasło, utrzymywali, że ich
operacje są ściśle tajne. Nie można ich było wyśledzić, nigdzie nie
istniały żadne zapisy, a ich działalności mogli bez trudu zaprzeczyć
wszyscy wyżsi oficerowie Panoplii, aż po Królową Skarabeusza.
Innymi słowy, nie powinien się dziwić, że po dwuminutowym wyszukiwaniu
nie natknął się na nic znaczącego. Żagiew wciąż mogła stanowić ważny
trop, ale dotarcie do prawdy wymagało czegoś więcej niż spędzenia chwili
przed konsolą.
Kilka następnych minut poświęcił na zatarcie własnych śladów. Wykasował
z Turbin wszystkie logi. Kolejne chwile zajęło mu zacieranie śladów
kasowania logów. Gdy skończył, miał niezbitą pewność, że nawet on nie
byłby w stanie wrócić po własnych śladach.
Wstał od konsoli i odesłał ją wraz z siedzeniem. Zniknęły. Przetarł
czoło rękawem. Przeczesał palcami sztywne, rude włosy i ruszył do
ścianki wejściowej.
Zdawał sobie sprawę, że to, co właśnie zrobił, było "złe", podobnie jak
"złe" było wyśledzenie, przeskanowanie i porzucenie nieszczęsnego
Anthony'ego Theobalda. Ale wszystko -?o czym lubiła mu przypominać
Aurora -?zależy od punktu widzenia. Dążenie do zabezpieczenia
przyszłości milionów obywateli Wstęgi nie mogło być złe żadną miarą,
nawet jeśli należało ich bronić przed nimi samymi.
A Aurora nie myliła się nigdy.
***
Symulacja poziomu beta patrzyła na Dreyfusa z chłodną obojętnością.
Prefekt odpowiedział uprzejmym spojrzeniem, jakby czekał na puentę
dowcipu. Był to stary policyjny chwyt, zwykle zresztą skuteczny.
Wywołana postać należała do mężczyzny wyższego od Dreyfusa, o pociągłej
twarzy i ciele ukrytym pod wieloma zwojami fioletowego płaszcza czy też
togi. Prawe ramię i rękę miał obleczone czarną skórzaną opaską. Nosił
rękawiczkę i pierścień. Krótkie, siwiejące włosy, orli nos, powaga
oblicza, generalne wrażenie, jakie sprawiał swą postawą -?wszystko to
przywodziło na myśl posąg możnego rzymskiego senatora. Jedynie
nieznaczna przejrzystość symulacji pozwalała zauważyć, że nie jest
fizycznie obecny.
Po chwili milczenia, które przeciągnęło się niemal do granic możliwości,
Anthony Theobald wreszcie się odezwał:
-?Jeśli nie chce mi pan zadawać pytań, może nie trzeba mnie było
wskrzeszać, prefekcie.
-?Pytań mam bardzo wiele -?odparł Dreyfus. -?Chciałem ci po prostu dać
szansę na swobodną wypowiedź.
-?Rozumiem, że to pan jest człowiekiem, o którym wspomniała koleżanka
podczas mojego ostatniego wywołania.
Thalia aktywowała symulację już wcześniej, by sprawdzić jej gotowość do
rozmowy. Z dwunastu odzyskanych na Ruskin-Sartorious jedynie trzy
okazały się dostatecznie funkcjonalne, by móc złożyć pożyteczne
zeznania. Ani Thalii, ani Sparverowi nie udało się naprawić pozostałej
dziewiątki.
-?Nazywam się Dreyfus -?przedstawił się. -?Witajcie w Panoplii,
obywatelu.
-?Może to moje uprzedzenia, ale "witajcie" nie wydaje mi się odpowiednio
godnym przywitaniem.
-?Staram się być miły -?odparł Dreyfus. -?Osobiście uważam, że symulacje
poziomu beta nie są świadome. Dla mnie jesteś po prostu dowodem
materialnym, narzędziem pomocnym w prowadzeniu śledztwa. Sam fakt, że
mogę z tobą rozmawiać, oraz to, że prawdopodobnie czujesz się żywy, nie
ma tu żadnego znaczenia.
-?To wielka przyjemność spotkać osobę o tak oświeconych poglądach. A co
pan sądzi o kobietach? Przyznaje im pan pełnię człowieczeństwa czy
również są w pańskiej opinii ograniczone pod tym względem?
-?Nie mam problemów z kobietami. Mam za to problem z udającym ludzi
oprogramowaniem, które rości sobie pretensje do wszelkich praw i przywilejów, jakimi cieszą się żywi.
-?Skoro nie żyję, to w jaki sposób, według pana, mógłbym sobie cokolwiek
"rościć"?
-?Nie twierdzę, że nie jesteś w stanie prowadzić racjonalnej dyskusji
ani stosować przekonujących argumentów. Tak czy inaczej, jeśli tylko
wyczuję, że uchylasz się od odpowiedzi lub cokolwiek przede mną
ukrywasz, natychmiast odeślę cię do zamrażarki. A wtedy nie będę w stanie zagwarantować ci bezpieczeństwa. Rzeczy giną. Pliki zawsze można
przez pomyłkę wykasować.
-?Staromodny policjant -?zauważył Anthony Theobald i skinął z uznaniem
głową. -?Więc dajmy sobie spokój z przystawkami i przejdźmy od razu do
głównego dania. Zapewne składa się z gróźb i zastraszania. W zasadzie
nawet się na to cieszę. Ta odświeżająca bezpośredniość organów ścigania...
-?Chciałem tylko, żebyśmy się dobrze zrozumieli.
-?Cóż, rozumiem, że jest pan już gotów, by powiedzieć mi, o co właściwie
chodzi?
Dreyfus podrapał gruby kark przelewający się nad sztywnym kołnierzykiem.
-?Z moich danych wynika, że byłeś w Bańce głową rodziny. Wedle
ostatniego spisu panowałeś nad ponad dziewięcioma setkami poddanych.
-?Wszyscy byli wolnymi obywatelami. Zarówno członkowie mojego rodu, jak
i mieszkańcy. Spytam raz jeszcze: co się stało?
-?Jak wiele powiedziała ci moja koleżanka?
-?Nic istotnego.
-?Bardzo dobrze. Zacznę może od tego, że habitat Ruskin-Sartorious już
nie istnieje. Został rozpruty przez promień wylotowy światłowca o nazwie
"Akompaniament cieni". Wygląda na to, że było to świadome działanie.
Pamiętasz ten moment?
Anthony Theobald stracił nieco ze swego opanowania. Zaciśnięte dotąd
szczęki zwiotczały.
-?Nie, nie przypominam sobie.
-?Jakie masz ostatnie wspomnienia? Może choć nazwa statku obiła ci się
gdzieś o uszy?
-?Nie tylko o uszy, prefekcie. Prowadziliśmy z "Akompaniamentem cieni"
rozmowy. Statek stał na parkingowej przy naszym habitacie.
-?Dlaczego nie korzystali z Roju jak wszystkie inne załogi?
-?O ile wiem, mieli problem z promem dalekiego zasięgu. Prościej im było
ruszyć cały statek. Ruskin-Sartorious miał możliwość przyjęcia tak dużej
jednostki, a załoga Dravidiana wydawała się bardzo zadowolona, że
korzysta z rozrywek na nasz koszt. Przylecieli do habitatu naszym
promem.
Po raz pierwszy pojawiło się nazwisko kapitana.
-?Te rozmowy... dotyczyły interesów?
Anthony Theobald spojrzał na Dreyfusa tak, jakby prefekt zadał wyjątkowo
niedorzeczne pytanie.
-?A po co jeszcze miałbym rozmawiać z Ultrasami?
-?Po prostu pytam. Jak przebiegały negocjacje?
-?Z początku bardzo pomyślnie.
-?A potem?
-?Potem już mniej pomyślnie. Brakowało mi doświadczenia w targowaniu się
z Ultrasami. Szczerze mówiąc, miałem nadzieję, że w ogóle nie będę
musiał tego robić. Niemniej wpadliśmy w kłopoty finansowe. Przez jakiś
czas spodziewałem się, że romans Vernona i Delphine cokolwiek nam
ułatwi... Tak się jednak nie stało. Więc musiałem się uciec do rozmów z Dravidianem.
-?Co chciałeś mu sprzedać?
-?Prace Delphine, oczywiście.
Dreyfus skinął, jakby nie potrzebował dodatkowych wyjaśnień, ale
zanotował informację, by potem dokładnie ją sprawdzić. Thalia już
przedtem poinformowała go, że pozostałymi dwoma stabilnymi świadkami są
Delphine Ruskin-Sartorious i jej kochanek, Vernon Tregent.
-?Z kim z załogi światłowca prowadziłeś negocjacje?
-?Mówiłem już, przede wszystkim z Dravidianem.
-?Jakie wywarł na tobie wrażenie?
-?Jak na cyborga, chimeryka, czy jak tam chcą się sami nazywać, wydał mi
się dość bezpośredni. Wykazywał spore zainteresowanie próbkami dzieł
Delphine. Uznał, że może je korzystnie sprzedać w którymś z innych
układów.
-?Dokąd zamierzał się potem udać?
-?Szczerze mówiąc, nie pamiętam. Fand, Skraj Nieba, Pierwszy System albo
jakieś inne zapomniane przez Boga i ludzi miejsce. Nie miało to dla mnie
znaczenia. Chciałem po prostu zarobić.
-?Może jednak miało to znaczenie dla Delphine?
-?Proszę ją o to zapytać. Moim wyłącznym celem było zapewnienie
habitatowi bezpieczeństwa ekonomicznego.
-?I w twojej opinii Dravidian oferował uczciwą cenę?
-?Rzecz jasna, wolałbym dostać więcej, ale propozycja była rozsądna.
Zresztą stan statku i załogi wskazywał, że Dravidian też miał kłopoty z pieniędzmi.
-?Czyli byłeś zadowolony. Sprzedałeś towar Ultrasom. Dravidian pożegnał
się uprzejmie i odleciał. Co się stało potem?
-?Nie, nie było tak. Negocjacje zbliżały się do końca, gdy Delphine
otrzymała anonimową wiadomość. Natychmiast przyszła z nią do mnie. Autor
twierdził, że Dravidianowi nie można ufać; że proponowana przez niego
cena jest zaniżona w stosunku do cen panujących na rynku i że znacznie
lepiej byśmy postąpili, handlując z innymi Ultrasami.
-?Ale do żadnej innej załogi nie miałeś dostępu?
-?Aż do tamtego momentu. Anonim twierdził, że kilku kapitanów wykazało
zainteresowanie.
-?Jak zareagowałeś?
-?Przedyskutowaliśmy to. Cała ta historia bardzo mi się nie podobała i nalegałem na doprowadzenie do końca interesu z Dravidianem. Zawarliśmy
przecież umowę. Ale Delphine się sprzeciwiła. Skorzystała ze swoich
uprawnień i zablokowała transakcję. Oczywiście poparł ją Vernon. Byłem
wściekły, ale nie tak bardzo jak Dravidian. Powiedział, że podajemy w wątpliwość honor jego statku i załogi. Zaczął grozić.
-?Co potem?
-?Dravidian z załogą wrócili na pokład "Akompaniamentu". Nasz prom
wrócił pusty. Widzieliśmy, jak odlatują. -?Anthony Theobald rozłożył
bezradnie ręce. -?Więcej nie pamiętam. Jak sam pan raczył uprzejmie
zauważyć, jestem symulacją poziomu beta. Moja percepcja opiera się
głównie na informacjach z rozproszonych systemów nadzorujących habitat.
