ROZDZIAŁ 1
Nocą przeszła nad Königsbergiem matka wszystkich burz. Błyskawice rozświetlały niebo nad opustoszałym portem, zlodowaciałym zamkiem i ośnieżonymi kamienicami, jakby miasto miało być sceną powrotu dawno zapomnianych pogańskich bogów. Pioruny uderzały z hukiem. Na dodatek, rzadkie zjawisko, burzy towarzyszyła zamieć. Śnieg oblepiał szyby, wiatr bił w okiennice. Nie można było nawet zmrużyć oka. Dopiero nad ranem Gerhard znalazł ukojenie, razem z kolejną wysuszoną butelką. Tak zwykł się usypiać.
Spał osiem godzin, ale nie przywróciło mu to spokoju ducha. Późnym popołudniem Gerhard miał przyjąć w swej willi gościa, którego przybycie gnębiło go bardziej od burzowej pogody. To właśnie perspektywa tej wizyty odbierała mu sen i popychała do jeszcze większego pijaństwa. Oczy miał podkrążone, a uśmiech blady. Ostatnimi czasy ogólnie zmizerniał. Czuł, że psują mu się wzrok, zęby i oddech. Wypadały mu włosy, z nosa bez powodu ciekła krew, mięśnie były słabe, czuł się wiecznie zmęczony i rozdrażniony. Przypadek? Nie wierzył w Boga, ale od zawsze towarzyszyło mu przeświadczenie, że w przyrodzie nic nie ginie. Miał wrażenie, że zdobyte pokątnie pieniądze, które przed laty miały mu przynieść szczęście, ściągnęły na niego jakąś chorobę.
Starzec, który zapowiedział wizytę u Gerharda, był jego dawnym klientem. Ostatnio widzieli się, gdy dzielili pieniądze przekazane przez księcia Baden. Wydawało się, że więcej już się nie spotkają. A tu niespodzianka. "Spadek w rodzinie. Spodziewaj się mnie za dwa dni, późnym popołudniem" - napisał stary w telegramie. Brzmiało to prozaicznie. Jednak ta krótka korespondencja bardzo zaniepokoiła Gerharda, bo nie byli wcale spokrewnieni. Poznali się przypadkiem, podczas kilkuletniej praktyki Gerharda w Berlinie. Telegram pachniał tajemnicą.
Dochodziło jeszcze to paskudne przeczucie, że w końcu uderzy w Gerharda powracająca fala, wywołana przez jego własne dawne uczynki Odpłata za stare przewiny. Jakże chciał raz na zawsze pozbyć się wyrzutów sumienia! A tego nie mógł mu dać ani najlepszy koniak, ani najbardziej prymitywny i uderzający do głowy bimber. "Może to spotkanie jednak coś pomoże, uporządkuje?" - myślał z nadzieją. Właśnie, może nie powinien bać się spotkania ze starym? A nuż będzie okazja, by zrobić kolejny dobry interes.
"Że też się nie wyprowadziłem z tego cholernego Königsbergu tak, by mnie nie znalazł" - wyrzucał sobie teraz Gerhard. Jakby nie pamiętał, że porzucił plany przeprowadzenia się na stałe do Paryża, gdy jego artystyczne zdjęcia okazały się niewypałem, wbrew nadziejom i oczekiwaniom. Wrócił do rodzinnego Königsbergu z podkulonym ogonem i nadwyrężonymi finansami. Spełnienie marzeń o żonie i gromadce dzieci musiał odłożyć na później.
Z jednej strony przydałby mu się zastrzyk gotówki, z drugiej - nie za bardzo miał ochotę wchodzić ponownie w układy z tym starym draniem. Przez moment Gerhard zastanawiał się, czy nie uniknąć jakoś spotkania. Mógł nie otwierać drzwi lub po prostu na jakiś czas zniknąć. Jednak był też ciekawy, o co chodzi. Przecież gdyby było naprawdę źle, telegram brzmiałby groźniej.
Pozostało więc czekać.
Stary pojawił się pod willą (będącą zarazem atelier fotograficznym Gerharda) już po zmierzchu. Gdy stanął w drzwiach, zza jego pleców powiało chłodem i śniegiem, niczym upiorną przeszłością łączącą obu mężczyzn. Wyciągnął dłoń do Gerharda, lecz ten wcale jej nie uścisnął.
Trwali przez moment w tym zawieszeniu, gdy wokół zawirowały jakieś cienie. Wpadły między nich obce postaci. Gerhard chciał zareagować, jakoś krzyknąć, lecz nie zdążył. Czyjaś dłoń z nawilżoną szmatą zacisnęła się na jego ustach. Poczuł woń eteru.
Nim stracił świadomość, Gerhard zauważył tylko, że tajemniczy napastnicy w podobny sposób potraktowali jego gościa. "Ty stary durniu" - pomyślał. "Chciałeś mnie przed nimi ostrzec, a tylko sprowadziłeś ich do mnie".
Obudził się skostniały z zimna. Leżał w śniegu. Nie wiedział gdzie. Żył i nie był nawet spętany, jednakże bał się ruszyć. Obok leżał z otwartymi oczami "stary dureń". Wymienili porozumiewawcze spojrzenia i powoli podnieśli głowy, by się rozejrzeć.
Znajdowali się na leśnej polanie oświetlonej łuną ogniska. Było pusto i cicho. Przez moment. Potem zza ściany drzew za ogniskiem dobiegło ujadanie. Coraz głośniejsze.
Obaj mężczyźni znów wymienili spojrzenia. Nie wiedzieli, co się dzieje, ale instynkt podpowiadał im, że tu nie ma na co czekać, tu trzeba uciekać.
Rzucili się przez polanę, ku przeciwległej krawędzi lasu, jak najdalej od ogniska i ujadającej sfory. Słusznie, bowiem łowca, który prowadził psy, specjalnie je wyćwiczył. Od maleńkości szkolono je do tego, by zabijały. Brunatne owczarki były zajadłe i niezwykle wytrwałe - myśliwy już to sprawdził podczas polowań na dziki i wilki. Doskonale nadawałyby się też do pilnowania rozległej posiadłości, jednak ich opiekun takowej nie miał. I nie taki los wybrał dla swoich ulubieńców, których pieczołowicie doglądał. Przyzwyczajał je do walki. Z pomocą słomianych manekinów rozbudzał w nich żądzę krwi. Potem kupił specjalne uprzęże nabijane ostrymi guzami i hakami.
Sfora sapała, warczała i wyła. Coraz głośniej. Obaj mężczyźni nawet nie musieli widzieć żadnego z psów, by wiedzieć, że nie chcą stanąć z nimi oko w oko. Wbiegli w las i pędzili szaleńczo między drzewami, jakby wiedzieli, że walczą o życie. Nie zadawali sobie pytań, kto ich porwał i dlaczego wywiózł do lasu. Albo jaki sens miało szczucie ich jakąś krwiożerczą sforą bez zadania choćby jednego pytania. A może byli o coś pytani i coś odpowiedzieli, tylko już tego nie pamiętali? Albo ktoś, będąc sędzią i katem zarazem, bez procesu wydał już na nich wyrok, a na miejsce egzekucji wybrał to zimne piekło?
Gerhard wysforował się naprzód, stary był kilka kroków za nim. Potknął się.
- Poczekaj, pomóż mi - wysapał stary. Gerhard na moment przystanął i spojrzał na współtowarzysza. Na twarzy starego siwy zarost mieszał się ze śniegiem. Wyglądał teraz tak poczciwie i nieporadnie, że pomoc wydawała się obowiązkiem. Ale nad tymi drżącymi ustami i sinym nosem oblepionym płatkami śniegu były jeszcze rozumne i wyzywające oczy spryciarza. Człowieka, który potrafi szybko krzywdzić i szybko zapominać. U którego pomyślunek usprawiedliwia perfidię. Przemyślność tłumaczy kłamstwo. Gdy stary zrozumiał, że Gerhard mu nie pomoże, w tych oczach pojawiły się iskierki szyderstwa, potem gniewu, wreszcie chłodnej wyższości. Stary wymamrotał coś obelżywego, ale ujadanie zagłuszyło wyzwiska.
Sfora była już tylko o parę kroków za nimi. Za psami biegło dwóch mężczyzn z pochodniami, wydając psom komendy. Lecz i bez nich bestie wiedziały, co robić. Jakby czuły w powietrzu zapach krwi.
Przed uciekającymi zamajaczyła wśród drzew niewielka polana z czymś, co w świetle księżyca wyglądało na ambonę, wieżę myśliwską. Może tam zdołają się skryć? Schronią się przed dzikimi bestiami i usłyszą od mężczyzn z nagonki choć słowo wytłumaczenia?
Lecz uciekinierzy nie zdążyli. Dobiegali już do drewnianej wieży, gdy otoczyły ich psy z wyszczerzonymi kłami. Wstrzymywały się z atakiem, jakby czekały na komendę swoich panów. Potworna sfora z płonącymi ślepiami zacieśniała krąg, gdy do uciekających zbliżyli się dwaj myśliwi z pochodniami. Ich kanciaste, kamienne twarze nic ich ofiarom nie mówiły.
- Nagroda jest już blisko - stwierdził enigmatycznie jeden z łowców.
Wtedy stary znienacka kopnął go w podbrzusze. Nikt nie spodziewał się po nim ani takiej siły, ani refleksu. Myśliwy wydał z siebie jęk i rzucił jakieś przekleństwo. Psie oczy poruszyły się niespokojnie, jak olbrzymie świetliki. Stary tymczasem nie tylko odebrał łowcy pochodnię, ale też wyrwał mu zza pasa kordelas. Stanął nad zwiniętym z bólu mężczyzną i przycisnął nóż do jego szyi - tak mocno, że myśliwy aż syknął, a na ostrzu pojawiła się krew.
