Protokół upadku - Sebastian Szawcow

Reflow text when sidebars are open.
31 sierpnia 1939 roku, Berlin Siedziba Sicherheitspolizei, Prinz-Albrecht-Straße
Powietrze w Berlinie miało smak mosiądzu i ozonu, gęste od elektryczności, która od tygodni odmawiała rozładowania się w burzy. Baron von Stein stał przy oknie swojego gabinetu na trzecim piętrze, nieruchomy niczym posąg, który ktoś zapomniał wynieść z opuszczonego pałacu. Obserwował czarne limuzyny sunące bezszelestnie po bruku. Ich lśniące karoserie przypominały pancerze żuków gnojowych szukających schronienia przed nadchodzącym butem. Miasto pod nim wciąż odgrywało farsę pokoju - kawiarniane ogródki były pełne, a w powietrzu unosił się zapach kawy i spalin - ale von Stein czuł już w ustach metaliczny posmak nadchodzącego kurzu. Kurz był jedyną pewną rzeczą w jego fachu.
Odwrócił się od okna. Jego kroki na wypolerowanym parkiecie brzmiały jak odliczanie wyroku. Na dębowym biurku, ciężkim i ciemnym niczym trumna monarchy, stał samotny kryształowy kieliszek. Wypełniało go płynne złoto - półtorak, który profesor Walerian podarował mu podczas ich ostatniej majowej wizyty w Warszawie. Von Stein uniósł szkło pod światło. Pamiętał chłód muzealnych piwnic na Podwalu, zapach starego papieru, który przenikał marynarkę profesora, i tę naiwną, niemal dziecięcą wiarę w oczach starca. Walerian wierzył, że sztuka jest uniwersalnym językiem bogów, mostem łączącym narody.
Von Stein wiedział lepiej. Sztuka była jedynie najpiękniejszą, najbardziej wyrafinowaną formą łupu. Mosty buduje się po to, by mogły po nich przejechać czołgi.
Obok kieliszka leżała szara tekturowa teczka. Jej brzegi były lekko przetarte od nieustannego dotyku jego palców. Na środku, wykaligrafowane czarnym tuszem, widniało jedno słowo, które sprawiało, że baron czuł dreszcz pod nienagannie skrojoną koszulą: LUSTRACJA.
Powolnym, niemal nabożnym ruchem otworzył okładkę. Pierwsza strona była gęstą siecią ludzkich upadków. To nie były raporty o bateriach przeciwlotniczych czy stanie koni w pułkach kawalerii. Von Steina nie interesowała stal, interesowała go tkanka miękka. To była mapa ludzkich słabości, precyzyjna niczym szkic anatomiczny.
- Mecenas W. - szepnął, delektując się brzmieniem nazwiska, jakby kosztował rzadkiego wina. - Długi w kasynie w Sopocie. Trzy weksle bez pokrycia, podpisane drżącą ręką. Hrabia R. - słabość do młodych tancerek i paniczny, niemal fizyczny lęk przed utratą rodowej kolekcji pasów słuckich.
Przesunął palcem po liście. Każde nazwisko było nitką w gigantycznej pajęczynie, którą tkał przez ostatnie trzy lata. Udawał konesera, mecenasa, przyjaciela polskiej inteligencji. Pił z nimi herbatę w Ziemiańskiej, całował ręce ich żon, a w tym samym czasie notował, kto nienawidzi rządu w Londynie bardziej niż Niemców i kto za obietnicę nietykalności swoich płócien wskaże skrytkę sąsiada. To nie był zwykły wywiad. To był projekt inżynierii duszy. Von Stein nie chciał tylko zniszczyć Polski, chciał ją rozebrać na części pierwsze, wyciąć z niej to, co najcenniejsze, a resztę rzucić na pożarcie ogniowi.
- Prawda, drogi Walerianie - szepnął do pustego gabinetu, unosząc kieliszek w stronę wschodu - jest jak patyna na srebrze. Trzeba wiedzieć, jak ją zeskrobać, by ukazać to, co kryje się pod spodem. Ty próbowałeś ratować naród poprzez piękno. Ja uratuję piękno poprzez usunięcie narodu.
Dopił miód. Słodycz była lepka, kojąca, ale finisz - gorzki, dymny, niemal węglisty. Dokładnie taki, jaki zaplanował dla Warszawy.
Podszedł do szafy i otworzył ją szeroko. Na wieszaku wisiał świeżo wyprasowany mundur Obersturmbannführera SS. Srebrne runy na kołnierzu lśniły w półmroku jak kły drapieżnika. Obok, w skórzanej kaburze, spoczywał Walther PPK - zimny, precyzyjny, pozbawiony emocji.
Zegar na wieży Kościoła Pamięci Cesarza Wilhelma wybił północ. Głośny, miarowy dźwięk przetoczył się przez Berlin, odliczając ostatnie sekundy starego świata. Von Stein zamknął teczkę "Lustracja" i włożył ją do pancernej kasetki. Jutro o świcie ołowiane niebo nad granicą miało pęknąć pod ciężarem bombowców, a on miał ruszyć w ślad za nimi. Nie jako żołnierz. Jako kustosz nowej, brutalnej ery.
Wyszedł z gabinetu, gasząc światło. W ciemności przez chwilę jarzyły się jeszcze tylko resztki złotego miodu na dnie kryształu.
Był 1 września 1939 roku. Maszyna ruszyła.
Listopad 1944, Warszawa Rejon Starego Miasta, ruiny ulicy Świętojańskiej
Warszawa nie umierała w ciszy. Jej agonia była polifonią destrukcji: dźwiękiem kruszonego piaskowca, pękania przemarzniętych fundamentów i rytmicznym chrobotem żelaza o żelazo, który przypominał zgrzytanie zębów olbrzyma trawionego gorączką. Nad miastem unosiła się zawiesina, której nie dało się nazwać powietrzem. Była to gęsta, szara miazga, fizyczna reprezentacja unicestwienia. Składała się ze sproszkowanych cegieł, popiołu z bezcennych inkunabułów, sadzy z ludzkiego tłuszczu i drobinek zaschniętej krwi.
Ten pył był wszechobecny. Wdzierał się pod spuchnięte powieki, zatykał pory skóry czarnym łojem i osiadał w płucach jak ciężka, ołowiana mgła, która sprawiała, że każdy oddech był aktem drobnego samobójstwa. Każde mrugnięcie okiem bolało, niczym tarcie papierem ściernym o wysuszoną gałkę oczną. Julian czuł, jak pył oblepia mu gardło, tworząc suchą, wapienną skorupę, której nie dało się odkrztusić.
Osunął się po resztce muru, będącego kiedyś, w innym, zapomnianym życiu, częścią barokowej kamienicy pod numerem dziesiątym. Kamień był lodowaty, wysysał resztki ciepła z pleców nawet przez gruby wełniany płaszcz, który dawno stracił swój fason i kolor. Jego dłonie, uwięzione w postrzępionych, brudnych rękawiczkach, były sine i opuchnięte. Palce straciły czucie wiele dni temu, zamieniając się w obce, sztywne wyrostki. Przyciskał je do popękanych ust, próbując wykrzesać odrobinę wilgotnego ciepła z płytkiego oddechu, ale para natychmiast krystalizowała się na wełnie, tworząc twardy, lodowy pancerz.
Czuł głód. Ale nie ten zwykły głód, który skręca kiszki. To był głód komórkowy, głęboki, który sprawia, że ciało zaczyna trawić samo siebie, a w ustach pojawia się metaliczny, słodkawy posmak acetonu. W tym stanie halucynacje przychodziły łatwo. Przez moment, w wirującym pyle, Julian zobaczył zarys jasnej sukienki. Ewa. Stała tam, gdzie kiedyś był wykusz okienny, uśmiechała się, a wiatr targał jej włosami, które pachniały jaśminem i świeżym drukiem. Widział ją tak wyraźnie, jakby 1 sierpnia nigdy się nie wydarzył. Jakby wciąż czekali na stolik w kawiarni, a nie na śmierć w ruinach.
- Julian, nie zasypiaj. - Głos Marka przeciął wizję jak brzytwa.
Ewa zniknęła. Został tylko szary pył i smród spalenizny.
- Nie siadaj, kustoszu. Pył cię wessie. Za godzinę nie odróżnię twojego płaszcza od gruzowiska, a do rana zamienisz się w sopel - wychrypiał Marek.
Głos detektywa brzmiał jak szuranie żwiru po betonie. Marek stał kilka metrów dalej, wtulony w głęboki, fioletowy cień ocalałego filara bramy. Wyglądał jak upiór wygrzebany z masowej mogiły, który przez przeoczenie zapomniał wrócić do trumny przed świtem. Jego płaszcz, niegdyś granatowy i nienagannie skrojony w salonach przy Marszałkowskiej, miał teraz kolor brudnego popiołu i zakrzepłego błota. Twarz, zarośnięta kilkudniowym, siwym zarostem i przecięta świeżą, ropiejącą blizną na czole, przypominała maskę wykutą w granicie.
W prawej dłoni trzymał pistolet Vis. Czarny, oleisty kształt broni wydawał się jedyną solidną, realną rzeczą w tym kruchym, sypiącym się świecie. Marek nie trzymał go jak narzędzia; trzymał go jak przedłużenie własnego ciała.
- To tutaj. - Julian wskazał na bezkształtną stertę cegieł, spod których wystawał fragment zdobionej, kutej kraty.
Zatrzymał wzrok na metalowych splotach. Krata była powyginana od gorąca w surrealistyczne pętle, ale Julian rozpoznał motyw liści akantu. Pamięć uderzyła go z siłą fizycznego bólu.
Czerwiec 1938 roku. Słońce grzało tak mocno, że bruk na Świętojańskiej wydawał się miękki. Ewa trzymała go pod ramię, jej śmiech odbijał się od fasad kamienic. "Julianie, spójrz na tę kratę", powiedziała wtedy, dotykając chłodnego żelaza. "Profesor Walerian twierdzi, że to najlepsza robota kowalska w tej części Europy. Mówi, że za tymi drzwiami czas płynie inaczej". Julian pocałował ją wtedy w skroń, czując zapach jej pudru i młodości. Myśleli, że mają wieczność. Nie wiedzieli, że czas za tą kratą rzeczywiście płynął inaczej - odliczał sekundy do końca ich świata.
- Julian! - Marek szarpnął go za ramię, wyrywając z retrospekcji. - Patrz pod nogi. Ten strop wisi na słowie honoru.
Nad ich głowami trzecie piętro kamienicy podtrzymywał tylko jeden, wygięty pręt zbrojeniowy. Każdy podmuch wiatru sprawiał, że tona gruzu drżała, sypiąc im piachem na karki. Marek poruszał się z precyzją sapera, stawiając stopy tam, gdzie fundament wydawał się najsolidniejszy.
- "Piwnica pod Lwem" - powtórzył Julian, odzyskując głos. - Profesor mówił, że to najbezpieczniejsze miejsce na całej Starówce. Że stropy są łukowe, z cegły palonej, wytrzymają nawet uderzenie pięćsetkilogramowej bomby.
Marek skinął głową, pociągając nosem. Splunął gęstą, ciemną flegmą na biały śnieg, który w tym miejscu wydawał się nienaturalnie czysty.
- Bezpieczne miejsca skończyły się we wrześniu, Julianie. Teraz są tylko groby płytkie i groby głębokie.
Schował pistolet do kabury pod lewą stroną płaszcza i wskazał dłonią na wąską, ciemną szczelinę między dwoma zwalonymi stropami, które oparły się o siebie, tworząc prowizoryczny, skrajnie niestabilny tunel.
Wsunęli się do środka. Przejście było ciasne, klaustrofobiczne. Julian czuł, jak ostre krawędzie cegieł drapią go przez ubranie, a lodowaty pył sypie się za kołnierz. Wewnątrz panowała gęsta, niemal lepka ciemność, która zdawała się mieć własną masę. Pachniało tu inaczej niż na zewnątrz. Nie spalenizną, ale starą, wilgotną stęchlizną, pleśnią toczącą drewno i czymś jeszcze - słodkawym, mdłym zapachem rozkładających się ziemniaków i... czegoś metalicznego. Marek znał ten zapach aż nazbyt dobrze z przedwojennych obdukcji. To była woń zakrzepłej krwi w zamkniętym, nieogrzewanym pomieszczeniu.
Julian drżącymi, zgrabiałymi palcami wyciągnął z kieszeni małą karbidówkę. Odkręcił zawór z sykiem uciekającego gazu i potarł krzesiwo. Błękitny, trupi płomień zatańczył, rzucając na ściany rozedrgane, potworne cienie. Światło wyrwało z mroku fragmenty dawnego życia, które teraz wyglądały jak scenografia z sennego koszmaru: roztrzaskany mahoniowy kredens z wysypaną, białą porcelaną przypominającą odłamki kości, połamane pudło fortepianu z wciąż napiętymi, brzęczącymi strunami i stos nadpalonych książek, które wyglądały jak czarne brykiety węgla.
W rogu piwnicy, pod ścianą wyłożoną białymi kafelkami, które teraz pokrywał zielonkawy nalot wilgoci, leżał człowiek.
Profesor Walerian wyglądał, jakby po prostu zasnął po zbyt długim wykładzie. Miał na sobie ten sam elegancki, ciemny płaszcz z futrzanym kołnierzem, który Julian pamiętał z uniwersyteckich sal. Teraz jednak futro było posklejane brudem i lodem, a cała postać była przykryta cienką warstwą białego, wapiennego pyłu, co nadawało jej wygląd gipsowego odlewu rzuconego w kąt zapomnianej pracowni rzeźbiarskiej.
Julian poczuł, jak nogi uginają się pod nim. Upadł na kolana, nie czując bólu uderzenia o beton. Z jego piersi wyrwało się stłumione, zwierzęce łkanie, które natychmiast uwięzło w gardle pełnym kurzu. Zaczął desperacko gołymi rękami odgarniać gruz z klatki piersiowej mentora. Dotknął jego dłoni. Była sztywna, twarda i zimna jak lód z Wisły. Rigor mortis.
Profesor miał otwarte oczy. W ich szklanym, zamglonym blasku zastygło wieczne zdziwienie, wpatrzone w sufit piwnicy. Ale to nie oczy przykuły uwagę Juliana. Mała, niemal chirurgicznie precyzyjna dziurka w samym centrum czoła, tuż nad linią siwych brwi, nie pozostawiała złudzeń. Wokół rany nie było widać osmalenia ani prochu typowego dla strzału z przyłożenia. Krew, która z niej wypłynęła, zastygła w czarną, wąską strużkę, biegnącą przez skroń aż do ucha.
- Nie zdążył... - szepnął Julian, a jego głos łamał się, brzmiąc obco w ciasnym pomieszczeniu. - Chciał ocalić świat przed zapomnieniem, a sam stał się cieniem. Zostawili go tu jak psa...
Marek nie odpowiedział. W jego świecie nie było miejsca na żałobę, była tylko faktografia. Podszedł do zwłok, stąpając ciężko po rozbitym szkle. Z brutalną, żołnierską sprawnością chwycił sztywne ramię trupa i uniósł je, by dostać się do kieszeni. Stawy profesora trzasnęły głucho w ciszy piwnicy. Marek nachylił się nisko, niemal dotykając nosem rany wylotowej na potylicy starca.
- Czysto - mruknął detektyw. - Zawodowiec. Żadnej szarpaniny, żadnych śladów walki. Walerian wiedział, że umrze. Czekał na to.
- Skąd wiesz? - Julian podniósł wzrok, ocierając twarz brudnym rękawem.
- Bo siedział. Gdyby próbowali go zabić w biegu, rana byłaby pod kątem. A on siedział prosto, plecami do ściany, jakby przyjmował gościa. Ktoś kazał mu patrzeć w lufę, Julianie. Kazał mu patrzeć i czekać, aż palec zaciśnie się na spuście.
- Przestań go opłakiwać, Julianie - warknął po chwili Marek, nie patrząc na kustosza. - Jeśli ci, którzy to zrobili, tu wrócą, będziesz miał całą wieczność na płacz obok niego w jednym dole. Szukaj notatnika. To jedyny powód, dla którego jeszcze żyjemy.
Julian, dławiąc się szlochem, wsunął dłoń pod ciężki płaszcz profesora. Czuł pod palcami sztywność martwego ciała. Wreszcie wyczuł znajomą, gładką skórę. Wyciągnął notatnik w czarnej oprawie. Ale kiedy to robił, z wewnętrznej kieszeni, z miejsca tuż nad sercem, wypadł mały przedmiot.
Zadźwięczał o betonową posadzkę niczym moneta rzucona na tacę podczas mszy. Ding.
Marek natychmiast skierował tam światło latarki. To był mosiężny, staroświecki kluczyk o skomplikowanym piórze, owinięty w strzęp pożółkłego pergaminu. Julian podniósł go drżącymi palcami. Papier był kruchy, niemal rozpadał się w dłoniach. Rozwinął go. Na stronie, pismem profesora - drobnym, pełnym nerwowych pętli - nakreślono jedno zdanie:
Sztuka nie jest lustrem rzeczywistości, lecz młotem, którym się ją kształtuje. Nie pozwól mu dokończyć obrazu. Skrzynia Numer Cztery.
Julian poczuł dreszcz, którego nie mógł przypisać mrozowi. Spojrzał na Marka. Śledczy kucał obok głowy profesora. W dwóch palcach, ubrudzonych smarem i ziemią, trzymał mały lśniący przedmiot, który wydłubał ze szczeliny w podłodze.
Mosiężna łuska kalibru 7,65 mm.
- Walther - mruknął Marek, podsuwając łuskę pod nos. - Czysty, precyzyjny strzał. To była egzekucja, Julianie. Ktoś tu na niego czekał. Ktoś wiedział, że profesor tu przyjdzie, i ktoś bardzo chciał mieć pewność, że ten klucz nie opuści piwnicy. Pytanie brzmi: kto wiedział o tym miejscu oprócz nas?
Julian przypomniał sobie wzrok Ewy, gdy w muzeum mijali niemieckich "rzeczoznawców". Czy ona też wiedziała? Czy Skrzynia Numer Cztery była powodem, dla którego zniknęła?
Nagle z góry, z poziomu ruin, dobiegł dźwięk, który sprawił, że krew w żyłach Juliana zamieniła się w lód. Nie był to wybuch. Był to rytmiczny, ciężki, metaliczny stukot podkutych butów o bruk. Wibracje przeniosły się przez zrujnowane mury aż do piwnicy, sypiąc im piach na głowy.
Potem rozległ się krótki, gardłowy rozkaz, zwielokrotniony przez echa pustych kamienic.
- Brandkommando - syknął Marek. Jego oczy zwęziły się, a kciuk bezszelestnie odbezpieczył pistolet. Jednym szybkim ruchem zdusił płomień karbidówki.
Ciemność spadła na nich jak wieko trumny.
- Mają miotacze ognia - szepnął Marek tuż przy uchu Juliana. - Nie szukają ludzi. Chcą wypalić tę ruinę do fundamentów, żeby ukryć to, co zrobili. Jeśli nas znajdą, nie będą strzelać. Usmażą nas żywcem.
Julian słyszał bicie własnego serca. Uderzało o żebra tak mocno, że bał się, iż Niemcy usłyszą je przez strop. Przytulił notatnik do piersi. Polowanie na Skrzynię Numer Cztery właśnie przestało być abstrakcyjną misją. Stało się fizjologicznym wyścigiem z ogniem, który nie znał litości.
Z góry dobiegł syk odkręcanych zaworów z gazem. Pierwszy, próbny trzask zapalnika rozdarł ciszę nocy.
Listopad 1944, Warszawa Rynek Starego Miasta / ulica Bielańska
Ciemność w piwnicy była gęsta, niemal oleista. Pachniała spleśniałym winem, mysimi odchodami i tym specyficznym, słodkawym odorem, jaki wydziela kruszejąca cegła w wilgoci. Była to jednak ciemność bezpieczna - łono, które chroniło ich przed światem zewnętrznym. Ale Marek nie pozwolił im tam zostać. Zaparł się butem o ścianę i naparł ramieniem na zardzewiałą kratę. Żelazo jęknęło przeciągle, jak łamane kości, i ustąpiło, sypiąc im na głowy rudy żelazny pył.
Gdy tylko wyczołgali się na poziom ulicy, Juliana uderzyło coś, co wykraczało poza jego dotychczasowe zrozumienie wojny. To nie był chłód listopadowej nocy. To była fizyczna ściana żaru, która uderzyła w niego z siłą rozpędzonej lokomotywy.
Powietrze na Rynku Starego Miasta nie nadawało się do oddychania. Było wrzącą zupą, w której pływały drobiny sadzy, spopielonego papieru i ludzkich włosów. Julian zachłysnął się, czując, jak wysoka temperatura w ułamku sekundy wysusza mu śluzówki nosa. Wnętrze jego gardła stało się szorstkie jak papier ścierny. Każde mrugnięcie powieką bolało, jakby pod rzęsami miał drobno tłuczone szkło.
- Padnij! - syknął Marek.
Głos detektywa był wyprany z emocji, metaliczny i zimny, kontrastujący z piekłem dookoła. Zanim Julian zdążył przetworzyć polecenie, poczuł brutalne szarpnięcie za kołnierz płaszcza. Marek cisnął nim jak workiem w głąb leja po bombie lotniczej. Julian uderzył o dno z mlaszczącym dźwiękiem, lądując w lodowatej, czarnej mazi.
Była to cuchnąca breja - mieszanina deszczówki, pękniętych rur kanalizacyjnych, smaru i krwi, która zdążyła już zgęstnieć na mrozie. Zimno natychmiast przeniknęło przez nogawki, zaciskając się na jego łydkach jak żelazne obręcze, podczas gdy twarz wciąż piekła od żaru bijącego z góry. Kontrast był tak silny, że Julian poczuł nudności. Jego żołądek, pusty od kilku dni, skurczył się gwałtownie.
- Nie ruszaj się - szepnął Marek, wciskając mu głowę w błoto. - Nawet nie oddychaj, jeśli nie musisz.
Julian uniósł wzrok, mrużąc łzawiące oczy. Dwadzieścia metrów dalej, na tle wypalonego szkieletu kamienicy "Pod Fortuną", rozgrywał się spektakl ostateczny.
Po gruzach stąpali żołnierze Brandkommando. Nie wyglądali jak ludzie. W tym migotliwym, pomarańczowym świetle przypominali gigantyczne, pancerne owady z innego świata. Nosili gumowe, szare płaszcze, lśniące od sadzy, a ich twarze skrywały maski przeciwgazowe typu S-Maske. Wielkie, szklane okulary masek odbijały ogień, czyniąc ich ślepymi, bezdusznymi wykonawcami wyroku. Na plecach dźwigali pękate, stalowe zbiorniki, połączone grubymi wężami z długimi lufami miotaczy ognia Flammenwerfer 41.
Jeden z nich, oficer z dystynkcjami ledwo widocznymi pod warstwą brudu, uniósł lufę w stronę wejścia do piwnicy, z której właśnie uciekli. Julian usłyszał charakterystyczny syk sprężonego azotu wypychającego mieszankę, a potem suchy, metaliczny trzask zapalnika.
Z dyszy wystrzelił długi na trzydzieści metrów jęzor płynnego ognia. To nie był zwykły płomień. To była chemiczna, lepka substancja - zagęszczona ropa i benzyna - która przywierała do wszystkiego, czego dotknęła. Mieszanka miała barwę oślepiającej bieli przechodzącej w brudny fiolet. Uderzyła w fasadę budynku z siłą tarana.
Julian usłyszał radosny, niemal organiczny trzask pękającego dębu i syk natychmiast gotującej się wilgoci w murach. A potem krzyk. Krótki, urwany wrzask z głębi piwnicy.
Julian drgnął, ale Marek przycisnął go mocniej do ziemi.
- Ktoś tam był - wykrztusił Julian, czując, jak wymiociny podchodzą mu do gardła. - Marek, tam ktoś został!
- Już go nie ma - warknął Marek. - Został tylko węgiel. Patrz na nich, nie na piwnicę.
Niemcy poruszali się z przerażającą metodycznością. Nie było w nich gniewu, tylko techniczna rutyna. Wypalali kwartał po kwartale, jakby dezynfekowali ranę na ciele miasta.
- Chcą wypalić każdy centymetr, nic nie zostawią - mruknął Marek. Sprawdzał zamek Visa, ale jego ruchy były nerwowe. Wiedział, że przeciwko ogniowi kule są bezużyteczne. - Jeśli nas wywęszą, usmażą nas w tym dole jak szczury. Ogień nie bierze jeńców, Julianie.
Julian czuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła. Strach był zimnym, oślizgłym zwierzęciem wiercącym się w jego wnętrznościach. Ale wtedy jego palce zacisnęły się na skórzanej oprawie notatnika profesora. Przedmiot był twardy, realny. Był kotwicą, która łączyła go z Ewą. Myślał o jej dłoniach, o zapachu terpentyny w muzeum. Jeśli on tu zginie, pamięć o niej zniknie wraz z nim.
Nagle z głębi dymu, gdzieś od strony ulicy Świętojańskiej, dobiegł dźwięk. Wysoki, wibrujący świst, przypominający krzyk drapieżnego ptaka. Raz, drugi, trzeci. Był tak nienaturalny w tym huku płomieni, że aż bolesny.
Z cienia zrujnowanej pierzei wypadł mały, zgarbiony kształt. Poruszał się z nieludzką prędkością. Przeskakiwał nad zwałami gruzu z gracją dzikiego zwierzęcia. Postać zamachnęła się szeroko. Coś ciemnego poleciało łukiem w stronę niemieckich "owadów". Metal uderzył o bruk. Ting.
Sekundę później powietrzem targnął suchy, brutalny huk. Błysk eksplozji był krótki i wściekły. Granat domowej roboty - "filipinka" napchana szedytem i śrubami - rozerwał się tuż pod nogami operatora miotacza. Niemiec zachwiał się, gdy odłamki poszatkowały jego gumowy płaszcz. Niekontrolowany już strumień ognia wystrzelił w niebo, liżąc czarne chmury.
- Teraz! Rusz dupę! - wrzasnął Marek.
Wyrwali się z lepkich objęć błota. Pędzili przez Rynek, który stał się surrealistycznym torem przeszkód. Pod stopami Juliana pękały z trzaskiem przedwojenne płyty chodnikowe. Kule z pistoletów maszynowych MP-40 zaczęły pruć na oślep w gęstniejący dym. Julian słyszał ten charakterystyczny, suchy trzask pocisków przechodzących obok głowy - jak pękanie bata. Pck! Pck!
Wpadli za węgieł zburzonej rzeźby Syrenki, gdzie w kucki czekał na nich ich wybawca. Chłopak nie mógł mieć więcej niż piętnaście lat, ale jego twarz była twarzą starca uwięzioną w ciele dziecka. Skóra, szara od pyłu i głodu, opinała ostro kości policzkowe. W dłoniach ściskał "błyskawicę" - pistolet maszynowy domowej roboty, wyglądający jak zlepek rur hydraulicznych.
Chłopak wbił łom w szczelinę włazu kanalizacyjnego przy fontannie. Pokrywa ustąpiła z chrobotem. Z czarnej dziury buchnął odór tak potworny, że Julian zachwiał się na nogach. To nie był zwykły smród ścieków. To była woń śmierci w stanie płynnym.
- Szybciej! - wysapał młody chłopak.
Julian spojrzał ostatni raz za siebie. Rynek płonął. Kolumna Zygmunta, którą widział w oddali, leżała w kawałkach, jak przetrącony kręgosłup Warszawy. Zszedł w dół. Ciemność zamknęła się nad nim, odcinając ryk ognia. Został tylko smród, kapanie wody i ciężar kluczyka w kieszeni, który nagle przypomniał mu o innym blasku. Blasku kryształów w Pałacu Blanka.
Retrospekcja: Czerwiec 1939, Warszawa Pałac Blanka, Plac Teatralny
Zapach warszawskiego czerwca był mieszanką rozgrzanego asfaltu, kwitnących lip i ciężkich francuskich perfum, które wypełniały salę balową Pałacu Blanka. Julian stał w cieniu korynckiej kolumny, czując się jak intruz w za ciasnym, pożyczonym fraku. Jako młodszy asystent profesora Waleriana pełnił rolę "żywego przypisu" - nosił teczki z dokumentacją, o której możni tego świata rozmawiali między jednym a drugim kieliszkiem szampana G.H. Mumm.
Orkiestra grała walca, ale Julian odnosił wrażenie, że to muzyka do egzekucji. Wszyscy śmiali się zbyt głośno, diamenty na szyjach dam błyszczały zbyt drapieżnie, a mundury oficerów były zbyt sztywne, jakby wycięto je z blachy.
- Spójrz na nich, Julianie - szepnął profesor Walerian, podchodząc do niego z kieliszkiem koniaku. Pachniał starym tytoniem i lękiem, którego nie potrafił już ukryć. - Myślą, że te mury i te tytuły to tarcza. Nie rozumieją, że w nadchodzącej burzy złoto będzie tylko ciężarem, który pociągnie ich na dno.
Profesor wskazał wzrokiem na środek sali. Tam, w otoczeniu wianuszka kobiet i urzędników, finansjery, prawników, śmietanki towarzyskiej, stał baron von Stein. W cywilnym smokingu wyglądał niemal niegroźnie, ale Julian dostrzegł sposób, w jaki baron obserwował salę. Nie patrzył na ludzi jak na partnerów do rozmowy. Patrzył na nich jak rzeczoznawca na aukcji, oceniający, który przedmiot przetrwa transport, a który jest zbyt uszkodzony, by w ogóle go licytować.
Wtedy do von Steina podszedł Pułkownik S. Ich uścisk dłoni trwał o ułamek sekundy za długo. Pułkownik, bohater wojny 1920 roku, pochylił głowę w geście, który Julianowi wydał się dziwnie poddańczy.
- Widzisz to? - Walerian przybliżył twarz do ucha Juliana. - To nie jest dyplomacja. To jest inwentaryzacja. Von Stein nie pije za ich zdrowie. On pije za ich ceny. Tworzy "Arkę Noego", Julianie. Ale do Arki zabiera się tylko wybrane gatunki. I wybranych pasterzy, którzy wskażą mu drogę do skarbca.
Julian poczuł dłoń na swoim ramieniu. To była Ewa. Miała na sobie długą, jedwabną suknię w kolorze nocnego nieba. Miedziane włosy ułożone w elegancki kok, podkreślały smukłość jej szyi. Wyglądała olśniewająco, ale jej oczy były bursztynowe od niewypowiedzianych pytań.
- Chodźmy stąd, Julianie - szepnęła, ignorując wirujące wokół pary. - To miejsce śmierdzi siarką. Widziałam, jak von Stein patrzył na listę depozytów muzeum. On nie chce ich chronić. On je kataloguje jako łup.
W tej samej chwili von Stein odłączył się od grupy i ruszył prosto w ich stronę. Jego krok był sprężysty, drapieżny. Uśmiech nie schodził mu z twarzy, ale oczy - jasne, lodowate - pozostawały nieruchome, niczym oczy rekina.
- Mój drogi profesorze! - zawołał von Stein, a jego głos był gładki jak jedwab. - Rozmawialiśmy właśnie o pańskich zbiorach. Pułkownik S. jest zachwycony pańską zapobiegliwością. Mówi, że stworzył pan system skrytek, który przetrwa nawet potop.
Walerian drgnął. Kieliszek w jego dłoni lekko zadzwonił o sygnet.
- Staramy się chronić dziedzictwo, baronie. To obowiązek kustosza.
Von Stein położył dłoń na ramieniu profesora. Był to gest protekcjonalny, niemal oznaczający własność.
- Obowiązkiem kustosza jest wiedzieć, kiedy otworzyć bramy, by skarby nie spłonęły wraz z murami. Porozmawiamy o tym później? W bardziej... prywatnych okolicznościach? Może jutro, w muzeum?
Baron przeniósł wzrok na Juliana, a potem na Ewę. Zatrzymał spojrzenie na jej twarzy o sekundę za długo. Julian poczuł, jak krew uderza mu do głowy. Von Stein uśmiechnął się - był to uśmiech konesera, który właśnie dostrzegł w katalogu rzadki egzemplarz, którego nie planował kupić, ale który nagle stał się niezbędny w jego kolekcji.
- Piękna towarzyszka, panie kustoszu - mruknął von Stein, kłaniając się lekko. - Proszę o nią dbać. W nadchodzących czasach uroda będzie równie kruchym towarem jak porcelana z Miśni.
Von Stein odszedł, zostawiając po sobie zapach drogiej wody kolońskiej i lodu. Julian ścisnął dłoń Ewy. Była lodowata.
- On wie - szepnęła Ewa, patrząc na plecy barona. - On wie o wszystkim. O skrytkach, o planach ewakuacji... i o nas.
Julian nie odpowiedział, ale wtedy, w blasku kryształowych żyrandoli, zrozumiał, że bal właśnie się skończył. Muzyka grała dalej, ale on słyszał już tylko dudnienie, które pięć lat później miało stać się szumem czarnej wody w kanałach pod Placem Teatralnym.