Rozdział 1. MARYLA RODOWICZ Remedium na bal zwany życiem
Rozdział 1
Ponad pół wieku kariery i zawsze na topie. Maryla Rodowicz wielokrotnie
zmieniała styl i wizerunek sceniczny, ale zawsze należała do czołówki
polskich wykonawców muzyki pop. Nie zaszkodził jej też przydomek
"Madonna RWPG", który nadała jej kiedyś Agnieszka Osiecka, gdyż Rodowicz
faktycznie była jedną z największych gwiazd bloku wschodniego. Zmieniały
się pokolenia, pojawiali się nowi słuchacze i wykonawcy, a pani Maryla
wciąż znakomicie prosperuje i nie można sobie wyobrazić bez niej
polskiej sceny muzycznej.
Lekkoatletyka i gitara
Lekkoatletyka i gitara
Niewiele brakowało, by Maria Antonina Rodowicz zdobyła sławę nie w dziedzinie muzyki rozrywkowej, lecz w sporcie. Jako studentka stołecznej
Akademii Wychowania Fizycznego specjalizowała się w sprintach i zapowiadała na znakomitą lekkoatletkę. Jeszcze podczas nauki w liceum we
Włocławku osiągnęła szósty wynik w skoku w dal w gronie juniorek z województwa, natomiast w biegu na 80 metrów legitymowała się czwartym
czasem. Co więcej, była to klasyfikacja seniorska, co dobrze rokowało na
przyszłość.
Sukcesy lekkoatletyczne odnosiła także w biegach sztafetowych, czego
dowodem był złoty medal mistrzostw Polski w kategorii młodziczek w 1962
roku. Ale najbardziej pasjonował ją śpiew. Chociaż gdy zakwalifikowała
się do finału I Festiwalu Młodych Talentów w Szczecinie i okazało się,
że termin finału koliduje z mistrzostwami Polski w Olsztynie, postawiła
jednak na sport. Po latach tłumaczyła, że nie mogła zawieść koleżanek,
gdyż sztafeta jest przecież dyscypliną kolektywną. Tym bardziej że
biegła na decydującej, ostatniej zmianie.
"Lojalność jest dla mnie bardzo ważna - wyjaśniała. - Ale przez to, że
wtedy nie startowałam w Złotej Dziesiątce, mój debiut przesunął się na
Studencki Festiwal Piosenki w 1967 roku w Krakowie, który wygrałam. I od
tego roku liczę swój debiut"1.
Studenccy pieśniarze nie mieli jednak najłatwiejszego życia, gdyż -
podobnie jak innych muzyków - obowiązywały ich przepisy prawne
sformułowane zgodnie z zasadą, że talent i uznanie widzów nie mają
większego znaczenia, lecz ważny jest odpowiedni dokument. W ten sposób
niejeden zdolny muzyk nigdy nie zrobił kariery, do jakiej był
predysponowany, gdyż nie otrzymał aprobaty komisji kwalifikującej.
Maryla miała jednak szczęście - regularnie grywała w klubach
studenckich, a szczególnie w Relaksie na AWF-ie.
"W weekendy od siedemnastej grał tam zespół do tańca - wspominała po
latach. - Te zespoły studenckie były bardzo popularne i było ich dużo.
Pamiętam, musieliśmy zrobić weryfikację. Odbywała się w klubie Karuzela
na Jelonkach, gdzie po prostu była komisja".
Dzięki zdanemu egzaminowi Maryla otrzymywała wynagrodzenie za występy,
jednak trzeba przyznać, że nie było ono specjalnie wysokie. Dostawała
bowiem 70 złotych za wieczór, a średnia krajowa wynosiła wówczas nieco
ponad 2 tysiące złotych miesięcznie. Jednak dla studenckiej kieszeni był
to pewien zastrzyk finansowy, tym bardziej że z powodów losowych
Rodowicz niebawem musiała zrezygnować ze sportu.
"Doznałam zwichnięcia stawu barkowego w wypadku na sali gimnastycznej -
tłumaczyła. - Ta kontuzja wręcz wyeliminowała mnie z dalszych studiów na
AWF-ie. Nie skorzystałam z propozycji przejścia na drugi rok biologii.
Rok był stracony, bo urlop dziekański i po operacji rehabilitacja w Konstancinie"2.
Powróciła jednak na bielańską uczelnię, chociaż w międzyczasie dostała
propozycję podjęcia studiów na drugim roku stołecznej Państwowej Wyższej
Szkoły Teatralnej. Złożył ją osobiście prorektor Kazimierz Rudzki, który
był przewodniczącym jury na Studenckim Festiwalu Piosenki i miał okazję
osobiście przyjrzeć się talentowi estradowemu Rodowicz.
W Krakowie w pobitym polu pozostawiła wtedy nawet Marka Grechutę z Anawą, którzy wykonywali wówczas Serce i Tango Anawa. Pani Maryla
była już jednak zjawiskiem unikalnym na polskiej scenie muzycznej,
proponując coś zupełnie odmiennego niż reszta wykonawców. Były to covery
amerykańskich przebojów folkowych wykonywane z dwójką gitarzystów. W tę
stronę skierował wokalistkę Wojciech Młynarski, który dostrzegł jej
niezwykłe możliwości. W jej repertuarze znalazły się więc Blowin' in
the Wind Boba Dylana i We Shall Overcome tria Peter, Paul & Mary.
Dużą rolę odgrywały również polskie teksty idealnie wpisujące się w stylistykę utworów.
"Był 1969 rok - wspominała Katarzyna Gaertner. - Ktoś mi powiedział, że
na AWF-ie jest jakaś zwariowana dziewczyna, która nieźle śpiewa.
Pojechałam tam i zaraz ją znalazłam. Siedziała na schodach, boso, z gitarą i śpiewała. Coś tam pluskała na gitarze i śpiewała. Popatrzyłam -
fajna. Hipiska. To dobrze rokowało na przyszłość"3.
Rodowicz pierwszy raz w Opolu pojawiła się w 1968 roku, jednak nie
odniosła wówczas sukcesu. Inna sprawa, że utwór, który wykonywała,
kompletnie jej nie pasował.
