Opatrując słowem wstępnem
Myśli Pascala, skreśliłem pokrótce wizerunek ich autora,
oraz charakter przesilenia, jakie przechodził wówczas Kościół.
Obecnie, dając w ręce publiczności
Prowincjałki, książkę poruszającą zagadnienie wiecznie
żywe, ale wyrosłe ze specjalnych a przebrzmiałych już dziś
kontrowersji i swarów, winienem jeszcze, choć w niewielu słowach,
oświetlić sprawy, koło których obraca się treść tych Listów.
Pragnę, aby czytelnik, nawet ten, który, przerzucając niecierpliwie
resztę, sięgnie wprost do rozdziałów, w których rozgrywa się
śmiertelny pojedynek między odosobnionym szermierzem, Pascalem, z
jednej strony, a potężnym zakonem Tow. Jezusowego z drugiej, aby
ten czytelnik mógł sobie zdać sprawę z istotnego charakteru tej
walki.
Kwestja Łaski i rozmaitego jej pojmowania sięga pierwszych
czasów Kościoła. Biorąc filozoficznie, kwestja ta miałaby swój
odpowiednik w pojęciu determinizmu i wolnej woli. Rozum mówi nam,
że każda nasza czynność jest nieuchronnym rezultatem zbiegu
działających przyczyn, które wytyczają linję naszego działania, jak
potrącenie jednej kuli wykreśla bieg wszystkich kulek na bilardzie.
Mimo to, mamy niezłomne poczucie wolności naszej woli. Chodzi tu
jakgdyby o dwie sprzeczne sobie prawdy, z których każda prawdziwą
jest w innym wymiarze.
Analogiczny problem uderza każdego myślącego chłopca w
szkole, w chwili gdy zapoznaje się z pierwszemi tajemnicami wiary.
Nic nie dzieje się bez woli bożej, a mimo to istnieje zło, mimo to
człowiek może się tej wszechmocnej woli sprzeciwić? Bóg wie o tem,
że stwarza danego człowieka do grzechu; stwarza go, a potem go
potępia? Oto istota zagadnienia o Łasce.
Naukę Chrystusa, mówiącego o sobie, iż on sam jest drogą,
prawdą i życiem, tłómaczy św. Paweł w ten sposób, iż łaska, którą
Bóg woła nas ku sobie, jest czystym darem, nie zaś nagrodą dobrych
uczynków; że Bóg niezbadanym wyrokiem wzrusza lub zatwardza serce
danego człowieka, spełniając w nas zarazem wolę i czyn, ku swojej
tem większej chwale. Tę naukę przeciwstawiał św. Paweł pogańskiej
rzekomo mądrości stoików, wedle których człowiek sam z siebie mocen
jest wznieść się do cnoty.
Nie wszyscy Ojcowie Kościoła stali na tak bezwzględnem
stanowisku wobec woli i wolności człowieka; zgoła nawet pogańskie
pojęcie wolnej woli znalazło wyraz w nauce mnicha Pelagjusza
(początek V wieku), który wręcz przeczył konieczności Łaski,
pojęciu grzechu pierworodnego, i głosił iż człowiek może własną
mocą osiągnąć zbawienie.
Przeciw Pelagjuszowi powstał św. Augustyn (354-430) ucząc,
iż człowiek nie posiada nic czegoby nie otrzymał od Boga; iż
oderwawszy się odeń przez grzech pierworodny, nie może sam doń
wrócić, tak jak puste naczynie nie może się samo napełnić; słowem,
św. Augustyn jest bezwzględnym obrońcą łaski. Napróżno
semipelagjanie (sekta mniej oddalona od nauki Kościoła niż czyści
pelagjanie) silili się połączyć oba pierwiastki: za sprawą św.
Augustyna potępiono i ich.
Szczęśliwszą rękę miał św. Tomasz (1227-1274), który
przyznaje wolnej woli większy zakres niż św. Augustyn. Bóg, wedle
niego, udziela łaski, która jedynie rozstrzyga o zbawieniu; ale
stan sposobny do jej przyjęcia jest aktem wolnej woli, mimo iż
również pochodzącym z Boga. Człowiek, wedle tomistów, ma możność
cnoty; przejście od tej możności do czynu jest dziełem łaski, t.
zw. skutecznej. Szkole tomistów przeciwstawiała się szkoła
skotystów, której patron Duns Scot (1275-1308) skłaniał się w
stronę koncepcji pelagjańskiej.
Podczas gdy wśród scholastyków wciąż ścierały się te dwa
zasadnicze kierunki, przyszła Reformacja, która, w intencji
oczyszczenia Chrystjanizmu, odtrąca wszelką myśl od ich pojednaniu.
Luter odrzuca wartość uczynków; źródłem zbawienia jest jedynie
łaska Jezusa Chrystusa. Wbrew niemu, Sobór trydencki (1545-1563)
podtrzymał zasadę obu pierwiastków, t. j. naukę o wszechmocy łaski
jak również o wolnej woli człowieka, które, w tajemniczy sposób,
istnieją obok siebie. Jedni teologowie skłaniają głowę przed tą
tajemnicą, inni silą się ją rozwikłać i określić: drażliwe
przedsięwzięcie, gdyż z jednej strony czyha niebezpieczeństwo
herezyi Lutra i Kalwina, z drugiej stary ale wciąż uparcie
wciskający się pod różnemi formami błąd Pelagjusza.
Ku stronie wolnej wolni przechyla się hiszpański jezuita
Molina (1535-1601), starając się złagodzić surową i beznadziejną
łaskę skuteczną, zapomocą bardziej przystępnej łaski
wystarczającej. Łaska ta - w przeciwieństwie do skutecznej - dana
jest wszystkim ludziom; od nas zależy czy stanie się ona skuteczną,
t. zn. przejdzie w stan czynny, czy też pozostanie jednie
wystarczającą, jakgdyby w stanie energji potencjalnej. (Trzeba tu
zaznaczyć wszelako - odnośnie do ironicznych uwag Pascala o tej
łasce wystarczającej która nie wystarcza - iż łaciński termin
sufficiens ma poniekąd inny odcień niż francuskie
suffisant, wystarczający). Przeciw tej-to nauce podniósł się Jansenjusz, biskup z
Ypres (1585-1638), upatrując w niej niebezpieczne dla katolicyzmu
wskrzeszenie herezji Pelagjusza, która, za pośrednictwem Originesa,
wsączyła się w Kościół z filozofji pogańskiej. Zamierzał jej
przeciwstawić czystą naukę św. Augustyna. Strawiwszy 20 lat na
studjowaniu tego Ojca Kościoła, którego dzieła przeczytał więcej
niż trzydzieści razy, wyłożył swe pojęcia w książce p. t.
Augustinus, przedkładają ją zresztą powolnie Stolicy
Apostolskiej. Wyznawcy Jansenjusza, t. zw. janseniści, skupili się
koło żeńskiego klasztoru
Port-Royal, jako surowe zgromadzenie "samotników",
wprowadzających bezwzględny, ascetyczny niemal ideał
chrześcijaństwa. Wedle Jansenjusza, wolny wybór, który moliniści przyznają
człowiekowi, człowiek miał, ale przed upadkiem. Grzech pierworodny
skaził jego duszę do cna: nie jest to plama którą można zmyć, ale
skażenie sięgające do głębi. Miejsce miłości Boga zajęła miłość
samego siebie, pożądliwość. Człowiek oderwał się do Boga, i jedynie
Bóg może go do siebie przywołać i wrócić.
Jezuici, w których naukę i politykę mierzył ten sposób
wykładania św. Augustyna, i którym wogóle ten święty nie był na
rękę jako zbyt radykalny, zaczęli się krzątać około potępienia
książki. Dzieło
Augustinus ukazało się, już po śmierci Jansenjusza, w r.
1640; w r. 1653, głównie dzięki poparciu królowej i spowiednika
królewskiego, O. Annat (tego, do którego Pascal zwraca ostatnie
listy), uzyskali Jezuici bullę papieską, potępiającą 5 Twierdzeń
zaczerpniętych z dzieła Janseniusza. Twierdzenia te, wyosobnione z
działa, są niemal zupełnym zaprzeczeniem wolnej woli i trącą mocno
herezją protestantów. Mimo wezwań, przeciwnicy Jansenjusza nie
zdołali wskazać miejsc gdzie rzekomo znajdują się one w dziele:
wedle wyrażenia Bossueta są one duszą książki. Nie sądźmy, aby to wszystko były kontrowersje czysto
scholastyczne, o martwe litery i słowa. W sprawach religji,
wszelkie odchylenie nauki znajduje wyraz w życiu i obyczajach; w
dalszym ciągu zobaczymy, iż, pod temi formułami, ścierają się z
sobą dwa wrogie światopoglądy, dwa przeciwne stany duszy.
Otóż, w chwili właśnie gdy Pascal zbliżył się do
Port-Royal aby się tam zamknąć w ciszy i medytacji zdala od zgiełku
świata, spór przeniósł się z Rzymu na forum paryskie i skupił się
dokoła osoby i pism Arnaulda. Początkiem sporu był fakt
następujący: Proboszcz parafji Saint-Sulpice w Paryżu odmówił
komunji księciu de Liancourt, za jego bliskie stosunki z
Port-Royal. Na to, Arnauld wydał w tej sprawie list, który ściągnął
nań gwałtowny atak jezuitów. Arnauld, zaniepokojony, odpowiedział
drugim listem: mimo że poddawał się w nim bulli papieskiej z dnia
31 maja 1653 potępiającej 5 rzekomych twierdzeń Jansenjusza
(Arnauld nie uznaje wszelako, aby Jansenjusz je wyraził), Jezuici
obwinili go iż broni tych błędów i podziela je. Zarzucili mu: 1°,
iż usprawiedliwia książkę Jansenjusza i podaje w wątpliwość czy owe
twierdzenia się w niej znajdują; 2°, iż powtarza błąd pierwszego z
nich, ukazując, w św. Piotrze zapierającym się Chrystusa,
sprawiedliwego któremu niestało łaski.
Ten drugi list przekazali Jezuici Fakultetowi teologji;
czując zaś za sobą rząd, który niechętnem i podejrzliwem okiem
patrzał na jansenizm wietrząc w nim powinowactwo polityczne z
Frondą, niewiele robili sobie ceremonji z formami
prawnemi. Przydzielili Fakultetowi 40 mnichów żebrzących, podczas
gdy regulamin dozwalał jedynie ośmiu nadliczbowych sędziów; w ten
sposób uzyskali większość, co dało Pascalowi przyczynę do słynnego
powiedzenia, że "zawsze znajdzie się więcej mnichów niż
argumentów." Daremnie Arnauld ogłaszał liczne pisma, w których
oświadczał iż podziela naukę św. Tomasza tyczącą łaski
wystarczającej, różnej od łaski skutecznej; daremnie potępiał 5
Twierdzeń, gdziekolwiekby się znalazły, przepraszając papieża i
biskupów za swój list. Ustępstwa te, które wiele kosztowały
nieprzejednanego teologa, nie zdały się na nic. Nie pozwolono mu
nawet przemawiać osobiście; potępiono go 124 głosami przeciw 71; 15
zostało neutralnych.
Na razie, potępienie to tyczyło pierwszego punktu,
faktycznego, t. j. tego, iż Arnauld przeczy jakoby inkryminowane
twierdzenia znajdowały się w Jansenjuszu; obecnie miano sądzić
drugi punkt oskarżenia: ważniejszy, gdyż dotyczył kwestji wiary.
Tomiści, których głos byłby "języczkiem u wagi", byli skłonni
uwolnić Arnaulda, byle wyraźnie uznał ulubioną im łaskę
wystarczającą. Jezuici, którzy mieli z rodziną Arnauldów zadawnione
porachunki, chcieli bezwzględnego potępienia. W tej opresji, jedyną
nadzieją było przenieść sprawę z forum Sorbony, gdzie zdawała się
stracona, przed forum publiczności, i, tą drogą, przeciągnąć
wahające się głosy na rzecz Arnaulda. A grożące mu potępienie nie
było kwestją wyłącznie teoretyczną: łączyło się z niem wykluczenie
z Sorbony, tułaczka na wygnaniu lub więzienie w Bastylji, w której
lata całe spędził patrjarcha jansenizmu, X. de Saint-Cyran!
Arnauld próbował skreślić swą obronę w formie mającej
trafić do szerszej publiczności, ale pióro uczonego teologa było
zbyt ciężkie do tego użytku. Zwrócono się do Pascala, świeżo
pozyskanego "sympatyka"
Port-Royal (ściśle wziąwszy, nie należał on do
Port-Royal nigdy). W kilka dni, Pascal napisał pierwszy
list: odczytał go przyjaciołom z
Port-Royal, którzy byli olśnieni; zaczem, dnia 23 stycznia
1656, w dziewięć dni po skazaniu Arnaulda, ukazał się (oczywiście
bezimiennie) ten pierwszy list w druku: wielka data literatury
francuskiej! Księgarz dał mu, z własnego pomysłu, nagłówek: List
pisany do mieszkańca prowincyi przez jednego z przyjaciół, od czego
niebawem publiczność zaczęła wszystkim kolejno ukazującym się
listom dawać poufałe miano
Prowincjałek (Les provinciales). W chwilach gdy Pascal ujmował pióro do ręki aby się
wmięszać w ten spór, zdawałoby się ściśle teologiczny, nie był
teologiem. Nawrócenie jego i zbliżenie do
Port-Royal było następstwem raczej przełomu wewnętrznego,
uczuciowego, niż owocem ścisłych dociekań. Ale, Pascal nie był w
tem dziele sam. Żyjąc w atmosferze
Port-Royalu, musiał osłuchać się ze wszystkimi arkanami
toczącego się sporu; zresztą, o ile chodziło o materjały,
argumenty, miał za sobą przyjaciół z
Port-Royal, miał wreszcie wydane i niewydane pisma samego
Arnaulda, z których czerpie bardzo wiele. I właśnie ta "niefachowość" Pascala okazała się największą
jego siłą. Teolog, od młodu zaprawny w kontorwersjach
scholastycznych, znudziłby publiczność i odstraszyłby ją od
lektury. Pascal obejmuje kwestję jasnem spojrzeniem uczonego,
logika i światowca; wyłuskuje ją z gąszczu scholastyki, wyławia to
co zasadnicze, wymacuje słabe punkty, obnaża je w sposób
uwydatniający słabiznę i przedstawia w sposób jasny i zrozumiały
dla każdego oka. Co prawda, dodaje jeden atut, którego nie
oczekiwano, a przynajmniej z pewnością nie w tym stopniu: talent,
geniusz pisarski, dzięki któremu najsuchszy, najdalszy - zdawałoby
się - od życia przedmiot tętni życiem pod jego piórem, zajmuje i
bawi. Od pierwszych słów, czytelnik (mówię zwłaszcza o czytelniku z
r. 1656) jest wzięty: skoro przeczytał pierwsze słowa, można być
pewnym, że doczyta do końca. Ciężki i trudny materjał staje się
dostępnym dla każdej inteligencji. Od pierwszej
Prowincjałki, ten święty człowiek objawia talent
urodzonego "feljetonisty". Używa wszelkich sposobów, aby urozmaicić
swój temat: dramatyzuje, djaloguje, ironizuje, zręcznie, lekko,
dowcipnie. Literatura francuska - a cóż dopiero mówić o teologji! -
nie znała takiego ujęcia rzeczy. Nie jest to książka napisana z planem. Jedna
Prowincjałka rodzi się z drugiej, oraz z obrotu wypadków.
Zarazem, Pascal wmyśla się w swój przedmiot, zapoznaje się z nim w
miarę pisania: myśli jego dojrzewają i mężnieją pod piórem.
Kwestja, zrazu okolicznościowa i specjalna, nabiera coraz bardziej
ogólnego, ludzkiego charakteru; i to jest przyczyna, dla której
Prowincjałki o tyle wieków przeżyły i przeżyją spór z
którego się poczęły. Zrazu, Pascal wchodzi w materję nieco lekko. Łaska
skuteczna, łaska wystarczająca "która nie wystarcza", są dlań
materjałem, na którym harcuje jego błyskotliwa logika. Pióro jego
nabiera powagi w miarę jak Pascal zapuszcza się w przedmiot, który
obraża jego poczucia ludzkie i moralne: stopniowo, pod wpływem
ognia walki, powaga ta przeradza się w płomień oburzenia. Znak,
który, w czasie tej walki, Pascal - w swojem mniemaniu - otrzymał
od Boga, pogłębia jeszcze ton, jakim przemawia. Wreszcie, w
ostatnich listach, Pascal powraca do kwestji Łaski, poruszonej w
pierwszych
Prowincjałkach, ale jakże inaczej: przedmiot świetnej
djalektyki mózgu staje się głęboko czutą prawdą serca. Pierwszy
List do mieszkańca prowincji wywołał nieopisane wrzenie.
Kanclerz Seguier wzburzył się nim tak, iż podobno musiano mu siedm
razy krew puszczać. W dziesięć dni potem, uwięziono księgarza
Port-Royalu, opieczętowano drukarnię. Nazajutrz po
opieczętowaniu, ukazał się drugi list, po nim trzeci, czwarty i
następne, drukowane, rozpowszechniane z nieopisaną zręcznością,
urągając wszelkim śledztwom i prześladowaniom. A poważni samotnicy
z
Port-Royal śmiali się serdecznie - może pierwszy raz w
życiu - czytając te klejnociki wykwintnej a miażdżącej ironji, i
bawiąc się zdumieniem, wściekłością swoich prześladowców. Dwór,
salony, Paryż nie mówią o niczem innem. Bezpośredni cel pierwszej
Prowincjałki - wstrzymanie ponownego potępienia Arnaulda -
zawiódł: właśnie Pascal kończył drugi list, kiedy go powiadomiono o
skazaniu stu trzydziestoma głosami przeciw dziesięciu. Wykluczony z
fakultetu, Arnauld, nie chcąc się ukorzyć, ukrył się aby uniknąć
Bastylji. Pascal nie składa pióra. Nie mogąc zapobiedz Cenzurze,
stara się ją zbagatelizować: "To nie są dysputy teologji, mówi, ale
teologów". Istotnie; toteż, gdyby
Prowincjałki kręciły się całe koło tego tematu, wówczas,
mimo talentu pisarskiego autora, nie ostągnęłyby tej doniosłości
jaką posiadają. Ale pomiędzy jansenizmem a jezuitami, było coś więcej niż
różnice teologiczne. Poza chłodnemi dziś dla nas terminami łaski
skutecznej a wystarczającej, rozgrywa się pojedynek dwóch zasad,
zderzenie dwóch odrębnych światów. Jedni przesuwają cały punkt
ciężkości naszego istnienia poza doczesność, poza świat, poza
życie. Da Pascala, religia jest straszliwym dramatem, w którym, w
każdej godzinie, człowiek gra o swoją duszę, o swoją wieczność;
miłość Boga jest tu niby płomień, spalający wszystko co nie jest
Bogiem i tą ku niemu miłością. To jansenizm: z tem jeszcze
uzupełnieniem, iż Pascal wnosi w tę surową, z pierwszemi epokami
chrześcijaństwa wiążącą się naukę, cały żar swej namiętnej,
niespokojnej, głęboko czującej duszy.
Jezuityzm natomiast - tak jak go Pascal pojmuje i
przedstawia - to religja brana z punktu doczesności, regulator
naszego życia na ziemi, z baczeniem na to aby ten regulator był jak
najmniej uciążliwy, aby, broń Boże, kogo nie odstręczył, aby jak
najmniej wkraczał w upodobania, nałogi, i namiętności każdego. Ta
religia zadowalająca się małem, nie wnikająca w każdej godzinie w
samą głąb duszy, jest Pascalowi nienawistna, ohydna. Zdobycze
czynione przez jezuitów na rzecz katolicyzmu są, w jego oczach,
czysto formalne: im szerzej, tem płycej. Jezuityzm, to dla niego
pelagianizm, to bałwochwalstwo, niemal pogaństwo.
Pascal dostrzega ścisły związek pomiędzy teologią
"molinistów" a ich zasadami moralnemi, i do tych przechodzi śmiałym
rzutem w czwartym liście: począwszy zaś od piątego aż do
szesnastego, wyłącznym przedmiotem
Prowincjałek będzie owa słynna kampanja przeciw zakonowi
Jezuitów, która zadała Towarzystwu Jezusowemu nigdy niezagojone
rany, i która - częścią dzięki żywotności i sile tego zakonu -
sprawia iż
Prowincjałki przetrwały o całe wieki sprawę Arnaulda i
Jansenjusza. Bardziej powierzchownemu czytelnikowi radzę też
rozpocząć lekturę od piątego listu, iżby się nie zniechęcił zanim
doń dotrze. Już poprzednio, Pascal, dążąc do ożywienia i
uplastycznienia poruszanych kwiestji, nadał im formę djalogu:
udając, sokratycznym sposobem, nieświadomego, odbywa "ankietę",
kierując nią tak, aby wydobyć to czego pragnie. Obecnie, organizuje
formalną komedyjkę: udaje się jakoby do O. Jezuity, zacnego i
dobrodusznego człeczyny (podziwiajmy w tem zręczność taktyczną
Pascala, iż nie zohydza swego interlokutora; przeciwnie, zdejmuje
odium z jednostki, aby tem silniej uderzyć w system, w ducha
Zakonu), i wywiaduje się, z najlepszą napozór wiarą, o sekrety
nauki i polityki Jezuitów. Dobry ojciec, rad że znalazł tak
inteligentnego, ciekawego i powolnego ucznia, roztacza przed nim
wszystkie arkana. Ukazuje nam, jedną po drugiej, wszystkie
okropności, które przytacza z najdoskonalszą pogodą ducha,
zachwytem, zgoła na wiarę i przez cześć dla nazwisk któremi je
popiera. I wciąż cytuje nam najwierniej źródło: tytuł dzieła,
rozdział, stronicę...
Cóż wynika, wedle Pascala, z tych cytatów? To, iż kazuiści
fałszują ducha religii, poniżają ją chcąc ją ułatwić; naginają
prawo boże do ludzkich słabości i występków; mają do wyboru zasady
na wszystkie gusty: surowe dla pobożnych, swobodne dla światowców i
rozwiązłych. Aby to osiągnąć, stworzyli system mniemań
prawdopodobnych, wedle którego wszelkie mniemanie wyrażone przez
jednego bodaj poważnego teologa jest prawdopodobne i można bez
grzechu się go trzymać, choćby inne, przeciwne mu, było równie lub
bardziej prawdopodobne: dają zaś owi kazuiści w każdym przedmiocie
tyle sprzecznych mniemań, iż można z nich wybierać co komu dogadza,
czyli że wszelka zasada, wszelka busola etyczna znika. Więcej
jeszcze: spowiednik, pod karą grzechu śmiertelnego, musi udzielić
rozgrzeszenia temu, kto, grzesząc, trzymał się jakiegoś mniemania
prawdopodobnego, choćby sam spowiednik podzielał przeciwne
mniemanie. Brak tylko jednej rzeczy dodaje z dobroduszną niby
ironią Pascal: t. j. aby zmuszono i świeckie trybunały do
uszanowania tych prawdopodobieństw: na razie bowiem, sędziowie są
tak niedelikatni iż karzą chłostą i stryczkiem tego, kto np.
kradnie i zabija, choćby się powoływał na mniemanie bodaj
najpoważniejszego ojca kazuisty...
W tym samym dniu w którym ukazała się 5-ta
Prowincjałka, "samotnicy" z
Port-Royal otrzymali rozkaz rozprószenia się: było to
następstwo skazania Arnaulda. Zachodziła obawa, iż w ślad za tem
pójdą i dalsze represje, jak rozpędzenie zakonnic i usunięcie ich
spowiedników. Naraz, w chwili gdy cały
Port-Royal trwa w żałobie i lęku, objawił się cud:
przynajmniej uważali to za cud janseniści i znaczna część ogółu.
Mała Małgorzata Périer, rodzona siostrzenica Pascala, cierpiąca
zdawna na ropienie woreczka łzowego, dostąpiła nagłego uleczenia,
przez dotknięcie ciernia z korony Zbawiciela, przechowywanego w
klasztorze. Rozgłos tego cudu, stwierdzonego przez lekarzy
zbliżonych do
Port-Royal, spowodował zwrot na korzyść jansenistów; nie
było już mowy o rozpędzeniu klasztoru, pozwolono samotnikom wrócić
do swej samotni. Można sobie wyobrazić, czem był ten cud dla
Pascala: musiał go uważać za bezpośrednią wskazówkę Nieba, że droga
którą kroczy jest dobra. Jakoż, nie ustaje w walce wydanej
wszechpotężnemu zakonowi; w krótkich odstępach czasu pojawia się
jeden list po drugim: wciąż tą samą metodą, z niesłabnącą werwą i
pomysłowością w ożywianiu kwestji, wyciąga Pascal z ust dobrego
ojca coraz to nowe rewelacye: tyczące postów, pojedynków, symonji,
kradzieży, zabójstwa, porubstwa, lichwy, bankructwa, przekupstwa,
potwarzy. Wreszcie, dochodzi do punktu, który przepełnia w nim
miarę oburzenia, t. j. do sakramentu spowiedzi i komunji, do
skruchy i miłości Boga. Tu Pascal kładzie koniec misternej
komedyjce; tu już żart, ironja, byłyby za słabym wyrazem: "Zaiste,
ojcze, przerywa, tu już kończy się wszelka cierpliwość: poprostu
zgroza bierze tego słuchać..." Jakoż, odtąd, od jedenastego do
szesnastego listu, Pascal będzie przemawiał wprost: subtelny
ironista zagrzmi głosem płomiennego kaznodziei. List jedenasty zwrócony jest już nie do "przyjaciela z
prowincji", ale wprost do "Wielebnych OO. Jezuitów". Bo też i
jezuici nie pozostali bierni. Sprawa zaczęła przybierać zbyt
niepokojący dla Zakonu obrót. Poruszeni faktami cytowanymi w
Prowincjałkach, proboszczowie paryzcy podjęli akcję
przeciw jezuitom. Ze swej strony, Ojcowie, którzy w milczeniu
znieśli pierwsze listy (tyczące raczej stanowiska Tomistów), teraz,
kiedy nieznany, zuchwały, a tak dobrze poinformowany autor ugodził
w ich najczulszą stronę - w ich "rząd dusz", w kazuistykę - sypali
odpowiedź po odpowiedzi. Obwiniali autora
Prowincjałek, którego zwali wzgardliwie "sekretarzem
Port-Royalu", że podaje na śmiech rzeczy święte, że gra na
niskich instynktach publiczności, że fałszuje cytaty, że wreszcie
jest heretykiem, etc. Pascal odpowiada tedy, odpowiada z niepospolitą siłą i
wymową. Tę część
Prowincjałek porównywano z Demostenesem. Podczas gdy
Prowincjałki święciły, kosztem jezuitów, tryumf na forum
opinji, wrogowie jansenistów gotowali ich sprawie nową klęskę. W
kilka dni po 13 tym liście Pascala, wydał papież Aleksander VIII
(16 października 1656) bullę, potępiającą raz jeszcze 5 Twierdzeń,
i to jako twierdzeń mieszczących się w książce Jansenjusza. Na
razie, Pascal nie porusza tej drażliwej sprawy, tem energiczniej
tylko naciera na tych, których uważa za tajemną sprężynę
papieskiego wyroku. Dopiero w 17 liście, zwróconym wprost i imiennie do O.
Annat, przechodzi Pascal do kwestji Twierdzeń i ich potępienia.
Rozróżnia jasno i stanowczo kwestje faktyczne od kwestji wiary;
określa granice, poza które nie sięga powaga nawet papieska. Są
rzeczy, którym logika uczonego, przesiąkła mimowiednie kartezjańską
metodą poznania, nie umie się poddać; Pascal, genjalny fizyk, autor
doświadczeń nad próżnią i ciężarem powietrza, powiada wręcz:
"Napróżno też wydaliście przeciw Galileuszowi ów dekret Rzymu,
potępiający jego naukę o obrocie ziemi. Nie sprawicie przez to, aby
stanęła w miejscu; i, gdyby się miało niezbite spostrzeżenia, że to
ona się obraca wszyscy ludzie razem nie przeszkodziliby się jej
kręcić i sobie samym kręcić się wraz z nią" (str. 404). Toż samo,
wolno papieżowi potępić 5 Twierdzeń, i przed tem Pascal, wraz z
całym światem katolickim, uchyla czoło; ale to, czy te Twierdzenia
znajdują się w książce Jansenjusza czy nie, to jest kwestja
faktyczna, którą każdy może sprawdzić własnemi oczyma, i przeciw
świadectwu tych oczu nawet sam Rzym nie ma mocy.
Pascal gorączkowo powraca wciąż do tego punktu, wciąż
oświetla go na różne sposoby, czuje bowiem niebezpieczeństwo, które
w istocie nadeszło: był zamiar, pod wpływem jezuitów, zażądać od
każdego duchownego, aby podpisał potępienie 5 Twierdzeń jako
Twierdzeń Jansenjusza. Otóż, jeżeli janseniści odmówią podpisu, nie
uznając potępionych twierdzeń jako twierdzeń Jansenjusza, nic
łatwiejszego, jak wyzyskać tę odmowę aby ich pomówić o herezję;
jeżeli podpiszą, następną konsekwencją, jaką wyciągną z tego
jezuici, będzie dowieść, iż potępiono łaskę skuteczną św.
Augustyna, która stanowi prawdziwego ducha książki Jansenjusza. I
wówczas już, usunąwszy swą groźną rywalkę, zapanuje niepodzielnie
łaska wystarczająca, wykładana w rozumieniu Jezuitów; czyli
pelagjanizm, ruina katolicyzmu! O taki piekielny zamach na łaskę
skuteczną pomawia Pascal zakon Tow. Jezusowego.
To, czego
Port-Royal się obawiał, stało się. Zgromadzenia kleru
francuskiego, otrzymawszy bullę Aleksandra VII, ułożyło w istocie
formularz do podpisania. Pascal chwycił jeszcze raz za pióro; ale -
być może, lękając się iż raczej podrażni niż poskromi wrogów
Port-Royalu, - poniechał zamiaru; XIX
Prowincjałka pozostała niedokończona. Oto pokrótce historja
Prowincjałek: trzeba mi jeszcze oświetlić kilka punktów
tyczących głównej a tak drażliwej części tej książki, t. j. jej
słynnej kampanji przeciw Jezuitom. Wszystko, co jezuici wytoczyli w czasie tej kampanji na
swoją obronę, było nader słabe. Czuli snać sami dobrze że sprawa
nie została zamknięta, gdyż, jeszcze w czterdzieści lat blisko po
ogłoszeniu
Prowincjałek, O. Daniel (1694) wychodzi przeciw nim do
boju. Wśród argumentów, nie brakło oczywiście i takich, które wręcz
podają w wątpliwość prawdziwość cytatów użytych przez Pascala. Tu,
rzecz zbyt łatwa jest do sprawdzenia; pomijając inne względy,
trudno posądzić Pascala o tę niezręczność, aby fałszywemi lub
nieścisłemi cytatami dawał broń przeciw sobie. Ale cytaty te, będąc
wiernie literalnie, mogłyby być tendencyjnie wybrane i zestawione,
co, przy wyjętych pojedynczych zdaniach, łatwo może się zdarzyć.
Otóż, i to nie. Wybór i zestawienie cytatów jest dziełem Eskobara,
uczonego kompilatora a zarazem apologisty 24 ojców kazuistów. Z
niego Pascal czerpie swoje dowody; o ile popełnia jakąś
niedokładność, popełnia ją za Eskobarem, który, jeżeli daje tym
orzeczeniem jakieś oświetlenie, to jedynie w duchu najżyczliwszym
dla cytowanych ojców. Ten punkt tedy sprawy Pascala należy uważać
za osądzony. Skoro tedy cytaty są prawdziwe, akt oskarżenia przeciw
zawartemu w nich zgorszeniu ułożony jest przez Pascala tak świetnie
i wymownie, że niema potrzeby dodawać w tym duchu ani słowa. Raczej
przeciwnie; raczej trzeba rzecz parę słów dla stonowania obrazu;
trzeba oświetlić kwestję na tle epoki, aby złagodzić te rysy, w
których akt oskarżenia idzie za daleko i staje się poniekąd
niesprawiedliwy.
"Pascal, powiada Sainte-Bevue, zabił scholastykę w
moralności, jak Descartes uprzątnął ją z metafizyki". Oto olbrzymia
doniosłość jego dzieła. Ale, prowadząc to dzieło oczyszczenia,
Pascal, nie teolog, biorący wszystko bezpośrednio po ludzku, myli
się niekiedy w tem, iż wyciąga doniosłe konsekwencje moralne z
rzeczy, które, w gruncie, tkwią raczej w scholastyce. Spojrzał na
teologję świeżemi oczyma profana; spojrzał na swą epokę oczyma
genjalnego człowieka, który ją wyprzedził. Godnem uwagi jest, iż
niektóre dzieła, które Pascal najostrzej atakuje, św. Karol
Boromeusz i św. Franciszek Salezy zalecają jako wielce użyteczne:
to, co uderzyło Pascala wydzierając zeń krzyki oburzenia, ich,
nawykłych do scholastycznych właściwości myślenia, mogło nie
urazić.
Weźmy przykład cytowany przez Strowskiego w pięknej jego
książce. Chodzi o post. Jedzenie jest naruszeniem postu, picie nie.
Ergo, ten, kto pije wino, choćby pił w największej ilości,
choćby i hipokras (wino z korzeniami), nie łamie postu, wnioskuje
logicznie kazuista. Pascala oburza to rozstrzygnienie do żywego:
ale, czy to znaczy, że ów kazuista chciał zachęcić do upijania się
w post? Nie; ten, kto upije się, grzeszy przeciw grzechowi
pijaństwa, zatem grzeszy śmiertelnie; ale - nie łamie postu. To
tylko ścisłe jurydyczne
distinguo. Chodzi poprostu o dwa oddzielne paragrafy.
Takiemi rozróżnieniami stoi wszak kodeks karny i cywilny; błąd
kazuistyki w tem, iż chce wprowadzić drobiazgową i formalną
kodyfikację tam, gdzie winien władać jeno duch. Te łamigłówki
kazuistyczne, bliskie jeszcze owych średniowiecznych dysput np. o
tem "w którym miesiącu płód ma duszę", stanowią treść wielu
dziwacznych rozstrzygnięć które tak oburzają Pascala. Nieraz widzi
zbrodnicze intencje przeciw moralności, tam, gdzie może poprostu
jakiś sędziwy kazuista o skostniałym mózgu, wykreslający swe
orzeczenia niby geometryczne figury, popełnił błąd w ustawieniu
sylogizmu. Patrzmyż dalej, dokąd może zawieść czysta logika. Celem
kazuistyki było ułatwienie spowiednikom ich zadania; jasnem jest
wszelako, iż rozstrzygnięcia poszczególnych teologów mogą się
różnić między sobą. Otóż, biorąc logicznie, czy skromny spowiednik
może odmówić rozgrzeszenia penitentowi, jeżeli ten, na swoje
poparcie, ma bodaj jedną poważną opinję uczonego kapłana, głośnego
wiedzą i cnotą? Zatem widzimisię przygodnego spowiednika miałoby
rozstrzygać o duszy ludzkiej! Czy sąd nie uwalnia obwinionego,
jeżeli brakuje bodaj jednej formalności do dowiedzenia winy? I oto,
skoro spojrzeć z innej strony, ta nauka o prawdopodobieństwach, tak
potwornie wyglądająca w ujęciu Pascala, przedstawi się jakże
niewinnie i naturalnie! Jest powiedziane:
Cobądź rozwiążecie na ziemi, będzie rozwiązane w niebie;
zatem może sobie rzec dobry kapłan, rozwiązujmy, rozwiązujmy jak
najwięcej. Przed trybunałem spowiedzi, prokuratorem jest straszne
prawo boże; kazuistyka podejmuje się wdzięcznej roli obrońcy,
gromadzi wszystkie możliwe alibi i okoliczności łagodzące. O cóż
chodzi? powiada dobry ojciec jezuita mówiąc o "łatwej dewocji": o
to, aby człowiek dostał się do nieba; a to jest wszak w rękach
kapłana, który, rozgrzeszeniem swojem, czyni go białym jak lilijkę.
Maż mu odmawiać tej niewinnej przysługi? Czyż nie jest tedy
dobrodziejstwem nauka, która pozwala rozgrzeszać ze wszystkiego?
Stąd naiwny zachwyt dobrego O. Jezuity, kiedy odsłania swemu
gościowi sekrety tej wiedzy. Część zatem odpowiedzialności za to, co w kazuistach
obraża najprostsze poczucia etyczne,nawet świeckie, ponosi
niewątpliwie scholastyka. Ale Pascal nie patrzy tak na rzeczy: on
dopatruje się w Tow. Jezusowem demonicznych intencji owładnięcia
światem, kosztem skażenia moralności i znieprawienia nauki
kościoła. Jest i w tem pojęciu niewątpliwie pewne nieporozumienie;
słusznie zauważa Strowski, że Pascal, jak i cały Port-Royal,
niezupełnie zrozumiał jezuitów, pomawiając ich o świadomą złą
wiarę. Były to, jak już zaznaczyłem, dwa zupełnie różne światy;
religja czysta, a religja "stosowana". Inna rzecz jest uciec od
świata na pustelnię, inna regulować życie duchowe i obyczajowe
przeciętnej masy ludzi. W pierwszem, bezwzględnem pojęciu, religja
jest nie zmienna: poglądy św. Augustyna, który żył w V wieku w
Afryce, są obowiązujące dla Paryżanina z XVII wieku. W praktyce
jednak obyczaje się zmieniają; stąd zjawisko, które tak bardzo
gorszy Pascala, iż OO. Jezuici oddając teoretycznie należny hołd
dawnym ojcom, w kwestjach obyczajów zalecają się trzymać nowszych.
Dam zaraz przykład, jak trudnem byłoby nieraz iść nawspak
duchowi "świata". Weźmy z
Prowincjałek, ustęp o pojedynkach. Pascal stoi,
oczywiście, bezwzględnie na stanowisku Dekalogu i Ewangelji, i
bezwzględnie też odrzuca pojedynek; chociażby za zniewagę, choćby
za policzek. Otóż, chciałbym widzieć w tej sytuacji szlachcica,
nietylko we Francji, ale np. u nas, choćby samego przezacnego
Longina Podbipiętę, któremuby chciano wzbronić "wyzwania na rękę"
tego, kto go obrazi! Raczej zostanie Turkiem, kalwinem... Stąd
widzimy, iż dobrzy ojcowie jezuici, wiedząc że głową nie przebiją
muru pewnych pojęć, kręcą jak umieją tą mądrą główką, aby obejść
niewygodne przykazanie. O jednem też musimy pamiętać. Myśląc o konfesjonale,
wyobrażamy dziś sobie kapłana i lud, lub bodaj kapłana i obcego mu
penitenta, z którym nic go, poza konfesjonałem, nie łączy. Inaczej
w owym czasie. Tę kazuistykę trzeba brać w znacznej mierze pod
kątem penitenta-magnata, który trzyma przy sobie spowiednika, tak
jak ma nadwornego aptekarza, medyka, iżby miał gwarancję zbawienia
duszy, jak i zdrowia cielesnego. Rola spowiednika nie była tu
łatwa: dostojny penitent chciał być w porządku z Bogiem i
Kościołem, ale nie chciał zmienić ani na jotę swego życia.
Wyobraźmy sobie spowiednika Katarzyny medycejskiej, Henryka III,
lub wreszcie Ludwika XIV za młodu, w epoce jego bujnych amorów z
pp. de la Valli?re, de Montespan...
Port-Royal, złożony ze szczupłej garstki wybranych, nie
znał tych trudności; ale jezuici, jako spowiednicy, mieli do
czynienia z królami: a wreszcie czyż każdy szlachcic wówczas nie
był też małym królikiem? "Ideałem naszym, wzdycha dobry O. jezuita,
byłoby nie tworzyć innych zasad niż zasady ewangelji w całej ich
surowości... Ale, ludzie są dziś tak zepsuci, iż, nie mogąc ich
ściągnąć do siebie, musimy iść do nich; inaczej porzuciliby nas,
staliby się gorsi i opuściliby nas zupełnie"... Pascal wkłada te
słowa w usta dobremu ojcu (str. 98) z ironją, ale są one godne
zastanowienia... "Porzuciliby nas..." Istotnie, nie tak dawne były czasy,
kiedy Henryk VIII angielski, nie lubiący się krępować w życiu,
zrzucił jarzmo katolicyzmu i ogłosił się głową kościoła. Katolicyzm
przechodził ciężką próbę. Na tych, którym on ciężył, czyhał z
jednej strony protestantyzm, z drugiej "libertynizm",
bezreligijność, która w owym XVII w. szerzyła się o wiele bardziej
i groźniej niż to sobie wyobrażamy. Katolicyzm tedy, w stosunku do
swych owieczek, lęka się zbyt nieprzejednanego stanowiska: prowadzi
politykę, wraz z jej kompromisami i giętkością, a wyrazem tej
polityki są jezuici. Tego Pascal nie umie i nie chce zrozumieć.
Ta polityka tłómaczy może wiele najbardziej gorszących
rozstrzygnięć kazuistów. Czy w ówczesnej polityce świeckiej
istnieje jakakolwiek zbrodnia, którejby nie usprawiedliwiało to
jedno słówko: "racja stanu?" Czy świadome kłamstwo, nawet bez
fatygi "myślowych zastrzeżeń", nie jest do dziś podstawą wszelkiej
dyplomacji? Czy np. w stosunkach międzynarodowych, fałszerstwo i
potwarz nie stanowią uświęconych środków? Dziś, religje - nie bez
rezygnacji - wyrzekły się w znacznej mierze dawnej zaborczości:
może dlatego, iż wyschły źródła żywej wiary. Ale wówczas ludzkość
do tego nie doszła: Arnauld, sam tułając się i kryjąc przed
prześladowaniem ze strony wrogów jansenizmu, przyklaskuje
najostrzejszym środkom represji, o ile odnoszą się do Lutrów i
Kalwinów... Jakżeby tedy nie miało być wolno zabić kogoś, kto
działa na szkodę zakonu jezuitów, skoro zwycięstwo tego zakonu, to,
w oczach jego członków, zwycięstwo religji i samego Boga? Jak
bardzo wszystkie te pojęcia były w duchu epoki, świadczy fakt, iż
kazuiści nie kryli się z niemi bynajmniej: ogłaszali je w
najprostszy sposób drukiem, i każdy mógł je czytać, zgoła nie tak
jak owe ich mityczne
monita secreta. Eskobar rozchodzi się w dziesiątkach
wydań. Prawda, iż, maksymy te, drukowane po łacinie, miały jakgdyby
inny charakter, niż kiedy Pascal je ubrał w doskonałą francuską
prozę. Czytając
Prowincjałki, mamy uczucie, że ktoś otworzył okna i
wpuścił powietrze do zatęchłej piwnicy. Jesteśmy z Pascalem. Ale
bywają chwile, w których wstrząsa nas jakiś dreszcz. Kiedy
wyobrazimy sobie jego Boga, który, jak nieubłagany sędzia, skazuje
na wieczne potępienie tych, co popadli w grzech, ponieważ on sam
odmówił im łaski - i to odmówił im bez względu na ich cnoty i
zasługi, poprostu wedle niczem nieusprawiedliwionego kaprysu; kiedy
ten Bóg, strącając ich w czeluści piekieł, śmieje się z nich i
naigrawa, a chór świętych i wybranych towarzyszy temu aktowi
również szyderczym śmiechem, wówczas mimowoli odsuwamy się od
Pascala ze zgrozą: wówczas jesteśmy znów całem sercem z dobrym
ojcem jezuitą. Przy wszystkich swoich słabostkach i brakach, on
pozwala ludziom żyć; religja Pascala wytępiłaby wszelkie życie, jak
ogień wypala do najmniejszego źdźbła trawy. Aby się zamknąć w
Port-Royal, Pascal, genjalny uczony, porzucił, w pełni
prac, naukę, jako czczą i pustą zabawkę; Racine, gdyby uległ
klątwom swoich nauczycieli z
Port-Royal, nie dałby nam ani jednej ze swoich tragedji.
Ludzkość cofnęłaby się z powrotem do owych sekt biczowników, którzy
przeciągali w pielgrzymkach kajając się za grzechy, lub też,
zwątpiwszy wogóle o możności zbawienia, rzucali się w obłędną
rozpustę. Albowiem, najosobliwszym paradoksem w tej kontrowersji,
Pascal kojarzy umysł nowożytnego uczonego ze stanem duszy
średniowiecznego ascety, podczas gdy jezuici znowuż łączą
średnioweczny scholastycyzm metod myślenia z poczuciem
arcynowoczesnej wyrozumiałości.
Tak oto starły się te dwa potężne prądy, ci dwaj krzepcy
zapaśnicy; a w walce tej obaj odnieśli śmiertelne rany, od której
obaj mieli charłać i ginąć. Pascal zadał śmiertelny cios teologji
scholastycznej i marzeniom jezuitów o jakiejś powszechnej
teokracji; jezuici osaczyli jansenizm w jego małej forteczce, w
której zwyrodniał i strawił się.
Ale kto wie, czy nie najwięcej w tym sporze ucierpiała
religja. I jej zadały
Prowincjałki ranę, mimo najlepszych, najświętszych
intencyj autora, i mimo że, skądinąd, działanie ich było
uzdrawiające. Uczyniły wyłom, którym wróg dostał się do twierdzy i
już jej nie opuścił. Pascal pokazał drogę, jak można obrócić w żart
subtelności teologiczne, poddać je probierzowi logiki; uprawnił
świecki zdrowy rozum do rozstrzygania o tych kwestjach. Pisząc w
języku francuskim, zaprosił najszerszy ogół na ten festyn. Skutki
nie dały długo na siebie czekać. W kilka zaledwie lat po
Prowincjałkach powstaje Molieja Świętoszek; ale imć
Tartufe kojarzy już rysy jezuityzmu i - jansenizmu, objęte wspólnem
szyderstwem. Czy mogłoby być coś tragiczniejszego dla Pascala,
gdyby tego dożył! Nie darmo Wolter rozkoszuje się
Prowincjałkami: zrobi z nich użytek, stosując te same
metody, ale - do całej teologji. Wyobrażam sobie, że Anatol France
z rozkoszą musiał czytywać
Prowincjałki. Tak też się patrzył na te sprawy i Kościół. Papieże
wielokrotnie potępili i napiętnowali wydobyte przez Pascala na jaw
gorszące orzeczenia kazuistów; ale same
Prowincjałki nie znalazły łaski w ich oczach. Rzym potępił
książkę jako heretycką. Wśród tego, rozgłos Listów napełnił całą
Europę. Nicole przełożył je na łacinę, co przyczyniło się do ich
popularyzacji po za Francją. Wyrokiem francuskiej Rady Stanu, dnia
23 wreśnia 1660, przekład ten łaciński został podarty i spalony
ręką kata. Omawiając
Myśli Pascala, podkreśliłem znaczenie Prowincjałek dla
literatury francuskiej; datę jaką stanowią we francuskiej prozie.
Wystarczy porównać je z Montaignem, choćby w przekładzie (a
przekładając Montaigne'a starałem się go zbiżyć do nas), aby
spostrzec ogromną różnicę języka. Wiek XVI czuć jeszcze mocno
łaciną na której się chował; tok zdania jest wybitnie łaciński.
Prawda, iż, od tego czasu, pracowano nad językiem wiele (Guez de
Balzac), ale raczej w duchu uroczystym, retorycznym; otóż, genialny
"dyletantyzm" Pascala przebył w siedmiomilowych butach drogę, która
bez niego trwałaby Bóg wie jak długo. Chciałbym zwrócić uwagę na
jeden jeszcze punkt. Kiedy dobry o. jezuita cytuje swemu rozmówcy
(str. 85) czterdzieści pięć nazwisk nowych autorów, których sądem
należy się powodować, ów pyta z komicznem przerażeniem: "O mój
Ojcze, czy to wszystko chrześcijanie?" Istotnie, nazwiska te brzmią
dość "pogańsko" dla francuskiego ucha: Conink, Llamas, Achokier,
Dealkoser, etc. etc. Zauważmy, iż wszystkie są cudzoziemskie. W
siedmnastym wieku nie istniał nacjonalizm w dzisiejszem pojęciu,
zwłaszcza w teologji; niemniej faktem jest, iż
Prowincjałki są równocześnie i oczyszczeniem francuskiego
ducha z obcych cudzoziemskich naleciałości, zwłaszcza z
hiszpańszczyzny. Kazuistyka urodziła się w Hiszpanii i zalała
francuską teologię, jak w teatrze hiszpańszczyzna zalała na jakiś
czas tragedję i komedję: Pascal dokonuje tu dzieła narodowego, jak
dokonuje go Molier.
Prowincjałki są dziełem uzdrowienia smaku, tak jak
równocześnie niemal powstałe
Pocieszne wykwitnisie Moliera. Na tem polu schodzi się
Pascal z Molierem, tak jak znów spotyka się z Kartezjuszem w tem,
aby w najtrudniejsze materye, których dotychczas godną zdawała się
tylko łacina, wprowadzić język rodzimy. I oto widzimy, jak wszyscy
ci potężni budowniczowie nowego świata, każdy ścigając zgoła
odmienne cele, pracują - nie wiedząc o tem - zgodnie i solidarnie
dla stworzenia wspaniałego rozkwitu literatury francuskiej.
Boy. Kraków, w listopadzie 1921.