Wtargnięcie rejestratorki do gabinetu Doroty Dreckiej w trakcie sesji z pacjentem musiało oznaczać jedno - wydarzyło się coś na tyle ważnego, że sprawa nie mogła czekać.
Ojciec Doroty, doktor Jan Drecki, szef przychodni psychiatrycznej, a od niedawna także pracodawca córki, mawiał, że lekarzowi można przerwać pracę jedynie w dwóch przypadkach: kiedy się pali lub kiedy ktoś w poczekalni stracił przytomność.
- Pani doktor, telefon do pani, powinna go pani odebrać. - W tonie rejestratorki dało się wyczuć zdenerwowanie.
Dorota nie chciała o nic wypytywać przy pacjencie, młodym mężczyźnie z nerwicą lękową, dlatego zapewniła go, że za chwilę wróci, i wyszła w pośpiechu z gabinetu. Dopiero gdy zamknęła za sobą drzwi, zapytała cicho:
- Co się stało?
Rejestratorka bez słowa podała jej telefon.
- Drecka, słucham.
- Zabiła mi pani syna - oświadczyła po drugiej stronie jakaś kobieta. Jej ton był odcięty od emocji.
- Słucham?
- Leczyła pani mojego syna i on umarł przez panią.
- Przepraszam, kto mówi? - Dorota poczuła, jak jej ciało oblewa się zimnym potem.
- Odpowie pani za to, że zabiła mi syna. Dzwonię, żeby to pani powiedzieć. - Głos rozmówczyni wwiercał się w umysł doktor Dreckiej, powodując niemal fizyczny ból.
Lekarka usiadła i podparła ręką głowę. Skronie zaczęły jej pulsować w rytm przyspieszonego bicia serca.
- Niech pani opowie, co się stało - poprosiła.
- Mój syn, Patryk Maciaszek, był pani pacjentem. - Kobieta zrobiła pauzę, po czym dodała tym samym lodowatym tonem: - Popełnił samobójstwo.
Mimo zdenerwowania Dorota natychmiast dopasowała imię i nazwisko do osoby. Chłopak był u niej na wizycie parę dni temu.
- Co się stało z panem Patrykiem? - zapytała cicho.
- Skoczył z okna. Przez panią. Zaufał pani i brał leki. Niepotrzebnie, bo po tych lekach ludzie się zabijają. I on się zabił przez panią.
Drecka wzięła głęboki oddech, próbując się uspokoić. Zawsze źle sobie radziła z samobójstwem pacjenta. Gdy się dowiadywała, że ktoś, kogo leczyła, zginął w taki właśnie sposób, w jej głowie za każdym razem pojawiały się te same myśli: dlaczego nie wyczuła zbliżającej się tragedii i nie skierowała pacjenta do szpitala? W jakim stopniu winę za tę śmierć można przypisać leczeniu, które zaordynowała? Błędnemu leczeniu, być może.
Po dłuższej chwili milczenia matka zmarłego chłopaka mówiła dalej:
- Zrobię wszystko, żeby pani odpowiedziała za to, co pani zrobiła Patrykowi. Nie dam pani spokoju. Przysięgam.
Kobieta się rozłączyła, a Dorota tkwiła z telefonem przy uchu, próbując zebrać myśli. Dopiero teraz zauważyła, że wszyscy obecni w poczekalni na nią patrzą: dwie pacjentki pod gabinetem ojca, jakiś mężczyzna z komórką w ręku, czekający na wizytę u niej, i rejestratorka, pani Krystyna, która po trwającej wieczność ciszy w końcu się odezwała:
- Ze mną też tak rozmawiała. Zażądała, żebym natychmiast wezwała panią doktor do telefonu.
Drecka wstała zza biurka.
- Może zaparzę herbaty? - zaproponowała pani Krystyna.
- Nie, nie, muszę wracać do pacjenta.
W gabinecie nie potrafiła ukryć zdenerwowania. Ręce jej drżały, skronie pulsowały coraz silniej, w gardle zrobiło się sucho.
- Wróćmy do tego, o czym pan mówił - odezwała się do siedzącego naprzeciwko niej mężczyzny i przysunęła do siebie laptop z wygaszonym już ekranem. Urządzenie ożyło, a ona wpisała do bazy danych przychodni imię i nazwisko: Patryk Maciaszek. Po chwili zapytała:
- Jakie są pana obawy w momencie, gdy doznaje pan napadu lęku?
- Nie wiem... - Pacjent westchnął ciężko. - Że coś mi się stanie, że umrę albo zemdleję na ulicy i nikt mi nie pomoże.
Na ekranie laptopa wyświetliła się karta choroby zmarłego chłopaka: u góry imię i nazwisko, pod nim data urodzenia 12.10.2001, adres i numer telefonu oraz adnotacja, by nie informować nikogo o jego stanie zdrowia.
Drecka znów skupiła się na mężczyźnie w gabinecie. Objęła spojrzeniem elegancką różową koszulę i gładko ogoloną twarz, na której malowały się lęk i niepewność.
- I to właśnie te obawy są przyczyną pana lęku i go podtrzymują - stwierdziła. - A ponieważ lęk nie ogranicza się tylko do głowy, lecz oddziałuje na całe ciało, to może powodować naprawdę przeróżne objawy. U pana to są kołatania serca, ucisk w klatce piersiowej, a to jeszcze bardziej nasila obawy, że coś złego się panu stanie, i tworzy się błędne koło: lęk nasila objawy, objawy nasilają lęk. I my teraz musimy przerwać to koło.
Mężczyzna przyznał, że doskonale to rozumie, ale czuje się bezradny w takich sytuacjach. Dorota pokiwała głową, jednak już po chwili jej uwagę przyciągnęła notatka z ostatniej wizyty Patryka Maciaszka. Okazało się, że był u niej dwanaście dni temu. Wpis, którego wtedy dokonała, wydawał się teraz przeraźliwie lakoniczny: "Stan stabilny".
Poniżej znajdowała się jeszcze adnotacja dotycząca wystawionych recept:
Mobemid 150 mg, 2 opakowania, dawkować: 1-1-0
Depakine Chrono 500 mg, 2 opakowania, dawkować: 1-0-1.
Siedzący naprzeciwko pacjent odchrząknął nerwowo i zaczął coś mówić o nieradzeniu sobie z lękiem od wczesnego dzieciństwa. Lekarka zerkała to na niego, to na ekran laptopa, próbując odtworzyć w pamięci szczegóły z ostatniej wizyty Patryka Maciaszka. Nie miała wątpliwości, że był w dobrej formie: stabilny, spokojny, w wyrównanym nastroju; miał co prawda lęki i objawy stresu pourazowego, ale niewielkie, i był wobec nich coraz bardziej zdystansowany. A do tego przyznał, że się zakochał. Cieszył się z tego. Czy mógł popełnić samobójstwo z powodu zawodu miłosnego? Jego wyznanie o rodzącym się związku uznała za sukces terapii, ponieważ na początku uważał, że jest niezdolny do szczerych uczuć, a swoje życie określał jako emocjonalne bagno. Dorota chciała go nawet zapytać, w kim się zakochał, ale uznała, że odpowiedź i tak nic by nie wniosła do terapii; zapytała więc tylko, czy jego uczucie jest odwzajemnione.
- Chyba tak - odpowiedział, po czym dodał szybko, że "chyba" oznacza początek, i potrzeba trochę czasu, by zamieniło się w "na pewno". - Staram się brać to na chłodno, ale wszystko idzie ku dobremu - tłumaczył z uśmiechem. - Wie pani, motyle w brzuchu i te sprawy. Człowiek to jest jednak dziwny twór.
Słowa te rozbrzmiewały teraz w umyśle Doroty tak wyraźnie, jakby pacjent siedział obok i właśnie je wypowiadał.
"To nie mogło być samobójstwo", pomyślała, zastanawiając się nad kolejnym powodem, dla którego Patryk chciał żyć. Miał marzenie, które przed terapią skrywał głęboko pod stertą lęków i obaw. Na początku bał się nawet o nim wspomnieć, lecz z upływem czasu coraz głośniej mówił, że jest osiągalne. Patryk Maciaszek chciał odmienić swoje życie, przeprowadzić się do Warszawy, pójść na studia. Przygotowywał się do nich, wierzył, że mu się uda.
- Czy pani uważa, że ja z tego wyjdę? - Rozmyślania Doroty przerwał pacjent, który skończył właśnie perorować na temat swoich problemów z lękiem. Jego zrezygnowany wyraz twarzy wskazywał, że głęboko w to wątpi.
- Tak, wyjdzie pan z tego - zapewniła. - Ale to będzie wymagało czasu.
- Ile czasu?
- Nie da się tego określić na pierwszej wizycie. Zapiszę panu leki, spotkamy się ponownie i zobaczymy, jak pan na nie zareaguje, jak pan sobie będzie radził z obawami, które dziś jedynie nazwaliśmy, a potem stopniowo będziemy rozbrajać. Tylko proszę mi jeszcze powiedzieć, jak pan sypia w nocy, bo to ważne przy doborze leku.
Mężczyzna poczerwieniał.
- Czy pani doktor mnie w ogóle słucha?! - warknął. - Przecież już mówiłem, że co chwilę się budzę!
Posłała mu uśmiech, lecz najwyraźniej zirytowała go tym jeszcze bardziej, bo zacisnął pięści. Informacja o jego uporczywej bezsenności faktycznie była już zawarta w rubryce "wywiad", i to w pierwszym zdaniu. Zaczęła się tłumaczyć:
- Tak, tak, ale... ja często dopytuję o takie rzeczy, żeby mieć całkowitą pewność i bardzo dokładny obraz objawów, które pacjent mi zgłasza. To ważne przy doborze leku.
- Okej. Przepraszam. Jak pani doktor pewnie zauważyła, jestem bardzo zdenerwowany. Mam silne lęki od dawna, a ostatnio wszystko wyprowadza mnie z równowagi.
- Nie ma problemu. W gabinecie to normalne - odparła, ale jej myśli znów powędrowały do Patryka Maciaszka. Wszystko, co się ostatnio z nim działo, przemawiało przeciwko samobójstwu. Śledczy musieli coś przeoczyć, a matka chłopaka ją skrzywdziła, przypisując jej winę za śmierć syna.
"Jeśli Patryk naprawdę wypadł przez okno, to ktoś go musiał wypchnąć", uznała Dorota, podając pacjentowi receptę.