Proszę mnie nie budzić - Wojciech Kuczok

-
Proszę czekać

2

Spotkałem Krzysztofa Zanussiego; nakazał mi obejrzeć swój najnowszy film pt. Powstanie Warszawskie. Prowadząc mnie do salki projekcyjnej, szydził niemiłosiernie z Miasta 44; powiedział, że czuł się w obowiązku nakręcić swój film w odpowiedzi na tę głupotę. Kurtuazyjnie się z nim zgodziłem, bo Komasa rzeczywiście pojechał po barykadzie, ale nie chciało mi się oglądać kolejnego filmu o powstaniu, przy czym nie miałem pomysłu, jak się z tego wymigać, tym bardziej że nie trzeba było jechać aż do Lasek - pan Krzysztof udostępnił mi salkę w swoim starym domu na Kaniowskiej, w którym najwyraźniej znowu pomieszkiwał. W salce zebrała się już grupka młodzieży ukraińskiej i paru studentów z Polski, którzy wraz ze mną mieli stanowić publiczność. Zanussi poprzedził film słowem wstępnym, ale przedłużyło się ono tak bardzo, że wszyscy wyszli i w efekcie zostałem tylko ja - czego zresztą zapamiętały w swojej prelekcji Zanussi nawet nie zauważył. Film był zaskakujący, bo skupiał się na bombardowaniu kościołów, niemal zupełnie pomijając tragedię ludności cywilnej. Owszem, mówiło się o cierpieniach ludzi, ale reżyser z pietyzmem pokazywał ruiny świątyń, zdewastowane ołtarze, powalone krzyże, splądrowane skarbce; towarzyszyła temu bardzo uduchowiona muzyka Kilara. Pan Krzysztof zaglądał co pewien czas do salki i sprawdzał, czy nie zasnąłem, a kiedy zacząłem obmyślać, jak się stąd wydostać przed końcem projekcji, film nagle zupełnie zmienił oblicze i przeniósł się w czasy Księstwa Warszawskiego. Z podziwem przyglądałem się scenie, w której Daniel Olbrychski i Ewa Wiśniewska grali polskich arystokratów niepotrafiących uzgodnić sposobu traktowania rosyjskiego służącego (w tej roli Cezary Kosiński). Wiśniewska chciała być dla niego okrutna, Olbrychski zaś przyjazny, Kosiński natomiast grał służącego, który grał służącego, żeby państwu nie sprawić przykrości, ale tak naprawdę służącym już dawno być przestał. Co najciekawsze, była to scena niema, wszystko rozgrywało się w subtelnościach mimicznych. Chciałem Zanussiemu pogratulować, więc zacząłem go szukać. W gabinecie go nie było, za to na półkach tłoczyły się dziesiątki wydań książek jego autorstwa. Przeszukałem cały dom, ale nigdzie nie znalazłem reżysera; niestety nie mogłem też trafić do wyjścia, aż wreszcie w piwnicy natknąłem się na właz do kanału. Zszedłem do niego. Początkowo było nawet dość obszernie, przeszkadzał mi tylko smród fekaliów oblepiających ściany; dalej robiło się coraz ciaśniej i coraz smrodliwiej, aż w końcu trzeba było czołgać się w gównie. Zaczęło mi być duszno; zrobiło się jeszcze gorzej, kiedy zrozumiałem, że to pułapka, do której zwabił mnie Zanussi. Chcąc przebić realizmem wszystkich poprzedników, scenę kanałową, w której umiera zaczadzony powstaniec, postanowił nakręcić w konwencji dokumentalnej, rejestrując prawdziwą śmierć statysty. Jako że nikt nie chciał umierać dla sztuki, musiał podstępnie zwabić ofiarę do kanału, i to mnie właśnie trafił się ten los. Wiedziałem, że zaraz umrę w oparach kanalizacji, Zanussi dostanie za to kolejnego Złotego Lwa w Wenecji, a mnie nie czeka nawet nagroda pośmiertna, bo w napisach końcowych będę wymieniony jako "i inni".

3

Wyskoczyłem z kolejki na Kasprowy do wylotu Doliny Kasprowej, omijając bramki, strażnicówki, a także przejście graniczne, bo potok Bystra akurat oddzielał Polskę od Słowacji, w górach granice są płynne. Myślałem, żeby przenieść tam firmę, nie musiałbym wspierać swoimi podatkami rządu, ale kiedy zasiadłem przy piwie ze słowackimi góralami, wytłumaczyli mi, że ich rząd wcale nie lepszy, to znaczy oni mi to wytłumaczyli niechcący, zachwalając ksenofobiczną politykę pana Fico. Zniechęcony, poszedłem w górę Suchej Kasprowej, gdzie nie było żywej duszy, a śniegi jak z obrazka, i byłbym tak sobie spacerował dalej, ale wpadłem na patrol w jeepie. Oczywiście zacząłem udawać, że zgubiłem szlak, jestem bardzo wyziębiony, i dziękowałem im, że uratowali mi życie, czym skutecznie odwróciłem uwagę filanców od nielegalnego przekroczenia granicy rezerwatu ścisłego. Zwieźli mnie kawałek, do szlaku, gdzie reanimowano właśnie współczesnego polskiego prozaika, którego definitywnie zawiodła kondycja w drodze na szczyt - na Kasprowym odbywały się właśnie Targi Książki, przeniesione ze Stadionu Narodowego. Był to poczytny autor, którego książek nie znałem, ktoś w rodzaju Wita Szostaka; niestety reanimacja nie przyniosła skutku, pisarz zmarł, jego ciało zapakowano do toboganu. Korzystając z zamieszania, znowu zszedłem na stronę rezerwatu i nieniepokojony wlazłem na szczyt własną drogą. Na górnej stacji kolejki spotkałem Jacka Dehnela, który wręczył mi swoją książkę z autografem, ale kiedy poprosiłem, żeby wybrał sobie w zamian jedną z moich, zaczął sprawiać wrażenie człowieka, którego siły to przekracza, nawet w ramach kurtuazji. Przy okazji zauważyłem, że oprócz Gnoju i Spisków dysponuję jeszcze tomem opowiadań amsterdamskich, o których zupełnie zapomniałem; istniało nawet podejrzenie, że to nie ja napisałem tę książkę, lecz mi ją przypisano. Miałem dylemat, czy się do tego przyznać, wszakże pozycja sprzedawała się wcale nieźle, na stoisku mojego wydawnictwa cieszyła się większą popularnością niż którakolwiek inna.

Zasiadłem do podpisywania, w kolejce czekało już kilkunastu fanów. Pierwsza podeszła do stolika bardzo brzydka dziewczyna, złapała mnie za dłoń i z niesmakiem stwierdziła obecność na moim palcu obrączki.

- Rozumiem, że już nie chcesz, żebym ci zważyła jądra?

- Słucham?!

- Już mnie nie pamiętasz?

Przyjrzałem jej się uważnie i przypomniało mi się, że ostatnią imprezę sylwestrową spędziliśmy razem w ciasnej mansardce, prawdopodobnie głównie na przekomarzaniu się, bo byłem zalany w trupa. Nie zapamiętałem jej w ogóle jako osoby brzydkiej, rozczarowanie było tym większe, że wyraźnie rościła sobie do mnie pretensje

- Czy coś ci obiecałem?

- Gdybyś jeszcze chciał, mogę ci je zważyć - powiedziała z odpychającą mieszaniną nieporadnej uwodzicielskości i sarkazmu, po czym odeszła, by ustawić się w kolejce do Dehnela.

Następna pani chciała ze mną zrobić wywiad do ultraprawicowej gazety, to znaczy wywiad już był gotowy, choć nigdy go nie udzieliłem, podsunęła mi go do autoryzacji, zastrzegając, że bez względu na moje zdanie i tak go opublikuje. Poczułem, że mam już dość tych targów, i wsiadłem do wagonika, a tam poinformowano mnie, że w Kuźnicach czeka gestapo, więc znowu powinienem wyskoczyć, ale byłem już tym wszystkim zmęczony, postanowiłem niczego nie zmieniać. Próbowałem sobie przypomnieć, do czego doszło między mną a tą grubaską, ale pamiętałem tylko, że nazajutrz obudził mnie w jej pustym mieszkaniu gwizd czajnika.