Normalnie te dane zostałyby scalone i przetworzone przez rdzeń, ale nie
jest to proces natychmiastowy i nie został doprowadzony do końca przed
zniszczeniem Ruskin-Sartorious.
-?Co nieco jednak zapamiętałeś.
-?To samo usłyszy pan od innych. -?Anthony Theobald spojrzał Dreyfusowi
głęboko w oczy. -?Bo są jacyś inni, prawda?
-?Nie mogę na to odpowiedzieć. Nie skończyłem jeszcze przesłuchań.
-?Zamierza pan porozmawiać z Dravidianem?
-?Zamierzam porozmawiać z każdym, kto według mnie ma coś do powiedzenia
w sprawie ataku.
-?Nie może pan pozwolić, by taka potworność uszła sprawcom na sucho,
prefekcie. To, co stało się z moim habitatem, to niewypowiedziana
tragedia. Ktoś musi za to zapłacić.
-?Jestem przekonany, że tak się stanie -?rzucił Dreyfus.
Gdy odesłał symulację -?wbrew jej woli -?do banku danych, prefekt
zanotował kilka uwag w swoim kompnotesie. Doskonale wiedział, że jego
wstępne uwagi na temat własnych poglądów w sprawie natury symulacji nie
przysłużyły się sprawie, ale zrobił to, gdyż wyczuł bijącą od patriarchy
Ruskin-Sartorious wrogość. Z drugiej strony nie przykładał do tego zbyt
wielkiej wagi. Panoplia nigdy nie była powszechnie lubianą instytucją,
zarówno wśród żywych, jak i wskrzeszonych zmarłych.
Wywołując drugą symulację, postanowił rozpocząć przesłuchanie nieco
łagodniej.
-?Witaj, Vernon -?przywitał się z młodym mężczyzną, który pojawił się w pomieszczeniu. Miał przyjemną, wzbudzającą zaufanie twarz i gęste blond
loki. -?Witaj w Panoplii. Przykro mi, że muszę ci to powiedzieć, ale
jeśli koleżanka o tym nie wspomniała, to naprawdę muszę. Twój pierwowzór
nie żyje.
-?Domyśliłem się -?przyznał Vernon Tregent. -?Chcę się jednak
dowiedzieć, co z Delphine. Od tamtej kobiety nie mogłem się niczego
dowiedzieć. Udało się jej? Odzyskaliście cokolwiek z jej bety?
-?Dojdziemy do tego. Najpierw chciałem coś wyjaśnić. Nie bierz tego do
siebie, ale są ludzie, którzy wierzą w szczególną godność beta poziomów,
i tacy, którzy są odmiennego zdania. Obawiam się, że należę do tej
drugiej grupy.
-?W porządku. -?Vernon zdawkowo wzruszył ramionami. -?Ja też nie wierzę
w człowieczeństwo symulacji.
Dreyfus zamrugał z niedowierzaniem.
-?Jak to możliwe? Sam jesteś symulacją.
-?Ale, co zostało już dowiedzione na niezliczonych przykładach, moje
reakcje odpowiadają przekonaniom Vernona. Vernon uznawał, że poziomy
beta są jedynie sprytnymi symulakrami. Zresztą bardzo często się na ten
temat wypowiadał. Zgadzam się z tą opinią.
-?No dobrze... -?Dreyfus nie był już tak pewny siebie jak na początku. -
To powinno ułatwić rozmowę. -?Jakiś impuls kazał mu zdradzić więcej
informacji, niż podpowiadał rozsądek. -?Odzyskaliśmy Delphine. Jeszcze
jej nie przesłuchałem, ale moja koleżanka uważa, że jako świadek może
się nam przysłużyć.
Vernon zamknął oczy. Uniósł brodę, jakby dziękując białej, pustej
nieskończoności, zastępującej w pomieszczeniu sufit.
-?Cieszę się. Jeśli ktokolwiek zasłużył na to, by się stamtąd wydostać,
to właśnie Delphine. Proszę mi powiedzieć, co się właściwie stało.
-?Czy mówi ci coś nazwisko Dravidian?
-?Jeśli chodzi o kapitana Ultrasów... to tak, mówi mi i to wiele. Co się
stało?
-?Nie pamiętasz?
-?Nie pytałbym, gdybym pamiętał.
Zupełnie jak Anthony Theobald, pomyślał Dreyfus. Nie mają wspomnień z ostatnich chwil, ponieważ systemy zapisu nie miały dość czasu na
uaktualnienie modeli poziomu beta w rdzeniu.
-?Wasz habitat został zniszczony -?powiedział. -?Kapitan światłowca,
zakładamy, że był to Dravidian, wydał rozkaz rozcięcia go promieniem z silnika.
-?Dravidian nie zrobiłby... -?Vernon urwał, jakby potworność zbrodni
właśnie dotarła do niego z całą mocą. -?Nie wierzę, by dopuścił się
czegoś tak ohydnego, tak niewspółmiernego do sprawy. Nie ma żadnych
wątpliwości, że do tego doszło?
-?Odwiedziłem ruiny osobiście. Dowody rzeczowe są jednoznaczne. Ponadto
inny z moich świadków twierdzi, że gdy interes nie wypalił, Dravidian
wpadł w szał.
Vernon przycisnął palce wskazujące do skroni i rozmasował skórę.
-?Przypominam sobie, że negocjacje były bliskie finalizacji. I wtedy
dostaliśmy tę wiadomość... Delphine ją otrzymała.
-?Wiadomość, według której Dravidianowi nie należało ufać?
-?Wiadomość, według której gdzie indziej dostalibyśmy więcej. Anthony
Theobald oczywiście bardzo się rozzłościł. Tak bardzo zależało mu na
pieniądzach, że gotów był sprzedać dzieła Delphine za bezcen. -?Vernon
zacisnął pięści. -?A to była praca jej życia. Wkładała w nią całą duszę.
Nie mogłem się temu tak po prostu przyglądać. Uważałem, że należy się
jej uczciwa cena.
-?Więc wspólnie z Delphine postanowiliście zerwać rozmowy.
-?Ale nie zrobiliśmy tego na przekór Dravidianowi.
-?Niemniej nie przyjął tego z lekkim sercem.
-?Wydawał się dotknięty, poirytowany, jakby naprawdę uważał, że
proponuje nam rozsądną zapłatę. Powiedział, że zanim znowu zacznie z nami prowadzić interesy, zastanowi się dwa razy. Mówił, że wycofywanie
się z rozmów na tym etapie jest wbrew zasadom, że to niehonorowe. -
Vernon pokręcił głową. -?Ale żeby posunął się do... zniszczenia domu
Delphine... nic nie wskazywało, by był aż tak rozwścieczony. No bo
przecież jest różnica między wściekłością a zamiarem zabójstwa, prawda?
-?Mniejsza, niż myślisz.
-?Prefekcie, uważa pan, że on to naprawdę zrobił? Że Dravidian był do
tego zdolny?
-?Wróćmy do Delphine. Rozumiem, że była artystką?
-?Niektórzy tak uważali.
-?Czym się zajmowała?
-?Głównie rzeźbiła. Jej prace były genialne. I słusznie czyniła,
domagając się za nie odpowiednich pieniędzy.
Dreyfus przypomniał sobie wyryte w skale oblicze, które dryfowało w szczątkach Ruskin-Sartorious. Rzeczywiście, dzieło było sugestywne, lecz
technicy nie odkryli na nim niczego przydatnego w śledztwie.
-?Czy pracowała nad czymś w czasie ataku?
-?Nie dosłownie, ale od kilku miesięcy zajmowała się szczególnie dużym
projektem. Nazywała to cyklem Lascaille'a.
