Prozy utajone - Franz Kafka

Kup ebooka

34.00 zł
28.22 zł (27,88 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ZESZYT PIERWSZY

[We śnie prosiłem]

We śnie prosiłem tancerkę Eduardową, żeby mimo wszystko zechciała ponownie zatańczyć czardasza. Na środku twarzy, między dolnym brzegiem czoła a środkiem podbródka, miała szeroką smugę cienia czy też światła. Ktoś podszedł właśnie, wykonując obrzydliwe ruchy bezwiednego intryganta, aby jej powiedzieć o rychłym odjeździe pociągu. Po sposobie, w jaki wysłuchała wiadomości, pojąłem ze straszliwą jasnością, że już więcej nie zatańczy. "Jestem złą, niegodziwą kobietą, nieprawdaż?", rzekła. "O nie", powiedziałem, "tak z pewnością nie jest", i odwróciłem się, chcąc odejść w dowolnym kierunku.

[Rozmyślając nad tym]

Rozmyślając nad tym, muszę stwierdzić, że moje wychowanie bardzo mi zaszkodziło w niektórych kierunkach. Nie wychowywano mnie gdzieś na odludziu, pośród jakichś ruin w górach, nie podnoszę żadnych wobec tego zarzutów. Byłbym najchętniej - ryzykując, że cały szereg dawnych moich nauczycieli tego nie zrozumie - małym mieszkańcem ruin, spieczonym od słońca, które zewsząd świeciłoby mi pośród gruzowisk na łagodny bluszcz, nawet jeśli zrazu byłbym słaby pod naporem swoich własnych zalet, które bujnie wyrastałyby we mnie z siłą chwastów [tekst urywa się]

Rozmyślając nad tym, muszę stwierdzić, że moje wychowanie bardzo mi zaszkodziło w niektórych kierunkach. Zarzut ów dotyka całą masę ludzi, mianowicie moich rodziców, kilkoro krewnych, niektórych gości w naszym domu, pewną konkretną kucharkę, która przez rok odprowadzała mnie do szkoły, całą kupę nauczycieli (których we wspomnieniach muszę ciasno obok siebie ustawić, w przeciwnym razie ten czy ów mi umknie, ale że tak ich ścisnąłem, całość tu i tam kruszeje), inspektora szkolnego, powoli idących przechodniów, krótko mówiąc, zarzut mój niby sztylet przemyka na wskroś społeczeństwa. Przeciwko temu zarzutowi nie chcę słyszeć żadnego protestu, jako że słyszałem ich już nazbyt wiele, a ponieważ większość z nich zbiła mnie z tropu, włączam je do mojego zarzutu i oświadczam, że moje wychowanie i tenże protest pod niejednym względem bardzo mi zaszkodziły.

Często się nad tym zastanawiam i muszę wtedy stwierdzić, że moje wychowanie pod niejednym względem bardzo mi zaszkodziło. Zarzut ów kieruje się przeciwko całej masie ludzi, wszyscy oni stoją tutaj jednak razem, nie wiedząc, jak na starych portretach grupowych, co ze sobą począć, nie przyjdzie im do głowy spuścić w swym oczekiwaniu wzrok, nie ważą się nawet uśmiechnąć. Są tam moi rodzice, kilkoro krewnych, kilku nauczycieli, pewna konkretna kucharka, kilka dziewcząt z lekcji tańca, niektórzy goście naszego domu z dawniejszych czasów, kilku pisarzy, pewien nauczyciel pływania, bileter, inspektor szkolny, następnie kilku, których raz tylko spotkałem na ulicy, i inni, których już nie potrafię sobie przypomnieć, i tacy, których nigdy już nie będę pamiętał, i wreszcie tacy, których nauk rozkojarzony wówczas jakoś nie dostrzegłem, krótko mówiąc, jest ich tak wielu, że trzeba uważać, aby jednego nie wymienić dwukrotnie. Wobec nich wszystkich podnoszę mój zarzut, tym sposobem zaznajamiając ich ze sobą nawzajem, nie zniosę jednakże żadnego protestu. Zaprawdę, znosiłem ich bowiem już wystarczająco wiele, a ponieważ większość z nich zbiła mnie z tropu, nie mam wyjścia i muszę włączyć je do mego zarzutu i stwierdzić, że poza moim wychowaniem także owe protesty pod niejednym względem bardzo mi zaszkodziły.

Czyżby przypuszczano, że byłem wychowywany gdzieś na odludziu? Nie, wychowano mnie w samym środku miasta. Nie, dajmy na to, w ruinach pośród gór czy nad jeziorem. Moi rodzice i ich własna świta byli do tej pory przykryci moim zarzutem i szarzy; teraz z łatwością odsuwają go na bok i uśmiechają się, ponieważ przełożyłem moje dłonie z nich na swoje własne czoło, myśląc: Powinienem być małym mieszkańcem ruin, wsłuchującym się w pokrzykiwania kawek, pokrytym ich cieniami, stygnącym pod księżycem, spieczonym od słońca, które pośród gruzowisk świeciłoby mi zewsząd na moje leże z bluszczu, nawet jeśli zrazu byłbym nieco słaby pod naporem swoich własnych zalet, które bujnie musiałyby we mnie wyrastać z siłą chwastów.

Często się nad tym zastanawiam, nie mieszając się w swoje własne myśli i pozwalając im na swobodny bieg, i zawsze, od jakiejkolwiek strony bym to rozważał, dochodzę do wniosku, że pod niejednym względem moje wychowanie okropnie mi zaszkodziło. W tym stwierdzeniu tkwi zarzut, który kieruje się przeciwko całej masie ludzi. Są to rodzice, wraz z krewnymi, pewna konkretna kucharka, nauczyciele, kilku pisarzy, zaprzyjaźnione rodziny, pewien nauczyciel pływania, bywalcy letnisk, kilka dam w parku miejskim, których najchętniej w ogóle by się nie oglądało, pewien fryzjer, żebraczka, sternik, lekarz domowy i jeszcze wielu innych, i byłoby ich jeszcze więcej, gdybym chciał i mógł ich wszystkich wymienić z nazwiska, krótko mówiąc, tak jest ich wielu, że trzeba uważać, aby pośród tej gromady jednego nie wymienić dwukrotnie. W tej sytuacji można by mniemać, że z racji samej owej wielkiej liczby zarzut straci na sile, i musiałby stracić zwyczajnie na sile, albowiem zarzut to nie dowódca armii, on kroczy tylko prosto i nie umie sam siebie rozdzielać. A już z pewnością nie w tym przypadku, kiedy kieruje się przeciwko osobom z przeszłości. Zapomniana energia pozwala utrzymywać te osoby w pamięci, wszelako nie będą one miały pod sobą trwałego podłoża i nawet ich nogi będą samym tylko dymem. A ludziom w takim stanie należy dla ogólnego pożytku zarzucać błędy, które niegdyś robili, wychowując chłopca, który teraz jest dla nich tak samo niepojęty co oni nam. Ale nawet nie można skłonić ich do przypomnienia sobie tamtych czasów, nic sobie nie potrafią przypomnieć, a jeśli się na nich naciska, w milczeniu usuwają delikwenta na bok, nikt nie może ich do tego zmusić, lecz oczywiście o przymusie nie ma tutaj mowy, gdyż najwyraźniej nawet nie słyszą żadnych słów. Stoją jak te utrudzone psy, bo całą swą siłę zużywają na to, aby we wspomnieniach utrzymać się prosto. Jeśli jednak naprawdę udałoby się kogoś skłonić do słuchania i mówienia, toby mu wprost huczało w uszach od przeciwzarzutów, albowiem ludzie zabierają ze sobą na tamten świat przeświadczenie o czci otaczającej zmarłych i stamtąd bronią je z siłą dziesięciokrotną. A jeśli ta opinia byłaby być może niesłuszna, zaś zmarli żywiliby dla żywych szczególnie wielką cześć, dopiero wtedy wzięliby sobie do serca swoją żywą przeszłość, która wszak jest im najbliższa, i znów huczałoby nam wszystkim w uszach. A jeśli i ta opinia nie byłaby słuszna i zmarli pozostaliby całkowicie bezstronni, to i tak nie zaakceptowaliby nigdy, że przeszkadza się im niedowiedzionymi zarzutami. Albowiem między ludźmi nie da się takowych dowieść. Nie można dowieść istnienia błędów wychowawczych z przeszłości, a cóż dopiero ustalić odpowiedzialnego. Tak więc wskazuje się na zarzut, który w tej sytuacji nie zmienił się w westchnienie.

Oto zarzut, który podnoszę. Ma on zdrowe wnętrze, wspiera go teoria. To, co we mnie faktycznie zepsute, lecz tymczasem o nim zapominam lub też odpuszczam go i nie robię wokół niego wrzawy. Choć mógłbym w każdej chwili dowieść, że moje wychowanie uczyniłoby ze mnie innego człowieka niż tego, którym się stałem. Toteż przedmiotem zarzutu czynię szkody, które ewentualnie mogliby mi wyrządzić zgodnie ze swoim zamysłem moi wychowawcy, domagam się od nich człowieka, którym teraz jestem, a ponieważ nie mogą mi go dać, biję w nich swym zarzutem i śmiechem jak w bęben, którego odgłos towarzyszy im aż na tamten świat. A przecież to wszystko służy innemu zupełnie celowi. Zarzut, jakoby zepsuli mi oni jakąś cząstkę we mnie, zepsuli cząstkę dobrą, piękną - we śnie jawi mi się ona czasem tak, jak innym objawia się zmarła narzeczona - zarzut ten, zawsze gotów, by stać się westchnieniem, nienaruszony musi nade wszystko przejść na drugą stronę jako szczery zarzut, którym przecież jest. I tak to się toczy, duży zarzut, któremu nic nie może się przytrafić, bierze mały zarzut pod rękę, jeśli duży idzie, to mały podskakuje, jeśli jednak mały już jest po tej drugiej stronie, to i tak jeszcze się wyróżnia, zawsze go oczekiwaliśmy, i gra bębnowi na trąbce.

Często się nad tym zastanawiam, nie mieszając się w swoje własne myśli i pozwalając im na swobodny bieg, mimo to zawsze dochodzę do wniosku, że moje wychowanie bardziej mi zaszkodziło, niż jestem w stanie pojąć. Na zewnątrz jestem człowiekiem takim jak inni, jako że moje wychowanie cielesne było równie zwyczajne, jak zwyczajne jest ciało, i choć pozostaję trochę niski i trochę gruby, to przecież podobam się wielu, także dziewczętom. Nie mogę narzekać. Całkiem niedawno któraś z nich powiedziała mi coś bardzo rozsądnego: "Ach, żebym tylko ujrzeć mogła pana nagiego, musi być pan całkiem ładniutki, nic, tylko go całować", rzekła. Gdyby mi brakowało górnej wargi albo małżowiny usznej, albo żebra, albo palca, gdybym miał na głowie łyse placki, a twarz pokrywałyby blizny po ospie, wówczas i tak jeszcze nie byłby to właściwy odpowiednik mojej wewnętrznej niedoskonałości. Ta bowiem nie jest wrodzona, toteż tym trudniej ją znieść. Jak każdy od urodzenia noszę w sobie mój własny punkt ciężkości, którego nie zdołałoby przemieścić wychowanie, niechby i najbardziej szalone. Ów punkt ciężkości mam w sobie nadal, jednak przynależnego mu ciała już nie. A punkt ciężkości, który nie ma nic do roboty, zmienia się w ołów i niczym pocisk tkwi w ciele. Lecz ta niedoskonałość nie jest żadną miarą zasłużona, jej powstanie przysporzyło mi wiele niezawinionych boleści. Dlatego też nie mogę znaleźć w sobie żadnej skruchy, choćbym jej szukał nie wiem jak uporczywie. Albowiem skrucha byłaby dla mnie czymś w dalszym ciągu dobrym, wszak wypłakuje się ona zawsze tylko w sobie; na bok odkłada każdy ból i każdą rzecz załatwia samodzielnie jak sprawę honorową; pozostajemy uczciwi, ona tymczasem przynosi nam ulgę.

Moja niedoskonałość nie jest, jak już wspomniałem, wrodzona, nie jest moją zasługą, a jednak znoszę ją łatwiej, i to przy ogromnym wysiłku wyobraźni, wspomaganej wyrafinowanymi środkami pomocniczymi, niż inni, znoszę o wiele mniejsze nieszczęścia, wstrętną małżonkę, dajmy na to, biedę, parszywy zawód, a moja twarz wcale nie jest czarna od zwątpienia, lecz biała i czerwona [tekst urywa się]

Nie byłbym taki, gdyby moje wychowanie wniknęło we mnie tak głęboko, jak tego chciało. Być może moja młodość była zbyt krótka, jeśli tak, to teraz, mając ponad czterdziestkę na karku, pod niebiosa wychwalam jej krótkość. Tylko dzięki niej mam jeszcze w ogóle siłę uświadomić sobie, co w mojej młodości straciłem, ba, przeboleć te straty, ba, na wszelkie sposoby podnosić zarzuty w stosunku do przeszłości i wreszcie zachować jeszcze resztkę sił dla siebie. Ale wszystkie te siły są znowuż jedynie nędzną resztką tamtych, które posiadałem w dzieciństwie i które bardziej niż jakiekolwiek inne wydały mnie na pastwę zwodzicieli młodzieży, tak, dobre auto wyścigowe gna przed wszystkimi pośród wiatru i pyłu, szybszych od niego, przeszkody zaś mkną ku jego kołom chyżo, tak iż niemal chce się wierzyć w miłość.

Siła, z jaką zarzuty chcą się ze mnie wydostać na zewnątrz, najwyraźniej ukazuje mi, kim obecnie jestem. Był czas, kiedy nie miałem w sobie nic innego prócz owych pchanych wściekłością zarzutów, tak iż przy całej swej fizycznej krzepkości na ulicy musiałem się trzymać całkiem obcych ludzi, ponieważ zarzuty przechylały się we mnie to na jedną, to na drugą znów stronę, niczym woda w wiadrze, które się niesie w pośpiechu.

Te czasy minęły. Zarzuty spoczywają we mnie jak obce narzędzia, których nie mam już odwagi chwycić i podnieść. Zepsucie dawnego mojego wychowania wydaje się przy tym zaznaczać ciągle od nowa i coraz silniej, nałóg wspominania, cecha być może wspólna wszystkim kawalerom w moim wieku, otwiera moje serce na ludzi, którzy powinni obalać moje zarzuty, a takie wydarzenie jak wczorajsze, wcześniej równie częste jak jedzenie, ma miejsce tak rzadko, że je odnotowuję.

Ale oprócz tego to ja jestem tym, który właśnie odłożył pióro, żeby otworzyć okno, być może najlepszego sprzymierzeńca mych oskarżycieli. Sam się bowiem nie doceniam, a to już oznacza przecenianie innych, lecz i tak ich przeceniam, a pomijając to, sam sobie jeszcze niewymownie szkodzę. Gdy nachodzi mnie ochota na zarzuty, wyglądam przez okno. Któż zaprzeczy, że siedzą tam w swych łódkach wędkarze, jak uczniowie, których ze szkoły wyniesiono nad rzekę; zgoda, ich milczenie jest często niezrozumiałe, podobnie jak milczenie much na szybie okiennej. A mostem mkną tramwaje, jak zwykle towarzyszy im tęgi świst wiatru i dźwięk zepsutego zegara, nie ma żadnych wątpliwości, że policjant, czarny od dołu do góry, z piersią rozświetloną żółtym medalem, przypomina piekło i, mając myśli podobne do moich, obserwuje wędkarza, który nagle, już to płacząc, już to mając jakąś wizję, a może to tylko korek drży, przechyla się na brzeg łodzi. To wszystko jest słuszne, ale w swoim czasie teraz słuszne są tylko zarzuty.

Kierują się one przeciwko całej masie ludzi, to może przerazić, i nie tylko ja, lecz także każdy inny człowiek wolałby raczej patrzeć na rzekę z otwartego okna. Rodzice i krewni, to, że zaszkodzili mi powodowani miłością, jeszcze zwiększa ich winę, albowiem jak bardzo mogliby mi się przecież tą miłością przysłużyć, następnie zaprzyjaźnione rodziny i ich krzywe spojrzenia, z poczucia winy życie sobie uprzykrzają i nie chcą wydobyć się z niepamięci, dalej całe zastępy opiekunek, nauczycieli i pisarzy, a pośród nich pewna konkretna kucharka, dalej, idąc jeden za drugim po karę, lekarz domowy, fryzjer, sternik, żebraczka, sprzedawca papieru, strażnik w parku, nauczyciel pływania, następnie obce damy w parku miejskim, których najchętniej w ogóle by się nie oglądało, bywalcy letnisk niczym szyderstwo z niewinnej natury i wielu innych; ale byłoby ich więcej jeszcze, jeślibym ich chciał i potrafił przywołać z nazwiska, krótko mówiąc, jest ich tak wielu, że trzeba uważać, aby jednego nie wymienić dwukrotnie.