"Przydzielili mi piosenkę Co ludzie powiedzą? z muzyką Adama
Sławińskiego na trzy czwarte. Co prawda z tekstem Agnieszki Osieckiej,
ale jak dla mnie o siedmiu zbójach. I jeszcze aranż zrobili na
orkiestrę! W ogóle tego nie czułam. Wyszłam tam jako debiutantka, z tyłu
siedziała orkiestra, koncert o czwartej po południu, słońce świeci
prosto w oczy, a ja śpiewam, że niosą dziewczyny zielone
wiosła"4.
Podczas tego samego festiwalu bardziej doceniono Marka Grechutę, którego
Rodowicz pokonała rok wcześniej w Krakowie. Dostał Nagrodę Dziennikarzy,
ale wykonywał utwór z własnego repertuaru, a nie cudzy, przydzielony z rozdzielnika. Jednak już rok później Maryla dostała w Opolu wyróżnienie,
dzięki czemu trafiła na festiwal w Sopocie.
"To było naprawdę coś, to było okno na świat - wspominała. - Zaśpiewałam
piosenkę Mówiły mu, wystąpiłam w mini ze srebrnych blaszek, które
naszywała moja mama. W jury siedzieli wtedy dziennikarz z Radia
Luxembourg Alan Freeman i Robert Kingston z Londynu. Zaprosili mnie na
nagranie singla, właśnie Mówiły mu. Nie wiedziałam, że to odniosło tak
wielki sukces, bo mieszkałam wtedy w Pradze, w Czechach. Gdy spotkałam
na ulicy czeskiego dziennikarza, powiedział: "Wiesz co, twoja piosenka
Mówiły mu jest na liście przebojów Radia Luxembourg już przez 16
tygodni". Nie wiedziałam".
Oczywiście śpiewała piosenki po angielsku, gdyż polskimi tekstami nikt
się nie interesował. Ostatecznie nawet Abba odniosła sukces, gdy
pojawiły się anglojęzyczne wersje ich piosenek. Inna sprawa, że być może
kariera Rodowicz potoczyłaby się zupełnie inaczej, gdyby z powodów
uczuciowych artystka nie trafiła do Pragi. Wprawdzie nad Wełtawą zdobyła
znaczną popularność, nagrywając w miejscowym języku, ale o karierze na
Zachodzie mogła zapomnieć.
Zemsta po czesku
Zemsta po czesku
Partnerem życiowym Rodowicz był początkowo basista jej zespołu, Grzegorz
Pietrzyk. Związek ten nie miał jednak przyszłości - Rodowicz była
atrakcyjną dziewczyną, do tego zapowiadała się na gwiazdę i nie
narzekała na brak adoratorów. A dla jednego z nich, menedżera czeskiej
grupy The Rebels, zupełnie straciła głowę. Rozstała się zatem z Pietrzykiem, ale ten jeszcze przez pewien czas grał w jej zespole, co
nie było najlepszym rozwiązaniem5.
The Rebels byli grupą rockową grającą anglosaskie standardy spod znaku
Cream oraz The Mamas and the Papas. Na basie grał tam Jiří Korn, znany
później z kariery solowej, natomiast menedżerem zespołu był František
Janeček. Bardzo przystojny, "wysoki, dobrze ubrany, pachnący dobrymi
kosmetykami" i palący wyłącznie zachodnie papierosy.
"Na tle wszystkich moich managerów - wspominała pani Maryla - z jakimi
przyszło mi przez lata pracować, František pozostaje nie do pobicia.
Reszta to organizatorzy. Franek umiał kreować i był prawdziwym
producentem. Umiał poprowadzić artystę, wytyczać mu drogę, rozumiał
znaczenie reklamy i dbał o nią jak nikt. Oczywiście spieraliśmy się
często o wartości artystyczne różnych przedsięwzięć. Franek był bardzo
komercyjny, wielokrotnie się z nim nie zgadzałam i forsowałam swoje
pomysły, ale i tak zrobił dla mnie dużo"6.
František był o rok starszy od Maryli, ale miał już bogatą przeszłość i spore doświadczenie. Do zajęcia się muzyką zachęcił go ojciec, zapalony
akordeonista. Po ukończeniu szkoły średniej František przeniósł się do
Pragi, gdzie studiował biologię i chemię, by wreszcie zapałać miłością
do prawa (uzyskał nawet doktorat). Jednak już wówczas wiedział, że jego
przeznaczeniem jest muzyka. Zespół The Rebels był jego pierwszym
poważnym projektem.
"(...) zaczęliśmy jeździć do Polski - wspominał po latach. - Tam było
całkiem odwrotnie w porównaniu do znormalizowanej Czechosłowacji,
wszystko nowoczesne, otwarte, egzystował tam sektor prywatny,
funkcjonowali managerowie. Jednak w 1971 Jirka Korn odszedł do Olympicu
i zespół Rebels rozpadł się"7.
Maryla jeździła jako suport zespołu w trasy koncertowe z Czechami.
Szybko nauczyła się języka i niebawem prowadziła już konferansjerkę po
czesku. Nad Wełtawą zdobyła swoją publiczność, co można uznać za sukces,
biorąc pod uwagę antypolskie nastroje panujące tam po stłumieniu
Praskiej Wiosny. František został jej partnerem życiowym i dziewczyna na
stałe przeniosła się do Pragi. Wprawdzie pewien kłopot sprawiała
obecność Grzegorza w zespole Maryli, ale Janeček rozwiązał to we
właściwy sobie sposób.
"[Pietrzyk] był nie tylko zazdrosny - opowiadała Maryla - lecz także
dość złośliwy, to kiedy pojawiał się Franio, dochodziło między nimi do
scysji. Pamiętam Wielkanoc w Zakopanem. Przyjechała też moja mama ze
swoim mężem, żeby tu spędzić ze mną choć jeden dzień. Z Czech dojechał
Franio. Znowu spiął się z moim byłym i namówił technicznego, niejakiego
Elephanta, żeby spuścił Grzegorzowi łomot"8.
