PRAWDZIWY GABBY HAYES
Miałem siedem lat i pojechałem z ojcem do miejsca na pustyni Mojave o nazwie Hot Springs. Pojechaliśmy obejrzeć małą działkę, którą ojciec kupił od handlującego nieruchomościami domokrążcy, gdy ten rozłożył na naszym kuchennym stole błyszczące kolorowe prospekty. Zdjęcia lśniących basenów, szmaragdowozielonych pól golfowych, budynku klubowego - wszystkiego, co dopiero miało powstać. Kiedy dotarliśmy do celu, nie było tam nic prócz czystej, dziewiczej pustyni. Pomogłem tacie oznaczyć jego maleńką działkę we wszystkich czterech rogach żelaznymi prętami zbrojeniowymi z dowiązanymi pomarańczowymi chorągiewkami, które łopotały na wietrze. Kiedyśmy skończyli, wyglądało to na mój gust bardziej jak działka na cmentarzu niż cokolwiek innego. Resztę popołudnia spędziliśmy na strzelaniu z dwudziestki dwójki do pordzewiałych puszek po piwie i na poszukiwaniu węży. Chciał przywieźć ze sobą i pokazać mojej matce grzechotnika. Pustynnego.
- Tak tylko na dowód, że tu byliśmy - tłumaczył. - Żeby nie przyszło jej do głowy co innego. Jeszcze zacznie myśleć, że się łajdaczę z jakimiś lafiryndami czy coś.
- To dlatego mnie ze sobą zabrałeś? - zapytałem.
- Niby dlaczego?
- Żeby nie myślała, że się łajdaczysz z lafiryndami?
- Ty pewnie nawet nie wiesz, co to jest się łajdaczyć, hę? Masz siedem lat. Skąd byś miał wiedzieć, co to jest?
Odwrócił się do mnie plecami i odszedł, kopiąc jakąś pustą puszkę i ładując dwudziestkę dwójkę. Był wyraźnie wkurzony, że go o to zapytałem. Ruszyłem za nim, podnosząc łuski po nabojach, kiedy padały w piasek. Podrzucił kolejną puszkę w powietrze i wystrzelił. Spudłował. Opróżnił cały bębenek Panu Bogu w okno, pudłując przy każdej podrzuconej puszce. Zrobiło mi się za niego wstyd i go żal, więc udawałem, że tego nie widzę. Znalazłem gałązkę czarnej mącznicy i zacząłem rysować na piasku romby. Obejrzał się na mnie przez ramię i znów nabił broń. Z nosa kapały mu krople potu, które zdmuchiwał jak natrętne muchy.
- No i co sobie myślisz o tym kawałeczku pustyni? Dobry interes zrobiłem? Powinniśmy obaj po prostu zwinąć manatki i przeprowadzić się tutaj. W ogóle zapomnieć o babkach.
Roześmiał się i znowu strzelił, tym razem do puszki leżącej na ziemi. Nie byłem pewien, czy ją trafił, bo nie patrzyłem, ale nie słyszałem żadnego brzęku metalu. Miałem jednak nadzieję, że nie spudłował, bo sądziłem, że pomoże mu to trochę się uspokoić. Odciągnąć umysł od innych rzeczy. Nie przestawał popijać długich haustów z owiniętej w papierową torbę butelki, którą wcześniej trzymał wepchniętą w tylną kieszeń spodni. Próbował się ze mną bardziej zaprzyjaźnić. Słyszałem to w jego głosie. Starał się w coś mnie włączyć, jakbym był jakimś współspiskowcem. Ale im mocniej się starał, tym większy czułem do niego dystans. On chyba też to wyczuwał, ale nic nie mógł na to poradzić.
- Czasami dobrze jest pobyć sobie gdzieś samemu. Mieć takie miejsce jak tu, całkiem na uboczu, o którym nikt nic nie wie. Nie sądzisz?
Znowu strzelił, tym razem w wielkiego zająca, ale spudłował tak bardzo, że zwierzak się nawet nie przejął. Siedział przycupnięty jak wcześniej i tylko się gapił na tatę.
- To właśnie miałem w planach, jeśli chodzi o to miejsce. Taka mała kryjówka na pustyni. Nie można cały czas być tylko dobrym mężem i ojcem. Jak jeszcze trochę podrośniesz, moglibyśmy, ja i ty, wybudować tu dom z butelek. Co ty na to?
- Jak to: dom z butelek? - spytałem, nie patrząc mu w twarz.
- No wiesz. Dom z butelek jak te, co je robią ludzie na pustyni. Na pewno widziałeś. Całe z różnych, różnistych butelek ułożonych jak cegły. W rozmaitych kolorach. Dają piękne światło, gdy słońce na nie odpowiednio pada.
- Pewnie - powiedziałem, nadal bawiąc się patykiem.
- Trzymać parę osiołków. Jeździć na wycieczki i znaleźć sobie jakiś skarb. Bo wiesz, tu nadal jeszcze są skarby. To wciąż nieodkryty obszar.
- Jakie skarby?
- Łupy Hiszpanów. Pewnie dokładnie tędy przejeżdżał Cabeza de Vaca. Słyszałeś o nim kiedy? "Krowi Łeb", to właśnie znaczy jego imię. Podobno łeb miał wielki i paskudny, sądząc z wszelkich opisów. Założę się, że dokładnie tędy przejeżdżał, jak szukał Ciboli.
- Czego?
- Jednego z siedmiu złotych miast. Wszystkiego się o tym dowiesz, jak już zaczniesz się uczyć historii. Chyba się jeszcze nie zacząłeś uczyć historii.
- Nie. Tylko o dinozaurach.
- No, to było bardzo długo po dinozaurach. To było, kiedy Hiszpanie wpadli na pomysł, że istnieje gdzieś miejsce zrobione w całości ze złota. Nie wiem, skąd im się to wzięło, ale byli przekonani, że to miejsce jest gdzieś tutaj, na Dzikim Zachodzie.
- I znaleźli je?
- E-e. Ale stary de Vaca miał takiego poddanego, Murzyna. Maura, tak się wtedy chyba na nich mówiło. Wielki, olbrzymi Murzyn, który służył de Vace za zwiadowcę. Wysyłał go na poszukiwanie tych złotych miast i któregoś dnia ten Murzyn wrócił do obozowiska i powiedział de Vace, że w końcu jedno znalazł. Więc ruszyli w te pędy do tego miejsca, ten Maur na czele, bo wskazywał im drogę, a jak tam dotarli, to się okazało, że to wioska Indian Pueblo wyryta w skalnym urwisku. Kiedy o konkretnej porze dnia na ich pueblo padało światło słońca, wioska wyglądała jak ze złota. Więc de Vaca kazał Maura ściąć.
- Ściąć?
- Mhm. Uciąć mu głowę, tak jak stał. Na miejscu.
Tata odszedł, zostawiając mnie z obrazem dekapitacji w myślach. Tuż przed moją twarzą mrugnęła powiekami jaszczurka przypominająca rogatą ropuchę. Gdyby nie mrugnęła, nawet bym jej nie zauważył.
- Tak czy siak, to byłoby idealne miejsce na naszą małą kryjówkę. Tylko nas dwóch.
- Mówisz, że mieszkalibyśmy tu całkiem sami? - zapytałem.
- No, nie na stałe. Nie tak zupełnie bez przerwy. Ale mielibyśmy to jako takie jakby ustronne miejsce. Nikt by o nim nie wiedział, tylko ty i ja. To byłby nasz mały sekret. Oczywiście trzeba by tu sprowadzić wodę. To tutaj główny kłopot: woda. Pewnie moglibyśmy dowozić ją z Indio. Wykopać studnię.
- I nigdy nie przyjechalibyśmy z mamą?
Wyglądał tak, jakby i to pytanie go wkurzyło. Kopnął w piasek i zakręcił bębenkiem rewolweru.
- Ona nie przepada za pustynią - powiedział. - Lasy są bardziej w jej guście. Lasy i jeziora. Jak na Środkowym Zachodzie. - Strzelił do jakiegoś starego kanistra po nafcie, który był tak blisko niego, że nie mógł spudłować. - Ona lubi, jak wszystko człowieka osacza i nie widać światła dnia. Nie mój styl. Dom z butelek byłby jak ta lala. Wszystkie te różnokolorowe promyki słońca.
Odjechaliśmy po piasku z powrotem do asfaltowej szosy i zatrzymaliśmy się przy barze Date Shack, reklamującym daktylowe, a może randkowe shaki - Date Shakes - ogromnymi literami malowanymi ręcznie czerwoną farbą. Tata spytał właściciela, Meksykanina, o drogę do miejsca o nazwie Shadow Mountain Inn - jakiegoś ekskluzywnego ośrodka sportowo-turystycznego, który pamiętał ze swoich czasów w lotnictwie wojskowym. Zjedliśmy na pół pudełko daktyli nadziewanych wiórkami kokosowymi, a ojciec wciąż oblizywał sobie palce i powtarzał: "Czekolada Hershey's to temu do pięt nie dorasta!". Odnaleźliśmy drogę do Shadow Mountain Inn i zaparkowaliśmy tuż przed budynkiem. Ojciec zawinął dwudziestkę dwójkę w starą tabelę wyścigów konnych i wepchnął pod przednie siedzenie. Pociągnął jeszcze jeden długi haust z butelki, po czym ją też ukrył - w schowku, pod jakimiś pożółkłymi mapami autostrad. Poczułem, że też powinienem coś ukryć, ale nie byłem pewien co.
Kiedy przechodziliśmy przez parking, tata powiedział mi, że to jest bardzo ekskluzywny ośrodek i powinniśmy zachowywać się tak, jakby to było miejsce dla nas. Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że "zachowywanie się" może mieć aż takie znaczenie w życiu.
- Cały sęk w tym, jak się prezentujesz - powiedział. - Jeśli tam wejdziesz i zaczniesz się zachowywać tak, jakby to nie było miejsce dla ciebie, jakby ci było niezręcznie czy coś, od razu to wyczują. Po prostu zachowuj się naturalnie i swobodnie, jak porządny obywatel.
Usiedliśmy przy mahoniowym barze i tata zamówił martini, w którym pływały białe cebulki perłowe. Przyciągnął dużą miskę orzeszków ziemnych i ustawił między nami. Myślałem, że orzeszki są może dla kogoś innego, skoro już były wystawione, ale ojciec od razu się za nie zabrał. Nigdy wcześniej nie widziałem, żeby zamawiał martini, ale chyba próbował zaimponować barmanowi. U nas zawsze zamawiał burbona z wodą sodową. Ja dostałem wiśniową coca-colę z plasterkiem cytryny i to właśnie mniej więcej wtedy, kiedy podano mi colę, zobaczyłem Gabby'ego Hayesa. To był prawdziwy Gabby Hayes. Z początku nie chciało mi się wierzyć. Gapiłem się bardzo długo, żeby zyskać pewność, zanim cokolwiek powiem tacie. Hipnotyzowała mnie jego biała broda. Był tam we własnej osobie, siedział w narożnym pluszowym boksie i miał na sobie błyszczący smoking ze sznurkowym czarnym krawatem typu bolo. Środek popołudnia na pustyni, na zewnątrz jakieś czterdzieści trzy stopnie, taki gorąc, że asfalt się topił, a Gabby Hayes miał na sobie smoking. Były z nim dwie młode blondynki wystrojone w ponętne sukienki koktajlowe, ociekały biżuterią i seksem. Nawet jako siedmiolatek rozpoznawałem seks na pierwszy rzut oka. Nie było wątpliwości. Bez przerwy dyndały mu przed nosem krewetkami maczanymi w pikantnym sosie, chichotały i skubały wargami jego owłosione uszy. Jedna z nich trzymała mu rękę na kolanach pod białą lnianą serwetą.
- Tato, tam jest Gabby Hayes! Prawdziwy Gabby Hayes! - powiedziałem scenicznym szeptem. Z jakiegoś powodu serce waliło mi jak młotem, a oddech wydobywał się ze mnie suchy i urywany.
Ojciec przekręcił się sztywno na barowym stołku i poczułem woń pijackiego potu z jego ogorzałego od słońca karku. Rzucił okiem w stronę narożnego boksu i obrócił się z powrotem do swojego drinka.
- Właśnie to dają człowiekowi sława i bogactwo - zauważył. - Para blond dziwek i koktajl z krewetek. To ci dopiero.
Nie przestawałem gapić się na brodę Gabby'ego Hayesa i jego usta. Wsuwał do nich na przemian krewetkę i palec jednej z dziewczyn. Wyglądało na to, że ma teraz komplet śnieżnobiałych zębów. W telewizji nigdy nie miał zębów. W telewizji nigdy nie chodził w smokingu. Był służalczym, bezzębnym pomagierem z lekką demencją i notoryczną nieśmiałością wobec kobiet. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że prawdziwy Gabby Hayes może być kimś zupełnie innym.
Tego wieczoru całą trasę powrotną do domu przejechaliśmy w milczeniu. Tata palił i mrużył oczy, zapatrzony w długą drogę w kierunku świateł Duarte. Raz włączył radio i posłuchał, jak Frank Sinatra śpiewa You Belong to Me, a potem je wyłączył. Wpatrywałem się w ciemny łańcuch gór, które malały za nami, przechodząc w głęboką pustynię, i nad ich szczytami ujrzałem uśmiechającą się do nas z nieba wielką odciętą głowę czarnego mężczyzny.
11.03.1990 (Papantla, Meksyk)
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki