Proszę nikogo nie winić - Zygmunt Zeydler-Zborowski

Kup ebooka

19.99 zł
15.99 zł (8,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ I

- To już trzeci w tym roku.

Marecki w milczeniu skinął głową. Wziął z rąk porucznika kartkę wydartą z zeszytu i raz jeszcze przyjrzał jej się uważnie. Litery drobne, starannie wykaligrafowane, tak jak gdyby piszący chciał, żeby nie było żadnych wątpliwości.

"Proszę nikogo nie winić. Sam podjąłem tę decyzję. Nikt mnie do tego nie zmuszał ani nie namawiał. Po prostu zdałem sobie sprawę, że moje życie skończone i że nie ma sensu tego wszystkiego przedłużać. Człowiek w moim wieku niczego już nie może oczekiwać. Tylko szpital i trumna. Czyż jest sens czekać na kompletne niedołęstwo? Czyż warto cierpieć, być zdanym na łaskę pielęgniarek i salowych? Wolę odejść w chwili, kiedy jeszcze mogę poruszać nogami i rękami, kiedy nie jestem potworną, bezwładną kłodą. Tak jest lepiej. I tak przecież kiedyś musi przyjść koniec. Nie trzeba czekać do ostatniej chwili. Proszę nikogo nie winić."

Marecki wsunął kartkę do teczki z aktami i spojrzał w kierunku łóżka. Skurczona postać starego człowieka wydała mu się dziwnie mała. Siwe, zwisające wąsy, łysa głowa, gęste, krzaczaste brwi. Jakby kukiełka chwilowo niepotrzebna do dalszej akcji.

Lekarz skończył obdukcję zwłok. Wyprostował się i wytarł ręce w wiszący na poręczy krzesła ręcznik.

- Otrucie. Nie ma wątpliwości.

- Czy mógłby pan w przybliżeniu określić rodzaj trucizny?

- To bardzo trudne, kapitanie. Sądząc z pogodnego wyrazu twarzy denata, podejrzewam jakiś narkotyk, morfina, kokaina... Jeżeli tak jest, sekcja niewiele da. Przy truciznach narkotycznych sekcja przeważnie nie daje charakterystycznych zmian. Zresztą mógł to być po prostu jakiś zwykły środek nasenny w dużych ilościach, choćby nawet reladorm. Być może, że po sekcji otrzymamy dokładniejsze dane.

- Dziękuję, doktorze - powiedział Marecki i polecił zabrać zwłoki. Następnie zwrócił się do porucznika: - Zadzwoń do komendy. Niech przyjadą ci od daktyloskopii, sprawę musimy dokładnie zbadać. A tę kartkę trzeba dać do ekspertyzy grafologicznej.

- Czyżbyś podejrzewał morderstwo? - zdziwił się Kosiński.

- A czy to wszystko nie wydaje ci się trochę dziwne? Samobójstwa wśród starych ludzi zdarzają się raczej rzadko. Starzy są bardziej przywiązani do życia aniżeli młodzi. Wystarczy przejść się po przychodniach lekarskich, żeby zobaczyć, ilu pacjentów w podeszłym wieku usiłuje dostać się do lekarza. Chcą żyć, kurczowo trzymają się życia. A tutaj nagle już trzeci przypadek samobójstwa starego, samotnego człowieka.

- To, co napisał, brzmi prawdopodobnie - zauważył Kosiński.

- To prawda, ale... Wszyscy oni napisali przed śmiercią kartki, których tekst jest nieomal identyczny. To daje do myślenia. "Proszę nikogo nie winić." A może właśnie należy kogoś winić.

- Czy trochę nie demonizujesz tej sprawy - uśmiechnął się Kosiński. - Po prostu facet miał dosyć starości i postanowił z tym skończyć. Wcale nie jestem pewien, czy i mnie kiedyś nie obrzydnie życie w charakterze niedołężnego starca.

- Ten wcale nie był jeszcze taki niedołężny. Tak przynajmniej twierdzą jego sąsiedzi. Podobno miał zupełnie niezłą kondycję fizyczną, był pełen werwy, robił jakieś plany na przyszłość. Skąd więc takie nagłe załamanie? Dlaczego?

- Przyszedł na niego taki moment depresji.

- Czy nie za dużo tych momentów depresji? Jakaś epidemia samobójstw wśród starych ludzi.

- Trzech to jeszcze nie epidemia.

Marecki zapalił papierosa.

- No, dobra. Bierzmy się do roboty.

Dokładne przeszukanie mieszkania nie dało żadnych rewelacyjnych rezultatów. Dużo książek, komplety różnych czasopism, stare kalendarze, rachunki, najrozmaitsze rupiecie i listy od syna mieszkającego stale w Nowym Jorku. Z tych listów wynikało, że młody Bugajski przysyłał ojcu co miesiąc dwieście dolarów i pytał, czy to nie za mało. Najwidoczniej był nieźle sytuowany. W niejednym też liście prosił, żeby ojciec do niego przyjechał. Z tego można było wnioskować, że staruszek nie kwapił się wyruszyć w taką daleką podróż.

Kosiński znalazł w szufladzie biurka dwie recepty wystawione przed kilkoma dniami. Podał je Mareckiemu. "Raphacholin, witamina C, spirytus salicylowy, Rutinoscorbin, Nitrazepam". Podpis lekarza: Jan Szczygielski.

- Z tego wynika, że leczył się. W najbliższym czasie nie wybierał się na tamten świat.

- Właśnie - przytaknął Marecki. - Na ogół samobójcy nie odwiedzają lekarzy. Nie wiesz przypadkiem, co to za lek ten Nitrazepam?

Kosiński skinął głową.

- Wiem. Moja matka to zażywa, bo cierpi na bezsenność. To taki środek uspakajająco-nasenny.

- Może wykończył się tym Nitrazepanem?

- Niewykluczone. To zależy od dawki. Przypuszczam, że po większej ilości można się już nie obudzić.

- Trzeba będzie porozmawiać z doktorem Szczygielskim - powiedział Marecki. - To wszystko jest coraz bardziej zastanawiające. Facet idzie do lekarza. To znaczy, że dba o zdrowie, że chce żyć.

- A może potrzebny mu był ten Nitrazepam - zauważył Kosiński.

- Ale nie zrealizował tych recept.

- Mógł dojść do wniosku, że zapas tego leku, jaki ma w domu, jest wystarczający.

Marecki zgasił papierosa w popielniczce stojącej na bocznym stoliku, przeciągnął dłonią po czole.

- Dziwne - powiedział i zamyślił się.

- Co ciebie tak dziwi?

- W całym mieszkaniu nie znaleźliśmy żadnych lekarstw, absolutnie żadnych. A przecież jest rzeczą dowiedzioną, że starzy ludzie przechowują całe stosy leków, nawet te dawno przeterminowane. A tutaj nic, ani jednego pudełka, ani jednej fiolki z jakimiś pigułkami. Tylko te dwie recepty.

- To prawda - przytaknął porucznik. - Mało prawdopodobne, żeby człowiek w tym wieku nie przyjmował nigdy żadnych leków. Trudno uwierzyć, żeby ta wizyta u doktora Szczygielskiego była jego pierwszym kontaktem z lekarzem. Muszę przyznać, że ta cała historia zaczyna mi się teraz wydawać coraz bardziej tajemniczą. Poza tym nie znaleźliśmy żadnej książeczki oszczędnościowej ani czekowej, ani dolarów, ani bonów, ani złotówek. Musiał przecież coś robić z tymi dolarami, które syn mu przysyłał.

- Może miał konto walutowe - wtrącił Marecki. - Ale w takim razie, gdzie książeczka czekowa?

- Właśnie. Trzeba będzie sprawdzić w banku.

- Oczywiście. I w PKO.

- I w ZUS-ie. Sprawdzimy, jaką drogą przekazywali mu emeryturę, czy przez pocztę, czy wpłacali na konto.

- Nie wiesz, kim on był z zawodu? - spytał Marecki.

- Był dziennikarzem. Podobno przed przejściem na emeryturę pracował jako korektor. Tak przynajmniej twierdzi jego sąsiadka, z którą sobie pogawędziłem. Zresztą to nietrudno sprawdzić.

- Tak, to nietrudno sprawdzić - powtórzył machinalnie Marecki. Im dłużej zastanawiał się nad samobójstwem starego człowieka, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że za tą sprawą kryje się jakaś tajemnica, że to wszystko nie jest takie proste, jakby się mogło na pozór wydawać. Dopatrywał się w tym jakiejś zbrodniczej działalności, chociaż, jak dotychczas, nie potrafił sobie stworzyć żadnej sensownej hipotezy.

Wrócili do komendy.

Marecki kazał przynieść protokóły z tamtych dwóch samobójstw.

Wszystko właściwie identyczne. Samotny, stary człowiek dobrze sytuowany finansowo, posiadający zamożną rodzinę w strefie dolarowej, która hojną ręką przysyłała dolary czy też franki szwajcarskie. Pozornie żadnych konkretnych powodów do desperackiego czynu. Jedynie starość. Tych kilka zdań skreślonych przed śmiercią zawierało tę samą treść: lęk przed kompletnych niedołęstwem.

Marecki postanowił dać do ekspertyzy wszystkie te materiały. Chciał mieć całkowitą pewność, że zarówno Stanisław Mizerski, Łukasz Pawelski, jak i Leonard Bugajski byli ponad wszelką wątpliwość autorami tych przedśmiertnych wyznań. To było ważne, nawet bardzo ważne. Mogło rzucić zupełnie nowe światło na sprawę. Nie mógł jakoś pogodzić się z tym, że jedynym motywem samobójstwa była we wszystkich tych przypadkach ucieczka przed starością, przed starczym niedołęstwem. Wiedział przecież, że starzy ludzie kurczowo czepiają się życia i robią wszystko, żeby to życie przedłużyć, żeby nie umierać. Boją się śmierci o wiele bardziej aniżeli młodzi. Kto wie, czy właśnie tenże sam Leonard Bugajski nie zwlekał z odwiedzeniem syna, ponieważ bał się podróży samolotem. Bał się lecieć do Ameryki, a nie bał się zażyć dużej ilości środków nasennych.

*

- Tak. Pan Leonard Bugajski był od lat moim pacjentem. Jestem zaskoczony tym, co mi pan powiedział.

Marecki przez chwilę obserwował pociągłą twarz lekarza, w której dominowały ogromne okulary w ciemnej oprawie.

- Więc jest pan zaskoczony, panie doktorze?

- Oczywiście. Nigdy bym nie przypuszczał, że pan Bugajski...

- Czy nie zauważył pan u niego jakichś symptomów zaburzeń psychicznych?

- Absolutnie nie. Pan Bugajski był człowiekiem pogodnym, zrównoważonym, mającym duże poczucie humoru. Ani śladu jakichś nastrojów schizofrenicznych.

- Od jak dawna był pańskim pacjentem?

- Od dość dawna. Może od czterech, pięciu lat. Tak dokładnie nie pamiętam.

- Czy Leonard Bugajski cierpiał na jakąś poważniejszą chorobę?

Doktor Szczygielski potrząsnął głową.

- Nie. Nic poważniejszego u niego nie stwierdziłem. Zwykłe dolegliwości związane z wiekiem. Trochę reumatyzmu, od czasu do czasu zawroty głowy, pewne trudności przy chodzeniu, no i oczywiście skleroza.

- Czy miał bardzo zaawansowaną sklerozę?

- Nie powiedziałbym. W granicach normy, stosownie do wieku. Aplikowałem mu środki przeciwsklerotyczne, Cavinton, Cinnerizinum. Od syna również otrzymywał różne "odmładzające" specyfiki.

- Ostatnio przypisał pan swojemu pacjentowi Nitrazepam.

- Tak. To prawda. Skarżył się na bezsenność.

- Czy pan często przepisywał mu ten lek?

- Nie. Po raz pierwszy. Radziłem, żeby zażywał pół tabletki przed spaniem.

- A przedtem nie narzekał na bezsenność?

- Raczej nie. W każdym razie nic nie mówił na ten temat.

- Jaka dawka Nitrazepamu może być śmiertelna?

- Nie potrafię dokładnie powiedzieć, ale przypuszczam, że dwa opakowania, to znaczy czterdzieści tabletek, mogą niewątpliwie spowodować zejście.

- Czy ten lek jest łatwo rozpuszczalny?

- Raczej tak - doktor Szczygielski spojrzał dyskretnie na zegarek.

- Proszę mi wybaczyć - powiedział przepraszająco Marecki - że zabieram panu czas. Pan się zapewne śpieszy.

- Trochę.

- Jeszcze tylko małą chwilę. Zaraz skończymy naszą rozmowę. Chciałbym, żeby mi pan powiedział, czy podczas ostatniej wizyty u pana Leonard Bugajski był może jakiś niespokojny, zdenerwowany?

Lekarz w zamyśleniu potarł wierzchem dłoni gładko wygolony podbródek.

- O ile sobie przypominam, to może rzeczywiście pan Bugajski robił wtedy wrażenie zdenerwowanego. Był mniej pogodny aniżeli zazwyczaj.

- Nie zapytał go pan, czy miał jakieś przykrości, kłopoty?

- Niestety, muszę przyznać, że nie.

- Czy pan wie, że syn Bugajskiego stale mieszka w Nowym Jorku?

- Tak, wiem. Pan Bugajski od dawna wybierał się do syna, ale jakoś nie mógł się zdecydować na tę podróż. Do samolotu nie miał przekonania. Mam wrażenie, że się trochę bał. A statkiem nie mógł podróżować, ponieważ cierpiał na morską chorobę. Ostatnio mi mówił, że może na wiosnę pojedzie do syna.

- Więc jednak robił plany na przyszłość?

- Tak by się zdawało.

- A może mógłby mi pan coś powiedzieć na temat otoczenia Bugajskiego? Z kim przestawał? Z kim się przyjaźnił?

- Bardzo żałuję, ale nic nie wiem na ten temat. Pan Bugajski był tylko moim pacjentem i żadne stosunki towarzyskie nas nie łączyły.

Marecki wstał i podziękował za rozmowę, co doktor Szczygielski przyjął z widoczną ulgą. Miał już zdecydowanie dosyć tej wizyty.

*

Kosiński czekał w komendzie.

- Wyobraź sobie, sensacja. Byłem w banku. Stary Bugajski miał dwa tysiące dolarów na koncie.

- I co?

- Całość podjął w bonach na tydzień przed śmiercią.

- To rzeczywiście interesujące - powiedział Marecki. - Co on z tym zrobił?

- Właśnie. Co on z tym zrobił? U niego w mieszkaniu nie znaleźliśmy ani jednego bonu. Chyba komuś podarował. Ale komu?

Marecki wyjął z kieszeni papierosy.

- A PKO sprawdziłeś?

- Tak. Miał dwie książeczki wysokooprocentowane na łączną sumę stu pięćdziesięciu tysięcy i jedną zwykłą książeczkę z wkładem stu tysięcy.

- To sporo forsy.

- Pewnie, że sporo jak na skromnego emeryta.

- I wszystko podjął?

- Tak. Co do grosza. Zlikwidował książeczki.

- Kiedy?

- Tego samego dnia, co wziął bony.

Marecki zamyślił się. Machinalnie ugniatał w palcach niezapalonego papierosa.

- Ciekawe. Jakaś tajemnicza historia. Dlaczego przed śmiercią podjął wszystkie oszczędności i co z nimi zrobił?

- Może ktoś go szantażował - zasugerował Kosiński.

- Może. Ale to mało prawdopodobne. Kto mógłby szantażować byłego korektora? Jakie motywy?

- Załóżmy, że Bugajski poznał czyjąś przestępczą działalność - Kosiński zapalał się do swojej hipotezy - albo też że ktoś dowiedział się o jakichś sprawkach Bugajskiego. To byłyby dwie koncepcje związane z ewentualnym szantażem. Wreszcie stary nie wytrzymał nerwowo i odebrał sobie życie.

Marecki sceptycznie ustosunkował się do wywodów porucznika.

- Pierwszy wariant odpada - powiedział z uśmiechem. - Bo jeżeli Bugajski kogoś by szantażował, to nie musiał dawać forsy, raczej by brał.

- Masz rację - zgodził się Kosiński. - Trochę się zagalopowałem.

- Może nawet nie trochę. Zapominasz o tym, że w podobnych okolicznościach odebrało sobie życie jeszcze dwóch staruszków. Trudno przypuszczać, że wszyscy oni byli szantażowani.

- Masz jakieś inne wytłumaczenie tej sprawy?

Marecki zapalił wreszcie solidnie wygniecionego papierosa.

- Jeszcze nie. Trzeba koniecznie sprawdzić konta tamtych dwóch.

Zadzwonił telefon. Marecki przysunął aparat i podniósł słuchawkę.

- Kapitan Marecki. Słucham? Tak, tak. Dobrze. Zaraz idę. Dziękuję. Stary chce ze mną mówić. Czuję, że w tej sprawie - powiedział, zwracając się do Kosińskiego.

Pułkownik Łukaszczyk minął już dość dawno pięćdziesiątkę. Zaczynał tyć i służbowy fotel był dla niego nieco za mały. Twarz miał okrągłą, rumianą, tryskającą zdrowiem i pogodnym usposobieniem. Duże, niebieskie oczy patrzyły z pozorną naiwnością, co mogło wprowadzić w błąd mniej doświadczonego rozmówcę.

- Siadajcie, kapitanie. Chciałbym z wami chwilę pomówić.

Marecki usiadł i spojrzał wyczekująco.

- Podobno zajmujecie się teraz sprawą samobójstwa tego staruszka z Mokotowa.

- Tak.

- O ile mi wiadomo - ciągnął dalej pułkownik - to ten przypadek nie nosi cech jakiejś działalności przestępczej i wszystko jest zupełnie jasne. Widzicie, kapitanie, potrzebuję ludzi do konkretnej roboty. Nie chciałbym, żebyście niepotrzebnie tracili czas na sprawę, która nie wymaga waszej ingerencji, jest bezsporna.

- Historia z tym samobójstwem zaczyna się nieco komplikować - powiedział Marecki.

Pułkownik poruszył się niecierpliwie. Fotel zaskrzypiał ostrzegawczo.

- Słucham. Cóż tam się znowu komplikuje?

Marecki krótko zreferował sprawę.

- Wydaje mi się, że tego nie można tak zostawić - powiedział. - Jeżeli się okaże, że tamci samobójcy także zlikwidowali swoje konta.

Pułkownik pochylił się nad biurkiem i obracał w palcach długopis.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.