Po rozpadzie The Rebels František stworzył Steps (Kroky). Miał być to
zespół zrzeszający różnych wokalistów, a czołowe miejsce przeznaczył w nim dla Maryli. Przedsięwzięcie jednak się nie udało, gdyż wokalistka
odczuwała już zmęczenie związkiem z Janečkiem. Zapewne duży wpływ miały
na to sukcesy odnoszone w ojczyźnie.
Pani Maryla nigdy bowiem nie zaniedbywała polskiego rynku. Pasmo jej
sukcesów rozpoczęło się w 1970 roku na festiwalu w Opolu, gdzie
zaprezentowała Jadą wozy kolorowe. Przez kolejne cztery lata zawsze
wyjeżdżała z Opola z nagrodą, występowała również na wszelkiego rodzaju
festiwalach we wschodniej Europie (Bratysława, Słoneczny Brzeg, Split).
Oczywiście nie mogło jej również zabraknąć w Kołobrzegu - udział w Festiwalu Piosenki Żołnierskiej był bowiem obowiązkiem każdego polskiego
artysty.
Wprawdzie Rodowicz umiejętnie dzieliła czas między Czechy i Polskę, ale
podjęła już decyzję o zerwaniu.
"Na początku to ja zabiegałam o jego względy - przyznawała wokalistka -
czekałam godzinami na telefon z Pragi, godziłam się na jego humory,
awantury. Kiedy poczułam się tym wszystkim zmęczona, sytuacja się
odwróciła, a ja zaczęłam coraz częściej wymykać do Warszawy. Każdy
pretekst był dobry: nagrania, telewizja, zdjęcia"9.
Zemsta Františka była bardzo wyrafinowana. Maryla rozstała się z nim tuż
przed festiwalem w Sopocie w 1973 roku, gdzie zaprezentowała słynną
Małgośkę Katarzyny Gaertner ze słowami Agnieszki Osieckiej. Z konieczności pojawiła się na scenie z dwoma czeskimi muzykami, z których
jeden grał na gitarze, a drugi na kiju perkusyjnym. Natomiast sama
Maryla akompaniowała sobie na 12-strunowej gitarze.
Czesi byli dobrymi kolegami Františka i zrobili wiele, by popsuć występ
Maryli. Oglądając relację z festiwalu, trudno ukryć zdziwienie na widok
perkusisty, który tłucze kijem na prawo i lewo, wydając przy tym odgłosy
zbliżone do jodłowania (do mikrofonu!). Gitarzysta również czasami nie
trafiał we właściwe akordy i cały występ sprawia bardzo dziwne wrażenie.
Ale Rodowicz zdobyła główną nagrodę - jej talent wraz ze znakomitą
piosenką okazały się wystarczające.
"Pracowałem dla niej przez kilka lat jako dyrektor artystyczny -
wspominał Janeček Marylę. - Udało mi się wtedy z polskiej gwiazdy zrobić
i czeską gwiazdę. Byliśmy jednak zawieszeni pomiędzy dwoma krajami, a ona jako Polka chyba nie chciała dopuścić do tego, aby pozostać na stałe
w Czechach. (...) Dlatego jeździliśmy często do Polski. Dobrze nam
płacili, a tam była jednak większa wolność niż w Czechosłowacji, dla nas
to był Zachód"10.
Nie zmienia to jednak faktu, że Janeček okazał się osobnikiem całkowicie
bez klasy. Po rozstaniu odebrał Maryli wszystkie prezenty, które
wcześniej jej ofiarował, łącznie z żółtym fiatem 850 sport, z którego
była bardzo dumna. Z czasem jednak wzajemne żale minęły i dzisiaj dawni
kochankowie utrzymują ze sobą dobre kontakty.
Małgośka
Małgośka
Maryla Rodowicz nagrała wręcz nieprawdopodobną liczbę przebojów, a kilka
jej piosenek jest znanych każdemu Polakowi właściwie od urodzenia.
Należy do nich wspomniana Małgośka, która jednak czekała na swoją
premierę przez kilka miesięcy. Pani Maryla przebywała bowiem w Czechach,
ale kompozytorka Katarzyna Gaertner doskonale wiedziała, że Rodowicz
jest stworzona do tego rodzaju repertuaru.
Gaertner współpracowała już wcześniej z Agnieszką Osiecką, co oznaczało,
że gdy dołączyła do nich Rodowicz, powstało znakomite trio, które
niebawem mocno zamieszało na krajowym rynku muzycznym. Chociaż pierwszy
duży opolski hit Maryli Jadą wozy kolorowe był innego autorstwa,
później jednak nadszedł czas współpracy z Gaertner i Osiecką, a panie
przyjęły bardzo specyficzny styl pracy.
"(...) przyjeżdżałam do Kasi Gaertner - tłumaczyła Maryla - która
mieszkała na Kole w drewnianym domku. Stał tam fortepian. Ja
przyjeżdżałam z gitarą. Najpierw jadłyśmy śniadanie, które trwało i trwało. Bo Kasia była znana z tego, że robi przetwory. Czyli wystawiała
konfitury, jakieś miody i bardzo długo gadałyśmy i jadłyśmy to
śniadanie. Potem grałyśmy do upadłego - ona na fortepianie, ja na
gitarze - i w ten sposób powstało bardzo dużo piosenek".
Gdy jednak Gaertner i Osiecka napisały Małgośkę, Maryla - mimo
naglących wezwań - nie mogła pojawić się w Polsce. Szczególnie irytowało
to Osiecką, która nigdy nie należała do osób zbytnio cierpliwych. Jeśli
była pewna, że właśnie współtworzy potencjalny hit, chciała, by został
nagrany natychmiast. Piosenka miała jak najszybciej trafić na antenę
radiową oraz być prezentowana na estradzie.
Rodowicz pojawiła się w Polsce dopiero po trzech miesiącach, a w międzyczasie Gaertner znacznie skróciła tekst Osieckiej. Wiedziała
wprawdzie, że jest znakomity, ale uznała, iż krótszy przekaz zapewni
lepszy efekt. Z pierwotnej wersji została zaledwie połowa, a Rodowicz
"specjalnie wybrała taką tonację, żeby tam zachrypieć w górze". Udało
jej się to znakomicie, do czego dopingowała ją zresztą Gaertner,
tłumacząc, że musi śpiewać, jakby była "jakimś zapijaczonym, zaćpanym
bluesmanem", który "właśnie wychodzi z knajpy".
Inna sprawa, że niewiele zresztą brakowało, by studyjna rejestracja
Małgośki zakończyła się totalną klapą. Andrzej Korzyński zaaranżował
bowiem piosenkę zupełnie inaczej i niezgodnie z intencją twórczyń.
"Mówię do niego - wspominała Gaertner - "Andrzej, to nie tak ma być. Nie
ten rytm, przepraszam. Ma być tak". I ten rytm gram od razu. Sekcja to
złapała. (...) Niewiele by z tej piosenki było, gdybyśmy ją nagrali w innym rytmie niż ten mój. Anioł mnie jakiś prowadził i zdążyłam to
poprawić"11.
Małgośka odniosła ogromny sukces, o czym zadecydowały nie tylko
chwytliwa melodia i znakomita aranżacja, lecz także tekst Osieckiej,
który dużo zyskał po korektach Gaertner. Jak bowiem wiadomo, historie o nieszczęśliwej młodzieńczej miłości (szczególnie na wiosnę) zawsze
cieszyły się większą popularnością niż opowieści o spełnionym uczuciu
zakończonym ślubem. A Rodowicz faktycznie była stworzona do tego rodzaju
repertuaru.
"Mańka szła jak czołg - kontynuowała Gaertner - jak burza. Ona zawsze
wiedziała swoje, wiedziała, co robi. Mańka ma w sobie niezaprzeczalną
siłę, która bije wszystko i wszystkich, a zwłaszcza ten cały świat
idiotyczny oparty na coverach. Ona ma repertuar i trzyma fason"12.
Triumf w Sopocie miał też wymiar wizerunkowy, gdyż Maryla wystąpiła w rozszerzanej sukience bananówie z napisami "Małgośka". Tego rodzaju krój
natychmiast stał się modny i już wkrótce podobnie ubierały się w Polsce
tysiące dziewcząt i młodych kobiet.
"Materiał powstał w fabryce jedwabiu w Milanówku - wyjaśniała Maryla. -
Pojechałam do tych pań. Sukienkę zaprojektował Rafał Olbiński, czyli
słynny malarz. Narysował ją i te panie według jego projektu utkały mi
kupon jedwabiu. Z tego była uszyta sukienka".
Do bananówy doszły jeszcze białe buty, które wykonał na zamówienie
pewien szewc z Łodzi. Podeszwa była z drewna, a na wierzch piosenkarka
"dała oryginalny haft łowicki".
Nie zmienia to faktu, że sopocki sukces zbiegł się z kolejnymi -
delikatnie mówiąc - komplikacjami w życiu osobistym Rodowicz. Była
wówczas związana z fotografem Krzysztofem Gierałtowskim i mieszkała w jego kawalerce. Jednak po kilku tygodniach podjęła decyzję o rozstaniu.
Fotograf nie przyjął tego do wiadomości i miał się zemścić podczas
festiwalu.
"(...) naopowiadał innym fotografom, że ma wyłączność na robienie mi zdjęć
- wspominała Rodowicz. - I chociaż w Sopocie osiągnęłam megasukces, to z tego festiwalu mam chyba tylko jedno zdjęcie! Po koncercie, na
uroczystym bankiecie wręczono mi kopertę, którą dałam mu do potrzymania.
Oczywiście mi jej nie oddał... W nocy oświadczyłam mu, że z nami koniec.
Mieszkaliśmy w Grand Hotelu - w pokoju były dwa łóżka: on leżał goły na
jednym, ja na drugim. Kiedy usłyszał, że z nim zrywam, powiedział: "Tak?
To ja ci nie oddam twoich rzeczy". Zobaczyłam na stole kluczyki do jego
fiata, zerwałam się z łóżka, złapałam za te kluczyki i wyleciałam na
korytarz. On za mną. Scena, o której marzyłby teraz "Pudelek". Chociaż
to była noc, zobaczyłam na korytarzu pokojową i schowałam się we wnękę
drzwiową. Na pewno mnie widziała i musiała być w szoku: Jezuu, goła
Rodowicz biega po hotelu!"13.
Małgośkę nadal można usłyszeć na koncertach, a w 2005 roku została
uznana za przebój 80-lecia Polskiego Radia. Co ciekawe, Gaertner
wprawdzie zachowała prawa do tej kompozycji, lecz nie do wersji Maryli.
I gdy chciała umieścić piosenkę na swojej składankowej płycie, którą
miało wydać Polskie Radio, okazało się, że nie jest to możliwe.
"Oczywiście chciałam, żeby na niej znalazła się Małgośka - opowiadała
Gaertner. - Maryla była wtedy w Universalu. Zadzwoniłam więc do
Universalu, odebrała telefon Katarzyna Kanclerz. Powiedziała tak: "Chce
pani Małgośkę Maryli mieć na swojej płycie, a kto wydaje?".
Odpowiedziałam, że Polskie Radio. Ona na to: "To będzie bardzo drogo
kosztowało. Oni nie mają takich pieniędzy. Pani też nie ma". Prawie się
rozpłakałam i tłumaczę głupio, że przecież to jest moje nagranie, że
wiele lat życia poświęciłam Maryli (...). Pani Kanclerz bardzo niemiłym
głosem, by mnie spławić, szybko odpaliła: "To niech pani sobie drugiej
takiej poszuka""14.
Ostatecznie pojawiła się nowa wersja piosenki wykonywana przez Ewę
Szwajlik z udziałem muzyków z zespołów Ira i Max Klezmer Band. Trafiła
nawet na radiową Listę Przebojów Programu Trzeciego, ale po trzech
tygodniach została jednak wycofana z anteny. Być może pod wpływem
nacisków Universalu.
Na tym jednak nie zakończyła się historia coverów słynnego hitu, co
bardzo zaskoczyło Gaertner:
"Siedzę sobie na widowni w bardzo dużym amfiteatrze w Opolu, nie będę
ukrywać - na koncercie Maryli. I nagle wyskakuje Petrus i śpiewa facet
Małgośkę. Lubię ten zespół, znam ich dobrze. Ale mówię: "Jak to jest,
facet śpiewa 'Małgośka, mówią mi, on niewart jednej łzy'? Ale słyszę:
"Tak się dzisiaj śpiewa, dzisiaj wszystko można"".
Gaertner uważała się jednak za tradycjonalistkę i niezbyt odpowiadało
jej takie wykonanie. Niebawem zresztą dostała umowę na korektę utworu,
tak by Dawid Podsiadło mógł ją zaśpiewać w wersji męskiej. Gdy wokalista
zrejestrował utwór, Gaertner uznała nagranie za piosenkę "pierwszej
klasy". W 2021 roku wersja ta pojawiła się na płycie Męskie granie.
Podsiadle towarzyszyli Daria Zawiałow i Vito Bambino. Nosiła wówczas
tytuł Mateusz.
"Szkoda mi jednej rzeczy - podsumowywała Gaertner. - Że nie było ręki
Agnieszki. Ponieważ zrobił piosenkę "Mateusz, mówią mi, ona nie jest
warta jednej łzy", nie ma tego pędu, nie ma tej energii. Bo tych słów
nie można upchnąć. Ona by to przekręciła na męską wersję w jedną
sekundę".
Zirytował ją natomiast sposób przedstawienia procesu powstawania
piosenki w serialu Osiecka (2020 rok). Stwierdziła nawet, że "było
to kłamliwe, niepotrzebne, nieprawdziwe".
"Jeszcze papierocha wsadzili mi do ust - oburzała się. - Gram jak stary
taper na pianinie u Agnieszki i w kąciku ust wisi mi papieros. Tragedia.
Za coś takiego w Ameryce oberwaliby finansowo. Ale chodzi o to, że ta
piosenka wcale nie powstała tak, jak to pokazali w filmie. Ani przy
Osieckiej, ani ja nie gram na fortepianie, gdy komponuję, ani Maryla nie
potrzebowała mikrofonu do śpiewania, ani Agnieszka papieru. Bo tekst
mogła napisać na zwykłej serwetce".
Nie było to zresztą jedyne przeinaczenie twórców serialu, którzy bardzo
swobodnie potraktowali biografię Osieckiej, a przy okazji także osoby z nią związane. Wyolbrzymiono epizody bez większego znaczenia, zaś inne
całkowicie pominięto. Uznano bowiem, że liczyły się głośne nazwiska
sprzed lat, a nie rzeczywisty przebieg wydarzeń.
Słynny triumwirat współpracował przez wiele lat, co nie oznacza, że
obywało się bez sporów. Maryla nie jest bowiem osobą, której można coś
narzucić, zawsze miała swoje zdanie i z reguły podejmowała słuszne
decyzje. Nawet jeżeli pod tym względem różniła się od Gaertner i Osieckiej:
"Agnieszka napisała trzy piosenki na festiwal w Sopocie, specjalnie dla
Maryli. Na pierwszy strzał poszła Małgośka, oczywiście bardzo się
udała, od razu było wiadomo, że to będzie fajna piosenka. Druga to był
Diabeł i raj. Ale Maryla swoje! Powiedziała: "Ja tego tekstu nie będę
śpiewać". I Agnieszka musiała napisać tekst o Marylce. Było przecież
"Marylka, co ma niewinność motylka". Trzeci numer napisałam Marylce do
prześlicznej ballady Agnieszki. A Maryla mówi: "Nie, nie, to jakaś
wykombinowana muzyka, to nie będzie przebojem"".
Oczywiście Rodowicz była twarzą i siłą triumwiratu, ale Gaertner i Osiecka stanowiły "drużynę tylną". Pani Katarzyna zawsze twierdziła, że
najważniejsze, by rozumiały się dusze. Miało to nieco przypominać
kontakty z mężczyznami, gdyż "jeżeli nie czuło się duszy faceta, w ogóle
nie było sensu się z nim wiązać". Wtedy należało się z takiego związku
jak najszybciej "wymiksować". Natomiast jeżeli udało się odnaleźć
bratnią duszę, życie mogło się zmienić w prawdziwą bajkę.
Kolorowe jarmarki
Kolorowe jarmarki
Rodowicz przejawiała wręcz nieprawdopodobny talent do subiektywnej
interpretacji utworów znanych już z wykonania innych artystów. Z reguły
też osiągała sukces znacznie większy niż poprzednicy, gdyż prezentowała
te piosenki w zupełnie innym stylu, akcentując w nich to, co
najważniejsze. Całość dopełniał sceniczny, niezwykle oryginalny image
Maryli.
Tak było z Kolorowymi jarmarkami Janusza Laskowskiego (twórca słynnej
Beaty z Albatrosa), które przyniosły mu uznanie wśród szerokich rzesz
telewidzów i radiosłuchaczy. Historia powstania tej piosenki jest
niezwykła, gdyż nikt - łącznie z jej autorami - nie spodziewał się, że
tworzą aż tak wielki przebój. Zaczęło się od przypadkowego spotkania
dziennikarza i autora tekstów Ryszarda Ulickiego z Laskowskim. Ulicki
nie przepadał za twórczością pana Janusza, zmienił jednak zdanie, gdy
obejrzał jego koncert w Koszalinie, gdzie występował wraz z Trubadurami.
Gdy miesiąc później panowie spotkali się w rozgłośni radiowej, Ulicki na
poczekaniu napisał tekst Kolorowych jarmarków i wręczył go
Laskowskiemu.
"Jechałem nocnym pociągiem do Białegostoku - wspominał muzyk w rozmowie
z Adamem Halberem. - W przedziale byłem sam. Wyjąłem gitarę i po cichu,
aby nie przeszkadzać podróżnym, zacząłem komponować melodię. Zanotowałem
pierwszą zwrotkę, doszedłem do refrenu, ale go nie skończyłem. Położyłem
się spać. Po powrocie do domu tekst schowałem do biurka i na długi czas
o nim zapomniałem"15.
Świadkiem rozmów Ulickiego i Laskowskiego był członek Trubadurów,
Ryszard Poznakowski, który wspomniał o piosence dyrektorowi
artystycznemu festiwalu opolskiego, Jonaszowi Kofcie. Laskowskiego
zaproszono na przesłuchanie. Wykonał zatem nieukończoną piosenkę (bez
refrenu!), co wystarczyło, by mimo wszystko zakwalifikować się do
udziału w festiwalu.
Utwór zaprezentowany na estradzie opolskiego festiwalu wywołał wielkie
emocje. Wprawdzie publiczność przyjęła go niezwykle gorąco, ale komisja
konkursowa była innego zdania. Jej członek, krytyk muzyczny Andrzej
Wróblewski, przyznał Kolorowym jarmarkom zero punktów. Co więcej -
wstał ze swojego miejsca i tabliczkę z tą liczbą zaprezentował widzom i kamerom telewizyjnym. Nie zaszkodziło to jednak Laskowskiemu - dostał
Nagrodę Dziennikarzy i Nagrodę Publiczności.
Piosenką zachwyciła się również obecna na festiwalu Maryla Rodowicz.
Szybko doszła do porozumienia z autorami utworu i jeszcze w tym samym
roku zaprezentowała go na festiwalu w Sopocie. Nawiązując do tekstu
piosenki, zrobiła to w sposób jarmarczno-cyrkowy.
"Pomyślałam sobie - wspominała - że gdybym ja to zaśpiewała, zrobiłabym
z siebie takiego człowieka orkiestrę, który gra na ulicy. Czyli bęben na
plecach, papuga na ramieniu. Gołębie siedziały w klatce, którą trzymał
pomalowany mim. Nie było to takie proste. Ostatecznie szlif dał Adaś
Galas, który był wtedy moim technicznym - zawsze bardzo kreatywny,
bardzo wesoły i bardzo dowcipny".
Występ wzbudził zachwyt widzów, Maryla zdobyła Nagrodę Publiczności, a piosenka stała się ogromnym przebojem. Tym bardziej że Rodowicz wytrwale
lansowała utwór, który szczególnym powodzeniem cieszył się na terenie
Związku Radzieckiego, gdzie jego wersję nagrał Walery Leontiew.
Problemy z Remedium
Problemy z Remedium
Pani Maryla nie ograniczała się wyłącznie do współpracy z Gaertner, a muzykę pisali dla niej także Jacek Mikuła (Sing-Sing, Damą być) oraz
Seweryn Krajewski. Szczególnie współpraca z liderem Czerwonych Gitar
była niezwykle owocna, chociaż trzeba przyznać, że przybrała dość
specyficzną formę.
"Bardzo lubiłam przyjeżdżać do Seweryna - potwierdzała wokalistka -
zawsze siedziałam tam przez wiele godzin. Seweryn brał gitarkę i tak
plumkał, śpiewał różne fragmenty. Pytałam: "Co to jest? Jakie to fajne".
A on mówi: "Zaraz coś ci puszczę. Ty będziesz wybierała utwory: ten,
ten, ten. A ja ci to nagram na kasetę". Zawsze wyjeżdżałam od niego z kasetą pełną fajnych rybek, fragmentów melodii, które napisał. W ten
sposób miałam bardzo bogaty repertuar z muzyką Seweryna".
Jedną z najważniejszych kompozycji Krajewskiego napisanych dla Maryli
jest Remedium, bardziej znane pod tytułem Wsiąść do pociągu byle
jakiego. Tekst napisała początkująca wówczas poetka, Magda Czapińska,
którą poleciła Agnieszka Osiecka. Uczciwie trzeba jednak przyznać, że
niewiele brakowało, by piosenka nigdy nie powstała, gdyż tekst
Czapińskiej zgubił się zarówno Rodowicz, jak i Krajewskiemu. Maryli
wpadł za łóżko, gdzie spokojnie przeleżał przez kilka miesięcy, zanim
dostarczyła go Sewerynowi. Ten potraktował go niewiele lepiej.
"Fajny, zgrabny tekst - wspominał Krajewski - ale co... na pianinie tak
leżał, leżał. Spadł mi później za pianino. Nie wiem... Wiatr zrobiłem,
przechodząc, przeciąg. I zapomniałem. Tak minęło pół roku. Odezwała się
Maryla: "Seweryn, co tam? Dałam ci taki tekst". "Aaa... Próbowałem,
oczywiście, wcześniej, siadłem i nic. Nie wychodziło mi to w ogóle".
Szukałem tego tekstu, znalazłem za pianinem, bo tam się schował.
Położyłem na pianino i z miejsca napisałem tę piosenkę. Powtórzyłem
sobie tylko: tekst, budowa - i bum, poszło. Tak to właśnie jest. Tak to
powinno być. To jest najlepsze, co może być".
Remedium przez wiele lat otwierało koncerty Rodowicz, budując
odpowiednią atmosferę, gdyż widzowie śpiewali razem z wokalistką.
Czapińska napisała także Święty spokój (Leżę pod gruszą) oraz Z sufitu. Nie zmienia to jednak faktu, że gdy dostarczyła W moim
magicznym domu, Rodowicz nie była zainteresowana, gdyż nie czuła tego
tekstu. Po latach przyznała, że zawiodła ją wówczas intuicja. Piosenkę
śpiewała później z ogromnym powodzeniem Hanna Banaszak, natomiast
autorem muzyki był Janusz Strobel.
Remedium wykonywały także Czerwone Gitary, ale piosenka na zawsze
została przypisana Maryli. To ona odniosła z nią ogromny sukces, a - jak
wiadomo - dla fanów liczy się przede wszystkim wykonawca, natomiast
autorzy schodzą na dalszy plan.
Pomiędzy Breżniewem a Fidelem
Pomiędzy Breżniewem
a Fidelem
Życie artysty estradowego to ciągłe wędrówki i Maryla nie była pod tym
względem wyjątkiem. Za granicę zaczęła wyjeżdżać już na samym początku
kariery, a jedną z pierwszych była podróż do Soczi na Festiwal Piosenki
Politycznej (!). Z perspektywy lat może się to wydawać przejawem
skrajnego oportunizmu, ale tak postępowali praktycznie wszyscy. Chętnych
do kontestacji brakowało, gdyż w przypadku odmowy udziału w takiej
imprezie artysta w zasadzie mógł sobie poszukać innego zajęcia. Kariera
wymagała kompromisów i nikt nie zamierzał zdobywać się na opozycyjne
gesty.
Maryla do dzisiaj z sentymentem wspomina pobyt w Soczi. Inna sprawa, że
organizatorzy dołożyli wszelkich starań, by zaproszeni goście wywieźli z festiwalu jak najlepsze wrażenia.
"To był tydzień zabawy. Zorganizowali nam czas tak, by pokazać, że jest
wesoło i wszyscy się bratamy. Wywieźli nas kiedyś do lasu, a tam stoliki
z pni, na drewnianych stołach jedzenie... i nagle pojawia się niedźwiedź,
który dla nas tańczy. W ciągu dnia też jakieś atrakcje. No i do tego
nagroda. Dobrze się tam czułam. Poznałam też sporo fajnych, młodych
ludzi"16.
Maryla dostała nagrodę za piosenkę Żyj mój świecie, której tekst
faktycznie można uznać za pacyfistyczny. Utwór nie był jednak tak
zaangażowany jak prezentacje innych wykonawców niczym rodem z komsomolskiej czytanki.
"Wygrała piosenka o sztandarze socjalizmu, patetyczna - oczywiście
tutejsza - pisała Maryla do matki. - Drugie miejsce - piosenka bułgarska
o Wietnamczyku, któremu mina urwała trzy palce (...), trzecie miejsce -
włoska piosenka o młodych komunistach, czwarte - węgierska o studencie,
który w studenckim obozie pracy cały dzień będzie przerzucał łopatą
ziemię bez jedzenia i odpoczynku"17.
Rok później Maryla trafiła z koncertami na Kubę, co również mile
wspomina. Podobne wrażenia wzbudził w niej zresztą kolejny wyjazd na
karaibską wyspę, gdy kilka lat później brała udział w Światowym
Festiwalu Młodzieży i Studentów. Razem z nią pojawiła się tam zresztą
całkiem mocna ekipa: Czesław Niemen, Dwa Plus Jeden, Andrzej i Eliza,
chór Politechniki Szczecińskiej oraz zespół taneczny Uniwersytetu
Jagiellońskiego. Trzy tygodnie spędzone na Kubie były czasem
nieprzerwanej zabawy.
"Mieszkaliśmy w akademiku pod Hawaną, więc warunki dość surowe -
piętrowe prycze, zimna woda. Ale jak już wstaliśmy, czekał na nas
autokar i zawoził nad morze, do klubu, który był do naszej wyłącznej
dyspozycji. (...) Pod koniec pobytu już nawet nie wracaliśmy do akademika.
Spaliśmy, gdzie popadło, na dekoracjach, ja na jakichś flagach. Słońce
budziło nas o świcie. Głównie moczyliśmy się w basenie"18.
Nawet po latach pani Maryla nie ukrywa, jak wielkie wrażenie podczas
występu zrobiła na niej wizyta Fidela Castro. I chyba dobrze, że
piosenkarka szczerze pisze o swoich ówczesnych przeżyciach i nie usiłuje
wmawiać, że czuła się opozycjonistką. Czytając bowiem obecnie relacje
innych artystów, czasami trudno ukryć odruch zażenowania, gdy ulubieńcy
komunistycznych mediów opowiadają o szykanowaniu ich przez władze.
Rodowicz często wyjeżdżała również do Związku Radzieckiego. Wschodnią
rzeczywistość przyjmowała zupełnie naturalnie i zbytnio nie dziwiła się
tamtejszej egzotyce. Nie była wówczas bowiem osobą zbyt wymagającą i właściwie niewiele potrzebowała do szczęścia. Nie kaprysiła, a do tego
miała znakomitą kondycję, co stanowiło podstawę sukcesu w trakcie
sześciotygodniowych tras koncertowych.
"(...) fajna grupa, było wesoło. Po każdym koncercie biesiadowaliśmy,
potem spaliśmy prawie do koncertu i... W Odessie nocami włóczyliśmy się po
parku i piliśmy miejscowy samogon, który nazywał się czacza. Piliśmy z milicjantami. Malowniczo wyglądali, mieli płaszcze jak nasi
podhalańczycy, no i czaczę"19.
Nie przeszkadzali jej nawet "opiekunowie" z ramienia tajnych służb.
Wspominała, że - mimo inwigilacji - mogła "bez problemu chodzić po
mieście, tyle że nie byłopo co". Z niektórymi oficerami KGB potrafiła
się nawet zaprzyjaźnić.
Rodowicz dobrze wpisywała się w komunistyczną rzeczywistość, a jednocześnie była twardą realistką. Koncertując dla Polonii w Stanach
Zjednoczonych, nieraz miała okazję, by pozostać za oceanem, o czym
marzyło wówczas wielu naszych rodaków. Nigdy jednak nie skorzystała z tej możliwości. Wiedziała wprawdzie, że tę drogę wybrał niejeden polski
artysta, ale uznała, że osobiście ma zbyt wiele do stracenia. Podczas
pobytu w USA poznała zresztą losy innych krajowych gwiazd, które z trudem zarabiały tam na życie.
"Co ja bym tam robiła? (...) Krzysiu Krawczyk reperował dachy, Stan Borys
w Chicago obskoczył wszystkie kluby, ale nie było roboty i musiał się
wyprowadzić do Las Vegas. A wiesz, jak się męczył Andrzej Zieliński ze
Skaldów? Widziałam na własne oczy, jak grał sam w strasznym śmierdzącym
klubie, śpiewał repertuar Skaldów. Do tego alkohol. Mieliśmy nawet
pomysł, żeby go upić do nieprzytomności, zataszczyć do samolotu i uprowadzić do Polski, ale się nie udało"20.