Często się nad tym zastanawiam, pozwalając swobodnie biec swoim własnym myślom, a jednak zawsze dochodzę do tego samego wniosku, mianowicie że wychowanie bardziej mi zaszkodziło niż wszyscy ludzie, jakich znam, i bardziej, niż jestem w stanie pojąć. Ale mogę o tym wspominać tylko od czasu do czasu, bo zaraz słyszę potem od kogoś pytanie: "Naprawdę? To możliwe? Mam w to uwierzyć", i z nerwowego przestrachu próbuję to jakoś ograniczyć.

Na zewnątrz wyglądam tak samo jak każdy inny człowiek; mam nogi, tułów i głowę, spodnie, surdut i kapelusz; solidnie mnie ćwiczono, a jeśli mimo to pozostałem dość niski i słaby, to dlatego po prostu, że nie dało się tego uniknąć. W zasadzie podobam się wielu, nawet młodym dziewczętom, a te, którym się nie podobam, i tak uważają mnie za co najmniej znośnego.

["Długo tu jeszcze zostaniesz?"]

"Długo tu jeszcze zostaniesz?", spytałem. Gdy wypowiadałem te słowa tak nagle, wyleciało mi z ust trochę śliny, zły znak.

"Przeszkadza ci to? Jeżeli to ci przeszkadza lub, kto wie, powstrzymuje od wejścia na górę, natychmiast odejdę, w przeciwnym jednak razie zostanę, bo jestem zmęczony".

"Ty", rzekłem i dałem mu małego szturchańca kolanem (gdy wypowiadałem te słowa tak nagle, wyleciało mi z ust trochę śliny, zły znak), "nie zasypiaj".

"Nie zasypiam", powiedział i potrząsnął głową, otwierając oczy. "Jeślibym zasnął, jakże mógłbym cię strzec? Czyż nie jestem zmuszony to robić? Czy nie dlatego wówczas uczepiłeś się mnie przed kościołem? Tak, to było dawno temu, wiemy o tym, zostaw no zegarek w kieszeni".

"Jest już przecież bardzo późno", rzekłem. Musiałem się przy tym delikatnie uśmiechnąć i aby to ukryć, intensywnie wpatrywałem się w głąb domu.

"Czy to ci odpowiada? A zatem chętnie wejdziesz na górę, bardzo chętnie? Powiedzże to wreszcie, nie ugryzę cię. Spójrz tylko, jeśli sądzisz, że na górze będzie ci lepiej aniżeli tutaj w dole, to po prostu wejdź, w tej chwili, nie myśl o mnie. A że wedle mojej opinii, czyli opinii pierwszego lepszego przechodnia X, wkrótce zejdziesz znów na dół, i że dobrze będzie, jeśli ktoś, na kogo oblicze nawet nie spojrzysz, będzie tu jakimś trafem stał i kto jednak weźmie cię pod ramię, pokrzepi winem w nieopodal położonym lokalu, a potem zaprowadzi do swego pokoju, tak nędznego, który ma wszelako kilka oddzielających go od nocy szyb, na tę opinię tymczasem możesz sobie gwizdać. To prawda, powtórzę to przed kimkolwiek zechcesz, źle nam tu idzie na dole, tu jest jak pod psem, ale nie można mi pomóc, czy to kiedy leżę tak sobie w rynsztoku, chłepcząc deszczówkę, czy też gdy tymi samymi ustami popijam szampana - nie sprawia mi to żadnej różnicy. Zresztą nigdy nawet nie mam wyboru między tymi dwiema rzeczami, nigdy coś takiego mi się nie przydarza, co nakazywałoby ludziom zwracać na mnie uwagę, jakżeby zresztą to mogło się zdarzyć pod konstrukcją wskazanych dla mnie ceremonii, pośród których mogę tylko dalej pełzać niczym pierwszy lepszy robak. Ale ty, któż to wie, co tam w tobie tkwi, odwagę to ty masz, a przynajmniej sądzisz, że ją masz, spróbujże choć, bo i na cóż się ważysz, często człowiek rozpoznaje się, jeśli jest wystarczająco uważny, w twarzy służącego.

Gdybym tylko wiedział na pewno, że jesteś ze mną szczery. Byłbym już dawno na górze. Tylko jakże się mogę dowiedzieć, czy jesteś ze mną szczery. Patrzysz teraz na mnie tak, jak gdybym był małym dzieckiem, w ogóle mi to nie pomaga, pogarsza tylko sytuację. Ale być może chcesz pogarszać sytuację. Nie potrafię już znieść tego ulicznego powietrza, należę przecież do towarzystwa na górze, kiedy uważam, drapie mnie w gardle, o, masz zresztą, kaszlę, masz w takim razie pojęcie, jak będzie mi się wiodło na górze. A stopa, którą wejdę do sali, odmieni się, nim pociągnę za nią drugą".

"Masz rację, nie jestem z tobą szczery" [tekst urywa się]

"Teraz być może wydaje ci się, że chcę się z tego powodu użalać? Nie, dlaczegóż to miałbym się żalić, ani jedno, ani drugie nie jest dla mnie dozwolone. Muszę tylko odbywać moje spacery, na tym koniec, w zamian jednak nie istnieje takie miejsce na świecie, w którym nie mógłbym odbywać spacerów. Teraz jednak wydaje się, że wbija mnie to w próżność" [tekst urywa się]

"Ty", rzekłem i dałem mu małego szturchańca kolanem (gdy wypowiadałem te słowa tak nagle, wyleciało mi z ust trochę śliny, zły znak).

"Nie zapomniałem o tobie", powiedział i potrząsnął głową, otwierając oczy.

"Ależ nie obawiałem się tego", odparłem. Nie zwróciłem uwagi na jego uśmiech i spojrzałem na bruk. "Chciałem ci tylko powiedzieć, że teraz wejdę z pewnością na górę. Albowiem jak wiesz, zaproszono mnie tam, zrobiło się późno, oczekują mnie. Być może w oczekiwaniu na mnie przesuną nawet kilka występów. Nie chcę tak twierdzić z całą pewnością, lecz jest to bądź co bądź możliwe. Zapytasz mnie teraz, czy nie zrezygnowałbym z owego towarzystwa".

"O to nie zapytam, gdyż po pierwsze wprost cały się palisz, aby mi to powiedzieć, a po drugie nic mnie to nie obchodzi, ponieważ wszystko mi jedno, czy to góra, czy dół. Czy leżę tak sobie w rynsztoku, chłepcząc deszczówkę, czy też tymi samymi ustami spijam szampana - nie sprawia to mi żadnej różnicy, nawet w smaku" [tekst urywa się]

"Ty", rzekłem, wycelowałem i dałem mu małego szturchańca kolanem, "ale teraz już idę. Jeśli chcesz sobie na to popatrzeć, otwórz oczy" [tekst urywa się]

"A więc jednak?", zapytał, patrząc na mnie prosto całkiem otwartymi oczami, spojrzeniem jednakże tak słabym, że mógłbym odgonić je machnięciem ręki. "A więc jednak idziesz. Co mam zrobić? Zatrzymać cię nie mogę. A jeślibym mógł, nie chciałbym. Chcę ci wszelako wyklarować uczucie, z jakim mógłbyś jednak zostać przeze mnie wstrzymany". I natychmiast przyjął wyraz twarzy, z jakim w państwie o uregulowanych skądinąd stosunkach wewnętrznych wolno niższym posługaczom wymagać od pańskich dzieci posłuszeństwa lub napędzać im strachu [tekst urywa się]

"Ty", rzekłem, wycelowałem i dałem mu małego szturchańca kolanem, "otwórz oczy, chcę się pożegnać". Gdy wypowiadałem te słowa tak nagle, wyleciało mi z ust trochę śliny, zły znak.

"A więc jednak", powiedział, twarz moją kilkakrotnie obiegło jego spojrzenie, które wszelako zdawało się trafiać we mnie tylko przypadkiem, mógłbym je bowiem odgonić machnięciem ręki.

Opowieści i przypowieści(ciąg dalszy)

SUKNIE

Gdy widzę gdzieś suknie z wielokrotnymi fałdami, falbankami, frędzelkami, tak pięknie spoczywającymi na pięknych ciałach, często myślę wtedy, że w takim stanie pozostaną one już niedługo, dostaną zmarszczek, niedających się wygładzić, pokryje je głęboki ornament kurzu, niedający się usunąć, i że nikt nie będzie chciał się narazić na smutek i śmieszność, codziennie rano zakładając tę samą drogocenną suknię, a wieczorem ją z siebie zdejmując.

A jednak widuję dziewczyny, które z pewnością są piękne, pokazują ponętne mięśnie i kostki, i skórę jędrną, i gęstwinę delikatnych włosów, a jednak codziennie pokazują się w owym naturalnym kostiumie maskaradowym, w te same powierzchnie dłoni wkładają wciąż tę samą twarz i raz za razem stają przed swoimi lustrami.

Czasem tylko, wieczorem, gdy późno wracają z jakiejś zabawy, twarz wydaje im się w lustrze zużyta, nabrzmiała, zakurzona, przez wszystkich już widziana, ledwie zdatna do noszenia.

WŚRÓD MOICH KOLEGÓW SZKOLNYCH

Wśród moich kolegów szkolnych byłem głupi, lecz nie najgłupszy. A kiedy mimo to kilku nauczycieli często utrzymywało w obecności moich rodziców i mojej to ostatnie, czynili tak powodowani jedynie szaleństwem ludzi, którzy wierzą, że ryzykując tak ostateczny wyrok, podbili pół świata.

Że jestem głupi, wierzono jednak powszechnie i naprawdę posiadano dowody, które dało się z łatwością przedstawić, gdy trzeba było na przykład poinstruować w mojej sprawie kogoś, kto z początku wcale nie miał o mnie niepochlebnego zdania i przed innymi bynajmniej tego nie ukrywał.

Z tego powodu często przychodziło mi złościć się i płakać. Były to wówczas jedyne chwile, gdy czułem się niepewny w swojej obecnej biedzie i zrezygnowany w obliczu tej przyszłej, wszelako niepewny tylko teoretycznie, i zrezygnowany też, albowiem jeśli zaraz potem przychodziło do jakiejś pracy, byłem pewny siebie i wyzbyty wątpliwości, a więc prawie jak aktor, który z kulis wypada w rozbiegu, na chwilę staje daleko od środka sceny, z mojego powodu przykłada sobie dłonie do czoła, podczas gdy pasja, która za chwilę będzie do tego potrzebna, tak w nim wezbrała, że nie potrafi jej ukryć, choć mrużąc oczy, przygryza wargi. Dawna, na wpół miniona niepewność unosi wzbierającą pasję, zaś pasja umacnia niepewność. Niepewność tworzy się niepowstrzymanie od nowa, obejmując je obie i nas.

Dlatego, gdy poznawałem obcych, robiłem się markotny. Targał mną niepokój, gdy niektórzy obserwowali mnie wzdłuż ścian swego nosa, tak jak z małego domku patrzy się przez lunetę ponad jeziorem lub nawet na góry, lub po prostu w powietrze. Dało się słyszeć absurdalne komentarze, statystyczne kłamstwa, błędy w geografii, fałszywe nauki, tyleż zakazane, co wyzbyte sensu, czy też solidne poglądy polityczne, godne uwagi opinie o aktualnych zdarzeniach, wartościowe pomysły, które zaskakiwały na równi mówiącego i zgromadzone grono, a wszystko potem znowuż potwierdzano mrugnięciem, pochwyceniem krawędzi stołu lub zeskokiem z krzesła. Gdy tylko zaczynali w ten sposób, od razu przestawali wpatrywać się w człowieka uporczywie i ostro, gdyż ich tułów sam z siebie porzucał normalne położenie, pochylając się to w przód, to w tył. Inni zapominali wręcz o swoich ubraniach (mocno uginali nogi w kolanach, żeby stanąć tylko na czubkach palców, albo na piersiach z wielką siłą ściskali marynarki w fałdy), inni nie, wielu mocno trzymało się palcami binokli, półek, ołówka, lorgnon, papierosa, a większości z nich, nawet jeśli mieli mocną skórę, twarz jednak się rozgrzewała. Ich spojrzenie ześlizgiwało się z nas niczym opadające ramię.

Wpuszczano mnie w moim naturalnym stanie, wolno mi było swobodnie czekać, a potem słuchać albo też odejść i położyć się do łóżka, co zawsze mnie cieszyło, bo często byłem senny, jako że byłem nieśmiały. Była to jakby długa przerwa w tańcu, podczas której nieliczni tylko decydowali się odejść, większość, czekając, to tu, to tam, stała lub siedziała, tymczasem muzycy, o których nikt nie myśli, wzmacniali się gdzieś przed dalszą grą. Tylko że wcale nie było tak spokojnie i nie każdy musiał dostrzec przerwę, na sali było równocześnie wiele balów.

Dzięki temu wszystkiemu nie czułem własnych obaw, obaw przed mężczyzną, któremu, wyzbyty wszelkich uczuć, podałem swoją dłoń, którego nazwiska nie znałem, gdy nagle jego imię wykrzyknął być może jeden z przyjaciół, i naprzeciwko którego siedziałem godzinami, w całkowitym spokoju, nieznacznie tylko, jak to czasem dzieje się z młodymi, osłabiony od skierowanych z rzadka tylko w moją stronę spojrzeń osoby dorosłej.

Kilka razy pozwoliłem, zgoda, spotkać się jego spojrzeniom z moimi, usiłując dłużej, ja, pozostawiony w spokoju, albowiem nikt się ze mną nie liczył, patrzeć w jego błękitne dobre oczy, niech będzie, że tym samym formalnie opuszcza się zgromadzone grono. Gdy się nie udawało, nie dowodziło to niczego poza samym faktem usiłowania. Dobrze, nie udało mi się, z tą nieumiejętnością zdradziłem się zaraz na początku i także później, ani przez chwilę nie potrafiłem jej ukryć, ale przecież również stopy niewprawnych łyżwiarzy chcą podążać każda w inną stronę, obie zaś - porzucić lód. Gdyby jakiś skądinąd porządny [luka w tekście] i mądrego, który nie znajdowałby się ani przed ową setką, ani obok niej, ani za nią, tak że można by go od razu i z łatwością dostrzec, lecz był pośrodku tych innych, tak że można by go ujrzeć tylko z podwyższonego miejsca, a i wtedy widziano by tylko, jak znika. Tak właśnie wyrokował o mnie mój ojciec, który w politycznym świecie mojej ojczyzny jest człowiekiem poważanym i odnoszącym sukcesy. Przypadkowo usłyszałem tę opinię, gdy miałem chyba siedemnaście lat, przy otwartych drzwiach czytając w pokoju obok pokoju mojego ojca jakąś książkę o Indianach. Te słowa zwróciły wtedy moją uwagę, zapamiętałem je, jednak nie zrobiły na mnie wrażenia w najmniejszym choćby stopniu. Jak to zwykle bywa z młodymi ludźmi, na których w żaden sposób takie wyroki nie wpływają. Bo albo całkowicie w sobie spoczywając, albo nieprzerwanie się w siebie cofając, odczuwają swoją naturę głośno i silnie, jak muzykę pułkową. Ogólny wyrok ma jednak dla nich nieznane przesłanki, nieznane zamiary, wskutek czego ze wszystkich stron jest on niedostępny; udaje spacerowicza na wysepce w stawie, gdzie brak łódek i mostów, słyszy muzykę, lecz sam jest niesłyszalny.

Tym samym nie chcę jednak atakować logiki młodych ludzi.

AEROPLANY W BRESCII

Przybyliśmy. Przed aerodromem znajduje się jeszcze wielki plac z podejrzanymi drewnianymi domkami, na których spodziewaliśmy się zupełnie innych szyldów niż: Garage, Grand Büffet International i tym podobne. Potworni, otłuszczeni w swych wózeczkach żebracy wyciągają ramiona na drogę, człowiek w pośpiechu próbuje ich przeskoczyć. Wyprzedzamy wielu ludzi, a wielu nas wyprzedza. Spoglądamy w powietrze, o które przecież tutaj chodzi. Bogu dzięki, żaden jeszcze nie lata! Nie schodzimy z drogi, a jednak nikt nas nie przejeżdża. Włoska kawaleria podskakuje między tysiącem furmanek, za nimi, w ich stronę. Chaos i nieszczęśliwe wypadki zdają się wykluczone po równi.

Pewnego razu w Brescii, późnym wieczorem, chcieliśmy dostać się prędko na określoną uliczkę, która naszym zdaniem była dość daleko. Dorożkarz żąda trzech lirów, my oferujemy dwa. Dorożkarz rezygnuje z jazdy i tylko z sympatii opisuje nam potworny dystans, dzielący nas od owej ulicy. Zaczęliśmy się wstydzić naszej oferty. Dobrze, trzy liry. Wsiadamy do środka, trzy zakręty pojazdu krótkimi uliczkami i oto jesteśmy tam, gdzie chcieliśmy. Otto, bardziej energiczny od nas obu, wyjaśnia, że za jazdę trwającą minutę w najmniejszym oczywiście stopniu nie zamierza zaoferować trzech lirów. Jeden lir będzie aż nadto. Oto jeden lir. Jest już noc, uliczka jest pusta, dorożkarz jest silny. Wpada od razu we wściekłość, jakby kłótnia trwała już całą godzinę: Co? - To oszukaństwo. - Co my sobie myślimy. - Stanęło na trzech lirach, należy zapłacić trzy liry, dawać mi tu trzy liry albo popamiętamy. Otto: "Taryfa albo straż!". Taryfa? Nie ma taryfy. - Gdzież miałaby być na to taryfa! - To była umowa na nocną jazdę, lecz jeśli damy mu dwa liry, pozwoli nam odejść. Przestraszyć Otta: "Taryfa albo straż!". Jeszcze kilka krzyków i trochę szukania, potem pojawia się taryfa, na której nie widać nic oprócz brudu. Zostaje przy lirze pięćdziesiąt i dorożkarz już jedzie dalej wąską uliczką, w której nie może zawrócić, nie tylko wściekły, lecz także, jak mi się zdaje, zasmucony. Albowiem nasze zachowanie dalekie było od poprawnego; we Włoszech nie można sobie tak poczynać, gdzie indziej może to być słuszne, tutaj nie. Ale któż by się zastanawiał nad tym w takim pośpiechu! Nie trzeba niczego żałować, w jeden tydzień nie można zamienić się we Włocha.

Skrucha jednakże nie powinna nam zepsuć radości na samym lądowisku, to spowodowałoby tylko znowu świeżą skruchę, bardziej tedy wskakujemy w aerodrom, niźli tam idziemy, z entuzjazmem naszych wszystkich kończyn, który pod tym słońcem nagle nas, jednego po drugim, czasami ogarnia.

Mijamy hangary, za zasłoniętymi kotarami stoją one tam sobie niczym pozamykane sceny wędrownych komediantów. Na frontonach widnieją nazwiska awiatorów, których maszyny kryją się w środku, powyżej trójbarwne sztandary ich ojczyzn. Odczytujemy nazwiska: Cobianchi, Cagno, Calderara, Rougier, Curtiss, Moncher (trydentczyk noszący włoskie barwy, ufa im bardziej niż naszym), Anzani, klub rzymskich awiatorów. A B l é r i o t?, pytamy. Blériot, który cały czas był w naszych myślach, gdzież podziewa się Blériot?

Przed swoim hangarem, po ogrodzonym płotem placu, biega tam i z powrotem Rougier, niski człowieczek z wydatnym nosem i podwiniętymi rękawami. W widoczny sposób zajmuje go jakaś czynność, trochę niejasna, rzuca ramionami, rękami, nad wyraz niespokojnie, idąc, uderza się dłońmi, za kotarę posyła swoich ludzi, to znowu przywołuje ich z powrotem, sam wchodzi do środka, przepychając się przez wszystkich do przodu, podczas gdy jego żona, w przylegającym, białym odzieniu, w małym czarnym kapeluszu mocno naciśniętym na głowę, z delikatnie rozstawionymi nogami i w krótkiej spódnicy, spogląda w pusty gorąc, kobieta interesu i wszystkie jej troski, spadające na jej małą głowę.

Przed sąsiednim hangarem siedzi Curtiss, całkiem sam. Przez odrobinę tylko rozchylone zasłony dostrzec można jego maszynę; jest większa, niż opowiadano. Kiedy przechodzimy obok, Curtiss wysoko przed sobą trzyma "New York Herald", czytając jakąś linijkę na górze strony; po półgodzinie znowu przechodzimy obok, teraz jest już w połowie tej strony; mija kolejne pół godziny, kończy stronę i zaczyna nową. Latać widocznie dziś nie chce.

Odwracamy się i widzimy rozległe pole. Jest tak olbrzymie, że wszystko, co się na nim znajduje, wydaje się opuszczone: pobliska tyczka wskazująca cel, maszt sygnałowy w oddali, katapulta startowa po prawej, automobil komitetu naprężonymi od wiatru żółtymi chorągiewkami rysuje po polu łuk, przystaje w swoim własnym kurzu, po czym znowu jedzie.

Stworzono tutaj, w tej krainie nieomal tropikalnej, sztuczne pustkowie, zgromadziła się tutaj najznamienitsza arystokracja Włoch, wspaniałe damy paryskie i tysiące innych, aby zmrużonymi oczami wpatrywać się w to słoneczne pustkowie. Nie ma na tym placu nic, co przynosi urozmaicenie na innych obiektach sportowych. Brakuje ślicznych przeszkód dla koni wyścigowych, białych linii boisk tenisowych, świeżej trawy meczów futbolowych, kamiennych wzniesień dla wyścigów automobilowych i kolarskich. Popołudniami jedynie, dwa albo trzy razy, przez ów płaski teren ciągnie kłusem barwny oddział konnych. Końskich kopyt nie widać w tym kurzu wcale, słońce świeci monotonnie do około piątej po południu. I aby nic nie zakłócało obserwacji terenu, nie gra tu muzyka, jedynie gwizdy tłumu, okupującego tanie miejsca, usiłują zaspokoić potrzeby uszu, tudzież niecierpliwość. Wszelako z perspektywy droższych trybun, stojących za nami, tłumek ów mógłby bez różnicy stopić się w jedno z pustkowiem.

W pewnym miejscu, przy barierce, stoi obok siebie bardzo wielu ludzi. "Jaki mały!", woła grupka Francuzów, jakby wzdychając. Co się stało? Przeciskamy się do przodu. Stoi tam, na polu, całkiem blisko, mały aeroplan, pokryty prawdziwą, żółtą farbą, przygotowywany do lotu. Teraz widzimy także hangar Blériota, obok hangar jego ucznia Leblanca, wzniesiono je oba na samym polu. Przy jednym ze skrzydeł maszyny stoi, oparty o nie, Blériot i patrzy na ręce swoim mechanikom dłubiącym przy silniku.

Jeden z robotników chwyta ramię śmigła, aby nim zakręcić, szarpie, słychać jakieś drgnięcie, coś jakby tchnienie silnego mężczyzny we śnie; lecz potem śmigło ani drgnie. Próbuje się raz jeszcze, próbuje dziesięć, czasem śmigło zatrzymuje się od razu, czasami pozwala sobie na kilka obrotów. To przez silnik. Praca zaczyna się od nowa, widzowie są nią znużeni bardziej niż ci, co ją wykonują. Silnik zostaje naoliwiony ze wszystkich stron; poluzowuje się ukryte śruby, po czym znowu je przykręca; jakiś człowiek biegnie do hangaru i przynosi zapasową część; nie pasuje; człowiek śpieszy z powrotem i kucając na podłodze hangaru, obrabia ją młotkiem między nogami. Blériot zamienia się miejscem z mechanikiem, ten zaś z Leblankiem. To jeden szarpie za śmigło, to drugi. Lecz silnik jest nieubłagany jak uczeń, któremu zawsze się pomaga, cała klasa mu podpowiada, a on nie, nie potrafi, wciąż tkwi w miejscu, wciąż w tym samym, nieudacznik. Przez chwilę Blériot siedzi spokojnie na swoim miejscu; sześciu ludzi stoi wokół niego bez ruchu; wszyscy zdają się śnić.

Widzowie mogą chwilowo odetchnąć i rozejrzeć się. Z macierzyńskim wyrazem twarzy przechodzi obok młoda pani Blériot, za nią dwójka dzieci. Nie lubi, gdy jej mąż nie może latać, lecz gdy lata, odczuwa strach; poza tym jej piękna suknia jest trochę zbyt ciężka jak na tę temperaturę.

Znów zakręcają śmigłem, być może lepiej, a być może wcale nie; silnik z hałasem zaczyna pracować, jak nie ten sam; czterech ludzi przytrzymuje maszynę od tyłu, ciąg powietrza, idący od wirującego śmigła, pośród ciszy wiatru wokół wzbija ich kitle robocze. Nie słychać żadnych słów, komendy zdaje się wydawać tylko hałas śmigła, osiem dłoni puszcza maszynę, która długo toczy się po grudach ziemi, jak niezdarny tancerz.

Podejmuje się wiele takich prób i wszystkie kończą się fiaskiem. Każda sprawia, że widzowie wstają z miejsc, wspinają się na wyplatane krzesła, na których z pomocą wyciągniętych ramion można było utrzymać balans, lecz także równocześnie pokazać nimi nadzieję, obawę i radość. W przerwach włoska arystokracja przechadza się wzdłuż trybun. Wymieniają się pozdrowieniami, ukłonami, rozpoznają, obejmują, wędrują schodami po trybunach to w górę, to w dół. Pokazują sobie Principessę Letycję Savoia Bonaparte, Principessę Borghese, leciwą damę, której twarz przybrała barwę ciemnożółtych winogron, Contessę Morosini. Marcello Borghese kręci się wokół wszystkich dam i żadnej zarazem, z daleka jego twarz zdaje się zdradzać zrozumienie, z bliska jednak policzki zamykają mu się obco ponad kącikami ust. Gabriele d'A n n u n z i o, niski i słabowity, kryguje się przed Contem Oldofredim, jednym z najznamienitszych członków komitetu. Z trybuny, ponad poręczą, widać mocną twarz P u c c i n i e g o, jego nos można by nazwać pijackim.

Jednak ludzi tych dostrzega się tylko wtedy, gdy się ich szuka, zwykle widać wszędzie, kradnące powszechną uwagę, wysokie współczesne modnisie. Wolą chodzić niż siedzieć, w ich sukniach nie siedzi się dobrze. Wszystkie twarze, azjatyckim zwyczajem zasłonięte welonem, są jakby spowite w delikatny zmierzch. Suknia, luźna u góry, całej postaci nadaje od tyłu charakter trochę niezdecydowany; gdy takie damy sprawiają wrażenie niezdecydowanych, wśród obserwatorów rodzi się coś na kształt niepokoju, zmieszania! Gorset spoczywa głęboko, prawie niedosięgły; talia wydaje się szersza niż zwykle, bo cała reszta jest wąska; te kobiety chcą, aby je obejmowano głębiej.

Jak dotąd pokazano tylko maszynę Leblanca. Lecz oto przybywa maszyna, którą Blériot przeleciał Kanał; nikt tego nie powiedział, a wiedzą to wszyscy. Dłuższa przerwa i oto Blériot jest już w powietrzu, nad skrzydłami widać jego prosty tułów, nogi wetknięte głęboko niczym część maszynerii. Słońce schyliło się ku zachodowi, pod rozpiętym nad trybunami baldachimem oświetla wznoszące się skrzydła. Wszyscy w oddaniu spoglądają na Blériota w górę, w żadnym sercu nie ma już miejsca dla nikogo innego. Robi małą rundkę, a potem ukazuje się nad nami prawie pionowo. Wszyscy, wyciągając szyje, widzą, jak jednopłat najpierw się chwieje, a potem zostaje opanowany przez Blériota i nawet unosi się w górę. Cóż to się dzieje? Tu w górze jest człowiek, 20 m nad ziemią, uwięziony w drewnianej konstrukcji, broniąc się przed niewidocznym, dobrowolnie wziętym na siebie ryzykiem. My tymczasem stoimy tu w dole całkiem odepchnięci, nierealni, przyglądając się temu człowiekowi.

Wszystko idzie jak trzeba. Maszt sygnałowy pokazuje w tym samym czasie, że wiatr jest korzystniejszy i Curtiss będzie się ścigał o wielką nagrodę Brescii. A więc jednak? Ledwie przekazano tę informację, a silnik Curtissa już mruczy, ledwie człowiek na niego spojrzy, a ten już odlatuje, leci ponad płaską przestrzenią, która zwiększa się przed nim, ku lasom w oddali, które robią wrażenie, jakby wyrosły dopiero teraz. Jego lot nad lasami trwa długo, znika, widzimy lasy, jego nie. Zza domów, Bóg wie gdzie, wyłania się na tej samej wysokości co wcześniej, pędzi w naszą stronę; wzbija się w górę, widać dół dwupłatowca ciemno nachylony, opada, wtedy górne płaszczyzny połyskują w słońcu. Okrąża maszt sygnałowy i zawraca, obojętny na okrzyki zachwytu, dokładnie tam, skąd przybył, aby znów osamotnieć i zmaleć. Robi pięć takich rund, przelatuje 50 km w 49'24'' i tym samym zdobywa wielką nagrodę Brescii, 30 000 lirów. To wspaniały wyczyn, wspaniałych wyczynów nie traktuje się jednak z szacunkiem, na końcu każdy uznaje się zdolnym do wspaniałych wyczynów. I podczas gdy Curtiss samotnie pracuje nad lasami, a jego żona, wszystkim dobrze znana, martwi się o niego, tłum niemal już o nim zapomniał. Wszędzie słychać tylko narzekania, że nie wystartuje Calderara (jego maszyna uległa rozbiciu), że Rougier już od dwóch dni, nie dając za wygraną, majstruje przy swoim voisinie, że nie przybył wciąż zodiac, włoski sterowiec. O wypadku Calderary krążą tak chlubne dla niego pogłoski, że chce się nieomal sądzić, iż miłość własnego narodu bezpieczniej uniesie go w niebo niż jego samolot Wright.

Curtiss nawet nie zdążył ukończyć lotu, a już w trzech hangarach zaczynają, jak gdyby niesione natchnieniem, pracować silniki. Wiatr i kurz biją z przeciwległych kierunków. Dwoje oczu nie wystarcza. Człowiek kręci się na krześle, chwieje się, przytrzymuje kogoś, przeprasza, ktoś inny się chwieje, pociąga za sobą, słychać "Dziękuję". Nastaje wczesny wieczór włoskiej jesieni, na polu nie wszystko już wyraźnie widać.

Właśnie wtedy, gdy po zwycięskim locie Curtiss przechodzi obok i na nikogo nie patrząc, lekko uśmiechnięty, zdejmuje czapkę, Blériot rozpoczyna małe okrążenie, którego wszyscy już wcześniej wyczekiwali! Nie wiadomo, czy oklaski są dla Curtissa, Blériota, czy może Rougiera, którego olbrzymia czarna maszyna wzbija się teraz w powietrze. Rougier siedzi przy drążkach niczym jakiś pan przy biurku, do którego można dotrzeć po małej drabinie za jego plecami. Wznosi się małymi okrążeniami, przelatuje nad Blériotem, przerabia go w widza i nie przestaje się wznosić.

Jeśli chcemy jeszcze złapać jakąś dorożkę, najwyższy czas stąd odejść; już wielu ludzi przepycha się obok nas. Wiadomo przecież, że ten lot to tylko eksperyment, a ponieważ zbliża się siódma, nie wejdzie do oficjalnego rejestru. Na przedpolu aerodromu widać szoferów i służących, jak siedzą i wskazują na Rougiera; przed aerodromem, na wielu rozrzuconych ścieżkach, stoją dorożkarze - wskazują na Rougiera; trzy pociągi zapełnione po ostatni zderzak nie ruszają się z miejsca z powodu Rougiera. Szczęśliwie zdobywamy jakąś dorożkę, dorożkarz kuca przed nami (kozła brak) i wreszcie, stając się na powrót samodzielnymi bytami, odjeżdżamy. Max czyni słuszną uwagę, że coś podobnego można by i trzeba zorganizować także w Pradze. To nie musiałyby być wyścigi lotnicze, mimo że, jak twierdzi, z pewnością by się to opłacało, jednak awiatora dałoby się zaprosić z łatwością i tak, i żaden uczestnik by tego nie pożałował. Rzecz byłaby przecież tak prosta, Wright lata teraz w Berlinie, potem w Wiedniu będzie latał Blériot, a w Berlinie Latham. Należałoby tylko przekonać tych ludzi, aby trochę nadłożyli drogi. Obaj nic nie odpowiadamy, bo po pierwsze jesteśmy zmęczeni, a po drugie i tak nie mielibyśmy nic przeciwko. Droga wije się, a Rougier szybuje tak wysoko, że człowiek niemal sądzi, iż jego położenie należałoby obliczać podług gwiazd, które zaraz pokażą się na ciemniejącym już niebie. Nie przestajemy się odwracać; Rougier wciąż wzbija się w górę, lecz nasza droga wiedzie ostatecznie w głąb Kampanii.

[Pierwszy rozdział książki Richard i Samuel autorstwa Maxa Broda i Franza Kafki]

Tomik zatytułowany Richard i Samuel - krótka podróż przez kraje Europy Środkowej będzie zawierał równoległe dzienniki podróżne dwóch przyjaciół o różnych charakterach.

Samuel to młody, bywały w świecie człowiek, który z ogromną powagą usiłuje wyrobić w sobie znajomość wielkiego stylu i prawidłowy osąd wszystkich kwestii życia i sztuki, nigdy wszakże nie popadając przy tym w nadmierną trzeźwość czy zgoła pedanterię. Richard nie ma żadnych określonych zainteresowań, daje się prowadzić swoim zagadkowym odczuciom, a bardziej jeszcze swej słabości, w owym wąskim i zmiennym obszarze okazując wszakże tak wiele intensywności i naiwnej samodzielności, że ów nigdy nie ulega komizmowi. Z zawodu Samuel jest sekretarzem pewnego stowarzyszenia artystycznego, Richard zaś urzędnikiem bankowym. Richard posiada majątek, pracuje wyłącznie dlatego, że nie czuje się na siłach znosić dni wolne; Samuel jest zmuszony żyć ze swojej (zresztą pełnej sukcesów i bardzo cenionej) pracy.

Obaj, choć koledzy szkolni, podczas opisywanej podróży przebywają ze sobą dłużej po raz pierwszy. Cenią się nawzajem, choć jeden drugiemu wydaje się niezrozumiały. Przyciąganie i odpychanie przejawia się na wiele sposobów. Opis pokazuje, jak ów stosunek rozpłomienia się zrazu w rozbuchaną intymność, potem zaś, po kilku incydentach na niebezpiecznym gruncie Mediolanu i Paryża, ustatecznia się, przyjmując postać wzajemnego męskiego porozumienia, po czym dokumentnie utrwala. Podróż kończy się tym, że obaj przyjaciele łączą swe umiejętności w nowym projekcie artystycznym.

Ukazać całą mnogość niuansów, jakie zdolne są wytworzyć przyjaźnie między mężczyznami, a zarazem, dzięki podwójnemu, niewolnemu od sprzeczności oświetleniu sportretować przemierzane kraje w całej ich świeżości i wartości, które zazwyczaj, niesłusznie, przypisuje się wyłącznie krainom egzotycznym: oto sens tej książki.

PIERWSZA DŁUGA PODRÓŻ POCIĄGIEM (PRAGA-ZURYCH)

S a m u e l: Wyjazd 26 VIII 1911 o pierwszej w południe, minut 2.

R i c h a r d: Widząc Samuela, który pisze coś zwięźle w swoim, znajomym mi, malutkim kalendarzu kieszonkowym, wracam do mojego dawnego, pięknego pomysłu, aby każdy z nas prowadził dziennik z tej podróży. Mówię mu o tym. Najpierw się zapiera, potem zgadza, uzasadniając jedno i drugie, jedno i drugie pojmuję z ledwością, lecz nic to nie szkodzi, jeśli tylko będziemy prowadzić dzienniki. Teraz znowuż naśmiewa się z mojego notatnika, który oprawiony w czarne glansowane płótno, nowy, bardzo duży, kwadratowy, istotnie bardziej przypo- mina zeszyt szkolny. Już teraz widzę, że będzie ciężko, a w każdym razie uciążliwie, przez całą podróż tak nosić ten zeszyt ze sobą w kieszeni. Poza tym mogę kupić sobie w Zurychu równocześnie jakiś inny, praktyczny. Ma także wieczne pióro. Będę je czasem pożyczał.

S a m u e l: Na stacji wagon z wieśniaczkami, na wprost naszego okna. Jedna z nich się śmieje, na jej łonie śpi jakaś inna. Budząc się, daje nam znak, niestosowny w tym jej półśnie: "Chodź". Jak gdyby z nas drwiła, bo przecież nie możemy przedostać się na drugą stronę. W przedziale obok jakaś inna, ciemna, heroiczna, całkiem nieruchoma. Głęboko odchylając głowę do tyłu, spogląda przez szybę na zewnątrz. Sybilla delficka.

R i c h a r d: Tym mianowicie, co mi się nie podoba, jest jego zaczepne, fałszywie udające zażyłość, nieomal służalcze pozdrowienie skierowane do wieśniaczek. Oto pociąg już rusza i Samuel zostaje sam z tym swoim uśmiechem na wyrost i machającą czapką. - Nie przesadzam? - Samuel czyta mi swoją pierwszą uwagę, robi ona na mnie duże wrażenie. Powinienem był baczniej się przyjrzeć wieśniaczkom. Konduktor pyta, zresztą niewyraźnie bardzo, jak gdyby miał do czynienia wyłącznie z ludźmi, którzy już często pokonywali tę trasę, czy w Pilznie ktoś chce zamówić kawę. Jeśli pada takie zamówienie, wówczas nakleja na okno przedziału po jednej, wąskiej, zielonej karteczce na każdą porcję, tak jak kiedyś w Międzyzdrojach, gdy jeszcze nie było tam pirsu, z pomocą proporczyków parowiec pokazywał z oddali, ile będzie trzeba łódek do przewiezienia pasażerów na brzeg. Samuel w ogóle Międzyzdrojów nie zna. Szkoda, że nie byłem tam wtedy z nim. Było bardzo pięknie. Tym razem też będzie przepięknie. Podróż jest za szybka, mija zbyt prędko; żądza dalekich podróży, którą teraz w sobie odczuwam! Cóż to powyżej za archaiczne porównanie, wszak od pięciu lat w Międzyzdrojach pirs już stoi. W Pilznie kawa jest na peronie. Nie trzeba mieć ze sobą karteczki, dostaje się kawę i bez niej.

S a m u e l: Z peronu widzimy, że jakaś obca dziewczyna wychyla się z naszego przedziału, Dora Lippert, jak się później okazało. Ładna, gruby nos, w białej bluzce koronkowej małe wycięcie pod szyją. Pierwsza wspólna rzecz podczas dalszej podróży: jej wielki owinięty w papier kapelusz, kołysząc się, zwisa z siatki bagażowej tuż nad moją głową. Dowiadujemy się, że jest córką oficera przeniesionego do Innsbrucka i jedzie do swoich rodziców, których od dawna nie widziała. Pracuje w biurze technicznym, w Pilznie, całymi dniami, ma bardzo dużo zajęć, ale sprawia jej to satysfakcję, jest bardzo zadowolona ze swojego życia. W biurze nazywają ją: nasz beniaminek, nasza mała jaskółka. Jest tam najmłodsza pośród samych mężczyzn. O, jakaż wesołość panuje w tym biurze! W garderobie zamienia się kapelusze, przybija gwoździami rogaliki albo gumą arabską przykleja komuś rękojeść pióra do teczki. Sami możemy zresztą mieć swój udział w takim "niewinnym" żarcie. Otóż pisze ona pocztówkę do kolegów z biura, gdzie stoi: "Przewidywania niestety się ziściły. Wsiadłam do złego pociągu i znajduję się teraz w Zurychu. Serdeczne pozdrowienia". Mamy nadać tę pocztówkę w Zurychu. Oczekuje się od nas, "ludzi honoru", że nic nie dopiszemy. W biurze oczywiście wszyscy będą się martwić, telegrafować i Bóg wie co jeszcze. Jest wagnerystką, nie przepuszcza żadnego przedstawienia wagnerowskiego, "ostatnio ta Kurz jako Izolda", czyta właśnie korespondencję Wagnera z Mathilde Wesendonck, bierze ją ze sobą nawet do Innsbrucka, książkę pożyczył jej jakiś pan, naturalnie ten, który grał jej wyciągi fortepianowe. Ona sama niestety ma niewiele talentu do gry na fortepianie, to jednak obaj już wiemy, odkąd zanuciła nam kilka lejtmotywów. Zbiera papierki po czekoladzie, robi z nich wielką kulę staniolu, którą wiezie ze sobą. Ta kula jest przeznaczona dla przyjaciółki, kolejny cel nieznany. Ale zbiera również opaski od cygar, z całą pewnością na tacę1. Pierwszy bawarski konduktor prowokuje ją do tego, aby krótko i z wielkim zdecydowaniem wyrazić swoje, wszak córki oficera, niejasne i sprzeczne opinie o armii austriackiej i armii w ogólności. Za kiepską uważa bowiem nie tylko armię austriacką, lecz także niemiecką i w ogóle każdą. Lecz czy w biurze nie podbiega do okna, gdy odbywa się przemarsz orkiestry wojskowej? Otóż nie, bo to nie jest żadne wojsko. Tak, jej młodsza siostra, ona to co innego. Często tańczy w innsbruckim kasynie oficerskim. Tak więc mundury w ogóle jej nie imponują, a oficerów traktuje jak powietrze. Winę za to najwidoczniej ponosi częściowo ów pan, który pożycza jej wyciągi fortepianowe, częściowo jednak nasz spacer tam i z powrotem, po peronie dworca w Furth, po dłuższej podróży idzie się jej bowiem nadzwyczaj świeżo, przesuwa rozwartymi dłońmi po biodrach. Richard bierze wojsko w obronę, na poważnie. Jej ulubione wyrażenia: bez zarzutu - przyspieszenie zero przecinek pięć - wyrzucić kogoś za drzwi - prędki - kiepski.

R i c h a r d: Dora L. ma okrągłe policzki pokryte grubym jasnym puszkiem; są wszelako tak bezkrwiste, że trzeba by bardzo długo przyciskać do nich dłonie, nimby się zaróżowiły. Gorset marny, ponad krawędzią, na piersiach bluzka się gniecie; trzeba to zmilczeć.

Jestem rad, że siedzę naprzeciwko niej, a nie obok, ponieważ z kimś, obok kogo siedzę, nie mogę rozmawiać. Np. Samuel chętnie siada obok mnie; obok Dory także chętnie siedzi. Ja tymczasem, gdy ktoś siedzi obok mnie, czuję się wypytywany. Przeciwko takiemu człowiekowi nie jest się zrazu uzbrojonym w spojrzenie, należy je najpierw ku niemu zwrócić. Wskutek tego, że siedzę naprzeciwko, jestem co prawda chwilowo wyłączony z rozmowy Dory i Samuela, zwłaszcza podczas jazdy pociągu; nie można mieć wszystkiego. Za to widziałem ich, choć chwilami tylko, siedzących obok siebie w milczeniu; oczywiście nie z mojej winy.

Podziwiam ją; jest tak muzykalna. Wszelako Samuel zdaje się uśmiechać z ironią, gdy ona mu cicho coś śpiewa. Być może określenie nie było całkiem trafne, ale czyż i tak nie jest godne podziwu to, że niezamężna, zamieszkująca wielkie miasto dziewczyna całym sercem interesuje się muzyką? Do swego pokoju, tylko przecież wynajmowanego, kazała sprowadzić wynajęty fortepian. Wyobraźmy sobie tylko: tak uciążliwa rzecz, jak transport fortepianu, kłopotliwa dla rodzin, a co dopiero dla słabej dziewczyny! Ileż trzeba do tego samodzielności i zdecydowania!

Pytam o jej utrzymanie. Mieszka z dwiema przyjaciółkami, wieczorem jedna z nich kupuje kolację w sklepie delikatesowym, dobrze im się ze sobą rozmawia i dużo się śmieją. Wydaje mi się dziwne, że wszystko to, jak słyszę, dzieje się przy lampach olejnych, ale nie mówię tego głośno. Kiepskie oświetlenie widocznie w ogóle jej nie przeszkadza, bo przecież przy jej energii mogłaby z pewnością wymóc na swojej gospodyni jakieś lepsze, gdyby tylko przyszło jej to na myśl.

Jako że rozmawiając, musi pokazywać wszystko, co trzyma w torebce, widzimy tam także flakonik z czymś ohydnie żółtym w środku. Dopiero teraz dowiadujemy się, że nie jest całkiem zdrowa, a nawet przez długi czas leżała złożona chorobą. A i potem była jeszcze bardzo osłabiona. Sam szef radził jej wówczas (tak przyzwoici wszyscy są wobec niej), aby przychodzić do biura tylko na połowę dnia. Teraz ma się lepiej, musi jednak zażywać ten preparat żelaza. Radzę jej wylać go raczej za okno. Wprawdzie łatwo się zgadza (bo rzecz smakuje okropnie), lecz nie bierze tego na poważnie, mimo że, bliżej pochylony w jej stronę niż jeszcze przed chwilą, chcę jej przedstawić moje tak jasne akurat w tym względzie poglądy na temat naturalnego leczenia organizmu ludzkiego, ze szczerym mianowicie zamiarem pomocy, czy przynajmniej chcąc uchronić przed krzywdą to nieporadne dziewczę, w ten sposób mam poczucie, niechby tylko przez chwilę, że dla dziewczyny jestem szczęśliwym trafem. Gdy nie przestaje się śmiać, przerywam. Przeszkadzało mi także to, że w trakcie całej mojej przemowy Samuel kiwał głową. Znam go przecież. Wierzy w lekarzy i uważa metody naturalne za śmieszne. Doskonale to rozumiem: nigdy nie potrzebował lekarza i dlatego też nigdy poważnie i samodzielnie nie zastanawiał się nad tą sprawą, np. nie potrafi w ogóle odnieść do siebie tego obrzydliwego preparatu. Gdybym był z tą panną sam na sam, już ja bym ją przekonał. Albowiem: jeśli w tej sprawie nie mam racji, to nie mam jej w żadnej!

Przyczyna jej niedokrwistości była dla mnie przecież jasna od samego początku! Biuro. Życie biurowe można, jak wszystko, obrócić w żart (i ta dziewczyna robi to z całkowitą szczerością, pozostając w błędzie), lecz w istocie, co się tyczy nieszczęśliwych skutków?! Wiem przecież, jak to jest np. ze mną. A teraz w biurze ma przesiadywać jakaś dziewczyna, damska suknia w ogóle do tego się nie nadaje, jakże się musi wszędzie napinać, aby godzinami, bez przerwy, przesuwać się tam i z powrotem na twardym drewnianym krześle. I tak oto ściska się te krągłe pupy, przyciska te piersi do krawędzi biurka. - Przesadzam? - Dziewczyna w biurze to za każdym razem smutny dla mnie widok.

Samuel nawiązał już z nią relację dość zażyłą. Skłonił ją nawet do tego, o czym ja nigdy bym nie pomyślał, aby poszła z nami do wagonu restauracyjnego. Wkraczamy do niego, wśród obcych pasażerów, wszyscy troje, w niemożliwym wprost poczuciu wspólnoty. Należy zapamiętać, że chcąc umocnić przyjaźń, trzeba wyszukać sobie nowe otoczenie. Siedzę nawet obok niej, pijemy wino, nasze ramiona dotykają się, nasza wspólna radość z wakacji zmienia nas naprawdę w rodzinę.

Mimo całego jej stanowczego oporu, wzmocnionego padającym deszczem, Samuel, cały on, przekonał dziewczynę, aby półgodzinny postój w Monachium wykorzystać na przejażdżkę autem. Podczas gdy on sprowadza auto, dziewczyna mówi do mnie w arkadach dworcowych, biorąc mnie przy tym pod ramię: "Proszę, niech pan nie dopuści do tej przejażdżki. Nie wolno mi jechać. To całkiem wykluczone. Mówię to panu, ponieważ mam do pana zaufanie. Z pańskim przyjacielem nie da się rozmawiać. Jest taki szalony!". Wsiadamy, to wszystko jest dla mnie niezręczne, ze wszystkimi szczegółami przypomina mi się obraz kinematograficzny Biała niewolnica2, w którym u wyjścia z peronu obcy mężczyźni wpychają w ciemnościach niewinną bohaterkę do automobilu i uprowadzają. Natomiast Samuel jest w świetnym humorze. Ponieważ wielki rozkładany dach zasłania nam widok, ze wszystkich budynków widzimy od biedy tylko pierwsze piętra. Jest noc. Perspektywa sutereny. Tymczasem Samuel wywodzi z tego fantastyczne wizje wysokości zamków i kościołów. Ponieważ na tylnym siedzeniu Dora ciągle milczy, a ja już niemal lękam się wybuchu, ogarnia go wreszcie zmieszanie i pyta, jak na mój gust nieco zbyt konwencjonalnie: "Cóż, nie jest pani na mnie przecież zła, panienko? Czy coś pani zrobiłem itd.?". Ona na to: "Skoro już tu jestem, nie chcę panu psuć przyjemności. Jednak nie powinien był pan mnie do tego zmuszać. Gdy mówię "Nie", to nie mówię tego bez powodu. Nie wolno mi tak jeździć". "Dlaczego", pyta. "Nie mogę tego panu powiedzieć. Sam powinien pan rozumieć, że dziewczynie nie uchodzi jeździć po nocy z mężczyznami. Poza tym jest jeszcze coś. Przypuśćmy, że byłabym już związana..." Zgadujemy, każdy z nas z osobna, z cichym szacunkiem, że cała rzecz ma coś wspólnego z panem od Wagnera. Cóż, nie mam sobie nic do zarzucenia, mimo to usiłuję ją jakoś rozchmurzyć. Także Samuel, który do tej pory traktował ją trochę wyniośle, zdaje się tego żałować i chce odtąd mówić już tylko o przejażdżce. Szofer wykrzykuje, nakłoniony przez nas, nazwy niewidocznych dla nas osobliwości miasta. Pneumatyki szumią na wilgotnym asfalcie jak aparat w kinematografie. Znów ta Biała niewolnica. Te puste długie czarne uliczki, obmyte deszczem. Najwyraźniej widać niezasłonięte wielkie okna restauracji "Cztery pory roku", której nazwa, jako tej najelegantszej, była nam już wcześniej znana. Ukłon kelnera w liberii przed towarzystwem zgromadzonym przy stole. Przy pomniku, który w swojej przytomności uznajemy na szczęście za pomnik Wagnera, okazuje zainteresowanie. Na dłuższy postój pozwalamy sobie tylko przy pomniku wolności i jego pluskających wśród deszczu fontannach. Most nad Izarą, której tylko się domyślamy. Piękne pańskie wille wzdłuż Ogrodu Angielskiego. Ludwigstraße, kościół Teatynów, Portyk Marszałków, browar Pschorr. Nie wiem, o co chodzi: niczego nie poznaję, mimo że w Monachium byłem już przecież wiele razy. Sendlinger Tor. Dworzec - bałem się (z powodu Dory zwłaszcza), że nie zdążymy na czas. Przemknęliśmy przez miasto, według taksometru w dokładnie dwadzieścia minut niczym nakręcona specjalnie w tym celu sprężyna.

Umieszczamy Dorę, jak gdybyśmy byli jej monachijskimi krewnymi, w bezpośrednim wagonie do Innsbrucka, gdzie jakaś odziana w czerń dama, której bardziej się należy obawiać niż nas, proponuje jej na noc ochronę. Dopiero wtedy widzę, że nam dwóm spokojnie można powierzać dziewczynę.

S a m u e l: Sprawa z Dorą zupełnie nie wyszła. Im dalej było, tym gorzej. Miałem zamiar przerwać podróż i przenocować w Monachium. Aż do kolacji, mniej więcej do stacji Ratyzbona, byłem przekonany, że to się powiedzie. Usiłuję porozumieć się z Richardem za pomocą kilku słów skreślonych na karteczce. Widocznie w ogóle jej nie czytał, zważał tylko na to, aby gdzieś ją ukryć. Nieważne zresztą, nie miałem już ochoty na tę mdłą panienkę. Tylko Richard widzi w niej kobietę, te jego ceremonialne przemowy i uprzejmości. To właśnie umocniło ją w jej głupiej afektacji, która w automobilu stała się w końcu nieznośna. Przy pożegnaniu zrobiła się z niej, jak się oczywiście należało spodziewać, sentymentalna niemiecka Gretchen, Richard, który niósł jej walizkę, zachowywał się tak, jak gdyby doznał niezasłużonego szczęścia, ja tymczasem czułem się tylko niezręcznie. Aby wyrazić to zwięźle: Kobietom, które podróżują samotnie lub które ogólnie chcą być postrzegane jako samodzielne, nie wolno popadać w konwencjonalną kokieterię, dzisiaj już być może archaiczną, to przyciągając do siebie, to znowuż odpychając, i w powstałym w ten sposób zamieszaniu szukając dla siebie korzyści. Bo człowiek to przejrzy i prędko z przyjemnością pozwoli, aby odepchnąć go mocniej, niż one sobie tego życzyły.

Po tej niezupełnie czystej znajomości zawartej w podróży szczególną przyjemność sprawiło odnalezienie na dworcu zakładu stworzonego specjalnie do mycia rąk i twarzy. Otwarto nam "kabinę"; co prawda można by sobie wyobrazić ładniejsze otoczenie kąpielowe, poza tym starczyło nam, obładowanym ubraniami, czasu, by ledwie obrócić się między dwiema umywalkami, mimo to jesteśmy zgodni, że w owych niemieckich sanitariatach panuje jakaś kultura. W Pradze można by długo kręcić się po dworcach, zanimby coś takiego się znalazło.

Wsiadamy do przedziału, w którym, ku przerażeniu Richarda, pozostawiliśmy bagaż. Richard we właściwy sobie sposób gotuje się do snu, pod głową umieszcza swój pled i pozwala, żeby wisząca nad nim peleryna płaszcza zwisała mu wokół twarzy jak baldachim. Podoba mi się, że przynajmniej gdy chodzi o sen, okazuje bezwzględność, np. bez pytania przyciemnia światło, choć wie, że w pociągu nie mogę spać. Wyciąga się na swojej ławie, jak gdyby od innych pasażerów uzyskał szczególne prawa w tym zakresie. I natychmiast też spokojnie zasypia. A przy tym ten człowiek wciąż narzeka na bezsenność.

W przedziale siedzi jeszcze dwóch młodych Francuzów. (Gimnazjaliści z Genewy). Jeden, czarnowłosy, ciągle się śmieje, nawet z tego, że Richard prawie nie daje mu siedzieć (tak się wyciągnął), potem z tego, że wykorzystuje moment, gdy Richard się podnosi, prosząc towarzystwo, żeby tak dużo nie palono, i zajmuje część siedziska Richarda. Takie niewielkie potyczki są pośród obcokrajowców nieme i dlatego stacza się je z nadzwyczajną lekkością, bez przeprosin i wyrzutów. Francuzi skracają sobie godziny nocne, podając sobie blaszane pudełko z ciastkami, skręcając papierosy lub co chwila wychodząc na korytarz, przywołując tam siebie, to znowu wchodząc do środka. W Lindau (oni wymawiają to "Lendó") śmieją się serdecznie i zaskakująco, jak na tę porę nocy, donośnie z austriackiego konduktora. Konduktorzy obcych państw sprawiają nieodparcie komiczne wrażenie, tak jak na nas zrobił je w Furth konduktor bawarski, z tą jego wielką czerwoną teczką, dyndającą mu nisko wokół nóg. - Rozległy widok na oświetloną reflektorami pociągu gładką powierzchnię Jeziora Bodeńskiego, aż po odległe światła po drugiej stronie brzegu, mrocznego i spowitego mgłą. Przypomina mi się stary wiersz ze szkoły, Der Reiter über den Bodensee3. Miło spędzam czas, odtwarzając go w pamięci. - Nagłe wejście trzech Szwajcarów. Jeden pali. Jeden, ten, który zostaje, gdy dwóch pozostałych wysiada, z początku jest nieistotny, daje się poznać nad ranem. Położył kres sporom między Richardem a czarnym Francuzem, obu im po równi odmówił racji i na resztę nocy sztywno usiadł między nimi, między nogami trzymając kij do górskich wędrówek. Richard pokazuje, że siedząc, również potrafi spać.

We wszystkich miasteczkach i wsiach wzdłuż całej trasy kolejowej Szwajcaria zaskakuje wolnostojącymi i dlatego z pozoru wyjątkowo prostymi, osobnymi domostwami. W St. Gallen brak korytarza ratunkowego. Być może wyraża się w tym niemiecki partykularyzm każdej jednostki z osobna, czemu sprzyjają warunki terenowe. Każdy dom, z tymi swoimi ciemnozielonymi okiennicami i mnóstwem zielonej farby na pruskim murze i balustradach, przypomina willę. Mimo to jest siedzibą firmy, tylko j e d n e j, między rodziną a przedsiębiorstwem nie ma widocznie żadnej różnicy. Ów zwyczaj prowadzenia przedsiębiorstw w willach przywodzi mi mocno na myśl powieść R. Walsera Der Gehilfe4.

Jest niedziela, piąta godzina rano, 27 sierpnia. Wszystkie okna jeszcze pozamykane, wszyscy śpią. Wciąż poczucie, że zamknięci w tym pociągu wdychamy, jak okiem sięgnąć, całe nieświeże powietrze, podczas gdy na zewnątrz kraina odsłania się przed nami w sposób naturalny, co dokładnie pochwycić można wzrokiem jedynie z okien nocnego pociągu, pod włączoną nieprzerwanie lampą. Kraina ta spływa najpierw z ciemnych wzgórz w przestrzeń między nie a pociąg, przyjmując postać wyjątkowo wąskiej doliny, potem dzięki porannym mgłom rozjaśnia się białawo, jak gdyby oświetlona oknem połaciowym, górskie hale stopniowo nabierają świeżości, dotknięte nią jak nigdy wcześniej, soczysta zieleń, która zaskakuje mnie w tym suchym jakże roku, od wschodzącego słońca trawa w końcu blaknie, ulegając powolnej przemianie. Ciężkie duże gałęzie drzew iglastych, spływające wzdłuż całego pnia aż ku jego podstawie.

Takie formy często widać na obrazach malarzy szwajcarskich i aż dotąd sądziłem, że są po prostu manierą.

Jakaś matka rozpoczyna ze swoimi dziećmi niedzielny spacer czystą ulicą. Przywodzi mi to na myśl Gottfrieda Kellera, wychowywanego przez matkę.

Wszędzie w tej krainie łąk niezwykle starannie wykonane płoty; niektóre zbudowano z szarych pni, zaostrzonych jak ołówki, często poprzedzielanych na pół. W ten właśnie sposób jako dzieci rozdzielaliśmy ołówki, aby wydobyć z nich grafit. Takich płotów nigdy jeszcze nie widziałem. Tak oto każdy kraj oferuje coś nowego w życiu codziennym, należy baczyć na to, aby ulegając radosnym wrażeniom, nie przeoczyć tego, co rzadkie.

R i c h a r d: W pierwszych godzinach porannych Szwajcaria pozostawiona samej sobie. Samuel budzi mnie, rzekomo na widok jakiegoś interesującego mostu, który jednak już minęliśmy, nim na niego spojrzałem, i dzięki temu fortelowi być może zapewnia on sobie pierwsze silne wrażenie ze Szwajcarii. Obserwuję ją najpierw, o wiele za długo, wśród wewnętrznego i zewnętrznego świtania.

W nocy spałem nadzwyczaj dobrze, jak prawie zawsze w pociągu. Mój sen w pociągu to robota dokumentnie czysta. Kładę się, głowę na samym końcu, na przygrywkę wypróbowuję kilka pozycji, odgradzam się od całego towarzystwa, choćby obserwowano mnie ze wszystkich stron, zakrywam twarz paltem lub czapką podróżną, rosnąca przyjemność z nowego ułożenia kołysze mnie do snu. Na początku ciemność oczywiście bardzo pomaga, dla dalszego przebiegu snu jest jednak niemal bez znaczenia. Rozmowa też mogłaby się toczyć tak jak wcześniej, tylko że najdalej nawet siedzący gaduła nie umie z obojętnością podejść do napomnienia, jakiego samą swoją osobą udziela ktoś głęboko śpiący. Trudno bowiem znaleźć inne miejsce, gdzie największe odmienności trybu życia są widoczne tak blisko, tak zaskakująco i bez przygotowania, jak w przedziale wagonu kolejowego, i gdzie wskutek uporczywej wzajemnej obserwacji zaczynają tak szybko na siebie oddziaływać. A choćby śpiący nie od razu zdołał uśpić innych, to przecież ucisza ich jednak albo mimowolnie skłania do większej refleksji na temat palenia, tak jak to niestety miało miejsce podczas tej właśnie podróży, gdy w dobrym powietrzu nienachalnych snów wdychałem dym papierosowy.

Dobry sen w pociągu wyjaśniam sobie tym, że w innych okolicznościach moja wynikająca z przepracowania nerwowość nie pozwala mi spać z powodu hałasu, który ona jeszcze we mnie wzmaga, nocą potęgowanym każdym przypadkowym odgłosem wielkiego domu i ulicy, każdym w oddali jadącym powozem, każdą kłótnią pijaków, każdym krokiem na schodach, tak że często w złości przypisuję całą winę hałasom zewnętrznym - gdy tymczasem w pociągu monotonia odgłosów jazdy, czy to będzie zawieszenie wagonu, tarcie kół, uderzenia szyn, czy drżenie całej konstrukcji drewnianej, szklanej i żelaznej, wszystko to zrównuje się do poziomu czegoś w rodzaju doskonałego spokoju, na którym mogę spać, niczym z pozoru zdrowy człowiek. Ów pozór ustępuje oczywiście od razu np. natarczywemu gwizdowi lokomotywy lub zmianie tempa jazdy, lub też, z całą pewnością, wrażeniom z kolejnych stacji, gnającym przez cały pociąg dokładnie tak samo, jak przez cały mój sen, aż po przebudzenie. Potem, bez zdziwienia już, dolatują moich uszu nazwy następnych miejscowości, przez które nigdy nie miałem nadziei przejeżdżać, jak teraz przez Lindau, Konstancję, sądzę, że również Romanshorn, i mniej mam z nich zysku, niż gdybym jedynie o nich śnił, przeciwnie, tylko przeszkadzają. Jeśli się budzę w trakcie jazdy, wtedy przebudzenie jest silniejsze, ponieważ jest ono jak gdyby wbrew naturze snu pociągowego. Otwieram oczy i przez chwilę zwracam się ku oknu. Za wiele tam nie widzę, to zaś, co widzę, jest uchwycone niedbałą pamięcią śniącego. A jednak mógłbym przysiąc, że gdzieś w Wirtembergii, jak gdybym mógł w ogóle tę okolicę wyraźnie rozpoznać, o drugiej godzinie w nocy ujrzałem mężczyznę, który na werandzie swojego wiejskiego domu wychylił się nad poręczą. Za nim widniały na wpół otwarte drzwi oświetlonego gabinetu, jak gdyby tylko wyszedł, aby przed snem ochłodzić jeszcze głowę. ...Na dworcu w Lindau, ale też podczas przyjazdu i odjazdu, dało się słyszeć mnóstwo nocnych śpiewów, a ponieważ podczas takiej nocnej jazdy z soboty na niedzielę człowiek zamiata na dalekich trasach, trochę tylko wybity ze snu, mnóstwo nocnego życia na kupkę, sen wydaje się wyjątkowo głęboki, a niepokoje na zewnątrz wyjątkowo głośne. Także konduktorzy, których często widziałem biegnących za moimi zaparowanymi oknami i którzy nikogo nie budzili, a tylko chcieli spełnić swój obowiązek, w pustce przestrzeni dworcowych przesadnie głośno wykrzykiwali do nas do środka najpierw jedną sylabę nazwy stacji, a potem kolejne. Moich towarzyszy podróży kusiło, żeby złożyć nazwę w całość, lub też podnosili się, aby przez nieustannie przecieraną szybę przeczytać nazwę samodzielnie; lecz moja głowa już opadała z powrotem na drewno.

Jeśli już jednak można tak dobrze spać podczas jazdy jak ja - Samuel spędza, jak utrzymuje, całą noc z otwartymi oczami - to należy przebudzić się dopiero w momencie przyjazdu, aby w chwili przebudzenia ze zdrowego snu człowiek nie stwierdził, że, skurczony w jakimś kącie przedziału, ma tłustą twarz, wilgotne ciało, na wszystkie strony rozczochrane włosy, a także bieliznę i ubrania, które, nieczyszczone i nieprzewietrzone, od dwudziestu czterech godzin zalegają w kolejowym kurzu, i że w tym stanie musi jechać dalej. Gdyby miał teraz siłę, przeklinałby sen, a tak to tylko w skrytości może zazdrościć ludziom, którzy jak Samuel spali snem urywanym, za to jednak lepiej mogli baczyć na siebie, prawie całą trasę przebyli świadomie, a tłumiąc swój sen, do którego ostatecznie byliby przecież zdolni, nieprzerwanie zachowują jasność umysłu. Rankiem byłem całkowicie zdany na łaskę Samuela.

Staliśmy obok siebie przy oknie, ja tylko ze względu na niego, i podczas gdy on pokazywał mi, co trzeba zobaczyć ze Szwajcarii, oraz opowiadał o tym, co przespałem, ja kiwałem głową i wyrażałem podziw, dokładnie tak, jak tego sobie życzył. Szczęście, że albo nie dostrzega u mnie takich stanów, albo też mylnie je ocenia, albowiem właśnie w takich chwilach jest dla mnie sympatyczniejszy niż wtedy, gdy na to bardziej zasługuję. Poważnie myślałem jednak wówczas tylko o tej Lippert. Z trudem tylko potrafię zdobyć się na prawdziwą opinię o nowych przelotnych znajomościach, zwłaszcza z kobietami. W chwili bowiem gdy taka znajomość trwa w najlepsze, doglądam raczej siebie samego, bo tam właśnie jest dużo do roboty, tak więc i w niej dostrzegłem tylko śmiesznie małą część tego, czego domyślałem się w niej i zaraz straciłem. We wspomnieniach znowuż takie znajomości przyjmują natychmiast wielkie, godne uwielbienia formy, są tam bowiem nieme, podążają tylko za tym, co zajmuje je same, a całkowicie zapoznając naszą osobę, okazują pogardę dla naszych znajomości. Lecz był jeszcze jeden powód, dla którego tak bardzo tęskniłem za Dorą, kolejną dziewczyną z moich wspomnień. Tego ranka Samuel mi nie wystarczał. Chciał podróżować ze mną jako mój przyjaciel, lecz to było mało. Oznaczało to tylko, że w każdym dniu podróży będę miał przy sobie ubranego mężczyznę, którego ciało mogę oglądać jedynie w łazience, nie odczuwając, także pod wpływem owego widoku, najmniejszego nawet pożądania. Samuel ścierpiałby przecież w końcu moją głowę na swojej piersi, gdybym chciał się wypłakać, lecz czy na widok jego męskiej twarzy, lekko powiewającej spiczastej bródki, jego - zaraz już kończę - ściśniętych ust, napłynęłyby mi do oczu łzy wyzwolenia?

(Ciąg dalszy nastąpi)

[Młody, ambitny student]

Młody, ambitny student, który bardzo się interesował przypadkiem koni z Elberfeldu i dokładnie czytał wszystko, co pojawiało się na ten temat w druku, zdecydował się na własną rękę prowadzić eksperymenty w tym zakresie i zabrać się do całej rzeczy od początku, wedle własnych zapatrywań i nieporównanie właściwiej niż jego poprzednicy. Wszelako jego środki pieniężne były niewystarczające, by umożliwić eksperymenty na szeroką skalę, a jeśli pierwszy koń, którego chciałby kupić do tych eksperymentów, okazałby się tępy, co nawet przy najbardziej intensywnej pracy można by stwierdzić dopiero po upływie tygodni, przez dłuższy czas nie miałby żadnych widoków na to, żeby zacząć eksperymenty od nowa. Lecz nie wystraszył się tego zanadto, ponieważ dzięki jego metodzie udałoby się prawdopodobnie pokonać każdą tępotę. W każdym razie, zgodnie ze swoją roztropną naturą, planowo podszedł do kwestii obliczeń nakładu związanej z tym pracy oraz środków, które musiał pozyskać. Sumę, którą w trakcie studiów potrzebował na skromne utrzymanie, do tej pory wysyłali mu regularnie co miesiąc jego rodzice, biedni kupcy z prowincji, z tego wsparcia nie zamierzał rezygnować także w przyszłości, mimo to studia, których przebieg rodzice śledzili z oddali, zmuszony był z konieczności rzucić, skoro w nowej dziedzinie, w którą teraz by wkroczył, chciał, jak się tego spodziewał, osiągnąć wielkie sukcesy. Było rzeczą nie do pomyślenia, aby rodzice mieli zrozumienie dla owych działań lub udzielali mu w nich wsparcia, musiał tedy zataić, jakkolwiek ze wstydem, swoje zamiary i utrzymywać ich w przekonaniu, że w swoich dotychczasowych studiach czyni regularne postępy. Wprowadzenie rodziców w błąd było tylko jedną z ofiar, które chciał ponieść z korzyścią dla sprawy. Wkład rodziców nie wystarczyłby na pokrycie dużych, jak tego należało oczekiwać, kosztów pracy. Toteż student chciał odtąd większą część dnia, którą do tej pory poświęcał na studia, przeznaczać na udzielanie prywatnych lekcji. Natomiast większość nocy miała służyć właściwej pracy. Na badania nad koniem student wybrał sobie porę nocną nie tylko dlatego, że był do tego zmuszony niekorzystnymi okolicznościami, także nowe zasady, które chciał wprowadzić w badania nad końmi, z rozmaitych powodów skazywały go na godziny nocne. Nawet najmniejsze zakłócenie uwagi przyniosłoby lekcjom udzielanym koniowi niepowetowane, jak sądził, straty, przed czym nocą zwierzę pozostawało w miarę bezpieczne. Podniecenia, jakie ogarnia człowieka i zwierzę, gdy czuwają i pracują nocami, plan jego wyraźnie się domagał. Nie obawiał się, jak inni eksperci, dzikości konia, już raczej jej pragnął, ba, chciał ją wręcz pobudzić, co prawda nie batem, lecz dzięki podnieceniu wywołanemu swoją nieustanną obecnością i nieustannymi lekcjami. Twierdził, że podczas prawidłowo przeprowadzonych lekcji z koniem nie powinno być mowy o żadnych pojedynczych postępach, pojedyncze postępy, którymi w ostatnim czasie tak nadmiernie szczycili się rozmaici miłośnicy koni, są niczym innym, jak tworami wyobraźni nauczycieli, albo też, co gorsza, najwyraźniejszą oznaką tego, że do ogólnego postępu nie dojdzie zgoła nigdy. On sam niczego nie chciał uniknąć tak bardzo, jak osiągania pojedynczych postępów, małe ambicje jego poprzedników, którzy uważali, że udane sztuczki arytmetyczne oznaczają jakieś osiągnięcie, wydawały mu się niepojęte, to tak, jakby wychowując dzieci, chciano zacząć od tego, że dziecku, obojętnie, czy byłoby ono ślepe, głuche i pozbawione uczuć w stosunku do całego świata ludzkiego, nie wbijano do głowy nic oprócz małej tabliczki mnożenia. Było to wszystko tak głupie, zaś błędy innych nauczycieli koni wydawały mu się czasami tak okropnie jaskrawe, że zaczynał wręcz żywić podejrzenia w stosunku do samego siebie, albowiem było rzeczą prawie niemożliwą, aby pojedynczy człowiek, na dodatek niedoświadczony, którego naprzód pchały tylko niepotwierdzone, głębokie co prawda i przemożne przekonania, pośród wszystkich tych znawców miałby mieć rację.

[W naszym domu]

W naszym domu, koszmarnym domu na przedmieściach, jednej z owych kamienic czynszowych poprzerastanych niezniszczalnymi średniowiecznymi ruinami, rozpowszechniono dzisiaj, o zimowym, mglistym i mroźnym poranku, następujący apel:

Do wszystkich współmieszkańców.

Posiadam pięć dziecięcych strzelb, wiszą w mojej skrzyni, po jednej na każdym haku. Pierwsza z nich należy do mnie, po inne może zgłaszać się każdy, kto chce, jeśli zgłosi się więcej niż pięciu, wtedy ci nadliczbowi muszą przynieść własne strzelby i zdeponować w mojej skrzyni. Bo jedność musi być, bez jedności nie pójdziemy naprzód. Poza tym mam tylko takie strzelby, które są całkowicie bezużyteczne, mechanizm się zepsuł, przybitka jest zdarta, jeszcze tylko kurki trzaskają. Nie będzie więc kłopotu, by w razie potrzeby załatwić kolejne strzelby. Lecz tak naprawdę w tym pierwszym okresie wystarczą mi również osoby bez strzelb, my, którzy strzelby mamy, w rozstrzygającym momencie weźmiemy nieuzbrojonych do środka. Sposób walki, który sprawdził się w walkach pierwszych amerykańskich farmerów z Indianami, dlaczegóż nie miałby się sprawdzić i u nas, okoliczności są przecież podobne. W dalszej perspektywie można nawet zrezygnować ze strzelb. I nawet tych pięć strzelb nie jest bezwzględnie potrzebnych i trzeba ich użyć tylko dlatego, że już tutaj są. Jeśli jednak nie chcą państwo nosić pozostałych czterech, proszę je zostawić. Wtedy jako wódz samotnie będę nosił jedną. Lecz nie powinniśmy mieć wodza, tak więc roztrzaskam lub odłożę na bok także moją strzelbę.

To był pierwszy apel. W naszym domu nie ma się czasu ani ochoty na to, żeby czytać apele, a już z pewnością, żeby się nad nimi zastanawiać. Dlatego już niebawem małe karteczki taplały się w ścieku, który spływając z dachu, karmiony przez wszystkie korytarze, spływał schodami w dół i walczył tam z drugim, wzbierającym od spodu. Ale po tygodniu nadszedł drugi apel.

Współmieszkańcy!

Jak dotąd nikt się do mnie nie zgłosił. Gdy tylko nie musiałem zarabiać na swoje utrzymanie, przebywałem w domu, a na czas mojej nieobecności, podczas której drzwi do mojego pokoju stały cały czas otworem, na moim stole leżała kartka, na której każdy, kto chciał, mógł coś napisać. Nikt tego nie uczynił.

UTRAPIENIEC

Utrapieniec mieszka w lesie. W chacie zapomnianej od pradawnych czasów, gdy przebywali tu jeszcze węglarze. Wchodząc, wyczuwa się jedynie uporczywą woń zbutwiałości, poza tym nic. Mniejszy od najmniejszej myszki, niewidoczny nawet, gdy go podstawić pod oczy, utrapieniec ciśnie się gdzieś w kącie. Nic a nic nie widać, spokojny szum lasu przenika pustą okiennicę. Jakże tutaj samotnie i jakże ci to jest na rękę. Będziesz spał tutaj w kącie. Dlaczego nie w lesie, gdzie powietrze tak swobodnie płynie? Ponieważ już tu jesteś, bezpieczny, choć drzwi dawno temu wyważono z zawiasów i odstawiono na bok. Ty jednak wciąż szukasz po omacku w powietrzu, jak gdybyś chciał dosunąć te drzwi, a potem się kładziesz.

[Wczoraj byłem po raz pierwszy]

Wczoraj byłem po raz pierwszy w kancelariach dyrektorskich. Nasza nocna zmiana wybrała mnie na męża zaufania, a ponieważ konstrukcja i wypełnienie naszych lamp są niewystarczające, miałem żądać, aby usunięto niedogodności. Pokazano mi właściwe biuro, zapukałem i wszedłem do środka. Wątły młody człowiek, bardzo blady, uśmiechał się do mnie zza ogromnego biurka. Skinął głową wiele razy, aż za wiele. Nie wiedziałem, czy mam usiąść, wprawdzie stało tam w gotowości krzesło, sądziłem jednak, że podczas pierwszej wizyty nie powinienem może od razu siadać, toteż opowiadałem tę historię na stojąco. Lecz właśnie moja skromność przysporzyła młodemu człowiekowi trudności, musiał bowiem przekrzywiać głowę do góry w moją stronę, jeśli nie chciał przestawiać krzesła, a tego właśnie nie chciał. Z drugiej strony, mimo całej życzliwości, nie przekręcał szyi całkowicie i dlatego właśnie, gdy tak opowiadałem, z ukosa spoglądał w połowie na sufit, ja mimowolnie też. Kiedy skończyłem, wstał powoli, poklepał mnie po plecach, powiedział: "Tak, tak - tak, tak", i wepchnął mnie do pokoju obok, gdzie jakiś pan z wielką zmierzwioną brodą najwyraźniej już na nas czekał, bo na jego stole nie widać było śladów pracy, natomiast otwarte szklane drzwi wiodły do małego ogródka obficie porośniętego kwiatami i krzewami. Krótka informacja, złożona z kilku słów, wyszeptana do ucha przez młodego człowieka, wystarcza, aby ów pan zorientował się w naszych rozmaitych zażaleniach. Natychmiast też powstał i rzekł: "A więc, mój drogi". Zamilkł, myślałem, że chce znać moje nazwisko, i dlatego już otwarłem usta, aby się od nowa przedstawić, wszedł mi jednak w słowo: "Tak, tak, już dobrze, już dobrze, znam cię bardzo dobrze - a więc twoja czy też wasza prośba jest naturalnie uzasadniona, ja i panowie z dyrekcji są ostatnimi, którzy by tego nie dostrzegali. Dobro ludzi leży nam, wierz mi, bardziej na sercu niż dobro kopalni. Dlaczegóż by nie? Kopalnię można zbudować od nowa, kosztuje to tylko pieniądze, do diabła z pieniędzmi, jeśli jednak zginie jakiś człowiek, to ginie właśnie człowiek, zostają po nim wdowa, dzieci. Boże kochany! Toteż z radością witamy każdą propozycję nowego zabezpieczenia, nowego ułatwienia, nowego udogodnienia i luksusów. Ten, kto z czymś takim przychodzi, to nasz człowiek. Przekaż nam tutaj zatem swoją inicjatywę, przyjrzymy się jej skrupulatnie, jeśli zaistnieje możliwość wprowadzenia jakiejś zachwycającej nowości, z pewnością tego nie poniechamy i gdy wszystko będzie gotowe, otrzymacie nowe lampy. Powiedz to jednak swoim ludziom na dole: nie spoczniemy, póki waszych sztolni nie zmienimy w salon, a jeśli w końcu zginiecie, to tylko w lakierkach. Oto zalecenia!".

[Pewnego razu była sobie wspólnota łajdaków]

Pewnego razu była sobie wspólnota łajdaków, tzn. nie byli to wcale łajdacy, lecz zwykli ludzie, przeciętni. Zawsze trzymali się razem. Jeśli np. jeden z nich zrobił coś łajdackiego, tzn. nie całkiem łajdackiego, lecz tak, jak to zwykle bywa, jak to jest w zwyczaju, a potem spowiadał się przed swoją wspólnotą, ta badała przypadek, oceniała go, nakładała pokutę, wybaczała itp. Nikt nikomu nie chciał zrobić krzywdy, skrupulatnie pilnowano interesów jednostek i wspólnoty, a spowiadającemu się ofiarowywano komplementarność okazywanej przezeń barwie podstawowej5. Tak oto trzymali się zawsze razem, również po śmierci nie porzucili wspólnoty, lecz w korowodzie wzbili się do nieba. Widok najczystszej niewinności dziecięcej, oto jak lecieli. Ponieważ jednak zanim cokolwiek dostanie się do nieba, ulega rozbiciu na cząstki, runęli w dół, prawdziwe bloki skalne.

[Kto raz z pozoru był martwy]

Kto raz z pozoru był martwy, może opowiedzieć o tym straszne rzeczy, tego jednak, jak to jest po śmierci, powiedzieć nie może, nie był śmierci bliżej niż ktokolwiek inny, w istocie "przeżył" jedynie coś szczególnego, a przez to nieszczególne życie, zwyczajne, stało się dla niego tym cenniejsze. Podobnie jest z każdym, kto przeżył coś szczególnego. Mojżesz dla przykładu przeżył na górze Synaj coś "szczególnego", ale zamiast się temu poddać, jak na przykład ktoś z pozoru martwy, kto się nie odzywa i spoczywa w trumnie, uciekł zboczem w dół i oczywiście miał do powiedzenia wiele wartościowych rzeczy, a ludzi, do których uciekł, kochał bardziej jeszcze niż wcześniej i ofiarował im swe życie, chyba tak można powiedzieć, w podzięce. Od obu jednak, od pozornie martwego, który powrócił, i od Mojżesza, który też powrócił, można się wiele nauczyć, tego jednak, co rozstrzygające, nie można się od nich dowiedzieć, bo oni sami tego się nie dowiedzieli. A jeśli dowiedzieliby się tego, już by nie wrócili. Ale my wcale nie chcemy się tego dowiedzieć. Można to stwierdzić po tym, że np. czasami miewamy życzenie, aby "pod bezpieczną eskortą", zabezpieczywszy sobie powrót, przeżyć doświadczenie pozornej śmierci lub doświadczenie Mojżesza, lub że, co więcej, nawet życzymy sobie śmierci, ale nawet w myślach nie chcielibyśmy pozostać żywi w trumnie lub na górze Synaj bez żadnej możliwości powrotu...

(Właściwie nie ma to nic wspólnego ze strachem przed śmiercią...) [tekst urywa się]

[Było to bardzo niepewne]

Było to bardzo niepewne, czy miałem obrońców, niczego dokładnie nie mogłem się na ten temat dowiedzieć, wszystkie twarze wyrażały odmowę, ludzie, którzy nadchodzili z naprzeciwka i których raz za razem spotykałem na korytarzach, wyglądali przeważnie jak stare grube kobiety, mieli wielkie, pokrywające całe ciało fartuchy w granatowe i białe prążki, głaskali się po brzuchach i ociężale obracali na wszystkie strony. Nie mogłem się nawet dowiedzieć, czy byliśmy w budynku sądowym. Niejedno przemawiało za tym, lecz wiele przeciwko. Pomijając drobiazgi, sąd najbardziej przywodziło tu na myśl huczenie, dochodzące nieprzerwanie z oddali, nie można było stwierdzić, z jakiego kierunku, wypełniało wszystkie pomieszczenia tak bardzo, że wolno było przyjąć, iż dochodzi ono zewsząd albo też, co zdawało się słuszniejsze, że to właśnie miejsce, gdzie się przypadkowo stało, jest właściwym miejscem drżenia, z pewnością jednak było to złudzenie, gdyż przybywało ono z oddali. Korytarze, wąskie, prosto przesklepione, łagodnie zakręcające, z ozdobionymi skromnie wysokimi drzwiami, wydawały się wręcz stworzone do głębokiej ciszy, były to korytarze jakiegoś muzeum albo biblioteki. Skoro jednak nie był to sąd, dlaczego wypatrywałem obrońcy? Ponieważ wszędzie szukałem obrońcy, wszędzie jest on konieczny, ba, w sądzie człowiek potrzebuje go mniej niż gdzie indziej, albowiem sąd wydaje swój wyrok na mocy prawa, gdyby zakładano, że postępuje się tutaj niesprawiedliwie lub lekkomyślnie, życie nie byłoby możliwe, należy ufać, że sąd daje swobodę majestatowi prawa, albowiem to jest jego jedyne zadanie, w samym jednak prawie wszystko jest oskarżeniem, obroną i wyrokiem, samowolne mieszanie się człowieka byłoby tutaj bluźnierstwem. Inaczej jednak rzecz się ma z okolicznościami wyroku, ich fundament tworzą dochodzenia, dochodzenia tu i tam, wśród krewnych i obcych, wśród przyjaciół i wrogów, w rodzinie i w sferze publicznej, w mieście i na wsi, krótko mówiąc, wszędzie. Tutaj obrońcy są pilnie potrzebni, całe mnóstwo, najlepiej ciasno jeden obok drugiego, żywy mur, gdyż obrońcy z natury są mało ruchliwi, za to oskarżyciele, te szczwane lisy, zwinne łasice, niewidzialne myszki, przeciskają się przez najmniejsze szczeliny, przemykając między nogami obrońców. A więc uwaga! Dlatego tutaj jestem, zbieram obrońców. Lecz nie znalazłem jeszcze żadnego, wciąż tylko te stare kobiety, przychodzą i odchodzą, raz za razem, gdybym nie był w trakcie poszukiwań, uśpiłoby mnie to. Nie jestem na właściwym miejscu, niestety nie mogę się oprzeć wrażeniu, że nie jestem na właściwym miejscu. Musiałbym się znaleźć w miejscu, do którego przybywaliby rozmaici ludzie, z różnych okolic, ze wszystkich stanów, ze wszystkich zawodów, różnego wieku, musiałbym mieć możność ostrożnego dobierania sobie spośród owej masy tych najbardziej zdatnych, przyjaznych, tych, co umieją się na mnie poznać. Najzdatniejszy byłby do tego może wielki jarmark. Zamiast tego błąkam się po korytarzach, gdzie widać tylko owe stare kobiety, a i tych niezbyt dużo, i ciągle te same, i nawet owej garstki nie da się zatrzymać, mimo że jest tak powolna, wymykają mi się, unoszą w górze jak deszczowe chmury, całkiem pochłonięte niewiadomymi zajęciami. Dlaczego wpadam na oślep do budynku, nie czytam napisu nad bramą, zaraz potem jestem już na korytarzach, sadowię się tutaj z takim uporem, że w ogóle nie potrafię sobie przypomnieć, iż kiedykolwiek stałem przed tym budynkiem, iż kiedykolwiek wbiegałem po schodach na górę? Lecz nie mogę się cofnąć, owa strata czasu, owo przyznanie, że się pobłądziło, byłoby dla mnie nieznośne. Co? Zbiec na dół po schodach w tym krótkim, prędko upływającym życiu, któremu towarzyszy niecierpliwe huczenie? To niemożliwe. Czas ci przeznaczony jest tak krótki, że straciwszy sekundę, straciłeś już życie, dłużej to nie trwa; trwa to zawsze tylko tak długo jak czas, który tracisz. Skoro zatem już zacząłeś drogę, kontynuuj ją, w każdych warunkach, możesz tylko wygrać, na żadne niebezpieczeństwo się nie narażasz, być może spadniesz pod koniec, gdybyś jednak odwrócił się już po pierwszych krokach i zbiegł schodami na dół, spadłbyś od razu na samym początku, i to nie być może, lecz z całą pewnością. Jeśli zatem nie znajdziesz nic na korytarzach, otwórz drzwi, jeśli nic za tymi drzwiami nie znajdziesz, istnieją nowe piętra, jeśli nic tam na górze nie znajdziesz, nie ma nieszczęścia, wskocz na nowe schody, nie zabraknie ci stopni, dopóki nie przestaniesz wchodzić, pod twoimi wchodzącymi stopami wciąż pną się do góry.

ZWIERZĘ SYNAGOGOWE

W naszej synagodze żyje zwierzę mniej więcej rozmiaru kuny. Często jest dobrze widoczne, znosi obecność człowieka na odległość mniej więcej dwóch metrów. Ma kolor jasnej, niebieskawej zieleni. Jego futra nikt jeszcze nie dotykał, nic więc nie można na ten temat powiedzieć, niemal przychodzi ochota stwierdzić, że prawdziwy kolor futra także pozostaje nieznany, być może kolor, który widać, pochodzi jedynie od kurzu i zaprawy murarskiej, zaplątanych w futro, ten kolor przypomina przecież tynk wnętrza synagogi, jest tylko trochę jaśniejszy. Zwierzę, nie licząc jego bojaźliwości, jest niesłychanie spokojne, ma osiadły tryb życia; gdyby go tak często nie płoszono, prawie nie ruszałoby się z miejsca, najbardziej lubi przebywać przy siatce sekcji kobiecej, z widocznym upodobaniem wpija się pazurami w oczka siatki, wyciąga się i spogląda z góry na salę modlitewną, ta śmiała pozycja zdaje się sprawiać mu radość, lecz woźny świątyni otrzymał poruczenie, aby nie tolerować zwierzęcia przy siatce, jeszcze by się przyzwyczaiło, do czego, ze względu na kobiety, które się boją zwierzęcia, dopuścić nie wolno. Dlaczego one się go boją, pozostaje niejasne. Na pierwszy rzut oka istotnie wygląda strasznie, zwłaszcza długa szyja, twarz o trzech krawędziach, niemal poziomo wystająca górna szczęka, ponad górną wargą rząd długich, sterczących nad zębami, najwyraźniej bardzo twardych, jasnych, szczeciniastych włosów, wszystko to może budzić strach, wkrótce jednak trzeba przyznać, że cały ów pozorny strach jest niebezpieczny w znikomym stopniu. Przede wszystkim trzyma się ono przecież daleko od ludzi, jest bardziej płochliwe od zwierzęcia leśnego, nie jest, jak się zdaje, związane z niczym poza budynkiem, a jego osobiste nieszczęście polega zapewne na tym, że ów budynek to synagoga, a więc od czasu do czasu miejsce niezwykle ruchliwe. Lecz jeśli umiano by się porozumieć ze zwierzęciem, można by je pocieszyć w ten sposób, że gmina naszego górskiego miasteczka kurczy się z roku na rok i już same tylko koszty utrzymania synagogi przysparzają jej olbrzymich trudności. Niewykluczone, że za jakiś czas synagoga zostanie zamieniona w magazyn zbożowy lub coś podobnego i że zwierzę zazna spokoju, którego mu teraz tak boleśnie brakuje.

Wszelako zwierzęcia boją się tylko kobiety, mężczyznom jest ono od dawna obojętne, pokazywały je sobie kolejne pokolenia, wciąż je widywano, w końcu przestano zwracać na nie uwagę, nawet dzieci, które po raz pierwszy je widzą, już się mu nie dziwią. Zrobiło się z niego zwierzę domowe, dlaczegóż to synagoga nie miałaby mieć swojego własnego, nigdzie indziej niespotykanego zwierzęcia domowego? Gdyby nie kobiety, nie wiedziano by wiele więcej na temat egzystencji zwierzęcia. Ale nawet kobiety nie odczuwają prawdziwego lęku przed zwierzęciem, byłoby to zresztą zbyt dziwaczne, żeby bać się takiego zwierzęcia dzień w dzień, przez całe lata i dziesięciolecia. Wprawdzie bronią się, mówiąc, że zwykle są o wiele bliżej zwierzęcia niż mężczyźni, i to prawda. Zwierzę nie śmie zejść na dół do mężczyzn, nawet na podłodze nigdy go nie widziano. Jeśli nie dopuszcza się go do siatki sekcji kobiecej, to zatrzymuje się na przeciwległej ścianie, na tej samej wysokości. Jest tam bardzo wąski występ w murze, szeroki ledwie na dwa palce, obiega on trzy boki synagogi, po tym występie zwierzę czasami przemyka tam i z powrotem, najczęściej jednak kuca spokojnie w jakimś miejscu naprzeciw kobiet. Niepojęte prawie, jak może ono używać owej wąskiej drogi z taką łatwością, zaś sposób, w jaki, doszedłszy do końca, zawraca, doprawdy jest godny podziwu, to przecież zwierzę bardzo już stare, nie obawia się jednak wykonywać w powietrzu najśmielszych choćby skoków, które nigdy nie chybiają celu, obraca się w powietrzu i już biegnie swoją drogą z powrotem. Lecz gdy się to widziało kilkakrotnie, jest się nasyconym i nie ma powodu, aby obserwować to nadal. Kobiet nie wprawia przecież w poruszenie ani strach, ani ciekawość, gdyby były bardziej zajęte modlitwą, mogłyby całkowicie o zwierzęciu zapomnieć, pobożne kobiety zresztą tak by zrobiły, gdyby inne, które stanowią olbrzymią większość, do tego dopuszczały, te jednak wolą zwracać na siebie uwagę i dlatego zwierzę jest dla nich zawsze mile widzianym pretekstem. Z pewnością zwabiłyby zwierzę, gdyby mogły i gdyby się odważyły, jeszcze bliżej siebie, aby bardziej się jeszcze przestraszyć. Lecz w rzeczywistości zwierzę nie ciągnie do nich wcale, niezaczepiane troszczy się o kobiety równie mało, co o mężczyzn, najchętniej pozostawałoby prawdopodobnie w ukryciu, w którym żyje poza godzinami nabożeństw, najwidoczniej w jakimś zagłębieniu w murze, którego jeszcze nie odkryliśmy. Dopiero kiedy zaczyna się modlitwa, pojawia się, wystraszone hałasem, chce zobaczyć, co się stało, chce być czujne, chce być wolne, gotowe do ucieczki, ze strachu wybiega, ze strachu wykonuje te swojej podskoki i nie śmie się cofnąć, dopóki trwa nabożeństwo. Duże wysokości wybiera sobie oczywiście dlatego, że jest tam najbezpieczniej, a najlepsze warunki do biegania ma na siatce i na występie w murze, lecz nie zawsze tam przebywa, czasami schodzi też niżej do mężczyzn, zasłona Arki Przymierza trzyma się na błyszczącym miedzianym drążku, on to właśnie widocznie wabi zwierzę, jakże często ono tam się zakrada, potem jednak siedzi zawsze cicho, nawet wtedy, gdy jest tuż obok Arki, nie można powiedzieć, żeby przeszkadzało, zdaje się obserwować wiernych bladymi, zawsze otwartymi, pozbawionymi powiek oczami, z pewnością jednak nikogo nie widzi, lecz tylko wypatruje niebezpieczeństw, przez które czuje się zagrożone.

W tym względzie wydawało się ono, przynajmniej do niedawna, niewiele rozumniejsze od naszych kobiet. Jakichże to niebezpieczeństw miałoby się obawiać? Kto ma zamiar mu coś zrobić? Czyż od wielu lat nie żyje pozostawione sam sobie? Mężczyźni nie troszczą się o jego obecność, większość kobiet byłaby prawdopodobnie nieszczęśliwa, gdyby zniknęło. A ponieważ jest to jedyne zwierzę w budynku, nie ma żadnych wrogów. W ciągu tych wszystkich lat powinno to było przecież wreszcie pojąć. Hałas nabożeństwa może budzić u zwierzęcia strach, lecz w ograniczonym zakresie powtarza się to przecież codziennie, we wzmożonym zaś stopniu podczas dni świątecznych, zawsze regularnie i bez przestojów, nawet najbardziej bojaźliwe zwierzę mogłoby się do tego już przyzwyczaić, zwłaszcza gdy widzi, że nie jest to hałas ze strony prześladowców, lecz hałas, który w ogóle go nie dotyczy. A jednak strach. Czy to wspomnienie czasów dawno minionych, czy przeczucie dopiero nadchodzących? Czy to stare zwierzę nie wie aby więcej niż trzy pokolenia, które za każdym razem gromadzą się w synagodze?

Przed wieloma laty, tak się opowiada, rzeczywiście podobno usiłowano przepędzić zwierzę. Być może jest to prawda, bardziej jednak prawdopodobne jest to, że chodzi jedynie o zmyślone historie. Wszelako można wykazać, że z religijno-prawnego punktu widzenia rozważano naówczas zagadnienie, czy takie zwierzę w świątyni wolno tolerować. Zasięgano opinii u różnych słynnych rabinów, zdania były podzielone, większość była za wypędzeniem i powtórną konsekracją świątyni, łatwo jednak było wydawać zalecenia z daleka, w rzeczywistości wypędzenie zwierzęcia nie było możliwe.

[Wpadłem w gęstwinę ciernistych krzewów]

Wpadłem w gęstwinę ciernistych krzewów i głośno zawołałem dozorcę parku. Wnet przybył, ale nie mógł się do mnie przecisnąć. "Jakże pan się tam dostał w sam środek krzewów?", zawołał, "nie może pan wrócić tą samą drogą?". "To niemożliwe", zawołałem, "nie odnajdę z powrotem tej drogi. Spacerowałem sobie spokojnie, dumając, i nagle znalazłem się tutaj, to tak, jak gdyby krzewy wyrosły dopiero po tym, gdy już tu byłem. Nie potrafię stąd wyjść, jestem zgubiony". "Jesteś pan jak dziecko", powiedział dozorca, "najpierw po zakazanej drodze przeciskasz się pan przez najdzikszą gęstwinę, a potem biadolisz. Nie jesteś pan przecież w jakiejś dżungli, lecz w publicznym parku i wyciągnie się pana". "Ale takie krzewy nie należą do parku", powiedziałem, "i jak mnie ratować, przecież nikt nie może wejść tu do środka. Lecz jeśli chce się tego spróbować, trzeba to zrobić natychmiast, zaraz jest przecież wieczór, nie przetrzymam tu nocy, jestem już cały podrapany przez ciernie, moje binokle gdzieś mi spadły i nie mogę ich znaleźć, bez binokli jestem na wpół ślepy". "Dobrze już, dobrze", powiedział dozorca, "lecz jedną chwilkę będzie pan musiał wytrzymać, muszę najpierw sprowadzić robotników, którzy wykarczują drogę, a wcześniej muszę jeszcze otrzymać zezwolenie dyrektora parku. A więc odrobinę cierpliwości i męskiego hartu, jeśli łaska".

[To przedstawienie piękne]

To przedstawienie piękne i efektowne, konna przejażdżka, którą nazywamy konną przejażdżką snów. Pokazujemy ją już od lat, ten, kto ją wymyślił, zmarł dawno temu na suchoty, lecz jego dziedzictwo pozostało i nie mamy powodu, aby zdejmować przejażdżkę z programu, tym bardziej że konkurencja nie umie jej podrobić, jest ona, mimo że na pierwszy rzut oka to niezrozumiałe, niepodrabialna. Mamy w zwyczaju wstawiać ją na zakończenie pierwszej części, nie nadawałaby się na zakończenie wieczoru, nie jest to nic olśniewającego, nic kapitalnego, nic, o czym rozmawia się w drodze do domu, na koniec musi przyjść coś, co pozostanie w pamięci nawet najbardziej zakutego łba, coś, co cały wieczór uratuje przed zapomnieniem, czymś takim owa przejażdżka konna nie jest, z pewnością jednak nadaje się ona do tego [tekst urywa się]

SCENY Z OBRONY PODWÓRZA

Był to prosty i szczelny płot drewniany, niemal na wysokość mężczyzny. Za nim stało trzech ludzi, których wychylone twarze były widoczne z tyłu, środkowy był najwyższy, obaj pozostali, niżsi o ponad głowę, cisnęli się do niego, była to jednorodna grupa. Tych trzech mężczyzn broniło płotu lub raczej całego otoczonego nim podwórza. Byli tam jeszcze inni mężczyźni, ale nie uczestniczyli bezpośrednio w obronie. Jeden siedział przy stoliku na środku podwórza, ponieważ było ciepło, zdjął marynarkę munduru i powiesił na oparciu krzesła. Miał przed sobą małą kartkę, którą zapisywał wielkimi, zamaszystymi, zużywającymi wiele atramentu pociągnięciami pióra. Czasami spoglądał na mały rysunek, przytwierdzony pinezkami do blatu stołu u góry, był to plan podwórza, a człowiek, który był komendantem, na podstawie owego planu redagował rozporządzenia dotyczące obrony. Czasami się podnosił, by spojrzeć na tamtych trzech obrońców oraz dalej jeszcze ponad płotem na wolną przestrzeń. To, co tam widział, również wykorzystywał do swoich rozporządzeń. Pracował prędko, jak wymagała tego napięta sytuacja. Mały bosonogi chłopiec, bawiący się nieopodal w piasku, roznosił, gdy czas był po temu i komendant go do siebie przyzywał, karteczki. Lecz komendant, zanim mu je dawał, marynarką munduru musiał najpierw oczyścić chłopcu dłonie brudne od wilgotnego piasku. Piasek był wilgotny od wody, tryskającej z wielkiej kadzi, w której jakiś człowiek prał bieliznę wojskową, rozpiął on linkę między szczeblem drabiny a wątłą lipą, która stała samotnie na podwórzu. Na tej lince wywieszono bieliznę do wyschnięcia, a kiedy teraz komendant nagle zdjął koszulę, która już lepiła mu się do spoconego ciała, przez głowę i z krótkim okrzykiem rzucił człowiekowi przy kadzi, ten zdjął z linki suchą koszulę i przekazał swojemu przełożonemu. Nieopodal kadzi w cieniu drzewa siedział, kołysząc się w krześle, młody człowiek, nie troszczył się o nic, co się działo wokół niego, błędnym wzrokiem obserwował niebo i lot ptaków i ćwiczył na rogu sygnały wojskowe. Było to tak samo potrzebne jak wszystko inne, lecz czasami komendantowi było tego za wiele, wtedy, nie odrywając spojrzenia od pracy, dawał znak trębaczowi, by ten przestał, a kiedy to nie skutkowało, obracał się i krzyczał na niego, wtedy przez chwilkę panowała cisza, póki trębacz cicho, na próbę tylko, znów zaczynał trąbić, a kiedy mu to uchodziło, stopniowo wzmacniał dźwięk do poprzedniego stanu. Zasłona okna w ścianie szczytowej była opuszczona, co nie było niczym osobliwym, ponieważ wszystkie okna po tej stronie domu były jakoś zasłonięte, aby chronić je przed spojrzeniami i atakiem wrogów, jednak za tamtą zasłoną przycupnęła córka dzierżawcy, spoglądała w dół na trębacza, a dźwięki rogu zachwycały ją tak, że czasami mogła je chłonąć jedynie z zamkniętymi oczami, trzymając dłoń na sercu. Tak naprawdę to w wielkiej izbie na tyłach budynku powinna była nadzorować posługaczki szarpiące płótno, tam jednak, dokąd dźwięki docierały słabo, nigdy nie dając zadowolenia, a zawsze tylko budząc tęsknotę, nie wytrzymywała i przekradała się tutaj przez opuszczony, wypełniony stęchlizną dom. Czasami trochę wychylała się naprzód, aby zobaczyć, czy ojciec nadal siedzi przy pracy i czy na przykład nie poszedł doglądnąć służby, bo wtedy i ona nie mogłaby tu dłużej pozostać. Nie, wciąż tam siedział, pykając fajkę, na kamiennym stopniu schodów wejściowych i wycinał gonty, dookoła niego leżała wielka kupa gontów całkiem już gotowych i gotowych tylko w połowie, jak również surowy materiał. Dom i dach ucierpiałyby niestety od walki i należało przezornie o to zadbać. Z okna obok drzwi wejściowych, dokumentnie, nie licząc małej szpary, zabitego deskami, dobywały się dym i gwar, była tam kuchnia, żona dzierżawcy właśnie kończyła gotować obiad z kucharzami wojskowymi. Duże palenisko na to nie wystarczało, wstawiono zatem jeszcze dwa kotły, ale i tych nie było, jak się teraz okazało, dość: komendantowi bardzo na tym zależało, żeby do syta nakarmić załogę. Dlatego zdecydowano, aby pomóc sobie trzecim kotłem, ale ponieważ był on trochę uszkodzony, jakiś człowiek usiłował go zalutować w przydomowym ogrodzie. Początkowo próbował to robić przed domem, lecz komendant nie mógł zdzierżyć uderzeń młotkiem i trzeba było przetoczyć kocioł dalej. Kucharze byli bardzo niecierpliwi, raz za razem posyłali kogoś, żeby sprawdził, czy kocioł jest już gotowy, ale nie był jeszcze gotowy, jeśli chodzi o dzisiejszy obiad, w ogóle nie wchodził w rachubę i trzeba się będzie ograniczać. Jako pierwszemu nałożono komendantowi. Mimo że kilkakrotnie i bardzo poważnie nalegał, by nie gotowano mu nic szczególnego, gospodyni nie mogła się zdecydować, aby dać mu zwykły wikt żołnierski, poza tym nikomu innemu nie powierzyłaby obsługiwania komendanta, założyła ładny biały fartuch, talerz z pożywnym rosołem postawiła na srebrnej tacy i zaniosła komendantowi na podwórze, gdyż nie należało oczekiwać, że ten przerwie pracę i wejdzie do domu, aby zjeść. Gdy tylko ujrzał gospodynię, jak sama nadchodzi, od razu wstał, bardzo uprzejmie, musiał jej jednak powiedzieć, że nie ma czasu na jedzenie, ani czasu, ani spokoju, gospodyni prosiła z opuszczoną głową, ze łzami we wzniesionych ku górze oczach, osiągając tyle, że komendant, wciąż stojąc, z uśmiechem wziął pełną łyżkę zupy z talerza, który nadal znajdował się w rękach gospodyni. Tym samym uczyniono zadość najwyższym nawet wymogom uprzejmości, komendant skłonił się i usiadł do pracy, z ledwością chyba zauważył, że gospodyni przez chwilę jeszcze przy nim stała, a potem dopiero, wzdychając, wróciła do kuchni. Zupełnie inny był jednak apetyt załogi. Gdy tylko w szparze okna kuchennego ukazała się porośnięta dziką brodą twarz kucharza, który fajką dał znak, że obiad zaraz zostanie wydany, wszędzie zapanowało poruszenie, większe niż komendant by tego sobie życzył. Z drewnianej szopy dwóch żołnierzy wyciągnęło wózek ręczny, który właściwie okazał się po prostu wielką beczką, do której ze szpary okiennej szerokim strumieniem wlewano zupę dla tych, którym nie wolno było opuścić swojego miejsca i którym z tego powodu posiłki dostarczano. Wózek najpierw pojechał do obrońców przy płocie, komendant nawet nie musiał dawać znaku palcem, ponieważ tamci trzej byli chwilowo najbardziej wystawieni na atak wroga i nawet prosty żołnierz potrafił to docenić, być może bardziej nawet niż oficer, komendantowi zależało jednak przede wszystkim na tym, aby przyspieszyć wydawanie jedzenia i jak najbardziej skrócić spowodowaną przez to uciążliwą przerwę w pracach obronnych, widział przecież, jak tamci trzej, skądinąd wzorowi żołnierze, bardziej teraz troszczyli się o podwórze i wózek niż o przedpole za płotem. Szybko ich zaopatrzono, a potem poprowadzono wózek dalej wzdłuż płotu, ponieważ co mniej więcej dwadzieścia kroków przy płocie kucało trzech żołnierzy, gotowych, gdy zajdzie taka konieczność, podobnie jak tamci trzej, powstać i pokazać się wrogowi. Tymczasem od strony domu do szpary okiennej zbliżyli się w długim szeregu żołnierze rezerwy, każdy z nich trzymał w dłoni miskę. Podszedł także trębacz, ku ubolewaniu córki dzierżawcy, która wróciła do posługaczek, wyciągnął spod krzesła miskę, zaś na jej miejscu umieścił róg. Na wierzchołku lipy coś zaszeleściło, bo siedział tam żołnierz, który miał obserwować wrogów przez lunetę, a o którym, mimo ważnej i niezbędnej pracy, jaką wykonywał, kierujący wózkiem z zupą zapomniał, przynajmniej chwilowo. Wzbudziło to w nim rozgoryczenie tym większe, że kilku żołnierzy, gnuśnych rezerwistów, rozsiadło się, aby tym bardziej móc się delektować posiłkiem, wokół pnia, a opary i woń zupy wzbijały się w górę. Krzyczeć nie śmiał, lecz w gałęziach uderzał wokół siebie rękami i kilka razy, żeby zwrócić na siebie uwagę, spuszczał lunetę przez liście w dół. Wszystko na próżno. Należał do odbiorców i musiał zaczekać, aż wózek wróci do niego po zakończonym objeździe. Trwało to oczywiście długo, ponieważ podwórze było spore, należało zaopatrzyć jakieś czterdzieści posterunków po trzech ludzi w każdym, a gdy wózek, ciągnięty przez przemęczonych żołnierzy, wreszcie podjechał do lipy, w beczce zostało już niewiele, mało było zwłaszcza kawałków mięsa. Wprawdzie obserwator chętnie przyjął i te resztki, gdy podano mu je w misce umieszczonej na zakrzywionej żerdzi, potem jednak zsunął się trochę po pniu i z wściekłością - było to jego podziękowanie - kopnął nogą w twarz żołnierza, który go obsługiwał. Ów, z oczywistych względów nie posiadając się z oburzenia, kazał swojemu towarzyszowi podnieść się do góry, w try miga znalazł się na wierzchołku drzewa i tak oto zaczęła się, z dołu niewidoczna, walka, objawiająca się jedynie dygotaniem gałęzi, głuchymi westchnięciami, fruwającymi we wszystkie strony liśćmi, póki luneta nie spadła na dół i wtedy natychmiast zapanował spokój. Komendant, bardzo zaabsorbowany innymi sprawami - daleko w polu najwyraźniej wiele się działo - na szczęście nic nie zauważył, żołnierz cicho zsunął się na dół, z największą sympatią podano mu lunetę i wszystko znów było dobrze, nawet zupy ubyło tak mało, że nie warto było o tym wspominać, przed walką obserwator starannie przymocował miskę do najwyższych gałęzi, zabezpieczając ją przed wiatrem.

ZESZYT DRUGI

[Kiedy już się zrobiło nieznośnie]

Kiedy już się zrobiło nieznośnie, pewnego dnia w listopadzie około wieczora, ja zaś w moim pokoju biegałem po wąskim dywanie jak po torze wyścigowym, przerażony widokiem oświetlonej uliczki, potem znów zmieniałem kierunek, znajdując w głębi lustra jakiś nowy cel, krzycząc, aby krzyk tylko słyszeć, któremu nic nie wtóruje i któremu również nic nie odbiera siły krzyczenia, który zatem wznosi się bez przeciwwagi i nie może przestać, nawet jeśli zmilknie, wtedy właśnie w ścianie otwarły się drzwi, pośpiesznie, bo pośpiech był tu przecież nad wyraz wskazany, i nawet konie u wozów stojące w dole na bruku stawały dęba niczym oszalałe rumaki wystawiające podczas bitwy swe gardziele na ciosy.

Z ciemnego zupełnie korytarza, w którym jeszcze nie zapaliła się lampa, wtargnęło, przyjmując postać ducha, dziecko i jak baletnica zatrzymało się na czubkach palców, na jednej z chwiejących się nieznacznie belek podłogowych. Z nagła oślepione zmierzchającym światłem pomieszczenia, chciało prędko ukryć twarz w dłoniach, wnet jednak uspokoiło się, spojrzawszy w okno, za którego krzyżownicami wzbijające się w górę wyziewy ulicznych latarń legły wreszcie pod ciężarem mroku. Stojąc prosto przed otwartymi drzwiami, dziecko prawym łokciem opierało się o ścianę, pozwalając, aby powiew powietrza płynącego z zewnątrz ocierał się o jego kolana, o szyję, i o skronie też.

Trochę się temu przyglądałem, po czym rzekłem "Bry!", i wziąłem swoją marynarkę z okapu pieca, ponieważ nie chciałem stać tak na pół obnażony. Przez krótką chwilę miałem otwarte usta, chcąc, aby podniecenie uszło ze mnie ustami. Miałem w sobie niezdrowe plwociny, powieki mi drgały, w lewym rogu czoła wyczuwałem napięcie jak przed bezbolesnym postrzałem fuzją, krótko mówiąc, nie brakowało mi niczego poza tą oczekiwaną skądinąd wizytą.

Dziecko stało jeszcze przy ścianie na tym samym miejscu, przycisnęło prawą dłoń do muru, okryte rumieńcem, nie mogło się wprost nasycić tym, że pokryta białym tynkiem ściana tak była szorstka, że zdzierała skórę z palców, na które ono wciąż spoglądało.

Powiedziałem: "Czy pan rzeczywiście do mnie? To nie pomyłka? W takim wielkim domu o pomyłkę nietrudno. Nazywam się tak i tak, mieszkam na trzecim piętrze w pokoju numer 11. Jestem zatem tym, kogo chce pan odwiedzić?".

"Spokój, spokój", dziecko rzuciło przez ramię, "wszystko w najlepszym porządku".

"A więc proszę wejść dalej, chciałbym zamknąć drzwi".

"Drzwi właśnie zamknąłem, proszę się nie kłopotać, a tak w ogóle niech się pan uspokoi".

"Żaden kłopot. Ale w tym korytarzu mieszka cała masa ludzi, wszyscy oczywiście to moi znajomi; większość wraca właśnie z pracy; jeśli w którymś z pokoi usłyszą rozmowę, będą uważali, że mają prawo wejść i sprawdzić, co się dzieje. Nieraz już tak bywało. Ludzie ci mają już pracę za sobą, komuż to mieliby się podporządkować w chwilach prowizorycznej wieczornej swobody. Zresztą pan to także wie. Proszę więc pozwolić mi zamknąć drzwi".

"Tak, cóż znowu? Cóż panu jest? Jeśli o mnie chodzi, to może tutaj wejść cały dom. A poza tym, powtórzę, drzwi już zatrzasnąłem, czy sądzisz pan, że tylko pan potrafisz zatrzaskiwać drzwi? Przekręciłem nawet klucz".

"Doskonale. O nic innego mi nie chodzi. Nie musiał pan zresztą przekręcać klucza. A skoro już pan tu jest, proszę się rozgościć. Jest pan moim gościem, proszę mi w pełni zaufać. Niech się pan czuje jak w domu, bez obaw. Nie będę pana zmuszał ani do tego, aby pan tutaj pozostał, ani do tego, aby sobie poszedł. Ale czy w ogóle muszę o tym wspominać? Tak słabo pan mnie zna?"

"Nie, naprawdę nie musiał pan tego mówić. Co więcej, w ogóle nie powinien pan był tego powiedzieć. Jestem dzieckiem, po co ze mną robić tyle ceregieli?"