Protokół śmierci - Róża Lewanowicz

Reflow text when sidebars are open.
Prolog
Listopad 2021 roku
Poznań, godzina 00.31
Monika Dobrucka wysiadła z taksówki i spojrzała na dom swoich rodziców. Starała się dostrzec w nim oznaki życia. W oknie jadalni świeciło się światło, także w jednym z pokoi na górze przez chwilę widziała zapaloną lampę, która jednak zaraz zgasła. Kobieta westchnęła, złapała rączkę od walizki i ruszyła w stronę wejścia.
Stare, ale solidne drzwi były zamknięte na klucz, więc Monika przez chwilę mocowała się z zamkami. Weszła do środka, postawiła walizkę pod ścianą i sięgnęła do włącznika światła. Przez ułamek sekundy w jej głowie pojawiła się myśl, że górna lampa się nie zaświeci, i przestraszyła się, że będzie tkwiła tak w holu pogrążona w mroku, niczym bohaterka kiepskiego filmu grozy.
- Czarek?! - zawołała, stojąc przed krętymi drewnianymi schodami. - Jesteś w domu?!
Cisza.
Monika nie zdecydowała się iść na piętro. Skierowała kroki do dużej kuchni. Gdy tylko stanęła na jej progu i zapaliła światło, zamarła.
Pomieszczenie było nieskazitelnie czyste, jakby to była szpitalna sala operacyjna, a nie kuchnia, w której zazwyczaj panował zwykły, swojski nieład. W powietrzu unosił się zapach środków czystości, z wyraźną przewagą płynu dezynfekującego, którego od początku pandemii wszyscy nadużywali. Monika zrobiła krok do przodu, ale jakaś niewidzialna siła powstrzymała ją przed pójściem dalej. Sterylność pomieszczenia miała w sobie coś złowrogiego. Kobieta wycofała się, by odszukać swojego brata.
Od razu dało się zauważyć, że cały parter był pieczołowicie wysprzątany. Wszystkie powierzchnie dokładnie odkurzono i umyto, a stary, przedwojenny dywan leżał zwinięty pod ścianą. Monika obeszła każdy zakamarek, starając się zrozumieć cokolwiek z tego, co zastała w domu. Dopiero po dłuższej chwili zorientowała się, że z półki nad kominkiem zniknęło kilka fotografii. Podeszła bliżej.
- Brakuje zdjęć Czarka - powiedziała do siebie.
Rozejrzała się i zaczęła nasłuchiwać. Usłyszała ciche skrzypienie podłogi w pokoju nad sobą. Znała ten dom jak własną kieszeń, wiedziała więc, że ktoś jest w sypialni gościnnej, której okna wychodziły na duży park po drugiej stronie ulicy. Poszła tam.
- Czarek? - Stanęła w drzwiach i z niepokojem wpatrywała się w nieruchome plecy brata, zza firanki obserwującego otoczenie za oknem. - Cezary, co ty robisz? Co się tutaj dzieje?
Obejrzał się i rzucił jej gniewne spojrzenie.
- Czarek, nie możesz się tak zachowywać. - Monika podeszła do niego i popatrzyła na jego profil. - Gdzie są rodzice?
- Nie wiem - burknął, nie odrywając wzroku od okna. - Zadzwoń do nich.
- O to chodzi, że dzwoniłam. Od dobrych kilku dni ich telefon milczał, a teraz w ogóle jest wyłączony. Dlatego przyjechałam.
- Kurwa! - warknął mężczyzna. - Ciągle tam siedzą.
- Kto? - Monika spojrzała w stronę parku. - O czym ty...
- Ta dwójka. Usiedli na ławce i gapią się na dom.
- Czarek... - Dobrucka zmrużyła oczy. - To po prostu... jakieś żule. Siedzą i piją piwo. Daj im spokój.
- A czy ty widziałaś kiedyś tu jakichś żuli?
- No... Kiedyś tak. O co ci chodzi?
Cezary odsunął się od okna i sięgnął do kieszeni.
- Co robisz? - zapytała Monika.
- A jak sądzisz? Dzwonię na policję.
- Co? Przestań! - Złapała jego dłoń i ścisnęła mocno.
Znów obdarzył ją gniewnym spojrzeniem.
- Puszczaj - głos Czarka przypominał syk węża.
- Nie, dopóki mi nie powiesz, co się dzieje. Dlaczego tu jest tak czysto? Co ty kombinujesz?
- Nic nie kombinuję. Daj mi zadzwonić.
- Jest po północy, nikt nam nie zagraża, po co wzywać policję. Powiedz mi, kiedy ostatnio rozmawiałeś z rodzicami?
Patrzył na nią szeroko otwartymi oczami. Miał minę, jakby chciał się odezwać, ale tylko wyrwał rękę z jej uścisku i znów zajrzał za firankę.
- Nic z tego nie rozumiem! - słowa Moniki były pełne rozpaczy. - Wiem, że masz swoje problemy, ale nie możemy dłużej tolerować twoich wybryków i tłumaczyć ich chorą głową. Każdy musi się jakoś zachowywać, nawet ty.
Zero reakcji. Cezary znów stał nieruchomo, wpatrzony w okno. Zdawał się w ogóle nie słyszeć siostry.
Monika skrzywiła się i poszła do pokoju rodziców. Tam również panował nienaganny porządek. Kobieta postanowiła przeszukać wszystko, licząc na to, że uda się jej znaleźć wskazówki dotyczące zniknięcia ojca i matki. Otwierała i zamykała szafy, zajrzała do każdej szuflady, a nawet pod łóżko. Przez ścianę słyszała, że jej brat dzwoni na policję i informuje o dwóch osobach w parku zakłócających ciszę nocną. Przystanęła i zaczęła się zastanawiać, czy nie powinna odwołać patrolu, tłumacząc zachowanie brata jego niedyspozycją psychiczną, ale wówczas jej wzrok spoczął na wnętrzu zabytkowej komody pod ścianą, która wyglądała na nieco przesuniętą względem swego pierwotnego położenia.
- Sejf - szepnęła i podeszła do mebla. Złapała go i z wysiłkiem odsunęła od ściany.
Staromodna, ale bardzo funkcjonalna skrytka była wbudowana w ścianę, więc wystarczyło zasłonić ją czymkolwiek, by nie była widoczna dla postronnych. Rodzice Moniki i Cezarego trzymali w sejfie dokumenty, pieniądze i biżuterię rodową. Kobieta szacowała, że wartość tego wszystkiego oscylowała w granicach miliona złotych.
- Pusty - powiedziała cicho, widząc uchylone drzwiczki i brak przedmiotów w skrytce.
Zimny pot oblał jej plecy. Tylko jedna osoba mogła go wyczyścić - ta sama, która tak dokładnie wysprzątała cały dom.
Czarek nie znał szyfru do sejfu, choć zawsze dawał do zrozumienia, że to wielka niesprawiedliwość. Monika wiedziała, że ojciec nigdy by mu go nie udostępnił, chyba że...
Wybiegła z sypialni rodziców i ruszyła prosto do pokoju Czarka. Widok spakowanych walizek i pudeł na środku pomieszczenia wcale jej nie zdziwił - przeraził ją. Chwyciła oburącz za poły płaszcza, tuż pod szyją, zrobiła krok w tył i... wpadła na brata, który stał za nią.
- Co ty... - głos uwiązł jej w gardle.
- Co? Co? - Twarz Cezarego przypominała wykutą w skale rzeźbę. - Masz jakiś problem?
- Dlaczego się spakowałeś? - wyszeptała. - Gdzie są... Co zrobiłeś z... rodzicami?
Zamiast odpowiedzieć, Czarek wyciągnął dłonie i złapał ją za szyję. W pierwszej chwili mózg Moniki nie przyjął tego do wiadomości, więc nawet nie chwyciła brata za dłonie, tylko wciąż trzymała się swojego płaszcza.
- Zaraz ci pokażę, co z nimi zrobiłem - wycedził, zaciskając mocniej palce wokół jej szyi.
Wtedy zrozumiała wszystko, ale było już za późno. Była zbyt słaba, żeby z nim walczyć. Okazało się, że jest bardzo silnym, wysportowanym mężczyzną, który bez trudu zwlókł ją na dół i położył na ziemi.
- Wszystko popsułaś - mówił, wciąż ją podduszając, jakby sprawiało mu to wielką przyjemność.
"Bo sprawia!" - zdała sobie sprawę Monika.
- Miałaś przyjechać wcześniej, żeby mnie dziś tu już nie było. Miałem się z tobą rozprawić... siostro. Coś słabo kochasz tych swoich rodziców - szydził. - Tyle dni nie sprawdziłaś, co się z nimi stało. A taka dobra z ciebie córeczka.
Przed oczami Moniki zaczęły pojawiać się mroczki. Jej przerażenie rosło. Chciała żyć, ale była pewna, że brat ją zamorduje. Zapragnęła więc jednego, żeby tortura po prostu się już skończyła.
"Mogłam nie przyjeżdżać" - pomyślała, zanim straciła przytomność. "Mogłam wezwać policję, żeby sprawdziła dom..."
Monika się ocknęła. Zamrugała powiekami, jakby nie dowierzając, że nie jest martwa. Leżała na wznak i patrzyła w betonowy sufit z jedną słabą żarówką. Wiedziała, że jest w piwnicy ich domu. Dużej, pełnej pajęczyn piwnicy, której tak strasznie się bała jako dziecko.
Spróbowała obrócić się na bok. Kiedy zdołała to zrobić, pojęła, że o wstaniu nie ma już mowy - w ogóle nie czuła nóg. Leżała więc, łapiąc oddech, walcząc z bólem szyi i gardła.
"Może nie złamał mi kości gnykowej?" - pomyślała z nadzieją. "Chyba by mnie to zabiło... Może ktoś mnie tu znajdzie?"
Nasłuchiwała odgłosów z góry, ale żaden dźwięk nie docierał do piwnicy.
Otworzyła szerzej powieki i wbrew własnej woli uświadomiła sobie wreszcie, co widzi. Łzy napłynęły jej do oczu, ale nie przesłoniły obrazu dwóch podłużnych worków ułożonych pod ścianą.
"Już śmierdzą" - przeszło jej przez myśl. "Jest zimno, ale już się rozkładają. Mam nadzieję, że nie cierpieli..."
Zrobiło się całkiem ciemno i przestała czuć cokolwiek.
I
Warszawa, trzy tygodnie wcześniej
Większość ludzi, którzy znali Roberta Wiśniewskiego - komisarza, aktualnie pracującego dla Centralnego Biura Śledczego Policji - nie miała pojęcia, że tak naprawdę miał on na imię Tomek. Gdyby zajrzeć mu w dowód osobisty albo do legitymacji służbowej, można by się dowiedzieć, że pan komisarz nazywa się Tomasz Robert Wiśniewski. Drugiego imienia zaczęli używać jego rodzice jeszcze w przedszkolu, gdy wychowawczyni kazała dzieciom przychodzić z workami na kapcie z wyszytymi na nich inicjałami. Ojciec Tomka, z niezrozumiałych wówczas dla malucha powodów, nie życzył sobie, by jakiekolwiek rzeczy syna opatrzone były literami "TW".
- Już lepsze byłoby "WC" - stwierdził stanowczo Wiśniewski senior. - Mniejszy wstyd.
Potem wszyscy przywykli do Roberta i zapomnieli, skąd się ta zamiana wzięła.
Od czasu rozpoczęcia przez niego służby tylko niektórzy koledzy i przełożeni wiedzieli, że Robert jest Tomkiem, a i sam zainteresowany zdawał się o swoim pierwszym imieniu nie pamiętać.
Tego dnia jednak sobie przypomniał, a to za sprawą swojej małżonki. Nazwała go Tomaszem przy porannej awanturze, której przyczyna nie była dla niego zupełnie jasna - jak zwykle zresztą, gdy Aneta urządzała mu jazdę o poranku. Nie słuchał jej wcale; w sumie to nawet jej nie słyszał. Jeden z policyjnych psychologów powiedział mu, że w ten sposób się dysocjował, żeby nie zwariować.
- To taki fajny mechanizm obronny - powiedział z uśmiechem, kiedy Robert trafił do niego na sesję po jakiejś strzelaninie. - Pozwala ci nie przyjmować na klatę całego kwasu, jaki się na ciebie wylewa.
Robert jechał więc do pracy i zamiast myśleć o tym, czego tym razem chciała jego - bardzo niewierna swego czasu - żona, zastanawiał się, dlaczego użyła jego pierwszego imienia.
"Chciała mnie obrazić bardziej niż zwykle?" - zadumał się, stojąc na światłach. "Ale to bez sensu. To całkiem neutralna rzecz".
Gdyby byli normalnym małżeństwem, zapytałby ją o tę kwestię wieczorem przy kolacji, ale przecież nie byli normalni pod żadnym względem, a zadanie tego pytania rozpętałoby niemal na pewno kolejną awanturę, trwającą do północy. Dlatego pozostało mu smętne dumanie, które przeciągnęło się do chwili, gdy parkował auto na służbowym parkingu i wchodził do budynku, gdzie mieścił się jego oddział Biura. Minął stanowisko ochrony, wyjął przepustkę i przyłożył ją do czytnika obok szklanych drzwi. Żeby wejść do pomieszczenia, w którym pracował, musiał potem jeszcze zeskanować palec - nowość denerwująca dosłownie każdego.
- Powinno być odwrotnie, jeśli już naprawdę mamy mieć to podwójne zabezpieczenie - oburzał się Marcin Słomkowski, jeden z kolegów Roberta. - Palec na wejściu, a tu karta. Jak mam, kurwa, wchodzić na open space z kawą, jedzeniem i jeszcze wyciągać palucha?
- Wiem, wiem. - Tomek Kotowicz, szef ich oddziału, kiwał głową. - Zgłosiłem to, ale potrwa, zanim ktoś zatwierdzi zmianę.
Rzeczywiście - zatwierdzanie zmiany trwało i trwało, więc gdy Wiśniewski wszedł na korytarz, zobaczył Słomkowskiego, który jak zwykle miotał się przy drzwiach, usiłując dostać się do miejsca pracy i nie oblać przy tym zawartością kubka.
- Czekaj, Sisior - zawołał, śpiesząc w stronę nieboraka. - Już służę pomocą.
- Dzięki - wybełkotał Słomkowski z bajglem w ustach.
Mężczyźni weszli do środka i Wiśniewski już miał rzucić komentarz, że te zabezpieczenia o kant dupy potłuc, skoro i tak mało kto wie, że w ogóle zajmują ten budynek, kiedy zauważył, że przy jego biurku na krześle "gościnnym" siedzi jakiś młody posterunkowy, nerwowo ściskający w dłoniach furażerkę.
- Co do... - zaczął, marszcząc brwi.
- A, tak! - Słomkowski miał wreszcie wolne usta. - Przyszedł tu jakieś pół godziny temu i koniecznie chciał z tobą rozmawiać.
- Ale...
- Stary się zgodził - uprzedził jego protesty kolega. - Jeśli załatwicie sprawę przed poranną odprawą.
- I jeszcze co? - mruknął Robert. Nikt tu ot tak nie wchodził, życząc sobie rozmowy z kimkolwiek. Na pewno nie jakiś pierwszy lepszy leszcz, pewnie z Komendy Stołecznej. Nieco zły, ale też zaintrygowany, podszedł do swojego biurka i postawił na nim plecak. - O co chodzi? - zaczął bez ogródek, wyciągając laptopa i drugie śniadanie.
Młody policjant wstał, przełknął ślinę i spojrzał na Roberta błagalnym wzrokiem.
- Komisarz Tomasz Wiśniewski? - odezwał się, jakby chciał się upewnić.
Wiśniewskiemu dosłownie włos zjeżył się na głowie. "Co jest?! Jakiś spisek z moją wiedźmą?" - pomyślał i odpowiedział odrobinę nieuprzejmie:
- A kto pyta?
- Posterunkowy Kałuża. Jestem z... Przychodzę... To znaczy... Ktoś umarł - stwierdził w końcu stanowczo i nieco się rozluźnił. - Tak, zmarła kobieta i potrzebne jest śledztwo.
- Że co?! A co ja mam z tym wspólnego? To nie wydział zabójstw. Jaja sobie robisz? - Robert rozejrzał się wokoło, by sprawdzić, czy jego koledzy przypadkiem nie mają czegoś wspólnego z tą niedorzeczną sytuacją.
- Tak, wiem. Ja wszystko rozumiem, ale potrzebne są środki... To znaczy ktoś, kto się tym dobrze zajmie.
- Ja pierdolę! Gościu, mów z sensem albo cię stąd wyrzucę.
- Pracował pan kiedyś z komisarzem Pawłowskim ze Stołecznej, prawda?
- I co z tego? On już nawet nie jest w służbie - zauważył Robert, mając na myśli to, że komisarz Pawłowski od niemal pięciu lat odsiadywał długoletni wyrok za defraudację dużej sumy pieniędzy należących do Skarbu Państwa.
- Tak, przebywa w... To znaczy, ekhm... - zawahał się posterunkowy, nie chcąc powiedzieć wprost, co działo się z dawnym kolegą z pracy Wiśniewskiego. - Chodzi o to, że to mój wujek, i ja z nim rozmawiałem o tej śmierci, i on mi powiedział, że u nas w Stołecznej wszyscy będą to teraz mieli w dupie. Tę śmierć, znaczy się. I że powinienem pójść do kogoś, kto mi naprawdę pomoże.
- A wydział zabójstw się do tego nie nadaje, tak? Albo jakiś inny. - Robert, choć nadal nieco zirytowany, uspokoił się na tyle, że usiadł przy biurku i wyjął kubek z szuflady. - Wydział zabójstw nie umie naprawdę rozwiązać sprawy czyjejś śmierci?
- Hmm, no nie. Nie tej śmierci - odparł posterunkowy zaskakująco pewnym tonem.
- O matko! - Wiśniewski potarł brwi, wzdychając. - Nic z tego nie rozumiem, a w dodatku jestem przed pierwszą kawą. A dobra! - Złapał kubek i podniósł się z fotela. - Zapraszam do kuchni, tam mi o wszystkim opowiesz.
Wychodząc, zerknął w stronę przeszklonego pokoju swojego szefa, inspektora Tomka Kotowicza, który siedział przy biurku z nosem w papierach i nie wydawał się wcale zainteresowany sytuacją swojego podwładnego, mimo że była ona co najmniej dziwna.
"Może to naprawdę jakiś prank? Może wszyscy się zmówili dziś, żeby od rana testować moją cierpliwość?" - myślał, zmierzając korytarzem do pokoju socjalnego.
- Jeśli chcesz kawy, młody, musisz sobie sam zrobić - zaznaczył, gdy znaleźli się na miejscu. - Jakoś nie jestem w nastroju, żeby obsługiwać dziś młodszych stopniem.
- A, nie, nie trzeba. - Policjant się uśmiechnął. - Nawet bym nie śmiał prosić... Poza tym już piłem. Ee... kawę, znaczy się.
- Jasne - mruknął Robert, nalewając wody do pojemnika ekspresu. - To mówisz, że stary Pawło jest twoim wujkiem i cię do mnie wysłał?
- Mhm. - Pokiwał głową. - Byłem u niego... na widzeniu. I tak mi właśnie powiedział.
Wiśniewski spojrzał na niego znad ramienia, przerywając czynności przy ekspresie.
- Pawło wysłał ciebie do mnie? Serio?! Że niby ja miałbym zrobić coś lepiej niż ludzie ze Stołecznej?
- Tak. - Kałuża przełknął ślinę. - Stwierdził, że nie dostrzegał pana potencjału, ale teraz wie, że to pan załatwi tę sprawę jak trzeba.
- Nooo, tego jeszcze nie grali. - Robert kręcił głową z niedowierzaniem. Nalał sobie kawy i zaczął energicznie mieszać łyżeczką w kubku, choć nawet nie wsypał do niego cukru. - Jakieś jaja, jak słowo daję.
- Co pan mówił?
- Siadaj, synku. - Robert wskazał na krzesełko obok niedużego stolika pod ścianą. - To ci opowiem. Wiesz, jak mówili na mnie w Stołecznej?
Młody człowiek pokręcił głową, ale Wiśniewski wyczuł w tym ruchu fałsz.
- Laluś. Albo ciota. Albo pan-ładna-buźka. Nikt, podkreślam: nikt, nie traktował mnie poważnie. A już na pewno nie Pawło. Więc gadaj mi zaraz, o co tu, kurwa, chodzi tak naprawdę, albo wypierdalaj z mojego biura i zapomnij, że tu byłeś.
Posterunkowy zamrugał powiekami.
- Jest, jak mówię - odparł cicho. - Umarła kobieta i nikt się tym nie przejmuje, bo jest pandemia.
W tym momencie Wiśniewski poczuł, że ta opowieść nie idzie w dobrą stronę i że nie chce słuchać jej dalej. Nic jednak nie powiedział, tylko podniósł kubek do ust, jakby chciał sam je sobie zamknąć.
- Żaden ze mnie śledczy - ciągnął Kałuża - ale myślę, że tej śmierci dało się uniknąć, że ktoś zawiódł... zaniedbał obowiązki. Lekarze. Lekarka. System... Słyszałem o wielu podobnych przypadkach. Krążą plotki, pełno tego w internecie. Ktoś wykitował w karetce, która stała w kolejce do szpitala, bo dla personelu najważniejsze były testy na kowida. I nikt z tym nic nie robi.
- To dlaczego tym razem ma być inaczej? - zapytał Robert, odstawiając kawę na blat. - Co takiego jest w tej sprawie?
- Mogą być dowody - odpowiedział policjant nieco hardym tonem. - Twarde dowody na winę personelu.
"Jakby w tych innych sytuacjach nie było" - pomyślał ponuro Wiśniewski.
- Matka... - zaczął posterunkowy, ale przerwał nagle. Pochylił się i oparł łokcie na kolanach. - Matka tej kobiety nie daje nam spokoju. To znajoma jednego z policjantów i ciągle do niego przychodzi, wystaje przed komendą, dzwoni, wysyła wiadomości... W końcu ten policjant przyszedł do nas i poprosił, żebyśmy z nią pogadali, spisali zeznania i dali jej do zrozumienia, że ktoś się tym interesuje. Liczył na to, że może wtedy sobie pójdzie. Padło na mnie, bo jestem najmłodszy. Nikt się nie chciał tym zajmować. No to pogadałem, wysłuchałem, byłem u patologa...
- Słucham?! - przerwał mu Wiśniewski. - Zrobili autopsję?
- A skąd! - odparł zbulwersowany Kałuża. - Matka nie pozwoliła jej pochować, ale nikt nie chciał robić sekcji, więc poszedłem zapytać, czy by się nie dało...
- Łał! - mruknął Robert. - Musiała być naprawdę przekonująca.
Młody policjant spojrzał na niego z wyraźną dezaprobatą.
- Tu nie chodzi o to, czy była przekonująca, ale o to, że zmarła jej jedyna córka, która mogła jeszcze żyć.
- Tego nie wiesz. - Wiśniewski zacisnął szczęki, czując, że ma dość tej rozmowy.
- No właśnie! Trzeba to sprawdzić. U nas naprawdę wszyscy mają to w dupie, dlatego pojechałem do wuja, żeby coś poradził. Powiedział, że tylko wasz wydział będzie w stanie cokolwiek zdziałać...
- Dlaczego? Bo jesteśmy dziwkami Brzezińskiego? Tak o nas mówią, prawda?
Romuald Brzeziński, były komunistyczny agent służb, a w wolnej Polsce premier, wydzielił ich niewielką komórkę z CBŚP i kierował nią, nieoficjalnie, nawet po przejściu na emeryturę. Z tego powodu większość policyjnego środowiska patrzyła na nich krzywo, nie szczędząc im nieprzyjemnych epitetów, wyrażanych nawet w bezpośrednich kontaktach.
- Nie ma znaczenia, jak mówią. Ważne, że macie możliwości. A pan... Wujek powiedział, że pan będzie miał dość serca, żeby się tym zająć, ale widzę, że chyba się mylił. - Policjant zacisnął usta w cienką kreskę. Jeszcze mocniej chwycił swoją furażerkę i wstał z krzesła, prostując się, niby do postawy na baczność. - Pojadę już.
- Mhm... - mruknął Robert, nieco zaskoczony.
- Tak czy inaczej, dzięki za poświęcony cenny czas. I... smacznej kawy. - Kałuża ruszył w stronę wyjścia, nie czekając na odpowiedź.
- Czekaj! - Wiśniewski poderwał się i wyszedł za nim na korytarz. - Ktoś musi ci otworzyć...
- Nie trzeba. Mój kolega siedzi na ochronie - odparł, nawet nie odwracając się w stronę Roberta.
- Ja jebię - wymamrotał komisarz, idąc po kubek. - A nawet nie ma dziewiątej.
Odprawa trwała bardzo krótko. Ludzi do pracy było mało, a i samej pracy też nie za wiele.
Po spotkaniu Wiśniewski podreptał za szefem do jego przeszklonego gabinetu, zwanego akwarium.
- No? - Kotowicz usiadł przy biurku, obdarowując Wiśniewskiego przelotnym, lekko zirytowanym spojrzeniem.
- Chodzi o tego policjanta...
- Zajmiesz się tym - stwierdził inspektor.
- Yyy... - zacukał się Robert, gdy dotarło do niego, że nie usłyszał tam pytania. - Ale jak to?
- Tak to. Ruszysz dupsko zza biurka i pojedziesz w tak zwany teren, żeby się przyjrzeć tej sprawie.
- A wiesz w ogóle, o co w niej chodzi?
- Nie - odparł Kotowicz, jakby rozbawiony. - Nie obchodzi mnie to. Nie ma twojego partnera, wszystkie wasze sprawy są na takim etapie, że mogą się nimi zająć nasze dwa żółtodzioby, a ty, jako jeden z nielicznych, jakimś cudem nie łapiesz tego chińskiego świństwa i chodzisz zdrowy jak koń. Zbadaj ten przypadek jak rasowy śledczy, dowiedz się wszystkiego, jakby chodziło o twoją własną rodzinę, a potem przyjdź i zdaj mi relację. Zrozumiano?
- Tak - burknął Robert, choć bardzo chciał się dalej kłócić. Och, jak bardzo tego poranka chciał w końcu komuś wygarnąć. - Pracuję w terenie. Nie wiem, po co ten przytyk.
- Ja też nie. - Kotowicz wzruszył ramionami, odchylił się w fotelu i zaczął bujać rytmicznie w przód i w tył. - Tak mi się wyrwało. Zbieraj manatki i zajmij się tematem.
Wiśniewski skinął głową i ruszył w stronę wyjścia, ale w drzwiach obrócił się na pięcie i spojrzał na szefa.
- Ale wiesz, że tu chodzi o służbę zdrowia?
- Mhm. Tak mi się obiło o uszy i dlatego uważam, że się nadajesz. To zadanie tylko dla twardzieli.
II
Przed dziesiątą ruch na warszawskich ulicach był już mniejszy, więc Robert dotarł na Plac Bankowy całkiem szybko. Nie pojechał jednak pod mieszczący się w Pałacu Mostowskich gmach Komendy Stołecznej Policji, ale skręcił w lewo w Aleję Solidarności, gdzie mieściło się biuro detektywistyczne jego byłego kolegi z CBŚP, Łukasza Meyera. Los sprawił, że nigdy nie pracowali w jednym wydziale - gdy Łukasz zmieniał kierunek swojej kariery, Robert miał dopiero dołączyć do tej grupy funkcjonariuszy - znali się jednak dobrze. Połączyła ich sprawa porwania żony Meyera, a potem kolejne, niemniej dramatyczne zdarzenia. Gdy Aneta Wiśniewska rodziła ich syna, Bartka, Justyna Meyer była w ciąży z drugim dzieckiem, więc zaczęli dość często spotykać się towarzysko i wymieniać doświadczeniami rodzicielskimi. Robert cenił Łukasza za to, że ten nigdy nie traktował go z góry albo z irytującym pobłażaniem, jak robiło to wielu jego kolegów z policji. Łukasz dla wszystkich był w porządku i do każdego podchodził z szacunkiem, dlatego ludzie do niego lgnęli. Co innego Justyna, o której mówiono, że jest wiedźmą zaglądającą w ludzkie dusze bez pozwolenia. Wiśniewski nieco się jej bał, głównie z powodu jej bardzo bliskiej współpracy z byłym premierem Brzezińskim i tajnymi służbami, do której zresztą nigdy się oficjalnie nie przyznawała, pracując na co dzień jako wiceprezes wielkiej korporacji. Robert szanował ją natomiast za jedną rzecz. Od razu poznała się na jego Anecie i nigdy nie kryła, co o niej myśli - nie przed Robertem.
- Weź ty kopnij w dupę tego maszkarona - powiedziała mu, kiedy spotkali się na chrzcinach Bartka. - Łap dzieciaka i spierdalaj.
- Co? - Robert zaśmiał się nerwowo. Aneta nie była brzydka, nie zewnętrznie, ale on dobrze wiedział, że Justynie chodziło o coś innego.
- Przecież to chodząca toksyna - odparła, jakby to było oczywiste. - Po co z nią jesteś? Dla jakiejś pokuty?
- E... Nie jest taka zła.
- A-ha! - Justyna spojrzała na niego jak na idiotę. - A więc jednak samoudręczenie.
Nikt z jego znajomych ani nawet z rodziny nie zdobył się na taką szczerość. Aneta była piękną kobietą, Robert zaś bardzo przystojnym mężczyzną. Gdy brali ślub, wydawało się, że to bajka, która nigdy się nie skończy. Ona w zjawiskowej sukni, on w galowym mundurze; kościół przy Krakowskim Przedmieściu, tabuny wystrojonych gości, szpaler policjantów z szablami przed wejściem, wystawne przyjęcie i podróż poślubna do Dubaju - czy na tym obrazku mogła pojawić się jakaś rysa?
- Aneta - szepnął sam sobie Robert, szukając miejsca do zaparkowania. - Moja zdzirowata, jędzowata i głupia żona.
Był zły i dawał upust gniewowi, co nieczęsto mu się zdarzało. Nawet po tym, jak się dowiedział o jej zdradzie, popadł w rodzaj katatonii, która zastąpiła - naturalną w takiej sytuacji - wściekłość. Potem była akcja z panią żandarm, która powiedziała Anecie, że ma z nim romans, bo pewnie liczyła na to, że taka wiadomość rozbije jego małżeństwo, lecz zamiast tego sprawiła, że niewierna żona wróciła natychmiast w jego objęcia i w równie ekspresowym tempie dała się zapłodnić. Wydawało się mu, że Bartek był powodem, dla którego jej nie zostawił ani nawet o tym nie pomyślał; tego dnia przyszło mu jednak do głowy, że chodziło o coś innego i że być może...
- Jestem miękką fają - powiedział znów do siebie, gapiąc się bezmyślnie w lusterko wsteczne. - Miękką fają bez własnego zdania, której można wcisnąć każdy kit, jak choćby tę sprawę.
Zrobiło się mu niedobrze na myśl, że Pawło wskazał właśnie jego jako człowieka, który zajmie się czymś, czego nie chce nikt inny, bo stary policjant wiedział, że w głębi duszy Wiśniewski ma słabą wolę. "Czy tak właśnie ludzie mnie postrzegają? Jako zapchajdziurę, która niczemu się nie sprzeciwi?" - zastanawiał się Robert. Miał ochotę znów odpalić silnik i wrócić do domu, żeby w ten sposób zamanifestować swoją niezależność, ale westchnął tylko i wysiadł z auta.
Wdrapał się na drugie piętro kamienicy i wszedł do biura, w którym nikt nie zwrócił na niego uwagi. Kolegę znalazł w końcu w jednym z licznych pomieszczeń, wypchanych po sufit teczkami na dokumenty.
- Mógłbyś wreszcie zatrudnić jakąś recepcjonistkę - powiedział z udawanym wyrzutem do Łukasza rozprawiającego o czymś ze swoim partnerem, Mirkiem. - Ktoś kiedyś wejdzie i was ukradnie.
- A! To ty! - ucieszył się Meyer. - Co za niespodzianka! Mirek, pamiętasz Wiśnię?
- No pewnie - odparł mężczyzna, poprawiając okulary. - Pamiętam wszystkich twoich fajnych kolegów.
Wiśniewski roześmiał się i pokręcił głową.
- Nigdy nie wiem, który z was ma lepszą ściemę.
- Nikt nie ściemnia. - Łukasz też się zaśmiał i wyciągnął dłoń na powitanie. - Jesteśmy szczerzy do bólu, a ty jesteś fajny chłop. Chodź! - Detektyw objął go umięśnionym ramieniem i poprowadził w stronę korytarza. - Napijemy się kawki.
- Już piłem.
- Ale nasza jest lepsza - odparł bez zastanowienia Meyer. - I mamy pączusie, a przy pączusiach najlepiej się opowiada o tym, z czym się przyszło do światowej sławy detektywa, Łukasza Meyera.
- I Mirosława Lubickiego - krzyknął z pokoju Mirek, najwyraźniej obdarzony doskonałym słuchem.
- Tak, i do tego zgreda.
- To też słyszałem.
- Jezu! - jęknął Łukasz, udając irytację. - Wchodź, Wisienko. Zamknę drzwi i sobie na spokojnie porozmawiamy. Napijmy się kawy, zjedzmy i opowiedz, co cię do nas sprowadza.
- A jak myślisz? - westchnął Wiśniewski. - Robota.
- Aha! Czyli jednak. Chcesz do nas dołączyć.
- No nie! - zaprotestował komisarz, zaraz się jednak zawahał, czym wywołał szerszy uśmiech na twarzy Meyera. - Nie, na pewno... Tylko czasami mam taki dzień jak dziś.
- Czyli? - Meyer uniósł brwi i podszedł do ekspresu, który stał w jego gabinecie.
Robert w paru zdaniach streścił wydarzenia poranka, w tym czasie pojawiły się przed nim świeża kawa i pączek na małym talerzyku.
- Słodzisz? - zapytał Łukasz. - Teraz wszyscy zaczynają dbać o linię, przechodzą na jakieś dziwne diety...
- Słodzę - przerwał mu Wiśniewski.
- Super! - Meyer podsunął mu cukiernicę i klapnął na swoim fotelu. - Więc... dlaczego ta historia skłoniła cię do przyjazdu do nas? Chcesz nas prosić o pomoc czy coś?
- Nie. Po prostu nie chciałem jeszcze jechać do Stołecznej. Odsuwam w czasie ten przykry moment.
Łukasz wybuchł śmiechem.
- Szczerość zawsze w cenie - powiedział, kiwając palcem. - A na poważnie. Jeśli naprawdę potrzebowałbyś pomocy, uderzaj do nas. W Stołecznej był kiedyś ten... Jak mu tam? Polski Sherlock na niego mówili. Zginął parę lat temu podczas sprawy...
- Roland - mruknął Robert znad filiżanki.
- Właśnie! Roland... eee... Stebnicki. Wielka strata dla policji, zwłaszcza że był cywilem, któremu pozwalali się panoszyć po korytarzach.
- Mówisz to na serio? Czy drwisz?
- Pół na pół - odparł Łukasz, wsuwając pączka do ust. - Wyniki kryminalnym troszeczkę się pogorszyły, więc ówczesna pani szefowa ściągnęła z prowincji takiego fajnego chłopaczka, który miał poprawić statystyki... Sylwester, o ile dobrze pamiętam. Sylwester Guzik! Właśnie.
- A wspominasz o nim, bo...?
- Bo Justyna z nim współpracowała przy jakiejś okazji, a może i dwóch... Ona i jej szalona ekipa, wiesz kogo. I, powiem ci, chłop jest dobry, a przede wszystkim bardzo fajny w bezpośrednim kontakcie. Nie wiem, gdzie teraz się podziewa, ale moja żona nadal czasem go prosi o różne przysługi, więc w razie czego pewnie i tym razem pomoże.
- Nie wydaje mi się, by to było konieczne - powiedział Robert smętnym głosem.
- Czemu? Liczysz na szybkie rozwiązanie sprawy?
- Nie ma żadnej sprawy. Jest pewnie zaniedbanie lekarskie, jakich wiele. Albo dziewczyna zmarła, bo ktoś znów za bardzo przestrzegał procedur pandemicznych.
- Noo... - Łukasz pokiwał głową. - Takich historii mamy u siebie teraz bardzo dużo i nie wygląda na to, by dało się coś zrobić w przypadku większości z nich.
- Sam widzisz...
- Ale! Może to właśnie ta jedna śmierć, która przeleje czarę goryczy.
Robert zerknął na kolegę, a po chwili znów odwrócił wzrok.
- Co się dzieje? - Łukasz sprawiał wrażenie zaniepokojonego.
- Nie, nic... Nie mam ostatnio najlepszego okresu w życiu. Zacząłem podawać w wątpliwość wszystko, co robię i do czego doszedłem. Jeśli rzeczywiście do czegoś doszedłem...
- Rozumiem.
- Mam takie... - Robert potarł brwi palcami i się skrzywił. - Siedzi we mnie poczucie, że całkowicie straciłem kontrolę nad tym, co się ze mną dzieje. W żaden sposób nie potrafię znaleźć czegoś, co by mnie podnosiło na duchu.
- A Bartek?
- No tak. - Pokiwał głową. - Tylko on mi został. Ale im jest większy, tym więcej też widzi tego, co dzieje się między mną a Anetą. Boję się, że to go skrzywi, a ja nie będę mógł nic zrobić.
- Ja osobiście jestem o ciebie spokojny - odparł Łukasz, uśmiechając się. - A kryzysy są po to, by dokonywać przewartościowań w życiu. Oznaczają, że coś się bardzo zmienia.
- Zacząłeś czytać psychologiczne gówna?
- Nie! - zaprotestował Meyer ze śmiechem. - Mówię z własnego podwórka. Dziś jestem innym facetem niż kilka lat temu, ale zmiana mnie także mocno bolała.
- Nie wydajesz się kimś, kogo coś boli.
- Oj, zdziwiłbyś się. Wracając do twojej sprawy-nie-sprawy... Słuchaj, przejdę się z tobą do Stołecznej. Zawołasz tego, jak mu tam, Kałużę, i pogadamy sobie chwilę, dobra?
- Czemu miałbyś to robić?
- Z ciekawości. - Łukasz wzruszył ramionami. - Skoro Pawło ciebie namaścił, to historia już jest dla mnie interesująca.
- Znałeś go?
- Mhm. Nie za dobrze, ale spotkaliśmy się kilka razy na gruncie zawodowym i nie było to dla mnie miłe doświadczenie. Powiedzmy też, że Pawło to postać legendarna swego czasu w fabryce. Chętnie zobaczę, jak radzi sobie jego krewniak.
- To może... - zamyślił się Robert, wbijając wzrok w ekran komórki - ...może zadzwonię po niego, żeby przyszedł tutaj. Jeśli nie masz nic przeciwko. - Spojrzał na Meyera pytająco.
- A czemu miałbym mieć? Niech przychodzi, jeśli naprawdę mu tak zależy.
Musieli trochę poczekać na Kałużę, który był poza komendą. Chłopak chętnie przystał na przyjazd do biura Łukasza, choć przyznał, że woli zachować to w tajemnicy - przed kolegami i zwłaszcza przełożonymi.
- Nie jesteście u nas specjalnie lubiani - powiedział przez telefon, ściszając głos. - Ani pan, ani Meyer. Ale postaram się być za pół godziny.
Robert siedział przez chwilę sam w gabinecie Łukasza, kiwając się smętnie na fotelu obrotowym, zapatrzony w nieciekawy widok za oknem. Meyer poszedł załatwić jakiegoś klienta w pokoju obok, ale szybko wrócił i od razu zaproponował herbatę.
- Chyba że wolisz drugą kawę? - spytał.
- Trzecią. - Robert uśmiechnął się i pokręcił głową. - Nie, dzięki. Herbata jest w porządku.
- No to okej. - Łukasz sprawdził, czy w czajniku jest woda.
- Wszyscy macie tu własne ekspresy i czajniki z całym wyposażeniem?
- Nie, tylko szefostwo, czyli Miruś i ja. Młodzież i reszta personelu muszą zadowolić się tym, co oferujemy w tak zwanym pomieszczeniu socjalnym. Jak zauważyłeś, nie zatrudniamy asystentki czy sekretarki, więc nie ma komu robić kawki dla gości; takie rozwiązanie wydało się lepsze.
- Jasne - rzucił z udawanym oburzeniem Wiśniewski. - Po prostu sami się raczycie do woli i nikt wam nie zlicza, ile razy poszliście do socjalnego.
- Cii! - Łukasz przyłożył palec do ust. - To tajemnica.
- W biurze detektywistycznym? - Robert się roześmiał.
- Fakt. - Łukasz parsknął i podał kubek gościowi. - Czyli że nie lubią nas tam, w Pałacu, tak?
- Jakbyś naprawdę się dziwił. Właściwie o tym też chciałem pogadać. - Robert potarł brwi palcami. - Jak się miewa Brzeziński?
- Serio? Ty mnie pytasz, co u twojego szefa?
- Moim szefem jest Kot, który nie raczy nas informować o ewentualnych... no, wiesz, problemach.
- Nie ma żadnego problemu - odparł już poważnie, opierając łokcie o blat. - Brzeziński rozpuścił plotkę, że umiera na kowida, bo pewnie do tej informacji pijesz. Był chory, ale bez specjalnych fajerwerków. Justyna chadzała do niego na ich tajne spotkania i nawet się nie zaraziła.
- To po co ta plotka?
- Żeby kontrolować chaos. Żeby wzbudzać niepokój u przeciwnika. Dzięki temu można spokojnie dalej sobie działać.
- I jak mu idzie to działanie, co? Słyszałem, że chcą nas zamknąć, żeby się na nim zemścić. Był u nas nawet jakiś oszołom z Głównej, który krzyczał, że nie pozwoli na uprawianie prywatnych folwarków w państwowej policji.
Łukasz przymknął oczy i potrząsnął lekko głową.
- Nie będę tego nawet komentował. Dobrze wiesz, że prywatne folwarki są, były i będą, tak jak dzieje się to w innych służbach i resortach. Zmieniają się czasem zarządcy, jak lud wybierze kogoś innego.
- Czyli jednak skomentowałeś - mruknął Robert, po czym siorbnął cicho gorącej herbaty.
- Martwisz się? - zapytał Meyer, opierając brodę na dłoni. - O swoją pracę i przyszłość?
- Nie... Trochę... To znaczy nie wiem. Ogólnie jest tak, że wszystko zajebiście się pozmieniało i dziś nie jesteś pewien jutra...
- A wiesz, że Justyna mówi, że będzie tylko gorzej? - przerwał mu Łukasz.
- Coś Brzeziński wspominał? - Robert wyprostował się gwałtownie w fotelu.
- Nie - zaśmiał się cicho Meyer. - Mówiła o tym ogólnie. Czasami coś bredzi o jakiejś entropii, o tym, że porządek się burzy, bo musi, a my zbyt wolno się przystosowujemy. Nabija się z analityków, którzy próbują przewidywać przyszłość, bazując na danych z przeszłości... Eh, taka trochę wróżka się z niej zrobiła.
- Ale czemu? Co ją natchnęło?
- Może dzieci? - westchnął Łukasz. - A może zbyt długa współpraca z ludźmi ze służb? Nie wiem. Zmierzam do tego, że wiele osób widzi te zmiany, które cię niepokoją, i niektórzy sobie z nimi nie bardzo radzą. Zauważamy to nawet po naszych klientach.
- Jak to?
- Wiesz, przychodzą tu z różnymi problemami, ufają nam w mniejszym lub większym stopniu, więc się zwierzają, także z tego, co ich przeraża w kontekście bieżących wydarzeń.
- No tak... - Robert znów popadł w krótką zadumę, z której wyrwała go jakaś myśl. - A co u was? Dawno się nie spotykaliśmy, nie wiem, jak sobie radzicie... tak ogólnie.
- Dobrze. - Łukasz pokiwał głową i splótł dłonie na brzuchu. - Wszystko w porządku, poza faktem, że wychowuję nie swoje dziecko.
Wiśniewski opluł się herbatą, której jeden spory chlust spadł mu na spodnie.
- Że, kurwa, co? - wydusił, wycierając w panice dżinsy. - Ale które dziecko? Justyna ci rogi przyprawiła czy co?
- A nie, to byłoby zbyt proste. - Łukasz odchylił głowę i zaczął bujać się w fotelu. - Nie, nie! Dzieci są moje, Marika i Szczepan... W sensie genetycznym, bo poza tym mój syn tak naprawdę jest dzieckiem Krokodyla.
- Hę... - Robert zrobił głupią minę. - Tego dowódcy najemników, co... kojfnął w Afganistanie?
- Nom. Tego właśnie.
- Musisz mówić jaśniej, bo się pogubiłem.
- Krokodyl miał na imię Szczepan, a teraz mój synek jest Szczepanem, rozumiesz?
- Nie bardzo. To... nie wiedziałeś o tym?
- Wiedziałem, ale kiedy Justyna mnie informowała o tym fakcie, nie bardzo do mnie dotarło, co oznacza on w rzeczywistości.
- Czyli?
- Czyli że... Szczepan stanowi rodzaj kompensacji za nigdy niezrealizowane marzenie bycia z Krokodylem.
- To nie brzmi jak ona. - Robert zaczął kręcić głową. - Nie-e. To jakieś chore dywagacje.
- Ani trochę - odparł spokojnie Łukasz. - Już dawno przywykłem do tego, że moja żona ma mocno pokręcony umysł i że samej siebie do końca nie rozumie. Niestety, ja zacząłem ją rozumieć i teraz trochę tego żałuję.
- W sumie... - Wiśniewski zmarszczył brwi. - Trochę słabe jest nazywanie dziecka imieniem... byłego? Prawie byłego? Kogoś, z kim się było blisko.
- Prawda?
- Ale mały jest... Nie wiem. Podobny do niego czy coś?
- Podobny jest do mojej matki, o zgrozo! Cała Zofia z wyglądu i zachowania. Chudy, złośliwy, przemądrzały bachor. Sam wiesz.
- Noo... Może trochę. Zawsze uważałem, że to miły dzieciak.
- Przestań! - Łukasz wybuchł głośnym, tubalnym śmiechem. - Miły jest twój Bartek, a nie ten sukinkot. Ale i tak go kocham, tak jak kocham Zofię, chociaż wkurzają mnie oboje.
- I co? Pogodziłeś się z tym, że tak jest?
- A co miałem zrobić? Zresztą... Okres wściekłości mam za sobą. Kłótni z Justyną też.
- Nie wierzę, że się kłócicie.
- Wiśnia, wiem, że u ciebie różnie bywa, ale nawet dobrane pary mają gorsze dni... A skoro sam zacząłeś...
- Nie! - Robert uniósł dłoń. - Nie będę o tym gadał!
- Czemu?
- Nie, nie! Moje życie małżeńskie to piekło i nie wnikajmy w to głębiej.
Łukasz spojrzał na niego z troską i skinął głową.
- Jasne - powiedział cicho. - Dziś nie wnikajmy... Ale w końcu musimy sobie pogadać, co? Czemu masz się z tym męczyć sam?
Robert nie zdążył się odezwać, bo do gabinetu ktoś zapukał, a po chwili przez uchylone drzwi zajrzała dziewczyna, zapewne od niedawna pracująca w biurze.
- Szefie - szepnęła konspiracyjnie. - Jakiś policjant do szefa kolegi.
- Dzięki, Ania! Już idziemy.
- Nie jest sam - dodała jeszcze ciszej.
III
Wiśniewski był bardzo zły i szczególnie się z tym nie krył. Młody Kałuża przyprowadził do biura matkę zmarłej dziewczyny.
- Halina Domagałowa - dokonał prezentacji, patrząc Robertowi prosto w oczy, dając tym samym do zrozumienia, że złość pana komisarza nie robi na nim wrażenia. - Mama Patrycji. Zadzwoniłem do niej i okazało się, że jest w mieście.
- Kałuża... - wycedził przez zęby Wiśniewski, ale zanim wylała się z niego tyrada gniewnych wyrzutów, Meyer złapał go za ramię i wtrącił:
- Świetnie! Ania zaprowadzi was do pokoju spotkań, skoro będzie nas czworo.
- Ale ja nie chciałam zatrudniać detektywa - zwróciła się Domagałowa do Kałuży z wyraźną pretensją w głosie.
- Spokojnie. - Łukasz uniósł dłoń, drugą wciąż trzymając na ramieniu kolegi. - Nikogo pani nie zatrudnia. Ja udostępniam tylko biuro i z zawodowej ciekawości, jeśli pani pozwoli, dowiem się więcej o sprawie pani córki, okej?
- No... dobrze - zgodziła się niechętnie.
- Coś do picia?
- Nie - odparła, zdecydowanie kręcąc głową. - Nie chcę nic jeść ani pić, dopóki nie dowiem się, czy ktoś mi pomoże.
- Jasne. Ania, możesz?
Stojąca do tej pory bez słowa dziewczyna pokiwała głową i wskazała gościowi pokój w dalszej części korytarza.
- Zaprowadzę panią. W razie czego przyniosę wodę, bo to mały pokój, może być za ciepło...
Kiedy kobiety zniknęły im z pola widzenia, Wiśniewski wyswobodził ramię z uścisku Łukasza i wymierzył palec wskazujący w stronę młodego policjanta.
- Co ty odpierdalasz?!
- Wiśnia... - próbował go uspokoić Łukasz.
- Nic nie odpierdalam - odparł hardo Kałuża. - Wykorzystuję dogodną okazję, żeby postawić na swoim. Nic poza tym.
- No! - Łukasz spojrzał znacząco na Wiśniewskiego. - To naprawdę dobra okazja. Chodźmy, dowiedzmy się czegoś.
Kiedy mijali w drzwiach Anię, Meyer szepnął jej na ucho, by przekazała Mirkowi, że będzie przez dłuższą chwilę zajęty.
- Gdyby ktoś do mnie przyszedł, poproś, żeby go przejął na ten czas, okej?
- Jasne, szefie.
Domagałowa siedziała przy niedużym okrągłym stole przykrytym beżowym obrusem. Dłonie miała splecione przed sobą, a palce prawie białe od ich ciągłego ściskania. Była całkiem siwa, ale rysy jej zmęczonej twarzy mówiły, że nie była stara - mogła mieć najwyżej pięćdziesiąt pięć lat. Szczupła, niewysoka, niczym się niewyróżniająca kobieta z prowincji, a jednak na tyle zdeterminowana, że doprowadziła do spotkania z policjantem, funkcjonariuszem CBŚP i prywatnym detektywem.
Łukasz wskazał kolegom miejsca za stołem i sam zajął wolne krzesło z oparciem.
- Co prawda jesteśmy w moim biurze - zaczął - ale nie będę się odzywać. Oddam chłopakom scenę i w razie czego służę radą albo dobrym słowem.
- Dobrze. - Kobieta uśmiechnęła się blado, lecz Robert dostrzegł w jej oczach ufność, którą Meyer budził u wielu osób.
- Cholera! - syknął Wiśniewski, widząc, jak Kałuża wyjmuje notatnik zza pazuchy. - Nie mam swojego kajetu. Został w aucie.
- Jesteśmy na to przygotowani. - Łukasz odwrócił się i sięgnął do stojącego pod ścianą niewysokiego regału. - Mamy tutaj kącik dla nieprzygotowanych. - Podał Robertowi czysty notatnik i długopis.
- Dzięki, stary. - Wiśniewski chrząknął nerwowo, spuścił wzrok na pustą kartkę i zapisał na niej imię i nazwisko kobiety oraz imię jej córki. - Gwoli wyjaśnienia, pani Halino. Może posterunkowy Kałuża już mówił, ale ja pracuję dla Centralnego Biura Śledczego, które niekoniecznie zajmuje się... podobnymi przypadkami. Przełożeni zdecydowali jednak, żebym przyjrzał się tej sprawie, dlatego poproszę panią o odpowiedź na pytania, które mogą sprawiać wrażenie, jakby nie miały z nią związku, dobrze?
Domagałowa skinęła głową.
- Czasami w wyniku dokładnego zeznania wychodzą na jaw rzeczy mogące mieć potem kluczowe znaczenie.
- Rozumiem - przyznała cicho. - Od czego zaczniemy?
- Pełne imię i nazwisko pani córki.
- Patrycja Domagała.
- Wiek.
- Trzydzieści dwa lata.
- Czyli to będzie osiemdziesiąty dziewiąty, tak? Rok urodzenia, znaczy się.
- Tak. Piętnastego maja miała urodziny.
- Zmarła?
Kobieta otworzyła usta, ale przez chwilę nie była w stanie wydusić słowa.
- Pierwszego października tego roku - wyszeptała z wyraźną trudnością. - Piątek.
Wiśniewski spojrzał na wiszący na ścianie kalendarz.
- Jedenaście dni temu - powiedział do siebie i zanotował. - Gdzie zmarła?
- W swoim mieszkaniu w Warszawie, przy Płockiej.
- A nie w szpitalu? - Zmarszczył brwi i spojrzał na nią.
- Nie. W czwartek, trzydziestego, była w szpitalu na Kasprzaka, ale... wypisała się z izby przyjęć.
- Nie rozumiem. Na własne życzenie?
- Tak.
- Może po kolei - wtrącił Kałuża. - Niech pani Halina wyjaśni od początku.
- Od początku? - Robert posłał mu gniewne spojrzenie. - Od dnia narodzin?
- O, właśnie! - Łukasz poczuł, że należy interweniować. - Niech pani powie coś więcej o córce. Jaka była?
- Ona... Och! - Domagałowa wyglądała na nieco zbitą z tropu. - Przede wszystkim Patrycja nie była naszą rodzoną córką.
- Nie? - zdziwił się Robert.
- Adoptowaliśmy ją z domu dziecka w Lublinie. Bo my spod Janowa jesteśmy. Mała wieś, dużo biedy... Pięć lat po ślubie, a dzidziusia ani widu, ani słychu, więc się zdecydowaliśmy z mężem. Bogdan, mój mąż, już nie żyje. Zmarł sześć lat temu na raka krtani.
- Przykro mi.
- Patrycja miała prawie cztery lata, jak ją braliśmy. Śliczna była. Blondyneczka z niebieskimi oczami, ale nikt jej nie chciał, bo strasznie chorowita. Cośmy się po lekarzach najeździli... - Pokręciła głową i odwróciła na chwilę wzrok.
- Na co chorowała?
- Tak ogólnie... Przeziębienia, zapalenia płuc, potem astma... Jako nastolatka przez całe dwa lata miała zapalenie oskrzeli. Bez przerwy! Potem, po latach, okazało się, że to było zachłystowe zapalenie, bo ona miała masę nietolerancji pokarmowych. A my... - Po jej twarzy przebiegł skurcz bólu. - Myśmy nie wiedzieli, więc jadła to, co my, i przez to chorowała. Lekarze pakowali w nią antybiotyki i tak osłabili jej odporność na dobre. Boże! - głośny szloch wydobył się z piersi Domagałowej. - Skąd mogliśmy wiedzieć?!
Robert nic nie powiedział. Łukasz z niepokojem obserwował jego coraz bledszą twarz, po raz pierwszy widząc, że jego kolega słabo ogarnia to, co słyszy. Wtedy zdał sobie sprawę z tego, że przecież nigdy nie pracowali razem i że nie miał pojęcia, jak Wiśnia radzi sobie w podobnych sytuacjach. Czuł, że wtrącanie się byłoby nie na miejscu, więc wstał i uchylił okno.
- Gdyby było za zimno, proszę mówić - szepnął, nachylając się nad kobietą, która tylko skinęła głową. - Tu są chusteczki.
- Czy te choroby spowodowały jakiś trwały uszczerbek na zdrowiu? - Wiśniewski jakby znów był sobą.
- Nie. Nie na tyle, by... Nie wiem... Nie była inwalidką, jeśli pan o to pyta. Ale zawsze cierpiała. Na studiach w Lublinie ciągle walczyła z depresją. Myśmy za wiele o tym nie wiedzieli. W sensie nie o chorobie. Ale Bogdan przejął się i sam do lekarza zawoził. Tam dali leki i zasugerowali przenosiny do Warszawy.
- Dlaczego?
- Przez ten Lublin. Domyślaliśmy się, że źle znosiła pobyt w mieście, gdzie mieszkała jej biologiczna... matka, no i gdzie była w bidulu. Zmiana wydawała się lepszym rozwiązaniem.
- Pomogło?
- Trochę tak, chociaż rzadziej bywała w domu. Ale tu znalazła pracę i poznała nowe osoby, także takie, które były kiedyś w domu dziecka. Potem zmarła ciotka Bogdana i zostawiła mu trochę grosza, to kupiliśmy jej tę kawalerkę na poddaszu. Ciasna i niewygodna, ale przynajmniej nie musiała się prosić o kawałek kąta u nikogo. Miała nawet chłopaka, chociaż zerwała z nim na początku pandemii. W ogóle wtedy to się zaczęło...
- Co ma pani na myśli?
- Z chorobami. - Spojrzała na niego ze smutkiem. - To był jakiś koszmar. Jeden niekończący się koszmar! Tuż przed pandemią, w lutym, dostała półpaśca. Szczęście w nieszczęściu, że trafiła na lekarza, który to od razu rozpoznał, dał leki i wysłał do domu. Ale uszkodziło jej plecy.
- W jaki sposób?
- Wirus poraził mięśnie przy kręgosłupie i od tamtego czasu cierpiała na bezustanne boleści. Nie mogła na przykład skręcać szyją za mocno, bo mięśnie na to nie pozwalały. Ten jej pożal się Boże chłopak nie rozumiał tego i odszedł. Pokłócili się i po prostu ją zostawił, taką chorą i obolałą. A pierwszego kwietnia zmarła ta jej... matka. Bardzo kiepski żart jej się udał.
- Słucham?
- No ta z Lublina... Ewa Zając. - Kobieta się skrzywiła. - Na kowida.
- Naprawdę? Zaraz na początku pandemii?
- Tak. Narkomanka. Uszkodziła prochami nerki i wątrobę. Podobno miała tocznia, czy jak to się nazywa... Jak zaraziła się wirusem, to zabił ją w parę dni. Chociaż nie wiem, czy sama sobie nie pomogła.
- Pomogła? - Wiśniewski spojrzał na nią pytająco.
- Mhm. Lekami.
- Pani córka miała z nią kontakt?
- Nie! Ale wiedziała, co się działo w jej rodzinie, bo miała kontakt z niektórymi dalszymi krewnymi przez media społecznościowe. I ta śmierć ją dobiła... tak psychicznie. Dosłownie zaczęła mi się rozsypywać na oczach. A ja nie mogłam nic poradzić na to, bo był ten cholerny lockdown i nawet nie mogłam do dziecka pojechać, żeby się nim zająć... - urwała. Uniosła na chwilę oczy, jakby walcząc ze łzami. - W pracy miała kontakt z kimś zarażonym i całe jej piętro w biurowcu zamknęli w domach na dwa tygodnie. Siedziała sama na poddaszu, w ciasnym mieszkaniu bez balkonu, i nie mogła wyściubić nosa, bo sąsiedzi zaraz dzwonili na policję z donosem.
Kałuża zacisnął usta i spuścił wzrok.
- Kiedyś przez telefon powiedziała do mnie: "Mamuś, to zamknięcie mnie zabije, mówię ci. Nie wytrzymuję już". A ja... - Znów zaczęła szlochać, łapiąc się za klatkę piersiową. - A do mnie jeszcze nie docierało, jak jest źle. Choroba, śmierć matki, zerwanie z chłopakiem i jeszcze to uwięzienie... Kto by to wytrzymał? Kto?! Wiedziałam, że jest ciężko, ale do głowy mi nie przyszło, że tak to się skończy!
Łukasz dyskretnie podsunął pudełko z chusteczkami bliżej Domagałowej i znów zerknął na Roberta, który teraz nie odrywał od niej wzroku.
- Ona... Patrycja nas kochała, a my ją - powiedziała, wycierając nos w chusteczkę. - Bardzo się kochaliśmy, ale mieć adoptowane dziecko oznacza mieć jego problemy sprzed adopcji. I tego żeśmy nie rozumieli. Teraz rodziców przygotowuje się na kursach, rozmawia z nimi psycholog albo jakiś jeszcze inny specjalista... A myśmy ją dostali golutką, bez słowa wyjaśnień, i musieliśmy się nauczyć wszystkiego sami. Patrynia była łatwa, w odróżnieniu od innych dzieci z bidula, ale i tak miała swoje demony z przeszłości, któreśmy przeoczyli. Jej największym demonem była ta tak zwana matka, ciągłe oczekiwanie, że ona ją wreszcie pokocha. Więc, teraz sobie myślę, kiedy zmarła, to do Patryni dotarło, że to koniec, nie pokocha, nie zmieni się... Wtedy też w niej coś umarło, ale mi tego nie powiedziała, bo nie chciała mi sprawiać przykrości. - Domagałowa wytarła powieki i policzki, po czym potrząsnęła lekko głową. - Przepraszam za to - szepnęła, ściskając w dłoniach chusteczkę. - Nie mam za bardzo z kim o tym porozmawiać, dlatego tak się rozkleiłam. Mieliśmy mówić o śmierci Patrycji.
- Spokojnie - odparł Wiśniewski. - Dotrzemy do tego. Wspominała pani o pracy córki... Czym zajmowała się zawodowo?
- Ostatnio była... hmm... Analitykiem w takiej firmie... - Zmarszczyła brwi, szukając w pamięci nazwy. - Boże! Nie mogę sobie przypomnieć.
- Poradzimy sobie. - Robert zanotował coś w zeszycie. - Patrycja Domagała, analityk, Warszawa... Tyle powinno nam wystarczyć. Jeszcze poprosimy o zdjęcie i będziemy w domu.
- Ja mam! - Kałuża uniósł dłoń. - Udostępnię.
- Coś w tej jej pracy było nie tak, o czym powinniśmy wiedzieć?
- Ojej, było! Coś się działo niedobrego, od kiedy przeszli na pracę z domu. Nie znam szczegółów, ale Patrycja pracowała z Duńczykami i do tych swoich szefów z Danii miała sporo pretensji o coś związanego z jej stanowiskiem, ale nie poznałam nigdy szczegółów.
- Czy to było bezpośrednio przed jej chorobą? To znaczy teraz, przed śmiercią?
- Tak! Ostatnie dwa tygodnie września dały jej w kość. Obiecała opowiedzieć, jak przyjedzie do mnie na Wszystkich Świętych...
- Rozumiem. Postaramy się czegoś dowiedzieć.
- Myśli pan, że to może mieć znaczenie?
- Nie mam pojęcia - przyznał szczerze Robert. - Póki co staram się mieć rozrysowaną linię czasową. No dobrze. To teraz przejdźmy do choroby Patrycji... Kiedy to się zaczęło?
Domagałowa nabrała powietrza w płuca i wypuściła je z wyraźnym drżeniem ramion.
- Dwudziestego czwartego września, w piątek - zaczęła po chwili. - Jeszcze pracowała, było może po czternastej. Z tego, co mi pisała, była na jakimś spotkaniu z tymi szefami właśnie, o których mówiłam, kiedy zaczęła się czuć bardzo źle. Zrobiło się jej niedobrze, potem bardzo wymiotowała. Wieczorem miała już wysoką gorączkę, prawie czterdzieści stopni. I nie mogła zrobić siku.
- Czyli coś z pęcherzem? - upewnił się Robert.
- Tak. Mówiła, że bolało nie do wytrzymania, że... - Kobieta przez chwilę próbowała się uspokoić. - Cierpienie było niewyobrażalne. Przez dwie doby nie wypiła ani kropli wody, bo wszystko i tak wymiotowała. Niczego też nie jadła. Zamówiła przez internet jakieś leki na ten pęcherz, to jej w niedzielę wieczorem przywieźli, ale nic nie pomogły. Jeszcze w piątek w nocy zadzwoniła na pogotowie... - urwała, widząc, że Robert intensywnie notuje. - Tak, wykręciła sto dwanaście, pogadali z nią, wyśmiali trochę i nie przyjechali.
- Czym to argumentowali? - Robert podniósł wzrok. - Mówiła?
- Niczym. Z tego, co wiem, to niczym... Po prostu dyspozytor nie wysłał karetki. Kazał jej iść do lekarza i zażyć antybiotyk na ZUM-a.
- Na co?
- Zapalenie układu moczowego - wyjaśnił Łukasz. - Czyli postawił diagnozę przez telefon?
- Tak. - Domagałowa pokiwała głową, po czym sięgnęła do swojej torebki, wiszącej na oparciu krzesła. - Zanotowałam kolejność zdarzeń na podstawie jej SMS-ów do mnie i tego, co na świeżo zapamiętałam. - Wyjęła stary notatnik w oprawie ze sztucznej skóry i zaczęła go kartkować.
- We wtorek rano, po tym nocnym telefonie, poszła do przychodni zrobić badania.
- Której przychodni? - zapytał Robert.
- Jakiejś najbliższej jej domu. Tam poprosiła o badanie krwi i moczu, sama za nie płaciła, bo były bez skierowania. Wróciła do domu, a po południu zadzwoniła lekarka z laboratorium i powiedziała, że wyniki są tak złe, że powinna od razu znaleźć się w szpitalu. Patrycja wyjaśniła, że pogotowie nie przyjechało do niej i nie sądzi, że ją przyjmą, więc lekarka kazała jej iść rano do przychodni z tymi wynikami do zwykłego lekarza. Aha! Wystawiła jej receptę, taką na telefon, i wysłała do apteki, żeby od razu zaczęła brać antybiotyk. Tak zrobiła.
- Czyli we wtorek rano? Do tej samej przychodni, gdzie robiła badania?
- Tak. To znaczy wizytę miała w środę, bo nie było miejsc na wtorek. Brała antybiotyk, a stan się pogarszał. Gorączka ciągle była wysoka, miała problemy z robieniem siku i wymiotowała. Internista był bardzo przejęty jej wynikami i tym, że antybiotyk nie działa. Wystawił skierowanie do szpitala i powiedział, że ma jechać na Kasprzaka... Nie pojechała od razu.
- Dlaczego?
- Źle się czuła. Coraz gorzej... Ciężko jej było się poruszać po mieszkaniu, a co dopiero zejść cztery piętra i wsiąść do taksówki... Dzwoniłam do niej i słyszałam, jak jest słaba i rozkojarzona. Błagałam, żeby jechała na Kasprzaka... Boże, to ja ją na to wszystko namówiłam! - Schowała twarz w dłoniach i zaczęła płakać.
Wiśniewski w ostatniej chwili ugryzł się w język i nie zapytał, dlaczego pobyt w szpitalu miał jej córkę zabić. Uznał, że trzeba jej dać chwilę na uspokojenie się i że pewnie zaraz sama zacznie opowiadać. Tak też się stało.
- W czwartek po południu gorączka nieco zelżała - ciągnęła Domagałowa, ocierając policzki z łez - więc zamówiła taksówkę i pojechała. Nie było daleko z Płockiej, miała nadzieję, że szybko ją przyjmą i się nią zajmą... Ale kiedy zadzwoniłam do niej o dziesiątej wieczorem, powiedziała, że nadal siedzi na SOR-ze i czeka na badanie...
- Jakie badanie? - wtrącił się Łukasz.
- Przez lekarza z dyżuru. Tak mi wyjaśniła. Mówiła, że siedzi na krzesełku bez wody i jedzenia, że jest dużo ludzi i nikt nic nie wie. Nie chciałam dzwonić co pięć minut, więc poprosiłam, żeby dała mi znać, jak już wezmą ją na oddział. Zadzwoniła po pierwszej w nocy i oznajmiła, że wraca do domu. Na piechotę... Strasznie płakała, ale ja w ogóle nie rozumiałam, o czym mówi.
- Bełkotała? - zapytał Robert.
- Nie. Nic z tych rzeczy! Powiedziała, że lekarka była strasznie niemiła, że zarzuciła jej hipochondrię i że zawraca głowę służbie zdrowia byle czym...
Łukasz z Robertem spojrzeli na siebie, jakby nie do końca dowierzali jej słowom.
- Ta lekarka krzyczała na nią, że nie jest zaszczepiona na kowida, że to nieodpowiedzialne i samolubne. Potem zleciła test na obecność wirusa i stwierdziła, że Patrycja będzie siedzieć w poczekalni, dopóki nie przyjdzie wynik. Wtedy się wypisała.
- Ale dlaczego?
- Bo miała czekać dobę na ten wynik. Co najmniej dobę.
Wiśniewski wyprostował się i potrząsnął głową.
- Zaraz, zaraz! Jest pani pewna?
- Tak. - Łzy na twarzy kobiety wyschły, a w oczach pojawił się błysk gniewu. - Jestem pewna na sto procent. Sprawdziłam to potem po różnych izbach przyjęć i rzeczywiście tak to wygląda.
- W całej Warszawie?
- W całej Polsce.
Robert poprosił o chwilę przerwy. Wyjaśnił, że musi iść do łazienki, ale Łukasz wiedział, że chodzi o coś innego. Wstał i poszedł za kolegą, który rzeczywiście zniknął w toalecie.
- Widziałem już kiedyś tę twarz - powiedział bez zbędnych wstępów.
Robert stał, trzymając się o umywalkę, i patrzył na Meyera w odbiciu w lustrze.
- Jaką twarz?
- Szarą. Jakby wykutą z kamienia. - Łukasz oparł się plecami o ścianę i spojrzał w sufit. - Sisior miał taką, kiedy powiedziałem, że Justyna nie żyje... kiedy myślałem, że nie żyje.
- Słabe porównanie - mruknął Robert, po czym odkręcił kran. Zmoczył twarz zimną wodą i sięgnął po ręcznik papierowy.
- Dużo widzimy i dużo po nas spływa, ale są takie sytuacje, które walą w nas niczym obuch.
- I niby ta sytuacja tak na mnie działa, co?
- Najwyraźniej. Nie chciałeś się nią zająć i myślę, że jest ku temu jakiś powód.
- Taki, że zajmuję się przestępczością zorganizowaną, a nie błędami lekarskimi.
Łukasz przyjrzał się mu uważnie, ale się nie odezwał.
- Co? - Robert odwrócił się w jego stronę. - Masz mi do zakomunikowania coś z zakresu psychologii stosowanej?
- Nie. Nic z tych rzeczy. Zastanów się nad tym, co właśnie powiedziałeś, bo może się okazać, że to dokładnie sprawa dla ciebie. - Po tych słowach Łukasz wyszedł z łazienki.
Robert dał sobie jeszcze chwilę na bezowocne stanie przed lustrem i po chwili podążył za Meyerem.
Domagałowa rozmawiała o czymś z Kałużą, a na widok Roberta uśmiechnęła się kątem ust, jakby się ucieszyła jego ponowną obecnością, ale nie miała dość sił, żeby to w pełni okazać.
- Na czym skończyliśmy? - odezwał się Robert, zajmując miejsce za stołem. - Patrycja wróciła do domu, tak?
- Tak. I do rana nie żyła.
- Kiedy dokładnie zmarła? - Wiśniewski starał się zachować maksymalnie neutralny ton.
- Prawdopodobnie między trzecią a czwartą nad ranem.
- Przyczyna zgonu?
- Nie... wiem. - Domagałowa rozłożyła dłonie.
- Jak to? - Robert podniósł wzrok, ale zaraz zrozumiał, że nie ma sensu ciągnąć tego wątku. - Kto panią poinformował?
- Ja sama... To znaczy ja sama dzwoniłam do niej, a kiedy nie mogłam się dodzwonić, skontaktowałam się z jej sąsiadem z dołu, u którego zostawiała klucze, kiedy wyjeżdżała na dłużej. Pan Stasiak, bardzo miły człowiek. Poprosiłam, żeby zapukał do niej, a kiedy nie było odpowiedzi, wezwał pogotowie...
- Przyjechało? - zapytał Łukasz z lekkim przekąsem.
- Och! To był cały cyrk. - Kobieta pokręciła głową i westchnęła głośno. - W końcu przyjechali, ale zeszło się im do południa. Rozmawiałam tam z jakimś człowiekiem, którego interesowało tylko, czy córka była zaszczepiona i czy miała robiony test. Nie mogli się dostać do mieszkania, więc zadzwoniłam na policję i poprosiłam o interwencję. Też nie chcieli się zjawić. W końcu zapewniłam, że pokryję koszty włamania do mieszkania i nie będę się o nic czepiać. Więc weszli...
W pokoju zapanowała cisza, przerywana stłumionymi odgłosami dochodzącymi zza okna.
- Oni... W ogóle do mnie nie zadzwonili po tym, jak otworzyli drzwi. Musiałam znów sama się dobijać, aż ktoś w końcu raczył mnie poinformować, że znaleźli córkę nieresponsywną. Takiego słowa użyli, dokładnie takiego. Zapytałam, co to oznacza, więc paniusia po drugiej stronie linii zawołała: "Pani córka nie żyje! No nie rozumie pani?".
Łukasz zacisnął szczęki i przewrócił oczami.
- Nie wiem, jak ja to wszystko wytrzymałam. Nie wiem... Wisiałam na telefonie, aż się rozładował, więc potem trzymałam go ciągle na ładowarce. Klęczałam przy tym gniazdku kilka dobrych godzin. Byłam w pracy, więc koleżanki próbowały mnie uspokajać, ale ja po prostu... - Domagałowa patrzyła w przestrzeń, kręcąc głową, jakby z niedowierzaniem. - Sąsiad zawiózł mnie wieczorem do Warszawy, bo ja nie mam prawa jazdy, a auto sprzedałam po śmierci męża. Patrynia nie jeździła przez tę depresję i leki, które jej czasem dawali.
- Była pani u niej w mieszkaniu? - zapytał Robert.
- Nie. Ani razu.
- Ani razu od jej śmierci? - upewnił się, patrząc wymownie na Kałużę. - I nikogo tam nie było?
- Nie, raczej nie. Stasiak zamknął drzwi jej kluczami i dał mi je na dole, bo nawet do budynku nie weszłam.
- A w razie czego pozwoli nam pani się rozejrzeć?
Domagałowa znów sięgnęła do torebki i wyjęła z niej pęk kluczy, który położyła na stole.
- Proszę. Róbcie, co chcecie. Ja nie mam siły...
- Dobrze - odparł cicho Kałuża i zabrał klucze, po czym uniósł je i spojrzał na Roberta. Ten tylko pokiwał głową.
- Gdzie zabrali ciało? - Wiśniewski wrócił do spisywania relacji.
- Na Banacha. Pojechaliśmy tam, ale nie pozwolili mi wejść jej zobaczyć.
- Dlaczego?
- Przez reżim sanitarny - prychnęła, wyraźnie poirytowana. - Tam też był jeden wielki cyrk. Nie weszłam nawet do budynku szpitala ani nie rozmawiałam z nikim z personelu bezpośrednio tylko przez jakiegoś ciecia, którego do nas wysłali. Nie mogłam więc nawet stwierdzić, że mają tam ciało Patryni. Sąsiad zabrał mnie do znajomych zakonnic na Woli, to nas przenocowały, a rano zadzwonili ze szpitala, że mam ją zabrać i najlepiej skremować.
- Naprawdę tak pani powiedzieli?
- Nie wiem, kto trzymał słuchawkę, ale wydaje mi się, że nie lekarz, tylko znów jakiś pomagier. Zapytałam, czy nie mogliby zrobić sekcji zwłok, bo córka była młoda, a ja nawet nie wiem, na co zmarła. Ten facet zaczął się śmiać do telefonu, że chyba mnie pogięło... Powiedział, że lekarz już wystawił akt zgonu i że mogę jego zapytać, a oni i tak wpiszą to jako zgon na kowida.
- Bez potwierdzenia? - zdziwił się Robert.
- Nie wiem. - Wzruszyła ramionami. - Może to jakoś potwierdzali, ale ja nie widziałam wyników żadnych testów ani innych badań. Wtedy zaczęłam się naprawdę złościć. Byłam w żałobie, to prawda, ale poczułam taki gniew, że przyćmił żal i rozpacz. Czułam... Czułam, że dzieje się jakaś niesprawiedliwość i że muszę coś z tym zrobić, inaczej komuś ujdzie na sucho wielkie zło. Znów zadzwoniłam na Banacha do kostnicy, ale nawet nie chcieli ze mną rozmawiać. Miotałam się i krzyczałam, aż przyszły zakonnice, u których nocowaliśmy, i pytały, co się dzieje. Obiecałam sobie, że nie odpuszczę i choćbym miała wydać na to ostatni grosz, dopnę swego. - Kobieta wyprostowała się i poprawiła kołnierzyk przy bluzce. - Siostry powiedziały mi o jakimś zakładzie pogrzebowym, którego właściciel to porządny człowiek i że może on przechowa ciało Patryni, dopóki się pewne sprawy nie wyjaśnią. Za opłatą, oczywiście, bo nikt za darmo tego nie zrobi, ale obiecały poprosić go o upust dla mnie. Myślę, że doszły do wniosku, że da mi to czas na uspokojenie się i że ją w końcu pochowam, ale nie mam takiego zamiaru, zapewniam was.
- I jest w tym zakładzie cały czas?
- Tak. Za Bemowem, ale to chyba jeszcze Warszawa jest.
- Pani Halino... - Robert wypuścił powietrze z płuc i przeczesał palcami swoje bujne włosy. - Zdaje pani sobie sprawę z tego, że prokuratura może nie...
- To zapłacę za sekcję - przerwała mu ostro. - Ale dopiero wtedy, gdy wyczerpię wszystkie inne środki.
- Jasne. - Pokiwał głową. - Zobaczymy, co da się zrobić.
Robert znów musiał wyjść z pokoju. Tym razem żeby w końcu odebrać telefon od Anety. Czuł wibrowanie komórki od jakiegoś czasu, ale wcześniej nie było dobrego momentu na rozmowę z kimkolwiek.
- Dlaczego nie odbierasz?! - krzyknęła mu do ucha na powitanie. - Dzwonię od godziny.
- Od dziesięciu minut maksymalnie. Jestem w pracy.
- Ta, jasne! - prychnęła. - A co ty robisz w tej pracy, co?
- Aneta - warknął. - Mów, czego chcesz, i kończmy.
- Idę do fryzjera - poinformowała.
- Do fry... - Zamknął oczy i westchnął. - To idź. Nie musisz mnie informować o takich rzeczach.
- Ale muszę zwolnić opiekunkę i ktoś musi zająć się Bartkiem.
- Nie! Nie wyjdę z pracy w środku dnia, bo ty robisz włosy.
- Ale są kolejki, umówiłam się dużo wcześniej...
- Oj, zamknij się! Robisz to specjalnie, prawda?
- Mam chodzić rozczochrana?
- Ja nie zauważę różnicy - wycedził ze złością i się rozłączył. - Co za... tępa...
- Cipa? - domyślił się Łukasz, który niespodziewanie znalazł się obok niego w korytarzu.
- To nie jest zabawne.
- A kto mówi, że jest? - Łukasz położył mu dłoń na ramieniu. - Chodźmy na chwilę do mnie. Uspokoisz się.
- Teraz nie będę myślał o niczym innym - gorączkował się Robert. - Ostatnio zrobiła się jeszcze gorsza niż kiedyś. Jak się uprze, to pojedzie do tego fryzjera i zostawi Bartka w domu samego.
- E, niemożliwe! - Łukasz roześmiał się i podał mu butelkę wody mineralnej. - Masz, nawodnij się nieco.
- Niestety możliwe. Już tak zrobiła parę razy.
- Serio? - Meyer usiadł za biurkiem i zmarszczył brwi. - Z sześciolatkiem? Za to jest paragraf.
- Więc ją uświadomiłem - odparł Robert, odkręcając butelkę. - Ale przecież żony nie aresztuję.
- Może właśnie to trzeba zrobić? - mruknął Łukasz, jakby do siebie.
- Co?
- Nic. Słuchaj, jeśli chcesz, mogę wysłać kogoś z tobą do mieszkania tej dziewczyny.
- A po co? Pójdę z Kałużą. O ile, rzecz jasna, Kot się zgodzi to ciągnąć.
- Mmm... - Łukasz potarł dłońmi brodę. - Gdyby się zgodził, mogę dać ci Sebastiana do pomocy.
- Tego mięśniaka? - skrzywił się Robert.
- Ma więcej przymiotów niż duże mięśnie. A może wolisz dziewczynę, co? Byłaby lepsza na przeszukanie mieszkania młodej kobiety. Ania jest bystra...
- Łukasz! O co ci, kurwa, chodzi?
- O nic. Jestem ciekaw, jak się sprawa potoczy, to wszystko. - Meyer oparł się plecami o fotel i uśmiechnął tajemniczo.
- Nie ściemniaj. Co ci chodzi po głowie?
- Cóż... Jeśli Kot nie pozwoli ci ciągnąć tego tematu albo jeśli będziesz musiał robić coś innego, ja chętnie go wezmę.
- Ale... jako biuro?
- No.
- Chcesz naciągnąć tę kobietę na kasę?
- Nic podobnego. Mamy budżet na sprawy pro bono, ta może być jedną z nich. Nadaje się.
- Dobra... - Robert wydął usta. - Niech ci będzie. Daj mi kogoś na to przeszukanie.
- Wiedziałem, że się dogadamy. - Meyer wyszczerzył się w uśmiechu. - Wracamy? Masz jeszcze jakieś pytania?
- Chyba nie... - zamyślił się Robert. - Ale może coś mi się jeszcze przypomni.
Domagałowa i posterunkowy Kałuża stali w korytarzu, wyraźnie gotowi do wyjścia.
- Muszę iść na busa - powiedziała kobieta, zakładając torebkę na ramię. - Następny jest dopiero wieczorem, a pociągami nie lubię jeździć.
- Jest pani pewna? - zapytał Robert. Sięgnął do kieszeni spodni po wizytownik. - Gdyby coś się pani przypomniało, proszę zadzwonić bezpośrednio do mnie.
- Dziękuję. W sumie... - Dotknęła wizytówką czoła. - Wydaje mi się, że w mieszkaniu powinien być pamiętnik córki.
- Pamiętnik? - Łukasz cofnął się o pół kroku, jakby uderzony niewidzialną siłą.
- Tak. Lubiła notować różne przeżycia. Poradził jej to psycholog na terapii. Mówiła, że rzeczywiście pomaga. Może zapisała tam coś w czasie choroby. Chociaż... - Skrzywiła się. - Nie wiem. Była taka słaba... Mogła nie mieć siły utrzymać długopisu w dłoni.
- Sprawdzimy - zapewnił Wiśniewski, po czym spojrzał zdziwiony na bladego Łukasza. - Wszystko okej? Ja też będę się zbierał.
- Wszystko git... - Łukasz potarł brwi palcami. - Jasne, leć. Będziemy w kontakcie.
Zeszli na dół we troje. Kałuża zaproponował Domagałowej podwózkę do tramwaju, ale odmówiła.
- To blisko, przejdę się.
- Zawiozę panią na postój dla autobusów - oświadczył Wiśniewski tonem nieznoszącym sprzeciwu. - I tak mam po drodze.
- Aha... No dobrze. Dziękuję.
- Kałuża, zadzwoń do mnie jutro rano po dziewiątej. Będę wiedział, jak działamy dalej.
- Jasne! - Młody policjant dotknął palcami do czoła. - Odmeldowuję się.
- Zapraszam. - Robert wskazał Domagałowej swój samochód zaparkowany pod kamienicą.
- Pan zawsze pracuje sam? Myślałam, że macie partnerów.
- Mamy. Ale mój partner jest chory, a nie było nikogo innego, kogo można by mi dać, dlatego działam solo.
Ciągle było przed godzinami największego ruchu, więc pod Pałac Kultury dojechali w miarę szybko. Po drodze Domagałowa opowiedziała Wiśniewskiemu o jeszcze jednym zdarzeniu.
- Kiedy rozmawiałam z tą policjantką, co mi wykrzyczała, że córka nie żyje, usłyszałam jeszcze jedno od niej: "Dlaczego pani u niej nie było, skoro pani wiedziała, że jest chora?". Strasznie mnie to zabolało, jakby ta dziewczyna wiedziała, gdzie mam czuły punkt.
- Co jej pani odpowiedziała?
- Nic. Chciałam się w pierwszej chwili tłumaczyć, ale potem przypomniała mi się sąsiadka z naszej wsi, która zgłosiła gwałt, i właśnie taka policjantka ją przesłuchiwała... Ten ton... To... poczucie wyższości, jakby mundur dawał jej prawo do oceniania ludzi bez wiedzy na ich temat. Rozłączyłam się, ale ból pozostał. Pracuję w domu opieki w sąsiedniej wsi. Od początku pandemii praktycznie nie wychodzę z pracy... Pacjenci padają jak muchy, personel też. Koleżanka zmarła na zmianie na atak serca, a lekarz potem powiedział, że była przemęczona. Ciężko było być jednocześnie w dwóch miejscach. Teraz... Teraz myślę sobie, że córka była ważniejsza, ale to teraz mam takie wnioski. Wcześniej sprawa nie była taka oczywista.
Robert milczał. Zaciskał palce na kierownicy, aż zbielały mu kłykcie.
- Wie pan, początkowo myślałam, że w tym szpitalu stało się coś takiego... Że lekarze byli zbyt obciążeni pracą, że nie dało się inaczej. Ale ja dobrze pamiętam, co Patrycja mi mówiła przez telefon, i to wcale tak nie brzmiało, że oni byli przepracowani, tylko raczej jak ta policjantka, z którą rozmawiałam. Dlatego nie chcę, by zajmował się tym jakiś prywatny detektyw. To wy musicie to naprawić, coście spieprzyli. Wy! Policja i służba zdrowia. Bo jeśli nie znajdzie się choćby jeden sprawiedliwy wśród was, to mam nadzieję, że was wszystkich piekło pochłonie, i to szybko.