Inna sprawa, że nie wiadomo, jak potoczyłaby się kariera Rodowicz, gdyby
artystka urodziła się w innych czasach. Z racji uwarunkowań politycznych
była skazana niemal wyłącznie na scenę krajową i estrady "bratnich
narodów". Faktycznie wykorzystała tę szansę, ale czy mogła osiągnąć
więcej?
"Miała wielkie wzięcie - nie ukrywała Katarzyna Gaertner. - Ze swoją
słowiańską urodą i całym stylem podobała się w wielu krajach tak zwanej
demokracji ludowej. Była naznaczona sukcesem. Sądzę, że polityka
przeszkodziła Maryli w zostaniu europejską gwiazdą. Drugiej takiej jak
ona wtedy nie było".
Zdawali sobie z tego sprawę także krajowi decydenci muzyczni i gdy w 1974 roku reprezentacja Polski awansowała na mundial w Republice
Federalnej Niemiec, to wybrano właśnie Rodowicz, by zaśpiewała podczas
ceremonii otwarcia imprezy. Każdy z 16 krajów przedstawiał bowiem krótki
program artystyczny, a Maryla z gitarą zaprezentowała piosenkę Futbol
z tekstem Jonasza Kofty i muzyką Leszka Bogdanowicza. Towarzyszyli jej
członkowie Silnej Grupy pod Wezwaniem, Krzysztof Litwin i tancerki.
Wszyscy wystąpili - oczywiście - w strojach ludowych.
"Pomysł na imprezę otwarcia w Monachium - relacjonowała Maryla - był
taki: na murawie stadionu stały wielkie piłki, w których siedziały ekipy
artystyczne poszczególnych krajów. Piłki po kolei się otwierały i każdy
prezentował swój program. Obok polskiej piłki była brazylijska, z której
wyskoczyły atrakcyjne panienki z piórami. A kiedy otworzyła się nasza,
wyskoczyli krakowiacy i chodzili wokół takiego kołowrotu, na którym był
wieniec i wstążki. (...) A dzień wcześniej wsadzili nas na wóz drabiniasty
z sianem i wozili po ulicach miasta. Do tego muzyka ludowa z taśmy"21.
Czyli cepelia w najgorszym wydaniu, ale piosenka Rodowicz bardzo się
podobała. Inna sprawa, że na koniec turnieju w meczu o trzecie miejsce
Polska pokonała Brazylię 1:0, udowadniając w ten sposób wyższość
krakowiaka nad brazylijską sambą.
Niech żyje bal
Niech żyje bal
Z reguły ważne utwory powstają nieco przypadkowo, co potwierdza historia
jednego z największych hitów Rodowicz. Artystka poszukiwała piosenki na
World Song Festival w Los Angeles w 1984 roku i w tym celu udała się do
Seweryna Krajewskiego.
"Kiedy usłyszałam pięknego walca - wspominała - wiedziałam, że to jest
to. Ciężka, pełna ciemnego dramatyzmu muzyka. Byłam zachwycona, ale
miałam kłopot. Osiecka już napisała tekst dla
Połomskiego"22.
Wprawdzie Krajewski i Osiecka zobowiązali się, że stworzą dla
Połomskiego inny utwór, ale słowa piosenki nie przypadły do gustu ani
Maryli, ani szefowi jej zespołu, Markowi Stefankiewiczowi. Zgodnie
uznali, że tekst kompletnie nie pasuje do muzyki.
"Na mojej głowie było opracowywanie utworów - tłumaczył Stefankiewicz. -
Gdy pojechaliśmy na spotkanie z Agnieszką, ta zanuciła, Seweryn
akompaniował na gitarze i to wyglądało tak: "Jurek, ogórek, kiełbasa i sznurek". Trochę taka banalna farsa. Pozwoliłem sobie powiedzieć Maryli,
że może przydałby się lepszy tekst... Zwłaszcza że miałem już w zamyśle
bardziej dramatyczną aranżację tego utworu".
Osiecka rzeczywiście napisała nowy tekst, Stefankiewicz odpowiednio go
zaaranżował i taśmę z utworem wysłano do Stanów. Po kilku tygodniach
nadeszła odpowiedź, że piosenka została zakwalifikowana do konkursu,
oraz zaproszenie dla Rodowicz i Krajewskiego. Ponieważ utwór musiał być
wykonany po angielsku, nowy tekst napisał Jerzy Siemasz, a Maryla
spędziła dużo czasu, szlifując wymowę. Oddzielnym problemem była
natomiast odpowiednia kreacja festiwalowa dla piosenkarki.
"Ola Laska uszyła mi jedwabną czarną sukienkę z pęknięciami na ramionach
- opowiadała Rodowicz - i dekoltem z tyłu do pasa. Całą ozdobą stroju
miała być srebrna biżuteria. Świetny plastyk Marcin Zaremski wykonał z dużej starej łyżki cudną, wielką głowę (płaską oczywiście) z fantazyjnym
zakratowanym (taka aluzja polityczna) mózgiem"23.
Na festiwal zakwalifikowano 24 utwory, a impreza miała trwać przez trzy
dni. Następnie Krajewski zamierzał ruszyć z Los Angeles do Chicago na
koncerty Czerwonych Gitar, a Rodowicz wracała do kraju, by spędzić z dziećmi wakacje na Mazurach.
Niestety, próby przed koncertem nie przebiegały w dobrej atmosferze.
Utwór był przeznaczony do ostrzejszego wykonania, a miejscowa orkiestra
i chór zmiękczały brzmienie. Do tego gitarzysta nie dysponował
odpowiednim sprzętem i nie potrafił oddać planowanego przesteru.
Rodowicz i Krajewski nie mogli też dojść do porozumienia z dyrygentem,
który traktował polskich wykonawców "z lekceważeniem i pogardą", jako
sługusów komunizmu. On sam uciekł na Zachód, a skoro piosenkarka i kompozytor zostali w kraju, to - według niego - okazali się "czerwonymi,
wrednymi Polakami".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki