Protokół śmierci - Róża Lewanowicz

-
Proszę czekać

Pro­log

Li­sto­pad 2021 roku

Po­znań, go­dzina 00.31

Mo­nika Do­brucka wy­sia­dła z tak­sówki i spoj­rzała na dom swo­ich ro­dzi­ców. Sta­rała się do­strzec w nim oznaki ży­cia. W oknie ja­dalni świe­ciło się świa­tło, także w jed­nym z po­koi na gó­rze przez chwilę wi­działa za­pa­loną lampę, która jed­nak za­raz zga­sła. Ko­bieta wes­tchnęła, zła­pała rączkę od wa­lizki i ru­szyła w stronę wej­ścia.

Stare, ale so­lidne drzwi były za­mknięte na klucz, więc Mo­nika przez chwilę mo­co­wała się z zam­kami. We­szła do środka, po­sta­wiła wa­lizkę pod ścianą i się­gnęła do włącz­nika świa­tła. Przez uła­mek se­kundy w jej gło­wie po­ja­wiła się myśl, że górna lampa się nie za­świeci, i prze­stra­szyła się, że bę­dzie tkwiła tak w holu po­grą­żona w mroku, ni­czym bo­ha­terka kiep­skiego filmu grozy.

- Cza­rek?! - za­wo­łała, sto­jąc przed krę­tymi drew­nia­nymi scho­dami. - Je­steś w domu?!

Ci­sza.

Mo­nika nie zde­cy­do­wała się iść na pię­tro. Skie­ro­wała kroki do du­żej kuchni. Gdy tylko sta­nęła na jej progu i za­pa­liła świa­tło, za­marła.

Po­miesz­cze­nie było nie­ska­zi­tel­nie czy­ste, jakby to była szpi­talna sala ope­ra­cyjna, a nie kuch­nia, w któ­rej za­zwy­czaj pa­no­wał zwy­kły, swoj­ski nie­ład. W po­wie­trzu uno­sił się za­pach środ­ków czy­sto­ści, z wy­raźną prze­wagą płynu de­zyn­fe­ku­ją­cego, któ­rego od po­czątku pan­de­mii wszy­scy nad­uży­wali. Mo­nika zro­biła krok do przodu, ale ja­kaś nie­wi­dzialna siła po­wstrzy­mała ją przed pój­ściem da­lej. Ste­ryl­ność po­miesz­cze­nia miała w so­bie coś zło­wro­giego. Ko­bieta wy­co­fała się, by od­szu­kać swo­jego brata.

Od razu dało się za­uwa­żyć, że cały par­ter był pie­czo­ło­wi­cie wy­sprzą­tany. Wszyst­kie po­wierzch­nie do­kład­nie od­ku­rzono i umyto, a stary, przed­wo­jenny dy­wan le­żał zwi­nięty pod ścianą. Mo­nika obe­szła każdy za­ka­ma­rek, sta­ra­jąc się zro­zu­mieć co­kol­wiek z tego, co za­stała w domu. Do­piero po dłuż­szej chwili zo­rien­to­wała się, że z półki nad ko­min­kiem znik­nęło kilka fo­to­gra­fii. Po­de­szła bli­żej.

- Bra­kuje zdjęć Czarka - po­wie­działa do sie­bie.

Ro­zej­rzała się i za­częła na­słu­chi­wać. Usły­szała ci­che skrzy­pie­nie pod­łogi w po­koju nad sobą. Znała ten dom jak wła­sną kie­szeń, wie­działa więc, że ktoś jest w sy­pialni go­ścin­nej, któ­rej okna wy­cho­dziły na duży park po dru­giej stro­nie ulicy. Po­szła tam.

- Cza­rek? - Sta­nęła w drzwiach i z nie­po­ko­jem wpa­try­wała się w nie­ru­chome plecy brata, zza fi­ranki ob­ser­wu­ją­cego oto­cze­nie za oknem. - Ce­zary, co ty ro­bisz? Co się tu­taj dzieje?

Obej­rzał się i rzu­cił jej gniewne spoj­rze­nie.

- Cza­rek, nie mo­żesz się tak za­cho­wy­wać. - Mo­nika po­de­szła do niego i po­pa­trzyła na jego pro­fil. - Gdzie są ro­dzice?

- Nie wiem - burk­nął, nie od­ry­wa­jąc wzroku od okna. - Za­dzwoń do nich.

- O to cho­dzi, że dzwo­ni­łam. Od do­brych kilku dni ich te­le­fon mil­czał, a te­raz w ogóle jest wy­łą­czony. Dla­tego przy­je­cha­łam.

- Kurwa! - wark­nął męż­czy­zna. - Cią­gle tam sie­dzą.

- Kto? - Mo­nika spoj­rzała w stronę parku. - O czym ty...

- Ta dwójka. Usie­dli na ławce i ga­pią się na dom.

- Cza­rek... - Do­brucka zmru­żyła oczy. - To po pro­stu... ja­kieś żule. Sie­dzą i piją piwo. Daj im spo­kój.

- A czy ty wi­dzia­łaś kie­dyś tu ja­kichś żuli?

- No... Kie­dyś tak. O co ci cho­dzi?

Ce­zary od­su­nął się od okna i się­gnął do kie­szeni.

- Co ro­bisz? - za­py­tała Mo­nika.

- A jak są­dzisz? Dzwo­nię na po­li­cję.

- Co? Prze­stań! - Zła­pała jego dłoń i ści­snęła mocno.

Znów ob­da­rzył ją gniew­nym spoj­rze­niem.

- Pusz­czaj - głos Czarka przy­po­mi­nał syk węża.

- Nie, do­póki mi nie po­wiesz, co się dzieje. Dla­czego tu jest tak czy­sto? Co ty kom­bi­nu­jesz?

- Nic nie kom­bi­nuję. Daj mi za­dzwo­nić.

- Jest po pół­nocy, nikt nam nie za­graża, po co wzy­wać po­li­cję. Po­wiedz mi, kiedy ostat­nio roz­ma­wia­łeś z ro­dzi­cami?

Pa­trzył na nią sze­roko otwar­tymi oczami. Miał minę, jakby chciał się ode­zwać, ale tylko wy­rwał rękę z jej uści­sku i znów zaj­rzał za fi­rankę.

- Nic z tego nie ro­zu­miem! - słowa Mo­niki były pełne roz­pa­czy. - Wiem, że masz swoje pro­blemy, ale nie mo­żemy dłu­żej to­le­ro­wać two­ich wy­bry­ków i tłu­ma­czyć ich chorą głową. Każdy musi się ja­koś za­cho­wy­wać, na­wet ty.

Zero re­ak­cji. Ce­zary znów stał nie­ru­chomo, wpa­trzony w okno. Zda­wał się w ogóle nie sły­szeć sio­stry.

Mo­nika skrzy­wiła się i po­szła do po­koju ro­dzi­ców. Tam rów­nież pa­no­wał nie­na­ganny po­rzą­dek. Ko­bieta po­sta­no­wiła prze­szu­kać wszystko, li­cząc na to, że uda się jej zna­leźć wska­zówki do­ty­czące znik­nię­cia ojca i matki. Otwie­rała i za­my­kała szafy, zaj­rzała do każ­dej szu­flady, a na­wet pod łóżko. Przez ścianę sły­szała, że jej brat dzwoni na po­li­cję i in­for­muje o dwóch oso­bach w parku za­kłó­ca­ją­cych ci­szę nocną. Przy­sta­nęła i za­częła się za­sta­na­wiać, czy nie po­winna od­wo­łać pa­trolu, tłu­ma­cząc za­cho­wa­nie brata jego nie­dy­spo­zy­cją psy­chiczną, ale wów­czas jej wzrok spo­czął na wnę­trzu za­byt­ko­wej ko­mody pod ścianą, która wy­glą­dała na nieco prze­su­niętą wzglę­dem swego pier­wot­nego po­ło­że­nia.

- Sejf - szep­nęła i po­de­szła do me­bla. Zła­pała go i z wy­sił­kiem od­su­nęła od ściany.

Sta­ro­modna, ale bar­dzo funk­cjo­na­lna skrytka była wbu­do­wana w ścianę, więc wy­star­czyło za­sło­nić ją czym­kol­wiek, by nie była wi­do­czna dla po­stron­nych. Ro­dzice Mo­niki i Ce­za­rego trzy­mali w sej­fie do­ku­menty, pie­nią­dze i bi­żu­te­rię ro­dową. Ko­bieta sza­co­wała, że war­tość tego wszyst­kiego oscy­lo­wała w gra­ni­cach mi­liona zło­tych.

- Pu­sty - po­wie­działa ci­cho, wi­dząc uchy­lone drzwiczki i brak przed­mio­tów w skrytce.

Zimny pot ob­lał jej plecy. Tylko jedna osoba mo­gła go wy­czy­ścić - ta sama, która tak do­kład­nie wy­sprzą­tała cały dom.

Cza­rek nie znał szy­fru do sejfu, choć za­wsze da­wał do zro­zu­mie­nia, że to wielka nie­spra­wie­dli­wość. Mo­nika wie­działa, że oj­ciec ni­gdy by mu go nie udo­stęp­nił, chyba że...

Wy­bie­gła z sy­pialni ro­dzi­ców i ru­szyła pro­sto do po­koju Czarka. Wi­dok spa­ko­wa­nych wa­li­zek i pu­deł na środku po­miesz­cze­nia wcale jej nie zdzi­wił - prze­ra­ził ją. Chwy­ciła obu­rącz za poły płasz­cza, tuż pod szyją, zro­biła krok w tył i... wpa­dła na brata, który stał za nią.

- Co ty... - głos uwiązł jej w gar­dle.

- Co? Co? - Twarz Ce­za­rego przy­po­mi­nała wy­kutą w skale rzeźbę. - Masz ja­kiś pro­blem?

- Dla­czego się spa­ko­wa­łeś? - wy­szep­tała. - Gdzie są... Co zro­bi­łeś z... ro­dzi­cami?

Za­miast od­po­wie­dzieć, Cza­rek wy­cią­gnął dło­nie i zła­pał ją za szyję. W pierw­szej chwili mózg Mo­niki nie przy­jął tego do wia­do­mo­ści, więc na­wet nie chwy­ciła brata za dło­nie, tylko wciąż trzy­mała się swo­jego płasz­cza.

- Za­raz ci po­każę, co z nimi zro­bi­łem - wy­ce­dził, za­ci­ska­jąc moc­niej palce wo­kół jej szyi.

Wtedy zro­zu­miała wszystko, ale było już za późno. Była zbyt słaba, żeby z nim wal­czyć. Oka­zało się, że jest bar­dzo sil­nym, wy­spor­to­wa­nym męż­czy­zną, który bez trudu zwlókł ją na dół i po­ło­żył na ziemi.

- Wszystko po­psu­łaś - mó­wił, wciąż ją pod­du­sza­jąc, jakby spra­wiało mu to wielką przy­jem­ność.

"Bo spra­wia!" - zdała so­bie sprawę Mo­nika.

- Mia­łaś przy­je­chać wcze­śniej, żeby mnie dziś tu już nie było. Mia­łem się z tobą roz­pra­wić... sio­stro. Coś słabo ko­chasz tych swo­ich ro­dzi­ców - szy­dził. - Tyle dni nie spraw­dzi­łaś, co się z nimi stało. A taka do­bra z cie­bie có­reczka.

Przed oczami Mo­niki za­częły po­ja­wiać się mroczki. Jej prze­ra­że­nie ro­sło. Chciała żyć, ale była pewna, że brat ją za­mor­duje. Za­pra­gnęła więc jed­nego, żeby tor­tura po pro­stu się już skoń­czyła.

"Mo­głam nie przy­jeż­dżać" - po­my­ślała, za­nim stra­ciła przy­tom­ność. "Mo­głam we­zwać po­li­cję, żeby spraw­dziła dom..."

Mo­nika się ock­nęła. Za­mru­gała po­wie­kami, jakby nie do­wie­rza­jąc, że nie jest mar­twa. Le­żała na wznak i pa­trzyła w be­to­nowy su­fit z jedną słabą ża­rówką. Wie­działa, że jest w piw­nicy ich domu. Du­żej, peł­nej pa­ję­czyn piw­nicy, któ­rej tak strasz­nie się bała jako dziecko.

Spró­bo­wała ob­ró­cić się na bok. Kiedy zdo­łała to zro­bić, po­jęła, że o wsta­niu nie ma już mowy - w ogóle nie czuła nóg. Le­żała więc, ła­piąc od­dech, wal­cząc z bó­lem szyi i gar­dła.

"Może nie zła­mał mi ko­ści gny­ko­wej?" - po­my­ślała z na­dzieją. "Chyba by mnie to za­biło... Może ktoś mnie tu znaj­dzie?"

Na­słu­chi­wała od­gło­sów z góry, ale ża­den dźwięk nie do­cie­rał do piw­nicy.

Otwo­rzyła sze­rzej po­wieki i wbrew wła­snej woli uświa­do­miła so­bie wresz­cie, co wi­dzi. Łzy na­pły­nęły jej do oczu, ale nie prze­sło­niły ob­razu dwóch po­dłuż­nych wor­ków uło­żo­nych pod ścianą.

"Już śmier­dzą" - prze­szło jej przez myśl. "Jest zimno, ale już się roz­kła­dają. Mam na­dzieję, że nie cier­pieli..."

Zro­biło się cał­kiem ciemno i prze­stała czuć co­kol­wiek.

I

War­szawa, trzy ty­go­dnie wcze­śniej

Więk­szość lu­dzi, któ­rzy znali Ro­berta Wi­śniew­skiego - ko­mi­sa­rza, ak­tu­al­nie pra­cu­ją­cego dla Cen­tral­nego Biura Śled­czego Po­li­cji - nie miała po­ję­cia, że tak na­prawdę miał on na imię To­mek. Gdyby zaj­rzeć mu w do­wód oso­bi­sty albo do le­gi­ty­ma­cji służ­bo­wej, można by się do­wie­dzieć, że pan ko­mi­sarz na­zywa się To­masz Ro­bert Wi­śniew­ski. Dru­giego imie­nia za­częli uży­wać jego ro­dzice jesz­cze w przed­szkolu, gdy wy­cho­waw­czyni ka­zała dzie­ciom przy­cho­dzić z wor­kami na kap­cie z wy­szy­tymi na nich ini­cja­łami. Oj­ciec Tomka, z nie­zro­zu­mia­łych wów­czas dla ma­lu­cha po­wo­dów, nie ży­czył so­bie, by ja­kie­kol­wiek rze­czy syna opa­trzone były li­te­rami "TW".

- Już lep­sze by­łoby "WC" - stwier­dził sta­now­czo Wi­śniew­ski se­nior. - Mniej­szy wstyd.

Po­tem wszy­scy przy­wy­kli do Ro­berta i za­po­mnieli, skąd się ta za­miana wzięła.

Od czasu roz­po­czę­cia przez niego służby tylko nie­któ­rzy ko­le­dzy i prze­ło­żeni wie­dzieli, że Ro­bert jest Tom­kiem, a i sam za­in­te­re­so­wany zda­wał się o swoim pierw­szym imie­niu nie pa­mię­tać.

Tego dnia jed­nak so­bie przy­po­mniał, a to za sprawą swo­jej mał­żonki. Na­zwała go To­ma­szem przy po­ran­nej awan­tu­rze, któ­rej przy­czyna nie była dla niego zu­peł­nie ja­sna - jak zwy­kle zresztą, gdy Aneta urzą­dzała mu jazdę o po­ranku. Nie słu­chał jej wcale; w su­mie to na­wet jej nie sły­szał. Je­den z po­li­cyj­nych psy­cho­lo­gów po­wie­dział mu, że w ten spo­sób się dy­so­cjo­wał, żeby nie zwa­rio­wać.

- To taki fajny me­cha­nizm obronny - po­wie­dział z uśmie­chem, kiedy Ro­bert tra­fił do niego na se­sję po ja­kiejś strze­la­ni­nie. - Po­zwala ci nie przyj­mo­wać na klatę ca­łego kwasu, jaki się na cie­bie wy­lewa.

Ro­bert je­chał więc do pracy i za­miast my­śleć o tym, czego tym ra­zem chciała jego - bar­dzo nie­wierna swego czasu - żona, za­sta­na­wiał się, dla­czego użyła jego pierw­szego imie­nia.

"Chciała mnie ob­ra­zić bar­dziej niż zwy­kle?" - za­du­mał się, sto­jąc na świa­tłach. "Ale to bez sensu. To cał­kiem neu­tralna rzecz".

Gdyby byli nor­mal­nym mał­żeń­stwem, za­py­tałby ją o tę kwe­stię wie­czo­rem przy ko­la­cji, ale prze­cież nie byli nor­malni pod żad­nym wzglę­dem, a za­da­nie tego py­ta­nia roz­pę­ta­łoby nie­mal na pewno ko­lejną awan­turę, trwa­jącą do pół­nocy. Dla­tego po­zo­stało mu smętne du­ma­nie, które prze­cią­gnęło się do chwili, gdy par­ko­wał auto na służ­bo­wym par­kingu i wcho­dził do bu­dynku, gdzie mie­ścił się jego od­dział Biura. Mi­nął sta­no­wi­sko ochrony, wy­jął prze­pustkę i przy­ło­żył ją do czyt­nika obok szkla­nych drzwi. Żeby wejść do po­miesz­cze­nia, w któ­rym pra­co­wał, mu­siał po­tem jesz­cze ze­ska­no­wać pa­lec - no­wość de­ner­wu­jąca do­słow­nie każ­dego.

- Po­winno być od­wrot­nie, je­śli już na­prawdę mamy mieć to po­dwójne za­bez­pie­cze­nie - obu­rzał się Mar­cin Słom­kow­ski, je­den z ko­le­gów Ro­berta. - Pa­lec na wej­ściu, a tu karta. Jak mam, kurwa, wcho­dzić na open space z kawą, je­dze­niem i jesz­cze wy­cią­gać pa­lu­cha?

- Wiem, wiem. - To­mek Ko­to­wicz, szef ich od­działu, ki­wał głową. - Zgło­si­łem to, ale po­trwa, za­nim ktoś za­twier­dzi zmianę.

Rze­czy­wi­ście - za­twier­dza­nie zmiany trwało i trwało, więc gdy Wi­śniew­ski wszedł na ko­ry­tarz, zo­ba­czył Słom­kow­skiego, który jak zwy­kle mio­tał się przy drzwiach, usi­łu­jąc do­stać się do miej­sca pracy i nie ob­lać przy tym za­war­to­ścią kubka.

- Cze­kaj, Si­sior - za­wo­łał, śpie­sząc w stronę nie­bo­raka. - Już służę po­mocą.

- Dzięki - wy­beł­ko­tał Słom­kow­ski z baj­glem w ustach.

Męż­czyźni we­szli do środka i Wi­śniew­ski już miał rzu­cić ko­men­tarz, że te za­bez­pie­cze­nia o kant dupy po­tłuc, skoro i tak mało kto wie, że w ogóle zaj­mują ten bu­dy­nek, kiedy za­uwa­żył, że przy jego biurku na krze­śle "go­ścin­nym" sie­dzi ja­kiś młody po­ste­run­kowy, ner­wowo ści­ska­jący w dło­niach fu­ra­żerkę.

- Co do... - za­czął, marsz­cząc brwi.

- A, tak! - Słom­kow­ski miał wresz­cie wolne usta. - Przy­szedł tu ja­kieś pół go­dziny temu i ko­niecz­nie chciał z tobą roz­ma­wiać.

- Ale...

- Stary się zgo­dził - uprze­dził jego pro­te­sty ko­lega. - Je­śli za­ła­twi­cie sprawę przed po­ranną od­prawą.

- I jesz­cze co? - mruk­nął Ro­bert. Nikt tu ot tak nie wcho­dził, ży­cząc so­bie roz­mowy z kim­kol­wiek. Na pewno nie ja­kiś pierw­szy lep­szy leszcz, pew­nie z Ko­mendy Sto­łecz­nej. Nieco zły, ale też za­in­try­go­wany, pod­szedł do swo­jego biurka i po­sta­wił na nim ple­cak. - O co cho­dzi? - za­czął bez ogró­dek, wy­cią­ga­jąc lap­topa i dru­gie śnia­da­nie.

Młody po­li­cjant wstał, prze­łknął ślinę i spoj­rzał na Ro­berta bła­gal­nym wzro­kiem.

- Ko­mi­sarz To­masz Wi­śniew­ski? - ode­zwał się, jakby chciał się upew­nić.

Wi­śniew­skiemu do­słow­nie włos zje­żył się na gło­wie. "Co jest?! Ja­kiś spi­sek z moją wiedźmą?" - po­my­ślał i od­po­wie­dział odro­binę nie­uprzej­mie:

- A kto pyta?

- Po­ste­run­kowy Ka­łuża. Je­stem z... Przy­cho­dzę... To zna­czy... Ktoś umarł - stwier­dził w końcu sta­now­czo i nieco się roz­luź­nił. - Tak, zmarła ko­bieta i po­trzebne jest śledz­two.

- Że co?! A co ja mam z tym wspól­nego? To nie wy­dział za­bójstw. Jaja so­bie ro­bisz? - Ro­bert ro­zej­rzał się wo­koło, by spraw­dzić, czy jego ko­le­dzy przy­pad­kiem nie mają cze­goś wspól­nego z tą nie­do­rzeczną sy­tu­acją.

- Tak, wiem. Ja wszystko ro­zu­miem, ale po­trzebne są środki... To zna­czy ktoś, kto się tym do­brze zaj­mie.

- Ja pier­dolę! Go­ściu, mów z sen­sem albo cię stąd wy­rzucę.

- Pra­co­wał pan kie­dyś z ko­mi­sa­rzem Paw­łow­skim ze Sto­łecz­nej, prawda?

- I co z tego? On już na­wet nie jest w służ­bie - za­uwa­żył Ro­bert, ma­jąc na my­śli to, że ko­mi­sarz Paw­łow­ski od nie­mal pię­ciu lat od­sia­dy­wał dłu­go­letni wy­rok za de­frau­da­cję du­żej sumy pie­nię­dzy na­le­żą­cych do Skarbu Pań­stwa.

- Tak, prze­bywa w... To zna­czy, ekhm... - za­wa­hał się po­ste­run­kowy, nie chcąc po­wie­dzieć wprost, co działo się z daw­nym ko­legą z pracy Wi­śniew­skiego. - Cho­dzi o to, że to mój wu­jek, i ja z nim roz­ma­wia­łem o tej śmierci, i on mi po­wie­dział, że u nas w Sto­łecz­nej wszy­scy będą to te­raz mieli w du­pie. Tę śmierć, zna­czy się. I że po­wi­nie­nem pójść do ko­goś, kto mi na­prawdę po­może.

- A wy­dział za­bójstw się do tego nie na­daje, tak? Albo ja­kiś inny. - Ro­bert, choć na­dal nieco zi­ry­to­wany, uspo­koił się na tyle, że usiadł przy biurku i wy­jął ku­bek z szu­flady. - Wy­dział za­bójstw nie umie na­prawdę roz­wią­zać sprawy czy­jejś śmierci?

- Hmm, no nie. Nie tej śmierci - od­parł po­ste­run­kowy za­ska­ku­jąco pew­nym to­nem.

- O matko! - Wi­śniew­ski po­tarł brwi, wzdy­cha­jąc. - Nic z tego nie ro­zu­miem, a w do­datku je­stem przed pierw­szą kawą. A do­bra! - Zła­pał ku­bek i pod­niósł się z fo­tela. - Za­pra­szam do kuchni, tam mi o wszyst­kim opo­wiesz.

Wy­cho­dząc, zer­k­nął w stronę prze­szklo­nego po­koju swo­jego szefa, in­spek­tora Tomka Ko­to­wi­cza, który sie­dział przy biurku z no­sem w pa­pie­rach i nie wy­da­wał się wcale za­in­te­re­so­wany sy­tu­acją swo­jego pod­wład­nego, mimo że była ona co naj­mniej dziwna.

"Może to na­prawdę ja­kiś prank? Może wszy­scy się zmó­wili dziś, żeby od rana te­sto­wać moją cier­pli­wość?" - my­ślał, zmie­rza­jąc ko­ry­ta­rzem do po­koju so­cjal­nego.

- Je­śli chcesz kawy, młody, mu­sisz so­bie sam zro­bić - za­zna­czył, gdy zna­leźli się na miej­scu. - Ja­koś nie je­stem w na­stroju, żeby ob­słu­gi­wać dziś młod­szych stop­niem.

- A, nie, nie trzeba. - Po­li­cjant się uśmiech­nął. - Na­wet bym nie śmiał pro­sić... Poza tym już pi­łem. Ee... kawę, zna­czy się.

- Ja­sne - mruk­nął Ro­bert, na­le­wa­jąc wody do po­jem­nika eks­presu. - To mó­wisz, że stary Pawło jest twoim wuj­kiem i cię do mnie wy­słał?

- Mhm. - Po­ki­wał głową. - By­łem u niego... na wi­dze­niu. I tak mi wła­śnie po­wie­dział.

Wi­śniew­ski spoj­rzał na niego znad ra­mie­nia, prze­ry­wa­jąc czyn­no­ści przy eks­pre­sie.

- Pawło wy­słał cie­bie do mnie? Se­rio?! Że niby ja miał­bym zro­bić coś le­piej niż lu­dzie ze Sto­łecz­nej?

- Tak. - Ka­łuża prze­łknął ślinę. - Stwier­dził, że nie do­strze­gał pana po­ten­cjału, ale te­raz wie, że to pan za­ła­twi tę sprawę jak trzeba.

- Nooo, tego jesz­cze nie grali. - Ro­bert krę­cił głową z nie­do­wie­rza­niem. Na­lał so­bie kawy i za­czął ener­gicz­nie mie­szać ły­żeczką w kubku, choć na­wet nie wsy­pał do niego cu­kru. - Ja­kieś jaja, jak słowo daję.

- Co pan mó­wił?

- Sia­daj, synku. - Ro­bert wska­zał na krze­sełko obok nie­du­żego sto­lika pod ścianą. - To ci opo­wiem. Wiesz, jak mó­wili na mnie w Sto­łecz­nej?

Młody czło­wiek po­krę­cił głową, ale Wi­śniew­ski wy­czuł w tym ru­chu fałsz.

- La­luś. Albo ciota. Albo pan-ładna-buźka. Nikt, pod­kre­ślam: nikt, nie trak­to­wał mnie po­waż­nie. A już na pewno nie Pawło. Więc ga­daj mi za­raz, o co tu, kurwa, cho­dzi tak na­prawdę, albo wy­pier­da­laj z mo­jego biura i za­po­mnij, że tu by­łeś.

Po­ste­run­kowy za­mru­gał po­wie­kami.

- Jest, jak mó­wię - od­parł ci­cho. - Umarła ko­bieta i nikt się tym nie przej­muje, bo jest pan­de­mia.

W tym mo­men­cie Wi­śniew­ski po­czuł, że ta opo­wieść nie idzie w do­brą stronę i że nie chce słu­chać jej da­lej. Nic jed­nak nie po­wie­dział, tylko pod­niósł ku­bek do ust, jakby chciał sam je so­bie za­mknąć.

- Ża­den ze mnie śled­czy - cią­gnął Ka­łuża - ale my­ślę, że tej śmierci dało się unik­nąć, że ktoś za­wiódł... za­nie­dbał obo­wiązki. Le­ka­rze. Le­karka. Sys­tem... Sły­sza­łem o wielu po­dob­nych przy­pad­kach. Krążą plotki, pełno tego w in­ter­ne­cie. Ktoś wy­ki­to­wał w ka­retce, która stała w ko­lejce do szpi­tala, bo dla per­so­nelu naj­waż­niej­sze były te­sty na ko­wida. I nikt z tym nic nie robi.

- To dla­czego tym ra­zem ma być ina­czej? - za­py­tał Ro­bert, od­sta­wia­jąc kawę na blat. - Co ta­kiego jest w tej spra­wie?

- Mogą być do­wody - od­po­wie­dział po­li­cjant nieco har­dym to­nem. - Twarde do­wody na winę per­so­nelu.

"Jakby w tych in­nych sy­tu­acjach nie było" - po­my­ślał po­nuro Wi­śniew­ski.

- Matka... - za­czął po­ste­run­kowy, ale prze­rwał na­gle. Po­chy­lił się i oparł łok­cie na ko­la­nach. - Matka tej ko­biety nie daje nam spo­koju. To zna­joma jed­nego z po­li­cjan­tów i cią­gle do niego przy­cho­dzi, wy­staje przed ko­mendą, dzwoni, wy­syła wia­do­mo­ści... W końcu ten po­li­cjant przy­szedł do nas i po­pro­sił, że­by­śmy z nią po­ga­dali, spi­sali ze­zna­nia i dali jej do zro­zu­mie­nia, że ktoś się tym in­te­re­suje. Li­czył na to, że może wtedy so­bie pój­dzie. Pa­dło na mnie, bo je­stem naj­młod­szy. Nikt się nie chciał tym zaj­mo­wać. No to po­ga­da­łem, wy­słu­cha­łem, by­łem u pa­to­loga...

- Słu­cham?! - prze­rwał mu Wi­śniew­ski. - Zro­bili au­top­sję?

- A skąd! - od­parł zbul­wer­so­wany Ka­łuża. - Matka nie po­zwo­liła jej po­cho­wać, ale nikt nie chciał ro­bić sek­cji, więc po­sze­dłem za­py­tać, czy by się nie dało...

- Łał! - mruk­nął Ro­bert. - Mu­siała być na­prawdę prze­ko­nu­jąca.

Młody po­li­cjant spoj­rzał na niego z wy­raźną dez­apro­batą.

- Tu nie cho­dzi o to, czy była prze­ko­nu­jąca, ale o to, że zmarła jej je­dyna córka, która mo­gła jesz­cze żyć.

- Tego nie wiesz. - Wi­śniew­ski za­ci­snął szczęki, czu­jąc, że ma dość tej roz­mowy.

- No wła­śnie! Trzeba to spraw­dzić. U nas na­prawdę wszy­scy mają to w du­pie, dla­tego po­je­cha­łem do wuja, żeby coś po­ra­dził. Po­wie­dział, że tylko wasz wy­dział bę­dzie w sta­nie co­kol­wiek zdzia­łać...

- Dla­czego? Bo je­ste­śmy dziw­kami Brze­ziń­skiego? Tak o nas mó­wią, prawda?

Ro­mu­ald Brze­ziń­ski, były ko­mu­ni­styczny agent służb, a w wol­nej Pol­sce pre­mier, wy­dzie­lił ich nie­wielką ko­mórkę z CBŚP i kie­ro­wał nią, nie­ofi­cjal­nie, na­wet po przej­ściu na eme­ry­turę. Z tego po­wodu więk­szość po­li­cyj­nego śro­do­wi­ska pa­trzyła na nich krzywo, nie szczę­dząc im nie­przy­jem­nych epi­te­tów, wy­ra­ża­nych na­wet w bez­po­śred­nich kon­tak­tach.

- Nie ma zna­cze­nia, jak mó­wią. Ważne, że ma­cie moż­li­wo­ści. A pan... Wu­jek po­wie­dział, że pan bę­dzie miał dość serca, żeby się tym za­jąć, ale wi­dzę, że chyba się my­lił. - Po­li­cjant za­ci­snął usta w cienką kre­skę. Jesz­cze moc­niej chwy­cił swoją fu­ra­żerkę i wstał z krze­sła, pro­stu­jąc się, niby do po­stawy na bacz­ność. - Po­jadę już.

- Mhm... - mruk­nął Ro­bert, nieco za­sko­czony.

- Tak czy ina­czej, dzięki za po­świę­cony cenny czas. I... smacz­nej kawy. - Ka­łuża ru­szył w stronę wyj­ścia, nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź.

- Cze­kaj! - Wi­śniew­ski po­de­rwał się i wy­szedł za nim na ko­ry­tarz. - Ktoś musi ci otwo­rzyć...

- Nie trzeba. Mój ko­lega sie­dzi na ochro­nie - od­parł, na­wet nie od­wra­ca­jąc się w stronę Ro­berta.

- Ja je­bię - wy­mam­ro­tał ko­mi­sarz, idąc po ku­bek. - A na­wet nie ma dzie­wią­tej.

Od­prawa trwała bar­dzo krótko. Lu­dzi do pracy było mało, a i sa­mej pracy też nie za wiele.

Po spo­tka­niu Wi­śniew­ski po­drep­tał za sze­fem do jego prze­szklo­nego ga­bi­netu, zwa­nego akwa­rium.

- No? - Ko­to­wicz usiadł przy biurku, ob­da­ro­wu­jąc Wi­śniew­skiego prze­lot­nym, lekko zi­ry­to­wa­nym spoj­rze­niem.

- Cho­dzi o tego po­li­cjanta...

- Zaj­miesz się tym - stwier­dził in­spek­tor.

- Yyy... - za­cu­kał się Ro­bert, gdy do­tarło do niego, że nie usły­szał tam py­ta­nia. - Ale jak to?

- Tak to. Ru­szysz dup­sko zza biurka i po­je­dziesz w tak zwany te­ren, żeby się przyj­rzeć tej spra­wie.

- A wiesz w ogóle, o co w niej cho­dzi?

- Nie - od­parł Ko­to­wicz, jakby roz­ba­wiony. - Nie ob­cho­dzi mnie to. Nie ma two­jego part­nera, wszyst­kie wa­sze sprawy są na ta­kim eta­pie, że mogą się nimi za­jąć na­sze dwa żół­to­dzioby, a ty, jako je­den z nie­licz­nych, ja­kimś cu­dem nie ła­piesz tego chiń­skiego świń­stwa i cho­dzisz zdrowy jak koń. Zba­daj ten przy­pa­dek jak ra­sowy śled­czy, do­wiedz się wszyst­kiego, jakby cho­dziło o twoją wła­sną ro­dzinę, a po­tem przyjdź i zdaj mi re­la­cję. Zro­zu­miano?

- Tak - burk­nął Ro­bert, choć bar­dzo chciał się da­lej kłó­cić. Och, jak bar­dzo tego po­ranka chciał w końcu ko­muś wy­gar­nąć. - Pra­cuję w te­re­nie. Nie wiem, po co ten przy­tyk.

- Ja też nie. - Ko­to­wicz wzru­szył ra­mio­nami, od­chy­lił się w fo­telu i za­czął bu­jać ryt­micz­nie w przód i w tył. - Tak mi się wy­rwało. Zbie­raj ma­na­tki i zaj­mij się te­ma­tem.

Wi­śniew­ski ski­nął głową i ru­szył w stronę wyj­ścia, ale w drzwiach ob­ró­cił się na pię­cie i spoj­rzał na szefa.

- Ale wiesz, że tu cho­dzi o służbę zdro­wia?

- Mhm. Tak mi się obiło o uszy i dla­tego uwa­żam, że się na­da­jesz. To za­da­nie tylko dla twar­dzieli.

II

Przed dzie­siątą ruch na war­szaw­skich uli­cach był już mniej­szy, więc Ro­bert do­tarł na Plac Ban­kowy cał­kiem szybko. Nie po­je­chał jed­nak pod miesz­czący się w Pa­łacu Mo­stow­skich gmach Ko­mendy Sto­łecz­nej Po­li­cji, ale skrę­cił w lewo w Aleję So­li­dar­no­ści, gdzie mie­ściło się biuro de­tek­ty­wi­styczne jego by­łego ko­legi z CBŚP, Łu­ka­sza Mey­era. Los spra­wił, że ni­gdy nie pra­co­wali w jed­nym wy­dziale - gdy Łu­kasz zmie­niał kie­ru­nek swo­jej ka­riery, Ro­bert miał do­piero do­łą­czyć do tej grupy funk­cjo­na­riu­szy - znali się jed­nak do­brze. Po­łą­czyła ich sprawa po­rwa­nia żony Mey­era, a po­tem ko­lejne, nie­mniej dra­ma­tyczne zda­rze­nia. Gdy Aneta Wi­śniew­ska ro­dziła ich syna, Bartka, Ju­styna Meyer była w ciąży z dru­gim dziec­kiem, więc za­częli dość czę­sto spo­ty­kać się to­wa­rzy­sko i wy­mie­niać do­świad­cze­niami ro­dzi­ciel­skimi. Ro­bert ce­nił Łu­ka­sza za to, że ten ni­gdy nie trak­to­wał go z góry albo z iry­tu­ją­cym po­bła­ża­niem, jak ro­biło to wielu jego ko­le­gów z po­li­cji. Łu­kasz dla wszyst­kich był w po­rządku i do każ­dego pod­cho­dził z sza­cun­kiem, dla­tego lu­dzie do niego lgnęli. Co in­nego Ju­styna, o któ­rej mó­wiono, że jest wiedźmą za­glą­da­jącą w ludz­kie du­sze bez po­zwo­le­nia. Wi­śniew­ski nieco się jej bał, głów­nie z po­wodu jej bar­dzo bli­skiej współ­pracy z by­łym pre­mie­rem Brze­ziń­skim i taj­nymi służ­bami, do któ­rej zresztą ni­gdy się ofi­cjal­nie nie przy­zna­wała, pra­cu­jąc na co dzień jako wi­ce­pre­zes wiel­kiej kor­po­ra­cji. Ro­bert sza­no­wał ją na­to­miast za jedną rzecz. Od razu po­znała się na jego Ane­cie i ni­gdy nie kryła, co o niej my­śli - nie przed Ro­ber­tem.

- Weź ty kop­nij w dupę tego masz­ka­rona - po­wie­działa mu, kiedy spo­tkali się na chrzci­nach Bartka. - Łap dzie­ciaka i spier­da­laj.

- Co? - Ro­bert za­śmiał się ner­wowo. Aneta nie była brzydka, nie ze­wnętrz­nie, ale on do­brze wie­dział, że Ju­sty­nie cho­dziło o coś in­nego.

- Prze­cież to cho­dząca tok­syna - od­parła, jakby to było oczy­wi­ste. - Po co z nią je­steś? Dla ja­kiejś po­kuty?

- E... Nie jest taka zła.

- A-ha! - Ju­styna spoj­rzała na niego jak na idiotę. - A więc jed­nak sa­mo­udrę­cze­nie.

Nikt z jego zna­jo­mych ani na­wet z ro­dziny nie zdo­był się na taką szcze­rość. Aneta była piękną ko­bietą, Ro­bert zaś bar­dzo przy­stoj­nym męż­czy­zną. Gdy brali ślub, wy­da­wało się, że to bajka, która ni­gdy się nie skoń­czy. Ona w zja­wi­sko­wej sukni, on w ga­lo­wym mun­du­rze; ko­ściół przy Kra­kow­skim Przed­mie­ściu, ta­buny wy­stro­jo­nych go­ści, szpa­ler po­li­cjan­tów z sza­blami przed wej­ściem, wy­stawne przy­ję­cie i po­dróż po­ślubna do Du­baju - czy na tym ob­razku mo­gła po­ja­wić się ja­kaś rysa?

- Aneta - szep­nął sam so­bie Ro­bert, szu­ka­jąc miej­sca do za­par­ko­wa­nia. - Moja zdzi­ro­wata, ję­dzo­wata i głu­pia żona.

Był zły i da­wał upust gnie­wowi, co nie­czę­sto mu się zda­rzało. Na­wet po tym, jak się do­wie­dział o jej zdra­dzie, po­padł w ro­dzaj ka­ta­to­nii, która za­stą­piła - na­tu­ralną w ta­kiej sy­tu­acji - wście­kłość. Po­tem była ak­cja z pa­nią żan­darm, która po­wie­działa Ane­cie, że ma z nim ro­mans, bo pew­nie li­czyła na to, że taka wia­do­mość roz­bije jego mał­żeń­stwo, lecz za­miast tego spra­wiła, że nie­wierna żona wró­ciła na­tych­miast w jego ob­ję­cia i w rów­nie eks­pre­so­wym tem­pie dała się za­płod­nić. Wy­da­wało się mu, że Bar­tek był po­wo­dem, dla któ­rego jej nie zo­sta­wił ani na­wet o tym nie po­my­ślał; tego dnia przy­szło mu jed­nak do głowy, że cho­dziło o coś in­nego i że być może...

- Je­stem miękką fają - po­wie­dział znów do sie­bie, ga­piąc się bez­myśl­nie w lu­sterko wsteczne. - Miękką fają bez wła­snego zda­nia, któ­rej można wci­snąć każdy kit, jak choćby tę sprawę.

Zro­biło się mu nie­do­brze na myśl, że Pawło wska­zał wła­śnie jego jako czło­wieka, który zaj­mie się czymś, czego nie chce nikt inny, bo stary po­li­cjant wie­dział, że w głębi du­szy Wi­śniew­ski ma słabą wolę. "Czy tak wła­śnie lu­dzie mnie po­strze­gają? Jako za­pchaj­dziurę, która ni­czemu się nie sprze­ciwi?" - za­sta­na­wiał się Ro­bert. Miał ochotę znów od­pa­lić sil­nik i wró­cić do domu, żeby w ten spo­sób za­ma­ni­fe­sto­wać swoją nie­za­leż­ność, ale wes­tchnął tylko i wy­siadł z auta.

Wdra­pał się na dru­gie pię­tro ka­mie­nicy i wszedł do biura, w któ­rym nikt nie zwró­cił na niego uwagi. Ko­legę zna­lazł w końcu w jed­nym z licz­nych po­miesz­czeń, wy­pcha­nych po su­fit tecz­kami na do­ku­menty.

- Mógł­byś wresz­cie za­trud­nić ja­kąś re­cep­cjo­nistkę - po­wie­dział z uda­wa­nym wy­rzu­tem do Łu­ka­sza roz­pra­wia­ją­cego o czymś ze swoim part­ne­rem, Mir­kiem. - Ktoś kie­dyś wej­dzie i was ukrad­nie.

- A! To ty! - ucie­szył się Meyer. - Co za nie­spo­dzianka! Mi­rek, pa­mię­tasz Wi­śnię?

- No pew­nie - od­parł męż­czy­zna, po­pra­wia­jąc oku­lary. - Pa­mię­tam wszyst­kich two­ich faj­nych ko­le­gów.

Wi­śniew­ski ro­ze­śmiał się i po­krę­cił głową.

- Ni­gdy nie wiem, który z was ma lep­szą ściemę.

- Nikt nie ściem­nia. - Łu­kasz też się za­śmiał i wy­cią­gnął dłoń na po­wi­ta­nie. - Je­ste­śmy szcze­rzy do bólu, a ty je­steś fajny chłop. Chodź! - De­tek­tyw ob­jął go umię­śnio­nym ra­mie­niem i po­pro­wa­dził w stronę ko­ry­ta­rza. - Na­pi­jemy się kawki.

- Już pi­łem.

- Ale na­sza jest lep­sza - od­parł bez za­sta­no­wie­nia Meyer. - I mamy pą­czu­sie, a przy pą­czu­siach naj­le­piej się opo­wiada o tym, z czym się przy­szło do świa­to­wej sławy de­tek­tywa, Łu­ka­sza Mey­era.

- I Mi­ro­sława Lu­bic­kiego - krzyk­nął z po­koju Mi­rek, naj­wy­raź­niej ob­da­rzony do­sko­na­łym słu­chem.

- Tak, i do tego zgreda.

- To też sły­sza­łem.

- Jezu! - jęk­nął Łu­kasz, uda­jąc iry­ta­cję. - Wchodź, Wi­sienko. Za­mknę drzwi i so­bie na spo­koj­nie po­roz­ma­wiamy. Na­pijmy się kawy, zjedzmy i opo­wiedz, co cię do nas spro­wa­dza.

- A jak my­ślisz? - wes­tchnął Wi­śniew­ski. - Ro­bota.

- Aha! Czyli jed­nak. Chcesz do nas do­łą­czyć.

- No nie! - za­pro­te­sto­wał ko­mi­sarz, za­raz się jed­nak za­wa­hał, czym wy­wo­łał szer­szy uśmiech na twa­rzy Mey­era. - Nie, na pewno... Tylko cza­sami mam taki dzień jak dziś.

- Czyli? - Meyer uniósł brwi i pod­szedł do eks­presu, który stał w jego ga­bi­ne­cie.

Ro­bert w paru zda­niach stre­ścił wy­da­rze­nia po­ranka, w tym cza­sie po­ja­wiły się przed nim świeża kawa i pą­czek na ma­łym ta­le­rzyku.

- Sło­dzisz? - za­py­tał Łu­kasz. - Te­raz wszy­scy za­czy­nają dbać o li­nię, prze­cho­dzą na ja­kieś dziwne diety...

- Sło­dzę - prze­rwał mu Wi­śniew­ski.

- Su­per! - Meyer pod­su­nął mu cu­kier­nicę i klap­nął na swoim fo­telu. - Więc... dla­czego ta hi­sto­ria skło­niła cię do przy­jazdu do nas? Chcesz nas pro­sić o po­moc czy coś?

- Nie. Po pro­stu nie chcia­łem jesz­cze je­chać do Sto­łecz­nej. Od­su­wam w cza­sie ten przy­kry mo­ment.

Łu­kasz wy­buchł śmie­chem.

- Szcze­rość za­wsze w ce­nie - po­wie­dział, ki­wa­jąc pal­cem. - A na po­waż­nie. Je­śli na­prawdę po­trze­bo­wał­byś po­mocy, ude­rzaj do nas. W Sto­łecz­nej był kie­dyś ten... Jak mu tam? Pol­ski Sher­lock na niego mó­wili. Zgi­nął parę lat temu pod­czas sprawy...

- Ro­land - mruk­nął Ro­bert znad fi­li­żanki.

- Wła­śnie! Ro­land... eee... Steb­nicki. Wielka strata dla po­li­cji, zwłasz­cza że był cy­wi­lem, któ­remu po­zwa­lali się pa­no­szyć po ko­ry­ta­rzach.

- Mó­wisz to na se­rio? Czy drwisz?

- Pół na pół - od­parł Łu­kasz, wsu­wa­jąc pączka do ust. - Wy­niki kry­mi­nal­nym tro­szeczkę się po­gor­szyły, więc ów­cze­sna pani sze­fowa ścią­gnęła z pro­win­cji ta­kiego faj­nego chło­paczka, który miał po­pra­wić sta­ty­styki... Syl­we­ster, o ile do­brze pa­mię­tam. Syl­we­ster Gu­zik! Wła­śnie.

- A wspo­mi­nasz o nim, bo...?

- Bo Ju­styna z nim współ­pra­co­wała przy ja­kiejś oka­zji, a może i dwóch... Ona i jej sza­lona ekipa, wiesz kogo. I, po­wiem ci, chłop jest do­bry, a przede wszyst­kim bar­dzo fajny w bez­po­śred­nim kon­tak­cie. Nie wiem, gdzie te­raz się po­dziewa, ale moja żona na­dal cza­sem go prosi o różne przy­sługi, więc w ra­zie czego pew­nie i tym ra­zem po­może.

- Nie wy­daje mi się, by to było ko­nie­czne - po­wie­dział Ro­bert smęt­nym gło­sem.

- Czemu? Li­czysz na szyb­kie roz­wią­za­nie sprawy?

- Nie ma żad­nej sprawy. Jest pew­nie za­nie­dba­nie le­kar­skie, ja­kich wiele. Albo dziew­czyna zmarła, bo ktoś znów za bar­dzo prze­strze­gał pro­ce­dur pan­de­micz­nych.

- Noo... - Łu­kasz po­ki­wał głową. - Ta­kich hi­sto­rii mamy u sie­bie te­raz bar­dzo dużo i nie wy­gląda na to, by dało się coś zro­bić w przy­padku więk­szo­ści z nich.

- Sam wi­dzisz...

- Ale! Może to wła­śnie ta jedna śmierć, która prze­leje czarę go­ry­czy.

Ro­bert zer­k­nął na ko­legę, a po chwili znów od­wró­cił wzrok.

- Co się dzieje? - Łu­kasz spra­wiał wra­że­nie za­nie­po­ko­jo­nego.

- Nie, nic... Nie mam ostat­nio naj­lep­szego okresu w ży­ciu. Za­czą­łem po­da­wać w wąt­pli­wość wszystko, co ro­bię i do czego do­sze­dłem. Je­śli rze­czy­wi­ście do cze­goś do­sze­dłem...

- Ro­zu­miem.

- Mam ta­kie... - Ro­bert po­tarł brwi pal­cami i się skrzy­wił. - Sie­dzi we mnie po­czu­cie, że cał­ko­wi­cie stra­ci­łem kon­trolę nad tym, co się ze mną dzieje. W ża­den spo­sób nie po­tra­fię zna­leźć cze­goś, co by mnie pod­no­siło na du­chu.

- A Bar­tek?

- No tak. - Po­ki­wał głową. - Tylko on mi zo­stał. Ale im jest więk­szy, tym wię­cej też wi­dzi tego, co dzieje się mię­dzy mną a Anetą. Boję się, że to go skrzywi, a ja nie będę mógł nic zro­bić.

- Ja oso­bi­ście je­stem o cie­bie spo­kojny - od­parł Łu­kasz, uśmie­cha­jąc się. - A kry­zysy są po to, by do­ko­ny­wać prze­war­to­ścio­wań w ży­ciu. Ozna­czają, że coś się bar­dzo zmie­nia.

- Za­czą­łeś czy­tać psy­cho­lo­giczne gówna?

- Nie! - za­pro­te­sto­wał Meyer ze śmie­chem. - Mó­wię z wła­snego po­dwórka. Dziś je­stem in­nym fa­ce­tem niż kilka lat temu, ale zmiana mnie także mocno bo­lała.

- Nie wy­da­jesz się kimś, kogo coś boli.

- Oj, zdzi­wił­byś się. Wra­ca­jąc do two­jej sprawy-nie-sprawy... Słu­chaj, przejdę się z tobą do Sto­łecz­nej. Za­wo­łasz tego, jak mu tam, Ka­łużę, i po­ga­damy so­bie chwilę, do­bra?

- Czemu miał­byś to ro­bić?

- Z cie­ka­wo­ści. - Łu­kasz wzru­szył ra­mio­nami. - Skoro Pawło cie­bie na­ma­ścił, to hi­sto­ria już jest dla mnie in­te­re­su­jąca.

- Zna­łeś go?

- Mhm. Nie za do­brze, ale spo­tka­li­śmy się kilka razy na grun­cie za­wo­do­wym i nie było to dla mnie miłe do­świad­cze­nie. Po­wiedzmy też, że Pawło to po­stać le­gen­darna swego czasu w fa­bryce. Chęt­nie zo­ba­czę, jak ra­dzi so­bie jego krew­niak.

- To może... - za­my­ślił się Ro­bert, wbi­ja­jąc wzrok w ekran ko­mórki - ...może za­dzwo­nię po niego, żeby przy­szedł tu­taj. Je­śli nie masz nic prze­ciwko. - Spoj­rzał na Mey­era py­ta­jąco.

- A czemu miał­bym mieć? Niech przy­cho­dzi, je­śli na­prawdę mu tak za­leży.

Mu­sieli tro­chę po­cze­kać na Ka­łużę, który był poza ko­mendą. Chło­pak chęt­nie przy­stał na przy­jazd do biura Łu­ka­sza, choć przy­znał, że woli za­cho­wać to w ta­jem­nicy - przed ko­le­gami i zwłasz­cza prze­ło­żo­nymi.

- Nie je­ste­ście u nas spe­cjal­nie lu­biani - po­wie­dział przez te­le­fon, ści­sza­jąc głos. - Ani pan, ani Meyer. Ale po­sta­ram się być za pół go­dziny.

Ro­bert sie­dział przez chwilę sam w ga­bi­ne­cie Łu­ka­sza, ki­wa­jąc się smęt­nie na fo­telu ob­ro­to­wym, za­pa­trzony w nie­cie­kawy wi­dok za oknem. Meyer po­szedł za­ła­twić ja­kie­goś klienta w po­koju obok, ale szybko wró­cił i od razu za­pro­po­no­wał her­batę.

- Chyba że wo­lisz drugą kawę? - spy­tał.

- Trze­cią. - Ro­bert uśmiech­nął się i po­krę­cił głową. - Nie, dzięki. Her­bata jest w po­rządku.

- No to okej. - Łu­kasz spraw­dził, czy w czaj­niku jest woda.

- Wszy­scy ma­cie tu wła­sne eks­presy i czaj­niki z ca­łym wy­po­sa­że­niem?

- Nie, tylko sze­fo­stwo, czyli Mi­ruś i ja. Mło­dzież i reszta per­so­nelu mu­szą za­do­wo­lić się tym, co ofe­ru­jemy w tak zwa­nym po­miesz­cze­niu so­cjal­nym. Jak za­uwa­ży­łeś, nie za­trud­niamy asy­stentki czy se­kre­tarki, więc nie ma komu ro­bić kawki dla go­ści; ta­kie roz­wią­za­nie wy­dało się lep­sze.

- Ja­sne - rzu­cił z uda­wa­nym obu­rze­niem Wi­śniew­ski. - Po pro­stu sami się ra­czy­cie do woli i nikt wam nie zli­cza, ile razy po­szli­ście do so­cjal­nego.

- Cii! - Łu­kasz przy­ło­żył pa­lec do ust. - To ta­jem­nica.

- W biu­rze de­tek­ty­wi­stycz­nym? - Ro­bert się ro­ze­śmiał.

- Fakt. - Łu­kasz par­sk­nął i po­dał ku­bek go­ściowi. - Czyli że nie lu­bią nas tam, w Pa­łacu, tak?

- Jak­byś na­prawdę się dzi­wił. Wła­ści­wie o tym też chcia­łem po­ga­dać. - Ro­bert po­tarł brwi pal­cami. - Jak się miewa Brze­ziń­ski?

- Se­rio? Ty mnie py­tasz, co u two­jego szefa?

- Moim sze­fem jest Kot, który nie ra­czy nas in­for­mo­wać o ewen­tu­al­nych... no, wiesz, pro­ble­mach.

- Nie ma żad­nego pro­blemu - od­parł już po­waż­nie, opie­ra­jąc łok­cie o blat. - Brze­ziń­ski roz­pu­ścił plotkę, że umiera na ko­wida, bo pew­nie do tej in­for­ma­cji pi­jesz. Był chory, ale bez spe­cjal­nych fa­jer­wer­ków. Ju­styna cha­dzała do niego na ich tajne spo­tka­nia i na­wet się nie za­ra­ziła.

- To po co ta plotka?

- Żeby kon­tro­lo­wać chaos. Żeby wzbu­dzać nie­po­kój u prze­ciw­nika. Dzięki temu można spo­koj­nie da­lej so­bie dzia­łać.

- I jak mu idzie to dzia­ła­nie, co? Sły­sza­łem, że chcą nas za­mknąć, żeby się na nim ze­mścić. Był u nas na­wet ja­kiś oszo­łom z Głów­nej, który krzy­czał, że nie po­zwoli na upra­wia­nie pry­wat­nych fol­war­ków w pań­stwo­wej po­li­cji.

Łu­kasz przy­mknął oczy i po­trzą­snął lekko głową.

- Nie będę tego na­wet ko­men­to­wał. Do­brze wiesz, że pry­watne fol­warki są, były i będą, tak jak dzieje się to w in­nych służ­bach i re­sor­tach. Zmie­niają się cza­sem za­rządcy, jak lud wy­bie­rze ko­goś in­nego.

- Czyli jed­nak sko­men­to­wa­łeś - mruk­nął Ro­bert, po czym siorb­nął ci­cho go­rą­cej her­baty.

- Mar­twisz się? - za­py­tał Meyer, opie­ra­jąc brodę na dłoni. - O swoją pracę i przy­szłość?

- Nie... Tro­chę... To zna­czy nie wiem. Ogól­nie jest tak, że wszystko za­je­bi­ście się po­zmie­niało i dziś nie je­steś pe­wien ju­tra...

- A wiesz, że Ju­styna mówi, że bę­dzie tylko go­rzej? - prze­rwał mu Łu­kasz.

- Coś Brze­ziń­ski wspo­mi­nał? - Ro­bert wy­pro­sto­wał się gwał­tow­nie w fo­telu.

- Nie - za­śmiał się ci­cho Meyer. - Mó­wiła o tym ogól­nie. Cza­sami coś bre­dzi o ja­kiejś en­tro­pii, o tym, że po­rzą­dek się bu­rzy, bo musi, a my zbyt wolno się przy­sto­so­wu­jemy. Na­bija się z ana­li­ty­ków, któ­rzy pró­bują prze­wi­dy­wać przy­szłość, ba­zu­jąc na da­nych z prze­szło­ści... Eh, taka tro­chę wróżka się z niej zro­biła.

- Ale czemu? Co ją na­tchnęło?

- Może dzieci? - wes­tchnął Łu­kasz. - A może zbyt długa współ­praca z ludźmi ze służb? Nie wiem. Zmie­rzam do tego, że wiele osób wi­dzi te zmiany, które cię nie­po­koją, i nie­któ­rzy so­bie z nimi nie bar­dzo ra­dzą. Za­uwa­żamy to na­wet po na­szych klien­tach.

- Jak to?

- Wiesz, przy­cho­dzą tu z róż­nymi pro­ble­mami, ufają nam w mniej­szym lub więk­szym stop­niu, więc się zwie­rzają, także z tego, co ich prze­raża w kon­tek­ście bie­żą­cych wy­da­rzeń.

- No tak... - Ro­bert znów po­padł w krótką za­dumę, z któ­rej wy­rwała go ja­kaś myśl. - A co u was? Dawno się nie spo­ty­ka­li­śmy, nie wiem, jak so­bie ra­dzi­cie... tak ogól­nie.

- Do­brze. - Łu­kasz po­ki­wał głową i splótł dło­nie na brzu­chu. - Wszystko w po­rządku, poza fak­tem, że wy­cho­wuję nie swoje dziecko.

Wi­śniew­ski opluł się her­batą, któ­rej je­den spory chlust spadł mu na spodnie.

- Że, kurwa, co? - wy­du­sił, wy­cie­ra­jąc w pa­nice dżinsy. - Ale które dziecko? Ju­styna ci rogi przy­pra­wiła czy co?

- A nie, to by­łoby zbyt pro­ste. - Łu­kasz od­chy­lił głowę i za­czął bu­jać się w fo­telu. - Nie, nie! Dzieci są moje, Ma­rika i Szcze­pan... W sen­sie ge­ne­tycz­nym, bo poza tym mój syn tak na­prawdę jest dziec­kiem Kro­ko­dyla.

- Hę... - Ro­bert zro­bił głu­pią minę. - Tego do­wódcy na­jem­ni­ków, co... kojf­nął w Afga­ni­sta­nie?

- Nom. Tego wła­śnie.

- Mu­sisz mó­wić ja­śniej, bo się po­gu­bi­łem.

- Kro­ko­dyl miał na imię Szcze­pan, a te­raz mój sy­nek jest Szcze­pa­nem, ro­zu­miesz?

- Nie bar­dzo. To... nie wie­dzia­łeś o tym?

- Wie­dzia­łem, ale kiedy Ju­styna mnie in­for­mo­wała o tym fak­cie, nie bar­dzo do mnie do­tarło, co ozna­cza on w rze­czy­wi­sto­ści.

- Czyli?

- Czyli że... Szcze­pan sta­nowi ro­dzaj kom­pen­sa­cji za ni­gdy nie­zre­ali­zo­wane ma­rze­nie by­cia z Kro­ko­dy­lem.

- To nie brzmi jak ona. - Ro­bert za­czął krę­cić głową. - Nie-e. To ja­kieś chore dy­wa­ga­cje.

- Ani tro­chę - od­parł spo­koj­nie Łu­kasz. - Już dawno przy­wy­kłem do tego, że moja żona ma mocno po­krę­cony umysł i że sa­mej sie­bie do końca nie ro­zu­mie. Nie­stety, ja za­czą­łem ją ro­zu­mieć i te­raz tro­chę tego ża­łuję.

- W su­mie... - Wi­śniew­ski zmarsz­czył brwi. - Tro­chę słabe jest na­zy­wa­nie dziecka imie­niem... by­łego? Pra­wie by­łego? Ko­goś, z kim się było bli­sko.

- Prawda?

- Ale mały jest... Nie wiem. Po­do­bny do niego czy coś?

- Po­do­bny jest do mo­jej matki, o zgrozo! Cała Zo­fia z wy­glądu i za­cho­wa­nia. Chudy, zło­śliwy, prze­mą­drzały ba­chor. Sam wiesz.

- Noo... Może tro­chę. Za­wsze uwa­ża­łem, że to miły dzie­ciak.

- Prze­stań! - Łu­kasz wy­buchł gło­śnym, tu­bal­nym śmie­chem. - Miły jest twój Bar­tek, a nie ten su­kin­kot. Ale i tak go ko­cham, tak jak ko­cham Zo­fię, cho­ciaż wku­rzają mnie oboje.

- I co? Po­go­dzi­łeś się z tym, że tak jest?

- A co mia­łem zro­bić? Zresztą... Okres wście­kło­ści mam za sobą. Kłótni z Ju­styną też.

- Nie wie­rzę, że się kłó­ci­cie.

- Wi­śnia, wiem, że u cie­bie róż­nie bywa, ale na­wet do­brane pary mają gor­sze dni... A skoro sam za­czą­łeś...

- Nie! - Ro­bert uniósł dłoń. - Nie będę o tym ga­dał!

- Czemu?

- Nie, nie! Moje ży­cie mał­żeń­skie to pie­kło i nie wni­kajmy w to głę­biej.

Łu­kasz spoj­rzał na niego z tro­ską i ski­nął głową.

- Ja­sne - po­wie­dział ci­cho. - Dziś nie wni­kajmy... Ale w końcu mu­simy so­bie po­ga­dać, co? Czemu masz się z tym mę­czyć sam?

Ro­bert nie zdą­żył się ode­zwać, bo do ga­bi­netu ktoś za­pu­kał, a po chwili przez uchy­lone drzwi zaj­rzała dziew­czyna, za­pewne od nie­dawna pra­cu­jąca w biu­rze.

- Sze­fie - szep­nęła kon­spi­ra­cyj­nie. - Ja­kiś po­li­cjant do szefa ko­legi.

- Dzięki, Ania! Już idziemy.

- Nie jest sam - do­dała jesz­cze ci­szej.

III

Wi­śniew­ski był bar­dzo zły i szcze­gól­nie się z tym nie krył. Młody Ka­łuża przy­pro­wa­dził do biura matkę zmar­łej dziew­czyny.

- Ha­lina Do­ma­ga­łowa - do­ko­nał pre­zen­ta­cji, pa­trząc Ro­ber­towi pro­sto w oczy, da­jąc tym sa­mym do zro­zu­mie­nia, że złość pana ko­mi­sa­rza nie robi na nim wra­że­nia. - Mama Pa­try­cji. Za­dzwo­ni­łem do niej i oka­zało się, że jest w mie­ście.

- Ka­łuża... - wy­ce­dził przez zęby Wi­śniew­ski, ale za­nim wy­lała się z niego ty­rada gniew­nych wy­rzu­tów, Meyer zła­pał go za ra­mię i wtrą­cił:

- Świet­nie! Ania za­pro­wa­dzi was do po­koju spo­tkań, skoro bę­dzie nas czworo.

- Ale ja nie chcia­łam za­trud­niać de­tek­tywa - zwró­ciła się Do­ma­ga­łowa do Ka­łuży z wy­raźną pre­ten­sją w gło­sie.

- Spo­koj­nie. - Łu­kasz uniósł dłoń, drugą wciąż trzy­ma­jąc na ra­mie­niu ko­legi. - Ni­kogo pani nie za­trud­nia. Ja udo­stęp­niam tylko biuro i z za­wo­do­wej cie­ka­wo­ści, je­śli pani po­zwoli, do­wiem się wię­cej o spra­wie pani córki, okej?

- No... do­brze - zgo­dziła się nie­chęt­nie.

- Coś do pi­cia?

- Nie - od­parła, zde­cy­do­wa­nie krę­cąc głową. - Nie chcę nic jeść ani pić, do­póki nie do­wiem się, czy ktoś mi po­może.

- Ja­sne. Ania, mo­żesz?

Sto­jąca do tej pory bez słowa dziew­czyna po­ki­wała głową i wska­zała go­ściowi po­kój w dal­szej czę­ści ko­ry­ta­rza.

- Za­pro­wa­dzę pa­nią. W ra­zie czego przy­niosę wodę, bo to mały po­kój, może być za cie­pło...

Kiedy ko­biety znik­nęły im z pola wi­dze­nia, Wi­śniew­ski wy­swo­bo­dził ra­mię z uści­sku Łu­ka­sza i wy­mie­rzył pa­lec wska­zu­jący w stronę mło­dego po­li­cjanta.

- Co ty od­pier­da­lasz?!

- Wi­śnia... - pró­bo­wał go uspo­koić Łu­kasz.

- Nic nie od­pier­da­lam - od­parł hardo Ka­łuża. - Wy­ko­rzy­stuję do­godną oka­zję, żeby po­sta­wić na swoim. Nic poza tym.

- No! - Łu­kasz spoj­rzał zna­cząco na Wi­śniew­skiego. - To na­prawdę do­bra oka­zja. Chodźmy, do­wiedzmy się cze­goś.

Kiedy mi­jali w drzwiach Anię, Meyer szep­nął jej na ucho, by prze­ka­zała Mir­kowi, że bę­dzie przez dłuż­szą chwilę za­jęty.

- Gdyby ktoś do mnie przy­szedł, po­proś, żeby go prze­jął na ten czas, okej?

- Ja­sne, sze­fie.

Do­ma­ga­łowa sie­działa przy nie­du­żym okrą­głym stole przy­kry­tym be­żo­wym ob­ru­sem. Dło­nie miała sple­cione przed sobą, a palce pra­wie białe od ich cią­głego ści­ska­nia. Była cał­kiem siwa, ale rysy jej zmę­czo­nej twa­rzy mó­wiły, że nie była stara - mo­gła mieć naj­wy­żej pięć­dzie­siąt pięć lat. Szczu­pła, nie­wy­soka, ni­czym się nie­wy­róż­nia­jąca ko­bieta z pro­win­cji, a jed­nak na tyle zde­ter­mi­no­wana, że do­pro­wa­dziła do spo­tka­nia z po­li­cjan­tem, funk­cjo­na­riu­szem CBŚP i pry­wat­nym de­tek­ty­wem.

Łu­kasz wska­zał ko­le­gom miej­sca za sto­łem i sam za­jął wolne krze­sło z opar­ciem.

- Co prawda je­ste­śmy w moim biu­rze - za­czął - ale nie będę się od­zy­wać. Od­dam chło­pa­kom scenę i w ra­zie czego służę radą albo do­brym sło­wem.

- Do­brze. - Ko­bieta uśmiech­nęła się blado, lecz Ro­bert do­strzegł w jej oczach uf­ność, którą Meyer bu­dził u wielu osób.

- Cho­lera! - syk­nął Wi­śniew­ski, wi­dząc, jak Ka­łuża wyj­muje no­tat­nik zza pa­zu­chy. - Nie mam swo­jego ka­jetu. Zo­stał w au­cie.

- Je­ste­śmy na to przy­go­to­wani. - Łu­kasz od­wró­cił się i się­gnął do sto­ją­cego pod ścianą nie­wy­so­kiego re­gału. - Mamy tu­taj ką­cik dla nie­przy­go­to­wa­nych. - Po­dał Ro­ber­towi czy­sty no­tat­nik i dłu­go­pis.

- Dzięki, stary. - Wi­śniew­ski chrząk­nął ner­wowo, spu­ścił wzrok na pu­stą kartkę i za­pi­sał na niej imię i na­zwi­sko ko­biety oraz imię jej córki. - Gwoli wy­ja­śnie­nia, pani Ha­lino. Może po­ste­run­kowy Ka­łuża już mó­wił, ale ja pra­cuję dla Cen­tral­nego Biura Śled­czego, które nie­ko­niecz­nie zaj­muje się... po­dob­nymi przy­pad­kami. Prze­ło­żeni zde­cy­do­wali jed­nak, że­bym przyj­rzał się tej spra­wie, dla­tego po­pro­szę pa­nią o od­po­wiedź na py­ta­nia, które mogą spra­wiać wra­że­nie, jakby nie miały z nią związku, do­brze?

Do­ma­ga­łowa ski­nęła głową.

- Cza­sami w wy­niku do­kład­nego ze­zna­nia wy­cho­dzą na jaw rze­czy mo­gące mieć po­tem klu­czowe zna­cze­nie.

- Ro­zu­miem - przy­znała ci­cho. - Od czego za­czniemy?

- Pełne imię i na­zwi­sko pani córki.

- Pa­try­cja Do­ma­gała.

- Wiek.

- Trzy­dzie­ści dwa lata.

- Czyli to bę­dzie osiem­dzie­siąty dzie­wiąty, tak? Rok uro­dze­nia, zna­czy się.

- Tak. Pięt­na­stego maja miała uro­dziny.

- Zmarła?

Ko­bieta otwo­rzyła usta, ale przez chwilę nie była w sta­nie wy­du­sić słowa.

- Pierw­szego paź­dzier­nika tego roku - wy­szep­tała z wy­raźną trud­no­ścią. - Pią­tek.

Wi­śniew­ski spoj­rzał na wi­szący na ścia­nie ka­len­darz.

- Je­de­na­ście dni temu - po­wie­dział do sie­bie i za­no­to­wał. - Gdzie zmarła?

- W swoim miesz­ka­niu w War­sza­wie, przy Płoc­kiej.

- A nie w szpi­talu? - Zmarsz­czył brwi i spoj­rzał na nią.

- Nie. W czwar­tek, trzy­dzie­stego, była w szpi­talu na Ka­sprzaka, ale... wy­pi­sała się z izby przy­jęć.

- Nie ro­zu­miem. Na wła­sne ży­cze­nie?

- Tak.

- Może po ko­lei - wtrą­cił Ka­łuża. - Niech pani Ha­lina wy­ja­śni od po­czątku.

- Od po­czątku? - Ro­bert po­słał mu gniewne spoj­rze­nie. - Od dnia na­ro­dzin?

- O, wła­śnie! - Łu­kasz po­czuł, że na­leży in­ter­we­nio­wać. - Niech pani po­wie coś wię­cej o córce. Jaka była?

- Ona... Och! - Do­ma­ga­łowa wy­glą­dała na nieco zbitą z tropu. - Przede wszyst­kim Pa­try­cja nie była na­szą ro­dzoną córką.

- Nie? - zdzi­wił się Ro­bert.

- Ad­op­to­wa­li­śmy ją z domu dziecka w Lu­bli­nie. Bo my spod Ja­nowa je­ste­śmy. Mała wieś, dużo biedy... Pięć lat po ślu­bie, a dzi­dziu­sia ani widu, ani sły­chu, więc się zde­cy­do­wa­li­śmy z mę­żem. Bog­dan, mój mąż, już nie żyje. Zmarł sześć lat temu na raka krtani.

- Przy­kro mi.

- Pa­try­cja miała pra­wie cztery lata, jak ją bra­li­śmy. Śliczna była. Blon­dy­neczka z nie­bie­skimi oczami, ale nikt jej nie chciał, bo strasz­nie cho­ro­wita. Co­śmy się po le­ka­rzach na­jeź­dzili... - Po­krę­ciła głową i od­wró­ciła na chwilę wzrok.

- Na co cho­ro­wała?

- Tak ogól­nie... Prze­zię­bie­nia, za­pa­le­nia płuc, po­tem astma... Jako na­sto­latka przez całe dwa lata miała za­pa­le­nie oskrzeli. Bez prze­rwy! Po­tem, po la­tach, oka­zało się, że to było za­chły­stowe za­pa­le­nie, bo ona miała masę nie­to­le­ran­cji po­kar­mo­wych. A my... - Po jej twa­rzy prze­biegł skurcz bólu. - My­śmy nie wie­dzieli, więc ja­dła to, co my, i przez to cho­ro­wała. Le­ka­rze pa­ko­wali w nią an­ty­bio­tyki i tak osła­bili jej od­por­ność na do­bre. Boże! - gło­śny szloch wy­do­był się z piersi Do­ma­ga­ło­wej. - Skąd mo­gli­śmy wie­dzieć?!

Ro­bert nic nie po­wie­dział. Łu­kasz z nie­po­ko­jem ob­ser­wo­wał jego co­raz bled­szą twarz, po raz pierw­szy wi­dząc, że jego ko­lega słabo ogar­nia to, co sły­szy. Wtedy zdał so­bie sprawę z tego, że prze­cież ni­gdy nie pra­co­wali ra­zem i że nie miał po­ję­cia, jak Wi­śnia ra­dzi so­bie w po­dob­nych sy­tu­acjach. Czuł, że wtrą­ca­nie się by­łoby nie na miej­scu, więc wstał i uchy­lił okno.

- Gdyby było za zimno, pro­szę mó­wić - szep­nął, na­chy­la­jąc się nad ko­bietą, która tylko ski­nęła głową. - Tu są chu­s­teczki.

- Czy te cho­roby spo­wo­do­wały ja­kiś trwały uszczer­bek na zdro­wiu? - Wi­śniew­ski jakby znów był sobą.

- Nie. Nie na tyle, by... Nie wiem... Nie była in­wa­lidką, je­śli pan o to pyta. Ale za­wsze cier­piała. Na stu­diach w Lu­bli­nie cią­gle wal­czyła z de­pre­sją. My­śmy za wiele o tym nie wie­dzieli. W sen­sie nie o cho­ro­bie. Ale Bog­dan prze­jął się i sam do le­ka­rza za­wo­ził. Tam dali leki i za­su­ge­ro­wali prze­no­siny do War­szawy.

- Dla­czego?

- Przez ten Lu­blin. Do­my­śla­li­śmy się, że źle zno­siła po­byt w mie­ście, gdzie miesz­kała jej bio­lo­giczna... matka, no i gdzie była w bi­dulu. Zmiana wy­da­wała się lep­szym roz­wią­za­niem.

- Po­mo­gło?

- Tro­chę tak, cho­ciaż rza­dziej by­wała w domu. Ale tu zna­la­zła pracę i po­znała nowe osoby, także ta­kie, które były kie­dyś w domu dziecka. Po­tem zmarła ciotka Bog­dana i zo­sta­wiła mu tro­chę gro­sza, to ku­pi­li­śmy jej tę ka­wa­lerkę na pod­da­szu. Cia­sna i nie­wy­godna, ale przy­naj­mniej nie mu­siała się pro­sić o ka­wa­łek kąta u ni­kogo. Miała na­wet chło­paka, cho­ciaż ze­rwała z nim na po­czątku pan­de­mii. W ogóle wtedy to się za­częło...

- Co ma pani na my­śli?

- Z cho­ro­bami. - Spoj­rzała na niego ze smut­kiem. - To był ja­kiś kosz­mar. Je­den nie­koń­czący się kosz­mar! Tuż przed pan­de­mią, w lu­tym, do­stała pół­pa­śca. Szczę­ście w nie­szczę­ściu, że tra­fiła na le­ka­rza, który to od razu roz­po­znał, dał leki i wy­słał do domu. Ale uszko­dziło jej plecy.

- W jaki spo­sób?

- Wi­rus po­ra­ził mię­śnie przy krę­go­słu­pie i od tam­tego czasu cier­piała na bez­u­stanne bo­le­ści. Nie mo­gła na przy­kład skrę­cać szyją za mocno, bo mię­śnie na to nie po­zwa­lały. Ten jej po­żal się Boże chło­pak nie ro­zu­miał tego i od­szedł. Po­kłó­cili się i po pro­stu ją zo­sta­wił, taką chorą i obo­lałą. A pierw­szego kwiet­nia zmarła ta jej... matka. Bar­dzo kiep­ski żart jej się udał.

- Słu­cham?

- No ta z Lu­blina... Ewa Za­jąc. - Ko­bieta się skrzy­wiła. - Na ko­wida.

- Na­prawdę? Za­raz na po­czątku pan­de­mii?

- Tak. Nar­ko­manka. Uszko­dziła pro­chami nerki i wą­trobę. Po­do­bno miała tocz­nia, czy jak to się na­zywa... Jak za­ra­ziła się wi­ru­sem, to za­bił ją w parę dni. Cho­ciaż nie wiem, czy sama so­bie nie po­mo­gła.

- Po­mo­gła? - Wi­śniew­ski spoj­rzał na nią py­ta­jąco.

- Mhm. Le­kami.

- Pani córka miała z nią kon­takt?

- Nie! Ale wie­działa, co się działo w jej ro­dzi­nie, bo miała kon­takt z nie­któ­rymi dal­szymi krew­nymi przez me­dia spo­łecz­no­ściowe. I ta śmierć ją do­biła... tak psy­chicz­nie. Do­słow­nie za­częła mi się roz­sy­py­wać na oczach. A ja nie mo­głam nic po­ra­dzić na to, bo był ten cho­lerny lock­down i na­wet nie mo­głam do dziecka po­je­chać, żeby się nim za­jąć... - urwała. Unio­sła na chwilę oczy, jakby wal­cząc ze łzami. - W pracy miała kon­takt z kimś za­ra­żo­nym i całe jej pię­tro w biu­rowcu za­mknęli w do­mach na dwa ty­go­dnie. Sie­działa sama na pod­da­szu, w cia­snym miesz­ka­niu bez bal­konu, i nie mo­gła wy­ściu­bić nosa, bo są­sie­dzi za­raz dzwo­nili na po­li­cję z do­no­sem.

Ka­łuża za­ci­snął usta i spu­ścił wzrok.

- Kie­dyś przez te­le­fon po­wie­działa do mnie: "Ma­muś, to za­mknię­cie mnie za­bije, mó­wię ci. Nie wy­trzy­muję już". A ja... - Znów za­częła szlo­chać, ła­piąc się za klatkę pier­siową. - A do mnie jesz­cze nie do­cie­rało, jak jest źle. Cho­roba, śmierć matki, ze­rwa­nie z chło­pa­kiem i jesz­cze to uwię­zie­nie... Kto by to wy­trzy­mał? Kto?! Wie­dzia­łam, że jest ciężko, ale do głowy mi nie przy­szło, że tak to się skoń­czy!

Łu­kasz dys­kret­nie pod­su­nął pu­dełko z chu­s­tecz­kami bli­żej Do­ma­ga­ło­wej i znów zer­k­nął na Ro­berta, który te­raz nie od­ry­wał od niej wzroku.

- Ona... Pa­try­cja nas ko­chała, a my ją - po­wie­działa, wy­cie­ra­jąc nos w chu­s­teczkę. - Bar­dzo się ko­cha­li­śmy, ale mieć ad­op­to­wane dziecko ozna­cza mieć jego pro­blemy sprzed ad­op­cji. I tego że­śmy nie ro­zu­mieli. Te­raz ro­dzi­ców przy­go­to­wuje się na kur­sach, roz­ma­wia z nimi psy­cho­log albo ja­kiś jesz­cze inny spe­cja­li­sta... A my­śmy ją do­stali go­lutką, bez słowa wy­ja­śnień, i mu­sie­li­śmy się na­uczyć wszyst­kiego sami. Pa­try­nia była ła­twa, w od­róż­nie­niu od in­nych dzieci z bi­dula, ale i tak miała swoje de­mony z prze­szło­ści, któ­re­śmy prze­oczyli. Jej naj­więk­szym de­mo­nem była ta tak zwana matka, cią­głe ocze­ki­wa­nie, że ona ją wresz­cie po­ko­cha. Więc, te­raz so­bie my­ślę, kiedy zmarła, to do Pa­tryni do­tarło, że to ko­niec, nie po­ko­cha, nie zmieni się... Wtedy też w niej coś umarło, ale mi tego nie po­wie­działa, bo nie chciała mi spra­wiać przy­kro­ści. - Do­ma­ga­łowa wy­tarła po­wieki i po­liczki, po czym po­trzą­snęła lekko głową. - Prze­pra­szam za to - szep­nęła, ści­ska­jąc w dło­niach chu­s­teczkę. - Nie mam za bar­dzo z kim o tym po­roz­ma­wiać, dla­tego tak się roz­kle­iłam. Mie­li­śmy mó­wić o śmierci Pa­try­cji.

- Spo­koj­nie - od­parł Wi­śniew­ski. - Do­trzemy do tego. Wspo­mi­nała pani o pracy córki... Czym zaj­mo­wała się za­wo­dowo?

- Ostat­nio była... hmm... Ana­li­ty­kiem w ta­kiej fir­mie... - Zmarsz­czyła brwi, szu­ka­jąc w pa­mięci na­zwy. - Boże! Nie mogę so­bie przy­po­mnieć.

- Po­ra­dzimy so­bie. - Ro­bert za­no­to­wał coś w ze­szy­cie. - Pa­try­cja Do­ma­gała, ana­li­tyk, War­szawa... Tyle po­winno nam wy­star­czyć. Jesz­cze po­pro­simy o zdję­cie i bę­dziemy w domu.

- Ja mam! - Ka­łuża uniósł dłoń. - Udo­stęp­nię.

- Coś w tej jej pracy było nie tak, o czym po­win­ni­śmy wie­dzieć?

- Ojej, było! Coś się działo nie­do­brego, od kiedy prze­szli na pracę z domu. Nie znam szcze­gó­łów, ale Pa­try­cja pra­co­wała z Duń­czy­kami i do tych swo­ich sze­fów z Da­nii miała sporo pre­ten­sji o coś zwią­za­nego z jej sta­no­wi­skiem, ale nie po­zna­łam ni­gdy szcze­gó­łów.

- Czy to było bez­po­śred­nio przed jej cho­robą? To zna­czy te­raz, przed śmier­cią?

- Tak! Ostat­nie dwa ty­go­dnie wrze­śnia dały jej w kość. Obie­cała opo­wie­dzieć, jak przy­je­dzie do mnie na Wszyst­kich Świę­tych...

- Ro­zu­miem. Po­sta­ramy się cze­goś do­wie­dzieć.

- My­śli pan, że to może mieć zna­cze­nie?

- Nie mam po­ję­cia - przy­znał szcze­rze Ro­bert. - Póki co sta­ram się mieć roz­ry­so­waną li­nię cza­sową. No do­brze. To te­raz przejdźmy do cho­roby Pa­try­cji... Kiedy to się za­częło?

Do­ma­ga­łowa na­brała po­wie­trza w płuca i wy­pu­ściła je z wy­raź­nym drże­niem ra­mion.

- Dwu­dzie­stego czwar­tego wrze­śnia, w pią­tek - za­częła po chwili. - Jesz­cze pra­co­wała, było może po czter­na­stej. Z tego, co mi pi­sała, była na ja­kimś spo­tka­niu z tymi sze­fami wła­śnie, o któ­rych mó­wi­łam, kiedy za­częła się czuć bar­dzo źle. Zro­biło się jej nie­do­brze, po­tem bar­dzo wy­mio­to­wała. Wie­czo­rem miała już wy­soką go­rączkę, pra­wie czter­dzie­ści stopni. I nie mo­gła zro­bić siku.

- Czyli coś z pę­che­rzem? - upew­nił się Ro­bert.

- Tak. Mó­wiła, że bo­lało nie do wy­trzy­ma­nia, że... - Ko­bieta przez chwilę pró­bo­wała się uspo­koić. - Cier­pie­nie było nie­wy­obra­żalne. Przez dwie doby nie wy­piła ani kro­pli wody, bo wszystko i tak wy­mio­to­wała. Ni­czego też nie ja­dła. Za­mó­wiła przez in­ter­net ja­kieś leki na ten pę­cherz, to jej w nie­dzielę wie­czo­rem przy­wieźli, ale nic nie po­mo­gły. Jesz­cze w pią­tek w nocy za­dzwo­niła na po­go­to­wie... - urwała, wi­dząc, że Ro­bert in­ten­syw­nie no­tuje. - Tak, wy­krę­ciła sto dwa­na­ście, po­ga­dali z nią, wy­śmiali tro­chę i nie przy­je­chali.

- Czym to ar­gu­men­to­wali? - Ro­bert pod­niósł wzrok. - Mó­wiła?

- Ni­czym. Z tego, co wiem, to ni­czym... Po pro­stu dys­po­zy­tor nie wy­słał ka­retki. Ka­zał jej iść do le­ka­rza i za­żyć an­ty­bio­tyk na ZUM-a.

- Na co?

- Za­pa­le­nie układu mo­czo­wego - wy­ja­śnił Łu­kasz. - Czyli po­sta­wił dia­gnozę przez te­le­fon?

- Tak. - Do­ma­ga­łowa po­ki­wała głową, po czym się­gnęła do swo­jej to­rebki, wi­szą­cej na opar­ciu krze­sła. - Za­no­to­wa­łam ko­lej­ność zda­rzeń na pod­sta­wie jej SMS-ów do mnie i tego, co na świeżo za­pa­mię­ta­łam. - Wy­jęła stary no­tat­nik w opra­wie ze sztucz­nej skóry i za­częła go kart­ko­wać.

- We wto­rek rano, po tym noc­nym te­le­fo­nie, po­szła do przy­chodni zro­bić ba­da­nia.

- Któ­rej przy­chodni? - za­py­tał Ro­bert.

- Ja­kiejś naj­bliż­szej jej domu. Tam po­pro­siła o ba­da­nie krwi i mo­czu, sama za nie pła­ciła, bo były bez skie­ro­wa­nia. Wró­ciła do domu, a po po­łu­dniu za­dzwo­niła le­karka z la­bo­ra­to­rium i po­wie­działa, że wy­niki są tak złe, że po­winna od razu zna­leźć się w szpi­talu. Pa­try­cja wy­ja­śniła, że po­go­to­wie nie przy­je­chało do niej i nie są­dzi, że ją przyjmą, więc le­karka ka­zała jej iść rano do przy­chodni z tymi wy­ni­kami do zwy­kłego le­ka­rza. Aha! Wy­sta­wiła jej re­ceptę, taką na te­le­fon, i wy­słała do ap­teki, żeby od razu za­częła brać an­ty­bio­tyk. Tak zro­biła.

- Czyli we wto­rek rano? Do tej sa­mej przy­chodni, gdzie ro­biła ba­da­nia?

- Tak. To zna­czy wi­zytę miała w środę, bo nie było miejsc na wto­rek. Brała an­ty­bio­tyk, a stan się po­gar­szał. Go­rączka cią­gle była wy­soka, miała pro­blemy z ro­bie­niem siku i wy­mio­to­wała. In­ter­ni­sta był bar­dzo prze­jęty jej wy­ni­kami i tym, że an­ty­bio­tyk nie działa. Wy­sta­wił skie­ro­wa­nie do szpi­tala i po­wie­dział, że ma je­chać na Ka­sprzaka... Nie po­je­chała od razu.

- Dla­czego?

- Źle się czuła. Co­raz go­rzej... Ciężko jej było się po­ru­szać po miesz­ka­niu, a co do­piero zejść cztery pię­tra i wsiąść do tak­sówki... Dzwo­ni­łam do niej i sły­sza­łam, jak jest słaba i roz­ko­ja­rzona. Bła­ga­łam, żeby je­chała na Ka­sprzaka... Boże, to ja ją na to wszystko na­mó­wi­łam! - Scho­wała twarz w dło­niach i za­częła pła­kać.

Wi­śniew­ski w ostat­niej chwili ugryzł się w ję­zyk i nie za­py­tał, dla­czego po­byt w szpi­talu miał jej córkę za­bić. Uznał, że trzeba jej dać chwilę na uspo­ko­je­nie się i że pew­nie za­raz sama za­cznie opo­wia­dać. Tak też się stało.

- W czwar­tek po po­łu­dniu go­rączka nieco ze­lżała - cią­gnęła Do­ma­ga­łowa, ocie­ra­jąc po­liczki z łez - więc za­mó­wiła tak­sówkę i po­je­chała. Nie było da­leko z Płoc­kiej, miała na­dzieję, że szybko ją przyjmą i się nią zajmą... Ale kiedy za­dzwo­ni­łam do niej o dzie­sią­tej wie­czo­rem, po­wie­działa, że na­dal sie­dzi na SOR-ze i czeka na ba­da­nie...

- Ja­kie ba­da­nie? - wtrą­cił się Łu­kasz.

- Przez le­ka­rza z dy­żuru. Tak mi wy­ja­śniła. Mó­wiła, że sie­dzi na krze­sełku bez wody i je­dze­nia, że jest dużo lu­dzi i nikt nic nie wie. Nie chcia­łam dzwo­nić co pięć mi­nut, więc po­pro­si­łam, żeby dała mi znać, jak już we­zmą ją na od­dział. Za­dzwo­niła po pierw­szej w nocy i oznaj­miła, że wraca do domu. Na pie­chotę... Strasz­nie pła­kała, ale ja w ogóle nie ro­zu­mia­łam, o czym mówi.

- Beł­ko­tała? - za­py­tał Ro­bert.

- Nie. Nic z tych rze­czy! Po­wie­działa, że le­karka była strasz­nie nie­miła, że za­rzu­ciła jej hi­po­chon­drię i że za­wraca głowę służ­bie zdro­wia byle czym...

Łu­kasz z Ro­ber­tem spoj­rzeli na sie­bie, jakby nie do końca do­wie­rzali jej sło­wom.

- Ta le­karka krzy­czała na nią, że nie jest za­szcze­piona na ko­wida, że to nie­od­po­wie­dzialne i sa­mo­lubne. Po­tem zle­ciła test na obec­ność wi­rusa i stwier­dziła, że Pa­try­cja bę­dzie sie­dzieć w po­cze­kalni, do­póki nie przyj­dzie wy­nik. Wtedy się wy­pi­sała.

- Ale dla­czego?

- Bo miała cze­kać dobę na ten wy­nik. Co naj­mniej dobę.

Wi­śniew­ski wy­pro­sto­wał się i po­trzą­snął głową.

- Za­raz, za­raz! Jest pani pewna?

- Tak. - Łzy na twa­rzy ko­biety wy­schły, a w oczach po­ja­wił się błysk gniewu. - Je­stem pewna na sto pro­cent. Spraw­dzi­łam to po­tem po róż­nych izbach przy­jęć i rze­czy­wi­ście tak to wy­gląda.

- W ca­łej War­sza­wie?

- W ca­łej Pol­sce.

Ro­bert po­pro­sił o chwilę prze­rwy. Wy­ja­śnił, że musi iść do ła­zienki, ale Łu­kasz wie­dział, że cho­dzi o coś in­nego. Wstał i po­szedł za ko­legą, który rze­czy­wi­ście znik­nął w to­a­le­cie.

- Wi­dzia­łem już kie­dyś tę twarz - po­wie­dział bez zbęd­nych wstę­pów.

Ro­bert stał, trzy­ma­jąc się o umy­walkę, i pa­trzył na Mey­era w od­bi­ciu w lu­strze.

- Jaką twarz?

- Szarą. Jakby wy­kutą z ka­mie­nia. - Łu­kasz oparł się ple­cami o ścianę i spoj­rzał w su­fit. - Si­sior miał taką, kiedy po­wie­dzia­łem, że Ju­styna nie żyje... kiedy my­śla­łem, że nie żyje.

- Słabe po­rów­na­nie - mruk­nął Ro­bert, po czym od­krę­cił kran. Zmo­czył twarz zimną wodą i się­gnął po ręcz­nik pa­pie­rowy.

- Dużo wi­dzimy i dużo po nas spływa, ale są ta­kie sy­tu­acje, które walą w nas ni­czym obuch.

- I niby ta sy­tu­acja tak na mnie działa, co?

- Naj­wy­raź­niej. Nie chcia­łeś się nią za­jąć i my­ślę, że jest ku temu ja­kiś po­wód.

- Taki, że zaj­muję się prze­stęp­czo­ścią zor­ga­ni­zo­waną, a nie błę­dami le­kar­skimi.

Łu­kasz przyj­rzał się mu uważ­nie, ale się nie ode­zwał.

- Co? - Ro­bert od­wró­cił się w jego stronę. - Masz mi do za­ko­mu­ni­ko­wa­nia coś z za­kresu psy­cho­lo­gii sto­so­wa­nej?

- Nie. Nic z tych rze­czy. Za­sta­nów się nad tym, co wła­śnie po­wie­dzia­łeś, bo może się oka­zać, że to do­kład­nie sprawa dla cie­bie. - Po tych sło­wach Łu­kasz wy­szedł z ła­zienki.

Ro­bert dał so­bie jesz­cze chwilę na bez­owocne sta­nie przed lu­strem i po chwili po­dą­żył za Mey­erem.

Do­ma­ga­łowa roz­ma­wiała o czymś z Ka­łużą, a na wi­dok Ro­berta uśmiech­nęła się ką­tem ust, jakby się ucie­szyła jego po­nowną obec­no­ścią, ale nie miała dość sił, żeby to w pełni oka­zać.

- Na czym skoń­czy­li­śmy? - ode­zwał się Ro­bert, zaj­mu­jąc miej­sce za sto­łem. - Pa­try­cja wró­ciła do domu, tak?

- Tak. I do rana nie żyła.

- Kiedy do­kład­nie zmarła? - Wi­śniew­ski sta­rał się za­cho­wać mak­sy­mal­nie neu­tralny ton.

- Praw­do­po­dob­nie mię­dzy trze­cią a czwartą nad ra­nem.

- Przy­czyna zgonu?

- Nie... wiem. - Do­ma­ga­łowa roz­ło­żyła dło­nie.

- Jak to? - Ro­bert pod­niósł wzrok, ale za­raz zro­zu­miał, że nie ma sensu cią­gnąć tego wątku. - Kto pa­nią po­in­for­mo­wał?

- Ja sama... To zna­czy ja sama dzwo­ni­łam do niej, a kiedy nie mo­głam się do­dzwo­nić, skon­tak­to­wa­łam się z jej są­sia­dem z dołu, u któ­rego zo­sta­wiała klu­cze, kiedy wy­jeż­dżała na dłu­żej. Pan Sta­siak, bar­dzo miły czło­wiek. Po­pro­si­łam, żeby za­pu­kał do niej, a kiedy nie było od­po­wie­dzi, we­zwał po­go­to­wie...

- Przy­je­chało? - za­py­tał Łu­kasz z lek­kim prze­ką­sem.

- Och! To był cały cyrk. - Ko­bieta po­krę­ciła głową i wes­tchnęła gło­śno. - W końcu przy­je­chali, ale ze­szło się im do po­łu­dnia. Roz­ma­wia­łam tam z ja­kimś czło­wie­kiem, któ­rego in­te­re­so­wało tylko, czy córka była za­szcze­piona i czy miała ro­biony test. Nie mo­gli się do­stać do miesz­ka­nia, więc za­dzwo­ni­łam na po­li­cję i po­pro­si­łam o in­ter­wen­cję. Też nie chcieli się zja­wić. W końcu za­pew­ni­łam, że po­kryję koszty wła­ma­nia do miesz­ka­nia i nie będę się o nic cze­piać. Więc we­szli...

W po­koju za­pa­no­wała ci­sza, prze­ry­wana stłu­mio­nymi od­gło­sami do­cho­dzą­cymi zza okna.

- Oni... W ogóle do mnie nie za­dzwo­nili po tym, jak otwo­rzyli drzwi. Mu­sia­łam znów sama się do­bi­jać, aż ktoś w końcu ra­czył mnie po­in­for­mo­wać, że zna­leźli córkę nie­re­spon­sywną. Ta­kiego słowa użyli, do­kład­nie ta­kiego. Za­py­ta­łam, co to ozna­cza, więc pa­niu­sia po dru­giej stro­nie li­nii za­wo­łała: "Pani córka nie żyje! No nie ro­zu­mie pani?".

Łu­kasz za­ci­snął szczęki i prze­wró­cił oczami.

- Nie wiem, jak ja to wszystko wy­trzy­ma­łam. Nie wiem... Wi­sia­łam na te­le­fo­nie, aż się roz­ła­do­wał, więc po­tem trzy­ma­łam go cią­gle na ła­do­warce. Klę­cza­łam przy tym gniazdku kilka do­brych go­dzin. By­łam w pracy, więc ko­le­żanki pró­bo­wały mnie uspo­ka­jać, ale ja po pro­stu... - Do­ma­ga­łowa pa­trzyła w prze­strzeń, krę­cąc głową, jakby z nie­do­wie­rza­niem. - Są­siad za­wiózł mnie wie­czo­rem do War­szawy, bo ja nie mam prawa jazdy, a auto sprze­da­łam po śmierci męża. Pa­try­nia nie jeź­dziła przez tę de­pre­sję i leki, które jej cza­sem da­wali.

- Była pani u niej w miesz­ka­niu? - za­py­tał Ro­bert.

- Nie. Ani razu.

- Ani razu od jej śmierci? - upew­nił się, pa­trząc wy­mow­nie na Ka­łużę. - I ni­kogo tam nie było?

- Nie, ra­czej nie. Sta­siak za­mknął drzwi jej klu­czami i dał mi je na dole, bo na­wet do bu­dynku nie we­szłam.

- A w ra­zie czego po­zwoli nam pani się ro­zej­rzeć?

Do­ma­ga­łowa znów się­gnęła do to­rebki i wy­jęła z niej pęk klu­czy, który po­ło­żyła na stole.

- Pro­szę. Rób­cie, co chce­cie. Ja nie mam siły...

- Do­brze - od­parł ci­cho Ka­łuża i za­brał klu­cze, po czym uniósł je i spoj­rzał na Ro­berta. Ten tylko po­ki­wał głową.

- Gdzie za­brali ciało? - Wi­śniew­ski wró­cił do spi­sy­wa­nia re­la­cji.

- Na Ba­na­cha. Po­je­cha­li­śmy tam, ale nie po­zwo­lili mi wejść jej zo­ba­czyć.

- Dla­czego?

- Przez re­żim sa­ni­tarny - prych­nęła, wy­raź­nie po­iry­to­wana. - Tam też był je­den wielki cyrk. Nie we­szłam na­wet do bu­dynku szpi­tala ani nie roz­ma­wia­łam z ni­kim z per­so­nelu bez­po­śred­nio tylko przez ja­kie­goś cie­cia, któ­rego do nas wy­słali. Nie mo­głam więc na­wet stwier­dzić, że mają tam ciało Pa­tryni. Są­siad za­brał mnie do zna­jo­mych za­kon­nic na Woli, to nas prze­no­co­wały, a rano za­dzwo­nili ze szpi­tala, że mam ją za­brać i naj­le­piej skre­mo­wać.

- Na­prawdę tak pani po­wie­dzieli?

- Nie wiem, kto trzy­mał słu­chawkę, ale wy­daje mi się, że nie le­karz, tylko znów ja­kiś po­ma­gier. Za­py­ta­łam, czy nie mo­gliby zro­bić sek­cji zwłok, bo córka była młoda, a ja na­wet nie wiem, na co zmarła. Ten fa­cet za­czął się śmiać do te­le­fonu, że chyba mnie po­gięło... Po­wie­dział, że le­karz już wy­sta­wił akt zgonu i że mogę jego za­py­tać, a oni i tak wpi­szą to jako zgon na ko­wida.

- Bez po­twier­dze­nia? - zdzi­wił się Ro­bert.

- Nie wiem. - Wzru­szyła ra­mio­nami. - Może to ja­koś po­twier­dzali, ale ja nie wi­dzia­łam wy­ni­ków żad­nych te­stów ani in­nych ba­dań. Wtedy za­czę­łam się na­prawdę zło­ścić. By­łam w ża­ło­bie, to prawda, ale po­czu­łam taki gniew, że przy­ćmił żal i roz­pacz. Czu­łam... Czu­łam, że dzieje się ja­kaś nie­spra­wie­dli­wość i że mu­szę coś z tym zro­bić, ina­czej ko­muś uj­dzie na su­cho wiel­kie zło. Znów za­dzwo­ni­łam na Ba­na­cha do kost­nicy, ale na­wet nie chcieli ze mną roz­ma­wiać. Mio­ta­łam się i krzy­cza­łam, aż przy­szły za­kon­nice, u któ­rych no­co­wa­li­śmy, i py­tały, co się dzieje. Obie­ca­łam so­bie, że nie od­pusz­czę i choć­bym miała wy­dać na to ostatni grosz, do­pnę swego. - Ko­bieta wy­pro­sto­wała się i po­pra­wiła koł­nie­rzyk przy bluzce. - Sio­stry po­wie­działy mi o ja­kimś za­kła­dzie po­grze­bo­wym, któ­rego wła­ści­ciel to po­rządny czło­wiek i że może on prze­chowa ciało Pa­tryni, do­póki się pewne sprawy nie wy­ja­śnią. Za opłatą, oczy­wi­ście, bo nikt za darmo tego nie zrobi, ale obie­cały po­pro­sić go o upust dla mnie. My­ślę, że do­szły do wnio­sku, że da mi to czas na uspo­ko­je­nie się i że ją w końcu po­cho­wam, ale nie mam ta­kiego za­miaru, za­pew­niam was.

- I jest w tym za­kła­dzie cały czas?

- Tak. Za Be­mo­wem, ale to chyba jesz­cze War­szawa jest.

- Pani Ha­lino... - Ro­bert wy­pu­ścił po­wie­trze z płuc i prze­cze­sał pal­cami swoje bujne włosy. - Zdaje pani so­bie sprawę z tego, że pro­ku­ra­tura może nie...

- To za­płacę za sek­cję - prze­rwała mu ostro. - Ale do­piero wtedy, gdy wy­czer­pię wszyst­kie inne środki.

- Ja­sne. - Po­ki­wał głową. - Zo­ba­czymy, co da się zro­bić.

Ro­bert znów mu­siał wyjść z po­koju. Tym ra­zem żeby w końcu ode­brać te­le­fon od Anety. Czuł wi­bro­wa­nie ko­mórki od ja­kie­goś czasu, ale wcze­śniej nie było do­brego mo­mentu na roz­mowę z kim­kol­wiek.

- Dla­czego nie od­bie­rasz?! - krzyk­nęła mu do ucha na po­wi­ta­nie. - Dzwo­nię od go­dziny.

- Od dzie­się­ciu mi­nut mak­sy­mal­nie. Je­stem w pracy.

- Ta, ja­sne! - prych­nęła. - A co ty ro­bisz w tej pracy, co?

- Aneta - wark­nął. - Mów, czego chcesz, i kończmy.

- Idę do fry­zjera - po­in­for­mo­wała.

- Do fry... - Za­mknął oczy i wes­tchnął. - To idź. Nie mu­sisz mnie in­for­mo­wać o ta­kich rze­czach.

- Ale mu­szę zwol­nić opie­kunkę i ktoś musi za­jąć się Bart­kiem.

- Nie! Nie wyjdę z pracy w środku dnia, bo ty ro­bisz włosy.

- Ale są ko­lejki, umó­wi­łam się dużo wcze­śniej...

- Oj, za­mknij się! Ro­bisz to spe­cjal­nie, prawda?

- Mam cho­dzić roz­czo­chrana?

- Ja nie za­uważę róż­nicy - wy­ce­dził ze zło­ścią i się roz­łą­czył. - Co za... tępa...

- Cipa? - do­my­ślił się Łu­kasz, który nie­spo­dzie­wa­nie zna­lazł się obok niego w ko­ry­ta­rzu.

- To nie jest za­bawne.

- A kto mówi, że jest? - Łu­kasz po­ło­żył mu dłoń na ra­mie­niu. - Chodźmy na chwilę do mnie. Uspo­ko­isz się.

- Te­raz nie będę my­ślał o ni­czym in­nym - go­rącz­ko­wał się Ro­bert. - Ostat­nio zro­biła się jesz­cze gor­sza niż kie­dyś. Jak się uprze, to po­je­dzie do tego fry­zjera i zo­stawi Bartka w domu sa­mego.

- E, nie­moż­liwe! - Łu­kasz ro­ze­śmiał się i po­dał mu bu­telkę wody mi­ne­ral­nej. - Masz, na­wod­nij się nieco.

- Nie­stety moż­liwe. Już tak zro­biła parę razy.

- Se­rio? - Meyer usiadł za biur­kiem i zmarsz­czył brwi. - Z sze­ścio­lat­kiem? Za to jest pa­ra­graf.

- Więc ją uświa­do­mi­łem - od­parł Ro­bert, od­krę­ca­jąc bu­telkę. - Ale prze­cież żony nie aresz­tuję.

- Może wła­śnie to trzeba zro­bić? - mruk­nął Łu­kasz, jakby do sie­bie.

- Co?

- Nic. Słu­chaj, je­śli chcesz, mogę wy­słać ko­goś z tobą do miesz­ka­nia tej dziew­czyny.

- A po co? Pójdę z Ka­łużą. O ile, rzecz ja­sna, Kot się zgo­dzi to cią­gnąć.

- Mmm... - Łu­kasz po­tarł dłońmi brodę. - Gdyby się zgo­dził, mogę dać ci Se­ba­stiana do po­mocy.

- Tego mię­śniaka? - skrzy­wił się Ro­bert.

- Ma wię­cej przy­mio­tów niż duże mię­śnie. A może wo­lisz dziew­czynę, co? By­łaby lep­sza na prze­szu­ka­nie miesz­ka­nia mło­dej ko­biety. Ania jest by­stra...

- Łu­kasz! O co ci, kurwa, cho­dzi?

- O nic. Je­stem cie­kaw, jak się sprawa po­to­czy, to wszystko. - Meyer oparł się ple­cami o fo­tel i uśmiech­nął ta­jem­ni­czo.

- Nie ściem­niaj. Co ci cho­dzi po gło­wie?

- Cóż... Je­śli Kot nie po­zwoli ci cią­gnąć tego te­matu albo je­śli bę­dziesz mu­siał ro­bić coś in­nego, ja chęt­nie go we­zmę.

- Ale... jako biuro?

- No.

- Chcesz na­cią­gnąć tę ko­bietę na kasę?

- Nic po­dob­nego. Mamy bu­dżet na sprawy pro bono, ta może być jedną z nich. Na­daje się.

- Do­bra... - Ro­bert wy­dął usta. - Niech ci bę­dzie. Daj mi ko­goś na to prze­szu­ka­nie.

- Wie­dzia­łem, że się do­ga­damy. - Meyer wy­szcze­rzył się w uśmie­chu. - Wra­camy? Masz jesz­cze ja­kieś py­ta­nia?

- Chyba nie... - za­my­ślił się Ro­bert. - Ale może coś mi się jesz­cze przy­po­mni.

Do­ma­ga­łowa i po­ste­run­kowy Ka­łuża stali w ko­ry­ta­rzu, wy­raź­nie go­towi do wyj­ścia.

- Mu­szę iść na busa - po­wie­działa ko­bieta, za­kła­da­jąc to­rebkę na ra­mię. - Na­stępny jest do­piero wie­czo­rem, a po­cią­gami nie lu­bię jeź­dzić.

- Jest pani pewna? - za­py­tał Ro­bert. Się­gnął do kie­szeni spodni po wi­zy­tow­nik. - Gdyby coś się pani przy­po­mniało, pro­szę za­dzwo­nić bez­po­śred­nio do mnie.

- Dzię­kuję. W su­mie... - Do­tknęła wi­zy­tówką czoła. - Wy­daje mi się, że w miesz­ka­niu po­wi­nien być pa­mięt­nik córki.

- Pa­mięt­nik? - Łu­kasz cof­nął się o pół kroku, jakby ude­rzony nie­wi­dzialną siłą.

- Tak. Lu­biła no­to­wać różne prze­ży­cia. Po­ra­dził jej to psy­cho­log na te­ra­pii. Mó­wiła, że rze­czy­wi­ście po­maga. Może za­pi­sała tam coś w cza­sie cho­roby. Cho­ciaż... - Skrzy­wiła się. - Nie wiem. Była taka słaba... Mo­gła nie mieć siły utrzy­mać dłu­go­pisu w dłoni.

- Spraw­dzimy - za­pew­nił Wi­śniew­ski, po czym spoj­rzał zdzi­wiony na bla­dego Łu­ka­sza. - Wszystko okej? Ja też będę się zbie­rał.

- Wszystko git... - Łu­kasz po­tarł brwi pal­cami. - Ja­sne, leć. Bę­dziemy w kon­tak­cie.

Ze­szli na dół we troje. Ka­łuża za­pro­po­no­wał Do­ma­ga­ło­wej pod­wózkę do tram­waju, ale od­mó­wiła.

- To bli­sko, przejdę się.

- Za­wiozę pa­nią na po­stój dla au­to­bu­sów - oświad­czył Wi­śniew­ski to­nem nie­zno­szą­cym sprze­ciwu. - I tak mam po dro­dze.

- Aha... No do­brze. Dzię­kuję.

- Ka­łuża, za­dzwoń do mnie ju­tro rano po dzie­wią­tej. Będę wie­dział, jak dzia­łamy da­lej.

- Ja­sne! - Młody po­li­cjant do­tknął pal­cami do czoła. - Od­mel­do­wuję się.

- Za­pra­szam. - Ro­bert wska­zał Do­ma­ga­ło­wej swój sa­mo­chód za­par­ko­wany pod ka­mie­nicą.

- Pan za­wsze pra­cuje sam? My­śla­łam, że ma­cie part­ne­rów.

- Mamy. Ale mój part­ner jest chory, a nie było ni­kogo in­nego, kogo można by mi dać, dla­tego dzia­łam solo.

Cią­gle było przed go­dzi­nami naj­więk­szego ru­chu, więc pod Pa­łac Kul­tury do­je­chali w miarę szybko. Po dro­dze Do­ma­ga­łowa opo­wie­działa Wi­śniew­skiemu o jesz­cze jed­nym zda­rze­niu.

- Kiedy roz­ma­wia­łam z tą po­li­cjantką, co mi wy­krzy­czała, że córka nie żyje, usły­sza­łam jesz­cze jedno od niej: "Dla­czego pani u niej nie było, skoro pani wie­działa, że jest chora?". Strasz­nie mnie to za­bo­lało, jakby ta dziew­czyna wie­działa, gdzie mam czuły punkt.

- Co jej pani od­po­wie­działa?

- Nic. Chcia­łam się w pierw­szej chwili tłu­ma­czyć, ale po­tem przy­po­mniała mi się są­siadka z na­szej wsi, która zgło­siła gwałt, i wła­śnie taka po­li­cjantka ją prze­słu­chi­wała... Ten ton... To... po­czu­cie wyż­szo­ści, jakby mun­dur da­wał jej prawo do oce­nia­nia lu­dzi bez wie­dzy na ich te­mat. Roz­łą­czy­łam się, ale ból po­zo­stał. Pra­cuję w domu opieki w są­sied­niej wsi. Od po­czątku pan­de­mii prak­tycz­nie nie wy­cho­dzę z pracy... Pa­cjenci pa­dają jak mu­chy, per­so­nel też. Ko­le­żanka zmarła na zmia­nie na atak serca, a le­karz po­tem po­wie­dział, że była prze­mę­czona. Ciężko było być jed­no­cze­śnie w dwóch miej­scach. Te­raz... Te­raz my­ślę so­bie, że córka była waż­niej­sza, ale to te­raz mam ta­kie wnio­ski. Wcze­śniej sprawa nie była taka oczy­wi­sta.

Ro­bert mil­czał. Za­ci­skał palce na kie­row­nicy, aż zbie­lały mu kłyk­cie.

- Wie pan, po­cząt­kowo my­śla­łam, że w tym szpi­talu stało się coś ta­kiego... Że le­ka­rze byli zbyt ob­cią­żeni pracą, że nie dało się ina­czej. Ale ja do­brze pa­mię­tam, co Pa­try­cja mi mó­wiła przez te­le­fon, i to wcale tak nie brzmiało, że oni byli prze­pra­co­wani, tylko ra­czej jak ta po­li­cjantka, z którą roz­ma­wia­łam. Dla­tego nie chcę, by zaj­mo­wał się tym ja­kiś pry­watny de­tek­tyw. To wy mu­si­cie to na­pra­wić, co­ście spie­przyli. Wy! Po­li­cja i służba zdro­wia. Bo je­śli nie znaj­dzie się choćby je­den spra­wie­dliwy wśród was, to mam na­dzieję, że was wszyst­kich pie­kło po­chło­nie, i to szybko.