- Zabieraj te bestie, bo go ukatrupię! - rzucił stary do drugiego z łowców. Ten gwizdnął cicho, a psy przerwały krąg i stanęły za nim. Trudno im było jednak opanować rozbudzone żądze. Drapieżniki zbliżały się. Stary machnął pochodnią przed oczami jednej z bestii, ale owczarek nawet się nie cofnął, tylko głośniej zawarczał.
- Zabieraj je! Ostrzegam! - wrzasnął stary i przesunął lekko ostrze. Krew spłynęła w dół szyi, a klęczący myśliwy zacharczał. Wymamrotał pod nosem jakąś prośbę, po której jego towarzysz ponownie przywołał psy.
Gerhard uznał, że sfora nie pilnuje już ich obu, lecz całkowicie skupiła się na starym. Poczuł, że to jedyna okazja, by przeżyć. Ostrożnie zaczął się przesuwać w stronę ambony. Po chwili jednak zmienił zdanie. Co mu da wspięcie się na wieżę? Sfora i łowcy tak po prostu nie znikną. Musiał dalej uciekać, dalej w las. Sam.
Popędził ku ścianie drzew.
- Co robisz! Nie zostawiaj... - warknął stary na Gerharda, ale nie dokończył. Bowiem dokładnie w tej samej chwili myśliwy wyrwał się z jego uścisku. A wtedy drugi wydał komendę.
Pierwszy pies dobrze wyćwiczonym ruchem skoczył do ludzkiego gardła. Błysnęły kły, prysły ślina i piana. Stary przewrócił się, przygnieciony ciężarem zwierzaka atakującego z dzikim impetem. Wypuścił żagiew, coś kłapnęło mu przed nosem, zasłonił szyję ramieniem, a pies zanurzył w nim zęby, szukając upragnionej krwi. Wtedy stary wbił kordelas prosto w oko bestii. Potwór zaskamlał z bólu, zdezorientowany. Stary odepchnął zwierzaka nogą. Ranny owczarek przekoziołkował i z piskiem umknął z pola widzenia. Zapach krwi jednak tylko podniecił resztę sfory. Kolejne owczarki rzuciły się na starego. Zawył wniebogłosy z psią mordą wbitą między nogami.
Tymczasem Gerhard nie odbiegł daleko. Znów zaczęły go otaczać bestie. Zwierzęta, wiedzione przez obu łowców, minęły Gerharda bokiem i zaczęły zabiegać mu drogę. Zrozpaczony uciekinier zatrzymał się i raptownie zmienił kierunek. Zawrócił. Znów zaczął biec w stronę ambony na polanie. Po drodze minął martwego starego, zastygłego w przerażającym grymasie - wyglądał niczym zasuszona w trumnie mumia człeka pochowanego żywcem. Pies rozszarpywał mu wnętrzności. Bestia z czerwonym od krwi pyskiem ledwie spojrzała na Gerharda, cicho warcząc. Drugi owczarek, z zakrwawionym okiem, nerwowo pocierał pysk o łapę, jakby próbował wydłubać z oczodołu to, co zadaje mu ból.
Gerhard chciał wyrwać z dłoni trupa kordelas, ale psy wyglądały zbyt upiornie. Nie śmiał bardziej się zbliżyć, by ich nie prowokować. Podniósł za to pochodnię zgubioną przez starego i dogasającą wśród zaśnieżonych gałęzi. Lepsza taka broń niż żadna. Zwłaszcza że nagonka znów była tuż za nim.
Zdyszany uciekinier zaczął wspinać się drewnianymi schodkami na szczyt ambony. "Czy są tak szerokie, że psy wdrapią się za mną?" - przemknęło mu przez myśl. Wprawdzie pokracznie to wspinanie bestiom wychodziło, lecz Gerhard wolał nie ryzykować. Uciekł przed psimi szczękami na samą górę wieżyczki. Tam zatrzasnął za sobą drzwiczki i zamknął na zasuwę.
Był bezpieczny. Tylko na jak długo? Głośno wypuścił powietrze ze zmrożonych płuc.
- No, nareszcie - usłyszał wtedy kobiecy głos, dobiegający z ciemności.
Oświetlił ten zakamarek pochodnią.
Zobaczył kobietę wyglądającą niczym Królowa Śniegu. Lecz nie była to postać z baśni. Gerhard widział już tę twarz. Znał ją, niestety.
W dłoniach trzymała dubeltówkę z obciętymi lufami.
Gerhard zrozumiał, że porwanie i cały ten krwawy leśny spektakl przygotowano dla niej, dla jej satysfakcji. Zrezygnowany opuścił pochodnię.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki