BAJECZNA OPOWIEŚĆ O KRÓLEWICZU LA-FI-CZANIU, O ŻOŁNIERZU SOJU I DZIEWCZYNCE KIO1919
I
Kiedyś, kiedyś, przed wiekami panowali w Bombonii król i królowa. Oboje byli szczęśliwi, piękni, mądrzy i kochani przez poddanych; trapiło ich tylko to, że nie mieli dzieci. Szczególnie martwiła się królowa. Pewnej nocy, kiedy płacząc, zasnęła, ukazał się jej dobry bożek, Pan Spełnionych Marzeń, i obiecał, że będzie miała syna, byleby się tylko udała do Wielkiej Czarownicy po radę, a jemu ofiarowała czarne koźlę i kosz dojrzałych wiśni. Królowa obudziła się pełna radości i natychmiast kazała służebnicom dać sobie szarą z płótna szatę, mocne sandały i kij podróżny, postanowiła bowiem sama i pieszo odbyć pielgrzymkę do potężnej wróżki, aby umartwieniem tym bardziej zjednać sobie łaskę Niebios. Szła długo, bardzo długo i ciągle pod górę, pośpieszając co tchu, aż nareszcie doszła do klonowego lasu. Las ten był ciemny, liście drzew miały kolor rudy lub rdzawoczerwony i nie ruszały się nawet w czas największej wichury. W samym środku lasu na pagórku z czarnego kamienia stała chatka Wielkiej Czarownicy. Ściany miała z grubych błon spojonych ostrymi kośćmi zwierząt, pod spodem zaś gołębią nóżkę, na której obracała się z błyskawiczną szybkością.
Królowa, nauczona przez Bożka Spełnionych Marzeń, wyrzekła uroczyście:
Chatko, chatko z gołębią piętką,
przestań się obracać tak prędko,
bo bombońska królowa
do Wielkiej Czarownicy chce powiedzieć dwa słowa.
Na to zaklęcie chatka stanęła jak wryta, a królowa weszła do jej wnętrza, gdzie Wielka Czarownica, siedząc na trupiej czaszce, skubała żywą kurę. Na widok królowej kura zapiała wielkim głosem, a czarownica powiedziała: "Wiem, po co przychodzisz, królowo, i chętnie ci usłużę. Oto masz tę kurę, zabierz ją do domu, karm i paś dobrze, a nim trzysta razy zapieje, będziesz miała ślicznego syna". Królowa chciała dziękować, ale nie było czasu, bo jakaś niepojęta i niewidzialna siła wypchnęła ją z chatki, drzwi za nią zatrzasnęła i obracać chatkę z błyskawiczną szybkością poczęła. Królowa szczęśliwie wróciła do domu i w złotej klatce zamknęła podarowaną kurę. Czary pomogły, bo wkrótce urodził się królewicz. W całym kraju zapanowała niesłychana radość, bito w dzwony świątyń i ratuszów, a nawet wyszedł rozkaz, aby dzwoniono we wszystkie dzwonki, jakie gdziekolwiek w państwie istniały. Hałas był nie do opisania. Nazwano królewicza La-fi-Czań, co oznacza Kwiat Wiecznej Radości. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że królowa, nie wiadomo, ze szczęścia czy z wrodzonego roztargnienia, zapomniała złożyć żądaną ofiarę Bożkowi Spełnionych Marzeń. Minął tydzień od narodzin królewicza, gdy w nocy ukazał się śpiącej bożek, rozgniewany i straszny. "O niegodziwa, niewdzięczna niewiasto - powiedział. - Przyjęłaś dobrodziejstwo, a warunków nie dopełniłaś. Dla przykładu, aby pokazać śmiertelnym, jak bogowie karzą niewdzięczność, stanie się, że syn, którego ci dałem, nigdy śmiać się nie będzie". Powiedział i znikł, a królowa, obudziwszy się, natychmiast zemdlała, ocucona - zemdlała znowu i tak trwało aż do wieczora, kiedy kazała się zanieść do pokojów królewicza i tam płacząc gorzko nad nim, umarła. Z żalu po niej zakończył życie i małżonek jej, król.
Od wieków było w Bombonii przyjętym zwyczajem, że każdy Bombończyk winien był, mówiąc, jedząc, a nawet śpiąc, uśmiechać się. Uczono różnych uśmiechów, a król był zawsze wzorem i mistrzem tej sztuki. Niepodobieństwem było, aby panował król pozbawiony zdolności uśmiechania się. Toteż kiedy Wielka Dozorczyni nianiek królewicza przekonała się naocznie o tym, o czym donosiły ze wszech stron podwładne niańki - to jest o strasznym kalectwie królewicza, który poważnie patrzył na różnokolorowe szklane kule, jakimi go zabawiano, i nie uśmiechnął się nawet do grzechotki złotej w czerwone smoki - poszła natychmiast do Tymczasowej Rady. Tymczasowa Rada składała się z Kanclerza, Kuchmistrza i Koniuszego i miała rządzić aż do pełnoletności osieroconego w kolebce La-fi-Czania.
Dostojnicy przyjęli wiadomość z przerażeniem. Natychmiast zawezwano najsławniejszych lekarzy, którzy przyjeżdżali ze wszech prowincji Bombonii i przez cały rok badali królewicza. Okazało się, że La-fi-Czań był zdrów zupełnie, i lekarze jeden po drugim odjechali, orzekając, że władza ich jest bezsilna. Po lekarzach sprowadzono czarowników i czarownice: pod królewskim miastem stanął cały ich obóz. Wyglądało to zbiorowisko nader cudacznie. Jedni z czarowników byli okryci łachmanami, inni świecili złotem i purpurą, jedni spali w dzień, a w nocy zbierali zioła i gotowali czarodziejskie napoje, był nawet taki, który nigdy nie spał w życiu i umiał czytać przyszłość z włosów spalonych na węgiel. Czarownice ubierały się mniej więcej tak samo jak czarownicy, tylko inne nosiły obuwie i inne nakrycia głowy, a oprócz wspólnych czarów umiały latać na łopacie, tak że w nocy nad ich obozem powietrze było zupełnie czarne od latających czarownic. Na żądanie Tymczasowej Rady ludzie ci pokazywali, co umieli. Jeden z nich zaczarował wszystkie ptaki okoliczne, tak że przestały latać i biegały po ziemi prędko jak myszy, aż im znowu latać pozwolił. Drugi kazał rzece, żeby płynęła wspak, od morza do źródła, co tak osuszyło cały kawałek morza, że już go potem nigdy woda nie zalała: pobudowano tam miasta i teraz jest to urodzajny, zamieszkały kraj, a rzekę czarownik odczarował i znowu płynie po dawnemu, tylko znacznie mniejsza i jakaś słona. Jedna czarownica postawiła królewiczową kolebkę na polu, zrobiła dokoła niej koło zieloną kredą, sama stanęła w kole i czyniła przez trzy dni i trzy noce zaklęcia tak straszne, że słońce się zaćmiło, gwiazdy pobladły, a księżyc zrobił się mały, w czarne plamy i już taki na zawsze pozostał. Ale to wszystko było na nic: królewicz był zdrów i grzeczny nad podziw, ale się nigdy nie uśmiechał.
II
Po tych nieudanych próbach przywrócenia królewiczowi władzy uśmiechania się i śmiechu dano mu spokój, na długo sądząc, że może czas uleczy kalectwo, a mądre wychowanie nauczy La-fi-Czania tego, czego mu nie mogły dać ani lekarstwa, ani czary. Do siódmego roku życia królewicz pozostawał pod opieką stu nianiek, nie licząc Wielkiej Dozorczyni. Cały ten dwór miał przeznaczony na mieszkanie obszerny ogród, będący jednocześnie kwietnikiem i sadem. W ogrodzie były domki z kolorowej laki, każdy z nich zamieszkały przez jedną niańkę, a w pośrodku - duży, niski, z białej porcelany - stał pałac La-fi-Czania.
Ponieważ w tej okolicy Bombonii, gdzie leżało stołeczne miasto, panuje wieczne ciepło, pałac nie miał szyb ani okiennic, tylko zasłony z jedwabnych ciężkich tkanin, którymi zasuwano drzwi i okna, gdy słońce zbytnio dopiekało. Od deszczu chronił olbrzymi żółty parasol, który rozpinano nad pałacem. Dach był płaski i tak jak i ściany domu zrobiony z białej porcelany. W pośrodku dachu ustawiono prześliczną fontannę, z której przez jedenaście otwartych smoczych pysków z czerwonej laki lała się z szumem dzień i noc woda. Po bokach dachu nawieziono ziemi i zasadzono najpiękniejsze rośliny: nigdzie niewidziane pnącze o kwiatach zupełnie podobnych do bratków, tylko tak wielkich jak dłoń, wielkie czerwone dzwonki o dziwnych czarnych znakach na dnie kielichów i drzewka hiacyntowe, odurzające wonią, na których każdy kwiat był innego koloru. Z tarasu na pałacowym dachu widać było jak na dłoni cały ogród z jego cienistymi alejami, laurowymi zaroślami i całym mnóstwem najróżniejszych drzew owocowych, wśród których tu i ówdzie ukazywały się kolorowe domki królewiczowych nianiek, przezroczyste zygzaki rzeczek, tafle jezior i strzeliste strugi wodotrysków. Pola narcyzów białych i żółtych, grzędy umiejętnie dobranych kwiatów o przedziwnych barwach i słodkiej woni dopełniały widoku.
Siedem pierwszych lat życia La-fi-Czania upłynęło w tym ogrodzie, który słynął pod nazwą Ogrodu Niewymownego Szczęścia. Niańki, dobrane spomiędzy najpiękniejszych i najweselszych dziewcząt Bombonii, uczyły go najucieszniejszych gier i zabaw, budziły śpiewem piosenek, a usypiały dźwiękiem srebrnych fletów.
La-fi-Czań miał własnego białego słonia, na którym jeździł co dzień pod namiotem z szafirowego jedwabiu, i zaprząg z szesnastu wspaniałych czarnych kotów, którymi wolno mu było powozić w wielkie święta i w uroczysty dzień urodzin. Miał stado swojskich saren i trzodę swojskich królików, które nosiły złote obróżki z dzwoneczkami i przychodziły jeść chleb i kapuściane liście z jego ręki.
Ilekroć chciał, szedł nad wielkie jezioro, gdzie dla jego uciechy wpuszczano i hodowano foki i ciężkie morskie słonie, albo do palmowego gaju, gdzie po drzewach wisiały sznury maleńkich małp, trzymających jedna drugą za ogony, lub huśtały się stubarwne papugi, mówiące najśmieszniejsze słowa od świtu do nocy. La-fi-Czań chodził pośród tego wszystkiego z powagą i wdziękiem, ale nikt nigdy nie widział na jego twarzy pożądanego uśmiechu.
Kiedy zaczął rok ósmy, miejsce nianiek zajęli nauczyciele, mędrcy i towarzysze zabaw wybrani spomiędzy dzieci najlepszych rycerskich rodzin. W dniu, kiedy mały La-fi-Czań napisał pierwszą literę w sposób doskonały i zgodny z nauką największych mędrców bombońskich, urządzono bal, na którym spalono tysiąc ogni sztucznych. Dzieci zaproszone ze wszystkich miast i wiosek kraju odegrały wspaniały teatr pod nazwą Król Kwiatów, czyli Wesele Konika Polnego z Rezedą. Dziesięć tysięcy biało ubranych dziewczynek obrzuciło królewicza fiołkami, a po stawach i jeziorach Ogrodu Niewymownego Szczęścia pływała cała flota ozdobnych łódek, których maszty uginały się pod ciężarem różnokolorowych lampionów. O tym balu długo mówiono w całym kraju, ale królewicz, chociaż podejmował swoich małych gości z godnością i uprzejmością, która wzbudziła ogólny zachwyt - nie uśmiechnął się ani razu.
Główny nauczyciel królewicza, obdarzony tytułem Skarbca Wiedzy, otoczył La-fi-Czania bezprzykładną pieczołowitością i z bezgranicznym poświęceniem oddał się wychowaniu i wykształceniu przyszłego monarchy Bombonii. Trudno wyliczyć te wszystkie gałęzie wiedzy, w jakich przez szereg lat doskonalił się młody La-fi-Czań. Prócz tych rzeczy, których uczy się każdy człowiek, poznać jeszcze musiał Naukę Uprzejmości dla Ludzi i Zwierząt, której zgłębienie zajęło Skarbcowi Wiedzy dwadzieścia lat życia, a którą wychowańcowi swemu zdołał wyłożyć całą w ciągu zaledwie siedmiu miesięcy. Inni nauczyciele też nie próżnowali, tak że kiedy nadszedł dla królewicza czas zajęcia się wiedzą wyższą pod przewodnictwem Kanclerza i nadwornego Czarownika Skarbu, był on zaopatrzony we wszelką naukę, jaka człowiekowi jest dostępna, a prócz tego nader biegły w sztuce wojennej.
III
Zchwilą ukończenia lat czternastu opuścił La-fi-Czań Ogród Niewymownego Szczęścia, z pałacu z białej porcelany przeniósł się do pałacu monarszego położonego w samej stolicy i zamieszkał w królewskich komnatach, gdzie na ścianach wisiały portrety jego przodków, a po korytarzach stały we framugach posągi ich zbrojne, a czasami konne. Wolno mu już było wdziewać ojcowską zbroję: pancerz był cały w czarowne zaklęcia, których strzały przebić nie mogły, a na hełmie znajdowało się orle pióro, znalezione kiedyś przez pra-pra-pra-dziadka La-fi-Czania w świątyni głównego bożka, pióro, które odwracało nieszczęście, a w nocy świeciło jak słońce. Szabla damasceńska od wieków przez królów bombońskich używana wisiała u wezgłowia La-fi-Czania, ale miał ją wziąć w posiadanie dopiero w dzień koronacji, po dojściu do lat osiemnastu. Tymczasem musiał się zaznajomić ze sprawami państwa, których część Kanclerz umiał na pamięć, a część spoczywała w księgach złożonych w Królewskiej Bibliotece. Co rano szedł królewicz do biblioteki, gdzie przez szereg godzin słuchał mądrych opowiadań Kanclerza i odczytywania ksiąg państwowych. Prócz tego obowiązkiem każdego następcy tronu było przeliczyć pieniądze i zważyć kosztowności w skarbcu królewskim. Była to ciężka praca i możliwa jedynie przy pomocy Czarownika Skarbu, zwanego tak dla jego zdolności wyliczania w każdej chwili na żądanie zarówno ilości różnych monet, zawartych w skarbcu, jak i wagi, i właściwości każdego poszczególnego złotego lub srebrnego przedmiotu, drogiego kamienia lub perły. Taki Czarownik Skarbu od straszliwego natężenia pamięci, w którym ciągle pozostawał, żył zwykle bardzo krótko, nie więcej niż lat dwadzieścia pięć, i dlatego miał stale przy sobie małego pomocnika, którego kształcił bezustannie na przyszłego następcę. Czarownik Skarbu i jego pomocnik, zamknięci z królewiczem w skarbcu, co dzień przez kilka godzin wraz z nim liczyli, ważyli i spisywali szeregi cyfr. Królewicz, zmęczony pracą, wsiadał na konia i z Wielkim Koniuszym oraz orszakiem młodych dworzan szlachetnego pochodzenia jechał na polowanie lub na objazd prowincji, gdzie po wioskach rzucano mu pod nogi gałęzie wiśniowe i wonne kwiaty pomarańczy. Nad zajęciami i rozrywkami królewicza baczny nadzór miała Rada Tymczasowa.
Kanclerz, Koniuszy i Kuchmistrz nie mogli nie uznawać pełnej wdzięku mądrości La-fi-Czania ani nie spostrzegać bystrości jego pamięci i ujmujących cnót obejścia. Trapili się jednak srodze tym, że nikt nigdy nie widział na jego twarzy uśmiechu. Sprowadzony najpierwszy nie tylko w Bombonii, ale w Chinach i Bengalu, Nauczyciel Śmiechu pracował cały rok wraz z dwunastoma pomocnikami nad królewiczem, któremu Kanclerz w słowach pełnych smutku i powagi wyjawił ogrom nieszczęścia, jaki nań sprowadzało jego kalectwo. La-fi-Czań dowiedział się dopiero wtedy o dziwnej, nagłej śmierci obojga rodziców i o tym, że niezdolność uśmiechania się pozbawić go może tronu. Wiedziony roztropnością, zaczął dokładać najusilniejszych starań, aby się uśmiechnąć podług przepisów Nauczyciela, a gdy mu się to nie udawało, próbował siłą unosić ku górze kąty ust. Nic to jednak nie pomogło. Gdy po upływie roku Nauczyciel Śmiechu przekonał się, że dostojny jego uczeń nie zrobił najmniejszego postępu - wraz z dwunastu pomocnikami popełnił samobójstwo z rozpaczy.
La-fi-Czań po tej klęsce otoczył się bandami kuglarzy i śmieszków.
Po uciążliwie spędzonym poranku w bibliotece lub skarbcu, zamiast jechać na łowy, królewicz zasiadał w mniejszej sali tronowej na brązowym krześle, pod baldachimem haftowanym w białe i czarne ptaki, i przed oblicze jego wpuszczano kuglarzy. Niepodobna opisać, jak śmiesznie byli poubierani i jak dziwnymi Niebo obdarzyło ich kalectwami ani jakie wyprawiali ucieszne miny i ruchy. Każdy z nich prześcigał drugiego dowcipem i królewicz szczerze bawił się ich widokiem i mową, ale próżno wyglądano na jego twarzy uśmiechu. Tymczasem kuglarze i dowcipnisie, nie mogąc rozśmieszyć dostojnego dziedzica tronu, tym skuteczniej bawili cały dwór, który wkrótce brzmiał śmiechem od podziemi do wież. Doszło do tego, że nawet Czarownik Skarbu, tak zwykle z natury swego zaszczytnego zajęcia poważny, któregoś wieczora zasiedział się z kuglarską zgrają aż do północy i nazajutrz, zapytany znienacka przez Kanclerza o wagę perły zdobytej na księciu Bengalu w czasie ostatniej z nim wojny, odpowiedział dowcipem. Kanclerz, przerażony takim nieznanym do tego czasu w Bombonii wydarzeniem, wziął go za niebezpiecznego wariata, dotkniętego straszną chorobą spowodowaną ukąszeniem bąka Zo-Zo, co znaczy Dawca Nieszczęścia. Obawiając się, aby Czarownik Skarbu w napadzie furii nie rzucił się na królewicza, a także chcąc zakończyć spodziewane męczarnie biednego szaleńca, zapobiegliwy Kanclerz polecił, aby go natychmiast powieszono. La-fi-Czań, gdy dowiedział się o tym wydarzeniu, gorzko zapłakał i kazał precz wypędzić wszystkich kuglarzy i dowcipnisiów. Chociaż królewicz właściwie jeszcze nie miał prawa wydawania rozporządzeń, Tymczasowa Rada chętnie spełniła jego żądanie, gdyż i tak do koronacji pozostawało już tylko kilka miesięcy.
IV
Po wypędzeniu kuglarzy na dworze bombońskim zapanowało prawdziwe zniechęcenie; nie wiedziano, jakiego środka się chwycić, aby uleczyć królewicza. La-fi-Czań rozumiał doskonale powagę chwili. Wiedział, że jeśli nie nauczy się uśmiechać - ominie go tron, a Bombonia w braku prawego monarchy zostanie pogrążona w odmętach wojen domowych. Ponieważ liczenie kosztowności i pieniędzy w skarbcu było już ukończone, akta zaś państwowe - przeczytane, nastały dla królewicza przepisane przez prawo Tygodnie Rozmyślań, w czasie których pozostawiony sam sobie następca tronu winien był zastanawiać się nad wysoką godnością, jaka nań spaść miała, i prosić rozmaitych bogów o łaskę i pomoc w trudnych rządach. La-fi-Czań chodził tedy samotnie po wielkich ogrodach przylegających do pałacu i rozmyślał. Naturalnie myśl jego ciągle obracała się dokoła nieszczęsnego kalectwa, które miało stanowić dlań przeszkodę do objęcia tronu ojcowego.
Dnia pewnego, kiedy więcej niż zwykle czuł się udręczony, zatrzymał się, przechodząc przed posągiem, który pobożna jego matka wystawiła na wiele lat przed jego urodzeniem Bożkowi Spełnionych Marzeń. Był to posąg prześlicznej roboty z zielonego marmuru wsparty na czterech koźlętach z czarnego połyskliwego kamienia. Królewicz, stojąc przed tym kamiennym obrazem, złożył podług zwyczaju głęboki pokłon i pobożnie pocałował stopę bożka, prosząc go w krótkich słowach o pomoc i radę. Tak się zdarzyło, że Bożek Spełnionych Marzeń, co zwykle niewidzialny, na szerokich skrzydłach buja po całej Bombonii, w tej chwili spoczywał w posągu, przed którym modlił się La-fi-Czań. Usłyszał więc jego prośbę, a widząc piękną postać, szlachetny układ, a nade wszystko czyste i cnotliwe serce królewicza, wysłuchał go natychmiast i odezwał się, poruszając kamiennymi wargami posągu: "Głos twój, La-fi-Czaniu, miły jest uszom moim. Idź niezwłocznie do Wielkiej Czarownicy, a ona udzieli ci rady i pomocy, gdyż zna najlepsze sposoby na wszystkie nieszczęścia. Gdy ona cię uleczy, ofiaruj mi dwoje czarnych koźląt i kosz wiśni, a nie przestanę cię otaczać życzliwą opieką". To rzekłszy, bożek wyleciał z posągu i wzniósł się w powietrze niedostrzeżony przez królewicza, który w gorącej wdzięczności padł twarzą u podstawy z kamienia i dziękował w słowach wymownych i pełnych pobożności za udzieloną radę. Po czym powstawszy, natychmiast wyruszył w podróż, nie mówiąc o tym nikomu prócz strażnika przy bramie pałacowej, któremu polecił oznajmić Tymczasowej Radzie, że jego królewiczowska mość udał się do Wielkiej Czarownicy.
Królewicz szedł wprost przed siebie, nikogo o drogę nie pytając, gdyż wierzył, że Bożek Spełnionych Marzeń, który go tak niespodziewanie wziął w opiekę, nie opuści go i natchnie we właściwym kierunku. Nie mylił się też wcale, gdyż droga, którą obrał, była właśnie drogą prowadzącą do klonowego lasu o liściach czerwonorudych i rdzawych, których żadna wichura niezdolna była poruszyć. Królewicz śpiesznym krokiem mijał wsie i miasteczka, gdzie z niskich kolorowych domków wybiegały małe pstro odziane dzieci i ze zdumieniem patrzyły na bogato ubranego młodego wędrowca, idącego samotnie i bez żadnego tłumoczka. Piękna postać La-fi-Czania wzbudzała dlań przyjaźń kobiet pracujących w polach i ogrodach, toteż nieraz i królewicz zasiadał wraz ze żniwiarkami pod cieniem małego klonu albo jaworu i hojnie pokrzepiony ryżem, owocami i mlekiem odchodził, błogosławiąc ręce, które mu dały posiłek. Dużo przyjaźni doznał także od robotników, wożących kamienie z gór i kłody drzewa z wielkich lasów dębowych. Dobrzy ci ludzie pozwalali mu siadać na swoich niskich, szerokich wozach i rozmawiali z nim długo, opowiadając o różnych swoich biedach i radościach. Nikt z nich jednak nigdy, powodowany natrętną i niestosowną ciekawością, nie zapytał, skąd i dokąd podąża. Być może, że złe psy po wioskach i złośliwe małpy po lasach mogłyby były dokuczać królewiczowi, ale ten z Nauki Uprzejmości dla Ludzi i Zwierząt znał setki przeróżnych sposobów, jakimi można i należy obłaskawiać wszelkie zwierzęta, tak że pozostawiał za sobą ogólną przyjaźń śród nich i dobrą o sobie pamięć.
Królewicz powoli przeszedł okolice zamieszkałe i dążąc ciągle pod górę, wszedł wreszcie w krainę kamienistą i pagórkowaną, gdzie ludzie mieszkali w namiotach i zajmowali się wyłamywaniem płyt z bazaltu, marmuru i innych gatunków pięknego kamienia. Dzicy byli i półnadzy, a że nigdy nie widzieli wspaniałych szat i jasnego koloru nieobrośniętej twarzy, wzięli La-fi-Czania za boga wiosny, zwanego Erla-Czań, co znaczy Słońce Radości, i zdumieni, że przychodzi nie w swojej porze, bo pod jesień, zrozumieli to jako szczególną łaskę. Toteż nie szczędzono przechodzącemu oznak czci i na znak radości przyozdobiono przydrożne kamienie w dziwaczne rysunki w kolorach zielonym, żółtym i czerwonym, które w Bombonii oznaczają wesołość, zadowolenie i miłość. Kapłani tych ludzi wychodzili naprzeciw La-fi-Czania ubrani w piękne skóry kozie i grali na jego cześć hymny pochwalne na instrumentach muzycznych, które wyglądały jak filiżanki, ale miały głos prześliczny, podobny do srebrnych dzwoneczków. La-fi-Czań zatrzymywał się na noc zwykle pod gołym niebem, ale kiedy nocleg wypadał mu w jakim koczowisku ludzkim, to kapłani otwierali dlań jako dla Erla-Czania świątynię i musiał spać na ołtarzu zrobionym z drogocennego drzewa i pokrytym pięknymi skórami kun i lisów.
Nareszcie, kiedy zostały daleko za nim gościnne namioty czcicieli Erla-Czania, trafił królewicz do klonowego lasu, w którym znajdowała się chatka Wielkiej Czarownicy. Chatka stała, jak za czasu odwiedzin królowej, na jednej gołębiej nóżce i obracała się z szybkością niepojętą. Królewicz z początku nie wiedział, co począć, ale po chwili zastanowienia przemówił w następujący sposób:
Chatko, chatko na gołębiej nodze,
ja, La-fi-Czań, do ciebie przychodzę,
przestań się kręcić z szybkością kołowrotka,
zatrzymaj się i wpuść mnie do środka.
Na to zaklęcie chatka natychmiast stanęła jak wryta, a królewicz wszedł do jej wnętrza, gdzie Wielka Czarownica, siedząc na ogromnej trupiej czaszce, obierała ze skóry dojrzałe jabłko. Na widok La-fi-Czania jabłko krzyknęło wielkim głosem, a Czarownica powiedziała: "Wiem, po co przychodzisz, królewiczu, i chętnie ci usłużę. Masz tu jabłko, rzuć je na ziemię, gdy wyjdziesz z klonowego lasu, a potoczy się ono aż do brzegu morza. Tam na piasku leży wielka, od dawna zeschła na słońcu ryba. Jeżeli chcesz pozyskać dar uśmiechu, musisz stanąć przy niej na warcie i wytrwać tak rok cały, nie oddalając się ani na chwilę, w zupełnym milczeniu". Królewicz chciał dziękować, ale nie było czasu, bo jakaś niepojęta i niewidzialna siła wypchnęła go z chatki, drzwi za nim zatrzasła i obracać chatką z błyskawiczną szybkością poczęła. Królewicz, podniósłszy z ziemi jabłko, które zapomniał wziąć, ale które na szczęście wyleciało z nim razem, pośpiesznie oddalił się z zaczarowanego miejsca. Po wyjściu z klonowego lasu rzucił, podług wskazówki Wielkiej Czarownicy, jabłko na ziemię i, o dziwo, potoczyło się ono przed nim jak żywe.
V
Droga, którą królewicz podążał w ślad za Zaczarowanym Jabłkiem, nie była bynajmniej tą, po której przyszedł do Wielkiej Czarownicy. Ze stolicy bombońskiej szło się, jak wiadomo, do klonowego lasu ciągle pod górę. Do morza trzeba było iść w dół w stronę przeciwną. Przewodnik królewicza toczył się bez ustanku aż do wieczora dnia pierwszego podróży, a że bezdroże, którym podążali, było leśne, grunt zaś pokryty krótkim zielonym mchem, widać było jabłko bardzo dobrze i La-fi-Czań ani razu nie zbłądził. Kiedy słońce zaszło i królewicz z niepokojem zaczął rozmyślać, jak trafi w ślad po nocy, ujrzał nagle, że jabłko podskoczyło i zawisło u gałęzi rozłożystego cedru. Gdy wszelkie próby oderwania go od gałęzi nie udały się, zrozumiał La-fi-Czań, że tutaj ma zanocować, co też uczynił, kładąc się na gołej ziemi tuż pod rozłożystym cedrem, u którego wisiało jabłko. Ze świtem obudziło go ono, spadając mu na piersi, i poszli w dalszą drogę. Trzydzieści dni podążali tak przez lasy, które zdawały się nie mieć końca, aż pod wieczór posłyszał La-fi-Czań szum i ryk, a w kilka chwil potem po raz pierwszy zobaczył wzburzone morze i przerażony widokiem nieskończoności padł bez zmysłów na ziemię.
Kiedy się ocknął, było już rano, przewodnik jego znikł bez śladu. Przed nim, jak daleko sięgał wzrok, widać było spokojną, lazurową powierzchnię wody. La-fi-Czań rozglądał się jeszcze chwilę, sądząc, że zaczarowane jabłko może doń wróci, ale nie dostrzegając go nigdzie, ruszył ku morzu. Prędko stanął nad samą wodą i wezwawszy w myśli natchnienia, począł iść brzegiem, który w tym miejscu był piaszczysty. Po prawej ręce królewicza wznosiły się skały poszarpane i urwiste: nagie ich grzbiety zdawały się grozić niebu, dokoła nich z żałosnym krzykiem krążyły mewy i groźnie krakały orły morskie. Morze było cichutkie i nierówna linia wyrzuconych na brzeg zielonych alg i różowych muszelek leżała na piasku jak graniczna wstęga - bez ruchu.
La-fi-Czań posilił się kilkoma ostrygami i małą rybą, którą zjadł na surowo, nie zatrzymał się jednak, pełen niecierpliwości, aż ku zachodowi, kiedy po nagłych, szybkich uderzeniach serca poznał, że cel jego podróży jest niedaleki. O kilkaset kroków przed nim na wąskim pasie złotego piasku leżał jakiś olbrzymi przedmiot okryty chmurą morskiego ptactwa. Skały, które dotąd świeciły nagością, tutaj miały grzebień z sosen. Potężne drzewa nosiły ślady długoletnich zażartych walk z wichrami, pnie ich, grubości nigdy przez królewicza niewidzianej, były pokręcone, konary koszlawe i powyginane. Na samym skraju urwiska, zaczepiona o jakiś szmat urodzajniejszej ziemi, wyrosła młoda wiśnia; gałęzie jej osypane różowym kwieciem wisiały nad próżnią. Za zbliżeniem się królewicza powstał straszny zamęt pośród zgrai ptasiej: całe tysiące mew, albatrosów i innych ptaków podniosły się z przeraźliwym wrzaskiem w ciche powietrze. Wtedy La-fi-Czań zobaczył ogromny zeschły trup jakiejś potwornej ryby. Skóra na niej, stwardniała od soli i słońca, była jak skorupa, tak że nawet dzioby skrzydlatych rozbójników przebić jej nie zdołały, tylko wielkie dziury na miejscu oczu świadczyły o ich drapieżnym głodzie. La-fi-Czań pomyślał, że za chwilę zmieni się w niemego wartownika, i wyciągając ręce w górę, zmówił zwykłą modlitwę wieczorną oraz wezwał pomocy Bożka Spełnionych Marzeń, po czym założył ręce na piersiach i stanął przed Zgniłą Rybą.
Natychmiast niebo pociemniało, łagodny wietrzyk zmienił się w orkan. Przemiana ta w przyrodzie szła nie od oceanu ku brzegowi, ale przeciwnie - zdawało się, że królewiczowa obecność zamąciła całe nadbrzeżne powietrze, które rzuciło się precz od lądu i goniąc przed sobą spokojną wodę, leciało potężnym wichrem na pełne morze. Kilka chwil trwało to natarcie, w czasie którego woda uciekła od brzegu na kilkaset kroków. Potem, jakby po namyśle i naradzie, która podniosła falę na kilkupiętrową wysokość i napełniła całą linię widnokręgu wrzawą, morze wróciło.
Napad bałwanów na brzeg był tak szybki, że nieszczęsny La-fi-Czań nie zdążył nawet zamknąć oczu. Przez chwilę zobaczył nad sobą w powietrzu jakby błysk krzywego zielonego oręża. Potem gwałtowne uderzenie rzuciło nim o ziemię. Chciał powstać, kiedy runęło nań drugie piętro wodne. Oślepiony słoną falą, dygocący z zimna, poraniony ostrymi muszlami, które wbijały mu się w ciało za każdym rozpędem wody, objął rękami skamieniałą straszną głowę Ryby i dźwignął się na klęczki. Trzymając się z całej siły potwora, którego miał strzec, popełznął ostrożnie dokoła ślepej jego głowy i ukrył się za Rybą, jak za wałem. Mało go to chroniło od napaści morskiej, ale przynajmniej fale nie mogły go porwać ze sobą.
Strach niewypowiedziany napełniał duszę La-fi-Czania. Przed nim, nad nim, dokoła - szalała burza. Nadbrzeżnego piasku nie było widać wcale: zewsząd nacierała przypływająca lub odrzucana od skał woda. Już uprzedniego dnia wzburzone morze pozbawiło królewicza przytomności. Tego wieczora był jak obłąkany, nie rozumiał napaści, nie widział sposobu walki. Czuł, że wszystko się kończy, że siły słabną, ręce, zaplecione dokoła Rybiej głowy, drętwieją. Powoli opuszczała go przytomność, powieki zamykały się, jakby zaciskane czyjąś przemożną ręką, wreszcie zamknęły się zupełnie. "Umieram" - pomyślał La-fi-Czań i raz jeszcze otworzył oczy.
Noc zapadała już prawie zupełnie, świat przysłonięty wodą był cały ruchomy i przerażający. Królewicz, szarpnięty przez nową jakąś falę, trzymając się tylko jedną ręką Ryby, obrócił głowę ku brzegowi, chcąc pożegnać ziemię, gdy spostrzegł tuż za sobą twarz jakąś, nie wiadomo - ludzką czy zwierzęcą - oplątaną włosiem, które świeciło zielonawym światłem. Trochę niżej ruszało się cielsko bezkształtne, fosforyzujące trochę, i sterczały łapy-ręce zakończone tępymi palcami. Twarz wyrażała pogardę i śmiała się złośliwym zadowoleniem. Jak uderzony tym wejrzeniem zerwał się mdlejący La-fi-Czań. W jednej chwili odleciał od niego strach, znikła nikczemna niemoc. Porwał z mętów wody zmieszanej z piaskiem wielką wyszczerbioną muszlę, która chwiała się koło niego już od jakiegoś czasu, i uderzył z całej siły po tępych, obrzydliwych łapach potwora. Bluznęło coś - nie wiadomo, krew czy słonogorzka woda - na olbrzymią wysokość, ochrypły krzyk zabrzmiał nad całym wybrzeżem, coś przewaliło się tuż obok La-fi-Czania i rzuciło się do ucieczki w morze. Za uciekającym, jak wojsko za wodzem, pośpieszyło kilka fal zalegających piasek, jeszcze i jeszcze jedna...
Coraz opadało spiętrzenie morza, coraz oddalał się huk burzy, niebo zaświeciło gwiazdami w spokojnym błękicie. Zielona wstęga alg, powiększona przez wyrzucone świeżo trawy i muszle, zaległa spokojną granicą na piasku. Wicher gdzieś się zapodział, mały ciepły wietrzyk rozkołysał rosochate sosny na skałach i potrząsnął kwitnącymi gałęźmi wiśniowymi.
Królewicz stał zadumany: poszarpana odzież wisiała na nim w łachmanach, włosy zmieszane z piaskiem ciążyły skołatanej głowie, bolały wysilone, zdrętwiałe ręce i nogi. Ale w duszy La-fi-Czania była radość, bo miał za sobą niewątpliwe zwycięstwo. Tak minął pierwszy wieczór La-fi-Czania.
VI
Cóż się działo tymczasem w opuszczonej przez prawowitego następcę tronu Bombonii? Trudno temu uwierzyć, wiadomo jednak na pewno ze świadectw ludzi tej epoki, że nieobecność królewicza nie od razu została zauważona przez otoczenie dworskie. Trzeba sobie wszakże zdać sprawę - że La-fi-Czań w ciągu przepisanych mu Tygodni Rozmyślań wziął zupełny rozbrat zarówno ze światem Uczonych, jakim był otoczony w dzieciństwie, jak i z Dostojnikami Rady Tymczasowej, którzy napawali go mądrością państwową w młodzieńczym wieku. Nieraz nie wracał on na noc do pałacu, lecz spędzał czas aż do świtu w ogrodach, i nikt nie śmiał przerywać wątku jego dumań. Stąd wynikło to straszne wzburzenie, jakie zapanowało w stolicy, gdy któregoś ranka zaczęły krążyć wieści o zniknięciu ukochanego przez ludność królewicza. Było to na kilka dni przed mającą się odbyć koronacją.
Po całym pałacu i ogrodach zarządzono najszczegółowsze poszukiwania. Na służbę padły straszne kary, a Marszałek Pałacowy został nawet ścięty, gdyż przewinienie jego zaliczono do rzędu państwowych i ukarano podług paragrafu, który opiewał, że "Sprawca umyślnego zniszczenia powierzonego mu ważnego mienia państwowego odpowiada za zbrodnię swoją gardłem". Uroczyste ścięcie odbyło się publicznie, dla zaspokojenia gniewu ludności, która tłumnie była zebrana w mieście w oczekiwaniu koronacji.
Biednego skazańca, za którym płacząc, szła żona i biegło kilkoro małych dzieci, motłoch obrzucił kamieniami. Nikt nie chciał słuchać jego przedśmiertnej mowy i tylko kat z litości upewnił go po cichu, że on wierzy w jego niewinność i zetnie go bez bólu. Ledwie jednak spadła głowa i krew oblała rusztowanie, tryskając na estradę, gdzie siedzieli Panowie Rady Tymczasowej, i obryzgując szatę Kanclerza, który znajdował się najbliżej - kiedy ktoś z tłumu oblegającego rusztowanie zawołał, że głowa skazańca płacze. Na groźne żądania kat, drżąc ze strachu, podniósł głowę za włosy i pokazał ją tłumowi. Rzeczywiście - dwa strumienie łez płynęły po bladych policzkach, jako wyraźne świadectwo, podług najstarszych bombońskich wierzeń, że zabito niewinnego.
Niepodobna opisać, co za tumult wszczął się wśród wielotysięcznego tłumu, ile kobiet zemdlało lub padło na kolana i nakryło twarze na znak zgrozy, ilu nieprzytomnych z wściekłości ludzi rzuciło się ku estradzie dostojników. Kuchmistrz i Koniuszy obaj czuli się sprawcami skazania nieszczęśliwego Marszałka, wbrew zdaniu Kanclerza, który szczerze kochając królewicza, wpadł w taką rozpacz po jego zniknięciu, że przesiedział kilka dni i nocy, płacząc i rwąc włosy z głowy. Toteż obaj znikli z szybkością błyskawiczną i schronili się do głównej świątyni. Kanclerz zaś, który nic nie wiedząc, obłąkany z żalu, pozostał na swoim krześle, rozmyślając nad tym, jak źle pilnował drogiego następcy - opadnięty przez tłum, w mgnieniu oka został rozszarpany na sztuki. Dusza jego zaskoczona śmiercią, niegotowa do wstąpienia w bramy Ogrodu Niebieskiego, uniosła się w powietrzu targana tym samym niepokojem, jaki ją dręczył, gdy była jeszcze w ciele.
Po rozszarpaniu Kanclerza tłum poczuł znaczną ulgę i uspokojony zupełnie rozszedł się do domów. Tymczasem Kuchmistrz i Koniuszy zebrali naprędce tysiące oddanych im Kucharzy, Kuchcików, Kuchareczek, Masztalerzy, Woźniców i Chłopców Stajennych, pośpieszyli na plac i obwołali się królami Bombonii. Nie obeszło się jednak bez awantury, gdyż po drodze pokłócili się obaj dostojnicy tak, że jednocześnie z ogłoszeniem przez herolda o ich wstąpieniu na tron wybuchła zwada zakończona ogólną walką, w której lepiej uzbrojeni poplecznicy Kuchmistrza zwyciężyli i rozbili na głowę zwolenników Koniuszego. Sam Koniuszy poległ, poległo mnóstwo Masztalerzy i Woźniców. Chłopcy Stajenni uzbrojeni w widły przebili się przez nieprzyjaciół, aczkolwiek zdziesiątkowani, i uszli nie wiedzieć dokąd. Rozpromieniony triumfem Kuchmistrz, przy radosnych okrzykach tłumu i wiernego sobie wojska, udał się do pałacu królów bombońskich, gdzie naprędce namaszczono go na króla. Uroczystość przybrała ogromne rozmiary dzięki hojności nowego władcy oraz jego znajomości sztuki kulinarnej, która wspaniale rozpoczęła swój rozkwit w Bombonii. Nikt nie pamiętał podobnych uczt. Od głównego sztabu Wielkiego Kuchennego Wojska bezustannie wysyłano roje Kuchcików z rozkazami do najdalszych miast i wiosek. Zaraz po ich przybyciu mobilizowano armię Kucharzy i Kucharek, na czele której stawał miejscowy główny Kucharz i wnet po wszystkich ulicach, placach i parkach wykwitały wspaniale zastawione stoły. Ucztowali wszyscy i coraz szerzej rozchodziła się sława nowego króla, Kuchmistrza I Wspaniałego.
Dziwić się można jednej rzeczy: dlaczego strażnik, którego spotkał królewicz, udając się na wędrówkę do Wielkiej Czarownicy, i któremu dał polecenie do Rady Tymczasowej, polecenia tego nie wypełnił. Przyczyna była następująca: człowiek ten, zwany przez towarzyszy swoich Soj, to znaczy głupiec, był w prostocie swojej tak upośledzony, że nie zrozumiał słów La-fi-Czania. Przywykł do twardej żołnierskiej mowy, do obelżywych połajanek dowódców; ludzkiego języka, jakim przemówił doń królewicz, nie pojął wcale. La-fi-Czania nie widział nigdy, nie poznał go i wówczas, o Radzie nigdy nie słyszał. Soj brał udział w poszukiwaniach królewicza, widział rozpacz Kanclerza, gdy go nie znaleziono, i prostym swoim sercem żałował starego człowieka; był potem na placu w czasie egzekucji Marszałka, trzymał w pogotowiu miecz i podał go katu w chwili stanowczej. Soj widział własnymi oczyma łzy ściętej głowy i on jeden rzucił się na ratunek Kanclerzowi, gdy nań wszyscy wpadli. Nie poradził i na wpół uduszony został na placu po rozejściu się tłumu.
Niedługo jednak tak pozostawał, wstał, otrząsnął się i rozejrzał dokoła. Zobaczył jedynie obok rusztowania człowieka, który siedział na ziemi i objąwszy kolana rękami, kołysał się w prawo i lewo. Był to kat. Dziki ten człowiek, którego ręce zgładziły ze świata tylu zbrodniarzy, był jak gromem rażony. Serce jego po raz pierwszy przeszyła litość, stracił więc rozum i zamiast uciec - został. Nie zabito go przez zapomnienie. Soj stał nad nim i myślał. W ciągu tych kilku dni, tak obfitych w zdarzenia, rozjaśniło mu się trochę w głowie. Czuł, że porządek świata został zakłócony przez zniknięcie królewicza. Zapamiętał jego imię i postanowił go odnaleźć, chciał też wyruszyć zaraz w drogę. "Chodź ze mną - rzekł do skulonego na ziemi kata. - Chodź ze mną, znajdziemy królewicza". Kat wstał i poszli przez miasto; nikt nie zwracał na nich uwagi, gdyż wszyscy gromadzili się dokoła barwnych heroldów, ogłaszających o zwycięstwie Kuchmistrza i o jego koronacji, a także o skazaniu na wygnanie wszelkich zwolenników wroga państwa - Koniuszego. Wielkim głosem obwoływano też pozbawienie praw i skazanie na banicję wszystkich znajdujących się w Bombonii koni, jako popleczników Koniuszego. I taka była ogólna zaciekłość, że nawet najbiedniejsi wypędzali ze stajen swoje nędzne koniska i gnali je precz z miasta. Wśród tego całego rwetesu Soj z katem przeszli jak cienie i znikli bez śladu w kurzu, który się podniósł po drogach i polach od kopyt uciekających tabunów końskich.
VII
Sojowi, który jako żołnierz przywykł do ciężkich przygód i długich przemarszów, wędrówka nie wydawała się wcale uciążliwa. Kat zaś, będąc obłąkany, nie zdawał sobie sprawy ani z trudności drogi, ani z jej trwania, tak że pierwszego już wieczora oddalili się obaj od stolicy o kilka mil. Wieczne ciepło, jak wiadomo, panowało w tej okolicy kraju, toteż wędrowcy, gdy noc nadeszła, położyli się po prostu na ziemi przy drodze i zasnęli. Przed snem Soj urządził z chrustu i trawy wezgłowie nie tylko dla siebie, ale i dla kata, który nie zdawał się rozumieć ani słów, ani gestów towarzysza.
Śród nocy obudził się Soj nagle od bliskiego tętentu, który zatrzymał się tuż przy nim, coś zachrapało mu nad głową i wielka czarna masa zasłoniła gwiaździste niebo. Zerwał się, chwytając odruchowo za krótki, szeroki miecz, jaki miał u boku, ale wnet przyzwyczajonymi do zmroku oczami poznał, że stoi przed nim niezgrabne konisko, dobrze mu znany woziwoda pałacowy. Soj przyjaźnił się z nim w czasie swojej służby wojskowej, lubił go za jego cierpliwość i pracowitość, nigdy nieustającą śród najgorszych warunków. Chłopak stajenny, który miał go w opiece, a który był nie tyle opiekunem biednego Woziwody, ile najgorliwszym jego dręczycielem i wyzyskiwaczem - poległ był w niedawnej potyczce przebity kucharskim nożem na wylot, Woziwoda zaś, podobnie jak i reszta koni królewskich, wypędzony został ze stolicy na wygnanie. Wpadł na śpiącego przyjaciela przypadkiem, ale poznał go natychmiast i teraz rżał głośno z radości. Ucieszył się i Soj.
Na drugi już dzień nowy towarzysz przydał się podróżnym bardzo. Zdarzyło się bowiem tak nieszczęśliwie, iż kat jeszcze w ciągu nocy ciężko zaniemógł. Podniesiony na nogi przez Soja, wstał wprawdzie, ale wyglądał tak niepewny swoich ruchów i tak mętnymi patrzał oczyma, że niepodobna było przypuścić, aby mógł iść o własnych siłach. Soj przywiązał go więc do grzbietu końskiego jak mógł najlepiej za pomocą uzdeczki Woziwody oraz własnego pasa i tak ruszyli. Ponieważ jednak konie były pod królewskim edyktem banicji, więc bardzo prędko spotkali się podróżni ze strażą kuchenną, która ich wstrzymała i z klątwami, co uczyniło ich słowa zrozumiałymi dla Soja, zaczęła się dopytywać, kto zacz są i jakim prawem prowadzą ze sobą Zabronione Zwierzę. Tak nazwano Woziwodę.
Z ich słów, a raczej z ich wymyślań, dowiedział się Soj, że konie są wygnane z państwa i że panuje w Bombonii Wielki Kuchmistrz. Pierwsza wiadomość nie zdziwiła go wcale, bo przywykł do różnych edyktów i dekretów, których nigdy nie rozumiał, a których często bywał wykonawcą. Natomiast nie mógł wyjść z podziwu, że straż składała się nie z żołnierzy, ale z dwóch Kuchcików uzbrojonych w kuchenne ciężkie łyżki metalowe ogromnych rozmiarów. Zupełnie zaś nie zgodził się na panowanie Kuchmistrza, a kiedy wyraził swoje zdanie, że kuchmistrz to kuchmistrz, a król to król i usłyszał od Kuchcików niecierpliwe i niejasne tłumaczenie, że w chwili obecnej królem jest właśnie kuchmistrz, a król kuchmistrzem - poparte szturchańcami - stracił panowanie nad sobą. Złapał każdego Kuchcika za kark i uderzył ich tak mocno głowami o siebie, że obie głowy rozleciały się na drobne czerepki. Okazało się wówczas, że nie były to prawdziwe Kuchciki, ale wypchane lalki z glinianymi garnkami zamiast głów. Takich lalek musiano w pierwszych dniach panowania Kuchmistrza I puścić w obieg ze cztery tysiące, gdyż prawdziwych Kuchcików, wobec wielkiego ich zapotrzebowania, zabrakło zupełnie. Był to wyrób Najlepszego Czarodzieja I Klasy i ostatni jego wynalazek. Zarzucano tym jego wyrobom brak mózgu, on jednak twierdził, że mózg jest niepotrzebny i kładł główny nacisk na mięśnie ramion i nóg oraz doskonałość wymowy i węchu. Nic dziwnego, że Soj w prostocie swojej nie bardzo się przeraził złym skutkiem swojej popędliwości i raczej uczuł ulgę z powodu przezwyciężenia tej pierwszej przeszkody. Zakłopotał się jednak szczerze tym, że odtąd trzeba będzie ukrywać starannie Woziwodę i stąd bite drogi staną się dla nich niebezpieczne. Od razu też zboczyli w zarośla i szli tak gąszczem leśnym i łąkami cały dzień.
Pod wieczór Soj był tak wygłodzony, że skierował konia na trakt, aby się dostać do mieszkań ludzkich i kupić chleba. Kat wciąż był nieprzytomny, gadał od rzeczy i rzucał się na koniu. Nie poszczęściło się biednym podróżnym i teraz. Zaledwie wyszli na drogę i zbliżyli się do jakiegoś miasteczka, kiedy wyszedł na ich spotkanie patrol, składający się z czterech olbrzymich Kucharek. Groźnie potrząsając mosiężnymi tłuczkami od moździerzy, potężne baby otoczyły Woziwodę i Soja i narobiły takiego wrzasku, przekładając to, co miały do powiedzenia, zbyt głośno i jednocześnie, że Woziwoda spłoszył się, ruszył z kopyta prosto przed siebie, cwałem przebiegł miasteczko i zatrzymał się dopiero po drugiej jego stronie i to tylko dlatego, że trafił do błota, w którym uwiązł po brzuch. Soj ogłuchł chwilowo zupełnie i dzięki temu patrol puścił go wolno, biorąc za głuchoniemego. Po śladach ogromnych kopyt z łatwością odnalazłszy Woziwodę, Soj wydobył go z największym trudem z bagna i wielce zafrasowany skierował znów do lasu.
Nocą zatrzymali się i wtedy okazało się, że kat jest przytomniejszy, ale zupełnie obłożnie chory. Musiał więc Soj zbudować dla niego szałas i popasać na dłużej. Udał się potem do najbliższej wioski, by kupić mleka i chleba. Bawił tam dosyć długo, gdyż wierny postanowieniom szukania królewicza dopytywał się o niego spotkanych ludzi. Nie dowiedział się jednak niczego i z ciężkim sercem wracał do lasu. Jakież było jego zdumienie, gdy przybywszy na miejsce, nie zastał chorego w szałasie. Natychmiast zaczął go szukać po lesie. Blisko szałasu płynęła dość bystra i głęboka rzeka: gdy Soj zbliżył się do brzegu, oczy jego uderzył dziwny i straszny widok. Kat zupełnie sztywny i martwy leżał na trawie w odzieży ociekającej wodą, a ręce jego obejmowały drobną postać małej, siedmioletniej może dziewczynki bogato ubranej, ale tak wynędzniałej, że kości przebijały prawie skórę. Dziewczynka martwą nie była. Widocznie kat pośpieszył jej na pomoc, gdy tonęła, i ostatnim porywem wydobywszy ją z wody, sam wyzionął ducha, nie wiadomo - z choroby czy z wysiłku. Soj zaniósł ją do szałasu; zdjąwszy jej mokrą sukienkę, owinął we własny płaszcz dziewczynkę, po czym rozłożył ogień i w glinianej skorupie zagrzał dla niej mleka. Kiedy się obudziła z omdlenia czy ze snu i płacząc, zaczęła wołać matki i ojca, Soj pokazał jej mleko i zgłodniałe dziecko rzuciło się na nie, zapominając o strachu przed obcym człowiekiem; potem zasnęła znowu. Strudzony Soj położył się pod drzewem i wkrótce dobroczynny bożek snu makowym kwiatem zamknął i jego powieki.
Na drugi dzień rano Soj, otworzywszy oczy, zobaczył dziewczynkę już ubraną, pilnie zbierającą chrust na ogień. Zawołał na nią, starając się mówić jak najciszej, aby jej nie przerazić. Porozumieli się wkrótce, chociaż dziewczynka mówiła językiem dla Soja prawie nieznanym. Opowiedziała, że się nazywa Kio, że ojca jej wczoraj ścięto, a matkę i resztę rodzeństwa uduszono w ścisku. Zabłąkana w stolicy przyłączyła się do dzieci, które wracały na wieś z uroczystości tego dnia; te jednak zaczęły w nią rzucać kamieniami, tak że uciekła i całe dwa dni błądziła po lesie. W zmroku, osłabła i zmęczona, idąc brzegiem rzeki, obsunęła się w wodę. Potem nie pamięta już nic. Tyle zrozumiał z długiego jej szczebiotu Soj, w czasie, gdy rozmawiając, pili mleko i jedli gruby chleb pszeniczny. Poleciwszy jej, by pilnowała ognia, Soj wziął miecz i poszedł wykopać grób dla kata. Dobrze się zmęczył tą pracą: zawadzały mu korzenie w leśnej ziemi i krótkość narzędzia, którym musiał kopać zgięty we dwoje.
Kiedy jama była gotowa, Soj złożył w nią ciało kata i już chciał zasypać je ziemią, gdy spostrzegł, że Kio stoi osłupiała nad grobem i wpatruje się w umarłego. Widocznie poznała mała sierota po nieszczęsnym Marszałku zabójcę ojca, choć nie poznała jego pomocnika, Soja. Zgroza, jaka się malowała na twarzy dziecka, tak poruszyła żołnierza, że rzucił swój miecz i zaczął przemawiać do niej łagodnie i tłumaczyć, że ten oto człowiek uratował jej życie. Kio lepiej daleko rozumiała jego mowę niż on jej wykwintny szczebiot i chociaż milczała, pojęła widocznie treść jego słów. Spokojnie patrzyła, jak zasypywał mogiłę, a kiedy pagórek był gotów, na wilgotnej ziemi nakreśliła sama palcem zwykłe znaki, mające wyrażać nadzieję zobaczenia się znowu. Musiała widzieć nieraz smutny obrzęd - widział go często i Soj. Po skończonej ceremonii wsadził dziewczynkę na konia i ruszyli w podróż... Kio gaworzyła prawie bez przerwy, Soj od czasu do czasu jej odpowiadał, a Woziwoda mądrze strzygł uszami.
VIII
Nie można powiedzieć, żeby Soj zapomniał o celu swej wędrówki, jednak niewątpliwie przez cały tydzień po śmierci kata nie próbował rozpocząć na nowo poszukiwań królewicza. Cała jego myśl zajęta była małą Kio. Nigdy w życiu nie spotkał stworzenia bardziej zadziwiającego i spełniającego szereg uczynków bardziej niezrozumiałych. Zdumiewały go modlitwy, pobożnie i z wielką powagą odmawiane przez dziewczynkę do Bożka Małych Dzieci, którego maleńką figurkę Kio nosiła w kieszeni sztywnej, złotem tkanej sukienki. O różnych porach dnia trzeba było zatrzymywać Woziwodę, stawiać figurkę tak wysoko, jak Soj mógł dosięgnąć, choćby na gałęzi drzewa, w ostateczności na szerokim grzbiecie końskim, i stać nieruchomo, aż Kio skończyła modlitwę. Soj znał dotąd tylko grubego metalowego Narodowego Bożka Żołnierzy; bożek ten miał dwanaście głów, wielką ilość uzbrojonych rąk prawych, a jedyną lewą trzymał za gardło Wyobrażenie Uduszonego Wroga. O bożku tym wiadomo było Sojowi, że zawiaduje on wszystkim, co jest na ziemi, a specjalnie Królewskim Bombońskim Wojskiem, że głos ma donioślejszy niż najhałaśliwsza trąba, a dłoń cięższą niż łapa słonia. Gniew jego wywoływał burze, grady, a w ostateczności ognisty deszcz, który spalał nieposłusznych, krnąbrnych żołnierzy. W wojsku nauczono Soja, że innego bożka nie ma, toteż nie wychodził on z osłupienia od czasu, gdy Kio oznajmiła mu stanowczo, że jedynym bożkiem na świecie jest Bożek Małych Dzieci. "Bożek ten jest szklany, niebieski jak niebo, którym włada, i twardy jak ziemia, na której się opiera. Lata, kiedy chce i gdzie chce, i robi wszystko, o co proszą grzeczne i dobre dzieci. Kiedy się gniewa, zamyka oczy i uszy, wtedy trzeba długo czekać, aż znowu modlitwy wysłucha". Tak mówiła Kio. Opowiadała też, że Bożek Małych Dzieci specjalnie opiekuje się sierotami, a to w ten sposób, że co dzień niepostrzeżenie obdarza każde z nich kilkoma garściami ryżu, aby nie umarły z głodu. Soj kiwał z niedowierzaniem głową: przecie i on był sierotą, od maleństwa włóczył się z wojskiem bez żadnej opieki, a wszakże nigdy nie obdarzono go nawet garścią ryżu. Kiedy jednak Kio wytłumaczyła mu, że bożek pomaga tylko tym, którzy go wyznają, i pokazała torebkę pełną ryżu, którego zapas nie wyczerpywał się wcale, Soj uwierzył na dobre w Bożka Małych Dzieci i jął za dziewczynką powtarzać jej modlitwy z prawdziwą pobożnością.
Odtąd poczuł Soj ogromne zaufanie do Kio i chociaż starszy od niej o jakie dwadzieścia lat, chętnie słuchał jej roztropnych opowiadań, a wreszcie z wielką trudnością, ale zupełnie zrozumiale, opowiedział jej o celu swej podróży. Kio z zapałem zgodziła się pomagać mu w poszukiwaniach, ale najpierw trzeba było pomyśleć - co zrobić z Woziwodą, oddalili się bowiem tak bardzo od stolicy, że strefa wiecznego ciepła została już poza nimi i trafili na czas jesienny, chłodny i dżdżysty, który koniowi szkodził. Biedny stary Woziwoda kaszlał, aż się serce krajało, i nogi miał opuchłe od reumatyzmów, tak że z trudnością szedł. Ale jakże go tu było zostawić w kraju, w którym koniom nie wolno było przebywać, samego, chorego, na los szczęścia! Soj myślał nad tym głęboko, lecz bez skutku, aż przyszło mu do głowy zwierzyć się ze swego kłopotu towarzyszce, tłumacząc wszystko, co sam rozumiał o tym wygnaniu koni.
Kio, wbrew przewidywaniom, nie zafrasowała się ani na chwilę, oświadczyła po prostu, iż odtąd będą uważali, że Woziwoda jest wołem. Soj z początku nic nie rozumiał, ale gdy Kio od tej chwili nazywała swego wierzchowca nie inaczej tylko wołem, mówiła o jego rogach i rżenie nazywała rykiem - powoli i on przyzwyczaił się do tej zabawy. Postanowili już razem, że wołu sprzedadzą jakim dobrym ludziom w lesie. Soj jednak nie był zupełnie spokojny o ten handel, dokąd nie znalazł w lesie zdechłego wołu, którego obdarł ze skóry. W nocy, kiedy Kio spała, ubrał poczciwego konia w skórę wołu, przywiązując ją mocno w wielu miejscach i przytwierdzając mu do głowy ogromne rozłożyste rogi. Kio aż się roześmiała z radości na widok przebranego wołu-Woziwody. Odtąd szukali już tylko dobrych ludzi. Parę razy byli prawie zupełnie zdecydowani zaproponować kupno pięknego siwego wołu w osadach, które idąc, mijali. Raz jednak Kio sprzeciwiła się stanowczo, gdyż zobaczyła, jak z domu, w progi którego chcieli właśnie wstąpić, wybiegł skowycząc chudy piesek ugodzony kamieniem w nogę, i orzekła, że tam są na pewno źli ludzie lub niegrzeczne dzieci. Innym razem już weszli do zagrody, która otoczona była dużymi drzewami i masą jesiennych kwiatów, aż wabiła ku sobie - kiedy Soj spostrzegł przed domem posąg Narodowego Bożka Żołnierzy. Przeląkł się niemiłosiernie, pewien, że groźne bóstwo zechce się piekielnie zemścić na odstępcy, i czym prędzej uprowadził Woziwodę wraz z siedzącą na jego grzbiecie Kio. Szli już teraz śmiało, bo patrole nie zatrzymywały ich więcej, oszukiwane doskonałym przebraniem Woziwody, jak myślał Soj. Kio sądziła, że działo się to raczej za sprawą Bożka Małych Dzieci.
Często Soj bywał głodny, chociaż towarzyszka dzieliła się z nim swoim Sierocym Ryżem, musieli więc sprzedać kosztowną sukienkę Kio. Dostali za nią dużo pieniędzy, a ponieważ młoda kobieta, która ją od nich nabyła, miała nie tylko bogatą kieskę, ale i litościwe serce, ubrała dziewczynkę w ciepłą, zieloną jak trawa na wiosnę sukienkę i w dodatku wskazała podróżnym, jak mają poradzić sobie z Woziwodą, o którym Kio opowiedziała jej całą prawdę. Okazało się, że dobra ta kobieta była córką Wielkiej Czarownicy. Na imię jej było Marta. "Bardzo to dla mnie smutne i prawdziwy wstyd - mówiła Marta ze łzami - że wielka i szanowna matka moja nie raczy mieszkać z nami, jak przystoi w jej sędziwym i zasłużonym wieku. Cudowne jednak dary, jakie posiada, i dziwna jej moc tak niewygodnie dla domowników zwykły się przejawiać, że nie można nigdzie nic postawić ani położyć, żeby zaraz nie zostało zaczarowane. Raz, gdy mąż mój, który jest nadleśnym tutejszych borów, spiesznie musiał wyjechać z domu, okazało się, że nakrycie jego głowy przez jakiś nieszczęsny przypadek otrzymało dar wymowy. Wzięte do ręki zaczęło krzyczeć wielkim głosem i spierać się ząb za ząb ze swoim panem. Innym razem chleb zabrany na zapas przez mego męża zmienił się w żywy bukiet kłosów pszenicznych i wiele podobnych czarów ciągłe robiło nam niespodzianki. Znakomita matka moja naprawiała zwykle sprawioną nam mimo woli niedogodność, nie zawsze jednak, pochłonięta ważnymi sprawami możnych i wielkich tego świata, miała dla nas czas. Musieliśmy się nareszcie rozstać, gdyż dobry mój mąż, doprowadzony do ostateczności tym, że pewnego dnia bydło nasze całe zamieniło się w stado łabędzi i uleciało, zaprzysiągł, że utopi biedną moją starą matkę. Urażona, wyjechała w gniewie i odtąd nie daje nic znać o sobie. Wiem jednak, że mieszka w chatce na pagórku z czarnego kamienia, w lesie z czerwonych nieruchomych klonów. Jeśli chcecie, dam wam dla niej tę oto żółtą jedwabną chustę, w którą wypłakałam wszystkie łzy po jej wyjeździe. Ta chustka opowie jej cały mój żal i zgryzoty. Szepnę jej jeszcze i o waszej biedzie, a któż wie, może matka moja się wzruszy, wróci do nas, a waszego Woziwodę zmieni w wołu i da mu wszystko, czego mu sami życzycie". Kio uściskała serdecznie dobrą Martę i oboje z Sojem zaczęli się jej radzić, jak znaleźć zaginionego La-fi-Czania.
Soj przy tym rozgadał się już zupełnie. "Jak wyglądał królewicz?" - spytała po namyśle Marta. "Dwadzieścia czworo oczu jego były jak żywy ogień, głos jego straszniejszy od głosu trąby, w lewicy wlókł uduszonego wroga..." - zaczął opisywać Soj. Ale Kio przerwała mu zaraz ze zgrozą, utrzymując, że La-fi-Czań był niebieski jak niebo i szklany jak wielki posąg Bożka Małych Dzieci, który stał w parku pałacowym w stolicy... Nie mogli się pogodzić w żaden sposób i pokłócili się nawet poważnie, aż Marta przerwała im, mówiąc, iż skoro tak różnie opisywali poszukiwanego królewicza spotkanym ludziom, nic dziwnego, że go dotąd nie znaleźli. Pochodziło to, jak się łatwo domyślić, stąd, że Soj nie widział nigdy królewicza aż do owego wieczoru, kiedy nie poznawszy go, stał się sprawcą tylu klęsk, a mała Kio widziała go zawsze z dala, otoczonego blaskiem tajemniczości i chwały. Oboje zaś utożsamiali go z najwyższym swoim bóstwem. Ostatecznie zamilkli zawstydzeni własną popędliwością i pożegnawszy Martę, ruszyli w kierunku klonowego lasu, który leżał o jakie parę miesięcy drogi stamtąd, zapewnieni, że Wielka Czarownica w swej mądrości na pewno musi coś wiedzieć o zaginionym. Ale nim zdążyli wyjść z dziedzińca, zwrócił ich uwagę jakiś hałas rozgniewanego głosu, pochodzącego jakby spod ziemi. Zapytana o to Marta z westchnieniem objaśniła, że to głos owego zaczarowanego nakrycia głowy, którego nie mogli trzymać w domu i które zakopali pod progiem. "Nie jestem wcale pewna - rzekła biedna kobieta - czy nie popełniliśmy przez to ciężkiego grzechu. Któż wie, czy biedactwo nie jest żyjące, jak każdy z nas? Chciałam je wynieść do lasu, ale mąż mój twierdzi, że hałas ten wypłoszy wszelką zwierzynę z okolicy. Odtąd doprawdy nie mam chwili spokoju sumienia". I kobieta zalała się łzami. Zapłakała i Kio, a nawet Woziwoda zamrugał szybko oczyma.
IX
Podróż do Wielkiej Czarownicy była bardzo uciążliwa zarówno z powodu klimatu, jak i stąd, że powoli wędrowcy zbliżali się do kraju czcicieli Erla-Czania, kraju jak wiadomo górzystego, więc chłodnego. Naprzód w ciągu kilku tygodni wlekli się po błocie, z którego raz po raz trzeba było wyciągać grzęznącego w nim Woziwodę. Deszcz padał prawie bez ustanku i mokra sukienka Kio zaczęła wyglądać już nie jak trawa na wiosnę, lecz jak wielki, zgniły w jesiennej słocie liść. Soj, który obrósł brodą czarną jak smoła i zdarł obuwie i płaszcz żołnierski na strzępy, w chodakach splecionych z łozy i w zgrzebnym odzieniu, opalony i pokudłany - wyglądał nie lepiej od zwykłego zbója. Ratował go poczciwy wyraz jasnych oczu i dobry, wzbudzający zaufanie uśmiech, tak że ludzie nie bali się go, a mała Kio pomimo brzydkiej sukienki zawsze brana była za dziecko wysokiego rodu, więc na ogół wiodło im się nie tak bardzo źle. Ubodzy wieśniacy nieraz zapraszali zdrożonych na nocleg i bronili od natrętnych pytań Kuchennych Patroli zapewnieniem, że znają dobrze pobożną księżniczkę Kio i jej niewolnika Soja. Wszystkich napotkanych ludzi pytali podróżni o La-fi-Czania, każde na swój sposób. Zgodzili się przy tym na pewien układ, podług którego Soj obiecał zamilczeć o domniemanych dwudziestu czterech oczach królewicza, a Kio wyrzekła się twierdzenia, że La-fi-Czań był szklany. Tym sposobem każde z nich dopełniało tylko jakby to, czego drugie nie dopowiadało, i nikt się nie dziwił temu, co oboje mówili. Wieśniacy i napotykani żołnierze bardzo poważnie przejmowali się sprawą odnalezienia La-fi-Czania. Co więcej, nawet ludzie możni, zasłyszawszy o tajemniczych podróżnych, kazali ich nocą przyprowadzać do swoich pałaców i zamków, i tam wypytywali starannie, dokąd idą i co ich prowadzi. Po czym jedni kiwali głowami z niedowierzaniem, inni z żalem, a wszyscy żegnali podróżnych, życząc im opieki bogów i szczęśliwego powrotu.
Cała bowiem ludność uboga gorzko opłakiwała zaginionego La-fi-Czania, którego wszyscy mieli za umarłego. Możni zaś panowie, chociaż bywali na dworze i przysięgali na wierność nowemu panu, nie mogli nie gardzić nim w duszy. Obrażało ich także zastąpienie ich na wielu wysokich urzędach przez prostych Kucharzy, z którymi musieli zasiadać razem na naradach dotyczących spraw państwowych. Poza tym niezadowolenie wielkie panowało śród wojskowych i żołnierzy, którzy stracili chleb, zastąpieni wszędzie przez Kuchcików i Kucharki. Oczywiście nie mogło być mowy o wojnie i Kuchmistrz I Wspaniały każdą sporną sprawę graniczną lub handlową załatwiał za pomocą okupu płaconego ościennym państwom. Okup zbierano w postaci olbrzymich składek przymusowych, które zupełnie niszczyły dobrobyt ludzi ubogich. Tak już opłacono księcia Bengalu, cesarza Chin i arcykapłana Wysokiego Tybetu, więc żołnierze po cichu mówili o hańbie wieczystej spadającej na całą Bombonię przed światem.
Soj i Kio nie rozumieli tych wszystkich zawikłanych spraw, cieszyli się za to szczerze z serdecznego po chatach i pałacach przyjęcia, bo wobec ciężkiej drogi kto wie, czy nie byliby padli gdzie ze zmęczenia. W górach spotkał ich śnieg, którego Kio i Woziwoda nie znali. Kio na szczęście dostała grubą wełnianą derkę w podarunku od jakiegoś wędrownego kramarza, który długo z nimi rozmawiał i obiecał ze swej strony porozumieć się z innymi wędrownymi kramarzami, by namówić ich do szukania królewicza. Ale najpierw Kio i Soj musieli przysiąc, że nie wierzą, by La-fi-Czań umarł, co też oboje uczynili, trzymając ręce na posążku Bożka Małych Dzieci. Przekonany kramarz rozczulił się zupełnie i podarował Kio najpiękniejszą derkę, jaką miał w worku. Za to Kio i Soj musieli dokładnie opisać, jak wyglądał La-fi-Czań, co też uczynili ku wielkiemu podziwieniu Wędrownego Kramarza.
Serce się ściska na myśl, przez co przejść musieli wędrowcy w kraju czcicieli Erla-Czania. Ludzi nie spotykali wcale, gdyż w zimie wszyscy mieszkańcy spali w głębokich norach podziemnych zasypanych śniegiem, droga była to zawiana, to niepomiernie śliska, jedli tylko Ryż Sierocy zsyłany w cudowny sposób małej Kio. W dodatku Woziwoda, zupełnie już zmęczony, któregoś dnia upadł i nie chciał iść dalej. Musiał Soj zbudować dlań rodzaj sani z gałęzi jodłowych, które wypadło ciągnąć. Kio pomagała z całych sił, popychając sanie z tyłu, ale nie mogli - ani ona, ani Soj - długo podołać takiemu ciężarowi. Na szczęście znaleźli na to sposób. Zauważyli bowiem, że od pewnego czasu chustka jedwabna Marty zaczęła objawiać gwałtowny niepokój: czasami płakała w torebce, do której włożyła ją Kio, tak że ryż bywał cały mokry i słony, a w czasie mrozu zamarzał; czasem zaś ruszała się gwałtownie, jakby ją coś niepohamowanie pchało naprzód. Kio nie zwracała na to uwagi, tłumacząc sobie, że zbliżają się coraz bardziej do Wielkiej Czarownicy i że chustka pośpiech swój i tęsknotę Marty w ten sposób objawia. W dzień, kiedy położenie podróżnych było bez wyjścia, bo sami nie mogli ciągnąć dłużej, a przed nimi była jeszcze wysoka góra, przyszło Sojowi do głowy, żeby skorzystać z wiatru, który wiał im w plecy, i użyć wielkiej chustki jako żagla. Zaledwie wydobyto ją z torebki i uwiązano u przodu sani, kiedy chustka wydęła się jak najlepszy żagiel i ruszyła z nadprzyrodzoną siłą pod górę. Stało się to tak nagle, że Kio, która siedziała na grzbiecie leżącego Woziwody, żeby nakarmić go ryżem i trochę pogłaskać, nie zdążyła zeskoczyć. W mgnieniu oka sanie, Woziwoda i Kio wleczeni przez rozwianą w pędzie chustkę, która, dokąd mógł ją dojrzeć Soj, nie przestawała ani na chwilę płakać - znikli za górą.
Dnie, które potem nastąpiły, były może najgorszymi dniami w życiu Soja. Targany strasznym niepokojem o Kio, zgłodniały, zmęczony bez granic wlókł się ostatkiem sił po śladzie sań, który pokrył się lodem, skutkiem łez wylewanych przez chustkę. Nareszcie, nareszcie stanął przed klonowym lasem o czerwonych nieruchomych liściach. Iść już nie mógł i, chociaż tu kończyła się zima, nie poczuł nawet ciepła ani zobaczył trawy, mimo że pełzł po niej na czworakach. Wieczność upłynęła, nim znalazł się przed chatką na gołębiej nodze, obracającą się jak młynek, i gasnącym głosem wyszeptał pierwsze słowa, jakie mu przyszły do głowy:
Ze zmęczenia i głodu nie doczekam rana,
zmiłuj się i wpuść mnie, chateczko kochana.
Na to zaklęcie chatka nie tylko stanęła jak wryta, ale aż przysiadła do samej ziemi, żeby wpuścić Soja do środka. W chatce, na wielkiej trupiej czaszce siedziała Czarownica i z uśmiechem na bezzębnych ustach słuchała opowiadania małej Kio. W kącie przed piecem wisiała ociekająca łzami chustka; w drugim kącie leżał ogromny siwy wół, który na widok Soja zarżał z radości. "Dobry żołnierzu - rzekła Czarownica - niechaj cię bogi nagrodzą za to, żeś mi na stare lata taką przyniósł pociechę. Nie mogę dłużej chować urazy do córki mojej Marty i wyruszam do niej natychmiast. Zastąpi mnie ta oto mała Kio, która chętnie zostanie tutaj aż do mego powrotu. Nauczyłam ją już moich czarów i zaklęć. Królewicz twój nie zginął, ale spełnia czas próby nałożony mu przez bogów i wróci do kraju w lecie. Nie masz po co go szukać, ale raczej zbierz dlań przez ten czas wierne, mężne wojsko, po czym cierpliwie czekajcie wszyscy powrotu La-fi-Czania!" Co powiedziawszy, Wielka Czarownica, kładąc ręce na czole dziewczynki, oddała jej całą swoją władzę i wnet poprosiła, aby Kio zmieniła ją we wronę, co się też stało. Wrona jak strzała wyleciała z chatki i puściła się na południe. Soj ze zdziwienia długo nic nie mówił, zresztą musiał się posilić i wypocząć. Po jedzeniu spytał Kio, czy chce pozostać tutaj, na co ta odpowiedziała twierdząco; spytał także, jak może ona bez zawrotu głowy obracać się z chatką. "Nic prostszego - odrzekła Kio - trzeba tylko obracać się bardzo szybko w stronę przeciwną, a to jest takie przyjemne!" Dodała jednak, że Woziwoda z trudem się obraca, a kiedy chateczka staje, to rozpędzony wół kręci się w dalszym ciągu, aż trzeba go zatrzymać za rogi. W ogóle Kio wydawała się zachwycona swoim nowym stanowiskiem, które uważała za zabawę w Wielką Czarownicę.
Czarów swych użyła zaraz, dotykając Soja małymi rączkami, aż poczuł się syty, silny i roztropny jak nigdy i postanowił zaraz wyruszyć. Kio, zapominając o czarach - z płaczem rzuciła mu się na szyję i nie chciała się z nim rozstać. Ale wkrótce uspokoiła się i przestała żądać niemożliwości, pożegnała też najczulej przyjaciela i dała mu na pamiątkę swój posążek Bożka Małych Dzieci, gdyż w chatce było Wyobrażenie Wszystkich Bóstw, do którego modlić się zwykły bombońskie czarownice, i Kio już nie potrzebowała swego bożka.
"Bywaj zdrów, bywaj zdrów!" - wołała mała Kio z progu chatki, gdy Soj odchodził. Nad jej głową ukazał się wielki rogaty łeb wołu-Woziwody. Nagle zamknęły się drzwi i na miejscu chatki Soj zobaczył rozpędzony jakiś powietrzny kołowrót. Wtedy poszedł precz i nie odwrócił się więcej.
X
Podczas gdy Soj deptał po raz drugi zaśnieżone drogi kraju czcicieli Erla-Czania, pozostawiony losowi swemu królewicz niejedną już przeszedł próbę. Wprawdzie zwycięstwo pierwszego wieczoru pokrzepiło go mocno na duchu i następne natarcia morza, które powtarzały się od czasu do czasu o różnych porach, nie wydawały mu się już wcale tak przerażające. Głód także nie dawał mu się zbytnio we znaki, gdyż niektóre z wodorostów wyrzucanych przez morze były jadalne i tak samo kilka gatunków mięczaków. Aby zaspokoić pragnienie, musiał zbierać rosę w muszle porozstawiane na brzegu, a że nie wolno mu było oddalać się od Ryby, zadanie czasem stawało się dosyć trudne. Ale nie to było udręczeniem La-fi-Czania. Wyprowadzały go z cierpliwości i równowagi Prześladowania Ptaków i Szyderstwa Fal.
Ptaki były najzaciętszymi wrogami królewicza i nie dały się niczym przejednać, co bardzo bolało La-fi-Czania, gdyż był dość dumny ze swej umiejętności obłaskawiania napotykanych zwierząt. Ostatecznie można było zrozumieć, że wszystko morskie ptactwo znienawidziło La-fi-Czania za to, że nie pozwalał on na żadne próby dalszego szarpania Ryby. Ale nie do pojęcia była zawziętość ptaków lądowych, które zbierały się na brzegu na olbrzymie wiece i z wrzaskiem otaczały bezustannie La-fi-Czania i jego Rybę. W ciągu całych długich dni opędzał się im La-fi-Czań, a w nocy nie miał także odpoczynku, gdyż z mroku śledziły go świecące oczy puszczyków, a małe sowy, korzystając z ciemności, unosiły mu się nad głową i usiłowały pazurami wyrwać choćby trochę włosów. Jedynie bocianów i jaskółek nie widział królewicz wśród bezlitosnej rzeszy. Za to okropnie dokuczały mu papugi, które przylatywały zwykle rano, siadały kołem na piasku i wrzeszczały najrozmaitszymi głosami szkaradne jakieś ptasie połajanki. La-fi-Czań nie mógł im nic zrobić ani nawet krzyknąć na nie, gdyż mówić mu przecie nie było wolno.
Prawie jeszcze gorsze były Szyderstwa Fal. Z nieskończonych rozmaitości swoich ruchomych kształtów morze umiało stwarzać dla królewicza bezustanne udręczenia. Musiał - nieruchomy i bezsilny - oglądać różne sceny ze swego życia, wczesnego dzieciństwa i wieku młodzieńczego, w okropnym wykrzywieniu, najzłośliwszej karykaturze. Oczy jego, przywykłe do piękna i szlachetnego wykwintu, nie odrywały się teraz prawie od widoków budzących wstręt i obrzydzenie. Przeciągały przed nim postacie bliskich mu rówieśników, ukochanych nauczycieli, o twarzach tak znajomych a tak zmienionych, zeszpeconych potwornymi chorobami, grymasami nieprzystojnymi i szkaradnymi. Poważna, czcigodna Wielka Dozorczyni królewiczowych nianiek odtańczyła w jego oczach dziki taniec wojenny z mistrzem La-fi-Czania, szanownym Skarbcem Wiedzy. Śliczne, podobne do tulipanów i róż dziewczęta, ongiś niańki królewicza, były mu pokazywane w postaci wiedźm pomarszczonych, garbatych i kulawych, a jednak takie zachowywały podobieństwo do osób znanych La-fi-Czaniowi, że nie wiedział już, czy go wzrok nie omylił kiedyś w dzieciństwie i czy nie wyniańczyły go rzeczywiście ręce jakichś potworów. Najczęściej jednak oglądać musiał własną swoją postać zeszpeconą, zohydzoną i ośmieszoną w sposób, który poniżał go we własnych jego oczach do nieskończoności. Każdy dobry uczynek, jaki królewicz w życiu spełnił, pokazywany mu był tak, jakby się wydać musiał komuś nieskończenie rozumnemu a złośliwemu i niewierzącemu w czystość zamiarów ludzkich. Wszędzie widać było próżność, ambicję, śmieszny maleńki egoizm i chęć zysku. "Czy rzeczywiście - myślał La-fi-Czań - dałem wówczas złoty pieniądz biednej żebraczce dlatego tylko, że patrzyły na mnie z okien pałacu czcigodna żona Wielkiego Koniuszego i jej dwie piękne młode córki? A także ponieważ bałem się czarów, jakie ta kobieta mogła na mnie rzucić? A również z tego powodu, że kieskę miałem przepełnioną i ciążyła mi u pasa? Ach, cóż za nikczemność...!"
Gdy La-fi-Czań tak rozmyślał, musiał zejść w siebie przez wszystkie inne otchłanie aż do dziesiątej, która jest Otchłanią Pokory, i tam oczyma duszy dane mu było ujrzeć żywy obraz tej żebraczki. Zobaczył dokładnie wnętrze jej ubogiej lepianki, ręce chudych dzieci wyciągnięte naprzeciwko wracającej z miasta matki, zobaczył, jak ręce te napełniły się chlebem i gotowanym ryżem, a w oczach biedaków zabłysła radość... Wielka ulga spłynęła wtedy po długich tygodniach zwątpienia na serce La-fi-Czania i kiedy znowu zwrócił wzrok na morze, spojrzenie jego stało się dziwnie jasne, tak że widząc obrazy morza, przejrzeć je mógł do gruntu i spostrzec od razu, że, jak malowanki na papierze, miały tylko jedną stronę i nie były straszne. Odtąd ten rodzaj szyderstw odbijał się od królewicza, nie sprawiając mu bólu.
Gorzej było z karykaturami ludzi drogich La-fi-Czaniowi. Dusze ich otwierały się przed nim jak świeże groby pełne zgnilizny i robactwa: wiały z nich fałsz i obłuda. Każde słowo miłości, przyjaźni, wierności poddańczej miało ukryte żądło, o którym dawniej królewicz nie wiedział, a które teraz kłuło go wprost w serce. Biało ubrane dziewczynki, rzucające na drogę małego królewicza fiołki i kwiaty pomarańczy, miały w myśli tylko karę, jaka spaść mogła na nie, gdyby nie wyszły podług rozkazu rodziców na spotkanie La-fi-Czania. Rodzice spodziewali się nagród od wysokich urzędników dworu za gorliwość dzieci. Urzędnicy dworu pożądali tylko nowych zaszczytów za każdą cenę, nauczyciele - wysokich urzędów, rówieśnicy - protekcji w przyszłości... I targany gniewem La-fi-Czań nie miał czasu zejść głębiej z Otchłani Nienawiści, Nieufności, Zwątpienia i innych, które są piekłem każdej duszy. Aż kiedyś fale pokazały mu wyraźnie obrazy królewskich jego rodziców zapamiętane z licznych portretów. I zobaczył La-fi-Czań morze krzywdy bez granic, szereg krwawych zaborczych wojen, piramidę głów ściętych faworytów, którzy tracili łaski z błahego powodu, spalone chaty opornych przy płaceniu podatków włościan. Ujrzał dalej - otwarte jak księgę - serce matki, którą czcił jak świętą. Były tam stronice takie, o jakich nikt by nie marzył, krwawe podszepty małżonków przeciw nie dość pokornym magnatom, bezprzykładna niewdzięczność za wielkie zasługi, pogarda dla słabych i zwyciężonych, wreszcie czarny spisek na życie króla z głównymi wodzami wojska... Spisek przerwany przez śmierć...
To objawienie było najstraszniejszą chwilą w życiu La-fi-Czania. Na szczęście wzrok jego wpatrzony w ten obraz zaćmił się łzami. Zamknął wtedy oczy i natychmiast dusza jego jak kamień spadać zaczęła przez wszystkie przepaście i nie zatrzymała się aż w jedenastej, która jest Otchłanią Litości. Tam zobaczył La-fi-Czań jak na dłoni to, czego nie dojrzał na powierzchni morza. Najpierw - małe ubogie dziecko, które zerwało wszystkie kwiaty z ogródka i rzuciło mu je przejeżdżającemu pod nogi, a za powrotem do domu obite zostało przez ojca, bo ten chciał sprzedać owe kwiaty i kupić chleba dla siebie i dla synka... Potem ujrzał urzędnika skarbu, który zmarł z głodu z całą rodziną, a nie naruszył powierzonych mu pieniędzy... Dalej - surowe, smutne życie uczonych mężów, którzy go wychowali, wyrzeczenie się wszelkiego użycia w ciągu młodości dla osiągnięcia wysokiej wiedzy, której nikt nie cenił i nie mógł wynagrodzić... Ukazało się jeszcze La-fi-Czaniowi grono młodych jego dworzan, tych, których przejrzał najbardziej tam w górze... Rycerzykowie ci, dowiedziawszy się, że młodemu następcy grozi zmowa starszych dworzan, zaprzysięgli na mieczach, że czuwać będą nad panem swoim niepostrzeżenie i wszyscy życie za niego położą... I wiele, wiele innych podobnych rzeczy zobaczył La-fi-Czań... Króla ojca swego krwawymi łzami w ciszy nocnej płaczącego w poczuciu niemożności uszczęśliwienia kraju, to znów ciężko rannego, leżącego na polu przegranej bitwy pośród konających własnych żołnierzy... Starego króla, w chwili gdy ktoś z oddanych dworzan w sam dzień urodzin La-fi-Czania doniósł mu o czarnym spisku królowej na jego życie...
A wreszcie ukazała się duszy La-fi-Czania piękna, czarująca urodą i wdziękiem przepysznej młodości matka, córka znakomitego kapłana, narzeczona równego jej we wszystkim rycerza królewskiego dworu... Wojowniczy, surowy król łaskawym okiem rzucił na dostojną dziewicę i zapragnął sam pojąć ją za żonę, więc usłużni dworzanie otruli po cichu pięknego rycerza... Odtąd życie tej, którą historycy przedstawiają jako najszczęśliwszą z kobiet, było zmącone do dna, pełne podejrzeń, nieufności, dyszące nienawiścią... Zbrodniarze dali głowy, a po każdym wyroku śmierci królowa dręczona wyrzutami sumienia postanawiała wziąć rozbrat z zemstą... Wreszcie ratunku szukała już tylko w nadziei syna, którego tak długo odmawiały jej bogi. I zobaczył ją La-fi-Czań, bardzo jeszcze piękną, jak drobnymi stopami, których już nie osłaniały podarte sandały podróżne, biegła ku chatce Wielkiej Czarownicy prosić o jego, La-fi-Czania, urodzenie... Zobaczył tę znużoną bladą twarz i głębokie ślady cierpienia na dumnych ustach... I zobaczył jej serce, gdy poznała, że z jej winy syn, okaleczony, bez uśmiechu, straci koronę, a może i życie...
Wówczas dusza La-fi-Czania przesycona litością nad siły zeszła jeszcze głębiej, aż do dwunastej Otchłani, która jest Otchłanią Przebaczenia, i tam odpoczęła.
XI
Nim jednak nastąpiła ta błogosławiona godzina, a stało się to nie zaraz, niejedną ciężką chwilę zgotowały La-fi-Czaniowi fale. Królewicz miał wrażenie, że morze na pewnej przestrzeni i w pewnych momentach było wyraźnie pod władzą złej jakiejś siły. Czasami, gdy bardziej niż zwykle zwątpił o własnej mocy i wytrwałości - czuł na sobie triumfujące, złośliwe spojrzenie Potwora, z którym spotkał się w pierwszy wieczór swej próby. Obecność ta, aczkolwiek niewidzialna, napełniała grozą królewicza. Ciężkie chwile przeżył jeszcze zimą, która nie była wprawdzie śnieżna, ale wietrzna, bardzo chłodna i sucha. Odzież La-fi-Czania prawie nie istniała, wodorosty, w które się owijał, mało grzały. W dodatku rosa przestała padać i trzeba było znosić pragnienie, tym sroższe, że ciągle podniecane przez słone opary morskie. W tym czasie widziadła fal stały się znacznie rzadsze, tak że z tej strony przynajmniej zaszła chwilowa zmiana na lepsze. Ciągłe burze mąciły widnokrąg i wyrzucały na brzeg szczątki rozbitych okrętów i łodzi, ale burze te, królewicz czuł to wyraźnie, nie miały nic wspólnego ze złą siłą, jaka go prześladowała. Zrozumiał wtedy, że był otoczony tymi złymi falami tylko on, że na pełne morze nie sięgała władza Potwora. Fale obce, które teraz często podpływały ku brzegowi, nie miały w sobie nic wrogiego. Raz nawet królewicz zobaczył wyraźnie walkę między nimi a złośliwymi falami, które starały się całą siłą utopić albo zabić o brzeg maleńką małpkę, pochodzącą zapewne z rozbicia jakiegoś okrętu. Małpka dzielnie pływała, ale już była wyczerpana i szła na dno, gdy podchwyciły ją dobre fale i wyniosły miękko i uważnie na piasek, do stóp La-fi-Czania. Jakże się rozgniewały wówczas fale Złe, jak runęły do ataku! Królewicz, który porwał mokre, zziębnięte stworzonko na ręce, musiał wytrzymać wtedy napad nie mniej gwałtowny prawie niż pierwszego wieczoru. Jednak gdy jednocześnie na morzu rozszalała się prawdziwa burza, szyki napadu zmieszały się wkrótce, rozbiły na szczątki i stały się nieszkodliwe dla królewicza.
Małpka, gdy wyschła i rozgrzała się, wyglądała nazajutrz wcale ładnie ze swoją gładką ciemnokasztanowatą sierścią i małą, zmiętoszoną i pomarszczoną, ale wesołą twarzyczką. Bardzo się zdziwił królewicz, gdy zamiast bezpowrotnie zniknąć za grzbietem skał i sosen, małpeczka wróciła po kilku godzinach z garścią orzechów, które wysypała mu pod nogi. Odtąd La-fi-Czań miał nieodstępną towarzyszkę i opiekunkę. Znosiła mu różne jadalne rośliny i zeschłe owoce, godzinami bawiła się w piasku, wyprawiając niewidziane nigdy figle i koziołki, wreszcie naprowadziła nie wiedzieć skąd całą zgraję małp różnej wielkości, które jęły z zapałem polować na złośliwe napastnicze ptaki. La-fi-Czania nie bały się wcale, czciły go raczej i naśladując małą małpeczkę, próbowały przynosić mu najrozmaitsze rzeczy, jakie im wpadły pod rękę, często takie, z których nikt nie mógł mieć najmniejszego pożytku. Najzabawniej wyglądały, gdy wieszały się jedna na drugą, długim sznurem, u konara którejś z sosen sterczącego nad urwiskiem. Rozhuśtany taki sznur kołysał się z piskiem, wyciem i szczekaniem jak wahadło po wybrzeżu i napełniał wielką trwogą hałastrę ptasią, gdyż dziesiątki małpich rąk chwytało w powietrzu za skrzydła przelatujących napastników. Leciało barwne pierze papug, białe piórka mew, i ptaki rozpierzchały się na długo... Po skończonej huśtawce, dla większej zabawy, górne małpy puszczały konar drzewa i wszystko leciało z wrzaskiem na miękki piasek.
Dalej, nie wiadomo - przez głupią chętkę naśladownictwa czy z jakiego innego powodu - kilka większych małp postanowiło stać na straży przy Rybie, podobnie jak to czynił La-fi-Czań. Straż ta, naśladując we wszystkim królewicza, wyglądała nader pociesznie. Małpy poobwieszały się wodorostami i w poważnej postawie pełniły wartę, nie miały jednak nic ze spokoju La-fi-Czania. Nie wiedział, czy małpy spostrzegały widziadła fal, gdyż za mało w tych chwilach zwracał na nie uwagi, ale łatwo spostrzegł ich nienawiść do morza, która wyrażała się we wściekłych wyciach i piskach, gdy fale podchodziły ku brzegowi. Raz ujrzał zdumiony królewicz, jak małpy rzuciły się razem na widziadło, które podpłynęło za blisko brzegu i przedstawiało ohydną karykaturę małpek w gajach Ogrodu Niewymownego Szczęścia. W jednej chwili widziadło rozprysło się, rozpłynęło w oczach patrzącego i zabrzmiał ryk podobny temu, jaki usłyszał La-fi-Czań pierwszego wieczoru. Małpy cofnęły się z najeżoną sierścią, kłapiąc zębami i bijąc się po bokach zaciśniętymi ze złości pięściami, lecz jedna z nich - nieruchoma, z rozprutym brzuchem pozostała w morzu i nagły odpływ prędko ją zabrał.
Wielką naradę dnia następnego odbyły małpy na skałach, po czym rozeszły się wszystkie i żadna nie została z La-fi-Czaniem, wbrew zwyczajowi. Pod wieczór dopiero zobaczył królewicz dziwny orszak. Cztery wielkie małpy niosły na dużym płacie kory drzewnej jakieś stworzenie tak stare, zgrzybiałe i niedołężne, że nie można go chyba było nieść w rękach, boby się rozleciało jak próchno. Był to małpo-człowiek czy ludo-małpa, bo twarz miał jakby ludzką, a cztery ręce - małpie; dziwne znaki, które królewicz rozpoznał zaraz i zrozumiał, że były to najstarsze znaki na ziemi, wspólne ludziom i zwierzętom, pokrywały jego ciało, na głowie miał rodzaj diademu właściwego czarnoksiężnikom. To stworzenie zostało najostrożniej w świecie przeniesione z płatu kory na piasek i La-fi-Czań ze zdumieniem zobaczył i poczuł, jak brzeg zadrżał, a Ryba się wstrząsnęła i zrzuciła z siebie nie tylko piasek ją zasypujący, ale całą zeschłą korę skóry, i leżała przed nim lśniąca i żywa, bo oddychała... Dwie małpy podtrzymywały przy tym głowę czarnoksiężnika, a jedna ze czcią uniosła mu powieki, które nie miały siły dźwignąć się same. Wtedy starzec z trudem drżącą, sztywną ręką, patrząc wprost na morze, nakreślił na piasku coś niedostrzegalnego dla La-fi-Czania, ale co miało skutek nagły i niezwykły, bo fale skłębiły się, uciekły, potem utworzyły lejek i wyrzuciły na wielką wysokość Potwora, którego już raz widział królewicz. Wicher był straszny i La-fi-Czań, padając na ziemię, zaledwie zdążył dostrzec, że Potwór nie spadł, tylko leciał od wody ku brzegowi. Gdy oprzytomniał, morze było gładkie, na piasku leżało martwe ciało starca, a małpy dokoła dygotały ze strachu. Po chwili, skowycząc i jęcząc, zabrały trupa i prędko uciekły na skały.
Uwagę królewicza pochłonęła teraz całkowicie zmiana, jaka zaszła w Rybie, zrozumiał bowiem, że czas jego próby miał nie tylko jemu samemu wyjść na dobre, ale nadto wywołać jakąś zmianę w istnieniu tej zagadkowej Ryby, która teraz pod wpływem dobrego czarodzieja tak cudownie ożyła. Ogromna jej skorupa służyła odtąd La-fi-Czaniowi za schronienie od słot, które teraz ku wiośnie zaczęły się zdarzać co dzień. Czarne, błyszczące ciało Ryby po dawnemu leżało w piasku, wydymało się jednak od oddechu; głowa tylko miała puste oczodoły. Widać oczy zostały wydziobane bezpowrotnie przez ptactwo. Ale największa zmiana zaszła w morzu, które, wyzwolone spod władzy Potwora, przestało dokuczać królewiczowi. Kiedy nie było wiatru, fale bawiły się przy brzegu, jak gromady wesołych dzieci, i droczyły się ze zgrają małp figlarnie, ale bez dawnej złośliwości. W nocy podbiegały do nóg La-fi-Czania szeregi ich migotliwe i posrebrzone od poświaty gwiazd i księżyca, wyrzucając prześliczne jakieś kręcone muszelki i gwiazdy morskie bez liku. Czasami w półśnie zdawało się królewiczowi, że słyszy śpiew jednostajny i żałosny, i wiedział, że to śpiewają fale:
...Na dnie morskim zalega mrok siny.
Gwiazdy mają w diademach bursztyny,
bransoletki z kruchego koralu -
tańczą, tańczą na królewskim balu...
Przypłynęły czarne wieloryby,
zjadły tysiąc gości bez pochyby,
tylko trójka gwiazdek pozostała:
jedna żółta, druga krasna, trzecia biała...
Pierwszą zabił piorun pośród burzy,
druga na dnie rośnie zamiast róży,
trzecia głowę na piaseczku skłania
do stóp bombońskiego królewicza La-fi-Czania.
XII
Przedwiośnie było tego roku wczesne i ciągnęło się długo... Ptaki zajęte budowaniem gniazd i sprawami rodzinnymi nie tak bardzo napastowały królewicza. Morskie ptaki zresztą, z których widocznie w ów pamiętny dzień spadła władza Potwora, zawarły z La-fi-Czaniem zupełny pokój i nie próbowały szarpać Ryby. Z lądowych najzajadlejsze były wrony, kruki, kawki i sroki: te jednak srodze bały się stróżujących wytrwale małp, które nie ustawały w powadze i pilności i tylko od czasu do czasu przewracaniem niespodziewanych koziołków dawały upust swej żądzy ruchu. Wkrótce nad wybrzeżem pociągnęły sznurami bociany, zimujące na bardziej południowych wyspach, i roje jaskółek, które w przelocie obsiadły nabrzeżne skały. Wiśnia, tak znajoma La-fi-Czaniowi, grubszymi gałęźmi zaświadczyła o żywszym krążeniu soków ziemi.
Ryba wciąż leżała bez ruchu i La-fi-Czań dziwił się, jak żyć mogła bez pożywienia i nie w wodzie; prędko jednak zapomniał o tej zagadce, gdy dnia pewnego zobaczył daleko na wybrzeżu wyraźny obłok dymu. Dotąd ani śladu człowieka nie spostrzegł nigdy na lądzie, a z morza dochodziły go tylko szczątki rozbitych okrętów. La-fi-Czań gorączkowo śledził ciemny słup na tle nieba i wody, a wieczorem długo nie spał, wpatrując się w dalekie światełko, które chwilami nikło mu z oczu zasłonięte wielką falą przybrzeżną. Dnia następnego opanowała go tęsknota bez granic i kiedy po południu dojrzał z dala posuwającego się ku sobie człowieka objuczonego workiem i siecią, zaledwie pohamował się na tyle, że nie porzucił swego posterunku. Kiedy człowiek zbliżył się bardziej, La-fi-Czań ze zdumieniem ujrzał, że był to, wbrew wszelkim spodziewaniom, Kuchta w jedwabnej białej mycce i fartuchu z takiegoż materiału. Kuchta z orderem za znakomite zasługi u szyi. Zresztą wyglądał zdrożony, był brudny nad wyraz i czuć go było z daleka rybami, które widocznie miał w worku na plecach. Człowiek ten szedł, nie podnosząc głowy i dopiero z odległości kilku kroków zobaczył królewicza, wielką rybę i małpy, i aż mu oczy wylazły na wierzch z przerażenia, pobladł jak płótno i padł plackiem do nóg La-fi-Czania, wrzeszcząc błagania o litość i miłosierdzie. Na jego krzyk uciekły pędem do lasu małpy i podniosły się na skrzydła wszystkie ptaki znajdujące się w pobliżu, gdyż żadne z nich nie słyszało nigdy ludzkiego głosu.
Kiedy przybysz ośmielony własnym krzykiem podniósł głowę, zobaczył przed sobą młodzieńca prawie nagiego i nadludzkiej jak mu się zdało piękności, acz spalonego na brąz od słońca i wiatru, młodzieńca, który przeszywał go wzrokiem tak mądrym i przenikliwym, a zarazem wcale niegroźnym, że Kuchta poczuł, iż musi być to Bóg Morza, i złożył mu hołd powtórnym uderzeniem czoła w piasek. Poczuł także dziwną chęć otrzymania od niego rozgrzeszenia za wszystkie grzechy, jakie w ciągu całego życia popełnił, i dlatego, ku wielkiemu zdumieniu królewicza, opowiedział mu pokrótce cały swój życiorys, który zawierał w sobie wiele szalbierstw większych i mniejszych, a ku końcowi ciasno się splatał z panowaniem Kuchmistrza I Wspaniałego. Można sobie wyobrazić, co poczuł królewicz, gdy dowiedział się, kto na jego tronie zasiada. Kuchta oskarżył się szczerze o współudział w zabójstwie Kanclerza, o zamordowanie wielu zwolenników Koniuszego i o różne niezrozumiałe dla królewicza przestępstwa z dziedziny dotyczącej prześladowania głodnych, pobłażania uprawie roli za pomocą koni i tym podobnych rzeczy. Tutaj znalazł się ten wysoki zapewne urzędnik dworu w poszukiwaniu nowych gatunków mięczaków, jakie miały pomóc panującemu najmiłościwiej królowi na otłuszczenie serca, a zboczył ze wszelkich uczęszczanych dróg dzięki rykom i potwornym widziadłom, które straszyły go wciąż, od czasu gdy znalazł się nad morzem.
Ileż wykrzykników i pytań cisnęło się na usta La-fi-Czania i byłby może uległ pokusie, gdyby nie ostatnie słowa Kuchty o strachach na morzu, które naprowadziły go na myśl, że podróżny przybył doń za sprawą starego wroga - Potwora, aby go zgubić. Spuścił więc głowę na piersi i twarz ukrył w dłoniach, aby nie pokazać wyrazu upokorzenia i rozpaczy. Biedny Kuchta przerażony milczeniem i dziwną postawą królewicza był pewien, że to szereg jego zbrodni tak rozgniewał i zasmucił nieznane bóstwo, więc aż targał sobie włosy z rozpaczy. Wreszcie, ruszony nową myślą, kopnął się co tchu pod skały, pościągał na kupę różnego paliwa, gałęzi i sposobem z dawna w Bombonii znanym rozniecił szybko ogień. Skoczył potem po wodę o jakieś dwieście kroków do strumyka i nastawił jej pełną muszlę, dodając, w miarę jak się nagrzewała - to korzonków jakichś, to listków z woreczka, który miał w zanadrzu. Długą chwilę trwało gorzkie zadumanie królewicza, aż się zeń ocknął zbudzony nieśmiałym dotknięciem. To Kuchta, klęcząc, podawał mu konchę, pełną wybornie pachnącej jakiejś potrawy z doskonałej ryby, odmawiając przy tym modlitwę, z jaką należy ofiarowywać obiaty nieznanym bogom.
La-fi-Czań, patrząc na przerażoną twarz głupiego dostojnika i na tę jego ofiarę, poczuł dziwne drganie, pochodzące jakby z zewnątrz twarzy, drganie, które chociaż było mu obce, napełniło go jakimś uczuciem podobnym do radości, tylko bardziej lekkomyślnym. Po prostu mówiąc, La-fi-Czań o mało się nie roześmiał po raz pierwszy... Jeszcze jednak nie nadeszła była godzina. Królewicz przyjął ofiarę Kuchty i spożył ją z najszczerszym zadowoleniem, co Kuchtę przejęło radością bez granic. Obszedł więc dokoła La-fi-Czania ze śpiewem dziękczynnym, potem obiegł go w krąg, wreszcie obtańczył. Małpy, które od pewnego czasu wróciły i z daleka przyglądały się nowemu przybyszowi, podeszły teraz bliżej i aż posiadały parami na piasku w najwyższym podziwie, po czym zaczęły naśladować Kuchtę, ale tak niezgrabnie, że się wkrótce porozbijały jedne o drugie i pomęczyły. Otoczyły go wtedy ciasną zgrają i z wielkimi objawami przyjaźni zaczęły obdarzać orzechami, słodkimi korzeniami i jajami ptaków. Jak się to skończyło i dokąd zaprowadziły małpy nowego przyjaciela - królewicz nie widział, gdyż znowu zapadł w ciężkie rozmyślanie, a gdy się ocknął, pustka była wokoło.
Odtąd spokój duszy La-fi-Czania był głęboko zmącony: w dzień i w nocy prześladowała go myśl o opuszczonym państwie, o nędzy ludu, o bezprawiu kucharskim. Zadawał sobie ciągle pytanie, czy warto dla zyskania władzy uśmiechu poświęcać Bombonię, ale stawała mu znów przed oczy niezłomna konieczność umiejętności uśmiechu dla króla i widział wyraźnie przed sobą szeroko rozpłyniętą w uśmiechu twarz Kuchmistrza, obecnie I Wspaniałego: "Jakże będę mógł korzystać z mego tronu, nie posiadając wszystkich tych cech królewskich, których żąda ode mnie mój naród?". A potem, dziwny żal czuł na myśl o Rybie, którą miałby zostawić na rozszarpanie drapieżnikom. "Któż wie, czy nie ożyje ona w innym jakim kształcie i czy nie zrzuci swej obecnej postaci tak, jak zrzuciła wtedy zeschłą skorupę?" - myślał niepewnie La-fi-Czań. A fale, które miewały już teraz czasem błękit morza letniego, zasypiającemu lub drzemiącemu na warcie nuciły bardzo cicho, trochę głośniej i znów bardzo cicho:
Jakaż jest córka morskiego króla...?
Ze srebra na niej tkana koszula,
zasłona z pereł nizana...
Cała świeci, niby zorza różana...
Nikt jej nie widział, nikt jej nie spotka:
jak młody miesiąc cicha i słodka
z fali na falę przechodzi,
z delfina na delfina skacze, niby z łodzi do łodzi.
Od piany ręce jej małe bledsze,
włos złoty w morskie wplata powietrze,
włos złoty twarz jej zasłania
oczom bombońskiego królewicza La-fi-Czania...!
XIII
Królewicz ze drżeniem niepokoju widział zbliżający się kres roku swej próby. Już ze swego posterunku mógł widzieć tu i ówdzie na skałach lekką zieloność jakichś ożywających na nowo traw, już wiśnia miała grube kwiatowe pączki, a w powietrzu raz po raz mignął zagnany tutaj przypadkiem jeden i drugi motyl. Złośliwe ptaki objawiły zniecierpliwienie i podwójną zajadłość, tak że La-fi-Czań, nie polegając na czujności małp, sam uganiał się za wrogami przez cały dzień i połowę nocy. Małpy zresztą, hołdując ogólnym wiosennym prawom, zaczęły się mocno zaniedbywać i coraz częściej zostawiały królewicza samego na straży. Tylko uratowana przezeń Małpeczka pozostała mu niezachwianie wierna i z całego serca starała mu się pomagać.
Ale wieczorem ogarniał ją strach, bo ciemności tej wiosny miały coś przerażającego, były osobliwie nieprzezroczyste i zdawały się taić w sobie nieznane i złe rzeczy. Ogromne nocne ptaki, puchacze wielkości niesłychanej i wielkie sowy z dziwacznymi na głowach pióropuszami, mijając, uderzały o La-fi-Czania i jego towarzyszkę i krążyły nad wybrzeżem z żałośliwymi i ponurymi krzykami. Namnożyła się też niebywała ilość malutkich sówek o bardzo błyszczących czerwonych oczach i niezmiernie puszystym czarnym upierzeniu. Sówek tych Małpeczka bała się niezmiernie i cała drżąca tuliła się do La-fi-Czania, gdy się przybliżały. Wszystkie te ptaki ośmieliły się tak dalece, że napastowały, nie czekając zupełnej nocy, a małe czarne sówki w dzień obsiadały skały i wyglądały jak żywy czarny dywan. La-fi-Czań przez te ostatnie dnie swej warty schudł i sczerniał, a Małpeczka była jak błędna i bała się własnego cienia.
Oczekiwanie końca przerwane było tylko raz. Któregoś dnia ogromny krzyk wśród ptaków zwiastował niezwykły jakiś wypadek, krzyk pochodził głównie od ptactwa mającego gniazda na skałach, toteż La-fi-Czań obrócił się w stronę wybrzeża i ujrzał człowieka, który przywiązawszy do grubej sosny linę, spuszczał się po niej powoli. Po ciężkich pantoflach, z których każdy był innego koloru, po pstrym tłumoku, uwiązanym na plecach tego człowieka wraz z czerwoną drewnianą laseczką do mierzenia materii, poznał królewicz natychmiast, że przybysz zajmował się rzemiosłem przekupnia. I nie mylił się wcale, był to bowiem Wędrowny Kramarz, ten sam, z którym Soj i Kio mieli wiadomą rozmowę.
Dobry ten człowiek dotrzymał słowa. Od dnia rozstania z dziewczynką i żołnierzem, poszukującymi zaginionego La-fi-Czania, nie próżnował ani na chwilę, porozumiał się przede wszystkim ze swymi współbraćmi i ułożyli sobie wszyscy, że w pół roku obejdą każdy po jednej dzielnicy Bombonii i każdego spotkanego mężczyznę, kobietę lub dziecko spytają o królewicza. Po pół roku każdy z kramarzy miał przyjść na wyznaczone miejsce lub przysłać znak wiadomy i o wyraźnym znaczeniu. Wędrowni przekupnie, których liczba w Bombonii była bardzo znaczna, spełnili obietnicę z kupiecką słownością: w dniu oznaczonym Wędrowny Kramarz miał niezachwianą pewność, że w żadnej dzielnicy Bombonii, którą obeszli jego koledzy, nie było królewicza. Pozostała tylko dzika część nadmorskich lasów, dokąd nikt nie chciał iść na poszukiwanie z obawy trzęsawisk, węży i dzikich małpoludów. Tę tedy dzielnicę postanowił zwiedzić dzielny Kramarz sam.
Trudno opisać, ile przeżył strasznych chwil: są to zresztą dzieje spisane w jego pamiętnikach, dość, że przeszedł nieznaną okolicę wzdłuż i wszerz, aż wreszcie dotarł do wybrzeża. Jakaż była jego radość, gdy, pochyliwszy się nad otchłanią, zobaczył stojącą nad morzem postać ludzką! Nie miał żadnej wątpliwości, że udało mu się nareszcie znaleźć poszukiwanego królewicza, bo skoro nigdzie go nie było, a Soj i Kio przysięgli mu, że La-fi-Czań żyje, to ten ostatni napotkany w Bombonii człowiek musiał być królewiczem. Kramarz zresztą miał ubiegłej nocy sen, który uważał za wieszczy. W śnie tym zobaczył małą, śmieszną, pomarszczoną na twarzy Małpeczkę, która wzięła go za rękę i zaprowadziła aż nad morze. Tu powiedziała mu: "Zaraz zobaczysz La-fi-Czania" i znikła.
Wędrowny Kramarz zeskoczył na piasek i gdy zobaczył u nóg królewicza tę samą Małpeczkę, którą widział we śnie, utwierdził się jeszcze w swym mniemaniu. Oddał tedy La-fi-Czaniowi, który nieruchomo nań spoglądał, wszelkie honory, jakie się należą następcy tronu, a potem, tknięty ludzkim wzruszeniem, z płaczem ucałował jego ręce. A kiedy zdał sobie sprawę, jak nędzne było ubranie królewicza, rozwiązał swój tłumok, wydobył zeń najpiękniejsze szaty, jakie posiadał w zapasie, i przyodział w nie La-fi-Czania.
"Tyżeś to jest, panie nasz najmiłościwszy - mówił przy tym głosem drżącym ze szczęścia. - Kwiecie Wiecznej Radości, pociecho serc ludzkich, słońce rozkoszy". Kramarz mówił tak, bo był człowiekiem prostym i nie znał dworskich tytułów, jakie się należały La-fi-Czaniowi z prawa. "Do ciebie tęskni twój lud, jęczący pod uciskiem Kuchmistrza, który na twoim zasiada tronie, po tobie płaczą rozegnani po kraju żołnierze. Poznałem cię od razu po oczach, które masz podobne do oczu matki twojej, i po bohaterskiej postawie, jaką odziedziczyłeś po ojcu. Dlaczego ukrywasz się przed oczami twego ludu? Przemów choć jedno słowo".
Ale La-fi-Czań milczał, a wierny Kramarz, który był człowiekiem sędziwym i rzeczywiście widział był oboje królestwo, jeszcze nim królewicz przyszedł na świat, nie mógł zrozumieć jego postępowania i zaczął pytać go i błagać: "Za jakie grzechy niesiesz pokutę, królewiczu! Jakich dopełniasz ślubów? Ciężki to musi być grzech, skoro na ofiarę przebłagalną złożyć chcesz cały swój naród! Wielki to ślub, skoro oddajesz chętnie tron ojcowski. Opamiętajże się, strząśnij z siebie to opętanie, wróć do kraju, chwyć za miecz i zwycięż wrogów swoich!". Ale królewicz ani drgnął. Więc Kramarza opanował gniew: "Czyż krew ojca twego nie płynie w twych żyłach? Czy zły urok padł na cię w złej godzinie? Któż nas obroni, kto zasłoni od ucisku możnych? Kto nieprzyjaciół państwa wypędzi z granic twoich? Kraj twój opłaca się wrogom, kraj twój poniża się w oczach sąsiadów... Upada sława ojców twoich!".
A gdy królewicz nie przestawał milczeć, Kramarz wpadł we wściekłość i niepomny na nic - zerwał zeń kosztowną odzież, rozdarł ją i podeptał nogami... "O, bodajem był umarł, nimem się puścił w tę podróż! - zawołał. - O, bodaj mnie była udusiła zaraza, nimem cię znalazł, oszuście, synu oszusta. Omyliły mnie stare oczy, niedołężny, przeklęty wzrok wywiódł w pole, że nędznego wariata wziąłem za pana Bombonii. Bodaj nas obu ziemia pożarła! Wrócę do kraju i powiem, że La-fi-Czań nie żyje!" To mówiąc i już nie patrząc na królewicza, zapomniał o tłumoku, pobiegł jak szalony wybrzeżem i znikł wkrótce na jakimś zakręcie.
La-fi-Czań był jak skamieniały: radość, żal, gniew, litość walczyły w nim o lepsze z żelazną wolą milczenia. Zwyciężyła wola, ale jakim kosztem! Łzy popłynęły strumieniem z oczu królewicza, cała jego duma była złamana pogardą tego starego przekupnia; zwątpienie ogarnęło go zupełnie. Wydawał się sam sobie ostatnim pośmiewiskiem. Takim zastała go napływająca zewsząd noc.
A noc była groźniejsza niż kiedykolwiek. Między morzem, które było o kilka kroków, a królewiczem, Rybą i Małpeczką zaległa duszna czarna mgła, jak ściana, przez którą nie słychać było nawet plusku fal. Skał nie było wcale widać, ale ciemność, która rozdzielała od nich La-fi-Czania, roiła się niezwykłym ruchem nocnego ptactwa. Nieba nie było znać od rozpostartych skrzydeł olbrzymich, cichych, świecących oczami ptaków. Ale La-fi-Czań i tak nie widział nic i niczego się nie lękał prócz własnej rozpaczy, tylko Małpeczka piszczała z trwogi na piasku. Aż nagle ogromny szept i szelest przebiegł po powietrzu i mrok rozjaśnił się dziwnym zielonawym światłem.
La-fi-Czań ocknął się i rozejrzał dokoła. Otaczały go ściany nieprzejrzanego mroku, lot ptaków ustał, piasek natomiast był ciemny i ruchomy od skrzydeł, głów i oczu. Daleko i wysoko w powietrzu jakiś kształt, fosforyzujący zielonawym światłem, zbliżał się i zniżał jakby po czarnej, aksamitnej dróżce rozesłanej na powietrzu. Dojrzał królewicz nareszcie ciężkie włochate cielsko, twarz na krótkiej szyi zwierzęco-ludzką, oplątaną włosiem, ogromne tępe łapy, z których jedna zwisała bezwładnie ze skurczonymi palcami.
Potwór, świecąc cały i zwinąwszy u ramion błoniaste skrzydła, szedł w dół po drodze z małych czarnych sówek, wiszących nad ziemią na rozpostartych puszystych skrzydełkach. Zeszedł tak w oczach królewicza aż na piasek i ciężko osiadł na czarnej ławicy, którą natychmiast utworzyły pod nim ptaki, po czym wsparłszy się na zdrowej ręce czy łapie, wbił wzrok w La-fi-Czania... Wreszcie przemówił: "Jam jest król morza... La-fi-Czaniu, dość mam walki z tobą i chociaż mógłbym cię złamać jak trzcinę, żal mi twojej młodości!". La-fi-Czań, zdrętwiały jak pod wpływem oczu wężowych, nie odrywał wzroku od twarzy Potwora i, o dziwo, twarz ta łagodniała, piękniała, nabierała uroku, w miarę jak Potwór mówił: "Nie wiesz, jak cierpię, królewiczu. Straszny czarodziej morski, wróg mój, wróg ziemi i wszystkiego, co jest na niej, córkę ukochaną mi porwał i zamienił w rybę. On to namówił Wielką Czarownicę, aby postawiła cię na posterunku, byś mi nie dał wybawić królewny od czarów. Byłeś czujny, dzielny, nieustraszony, wszystko na jej zgubę!". Twarz Potwora była nieziemsko piękna i wyrażała ból bez granic... "Za chwilę minie czas i żadne już czary córki mojej nie wyzwolą. Tyś jeden mocen ją uratować, zwróć się do niej i zawołaj ją po imieniu - Kajo".
La-fi-Czań czuł ogień w całym ciele, z każdym słowem bardziej pragnął słuchać i wierzył. Już się zwracał, aby powiedzieć żądane słowo, gdy nagle Małpeczka, która dotąd nieruchomo leżała w piasku, skoczyła ku Potworowi i uczepiła się jego kolan. Jej ruch sprawił, że La-fi-Czań obejrzał się i zobaczył twarz Potwora skrzywioną z wściekłości i uderzenie łapą, które odrzuciło Małpkę - nie wiadomo, żywą czy zabitą - w ciemność.
Jak piorun spadła na La-fi-Czania świadomość oszustwa. Nie spuszczając oczu z twarzy Potwora, zasłonił sobą Rybę i gotował się na śmierć. Jak dwa młoty wzniosły się nad nim tępe łapy, gorący oddech piekła zionął mu w twarz, pazury drapieżnych ptaków poczuł w ciele. Całe życie z szybkością błyskawicy przeleciało mu przed oczyma: dzieciństwo, młodość, podróż, straszne walki z widziadłami i z sobą samym na brzegu morza, wszystko, co stracił przez tę szaloną, karkołomną próbę... Ale wtedy dusza wstała w nim nieżałująca już niczego, świadoma siebie, nieustraszona: La-fi-Czań spojrzał Potworowi w oczy na znak, że się nie lęka i nie żałuje niczego, i - uśmiechnął się...
W mgnieniu oka noc opadła ze świata jak maska zasłaniająca najpiękniejszą z twarzy: to, co było strachem, męką, Potworem i jego sprzymierzeńcami, znikło, przestało istnieć...! Wschodzące słońce oświeciło młodą wiśnię, której pączki jeden za drugim zaczęły zakwitać w oczach królewicza. Wtedy La-fi-Czań, upojony mocą i szczęściem, poczuł, że ślub milczenia już może zerwać, i zawołał, zwracając się do Ryby, jedyne słowo, jakie miał w pamięci: "Kajo!".
I nieśmiało oczekiwany cud stał się naprawdę. Coś jakby obłok powietrzny zaczęło się kształtować nad leżącym w piasku stworem. La-fi-Czań zasłonił oczy rękami, nie mogąc znieść tego widoku, a gdy znów spojrzał, na brzegu stała ONA, królewna, w srebrem tkanej odzieży, złotymi włosami zasłaniająca twarz, a do jej stóp podbiegały prędko małe fale i wyrzucały bez końca garsteczki migotliwych pereł. Nie zdziwił się królewicz, kiedy Kaja zawołała go po imieniu, a tylko zbliżywszy się do niej spytał z cicha, dlaczego zasłania twarz i kiedy pójdą razem w drogę. Ale ona mu odpowiedziała, że jest niewidoma i dlatego nie pójdzie razem z nim teraz: wpierw musi iść w świat i odzyskać oczy zabrane jej przez ptaki...
La-fi-Czań zrozumiał zaraz, że inaczej być nie może, więc tylko ze smutkiem jął badać, jak pójdzie w świat sama, nie widząc drogi... Wtedy, nim królewna zdążyła cośkolwiek odrzec, pomiędzy tym dwojgiem zjawiła się mała Małpeczka, trochę zgięta od uderzenia Potwora, ale zupełnie żywa, i drobną swoją rączkę włożyła w rękę Kai. "Widzę już, że nie pójdziesz sama" - powiedział La-fi-Czań i ucałowawszy kraj jej szaty, poszedł precz i rozpoczął drogę powrotną do kraju z uśmiechem na ustach i wielką troską o królewnę w duszy.
XIV
Jak już wiadomo z opisu podróży Kio i Soja, a także z kilku słów Wędrownego Kramarza, w Bombonii nie działo się wcale dobrze za panowania Kuchmistrza I Wspaniałego. Źle się działo rycerzom z powołania i urodzenia, którzy za ujmę sobie mieli służbę na kuchmistrzowym dworze, a służby wojennej pełnić nie mogli, bo nikt ich do niej nie wzywał. Bardzo ciężkie było położenie żołnierzy, których rozpędzono na cztery strony kraju. Ci, którzy mieli rodziny, powrócili do nich, ale nieraz ich niewprawna pomoc w małym gospodarstwie nie była potrzebna, a obecność stawała się wielkim ciężarem dla ubogich ludzi. Musieli tedy chodzić na zarobek i pełnić żmudną, codzienną pracę, której byli niezwyczajni, toteż - niezadowoleni i smutni - napełnili kraj swymi narzekaniami.
Jeszcze gorzej mieli się ci spomiędzy żołnierzy, co rodzin nie posiadali lub pochodzili z sąsiednich krajów, do których nie mogli powrócić z braku pieniędzy. Bandami lub pojedynczo rozbiegli się oni po całej Bombonii, kradnąc i rabując, co się dało. Źle uzbrojone i tchórzliwe oddziały Kuchennego Wojska niechętnie występowały z nimi do walki, toteż rabusie rozzuchwalili się bezprzykładnie i napełnili grozą kraj od końca do końca. Najgorzej zaś było prostemu i łagodnych obyczajów ludowi. Wieśniacy bombońscy zajęci uprawą ryżu, herbaty, trzciny cukrowej i hodowlą jedwabników oraz pracujący w różnych warsztatach nie zajmowali się dotąd sprawami państwowymi. Płacili swoje umiarkowane podatki, paśli bydło i domowe ptactwo, wybierali własnych drobnych urzędników spomiędzy mądrych i zasłużonych ludzi, a o wyznaczonych przez kapłanów godzinach szli składać modły w prostych świątyniach dobrotliwych bożków pól, lasów i łąk.
Teraz spokojne ich życie stało się pasmem udręczeń. Jak wiadomo, z braku wojska, z ich ubogiej kabzy opłacano ościennych wrogów, z którymi nie śmiano wojować. Prócz tego trzeba było płacić podatki na utrzymanie ogromnie licznego Kuchennego Wojska, które znowu brało sute datki za każde swoje wystąpienie w obronie wieśniaków przeciwko rabusiom. Szły wielkie sumy na uroczyste obiady publiczne, którymi Kuchmistrz I starał się przychylić sobie serca poddanych. We wszystkie święta ustawiano na rynkach i placach wielkie stoły obfitujące w mnóstwo potraw i napoi. Ale cóż mogło pomóc biedakom, którzy codziennie przymierali głodem, że raz na miesiąc zdołali się objeść więcej niż do syta?
Jeszcze trzeba się było okupywać Kuchennym Strażom za pozwolenia na potajemną pracę końską. Jakże bowiem mogli drwale, węglarze, ludzie w kamieniołomach, a nawet zwykli robotnicy, obejść się bez bydlęcia pociągowego? Skąd było wziąć tyle osłów, mułów, wołów, aby tak nagle zastąpić wygnane konie? Toteż konie pracowały wszędzie, zapisywane zresztą w rejestrach urzędowych jako woły, kozy, a nawet króliki, za to kieszenie Straży Kuchennej były zawsze wypchane, a policzki wielkich Kucharzy, Kuchtów i Kucharek świeciły okrągłością jak księżyce w nieustannej pełni.
Zaprowadzenie Kuchennych Bóstw o mało nie wywołało rewolucji. Tego rzeczywiście już było nadto! Na miejsce ślicznej, łagodnej Bogini Źródeł i Rzek postawiono szkaradnego Bożka Pełnej Szklanicy, z oczyma załzawionymi od mocnych trunków; w świątyniach bóstw polnych zapstrzyło się od Bożków Trzystu Sześćdziesięciu Pięciu Obiadów, a na kamiennych, marmurowych cokołach posągów bóstw leśnych przerażone oczy ludzkie ujrzały wyobrażenia niezgrabnych bogiń kuchennych: Smacznej Domowej Kucharki, Kucharki Świątecznej oraz najbrzydszej ze wszystkich, Doskonałej Kucharki Litewskiej. Ta ostatnia była gruba jak piec, w jaskrawym cudzoziemskim stroju, miała pięć rąk miękkich jak poduszki, a na nosie złotą Brodawkę Doskonałości o siedmiu brylantowych Włoskach Doświadczenia.
Na widok tych bóstw, przywiezionych ze stolicy przez mocne oddziały Kuchennego Wojska, lud uderzył w wielki lament, a kapłani, których chciano zmusić do służenia nowym bóstwom i okadzania ich kadzidłem z wonnego łoju i rybiego tłuszczu, udawszy zrazu uległość, porwali ze sobą posągi starych bogów i uciekli nocą precz z okolicy.
Było jednak w Bombonii dużo takich ludzi, którzy uważali panowanie nowego monarchy za wielce dla siebie szczęśliwe i obrastali przy nim w tłuszcz i pomyślność. Tu najpierw zaliczyć należy całą masę Kucharek, Kuchtów i Kuchcików, którzy byli teraz pierwszymi u dworu i w całym państwie. Miasta miały za władzę naczelną Wielkich Kucharzy lub Wielkie Kucharki, gminy rządzone były przez Większych Kuchtów, wioskami zawiadywał Kuchta, a pomniejsze Kucharki, Kuchtowie oraz wielka armia Kuchcików, z których, jak wiadomo, pewna ilość była podrobiona, pełnili służbę wojskową i policyjną. Ludzie ci na skutek próżnowania, dobrego jedzenia oraz łask monarszych tak się roztyli i rozrośli, że w pewnym mieście, zwanym Bo-Czao, w czasie wielkiego zebrania Kuchennego Wojska i Straży grunt na dużej przestrzeni zadrżał pod ich ciężarem i w sąsiednich wioskach powstało trzęsienie ziemi.
Szczęśliwie także kwitła miejska ludność, żądna pieniędzy, które obficie płynęły do jej kieszeni przez ręce dworskich urzędników w zamian za rozmaite zapasy żywności, drogie korzenie i przyprawy do potraw oraz przeróżne naczynia kuchenne i stołowe. Kupcy podnieśli ceny drogich mięsiw i owoców, fabrykanci naczyń drożej musieli płacić swym robotnikom, którzy nie chcieli już pracować za dawną cenę. Ta drożyzna była bardzo uciążliwa dla biedaków, ale zamożnym niewielką robiła różnicę wobec powiększenia ich dochodów. Duże pieniądze brali wynalazcy nowych potraw i sosów oraz mebli do wygodnego siedzenia przed obiadem, przy obiedzie i po jedzeniu; prócz tego dostawali różne ordery i do ogromnych fortun doszli niektórzy lekarze, specjaliści chorób żołądkowych, i aptekarze. Wszyscy ci ludzie całym sercem oddani byli Kuchmistrzowi I Wspaniałemu.
Wysławiali go też niektórzy znani w owych czasach śpiewacy nadworni w misternych wierszach, których tytuły dotąd się zachowały w pamięci potomnych, jak na przykład Pieśń o Szczęściu Poobiednim, Triolet o Zuchwałym Żołądku ułożony w czasie choroby Kuchmistrza I Wspaniałego oraz Elegia na Zniknięcie z Użycia Sosu Imienia Księcia Bengalskiego.
Cóż znaczyło jednak szczęście tych nielicznych wobec cierpień całego ludu? Cierpienia te stawały się tak dotkliwe, że uległość właściwa temu narodowi zaczęła go opuszczać, tym bardziej że w miarę jak czas upływał, jakieś dziwne wieści krążyć poczęły po kraju.
Wieści te dotyczyły osoby zaginionego królewicza La-fi-Czania. Okazało się, że lud nigdzie nie wierzy w śmierć prawego następcy tronu i - jak donosiły z różnych stron Kuchenne Straże i urzędnicy z prowincji - spodziewa się jego powrotu. Nie do pojęcia było, skąd tak prędko i nagle powstały całe legendy o królewiczu. Mówiono, że królewicz ukrywa się umyślnie, aby wypróbować serca poddanych, i że powróci z wielkim wojskiem, aby zetrzeć niewiernych w proch, a wiernych wywyższyć aż pod niebo. Krążyła także wieść pewna, i w tę już uwierzono niezachwianie, że opiekuje się nim wielka i potężna czarownica oraz dzielny rycerz Soj. Wierzono w to z taką pewnością, bo liczni świadkowie przysięgali na głowy własnych dzieci, że sami mówili z czarownicą i rycerzem, którzy raczyli się ukazać ich oczom w postaci pobożnych pielgrzymów. Małe dzieci opowiadały sobie po cichu o strasznej potędze królewicza, który ma mieć sto żelaznych pięści i sto tysięcy szklanych głów, z oczami jak niezliczona ilość małych słońc.
Ale bardziej jeszcze zakotłowało się, gdy dowiedziano się na pewno, że w wielu miejscach, gdzie wierni w ukryciu oddawali cześć wygnanym bóstwom, słychać było wyraźnie, jak kamienne i metalowe wargi bogów i bogiń wymawiały obietnicę, że La-fi-Czań powróci. Wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu to właśnie zjawisko było zupełnie prawdziwe i pochodziło z następującej przyczyny. Wiadomo, jak dusza Kanclerza gwałtem wyrwana z ciała, targana niepokojem o królewicza, niegotowa do wstąpienia w bramy Ogrodu Niebieskiego, uniosła się w powietrze. Otóż dusza owa pozostała wierna swej miłości i swemu niepokojowi, ponieważ zaś wzrok jej sięgał dalej niż obecność, a nie dostrzegał w Ogrodzie Niebieskim duszy La-fi-Czania, miała pewność, że królewicz żyje. Nie mogąc głosem cielesnym krzyczeć o swej wiedzy, wstępowała do wszelkich kształt ludzki mających posągów i ustami ich dawała różne wiadomości. Posągi bóstw przestały być nieme i kapłani ze świętym zdumieniem słuchali ich mowy. Postanowili wreszcie, wzburzeni cudami, zebrać się wszyscy w najtrudniej dostępnej krainie, gdzie nowych bóstw dotąd nie zdążono postawić, krainie czcicieli Erla-Czania. Tak też uczynili i gęsto zaludnili góry tego kraju, szeroko siejąc wieść o La-fi-Czaniu i jego powrocie.
Kraj tymczasem wrzał od baśni, zmyśleń i pieśni. Tu i ówdzie Straże Kuchenne krwawo tłumiły początki buntu i coraz niespokojniejsze wieści dolatywać zaczęły do Wielkich Kucharzy i Kucharek. Ale szczytem był stanowczy opór, jaki stawił cały kraj Erla-Czania, gdy usiłowano wprowadzić doń olbrzymi posąg Doskonałej Kucharki Litewskiej, cały ze srebra. Próbowano przekonać opornych, którzy dowodzili, że posągu tego nie chcą, gdyż słyszeli od ludzi z nizin, że małe dzieci od widoku jego dostają konwulsji, a krowy przestają dawać mleko. Łatwo jednak dowódca Kuchennego Wojska zrozumiał, że to tylko pozory okrywające jakąś zmowę, bo gdy kazał oddziałowi swemu iść naprzód, tamci dobyli broni i Kuchenne Wojsko musiało się cofnąć, zostawiając posąg na pastwę buntowników.
Taki był stan rzeczy, kiedy nareszcie znowu wypłynął w kraju Soj.
XV
Soj, wracając przez kraj czcicieli Erla-Czania, szedł jeszcze wśród głębokiej zimy, a dopiero ku wiośnie wydobył się już zupełnie z gór i trafił do miejsc gęściej zamieszkałych. Brudny, obdarty, bosy, nigdzie nie wzbudzał zaufania i nie mógł dostać żadnego zajęcia, które by mu pozwoliło zarobić na chleb i na odzież, a tych najbardziej potrzebował. Ludzie, wystraszeni mnóstwem włóczęgów i rabusiów, z obawy zemsty dawali mu wprawdzie parę monet odczepnego albo trochę jadła, nikt jednak nie chciał go przyjąć za parobka ani nawet zgodzić na dziennego robotnika.
Ciężką zdawała się Sojowi ta wędrówka śród niechętnych spojrzeń wieśniaków i nieufnych pytań Kuchennych Straży, nie była jednak bez pożytku, bo bacznie nadsłuchując, przekonał się, że wszyscy wszędzie szeptali imię królewicza. Czasem, leżąc w rowie, słyszał opowiadania przeplatane niestworzonymi bajdami o księżniczce Kio, o Wielkiej Czarownicy i niezwyciężonym rycerzu Soju. Miewał wtedy wielką ochotę wyjść z ukrycia i wyznać tym ludziom, że to on, on właśnie jest Sojem, ale wstrzymywał go zdrowy rozsądek, podpowiadając, że nikt mu nie uwierzy, bo pomiędzy bezdomnym włóczęgą a znakomitym wodzem z legendy leży niezgłębiona przepaść. Pod wpływem jednak właśnie tych na pozór pustych bajek zaczęło w nim dojrzewać niezłomne postanowienie zostania tym bohaterem, o którym tyle mówiono. Zresztą, jakże inaczej mógł zebrać wojsko dla królewicza?!
Pełen tego postanowienia i wynikłych z niego marzeń, szedł dnia jednego Soj drogą wiodącą do większego miasteczka, gdy zobaczył opodal na jakiejś łączce czy nieużytku, leżącym wśród pól, dość liczne zbiegowisko, wśród którego gęsto błyskały kuse, ostre rożenki Kuchennej Straży, bielały ubrania wieśniacze i pstrzyły się barwne sukienki dziecinne. Wiedziony ciekawością udał się w tę stronę i został świadkiem ustawiania posągu, który odtąd miał, z rozkazu Głównego Sztabu Wojsk Kuchennych, zastąpić wszędzie Bożka Małych Dzieci. Dzieci spędzone z okolicznych wiosek dla oddania czci nowemu bóstwu stały milczące dookoła i spoglądały z ukosa na młodziutkiego, trzynastoletniego może chłopaka, dotychczasowego kapłana, który, otoczony strażą, uparcie odmawiał złożenia ofiary. Ponuro, na uboczu, skupili się starsi wieśniacy.
Kiedy Soj zbliżył się już zupełnie, zobaczył dokładnie twarze dzieci: jedne zastraszone i zapłakane, inne zacięte i uparte, z niedziecinnym wyrazem gniewu w oczach. Mały kapłan patrzył z trwogą na rozzłoszczonych Strażników, którzy, po wyczerpaniu próśb i gróźb, zabrali się już do szturchańców. Nareszcie chłopak widocznie zwątpił o pożytku dalszego oporu i z westchnieniem wyciągnął rękę po kadzielnicę, którą mu podał jeden z Kuchcików... Szept grozy przeszedł po całej grupie dziecięcej i wieśniaczej, ale prędko zmienił się w okrzyk radości i podziwu, gdy nie wiadomo skąd zjawił się nagle przy samym ołtarzu jakiś człowiek i uniósł wysoko w ręku mały, ślicznej roboty posążek prawdziwego Bożka Małych Dzieci.
Straż, zmieszana w pierwszej chwili, odstąpiła, a dzieci kołem otoczyły Soja i jego posążek, i chórem zaczęły się modlić do ukochanego bożka, powtarzając zwykłą pieśń nabożną. Kobiety płakały ze wzruszenia, a mały kapłan bił czołem o ziemię i prosił Bóstwo o przebaczenie. Trwało to wszystko jednak krótko, bo straż opamiętała się i ruszyła całą siłą na Soja. Walka była niedługa, lecz zajadła. Soj, opadnięty ze wszystkich stron, skrępowany przez posążek, który miał w ręku, a którego nie śmiał użyć do obrony, został w mgnieniu oka związany sznurami i obezwładniony. Posążek stłuczono natychmiast na miazgę, a Soja popędzono do miasteczka i wtrącono do lochu, gdzie siedzieli schwytani niedawno w dużej liczbie rozbójnicy.
Soj był bardzo zgnębiony niefortunnym wynikiem walki, a jeszcze bardziej stratą pamiątki, którą miał od Kio, i leżał w kącie, gdzie go rzucono, jak kłoda. Nikt nie zwracał zresztą na niego uwagi. Powoli zaczął się rozglądać: w mrocznej podziemnej izbie, gdzie nie było nawet ławy, na zgniłej słomie siedzieli więźniowie. Widocznie byli zamknięci od dawna, bo wyglądali całkiem zadowoleni i zagospodarowani, śpiewali, rozprawiali i grali w kości, jakby im nic nie groziło. Z rozmów ich wkrótce poznał Soj, że to żołnierze i że bandytami stali się od niedawna. Za obrabowanie Kuchennego Urzędu większego miasta i zabicie miejscowego Kucharza skazani zostali na śmierć i czekano tylko na przybycie kata, żeby ich jak najuroczyściej ściąć. Jako dla skazańców, straż miała dla nich pewne względy i pozwalała im na grę oraz dostarczała trunków.
W kilka dni Soj poznał się ze swymi towarzyszami i gruntownie się z nimi zaprzyjaźnił; nie omieszkał też rozpytywać ich o La-fi-Czania. Rozbójnicy wierzyli w jego powrót, jak i reszta ludności, ale pewni byli, że dla nich przez to nic się nie zmieni, chyba tyle tylko, że ich prędzej połapią wszystkich i pozbawią życia. Nie widzieli w tym zresztą niesprawiedliwości, tylko zły los. Nawzajem rozbójnicy pytali Soja o jego przygody i sprawy, a gdy opowiedział im szczerze i po prostu wędrówkę swoją z katem i z Kio, nabrali dlań wielkiego szacunku, że zaś byli to ludzie prostsi od niego, zaczęli czcić go za jego rozum i wielkie stosunki w świecie. Awantura Soja ze strażą przy obronie Bożka Małych Dzieci podobała się im też bardzo, a gdy Soj z biegiem czasu doczekał się też wyroku śmierci, pokochali go z całego serca i nie mieli już przed nim tajemnic.
Tymczasem Sojowi zaczęła świtać w głowie myśl, którą uważał za przednią i którą nie omieszkał podzielić się z kolegami. Przede wszystkim przekonał ich, że zamiast siedzieć i czekać na śmierć, lepiej byłoby pomyśleć o ucieczce. Obmyślił też plan, który reszta uznała za dobry... Już nieraz straż więzienna proponowała im, aby którykolwiek z nich posłużył innym za kata, a tym samym kupił sobie darowanie życia, ale żaden dotąd na to nie przystał. Teraz za wspólną umową Soj miał się pozornie zgodzić na taki układ i uzbrojony w miecz katowski, w samej chwili spełnienia wyroku, rozciąć więzy towarzyszom i wraz z nimi uciec. O ile by się to udało, postanowili - po spotkaniu na punkcie zbornym - obrać spomiędzy siebie wodza, zaprowadzić w swym gronie karność żołnierską i powoli skupić innych rabusiów żołnierzy, aby utworzyć wielkie wojsko.
To wojsko miało z początku kryć się po lasach i zdobywać środki do życia sposobem rabunkowym od nienawistnych urzędów Kuchennych i wojsk. W miarę zaś wzrostu, winno było wchodzić w porozumienie z ludnością i namawiać do wstępowania w jego szeregi, wreszcie - po zdobyciu uzbrojenia i posłuchu w którejś części kraju - podnieść jawny bunt przeciwko Kuchmistrzowi I i tron jego oddać La-fi-Czaniowi za jego powrotem. O bliskim powrocie królewicza Soj najsolenniej zapewniał rozbójników. Cały projekt prostotą swoją zdobył ogólny poklask i wykonano pierwszą jego część, to jest ucieczkę, bez jednego błędu.
Na miejscu oznaczonym spotkali się wszyscy i tam, po obraniu Soja wodzem, zaprzysięgli wierność La-fi-Czaniowi i słudze jego Sojowi. Rozbójnicy byli nieskończenie wdzięczni temu ostatniemu za jego dobroczynne wmieszanie się w ich los. Teraz, dzięki Sojowi, nie będą już bandą znienawidzoną przez ludność, rozbijającą własnych współziomków po gościńcach, nie będą przestępcami. Teraz wrócić ma do nich dawna żołnierska godność w walce o dobrą sławę ukochanego następcy tronu.
Los ich jednak poprawił się nie zaraz i dużo czasu upłynęło, nim ludność nabrała do nich zaufania i przestała ich uważać za niebezpiecznych drapieżców.
Nie zaraz też przystali do nich inni zbiegli żołnierze i prości rabusie; musieli nawet kilka razy bić się z nimi w obronie własnego życia... Powoli jednak, gdy żaden z nich nie okradał i nie rozbijał po wsiach, zamkach i miasteczkach miejscowych mieszkańców, a natomiast każdy ile sił obrabowywał wszystkie urzędy kuchenne, zarówno miejskie, jak i wiejskie, z pieniędzy, żywności i broni - ludność zaczęła się z nimi przyjaźnić, ukrywać i zacierać ich ślady przed pogonią. Wzmogła się ta pomoc jeszcze, gdy Soj i jego oddział jęli stawać twardo w obronie wieśniaków przeciwko wszelkim rabusiom.
Te walki z rozbójnikami wpłynęły bezpośrednio na przyłączenie się do żołnierzy Soja wielkiej liczby innych band, gdyż schwytanych zatrzymywali oni przy sobie, włączali do oddziału, a po pewnym czasie puszczali nawet wolno. Tacy rabusie, prawie wszyscy pochodzący z dawnego królewskiego wojska, łatwo wdrażali się do karności i porządku, a że w wojsku Soja były obfitość wszelkiego dobra i zupełne bezpieczeństwo, dzięki czujnym strażom i doskonałym wywiadowcom, więc wielu z nich nie chciało już iść do swoich band. Nieraz, wyprawieni siłą, wracali do nich po to tylko, by po krótkim czasie ujść z kilkunastoma innymi lub całą bandą pod opiekę Soja. Kryło się to wojsko po lasach, górach i kamieniołomach kraju Erla-Czania, gdzie obrało sobie na wiosnę siedlisko. Tam porozumieli się z łatwością z dzikim, surowym ludem, a wygnańczy tłum kapłanów wstąpił cały w ich szeregi, pozostawiając w niedostępnych górskich grotach posągi swoich bóstw.
Tam też kilku z dobranej przez Soja starszyzny udało się wraz z wodzem do Wielkiej Czarownicy, by uprosić ją o nadanie wojsku znaku lub chorągwi, pod którą mogłoby ono walczyć już otwarcie z Kuchennym Wojskiem. Czarownica nie ukazała się im, lecz wysłuchała ich prośby przez drzwi chatki i dała im natychmiast żółtą chorągiew, oznajmiając, że zmieni się ona zaraz na złotą w obliczu La-fi-Czania. Uradowani wojacy odeszli z tym skarbem, Soj tylko był zasmucony, że Kio nie chciała mu się zjawić, lecz pojął, że nie mogła oczom postronnym i obcym, które spodziewały się ujrzeć poważną wiekiem czarodziejkę, pokazać swojej dziecinnej twarzy.
Teraz wojsko Soja miało już wszystko, czego mu było potrzeba do wystąpienia, postanowiono więc wyruszyć z kraju czcicieli Erla-Czania i przygotowane do buntu prowincje zajmować po kolei.
XVI
Zadanie zrazu nie było zbyt trudne, gdyż grunt do buntu był aż nadto dobrze przygotowany przez legendę o powrocie La-fi-Czania podawaną z ust do ust i ze specjalną gorliwością szerzoną zwłaszcza przez wędrownych kramarzy. Kilka sąsiadujących z krajem Erla-Czania prowincji natychmiast przyłączyło się do powstania przeciw Kuchmistrzowi I Wspaniałemu, a ludność, widząc śród wojska swoich własnych wygnanych kapłanów, okrzykami radości witała dzielnego rycerza Soja, jadącego na wspaniałym karym koniu, pod żółtą chorągwią La-fi-Czania. Miast było niewiele w tej okolicy, a panowie z zamków uzbrajali służbę i na czele całych oddziałów przyłączali się do powstańców. Dużo konnicy znalazło się w armii Soja, gdyż połapano po lasach zdziczałe tabuny końskie i wzięto je do użytku.
Wojsko nie szło wprost na stolicę, bo Soj chciał przedtem pozyskać sobie lub podbić siłą kraj cały, tak by odciąć Kuchmistrza I Wspaniałego od wszelkich możliwych posiłków i zewsząd otoczyć pierścieniem. Siły jednak musiał użyć niebawem, bo Kuchenne Straże, które uciekały jak jeden mąż z zajmowanych przez Soja okolic, zgromadziły się w wielkiej ilości w pewnym obronnym mieście, tym samym Bo-Czao, w którym nie tak dawno zgromadzenie Kuchennych Wojsk i dostojników wywołało trzęsienie ziemi. Wielka Kucharka tego miasta, odznaczająca się zarówno tuszą, jak i dzielnością, okazała Drum, zarządziła duże przygotowania do obrony; toteż miasto otoczone potrójnym wałem, poczwórną fosą, najeżone olbrzymimi rożnami, widelcami, nożami i tasakami w rękach ogromnych Kuchtów i Kuchcików - wyglądało na niezdobyte i Soj poczuł prawdziwy frasunek na myśl, ile trudów i ludzi położyć przyjdzie przed tak mocną twierdzą.
Po otoczeniu miasta Soj, wysławszy do lasu po drzewo do budowania machin oblężniczych, kazał rozłożonemu obozem wojsku odpocząć, a sam siedział przed namiotem, pogrążony w smutnych myślach, gdy straż przyprowadziła przedeń małego, chudego Kuchcika złapanego w chwili, gdy wykradał się z miasta. Surowo pytany, kim jest i w jakim celu skradał się z miasta do obozu, Kuchcik wyprostował się dumnie i rzekł: "Nazywam się Czu-Ho, co znaczy zrobiony z jednego kawałka, a jestem ostatnim z Kuchcików stworzonych przez możnego czarodzieja, który trudni się naszym wyrobem i dostaje za to od króla tyle złotych pieniędzy rocznie, ile twoje oczy, o Soju, nigdy oglądać nie będą".
Ton Kuchcika był tak nieznośnie zuchwały, że jeden ze strażników nie wytrzymał i dał mu dobrego szturchańca, okropnie się jednak sam przestraszył, gdyż od ramienia jeńca, który się podpierał pod boki, odleciał niespodziewanie cały łokieć. Kuchcik uśmiechnął się tylko z pogardą i splunąwszy z lekka na drugą rękę, śliną posmarował brzegi kawałka i wkleił go zaraz na dawne miejsce, po czym mówił dalej: "Przyszedłem do ciebie, Soju, który się mianujesz wodzem La-fi-Czania, aby zdradzić ci sposób, w jaki możesz zgubić leżące przed tobą miasto, nie tracąc przy tym ani jednego człowieka. Czynię to przez zemstę nad niewierną Drum, która po uroczystych zaręczynach ze mną rękę swoją obiecała oddać jutro plugawemu Kucharzowi, dowodzącemu strażą przy pierwszej bramie miejskiej. Wiesz, że w mieście zebrane są najtęższe wojska kilku prowincji i różni dostojnicy tuszy tak znakomitej, że miejscowi mędrcy oznajmili naszej starszyźnie, iż zgromadzenie to tylko przy zupełnym poście może pozostać bezpieczne w Bo-Czao. Jeśli tylko, o Soju, każesz żołnierzom twoim, by dostarczyli do bram jadła i napoi w wielkiej obfitości, równowaga ziemi w Bo-Czao będzie naruszona i całe miasto zapadnie się, grzebiąc pod gruzami swymi niewierną Drum i jej kochanka, plugawego Kucharza".
Tu głos jeńca wzniósł się aż do krzyku i po jego małej bezwłosej twarzy prędko stoczyło się kilka sztucznych okrągłych łez nieokreślonego koloru. Soj patrzał na niego z litością pomieszaną z niedowierzaniem, żołnierze, którzy zeszli się na krzyk, też spoglądali ze zdumieniem. Kuchcik zrozumiał, że mu nie wierzą, i aż cały zatrząsł się ze złości. "Patrzcie - zawołał - jak mści się i ginie obrażona i zdradzona miłość!" To mówiąc, podskoczył wysoko na miejscu, silnie uderzył o ziemię i rozbił się na drobne czerepki.
Bardzo ten wypadek zadziwił i poruszył obecnych, ale jeszcze więcej zdziwiono się, kiedy nazajutrz Soj rozesłał gońców po okolicy i w ślad za wracającymi wysłańcami ściągać zaczęły do bram miasta gromadki ludności, niosąc kosze z gotowanym mięsem, ryżem, owocami i flaszkami wina. Wojska przepuszczały wieśniaków bez żadnych przeszkód tam i z powrotem; procesja ustała dopiero ku wieczorowi, kiedy Soj rozkazał lud odpędzić, a żołnierzom cofnąć obóz dookoła miasta na wielką odległość. Potem on sam i wielu innych wyszli na pagórki lub powłazili na drzewa i jęli się bacznie wpatrywać w mrok w kierunku, gdzie miasto świeciło tysiącami ogni.
I okazało się, że samobójca Kuchcik nie oszukał Soja, bo w pewnej chwili okropnie się coś zakotłowało w pomroce, ziemia zadygotała pod stopami obecnych i popadali wszyscy, półprzytomni ze strachu, gdzie który stał. O świcie przekonano się, że miasto przestało istnieć, a na jego miejscu ogień pożerał jakieś bezkształtne resztki budynków powywracanych, powciąganych jakby do środka ziemi, skąd tylko sterczały tlące się pale. Kuchennego wojska nie było ani śladu, jako najcięższe musiało wpaść aż na dno wyrwy: obrażona ziemia wciągnęła ich do samego środka.
Zniszczenie miasta Bo-Czao wywołało silne wrażenie w tej okolicy kraju, załogi z reszty miast pouciekały w wielkim popłochu i zaczęły ściekać zewsząd do stolicy, by skupiać się dookoła Kuchmistrza I. Soj nie gonił ich ani napadał, zadowalając się obsadzaniem wszystkich miejsc obronnych swoimi załogami, niszczeniem brzydkich kuchennych bóstw i zaciąganiem coraz nowych żołnierzy do swoich wojsk. Starszyzna zostawiona przezeń nad załogami zaprowadzała na nowo stary porządek, do niej zgłaszali się wypędzeni przez Kucharzy i Kuchtów urzędnicy i wracali z jej rozkazu na dawne miejsca. Podatków tymczasem nie ściągano, bo w skrzyniach pozostawionych przez zbiegłych kuchennych dostojników dość było srebra i złota na potrzeby Soja i jego wojska. Tak coraz szerszym kołem rozpalał się bunt, a z nim szeroko biegło imię La-fi-Czania. Zewsząd go samego wyglądano.
Kiedy kapłani starych bogów, pewni już teraz zwycięstwa dobrej sprawy, poszli z powrotem do kraju czcicieli Erla-Czania i przynieśli stamtąd w uroczystym orszaku swoje bóstwa leśne, polne i wodne, lud, który ich witał, był pewien, że La-fi-Czań wraca razem z nimi, i wielkim było rozczarowanie, gdy kapłani zapewnili, że go między nimi nie ma. Ale bóstwa nie zaprzestały swych cudów: im więcej posuwała się wiosna, tym częściej słyszano z kamiennych ust upragnioną obietnicę powrotu La-fi-Czania.
Głosy te słyszane w nocy przez pobożne kobiety lub świątobliwych pustelników miały pozory baśni lub wymysłu, ale gdy zakwitły wiśnie, cud stał się tak jawnym, że na wątpliwości już nie było miejsca. Oto z chwilą, gdy sady przy chatach i wiśniowe gaje stanęły w różowym kwieciu - wszystkie posągi Bożka Małych Dzieci po całym kraju zawołały głośno w biały dzień świąteczny: "Cieszcie się, bo La-fi-Czań idzie!!!". Pierwsze usłyszały to wołanie dzieci modlące się przed posągami i natychmiast rozbiegły się do domów, by oznajmić o nim starszym. A już wtedy innym bóstwom też rozwiązały się usta i po lasach, polach i przestrzeniach wodnych rozległ się głos: "La-fi-Czań idzie!!!". Ludzie z radości rzucali się jedni drugim na szyję, kapłani modlili się, płacząc, kobiety przykładały dłonie do czoła od słońca i rozglądały się po całym widnokręgu, wypatrując królewicza.
Wielu ludzi pewnej wioski widziało wówczas, jak zaraz po tym, kiedy usłyszano głosy bóstw, wysoko w powietrzu pośród krążących jaskółek jakiś kształt zamajaczył, kształt starca wytężającego wzrok w stronę morza, a potem wzniósł się wyżej i rozpłynął się, i znikł. Łatwo się domyślić, że to dusza Kanclerza, której danym było ujrzeć chwilę wyzwolenia królewicza z jego warty, uspokojona nareszcie wzniosła się do bram Ogrodu Niebieskiego, gdzie odpoczęła w gronie sprawiedliwych.
Odtąd posągi zamilkły, ale słowa ich żyły w sercach rycerzy, wieśniaków i dzieci. Słyszeli je także żołnierze Soja i objęła ich gorączka oczekiwania. Soj nie był też od niej wolny. Stali teraz w wielkim lesie, znanym mu trochę z czasów wędrówki z Kio, gdyż Soj nie chciał ruszać na stolicę, aż do chwili przybycia La-fi-Czania. O tym przybyciu nie wątpił ani na chwilę, ale oczekiwanie stawało się dlań coraz bardziej męczące.
Wiosna miała się ku końcowi i las był pełen ptaków, zwierza i kwiatów. Pewnego dnia Soj obchodził obóz i zmieniał warty, aż na drodze ujrzał Wędrownego Kramarza i poznał, że był to dawny znajomy, ten sam, który obdarzył małą Kio derką na zimę. Ale człowiek ów miał teraz taką steraną i smutną twarz, że Soj poczuł strach przed jakąś złą wieścią, i chciał odejść i ukryć się między drzewami. Lecz Kramarz zawołał nań po imieniu i rzekł: "Dawno jestem na twoim tropie, Soju. Posłuchaj, co ci powiem: oto La-fi-Czań nie żyje". Sojowi pot kroplisty wystąpił na czoło, porwał za ramiona Kramarza i zaczął nim potrząsać z wściekłością: "Kłamiesz, kłamiesz, kłamiesz!". Ale Kramarz szeptał swoje przerywanym głosem: "Znalazłem ciało jego na brzegu morza i zakopałem je w piasku. Trzy ciężkie kamienie położyłem na grobie, na każdym z nich wyryłem jedną zgłoskę jego imienia". Aż Soj puścił Kramarza, który oddalił się, szepcąc: "Bywaj zdrów, idę do pustelników, aby mnie wzięli do siebie. Pójdź ze mną, bo La-fi-Czań umarł".
Tak mówiąc, zginął w leśnym gąszczu, a Soj porwał się z miejsca, dopadł konia i jak szalony popędził przed siebie. Koń po chwili poniósł i leciał, dziw, że nie rozbijając się wraz z jeźdźcem o drzewa. Migały ściany pni, wiszące jakieś pnącze, aż grunt stał się piaszczysty, droga ciężka. Po chwili wypadli na szlak, koń zwolnił biegu i wkrótce stanął przed domostwem, gdzie na ławie w progu dziedzińca siedziała stara bezzębna kobieta z drugą młodszą. Obie aż klasnęły w ręce ze zdziwienia i zawołały: "Soj!". Wtedy Soj ocknął się i poznał Martę i Wielką Czarownicę.
XVII
Obie kobiety powitały Soja najserdeczniej: wiedziały już o jego sławie jako wodza wojsk La-fi-Czania, ale nie spodziewały się widzieć go tak zmienionym. Piękna zbroja okrywała złoconą lekką blachą pierś jego i plecy, ubranie było z ciemnej, tłoczonej w jakieś znaki skóry, postawy nabrał szlachetnej i nieco wyniosłej, a z oblicza wiała odwaga i przenikliwość, którą czerpał wprost z życia - nie z ksiąg. Kobiety spostrzegły jednak też wielką troskę na twarzy Soja, a z jego zachowania przebijało takie roztargnienie i zmieszanie, że nie mogły nie zapytać, czy nie jest przypadkiem chory. Soj za nic w świecie nie byłby zdradził swej tajemnicy przed obcymi, ale wobec współczucia starych znajomych był bezbronny i w słowach urywanych i trochę bezładnych opowiedział im o spotkaniu swym z Wędrownym Kramarzem i o strasznej wieści, jaką ten mu oznajmił: "Całym sercem czuję, że to nieprawda - mówił Soj - ale stary człowiek, który mi o tym powiedział, tak był sam złamany śmiercią La-fi-Czania, że wprost ode mnie pośpieszył do świętego Gaju Pustelników. Albo więc to jest prawda, albo Wędrowny Kramarz jest szaleńcem, na co bynajmniej nie wyglądał. A jeżeli to prawda...". Tu nie mógł dalej mówić, bo w jego mężnym, czystym sercu było miejsce tylko dla wiary, a z niewiarą i zwątpieniem nie umiał sobie radzić.
Marta już zalewała się łzami i ze zmartwienia nad śmiercią królewicza, i ze współczucia dla Soja, i po prostu w ogóle z dobrego serca. Ale Wielka Czarownica pochyliła swoją brzydką twarz na piersi, położyła słabą pomarszczoną rękę na głowie Soja i rzekła: "Mój synu, gdybyśmy mogli zapytać naszą Kio o La-fi-Czania, zaraz byśmy wiedzieli, jak rzeczy stoją. Ja się pozbyłam całej mojej władzy na jej korzyść i nie widzę teraz zmęczonymi oczami dalej niż inni starzy ludzie. Ale mam dla ciebie radę. Trzeba ci wiedzieć, że od kilku dni co noc po własnej zaczarowanej ścieżce dążą bez końca czarodzieje i czarownice na spotkanie twojego królewicza, czuję to dobrze i wiem, kędy ta ścieżka przechodzi. Pójdziemy w tę stronę razem o północy i staniemy u samej ścieżki. Oni, co czytają w sercach ludzkich aż do dna, zobaczą w twoim kochającym La-fi-Czania sercu więcej, niż ty sam widzieć zdołasz, i przeczytają tam albo śmierć jego, albo powrót bliski".
Soj zgodził się na to i zaraz chciał wyruszyć, jeszcze jednak było za wcześnie, więc znużony położył się w izbie na ławie i zasnął. Kiedy się ocknął, było już ciemno i Czarownica wołała nań z progu. Soj siadł na konia i wziął przed siebie na siodło staruszkę; jechali czas jakiś zupełnym bezdrożem, aż nagle koń zachrapał, zarżał i zarył się czterema kopytami w ziemię. "Przyjechaliśmy" - powiedziała Wielka Czarownica i zsunęła się z konia, to samo uczynił Soj, zaraz też zakrył koniowi oczy płaszczem i przywiązał go do drzewa, tak ten się miotał i parskał.
W lesie było bardzo ciemno i tym jaśniejszą wydawała się smuga świetlna, leżąca jak wstęga na mchu, trawach i kwiatach leśnych; czasem ta ścieżka wznosiła się wyżej aż na gałęzie i znowu spływała na dół. "Zaraz przyjdą i przyjadą" - szepnęła Sojowi towarzyszka i stali oboje tuż koło zaczarowanej ścieżki. Rzeczywiście minęło kilka chwil zaledwie, a już po ścieżce co sił pogalopował siedzący na kocie mały czarodziej w pantoflach na bosych nóżkach i wielce niedokładnie ubrany; widocznie śpieszył się bardzo i nie zdążył nic porządnie włożyć na siebie.
Za nim pociągnęli inni: był tam Czarodziej Ptasi i ten, który nigdy nie spał i przepowiadał przyszłość z włosów spalonych na węgiel, i Czarodziej Czasu, który jechał na strzałce od słonecznego zegara, i kilka czarownic na łopatach. Wszystko to śpieszyło się bardzo i nikt nie patrzał w stronę Soja i towarzyszki. Pierwszy spostrzegł ich zając, na którym jechała Czarownica od Bólu Zębów, i aż zemdlał ze strachu, tak że czarownica spadła zeń na ścieżkę i zatarasowała sobą drogę reszcie.
Zrobił się prawdziwy zator tuż przed Sojem, którego teraz spostrzegli wszyscy. Otoczyły go wnet różne dziwolągi i zaczęły mu wygrażać za podglądanie ich wśród nocy, tak że położenie jego stało się wkrótce dosyć groźne. "Rozszarpmy go!" - zawołała Złośliwa Czarownica, podpierająca się gwoździem, a gwóźdź zrobił się ogromny i zamierzył się na Soja, gdy powietrze rozdarł żałosny bek zająca, który ocierając łapkami oczy, wołał: "Spóźnimy się, wszystko stracone! Widzę już, jak La-fi-Czań wychodzi z lasu na bity szlak i śpieszy ku nam". Płakał tak rozdzierająco, że jego czarownica zaczęła go uspokajać, tłumacząc, że nie powinien się poddawać przywidzeniom. "Ładne mi przewidzenie - zawodził Zaczarowany Zając - spójrzcie tylko w to zwierciadło" - to mówiąc, wskazał na pierś Soja. Z ust obecnych wydarł się okrzyk podziwu i grozy. "La-fi-Czań idzie! - zabrzmiało jednogłośnie. - Śpieszmy się, śpieszmy!" - i całe towarzystwo ruszyło naprzód, przy czym w pośpiechu Czarownica od Bólu Zębów dosiadła gwoździa, a Zaczarowany Zając pogonił sam, wyprzedzając wszystkich. Za chwilę ścieżka opustoszała i zgasła, a Soj w głębokiej, ale radosnej zadumie jechał z Wielką Czarownicą w drogę powrotną. Pożegnali się u bramy.
Soj dobrnął nad ranem do swoich wojaków i nakazał natychmiastowy pochód w stronę morza, starszyźnie zapowiedział, że ma być zachowany wzorowy porządek, bo idą na spotkanie królewicza La-fi-Czania. Pochód ten wyglądał na świąteczną procesję, las brzmiał od pieśni, którą wojsko ułożyło sobie ku własnemu rozweseleniu, biedując w różnych przygodach:
Zawitaj, La-fi-Czaniu, panie wielkich włości,
witaj nam, witaj, witaj, Kwiecie Wiecznej Radości
itd.
Żołnierze zbierali kwiaty na popasach i stroili nimi szyje koni, drzewca lanc i rękojeście mieczy. Zauważono przy tym obfitość jakiegoś dziwnego białego kwiecia znaczonego czerwono, w których to znakach żołnierze dopatrywali się zgłosek, tworzących imię królewicza. Tym kwieciem codziennie ubierano drzewce sztandaru, pod którym jechał Soj.
Aż dnia jednego przednie straże wyszły już z lasu na szerokie pastwiska i łąki obfite w wodę, a przecięte szlakiem, który łączył stolicę państwa z najdalszymi jej rubieżami. Wówczas wojsko uszykowało się na trakcie i pomaszerowało składnie i ochoczo, całe w kwieciu, witane okrzykami mas ludzkich idących w tę samą stronę i składających się z mieszczan, wieśniaków, a zwłaszcza kobiet i dzieci, gdyż mężowie prawie wszyscy byli w wojsku La-fi-Czania lub po załogach w głębi kraju. Zapytani, dokąd idą, odpowiadali, że wyszli na spotkanie La-fi-Czania. Szli odtąd razem, a żołnierze wzruszeni zmęczeniem dzieci, które ledwo szły, a jednak nie ustawały w marszu, pozabierali je na konie lub nieśli na ramieniu.
Wtedy zdarzyło się, że nie wiadomo skąd wypadł na drogę wspaniały, biały jak mleko rumak i pędził wśród tłumu, siejąc dokoła śnieżne płaty piany. Kilku żołnierzy złapało go i niejeden próbował go dosiąść, ale koń rzucał się, stawał dęba, drżał na całym ciele i w żaden sposób nie pozwolił nikomu wskoczyć sobie na grzbiet. Soj, który przyglądał się z dala na popasie szalonemu oporowi pięknego zwierzęcia, raptem, jakby ruszony nagłą myślą, wstał i zabronił komukolwiek wsiadać na tego konia, który odtąd miał być prowadzony tuż za sztandarem. Żołnierze spojrzeli po sobie i nikt nie sarkał na rozkaz. Kilka dni trwał pochód, aż któregoś dnia koń, który spokojnie dotąd szedł prowadzony za cugle przez jednego z jeźdźców przybocznych Soja, zarżał, wspiął się i rzuciwszy się w bok, cwałem popędził przez łąki, aż znikł patrzącym z oczu.
Żołnierze żałowali pomiędzy sobą tej straty, ale wodzowi dziwnie rozgorzały oczy i zaczął gnać ludzi do pośpiechu. Tego dnia nie śniadali ani stanęli na południe dłużej, niż było potrzeba czasu do napojenia koni; Soj jechał naprzód wpatrzony przed siebie, a z tak natężonym wyczekiwaniem na twarzy, że jego nastrój udzielił się powoli całemu wojsku, od wojska zaś ludności idącej za nim, i szli tak, jakby gnani wyższą siłą, aż słońce zniżyło się i stanęło za nimi nisko.
Droga, która była na ogół dosyć równa, spuściła się teraz w dół pomiędzy dwiema górami i czoło orszaku znalazło się w cieniu, gdy środek był jeszcze na górze oświeconej słońcem. Nagle Soj wstrzymał konia, za nim stanął chorąży sztandaru i przyboczna straż konna i w miarę jak komenda, podawana z ust do ust, szła wstecz - szeregi zatrzymywały się na całej pochyłości góry. Ludzie z bijącym sercem wpatrywali się w szlak przed sobą i mierzyli oczyma przeciwległą wyniosłość, zdumiewając się, dlaczego wódz wstrzymał pochód na tak niewygodnej drodze, i podejrzewając jakąś zasadzkę wroga lub złe czary. Ale ten i ów wpatrzył się pilniej w szczyt góry, gdzie droga czerwieniała od słońca, i w tłumie zaczął się zrazu szept: "Ktoś stoi na górze na białym koniu...! Ktoś spogląda ku nam na drogę...!". A potem głosy zaczęły się rwać ze wzruszenia: "To biały koń, który uciekł spod sztandaru! Jeździec ma silną rękę, a siedzi bez siodła i strzemienia... Kto to być może...?". Aż nagle jasny głosik dziecinny zawołał, a był to głos chłopca stojącego na siodle brodatego starego jeźdźca: "Patrzcie, w dół! Chorągiew, żółta chorągiew pali się!".
Okrzyk zdumienia, radości i zapału targnął tysiącami piersi. Chorągiew z żółtej stała się złota i zapałała jakby ogniem żywym: w chwili, gdy spostrzegły to oczy żołnierzy, już sztandar, łopocąc w powietrzu nad głową chorążego, płynął pod przeciwległą górę. Chorąży na rozkaz Soja cwałem pędził ku nieruchomemu jeźdźcowi. Jeszcze kilka chwil i obaj zaczęli zjeżdżać w dół, ku wojskom. Cisza zaległa tak wielka, że słychać było tylko zgrzyt kopyt o kamienie i furkot złotej lamy w powietrzu.
A on zjeżdżał powoli ku nim, młodzieńczy, o czarnym lśniącym włosie i skórze spalonej od słońca. Półnagi był i bosy, odziany w jakąś płachtę zgrzebną na kształt płaszcza, a zamiast uzdy założył koniowi do pyska prosty korzeń jodłowy. Ale oczy ludzkie piły widok jego jak najsłodszy miód i serca wzbierały szczęściem jak od najtęższego wina. Twarz młodzieńca, piękna pięknem królewskiej krwi, była dla wszystkich jakby dawno znajoma; oczy jego, mądre i łaskawe, patrzyły z powagą, a dostojne usta uśmiechały się ze szczęścia. Pobladły twarze wojowników; Soj zsiadł z konia i ukląkł w piasku, za nim popadali na twarze inni...
Kiedy kopyta białego konia skrzesały iskry tuż przed leżącą w prochu starszyzną, podniósł się z kolan wódz i ucałowawszy stopę młodzieńca, rzekł: "Jam jest twój sługa Soj, a to są twoi żołnierze, panie mój, La-fi-Czaniu". Wtedy poczuł na głowie dotknięcie ręki i usłyszał głos królewicza: "Jam jest La-fi-Czań, wasz król", a potem już jak przez mgłę widział białego konia pomiędzy oszalałym z radości wojskiem, słyszał okrzyki, błogosławieństwa, szczęk tarcz o tarcze. Cały długi wąż wojska wrzał jednym krzykiem szczęścia i powitania, ludność obsypywała La-fi-Czania kwiatami, tłoczono się u nóg białego rumaka, teraz łagodnego jak baranek, całowano bose stopy królewicza, zgrzebną jego szatę.
Dopiero gdy La-fi-Czań minął pierwsze szeregi i znikł za górą, opamiętał się Soj i zarządził pochód w porządku odwrotnym, aż do najbliższej wody; tam miano się zatrzymać i uszykować do marszu powrotnego ku stolicy.
Nie było już po co iść dalej.
XVIII
Jak pierwsza fala pędzona wiatrem, leciało przed zastępami idących na stolicę zbrojnych oddziałów zwycięskie imię La-fi-Czania i siało trwogę. Jeszcze królewicz był daleko, a już z wiernych dotąd Kuchmistrzowi I okolic stolicy pierzchały chmary kuchennych urzędników, straży i wojsk. Wszyscy ci zbiegowie w ogromnej liczbie zebrali się w mieście, szukając ratunku u swego pana i poparcia w tłumie stołecznym. Ale ludność kryła się po domach, kto mógł, uciekał precz z miasta i śpieszył naprzeciw zbliżającemu się prawemu władcy. Daremnie z resztek zapasów wyprawiano dla ludu wspaniałe uczty, daremnie radni miejscy zostali obdarzeni nowymi dostojeństwami, mającymi utwierdzić w ich sercach wierność dla Kuchmistrza I Wspaniałego.
Ciżba, po obfitym najedzeniu się doskonałymi potrawami, skupiała się na placach w małe gromadki, gdzie szeptano ponuro i podawano sobie z ust do ust wieści o La-fi-Czaniu. Radni, którzy dawniej cisnęli się tłumnie na audiencję królewską, teraz nie bywali wcale w pałacu, a wezwani wymawiali się różnymi ciężkimi i zaraźliwymi chorobami. Wielu z nich nie przyjęło nowych zaszczytów, jakimi ich chciano obdarzyć. Co gorsza, nawet zastępy kuchenne zachwiały się w wierności.
Wprawdzie na rozkaz Głównego Sztabu przedsiębrano różne musztry, marsze, wywiady i robiono nowe fortyfikacje dokoła miasta. Liczba Kuchennych Wojsk, mimo ciężkich strat poniesionych w walkach z powstańcami i w katastrofie zaszłej w Bo-Czao, była jednak zrazu, jak na obronę jednej tylko stolicy, ogromna. Obozy otaczały miasto i zalegały okolicę jak wielkie mrowisko. Właściwie z powodu czysto kuchennego składu tych mas cały kraj przystoliczny wyglądał jak olbrzymi zakład kucharski. Nie brakło najprzeróżniejszej broni, doskonałych doświadczonych wodzów, nawet jedzenia było tymczasem pod dostatkiem. Ale musiało brakować tym ludziom czegoś niezmiernie ważnego, bo kiedy na wielkiej rewii Kuchmistrz I Wspaniały obchodził z kapiącą złotem i drogimi kamieniami świtą Wielkich Kucharzy, Kucharek i Kuchtów swoje wojska - wszyscy czuli się dziwnie nieswojo, prawie niezręcznie. I kuchenni wodzowie ze zmieszaniem patrzyli sobie pod nogi, kiedy poszczególne oddziały wydawały przyjęte przez kuchenną wojskową etykietę okrzyki: "Niech żyje Kuchmistrz I Wspaniały!", "Jesteśmy syci i szczęśliwi!", "Niech zginą wrogowie Kuchni!" itp.
Najgorszą zaś była chwila, kiedy na małe wzniesienie, skąd go było widać i słychać na daleką metę, wyszedł nadworny śpiewak i zaintonował starą jak świat pieśń bombońską, którą na cześć króla zwykły od wieków śpiewać zgromadzone wojska. Nie wiadomo, jak się to stało, ale setki tysięcy głosów, które podchwyciły słowa pieśni, zabrzmiały tak fałszywie, że przerażony śpiewak zamilkł i ze strachu utracił zupełnie głos. Położenie ocalało tylko dzięki kilku tysiącom sztucznych Kuchcików, którzy silnie i ochoczo prześpiewali cały hymn do końca. O tej rewii nikt potem nie mówił, ale wszyscy czuli, że to już początek klęski.
Rzeczywiście, od tego dnia zaczęło się gromadne znikanie całych oddziałów kuchennych. Dokąd szły - nikt nie wiedział i chociaż po kilku takich zdarzeniach dowódcy otoczyli całą okolicę kordonem wyższych nad wszelkie podejrzenie sztucznych Kuchcików, którzy nikogo nie przepuszczali, to jednak masowe dezercje trwały dalej. Przypuszczano nawet, że były to po prostu masowe samobójstwa, gdyż nad rzeką, płynącą tuż koło miasta, znajdowano całymi kupami ubrania Kuchcików, Kuchtów i Kucharek porzucone wraz z rożnami, tłuczkami obronnymi itp. Jednocześnie ludność cywilna miasta powiększała się znacznie masą nieznanych nikomu ludzi, którzy wynajmowali się jako robotnicy, służba, roznosiciele towarów - za psie pieniądze lub trochę strawy.
Sztab Główny nie troszczył się o stołecznych mieszkańców, a rajcy miejscy, którzy może domyślali się prawdy, nie widzieli potrzeby zdradzania się ze swymi wiadomościami i zagadka pozostała niewyjaśniona. Niemniej położenie stawało się coraz groźniejsze, bo do Sztabu dochodziły coraz częściej wieści o zbliżaniu się La-fi-Czania, który widocznie rozdzielił swe liczne wojska na kilka kolumn, gdyż wywiadowcy donosili o przemarszach królewiczowych wojsk ze wszech stron.
Kuchmistrz I zajęty zdrowiem, które mu nie dopisywało, naradami z Zarządem Zapasów Żywności oraz doprawianiem sosów na własne obiady i wieczerze, długo nie wiedział o rzeczywistym stanie rzeczy. Kiedy nareszcie zebrani u niego dowódcy oznajmili mu o zniknięciu prawie całego wojska, prócz dziesięciu tysięcy sztucznych Kuchcików, które to zniknięcie mieli za cud, oraz zapowiedzieli, że La-fi-Czań jest już tylko o dwa dni drogi od stolicy - nieszczęsny struchlał zupełnie. Nie dał też żadnych rozkazów i w milczeniu wysłuchał obietnicy wodzów, że przyjdą nazajutrz na naradę.
Tegoż wieczora po samotnej wieczerzy udał się stroskany Kuchmistrz do świątyni, gdzie stary Kucharz-kapłan wróżyć zwykł był z piany na świeżym mleku, aby chociaż stąd zaczerpnąć pociechy. Jakież było jego przerażenie, gdy świeżutkie mleko wydojone, jak było we zwyczaju, własnymi jego rękami, zwarzyło się od razu, nim kapłan zdążył powiedzieć słowo, a wieszcza krowa obejrzała się raz jeden na króla i wróżbitę, przestała żuć, ryknęła i zdechła.
Tej nocy Kuchmistrz nie spał i od świtu jął w tronowej sali czekać na mających przybyć wodzów; światło słońca, wpadające przez szklany dach, raziło jego bolące od bezsenności oczy, toteż kazał rozpiąć nad całym dachem zielony parasol i czekał w mroku, drżąc z niecierpliwości i trwogi. Nadeszło jednak południe i we wszystkich drzwiach coraz to pokazywały się niespokojne twarze nadwornych Kuchcików, a nikt nie nadchodził. Posępny jak mgła zwlókł się biedny Kuchmistrz z tronu i kazał się zanieść w lektyce monarszej aż na plac, gdzie przy obozującym wojsku stał bogaty namiot wodzów. Na jego widok ustawiły się w równe szeregi Kuchenne Wojska i wesoły okrzyk targnął powietrzem, ale nikt ze starszyzny się nie ukazał. Zapytani o wodzów, sztuczni żołnierze odrzekli śmiało i rześko, że dostojnicy już w nocy zapowiedzieli, iż odtąd wojsko przechodzi pod władzę bezpośrednią króla, a oni, wodzowie, wyjeżdżają z miasta zupełnie. Zbladł Kuchmistrz i co prędzej rozkazał się nieść z powrotem do pałacu.
Ale tam musiały dojść jakieś wieści, bo w salach nie było nikogo, a dach roił się od mrowiska ludzkiego. Mimo wielkiej tuszy i lat podeszłych pędem wbiegł Kuchmistrz schodami prowadzącymi z sypialni na taras i zaczął się rozglądać. Nawet jego słaby wzrok rozpoznał natychmiast w dali, na szerokich gościńcach prowadzących do stolicy z różnych stron Bombonii, jakby węże połyskujące stalą; ogromne tumany kurzu wisiały pod jasnym niebem. Jęknął Kuchmistrz i zamknął oczy, a gdy znów je otworzył, ujrzał w mieście leżącym w dole ruch niezwykły; ciżba włóczyła coś po ziemi, inni rozpalali stosy i rzucali w nie jakieś ciężkie przedmioty; drzwi świątyni stały otworem, zewsząd biegły nowe mrowia ludzkie. Zrozumiał - to lud palił bogi kuchenne.
O nim tymczasem nikt nie myślał. Chociaż nie, za chwilę ujrzał, jak obozowisko sztucznych jego żołnierzy, jedynych, którzy pozostali mu wierni, zaczęło się ruszać, formować i pociągnęło ku pałacowi. Niebawem otoczyli cały budynek i sformowali się w szyku bojowym. Widocznie postanowili się bronić i w jednej chwili przed znękanym władcą stanęła cała bezowocność tego czynu. Wyszedłszy do nich, postarał się być przez nich usłyszanym i zrozumianym; nadaremnie jednak podnosił głos i dobierał przekonywających zwrotów; głowy sztucznych Kuchcików były napełnione przez Najlepszego Czarodzieja I Klasy przekonaniem o prawowitości władzy Kuchmistrza i na każdą mowę swego pana odpowiadały dziarskim okrzykiem: "Niech żyje Kuchmistrz I Wspaniały! Niech zginą jego wrogowie!". Nieszczęsny władca zrozumiał, że tych glinianych łbów nie przekona żadną abdykacją, zakomenderował więc z rozpaczą w sercu spoczynek i wrócił do komnat, rozmyślając, jak się uratować z tego rozbicia, bo słusznie się spodziewał, że wojsko La-fi-Czania, trafiając na opór, nie będzie nikogo oszczędzało.
Nikt do dziś dnia nie wie, jaki był rezultat jego dumań, gdyż od chwili tego ostatniego wystąpienia nie spostrzeżono go więcej, znikł jak dym. Podobno w uliczkach nadrzecznych widziano dnia tego, jak stary jakiś, otyły, nędznie ubrany człowiek pośpiesznie odbijał od brzegu w małej rybackiej łódeczce i jak popłynął z prądem, wiosłując co tchu. Dość, że kiedy żołnierze Soja, którego kolumna pierwsza doszła do stolicy, po kilkugodzinnej walce rozbili dosłownie do szczętu gromadę Kuchcików i weszli do pałacu - nie znaleźli tam nikogo prócz kilku wystraszonych chłopców w kuchni, którym darowano życie i kazano rozpalić ogień, aby godnie przyjąć wieczerzą prawego władcę.
Soj był nieco zły, że właściwie nie prowadzono żadnej walki o stolicę i że wszystkie jego mądre plany bojowe zmalały do jakiejś utarczki z kupą glinianych garnków. Chodził trochę błędny po całym dziedzińcu, ustawiając warty, przyjmując deputacje miejskie i kapłańskie; trudno mu było wierzyć, że kiedyś sam trzymał tutaj jako prosty żołnierz straż na słocie i skwarze, nie rozumiejąc ani mowy ludzkiej, ani serca ludzkiego. A teraz...! Ale w obecnej wspaniałości brakło mu bardzo małej towarzyszki podróży, poczuł się nagle sierotą bez przyjaciół, bez rodziny... Soj miał pana, którego wielbił, i podwładnych, którzy w niego wierzyli jak w bóstwo. Od pana jednak oddzielało go bezmierne uwielbienie i cześć, a dawni towarzysze nie mieli już do niego dawnej śmiałości, odkąd uznali w nim wodza.
Soj po rozstawieniu wszystkich straży sam, ku ogólnemu zdumieniu, stanął na warcie u bramy, tam gdzie trzymał straż po raz ostatni przed zniknięciem królewicza, następcy tronu. Z góry, na której leżał pałac, widział tysiączne lampiony i pochodnie iluminacji, widział orszaki kapłanów idących na czele tłumów ludzkich za miasto, na szlak, którym miał wkroczyć La-fi-Czań. Z owego posterunku był świadkiem, jak wielekroć stutysięczna stolica ogromną wrzawą radości witała swego królewicza. Była chwila, kiedy w młodym wodzu zadrżało jak liść proste serce i zalał się łzami radości i uwielbienia. Po stosunkowej ciszy, jaka nastała, poznał wkrótce, że lud musiał się trochę rozejść i że La-fi-Czań w małym gronie wybranych dąży przez parki i ogrody ku jego bramie. Tak też było: przed Sojem nagle ukazał się spoza zakrętu biały rumak pod złotym sztandarem.
La-fi-Czań odziany był w tę samą zgrzebną płachtę, w której przybył do swoich wojsk w ów pamiętny zachód słońca i której nie chciał zrzucić aż do dnia koronacji. Ujrzawszy wiernego wodza dał znak, aby świta wyprzedziła go, i zatrzymał konia tuż u bramy, patrząc pytająco na Soja. A ten ukląkł i z czołem u strzemienia królewiczowego: "Pozwól mi opuścić cię, panie mój" - wyszeptał; gdy La-fi-Czań zdumiony jął pytać, dokąd chce iść i dlaczego w takiej chwili, Soj opowiedział o swojej tęsknocie i o tym, że musi małą Kio odnaleźć, gdyż inaczej będzie się czuł, mimo łaski królewskiej, sierotą. La-fi-Czań uprzednio już w czasie marszu na stolicę dowiedział się był z ust wiernego wodza o jego wędrówce z Kio po całej Bombonii, toteż nie odmówił prośbie i tylko zażądał, by Soj za miesiąc powrócił wraz z dziewczynką na koronację. "Dzięki ci, wierny Soju, za dzień dzisiejszy" - rzekł na pożegnanie królewicz, a Soj, podniósłszy się z klęczek, głęboko spojrzał mu w oczy i obaj poczuli się związani na całe życie - na szczęście i na klęski, na zwycięstwo i na śmierć - węzłem mężnej, głębokiej wierności.
Nie zwlekając, Soj zdał władzę najwyższemu po sobie dowódcy i zaraz puścił się w podróż. Postanowił najpierw pojechać do Marty i odstawić Wielką Czarownicę z powrotem na jej miejsce, a Kio uwolnić i zabrać do siebie. Jadąc, przypomniał sobie kosztowną, sztywną sukienkę, w której ją znalazł na rękach zmarłego kata, jej szczebiotliwe rozmowy, poważne modlitwy do Szklanego Bożka, wreszcie ciemnokasztanowatą główkę na tle ogromnego Woziwody we drzwiach chaty na gołębiej nodze. Coraz większa tęsknota ściskała mu serce. Koń poszedł szybciej na szlaku za miastem. Mijając świątecznie ubrane tłumy śpieszące do stolicy, już o wschodzie słońca Soj zapadł w znajomy las i znanymi sobie drogami podążył do dalekiego celu.
XIX
Po zdobyciu stolicy, tak bezkrwawym, a tak zupełnie, nieodwołalnie zwycięskim, nad całą Bombonią zawisł wielki spokój. Specjalni heroldowie rozbiegli się jak ptaki dobrej wieści, roznosząc do najdalszych granic państwa wiadomość o powrocie La-fi-Czania i o dniu jego koronacji. Mimo nalegań rycerzy i kapłanów, mimo próśb rajców miejskich królewicz nie zechciał koronować się natychmiast. W odpowiedzi na wszystkie perswazje mówił, że pragnie, aby kraj odpoczął najpierw po trudach wojennych, dalej, że chce odbyć posty i rozmyślania, które winny poprzedzać złożenie ofiary dziękczynnej Bożkowi Spełnionych Marzeń, wreszcie, że muszą być spełnione różne obrządki przebłagalne w głównej świątyni, gdzie zwykle odbywała się koronacja, a która była splugawiona przez barbarzyńskie bóstwa kuchenne. Z tych wszystkich odpowiedzi królewiczowych przebijała tak wielka mądrość, iż nikt nie śmiał długo nalegać i wszyscy zajęli się pilnie godnym przygotowaniem do dziękczynnej ofiary.
Obrzęd ten odbył się z wielką wspaniałością ku ogólnemu zbudowaniu wiernych. La-fi-Czań ofiarował w głównej świątyni Bożkowi Spełnionych Marzeń obiecane jeszcze przez królową kosz wspaniałych wiśni i dwoje czarnych jak heban koźląt. Na ceremonii obecny był cały dwór, wielu wojskowych, wszystkie sto królewiczowych nianiek z Wielką Dozorczynią na czele oraz niejeden z byłych nauczycieli La-fi-Czania. Po wyjściu ze świątyni królewicz ukazał się tłumowi z uśmiechem na ustach, uśmiechem zdobytym kosztem tylu ofiar, a tłum szalał ze szczęścia i sypał kwiatami, okrzykami i błogosławieństwami. Tylko sędziwy nauczyciel, noszący imię Skarbca Wiedzy, zdumiał się i zasmucił, gdy patrząc na piękną twarz swego dostojnego ucznia, wyraźnie zobaczył poza promiennym uśmiechem ciężką maskę nieutulonego smutku.
La-fi-Czań rzeczywiście cierpiał i to coraz więcej: z każdym dniem upragnione królowanie wydawało mu się bardziej ciężkie. A pochodziło to nie tylko stąd, że spraw rzeczywiście zebrał się nieprzebyty nawał i trzeba było wprawnego, giętkiego i doświadczonego umysłu, by sieci zdarzeń rozplątać i rozróżnić ziarno od plew. Królewicza dręczyło też zamknięcie w komnatach pałacowych, olbrzymi, zawiły ceremoniał życia, który z chwilą koronacji miał się jeszcze wkoło niego zacieśnić. Ale przede wszystkim pożerała go tęsknota. W nocy nieraz zrywał się ze snu, szedł nad małe sztuczne jezioro położone w parku i rozkoszując się nocnym chłodem, starał się przypomnieć sobie, jaki smak miał lekki wiatr nadmorski kilka miesięcy temu.
Tutaj wietrzyk ledwo dochodził poprzez stołeczne mury i domostwa do granic parku i zupełnie zamierał śród wielkich drzew. Woda nie miała fal, nie wydawała najlżejszego głosu, oprócz plusku płetw małych różnokolorowych rybek, które przypływały do brzegu w ciągu dnia po okruchy, jakie im zwykle rzucano. Ale nie tylko nocą napadał La-fi-Czania niepokój. W ciągu dnia, i to nieraz w chwili rozstrzygania spraw niebywałej doniosłości, nagle jakby jakaś mgła przysłaniała mu całą teraźniejszość i na tej mgle widział królewicz wyraźnie jaskrawy żywy obraz, nic z obecnością niemający wspólnego... Na miękkim, drobniutkim piasku stojącą wątłą złotowłosą postać królewny.
Od czasu rozłączenia z nią przechodził wszystkie stopnie niepokoju. Wyobrażał ją sobie bezbronną, niewidomą, na szerokim świecie samą jedną. Spostrzegał oczyma duszy ślady jej stóp na wszystkich najtrudniejszych drogach ziemi, cień jej stawał mu w oczach na urwiskach osypujących się spod nóg, na krawędziach skalnych, nad zawrotami przepaści. Ciernie chwytały ją złośliwymi szponami za rozsypane po plecach jasne włosy i wyrywały z nich całe pasma; twarde, ostre kamyki raniły bose nogi. Złe drapieżne zwierzęta czyhały na podróżną po zaroślach, jeszcze gorsi ludzie czaili się nocą na zakrętach gościńca.
Ach, jakże dalekie, dalekie są drogi całego świata, gdy po nich w ślad za kimś dąży tęsknota! Wszystkie te drogi przemierzył królewicz. Chwilami myślał o królewnie jak o umarłej i nie miał już żadnej nadziei ujrzenia jej; to znowu całymi dniami żył pewnością, że odzyskawszy wzrok, widzi i dąży ku niemu, że jest już blisko, tylko jej patrzeć. Chciał prędko dosiadać konia i śpieszyć naprzeciw niej, aż musiał sam nakazywać własnej zbuntowanej duszy spokój i żelazną ręką ściągać cugle niecierpliwości.
Najgorsze było to, że dostojnicy i dworzanie pokornie, ale stanowczo, przypominać jęli La-fi-Czaniowi o obowiązku wybrania sobie za żonę którejkolwiek z dziewic znakomitego rodu lub księżniczek krwi obcej. Przyszła królowa Bombonii musiała być wybrana w najbliższych tygodniach, bo koronacji dokonywano już na poślubionej parze królewskiej. Królewicz wysłuchiwał co dzień szeregu poważnych petycji takiej właśnie treści, przyjmował barwne poselstwa cudzoziemskie, oglądał piękne portrety najznakomitszych dziewic tego czasu i z rozpaczą myślał, że ta jedna, jedyna, z którą rad by los swój na zawsze połączyć, błądzi gdzieś, ślepa i bosa, daleko od niego i może nigdy nie będzie mu dana.
A czas leciał, do koronacji brakowało już tylko tygodnia czasu i panowie dworu stawali się coraz natarczywsi. Wynaleźli gdzieś w Tybecie jakąś kapłańską córkę wielkiej krwi i prześladowali nią królewicza bez litości. Niezliczone jej portrety kunsztownie wykonane ciągle podsuwano La-fi-Czaniowi, śpiewacy wychwalali jej piękność i cnotę w czasie uczt, a nawet nauczono ogrodowe papugi jej imienia, tak że królewicz przestał wychodzić poza obręb pałacu, aby go nie słyszeć.
Któregoś dnia zameldowano stroskanemu La-fi-Czaniowi, że przybył jego wódz naczelny z małżonką i pragnie mu się stawić przed oczy. Na dany znak pachołkowie i dworzanie znikli, zjawił się natomiast Soj, prowadząc za rękę młodziutką, osiemnastoletnią może dziewczynę. Soj padł do nóg królewiczowi, a ona stała przed nim po złożonym dworskim ukłonie prosta jak trzcina, hoża, ciemnowłosa i wcale nie przestraszona. "Panie - rzekł Soj - oto jest Kio, po którąm był pojechał. Teraz zostaniemy już razem na zawsze. Dobra Wielka Czarownica w nagrodę za oddane przez Kio usługi obiecała spełnić każde jej życzenie; żądaliśmy tedy, by ją uczyniła o dziesięć lat starszą, tak żeby mogła zostać moją żoną...!" Soj jaśniał szczęściem, a Kio przy tym opowiadaniu roześmiała się jak prawdziwe dziecko.
La-fi-Czań poczuł tak straszny żal nad samym sobą, widząc to szczęście, że zaledwie miał siły podziękować swemu wodzowi i Kio za ich wierność i miłość oraz odprawić ich do pałacu, który był gotowy na przyjęcie Soja. Potem udzielił posłuchania jeszcze kilku urzędnikom i rajcom miejskim, dalej kanclerzowi z całą pliką spraw i dwóm starszym dworzanom, którzy po raz setny, w pięknych i mądrych słowach wyłożyli mu całą sprawę księżniczki tybetańskiej. Kiedy odeszli, La-fi-Czań poczuł kres sił, cierpliwości i panowania nad sobą, straży swojej kazał zostać w pałacu, a sam wyszedł główną bramą z parku, zarzuciwszy uprzednio na swoją zgrzebną odzież bogaty płaszcz, bo jego płachtę znała już i czciła cała stolica.
Przechodząc przez park, spełnił królewicz czyn zły i okrutny, którego się całe życie potem wstydził, oto zadusił papugę, która mu nad uchem wrzasnęła znienacka nienawistne imię księżniczki. Stało się to w mgnieniu oka i nim La-fi-Czań zdążył się opamiętać i rozerwać zaciśnięte palce, już w kolorowej garstce pierza nie było iskierki tchu. Głęboko skruszony i do ostatnich granic smutny, wyszedł królewicz samotnie aż na szlak zamiejski i zboczył na łąki nadrzeczne, by tam, gdzie go nikt już nie mógł dojrzeć z drogi, lec twarzą na trawie i gorzko zapłakać.
Czy długo leżał, sam nie wiedział; poczuł tylko nagły jak uderzenie skurcz serca, a potem zerwał się na równe nogi i począł biec brzegiem rzeki. Nie czuł ostrych kamieni i traw splątanych koło nóg, nie czuł zmęczenia, biegł już całkiem bez tchu, aż zobaczył z daleka idącą ku sobie smukłą, znaną postać i wtedy, jak rażony strzałą, padł na brzegu. Obudził się wsparty na jej ramieniu, niepamiętny, jak dawno przyszedł do siebie i patrzy na tę twarz, której nie widział nigdy, chyba w snach. Oczy jej były nie wiadomo jakiego koloru - najpiękniejsze na ziemi, włosy splecione u skroni miały kolor złotego miodu, małe ręce przebierały na kolanach migotliwą masę pereł. Nie mówiła nic. Królewiczowi zdało się, że z drugiej strony dotyka jego ręki jakaś drobna rączka, spojrzał, była to Małpeczka; pogłaskana, z cichym skowytem skuliła się im u nóg i nie drgnęła więcej.
Zmrok zapadał, fale rzeki wydawały jakiś szmer, miasta nie było widać ani słychać przez lekką mgłę. Królewicz jednak w pewnej chwili usłyszał wielkie westchnienie stolicy, jakby ruch zwierza zasypiającego w jamie, i dusza się w nim wzdrygnęła na myśl o pałacu, sali tronowej, tłumie dworzan, sądach i skargach... Wtedy zaczął mówić: "Pójdziemy stąd, Kajo". Ona odrzekła zaraz: "Pójdziemy...". A on ciągnął dalej: "W lesie nad morzem znam polanę, gdzie własnymi rękoma zbudujemy szałas z zielonych gałęzi: tam na drzewach są owoce i orzechy, których co dzień uzbieram, ile zechcesz. Morze będziemy widzieli ze skał leżące u naszych nóg. Pójdziemy zaraz i nikt nas nigdy nie znajdzie. Czy chcesz?". Królewna uśmiechnęła się tylko i dłońmi pełnymi pereł zakryła spłonioną twarz.
Więc poszli, trzymając się za ręce: La-fi-Czań na ramieniu niósł śpiącą Małpeczkę, a ONA przytrzymywała swobodną dłonią kraj szaty, w którym były perły. Lecz zaledwie uszli kilka kroków, spotkali u rzeki staruszkę, która prała śpiesznie jakieś szmaty. "Niech ci dobre bóstwo rzeki pomaga - rzekł z pełnego radości serca La-fi-Czań. - Co czynisz tu po nocy?" "Dzięki ci, panie, za dobre życzenie, patrz, ja, stara, piorę sobie po nocy suknię świąteczną na koronację króla naszego La-fi-Czania, oby go bogi ukochały".
Poszli dalej i spotkali człowieka, który zbierał jakieś zioła. "Dokąd śpieszycie?! - zawołał ten. - Pomóżcie mi lepiej wyszukać traw, które farbują drzewo i papier na piękne kolory. Biedny jestem, a chciałbym dom swój ozdobić we wzorzyste barwy na dzień koronacji La-fi-Czania". Trochę później, przechodząc jakąś ścieżką, spotkali tłum dzieci. "Z drogi! - zawołały dzieci. - Idzie szkoła z wioski Ban-ko na koronację do stolicy!" I przeszły, a serce La-fi-Czania okryło się czarną chmurą i zwolnił kroku.
Aż na skraju jakiegoś pola trafili na posąg Bożka Spełnionych Marzeń. Tam stanęli w głębokiej zadumie...
"Pójdziemy z powrotem" - szepnął wreszcie La-fi-Czań i zawrócili. Z początku królewicz szedł ze spuszczoną głową, owinięty w płaszcz, smutny i zgnębiony, ale gdy już zabłysły stutysięczne światła stolicy, podniósł czoło, zrzucił płaszcz i szedł śmiało w swojej zgrzebnej płachcie... Kiedy wyszli na trakt, zabiegł im drogę tłum niespokojnych straży z Sojem na czele. Ale wszyscy stanęli jak wryci na widok Kai i La-fi-Czania, taka biła od nich radość...
Znaleziono lektykę dla królewny i podążyli wszyscy do pałacu. Kiedy szli cienistą aleją, La-fi-Czań, który kroczył obok lektyki, nachylił się nagle do Kai i spytał, jakby zbudzony ze snu: "Powiedz, jakeś odzyskała oczy i kędyś do mnie przyszła...?!". Ale ona, uśmiechnąwszy się do niego przy świetle pochodni, odrzekła: "Tego ci nie mogę powiedzieć, bo to jest już Inna Bajka".
Mirosława Ołdakowska-Kuflowa"Ostrzegam państwa przed książkami" - czyli o prozie Kazimiery Iłłakowiczówny
Kazimiera Iłłakowiczówna urodziła się w Wilnie prawdopodobnie w 1888 roku, a zmarła w Poznaniu w 1983. Pomiędzy tymi datami mieści się niezwykle bogate życie kobiety, która znana jest przede wszystkim jako poetka, autorka wierszy dających się komponować w rozmaite tematycznie wybory, bo też bogata jest pod tym względem jej twórczość. Była wielokrotnie nagradzana jako należąca do kręgu najwybitniejszych poetów dwudziestolecia międzywojennego i znakomitych twórców powojennych. Poświęcone jej hasła słownikowe i encyklopedyczne eksponują przede wszystkim jej twórczość poetycką, pozostawiając w cieniu prozę, ledwie wzmiankują o utworach dramatycznych, wspominają o tłumaczeniach poezji i prozy z różnych języków.
Życiorys tej autorki frapował wielu przede wszystkim dlatego, że od przewrotu majowego w 1926 roku do końca życia Marszałka Józefa Piłsudskiego była jego - jak mówiono potocznie - osobistą sekretarką. We wspomnieniach znajomych pozostała osobą dość ekscentryczną i niezależną. Tymczasem powodów do zainteresowania życiem Kazimiery Iłłakowiczówny jest znacznie więcej, o czym przekonuje także biografia pióra Joanny Kuciel-Frydryszak. Już samo odsłonięcie po śmierci poetki tajemnicy jej pochodzenia, ujawnienie faktu, iż była wnuczką Tomasza Zana - przyjaciela Adama Mickiewicza - jako nieślubna córka jego syna Klemensa, stało się swego rodzaju sensacją w kręgach literaturoznawców.
Dla dzisiejszego czytelnika z pewnością ciekawsze są inne wydarzenia z życia poetki. Warto wspomnieć o nich pokrótce, bo to przede wszystkim życie Iłłakowiczówny stało się materią, która posłużyła jej do tworzenia prozy. Wprawdzie to samo można powiedzieć o poezji, a przynajmniej o znacznej części wierszy tej autorki, jednakże na lirykę doświadczenia życiowe wpłynęły w inny sposób, a stopień przetworzenia biograficznego surowca jest w niej nieporównanie większy. Pozostająca w bliskim związku z życiem proza Iłłakowiczówny ma przede wszystkim charakter wspomnieniowy z jednym tylko wyjątkiem, jakim jest utwór pozornie oderwany od biograficznej materii. Ale też Bajeczna opowieść o królewiczu La-fi-Czaniu, żołnierzu Soju i dziewczynce Kio zrodziła się z inspiracji konkretnymi życiowymi doświadczeniami, jakkolwiek uległy one przetworzeniu w fantastyczną fabułę o baśniowej, wschodniej aurze.
Autorki kilku zbiorów krótkich, prozaicznych form nie darzy się mianem pisarki, bo zbyt silnie przylgnęło do niej miano poetki. Nie trzeba też porzucać tego określenia, gdyż utwory prozatorskie Iłłakowiczówny, które wprost odwołują się do faktów biograficznych, przesycone są żywiołem lirycznym. Ich autorka miała poetycką naturę i potrafiła przedstawiać to, co się zdarzyło, czego była świadkiem, co miało dla niej znaczenie, językiem godnym liryki, w kunsztownie skonstruowanych formach, w cyklach, gdzie kolejność poszczególnych utworów została dobrze przemyślana.
Trzeba zresztą stwierdzić, że Iłłakowiczówna miała co wspominać i opisywać, poczynając od ubogiego dzieciństwa w Wilnie, które dla wielu Polaków żyjących w czasie, kiedy ukazywały się wspomnieniowe cykle poetki, pozostało miastem ich młodości, dla wszystkich, poprzez historię i literaturę, było miejscem szczególnie nacechowanym, ważnym, bo odsyłającym do wartości patriotycznych, literackich, estetycznych, wreszcie religijnych.
Po przedwczesnej śmierci rodziców i przejściowym okresie sierocych losów kilkuletnia Kazia znalazła się w Inflantach, w warunkach egzotycznych z dzisiejszego punktu widzenia. Przygarnięta przez Zofię Buyno z Plater-Zyberków miała kontakt z rozgałęzioną, arystokratyczną rodziną przybranej matki oraz całym ich nobliwym środowiskiem. Mieszkała w majątkach ziemskich, gdzie służba złożona z Bałtów mówiła po niemiecku i bona Bałtka przekazała jej znajomość tego języka. Krótko uczyła się w Warszawie, jako nastolatka przebywała w Petersburgu, gdzie przygotowywała się do matury, a jej pobyt w stolicy Imperium Rosyjskiego przypadł na czas rewolucyjnego wrzenia, lata 1905-1906. Także ją cechowały wówczas lewicowe poglądy, skutkiem tego podczas pobytu z Zofią Buyno w Genewie nie lgnęła do miejscowej młodzieży, ale do anarchistów rosyjskich, to znaczy do lewicujących studentów rozmaitych orientacji, którzy po wydarzeniach 1905 roku musieli opuścić Rosję i kontynuowali studia na wielu uniwersytetach zachodniej Europy.
Po Szwajcarii, której poetka nigdy nie polubiła, przyszedł czas na pobyt w Anglii - w Oksfordzie kształciła się w kolegium dla cudzoziemek. Z kolei przeniosła się do Krakowa, by studiować filologię polską oraz angielską na Uniwersytecie Jagiellońskim. Wtedy poznała przyszłego twórcę Legionów i bywała w mieszkaniu Piłsudskich, spotykając tam ludzi, z którymi przyszło jej potem współpracować już w wolnej Polsce.
Nie zdążyła zwieńczyć swoich studiów pracą dyplomową, bo wybuchła I wojna światowa. Poetka wróciła do domu i jako "poddana carska" - jak się wówczas określało obywatelstwo - zgłosiła się ochotniczo do służby sanitarnej przy armii rosyjskiej, zresztą do oddziału finansowanego przez polskich ziemian, w którym służbę pełnili Polacy. Po krótkim przeszkoleniu stała się członkinią tak zwanej czołówki sanitarnej. Była pielęgniarką w zespole medycznym poruszającym się konnym wozem tuż za frontem, by nieść pomoc rannym, rokujących nadzieję odsyłać do polowych szpitali, ciężej rannym zapewniać ludzkie warunki umierania. Służbę tę pełniła dwa lata, nabawiła się przy tym dyzenterii i z trudem uniknęła śmierci.
Najgorszy czas rewolucyjnego napięcia oraz chaosu, jaki ogarnął Imperium Rosyjskie od 1917 roku, przeżyła w Petersburgu i w jego podmiejskiej okolicy, gdzie jedna z gałęzi rodziny Plater-Zyberków miała swoją willę. Poetka przenosiła siebie i swoje otoczenie w tym czasie w świat fantazji za pomocą tworzonej i głośno odczytywanej co wieczór gronu przyjaciół Baśniowej opowieści o królewiczu La-fi-Czaniu, żołnierzu Soju i dziewczynce Kio, utworu w zamyśle autorki bynajmniej nie adresowanego do dziecięcych czytelników.
Poetce udało się opuścić zrewolucjonizowaną Rosję i w sierpniu 1918 roku znalazła się w Warszawie, wkrótce rozpoczęła pracę urzędniczki państwowej w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Praca kobiety na wysokim stanowisku administracyjnym w ministerstwie była w tym czasie czymś niezwyczajnym, ale jeszcze większym ewenementem było przejście Iłłakowiczówny do Ministerstwa Spraw Wojskowych, gdy po przewrocie majowym objęła urząd sekretarza ministra spraw wojskowych - tak oficjalnie nazywało się jej stanowisko, a praktycznie jej funkcja sprowadzała się do prowadzenia korespondencji w imieniu Józefa Piłsudskiego. Była wówczas jedyną kobietą w bliskim otoczeniu Marszałka w kierowanym przez niego ministerstwie, gdzie współpracownikami Józefa Piłsudskiego byli głównie oficerowie wysokiej rangi. Po śmierci Marszałka Iłłakowiczówna powróciła do MSZ i pracowała tam do wybuchu wojny, kiedy wraz z rządem polskim została ewakuowana do Rumunii.
Okres międzywojenny był dla poetki także czasem uczestniczenia w różnych oficjalnych spotkaniach i uroczystościach, często z udziałem zagranicznych gości piastujących ważne funkcje polityczne czy dyplomatyczne w swoich krajach. W jeszcze większym stopniu okazję do rozmaitych spotkań z osobistościami różnych narodowości dawały liczne wyjazdy zagraniczne Iłłakowiczówny z odczytami na temat Polski, objaśniające polską rację stanu i broniące jej. Iłłakowiczówna podróżowała wówczas po wielu krajach Europy Zachodniej i Środkowej. Wychowanie w arystokratycznym domu z pewnością pomogło jej odnaleźć się w sytuacjach, w których należało wykazać się znajomością obowiązującej etykiety, a ta wtedy była znacznie rygorystyczniej przestrzegana niż obecnie. Poetka potrafiła sprostać tym wymaganiom i dobrze się zaprezentować w roli eleganckiej damy.
Dwudziestolecie należało do szczęśliwych okresów w jej życiu. Procentowało wówczas zdobyte wykształcenie, biegła znajomość czterech języków obcych - francuskiego, niemieckiego, angielskiego i rosyjskiego - inteligencja, przedsiębiorczość, obycie i zalety towarzyskie, pracowitość, ambicja. Niestety, we wrześniu 1939 roku czas ten skończył się bezpowrotnie.
Kolejny etap życia Iłłakowiczówny to wychodźstwo. Poetka znalazła się w rumuńskim Klużu i tam się zatrzymała na czas wojny, a nawet dwa lata dłużej. Przez osiem lat zarabiała na utrzymanie, nauczając języków obcych. Już po wojnie charakteryzowała tę swoją działalność zarobkową w korespondencji do prasy polskiej, ukazując harmonogram jednego dnia nauczania: "Rosyjski, potem dwie godziny angielskiego i trzy francuskiego, z językiem wykładowym na przemian rumuńskim, węgierskim i niemieckim". Obu nowych dla niej języków, rumuńskiego i węgierskiego, nauczyła się w czasie wojny w tym stopniu, że mogła tłumaczyć literaturę tych narodów, w tym poezję - najtrudniejszą do przełożenia. Przy okazji nauczania zaszczepiała uczniom zamiłowanie do różnojęzycznej literatury jako jej znawczyni i miłośniczka. Bywało, że lekcje odbywały się w skrajnie niesprzyjających warunkach, co Iłłakowiczówna wspominała: "Jakie to dziwne uczyć Topielca Puszkina w węgierskiej piwnicy, po cichu, żeby nie przeszkadzać modlącym się".
Sytuacja polityczna w pogranicznym Siedmiogrodzie zmieniała się bardzo dynamicznie. Do rumuńskiego Klużu weszli Węgrzy i miasto zmieniło się w węgierski Kolozsvár. Potem wkroczyli Niemcy, a ich rządy oznaczały przede wszystkim zagładę licznie zamieszkujących miasto i okolicę Żydów. W końcu Niemców wyparli Sowieci, a z nimi do miasta powrócili Rumuni, którzy wcześniej musieli opuścić Kluż. Każdorazowa zmiana władzy oznaczała dezorganizację życia i pogłębienie wojennej biedy. Iłłakowiczównie przyszło kilkakrotnie na nowo organizować swój pobyt w Siedmiogrodzie.
Dopiero w 1947 roku, po rozmaitych perypetiach, poetka wróciła do kraju, a do powrotu szczególnie ją namawiał zaprzyjaźniony z nią Julian Tuwim. Na krótko zamieszkała w Warszawie; miała nadzieję, że znajdzie się dla niej odpowiednia praca w administracji państwowej. Bardzo chciała być przydatna dla kraju, sądziła, że jej kompetencje, które sprawdzały się przez wiele lat przed wojną, będą wykorzystane w nowej rzeczywistości. Dopiero gdy znalazła się w stolicy, zorientowała się w powojennej sytuacji kraju i zrozumiała, że urzędniczka przedwojennego ministerstwa, a w dodatku sekretarz Marszałka Józefa Piłsudskiego, nie ma żadnych szans na stanowisko w administracji nowego rządu. Usunęła się zatem i osiadła "w Poznaniu na wygnaniu", jak napisała w jednym z wierszy. Zamieszkała w sublokatorskim pokoju, w warunkach, które nie miały nic wspólnego z jej przedwojenną pozycją społeczną. Znowu zarabiała lekcjami języków obcych, ale też tłumaczeniami obcojęzycznej literatury na język polski. Była aktywna, dopóki pozwalały jej na to siły. Doczekała się sędziwej starości, lecz pod koniec życia coraz bardziej zawodziło ją zdrowie, pogarszał się wzrok, który w końcu całkiem utraciła. Potrzebowała pomocy innych i uzyskiwała ją w dużej mierze dzięki Duszpasterstwu Akademickiemu poznańskich dominikanów. Życie poetki obfitowało w wydarzenia, spotkania z ludźmi. Została pochowana na warszawskich Powązkach.
Baśń dla dorosłych - Bajeczna opowieść o królewiczu La-fi-Czaniu, żołnierzu Soju i dziewczynce Kio
Pierwszy utwór prozatorski, wspomniana już Bajeczna opowieść o królewiczu La-fi-Czaniu, żołnierzu Soju i dziewczynce Kio, pierwotnie pełnił funkcję terapeutyczną wobec samej autorki i gromadki jej przyjaciół codziennie wysłuchujących kolejnego "odcinka" baśni. Pisanie oraz słuchanie fantastycznego utworu rozładowywało napięcie tych, którzy znaleźli schronienie w willi Plater-Zyberków pod Petersburgiem. Zimą z 1917 na 1918 rok na skutek rewolucji bolszewickiej mogli się oni spodziewać najdramatyczniejszych wydarzeń i największych nieszczęść. Literacka baśń, zgodnie z poetyką gatunku, ukazuje zmaganie się dobra ze złem, które ostatecznie musi zostać pokonane. Cechą swoistą Bajecznej opowieści... jest to, że ukazany w niej konflikt ma wymiar społeczny, przyjmuje postać przewrotu polityczno-społecznego, powodującego radykalne zmiany w królestwie, we wszystkich dziedzinach jego organizacji, także w płaszczyźnie obowiązujących przekonań oraz wierzeń. Ciekawy i niejako futurystyczny jest pomysł autorki, która rządzącemu uzurpatorowi pozwoliła użyć armii sztucznych ludzi, swego rodzaju żołnierzy robotów. Chociaż liczne ich oddziały pozostają w dyspozycji władcy, okazują się one bezsilne w starciu z ludźmi walczącymi w słusznej sprawie, dążącymi do przywrócenia porządku opartego na sprawiedliwości, do oddania rządów królewiczowi, któremu zależy na dobru mieszkańców jego państwa, nie na samej władzy.
Można z utworu pisanego w czasie rewolucji odczytać poglądy Iłłakowiczówny na sprawę niedoskonałości władzy monarszej, buntu wobec niej, krwawego przewrotu, niesprawiedliwości i pozornych wartości prezentowanych przez uzurpatorów, chaosu, do jakiego został doprowadzony kraj pod ich rządami, w końcu konieczności odzyskania władzy przez prawowitego jej dziedzica, ale po jego gruntownej przemianie i oczyszczającej ofierze.
Okładkę do pierwszego wydania utworu zaprojektował w 1918 roku Stanisław Ignacy Witkiewicz, którego Iłłakowiczówna spotkała w Petersburgu. Także on zakosztował rewolucyjnego chaosu w Rosji, a w swoich utworach ukazał pesymistyczny obraz jego skutków. W związku z funkcją, jaką pierwotnie pełniła Bajeczna opowieść..., Iłłakowiczówna była zdziwiona, gdy po II wojnie światowej Czytelnik postanowił wydać ją ponownie (wyszła w 1958 roku) jako baśń dla dzieci, co dało początek takiemu właśnie funkcjonowaniu kilkakrotnie później wznawianego utworu. Nie protestowała jednak, zresztą wyjaśnianie istoty pomyłki w tamtym czasie nie byłoby zbyt bezpieczne. Bez wiedzy o warunkach, w jakich powstała historia o królewiczu La-fi-Czaniu, bez podpowiedzi Iłłakowiczówny zawartej w jej wspomnieniach, nietrudno utwór o baśniowym, wschodnim kolorycie zaliczyć do działu literatury dziecięcej, tym bardziej że autorka pisała również wiersze dla dzieci. Jednak to, że posługiwała się baśniowymi postaciami i wątkami, że wiele jej utworów dla dorosłych, zwłaszcza z wcześniejszego okresu twórczości, przenikniętych jest atmosferą niezwykłości, fantazji oraz magii, pomaga umieścić Bajeczną opowieść... we właściwym kontekście.
Urok wielkości i dyskrecja - Ścieżka obok drogi
Powstanie kolejnego tomu prozy także wiązało się ściśle z konkretnym okresem życia Iłłakowiczówny - z czasem sekretarzowania Marszałkowi Józefowi Piłsudskiemu, które rozpoczęło się wkrótce po przewrocie majowym w 1926 roku, a zakończyło wraz ze śmiercią Marszałka w maju 1935. Tekst tomu Ścieżka obok drogi został opatrzony datą: "Warszawa, luty 1936", co wskazuje, że wspomnienia poetka napisała w niecały rok od śmierci Piłsudskiego. Ukazały się one drukiem w roku wybuchu II wojny światowej i wywołały burzliwą dyskusję. Już sam fakt, że wydanie Ścieżki obok drogi nastąpiło trzy lata po jej ukończeniu, dowodzi, że nie było łatwo znaleźć wydawcę wspomnień. Otoczenie Józefa Piłsudskiego było im niechętne, wielu uważało, że uchybiają one pamięci wielkiego przywódcy wojskowego i politycznego. Po ukazaniu się Ścieżki... środowisko dziennikarskie podzieliło się na zwolenników i przeciwników wspomnień poetki. Maria Jehanne Wielopolska, pisarka i publicystka, w broszurce Pliszka w jaskini lwa zaprotestowała przeciw wizerunkowi Marszałka nakreślonemu przez poetkę - była to najobszerniejsza i najbardziej krytyczna opinia o wspomnieniach Iłłakowiczówny.
Z perspektywy czasu nietrudno zauważyć, że spór zasadzał się na różnym rozumieniu tego, jak powinno się przedstawiać osobistość, którą był Józef Piłsudski. We wspomnieniach poetki pełniącej funkcję sekretarza ministra nie znajdzie czytelnik niczego, co mogłoby w jakikolwiek sposób zdyskredytować osobę Marszałka, zwłaszcza jeśli patrzymy na Ścieżkę... z perspektywy pierwszych dekad XXI wieku. Twierdzenie to jest jednak prawdziwe, o ile nie przyłoży się do czasów i ludzi ukształtowanych w XIX wieku lub na przełomie wieku XIX i XX miary standardów obowiązujących obecnie. W przeciwnym razie niektóre zrelacjonowane przez poetkę sytuacje mogą się wydawać dziwne, a nawet szokujące. Tak na przykład można ocenić scenę, w której Iłłakowiczówna, jako sekretarz ministra spraw wojskowych, całuje swego zwierzchnika w rękę. Zrozumiałe byłoby współcześnie, gdyby Piłsudski, jako mężczyzna, szarmancko cmoknął w rękę kobietę, która odrabia za niego korespondencję, zwłaszcza tę najbardziej uciążliwą, niszczy złośliwe anonimy, a z drugiej strony robi, co może, by pomagać tym, którzy są w najtrudniejszej sytuacji życiowej i znikąd nie mogą spodziewać się pomocy. Należy jednak pamiętać, że opisana przez Iłłakowiczównę scena rozegrała się w czasie, gdy nie tylko mężczyźni składali pocałunki na dłoniach kobiet; także dzieci, również dorosłe, całowały ręce rodziców i było przyjęte wykonywanie takiego gestu wobec osób obu płci, wobec których czuło się szczególny szacunek czy wdzięczność.
Co zatem we wspomnieniach poetki drażniło czytelników, zwłaszcza ludzi podkreślających osobisty, a także społeczny szacunek wobec Marszałka? Problem polega na tym, że zwłaszcza wojskowi i polityczni zwolennicy Józefa Piłsudskiego uważali, iż dla ogólnego dobra powinno się akcentować wielkość oraz historyczne zasługi tego niezwykłego przywódcy. Tymczasem poetka w swojej wypowiedzi nie ukazała wizerunku zwycięskiego wodza ani nie zbudowała piedestału dla hieratycznej figury męża stanu. Piłsudski przedstawiony w Ścieżce... w ogóle nie jest monumentalny, a wyeksponowana zostaje przede wszystkim jego ludzka dobroć. Okazuje się wyrozumiałym zwierzchnikiem, nieraz wykraczającym swym zachowaniem poza reguły urzędniczych konwenansów, człowiekiem godnym zaufania, bardzo zapracowanym, ale chętnym do żartów, niemłodym mężczyzną o aparycji pozostawiającej wiele do życzenia, jak to ukazuje jeden z najpełniejszych jego portretów:
Pracuję sama, samiutka, bez palących i gadających towarzyszy. [...] Za ścianą, u siebie, jest pan Marszałek. Wyjdzie zaraz i coś powie albo tylko życzliwie zamruczy. Spojrzy szaro albo niebiesko ze starej, pięknej twarzy, źle ogolonej, pod źle strzyżonymi, siwiejącymi włosami. Ma wygnieciony, jak psu z gardła wyciągnięty, mundur. Cały jest w poprzeczne fałdy, obsypany popiołem z papierosów, ręce i paznokcie ma szare od tego popiołu. Wyszedł od siebie i stoi - bardzo jasny od dobroci, jaka od niego bije.
Taki wizerunek osobistości, która w radykalny sposób wpłynęła na przebieg historii polskiej oraz europejskiej, nie wszystkim odpowiadał. Całościowy portret Marszałka, a także ujawniony we wspomnieniach stosunek do niego Iłłakowiczówny może prowokować pytanie, czy młodsza od niego o pokolenie sekretarka przynajmniej po części nie żywiła wobec Piłsudskiego uczuć, jakie mogłaby okazywać ojcu, którego nigdy nikt jej nie zastąpił.
Poetka nie tylko ujawnia swój szacunek do Marszałka i fascynację jego osobą, ale też chętnie wymienia z imienia i nazwiska innych podwładnych oraz współpracowników Piłsudskiego, cechujących się wobec niego oddaniem, gotowych z pełnym zaangażowaniem wykonywać zlecane im zadania. Zgodnie ze stanem faktycznym wskazuje również, że jej zwierzchnik miał licznych politycznych oponentów, jednak nigdy nie podaje ich nazwisk, dbając w ten sposób, by kogoś o poglądach opozycyjnych nie narazić na jakiekolwiek nieprzyjemności. Ponadto poetka oddaje sprawiedliwość tym spośród oponentów Piłsudskiego, których przedstawia jako swoich dobrych znajomych, nawet przyjaciół. Decydując się na objęcie funkcji sekretarza ministra spraw wojskowych, była przekonana, że jednocześnie rezygnuje z towarzyskich relacji z nimi. Tymczasem została mile zaskoczona faktem, że nie zmienili oni swojego osobistego stosunku do niej, jedynie w rozmowach z nią czy też w jej obecności nigdy więcej nie pojawiło się nazwisko Józefa Piłsudskiego. Trudno dziś osądzić, czy ludzie tamtej epoki, inteligencja dwudziestolecia międzywojennego, potrafili pięknie się różnić, czy też osobowość Iłłakowiczówny, wówczas damy z wielkiego świata, w ten sposób oddziaływała na "należących do dobrego towarzystwa".
W okresie późniejszym, w końcowych dekadach XX i na początku XXI wieku, wielokrotnie sięgano do wspomnień Iłłakowiczówny, zastanawiając się nad charakterem relacji łączącej wielkiego polityka i przywódcę ze znakomitą poetką. Pełna dyskrecji postawa autorki wspomnień wobec spraw osobistych Marszałka nie daje podstaw do domysłów o nieoficjalnej stronie jego życia. Jeśli współcześnie stawiano autorce Ścieżki... jakieś zarzuty, nie dotyczyły już one niegodnego sportretowania Marszałka, ale raczej językowego i kompozycyjnego ukształtowania wspomnień, rzekomej ich naiwności, pensjonarskiej postawy poetki. Nie zwracano przy tym dostatecznej uwagi na przyjętą konwencję wypowiedzi ani na adresata, do którego była skierowana.
Ścieżka... jest zbiorem gawęd dotyczących tego, w jakich okolicznościach poetka poznała Józefa Piłsudskiego, jakie były jej kontakty z nim w latach 1911-1926, a przede wszystkim po przewrocie majowym, przez dziewięć lat urzędowania Iłłakowiczówny w Ministerstwie Spraw Wojskowych. Poetka zadedykowała tom swojej prozy dwóm nastoletnim siostrzenicom. Przed pierwszą ze swych gawęd zwraca się do nich bezpośrednio - a poprzez nie do innych dziewcząt w ich wieku - wyrażając pragnienie, by jej "pamiętnik" stał się lekturą szkolną, by czytelniczki stające u progu dorosłości mogły poznawać osobę "bardzo wielkiego, drogiego całej Polsce człowieka" nie tylko od strony dokonań historycznych, czego miały się uczyć na lekcjach historii, ale też od mniej oficjalnej strony. Tak dookreślony adresat wspomnień tłumaczy strukturę wypowiedzi Iłłakowiczówny, gdyż po każdej z gawęd autorka zamieszcza Uwagi - rodzaj różnorodnych objaśnień oraz pouczeń. Pamiętając o zaprojektowanym odbiorcy, łatwiej zrozumieć pewną pozorną zresztą naiwność wypowiedzi, jej niepoprawny romantyzm oraz dydaktyzm. Zrozumiałe staje się również, że Iłłakowiczówna zdecydowanie dystansuje się w swych wspomnieniach od polityki - pod łatwym do obalenia pretekstem, że się zupełnie na niej nie zna.
Dydaktyzm wspomnień jest jednak zdecydowanie łagodzony przez budowanie atmosfery bliskości - jak przystało na gawędowe opowiadania, w których można zwierzyć się gronu bliskich z tego, co się osobiście przeżyło. W aurze zaufania odsłaniane są przeżycia, chwile wzruszeń, osiągnięcia, jak również ukazywane własne pomyłki, czasem komiczne błędy. Okazuje się, że odsłonięte wzruszenia i słabości nie degradują, a postawa dystansu wobec siebie, zdolność do humorystycznego potraktowania tak otoczenia, jak i własnej osoby, do wyraźnej lub dyskretnej autoironii, paradoksalnie uwiarygodnia przekaz.
Prozatorskie miniatury - Z rozbitego fotoplastikonu
Kolejny zbiór prozy wspomnieniowej powstał po II wojnie światowej, a został wydany, gdy już zakończył się najtwardszy socrealizm, w 1957 roku, kiedy na fali odwilży wydawano utwory, które nie mogły ukazać się wcześniej, bo nie były pisane zgodnie z komunistyczną receptą. Krótkie prozaiczne teksty, składające się na tomik Z rozbitego fotoplastikonu, w stosunku do pozostałej prozy Iłłakowiczówny w największym stopniu są przesiąknięte żywiołem lirycznym. Zbiór liczy czterdzieści jeden tekstów, a chociaż każdy z nich stanowi oddzielną, zwartą kompozycję literacką, nie zostały one obdarzone oddzielnymi tytułami, tylko ponumerowane cyframi rzymskimi. Nie stanowią jednego ciągu tematycznego, przedstawiają ludzi, scenki, krajobrazy, zawsze w jednej tylko odsłonie. Z rzadka tylko to, co ukazane w jednym utworze, wiąże się z sytuacją przedstawioną w poprzednim lub następnym. Rzeczywiście można te miniatury porównać do fotografii, które niegdyś oglądano w urządzeniu zwanym fotoplastykonem; patrzący na nie miał odczucie postrzegania głębi obrazów - ich trzeciego wymiaru - niemniej sceny czy krajobrazy, które oglądał, pozostawały nieruchome, niczym wyjęte z upływającego czasu. Tytuł zbioru sugeruje dodatkowo, iż urządzenie do oglądania fotografii zostało rozbite, a prezentowany zbiór obrazów stanowi tylko część tego, co ocalało. Metafora wyraźnie nawiązuje do sytuacji zaistniałej w rozbitym przez wojenny kataklizm świecie; czy także do ograniczeń swobody pisarskiej w powojennej Polsce, trudno rozstrzygnąć.
Tylko kilka miniatur utrwaliło sceny z okresu sprzed II wojny światowej. Na wstępie czytelnik poznaje zimową przygodę podlotka, który przez zaśnieżone pola wiózł zaprzężonymi w konia sankami zakupy z miasteczka. Nietrudno zidentyfikować tę historię jako wydarzenie z czasów, gdy przyszła poetka zamieszkiwała w majątku przybranej matki w Inflantach. Niedaleka podróż okazuje się wstępem do kolejnych, odbywanych w dwudziestoleciu międzywojennym - to wtedy autorka miała okazję widzieć w Szwecji domy rozkwitłe bukietami w zimowych miesiącach, a w duńskim miasteczku Maribo spotkać dzielnych polskich harcerzy.
Większość utworów rejestruje sytuacje, których obserwatorką lub uczestniczką była Iłłakowiczówna na wychodźstwie, na pograniczu rumuńsko-węgierskim. Kolejność tekstów nie jest uzależniona od chronologicznego porządku. Pośrodku siedmiogrodzkiego cyklu wspomnień zamieszczony został cykl wewnętrzny, dotyczący całkiem innego miejsca i czasu - najwcześniejszych lat życia poetki, nad którymi zaciążyła śmierć jej matki, Barbary. Nieszczęście to jest dominantą wewnętrznego cyklu, niezrozumiałą w czasach, kiedy zbiór Z rozbitego fotoplastikonu został wydany. Nie dość, że cztery tworzące go miniatury (od utworu XXIII do XXVI) zostały zamieszczone bez żadnych objaśnień wśród siedmiogrodzkich obrazków, to jeszcze czytelnik nieznający skomplikowanej historii rodzinnej poetki nie był w stanie zrozumieć sensu zdania dwukrotnie użytego w wyeksponowanym miejscu - na zakończenie dwóch utworów XXIV i XXV: "Barbara, nieślubna synowa promienistego Tomasza, umiera". W zbiorze poetyckiej prozy dotyczącej przede wszystkim przeżyć z czasów wojennych zamieszczona została skrzętnie ukrywana przez Iłłakowiczównę informacja, że była nieślubnym dzieckiem Barbary Iłłakowiczówny i Klemensa Zana, syna przyjaciela Mickiewicza i założyciela Związku Promienistych. W dzisiejszych czasach trudno już odtworzyć, co znaczyło być nieślubnym dzieckiem w XIX i pierwszej połowie XX wieku. Barbara Iłłakowicz, chcąc swoje dwie córki uchronić przed wiążącymi się z ich pochodzeniem trudnościami, postarała się, by w metrykach obydwu dziewczynek zatrzeć ślady faktu, którego konsekwencje mogły być przykre. Jako rodzice Kazimiery w dokumencie podani zostali brat matki i jego żona, natomiast nazwiska prawdziwych rodziców zostały zapisane jako nazwiska rodziców chrzestnych.
Poetka najwyraźniej czuła potrzebę powiedzenia prawdy o sobie, jednak wypowiedziała ją szyfrem czytelnym tylko dla wtajemniczonych. Nawet w 1957 roku, kiedy po II wojnie światowej zarówno sytuacja prawna, jak i obyczajowa uległa daleko idącym zmianom, Iłłakowiczówna nie zdecydowała się ujawnić, iż to ona była jedną z dwóch małych sierot po zmarłej Barbarze, nieślubnej synowej "promienistego" Tomasza. Przyjęty w całym tomie styl bezosobowego przedstawiania przeżyć sprzyjał zaszyfrowaniu informacji. W dodatku w rozbitym fotoplastykonie utwory dotyczące okoliczności śmierci matki autorka ukryła wśród siedmiogrodzkich obrazków.
Poznając te ostatnie, można dziwić się, że tak mało w nich wojennych realiów. Poświęcone są krajobrazowi, zwierzętom, kwiatom, zwyczajom odmiennym niż polskie, poznanym ludziom różnych narodowości, środowisk, charakterów, w tym dzieciom, służącym, ubogim mieszkańcom miasta i podmiejskiej wsi. Można zadawać pytania, czy autorki takich obrazków nie cechuje naiwne widzenie świata, skoro na przykład wojenną biedę i niedostatek żywności ukazuje, opisując kłopoty właścicieli kanarka, który nie chce jeść niczego prócz konopnego ziarna, a tego brakuje podczas wojny. Może zadziwiać fascynacja pięknem drobnych szczegółów rzeczywistości w czasie, gdy trwają zmagania wojenne albo przez miasto przetacza się front. Niewiele jest też śladów wojennych trudności dotykających samą autorkę wspomnień. Wskazówką interpretacyjną do właściwego rozumienia takiej perspektywy widzenia świata okazują się utwory zamieszczone na wstępie. Pierwszy pokazuje dziecięcą ufność w to, że w trudnościach można zawsze liczyć na czyjąś pomoc. Drugi mówi o konieczności odbycia podróży parowcem z Tallina do Helsinek w lutym, przy niesprzyjającej pogodzie i groźnym wietrze. Z powodu wichury "kandydatów na pasażerów" z poczekalni na statek prowadziło po dwóch silnych marynarzy pomagających przedrzeć się przez niebezpieczny Nord-West i dostać się do zacisznej kabiny, gdzie jednak podróżny niekoniecznie miał szansę odprężyć się ze względu na regulamin, który narzucał się jego uwadze:
Było się nagle w ciszy i samotności, oko w oko z plakatem, który wisiał nad pościelą:
"Towarzystwo okrętowe XYZ w Szczecinie nie bierze na siebie żadnej odpowiedzialności za uszkodzenie zdrowia i bagażu lub utratę życia pasażerów.
1 dzwonek oznacza pożar statku.
2 gwizdki oznaczają rozbicie statku.
Gong oznacza posiłki".
Komiczne jest zestawienie grozy dwóch pierwszych przypadków przewidzianych przez towarzystwo okrętowe z informacją o prozaicznej organizacji życia pasażerów. Potraktowana z humorem sytuacja oddaje charakter Iłłakowiczówny - zdolność wyostrzonego obserwowania rzeczywistości przy jednoczesnym dystansowaniu się od niej na tyle, by możliwe było dostrzeżenie jej zwyczajnych i komicznych aspektów.
Jednocześnie miniatura ukazująca tę sytuację może być potraktowana jako metafora, w której konieczność odbycia podróży oznacza ludzką sytuację, nieuchronność życiowej drogi, konieczność przebycia jej przez każdego, kto się urodził. W kondycję człowieka wpisane jest stałe zagrożenie życia, przy czym trudno byłoby kogokolwiek obarczyć odpowiedzialnością za ten ogólny brak bezpieczeństwa. Jednak bezsensowne byłoby trwanie w grozie, zresztą konieczność przesądza o tym, że na co dzień trzeba zajmować się wieloma drobnymi i prozaicznymi sprawami, choćby jedzeniem. We wspomnieniach Iłłakowiczówny wydarzenia, w których autorka uczestniczyła, traktowane są zgodnie z takim rozumieniem ludzkiego losu. Te wielkie zazwyczaj są tylko sygnalizowane i pozostają gdzieś w tle, a szczegółowej obserwacji poddane są ich prozaiczne skutki, na przykład bezdomność oraz bieda na wychodźstwie, ale także różnego rodzaju ciekawostki czy dziwności w świecie ludzi i przyrody, a wcale nie ostatnie miejsce zajmują różnego rodzaju miłe doznania, przeżycia estetyczne, radość z poznawania nowych aspektów rzeczywistości.
Tylko raz wyrywa się autorce cyklu Z rozbitego fotoplastikonu krzyk protestu, gdy daje świadectwo temu, czego była świadkiem w maju 1944 roku, a chodzi o wywózkę Żydów skazanych przez niemieckich okupantów na śmierć. Zaplanowana zagłada narodu woła o pomstę do nieba, wzbudza gniew Boży, ściąga plagi podobne do egipskich:
Dotychczas jeszcze huczy boży gniew nad Siedmiogrodem; susza wypala zbocza pagórków, powysychały ruczaje; popękały w zimie kamienie od mrozów; wyginęło bydło po oborach; mór przeszedł i rękę położył na wsiach i miastach.
Ale nawet wizja zagłady Żydów, jak i cały cykl wojennych wspomnień kończy się optymistyczną puentą:
Mocny jest każdy naród mocą swoich dzieci, mądry ich mądrością, twardy ich wytrzymałością, wesoły ich radością. Nie na nie pada klątwa, nie ich się ima kara. Mocny jest naród: patrzy bystro ich piwnymi i niebieskimi oczyma...
A za Magórą - takie samo niebo jak zawsze.
Wspomnieniowe rozmaitości - Trazymeński zając
Obszerniejszy oraz bogatszy tematycznie jest cykl wspomnieniowy Trazymeński zając, wydany po raz pierwszy w 1968 roku. Inaczej niż w poprzednio omówionym, Iłłakowiczówna nie unika w nim wypowiedzi w pierwszej osobie, śmiało też ukazuje siebie w różnych fazach swojego życia, więc w różnych sytuacjach. Ale też zarówno na siebie, jak i na innych spogląda z dystansem, najczęściej z pobłażliwym humorem, z delikatnie zazwyczaj wprowadzaną ironią. Wstępem do takiego klimatu wspomnień jest pierwszy z esejów, zatytułowany Niektórym to nie przechodzi, dotyczący czasu sprzed II wojny światowej. Zostało w nim ukazane towarzyskie spotkanie, w którym wzięło udział wielu polityków, z Gabrielem Narutowiczem na czele, także urzędników Ministerstwa Spraw Zagranicznych, ówczesnych kolegów Iłłakowiczówny. Jak się w rozmowie okazało, niemal każdy z obecnych w młodości pisał, a nawet publikował wiersze. Puentą tego wspomnienia jest wypowiedź i gest dyrektora protokołu dyplomatycznego, hrabiego Stefana Przeździeckiego, który kłaniając się z ironią obecnej w towarzystwie Iłłakowiczównie, stwierdził, że "za lat dziecinnych wszyscy pisują wiersze", ale "niektórym to nie przechodzi". Dał do zrozumienia, że uprawianie poezji jest dziecięcą przypadłością i powinno się z niej wyrosnąć, co poetka, w którą wymierzone zostało ostrze ironii, z właściwym sobie humorem czyni wstępem do zbioru esejów. Jego finał przedstawia triumf autorki nagrodzonej za twórczość poetycką w rodzinnym mieście Wilnie zarówno oficjalnie, jak i nieformalnie poprzez entuzjazm miłośników jej utworów.
Być może stosunek Przeździeckiego do twórczości urzędniczki MSZ był reprezentatywny dla środowiska polityków i wysokich urzędników administracji państwowej. Mogłoby to tłumaczyć postawę Iłłakowiczówny, która wielokrotnie podkreślała, że głównym jej zajęciem i absorbującym ją obowiązkiem jest praca zawodowa, natomiast twórczość jest tylko aktywnością uboczną. Tłumacząc się urzędniczymi obowiązkami, nie przyjęła wyboru do Polskiej Akademii Literatury. Wstępny esej wspomnieniowy dobrze wprowadza w atmosferę Trazymeńskiego zająca, w którym tak niewiele miejsca poświęciła autorka swojej aktywności twórczej.
Tematyka zbioru jest dość różnorodna, a eseje w nim zamieszczone podzielone zostały na dziesięć grup tematycznych. Pierwsza ma charakter wprowadzający, dominantą drugiej są motywy "angielskie", trzecia zawiera szereg obrazków ze służby Iłłakowiczówny w "czołówce sanitarnej", czwarta jest poświęcona spotkaniom z wybitnymi osobistościami świata literatury oraz kultury itd. Najmniej wyrazista jest część dziewiąta, którą można by zatytułować Varia - poetka zgromadziła w niej eseje, które nie mieściły się w innych grupach tematycznych.
Bogate życie autorki pozwoliło jej na ukazanie w migawkowych zbliżeniach wielu znanych postaci ze świata polityki, literatury, kultury. Można wśród nich wymienić reżysera Leona Schillera, namiestnika Galicji prof. Michała Hieronima Bobrzyńskiego, literaturoznawców prof. Tadeusza Chrzanowskiego oraz Stanisława Windakiewicza, pisarzy i poetów: Jarosława Iwaszkiewicza, Tadeusza Micińskiego, Józefa Łobodowskiego, Stefana Żeromskiego, piosenkarkę i aktorkę Hankę Ordonównę, generała i dyplomatę Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego, polityków polskich jak ministrowie Karol Bertoni czy Gabriel Narutowicz (nim ten ostatni został prezydentem) oraz obcych, choćby pierwszego prezydenta niepodległej Czechosłowacji Tomáša Masaryka lub Josepha Goebbelsa (Obiad z Goebbelsem, jak kilka innych dotyczących osoby Piłsudskiego oraz tematyki komunistycznej, nie ukazał się w 1968 roku ze względu na treść niezgodną z linią ideologiczną ówczesnej władzy). Listę nazwisk można by znacznie wydłużyć, zwłaszcza dodając rozmaitych arystokratów, w tym arcybiskupa Edwarda Roppa. Chociaż różne osobistości często są przedstawiane z uchwyceniem jakiegoś ich rysu humorystycznego, nie są pozbawione cech wzbudzających sympatię do nich.
Do wyjątków należy eseistyczny portret Meksykańska poślica (taka forma była wówczas używana na określenie kobiety pełniącej funkcję posła), w którym to utworze autorka ukazuje członkinię meksykańskiego korpusu dyplomatycznego, przedstawicielkę Meksyku rządzonego wówczas przez lewicową Partię Rewolucyjno-Instytucjonalną. Iłłakowiczówna daje wyraz osłupieniu, w jakie wprawiło ją wyznanie kobiety, że nie czuje najmniejszych wyrzutów sumienia z powodu roli, jaką odgrywała w prowadzonych przez państwo prześladowaniach katolików. Cała rzecz w tym, że bohaterka eseju przedstawiła się jako katoliczka, jednocześnie chlubiąc się, iż jako wierząca łatwo tropiła w wizytowanych szkołach przenikanie katolickich poglądów do nauczania, a praca jej była owocna i przydatna władzy.
Można w zbiorze wskazać wątki, które przewijają się przez eseje zamieszczone w różnych grupach tematycznych. Do takich należy na przykład wątek przyjaźni, a dotyczy ona nie tylko osób z wyższych warstw społecznych, ale też ludzi niewykształconych, niezamożnych, wykonujących najprostsze obowiązki, ludzi, których pracowitość, zaradność, często wierna sympatia jest wielokrotnie podkreślana. Dwa eseje poświęcone są charakterystyce powojennej rzeczywistości w Polsce, a liczne uwagi dotyczące tego tematu rozsiała Iłłakowiczówna w wielu innych utworach. Czytelnik obserwuje, jak z humorem, choć czasem też z nutą goryczy, Iłłakowiczówna przedstawia absurdy świata, w którym znalazła się po powrocie do kraju z rumuńsko-węgierskiego pogranicza. Ze zdumieniem odkrywa, że całkowitemu przewartościowaniu uległo wszystko, z czym się zrosła, że umiejętności oraz kompetencje nie są ważne tam, gdzie najważniejsza jest ideologia, że nie ma już miejsca na potrzeby kulturalne pojedynczego człowieka wobec - pozornej zresztą - dbałości o "masy", że podejrzliwość wobec interesanta jest pierwszym odruchem człowieka, który podejmuje decyzję choćby w najbłahszej sprawie. Ostatecznie przedwojenna dama musi się zgodzić na życie w ubogim sublokatorskim pokoju, bez żadnych względów dla jej wcześniejszych zasług dla kraju, dla wielkości talentu literackiego i dokonań twórczych. Jednakże zgodnie z postawą, która cechowała ją zawsze, wydobywa także pozytywne aspekty powojennej rzeczywistości. Podoba jej się na przykład znacznie uproszczona etykieta w kontaktach z osobistościami, zwłaszcza w czasie wizyt zagranicznych, a jako osoba praktyczna i wyczulona na czystość zauważa, że powojenny tłum jest odwszony.
Tematem, do którego autorka stale wraca, jest też kwestia jej przekonań religijnych, na tyle przenikających życie, że czuje potrzebę, by wspominać o nich przy ukazywaniu różnych jego momentów. Wiara jej wcale nie była oczywista; spontanicznie przejęta od otoczenia w dzieciństwie, została odrzucona w okresie młodzieńczego ateizmu, który wspomina "jak jakiś pobyt w egzotycznym, pełnym przygód i niezwykłych spotkań kraju, podobny do takiego snu, w którym śni się o tym, o czym się śnić pragnie, wiedząc, że to nie jawa, ale sen". W wieku dojrzałym Iłłakowiczówna wielokrotnie daje sygnały dojrzałej religijności, będącej podstawą jej przekonań i pomocą w trudnych sytuacjach.
Jeśli złożyć wspomnienia Iłłakowiczówny w całość oraz uświadomić sobie ich zatarty przez kompozycję tomów chronologiczny porządek, pozwolą one na odczytanie niemal całej biografii poetki. Oferuje ona czytelnikowi również bogaty, optymistyczny, z dobrotliwym humorem ukazywany obraz świata, choć wiek XX obfitował w wojny i przewroty, a ich skutków autorka wielokrotnie doświadczała na sobie. Pozwala złapać oddech pomiędzy lekturą dzieł przypominających okrucieństwa czasów minionych a tych oddających chaos współczesnej rzeczywistości. Zdecydowanie nie lubowała się Iłłakowiczówna w eksponowaniu mrocznych aspektów świata, w którym była zanurzona. Dojrzałość poetki sprzyjała dystansowi do wydarzeń, z kolei inteligencja - umiejętności operowania humorem oraz łagodną ironią.
Wspomnienia, odczyty, publicystyka - Niewczesne wynurzenia
Dłuższe i bardziej usystematyzowane chronologicznie wspomnienia zamieściła Iłłakowiczówna w tomie Niewczesne wynurzenia wydanym w 1958 roku, w którym też znalazły się teksty publicystyczne z dwóch powojennych lat, kiedy jeszcze pozostawała w Klużu i wysyłała artykuły do czasopism w kraju. Ujawnił się wówczas jej talent felietonistki i korespondentki prasowej obdarzonej zmysłem obserwacyjnym i zacięciem dziennikarza, który poprzez wyrazistą prezentację faktów oraz subtelne aluzje ma ambicję, by wpływać na postrzeganie i zmianę rzeczywistości, choćby w niewielkim tylko zakresie. W końcu czytelnik może przekonać się, że jako prelegentka zabierająca głos czy to w sprawach społecznych, czy też literackich lub, szerzej, kulturalnych, Iłłakowiczówna nie tylko ma coś do powiedzenia, ale też potrafi zabiegać o uwagę odbiorcy przez odpowiednią kompozycję wypowiedzi, przez przywołanie ciekawostki, w końcu odwołując się do doświadczeń tak własnych, jak i odbiorców.
Czasem do zabrania głosu skłania ją poczucie powinności - jak wówczas, gdy na zebraniu Związku Literatów Polskich w 1955 roku stanęła w obronie wolności twórcy, a konkretnie ujęła się za Adamem Ważykiem atakowanym za jego Poemat dla dorosłych. Broniąc poety, który nigdy nie był jej ideowo bliski, użyła różnych, dobrze przemyślanych argumentów. Przypomniała, że w dwudziestoleciu międzywojennym także stawała w obronie twórców piszących utwory o wymowie opozycyjnej wobec władzy. Oskarżycielom Ważyka musiało być niemiłe zestawienie ich z sanacyjną władzą. Puenta wypowiedzi poetki, mająca formę bezpośredniego zwrotu do adresata, jest przewrotna: "Niebezpiecznie jest być poetą. A może to jest właśnie przyjemnie, koledzy poeci, aż tak serio być traktowanym i móc podnosić aż tyle wrzawy?!". Komunikat zawarty w tych zdaniach w istocie brzmiał: "Koledzy poeci, nie dajmy się zwariować, nie czyńmy tyle wrzawy o to, co ostatecznie jest wytworem sztuki słowa i wyobraźni".
***
Ekscentryczna Iłła, jak o niej często mówiono w dwudziestoleciu międzywojennym, lubiła zaskakiwać swoimi wypowiedziami. Jako wielbicielka i tłumaczka różnojęzycznych utworów wystąpiła na jednym z poznańskich Czwartków Literackich w 1955 roku z pogadanką Dlaczego nie lubię książek. Ukazała w niej siebie jako tę, która nie lubi książek, bo nie potrafi oprzeć się urokowi lektury, żyć jednocześnie w świecie dzieła literackiego i rzeczywistym. "Tedy naj-najmocniej i z wielkim naciskiem ostrzegam państwa przed książkami. Im lepsza - tym nas łatwiej połknie", zwróciła się do swoich słuchaczy. Naśladując Kazimierę Iłłakowiczównę, należałoby przestrzec czytelników, że jej proza wciągnie ich w świat odmienny od tego, którego doświadczają poza literaturą. Spotkają na przykład ludzi, którzy kierują się w życiu dziwnymi zasadami, bo dbają o to, by w rozmowie z adwersarzem nic nie przekręcić z jego myśli i poglądów, a przede wszystkim, by koniecznie powiedzieć mu jakiś komplement. Znajdą świat, w którym jest wiele mankamentów, jednakże w przedstawianiu ich dominuje dobrotliwy, akceptujący niedoskonałości i odmienności komizm. Dystans poetki wobec słabości własnych i cudzych w połączeniu z akceptacją swojego życia i gotowością do nawiązania przyjaznych relacji ze spotykanymi ludźmi tworzy w jej wspomnieniowej prozie niepowtarzalny klimat, któremu warto dać się na jakiś czas "połknąć", by jednocześnie coś z niego wchłonąć w siebie.