Słowo "Lascaille" nie było Dreyfusowi obce, podobnie jak nie była mu
obca twarz z rzeźby. Nie łączyły się jednak w żadną sensowną całość. W końcu to była tylko rzeźba, ale wszystko, co mogło umożliwić wgląd w umysł Delphine, było przydatne w określeniu jej roli w sekwencji
wydarzeń. Zapamiętał, by potem zająć się tą sprawą bliżej.
-?Jak się poznaliście? -?spytał. -?Byliście małżeństwem?
-?Mieliśmy się pobrać. Ruskin-Sartorious przechodził kryzys i Anthony
Theobald uznał, że wydając córkę za syna wpływowej osoby z innego
habitatu, rozwiąże wszystkie problemy Bańki. Już wcześniej był powiązany
z Macro Hektor Industrial; instalowaliśmy u nich system obrony
antykolizyjnej i był nam winien okrągłą sumę. Ja pochodziłem z jednej z bardziej znaczących rodzin w Industrial. Negocjacje odbyły się za
naszymi plecami. Nie spodobało mi się to. Delphine też nie była
zadowolona.
-?Więc Anthony Theobald dostał to, czego chciał?
-?Nie do końca. Moja rodzina spodziewała się, że zostanę partnerem w interesach. Niestety ja miałem inne plany. Postanowiłem odejść z Industrial, odciąć się zarówno od krewnych, jak i od firmy i zamieszkać
w Bańce z Delphine. Zainspirowała mnie jej sztuka. Nabrałem przekonania,
że sam też mam nieco talentu. Dopiero po trzech miesiącach prób
zrozumiałem, że jednak nie jestem nieodkrytym geniuszem.
-?Niektórym zajmuje to całe życie.
-?Niemniej wiedziałem, że mogę pomóc Delphine. Zdecydowałem się zostać
jej agentem, specjalistą od marketingu, marszandem, jak zwał, tak zwał.
I właśnie dlatego nie paliłem się do podpisania umowy z Dravidianem.
-?Rozumiem, że Anthony Theobald nie był zadowolony z twoich posunięć.
Nie dość, że odciąłeś się od bogatej rodziny, to jeszcze popsułeś dobry
interes.
-?Owszem, dało się to wyczuć.
-?Czy myślisz, że był na tyle rozczarowany, by chcieć zabić córkę wraz z resztą rodziny?
-?Nie. Często pojawiały się między nami różnice zdań, ale wiem, że
kochał Delphine. Na pewno nie brał w tym udziału. -?Vernon Tregent
spojrzał Dreyfusowi badawczo w oczy. -?Dlaczego szuka pan innych
możliwości, skoro wszystko wskazuje na Dravidiana?
-?Po prostu chcę mieć pewność, że nic mi nie umknie. Rozumiem, że dowiem
się, jeśli coś ci przyjdzie do głowy, prawda?
-?Oczywiście. -?Nagle na twarz młodego mężczyzny wypłynął cień
podejrzliwości. -?Musiałbym jednak wiedzieć, że mogę panu zaufać.
-?Skąd ta wątpliwość?
-?Zacznijmy od tego, że nie jestem pewien, że naprawdę jest pan
prefektem. Nie wiem też, czy Ruskin-Sartorious rzeczywiście został
zniszczony. Mogli mnie na przykład porwać cyberpiraci. Nie mam dowodów,
że znajduję się w Panoplii.
-?Nie jestem w stanie ci tego udowodnić.
Vernon zastanowił się dłuższą chwilę, po czym odpowiedział:
-?Zdaję sobie sprawę. Ale wciąż nie jestem dostatecznie przekonany. Nie
usłyszałem ani nie zobaczyłem niczego rozstrzygającego.
-?Jeśli wiesz coś jeszcze, co może mi pomóc w śledztwie, powiedz teraz.
-?Chcę najpierw porozmawiać z Delphine.
-?To wykluczone. Oboje jesteście ważnymi świadkami. Nie dopuszczę,
byście mogli ustalić między sobą zeznania.
-?Kochamy się, prefekcie.
-?Kochały się wasze ludzkie odpowiedniki. To co innego.
-?Pan naprawdę w nas nie wierzy, prawda?
-?Ani ty.
-?Ale Delphine wierzy, prefekcie. I tylko to się dla mnie liczy. -?Wzrok
Vernona jakby prześwietlał rozmówcę. -?Mnie może pan zniszczyć. Ale
niech pan nie niszczy Delphine.
-?Wstrzymać wywołanie -?rzucił Dreyfus.
Gdy pokój opustoszał, prefekt wyjął spomiędzy kolan kompnotes i zaczął
porządkować informacje na temat Vernona. Korzystał przy tym ze
staroświeckiego trybu wprowadzania danych rysikiem. Lubił to. Coś jednak
powstrzymało jego rękę; coś niepokojącego, czego nie potrafił
zignorować. Wielokrotnie przesłuchiwał już symulacje poziomu beta i uważał się za obytego w kontaktach z nimi. Nigdy nie wyczuł, by za
maszyną kryła się dusza, i z pewnością nic podobnego nie miało miejsca w tym wypadku. Istniała jednak pewna różnica. Nigdy dotąd nie miał
wrażenia, że musi zdobyć zaufanie symulacji, nigdy też nie uważał, by to
zaufanie mogło mieć jakiekolwiek znaczenie.
Ludzie zwykle ufali maszynom. Ale rzadko oczekiwali, by automaty
odwzajemniały to uczucie.
-?Wywołać Delphine Ruskin-Sartorious -?rzucił.
W pokoju przesłuchań zmaterializowała się kobieta. Była wyższa od
Dreyfusa, ubrana w prostą, białą bluzkę i spodnie. Rękawy miała
podwinięte do łokci, spodnie sięgały jej nieco za kolana. Na stopach
nosiła płaskie, jasne pantofle. Ręce splotła na piersi. Oparła się na
jednej nodze, stanęła lekko przechylona, jakby czekała na coś, co ma się
zaraz wydarzyć. Na jej nadgarstkach połyskiwały srebrne bransoletki,
poza nimi nie miała żadnych ozdób. Twarz symulacji była owalna i przeciętna, lecz nie brzydka. Zwyczajne, lekko zaznaczone rysy.
Kosmetyków nie używała. Blade oczy lśniły morską zielenią. Włosy
zaczesała do tyłu i przewiązała jakąś zaplamioną szmatką. Wzdłuż
policzka spływało kilka niesfornych, wijących się kosmyków.
-?Delphine? -?odezwał się Dreyfus.
-?Tak. Gdzie jestem?
-?W Panoplii. Obawiam się, że mam bardzo złe wiadomości. Habitat
Ruskin-Sartorious został zniszczony.
Delphine skinęła głową, jakby w skrytości ducha obawiała się, że właśnie
to usłyszy.
-?Pytałam pańską koleżankę o Vernona. Nie powiedziała mi ani słowa, ale
co nieco wyczytałam między wierszami. Domyśliłam się, że stało się coś
złego. Czy Vernon...?
-?Vernon nie żyje. Wszyscy inni także. Przykro mi. Udało nam się jednak
odzyskać jego poziom beta.
Na moment przymknęła oczy.
-?Chcę z nim porozmawiać.
-?To niemożliwe. -?Jakiś impuls sprawił, że Dreyfus dodał: -
Przynajmniej nie w tej chwili. Może później. Najpierw muszę porozmawiać
z tobą sam na sam. To, co stało się z Bańką, nie wygląda na wypadek.
Jeśli się nie mylę, była to jedna z najstraszliwszych zbrodni od czasów
Osiemdziesięciu. Mam zamiar sprawić, by sprawiedliwości stało się
zadość. I potrzebuję do tego pełnej współpracy wszystkich ocalałych
świadków.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki