Oczy na ramieniu i serce w brzuchu
O tym, że coś poszło straszliwie nie tak, Aurora przekonała się dopiero wtedy, gdy ujrzała krew. Co prawda dostrzegła chwilę wcześniej zaniepokojone spojrzenie Ezry, który gapił się na jej prawy bark, ale ostatnio napotykała je częściej niż własne odbicie w lustrze, więc je zignorowała.
- Będziesz żyć - zapewnił mężczyzna przyciskający ją do blatu swoim ciałem, gdy zauważył niepokój wymalowany na jej twarzy.
Ponownie przeanalizowała wszystkie jego tatuaże, te, których nie zasłaniał czarny podkoszulek, i odwróciła głowę, by porównać je z tym, co właśnie tworzył na jej skórze. Nie dostrzegła jednak wiele, ich pozycja była, delikatnie mówiąc, niewygodna.
- Spokojnie - dodał tatuażysta i zacmokał karcąco, zmuszając ją, by znowu się położyła. - Jak będziesz się ruszać, to wyjdzie krzywo.
- Lepsze to niż jakieś zakażenie - westchnęła. - Przecież nie powinnam krwawić.
Nie odpowiedział, a ona skarciła się w myślach za to, że pozwoliła mu wykonać na sobie wzór, który miesiące temu stworzył dla niej Azel. Spojrzała na kamienną ścianę przed sobą. Wyryto na niej rozmaite rysunki - koślawe samochody, konie i bryczki, a także coś, co przypomniało Big Bena. To była rozrywka dla tutejszych dzieci - w podziemiu trudno było o coś, co prawdziwie by odprężało, jak zdążyła się już przekonać.
- Zwykle tatuażami zajmuje się ktoś inny - pożalił się. - Wyszedłem z wprawy, ale naprawdę nic ci nie będzie.
Jeśli miała być szczera, od początku nie była do tego przekonana. To Ezra zamęczał ją o to od prawie tygodnia, a że widywała go teraz rzadziej - bo przyjaciel więcej czasu spędzał z Oliverem - postanowiła przystać na propozycję. Ostatecznie przekonał ją fakt, że nowomagia, odkrywszy w jej organizmie zalążek niebezpiecznych bakterii, wybiłaby je w mgnieniu oka. Zdążyła już zaobserwować, że kiedy jej przyjaciół bez przerwy atakowały drobne przeziębienia, ona pozostawała niewzruszona - przez wszystkie tygodnie ciężkiej drogi choroba nie zmogła jej ani razu. Kończyło się na objawach, które na następny dzień znikały bez śladu.
Wracając jednak do czasu spędzanego wspólnie z Ezrą, który w ostatnich dniach stał się rzadkością - on i Oliver próbowali ukrywać swoją relację dosyć nieudolnie. Co prawda co jakiś czas znikali, kryjąc się w trudno dostępnych korytarzach, ale wpadała na nich niemal za każdym razem, gdy w towarzystwie członków Incendium podążała w stronę powierzchni.
- Gotowe. - Z rozmyślań wyrwał ją głos mężczyzny. - Chyba.
Jasnowidz rzucił jej się na pomoc, gdy chciała podnieść się z blatu, ale przystanął w półkroku, gdy przypomniał sobie, jak bardzo jej to zawsze przeszkadzało. Od czasu ich niezdarnej ucieczki ze Starry Night minęły trzy tygodnie i chociaż czuła się lepiej, jej dłoń nadal spowijał opatrunek. W nocy wciąż jeszcze wybudzał ją ból ręki. Zaklęcie, którym potraktowała członków Półksiężyca, pozbawiło ją palców, małego i serdecznego, w związku z czym musiała wysłuchiwać marudzeń Ezry, że nie będzie mogła założyć pierścionka zaręczynowego na odpowiedni palec.
- Zobaczmy - wymamrotała teraz pod nosem, zbliżając się do ustawionego w rogu pokoju lustra. W podziemiu było dużo zwierciadeł, nic dziwnego, w końcu to tych niepozornych przedmiotów czarodzieje z całego Londynu używali, by jakoś zaznaczyć swoje czarostwo. Magowie podziemia do tuneli metra sprowadzali je chyba głównie z sentymentu.
Aurora odrzuciła włosy, które na chwilę zasłoniły jej łopatkę. Przyjrzała się swojemu odbiciu, zlustrowała wychudzone policzki i spierzchnięte usta, po czym spojrzała na tatuaż. Na jej skórze czarnym tuszem odznaczało się czworo oczu. Każde wyglądało inaczej i reprezentowało jednego z jej przyjaciół: Azela, Ezrę i Maravis, oraz ją samą. Wytwórca nie zdążył narysować oczu Olivera, bo gdy tworzył wzór, dopiero się poznawali.
Czarownica lekko skinęła głową i jedno oko mrugnęło. Minęła sekunda, a drugie odrobinę zalotnie zatrzepotało rzęsami.
- Nawet nie muszę się zastanawiać, które jest twoje - rzuciła do Ezry, a ten w odpowiedzi parsknął śmiechem.
- Jest w porządku, dziękuję - dodała, odwracając się do mężczyzny, który przyglądał się jej w napięciu. - Chyba że jednak czymś mnie zaraziłeś, wtedy do bani.
Z oka, które należało do Azela, spływała jej po plecach strużka krwi. Wyglądała jak łza.
- Igła była czysta - zapewnił pośpiesznie mężczyzna. Wyraz twarzy miał taki, jakby trochę obawiał się, że Aurora zaraz na niego nakrzyczy. To z kolei niezmiernie ją bawiło, bo był barczysty, z pewnością silniejszy od niej fizycznie, a jednak uginał się przed bijącą od niej magią, której nie potrafił zidentyfikować. - Przeczyść to sobie jakimś zaklęciem.
Znali się już całkiem długo, ale ona wciąż nie wiedziała, czy się jej bał, czy po prostu należał do osób introwertycznych, bo niewiele przy niej mówił. Tak naprawdę wydał jej się pierwszą prawdziwie przyjazną duszą w podziemiu. Rose przedstawiła jej go kiedyś tymi słowami:
- Finley jest tu od piętnastu lat, dzięki niemu większość nowo przybyłych decyduje się zostać w podziemiu na dłużej. Tylko on nie jest tu ani osobliwy, ani odstraszający. Poza tym wiem tylko, że jest z okolic Newport.
Ta informacja zapoczątkowała zainteresowanie Aurory mężczyzną. Mieścina, o której wspomniała jasnowidzka, znajdowała się bowiem zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od jej rodzimego Newbridge. W mowie Finleya można było usłyszeć naleciałości tamtejszego dialektu. Coś w jego wypowiedziach wskazywało również na to, że w rodzinie miał jakichś Irlandczyków. Aurora długo rozważała, czy warto spróbować wypytać go o kowen, z którego tu przybył, ale on - poznawszy miejsce jej pochodzenia - nie kwapił się do rozmowy o Walii. Swoją ciekawość odłożyła więc na później.
- Nie chcę was poganiać, dzieciaki - przemówił Finley. - Ale chciałbym jeszcze zjeść przed odprawą, a kolacja już się kończy.
- Jasne, jasne. - Ezra skinął głową w jej kierunku. - Nie musisz nam powtarzać dwa razy, po tym obiedzie wciąż jestem głodny. Poza tym nasi i tak pewnie czekają. - Miał na myśli Rose i Olivera, choć z pewnością nie wiedział, gdzie byli.
Oliver po przyjeździe każdą chwilę z dala od Ezry poświęcał na praktyczne ćwiczenia zaklęć. Towarzyszyła mu dwójka tutejszych magów - Finley i pewien pulchny młodziak o imieniu Alex. Aurora natychmiast rozpoznała w nim kogoś, kto kowen opuścił niedawno i z ogromną niechęcią. Podobnie jak oni Alex ciągle wypytywał o to, kiedy nadejdzie czas na zbieranie magii, a Oliverowi zalecał głównie ćwiczenia znane z najpopularniejszych podręczników do czarostwa. Poza tym na jego ramionach stale pobrzękiwał imponujący zestaw srebrnych bransolet, które jego zdaniem miały pomagać mu w czarach. Była to zapewne tradycja wyniesiona z jego poprzedniej organizacji. Na takie rzeczy w Incendium spoglądano co najwyżej z pobłażaniem.
Rose, która sprowadziła ich do tego miejsca, całe dnie spędzała w towarzystwie tutejszych magów. Aurora do tej pory nie była pewna, czy jasnowidzkę łączy z nimi głęboka przyjaźń, czy ledwie się znają. Dziewczyna przysiadała się do grupek formujących się w trakcie posiłków i dołączała do magów pracujących nad oczyszczaniem peronu. Witali ją uśmiechami, znacznie bardziej życzliwymi niż te, którymi obdarzano Aurorę i chłopców. Czarodzieje Incendium poklepywali Rose po plecach, przytulali ją jak zaginioną siostrę, która po latach znowu trafiła do domu. To wszystko po to, by wdać się z nią w najbardziej płytką konwersację, jaką Aurora kiedykolwiek słyszała - żadnych pytań o rodzinę, pracę, samopoczucie ani co najważniejsze: o przeszłość. Jej towarzysze zdawali się osobliwie niezainteresowani tym, że ich przyjaciółka wparowała tu z podkręconym magią zwyczajnym, jego jasnowidzącym chłopakiem i magicznym huraganem, który w ich oczach stanowiła Aurora. Bardzo interesowały ich za to zaklęte wisiorki, o których Rose opowiadała z ogromnym zaangażowaniem.
- Gdzie idziemy? - zapytała Ezrę, gdy opuścili pomieszczenie, w którym ją tatuowano. Kiedyś musiało służyć za biuro obsługi stacji metra, na której się znajdowali. Były tam wielkie drewniane biurko, na którym przed chwilą leżała, stosy papierów, kamizelki konduktorskie oraz niedziałający interkom. Gdy chwilę temu patrzyła na to wszystko, pomyślała sobie, że być może zwyczajni opuścili je w pośpiechu, pozostawiając mnóstwo rzeczy. Być może Incendium rzeczywiście ich stąd wypłoszyło, sama nie wiedziała.
- W stronę pysznego kleiku bananowego, moja kochana. - Ezra podskakiwał obok niej.
- Naprawdę chcemy siedzieć na kolacji? - Uniosła brew.
- Naprawdę chcemy głodować? - odpowiedział, naśladując jej ton.
- Chcemy wymknąć się do supermarketu i zjeść coś, co nie smakuje jak karton nasiąknięty deszczówką - westchnęła.
Wszystkie posiłki były do siebie podobne i nie dawały człowiekowi ani energii, ani przyjemności. Nie miała o to do nikogo pretensji, w końcu członkowie Incendium musieli wykarmić całe mnóstwo osób, ale jej wykończony organizm z każdym dniem coraz bardziej domagał się czegoś bardziej odżywczego.
- Proszę, nie przypominaj mi, że jest na świecie coś innego niż ta owsianka. - W głosie Ezry było naprawdę dużo rozpaczy. - Toleruję ją tylko dlatego, że nie ma innych opcji.
I naprawdę nie było. Mieszkający tu ludzie często wychodzili do sklepów, była pewna, że bogatsi wybierali się do restauracji. Im jednak nie wolno było nawet myśleć o opuszczaniu metra. To było zbyt ryzykowne. Aurora parokrotnie znalazła się blisko powierzchni, raz nawet stanęła przy schodach wyjściowych, by przez chwilę powdychać chłodne powietrze, ale nie odważyła się wyjść. Nie chodziło nawet o to, że ktoś zakazał im opuszczania tuneli - po prostu się bała i wiedziała, że jej przyjaciel czuł to samo.
Korytarz rozszerzył się i ujrzeli główną stację. W miejscu, gdzie kiedyś znajdowały się bramki do metra, wydawano teraz jedzenie. Właśnie tam się skierowali. Obie strony tunelu, którym poruszały się pociągi, zagrodzono ciężkimi głazami, choć to chyba nie była zasługa tutejszych magów, a pracowników kolei, którzy pracowali nad zabezpieczeniem opuszczonej stacji. Na chodniku, po którym jeszcze parę lat temu pędzili śpieszący się do pracy Londyńczycy, siedzieli teraz czarodzieje. Parę osób przysiadło po turecku, inni pochylali się nad swoimi kleikami, próbując uczynić z nich coś lepszego. Ta banda nowicjuszowi wydałaby się zbiorem dziwaków, bo prawie każdy miał tu specyficzną fryzurę oraz tatuaże, które tak rzadko widywało się u starszych osób, ale Aurora zdążyła się już do tego wszystkiego przyzwyczaić. Bez dłuższego zastanowienia mogła więc przyjąć swój fenomenalny posiłek i podążyć głębiej, wzdłuż peronu, ku miejscu, gdzie rzeczywiście siedzieli już Rose i Oliver.
- Czy masz już więcej par oczu niż wcześniej? - zagadnął ten drugi, gdy usiedli z Ezrą.
- Tak, ale jakim kosztem - westchnęła i natychmiast zaczęła opowiadać im o procesie tworzenia tatuażu.
Mimo że ludzi nie było na stacji wcale tak dużo, panował ogromny gwar. Co chwila ktoś zrywał się z miejsca, by zwrócić się do większej grupy lub nawet do wszystkich zgromadzonych, ludzie śpiewali, a garstka tutejszych dzieciaków zapewniała absolutny brak spokoju.
- Nic ci nie będzie. - Rose wzruszyła ramionami na wzmiankę o jej skaleczeniu. - Chaos zadba, żeby nic ci się nie stało.
- Ten sam chaos, który wypalił mi rękę? - zapytała, co spowodowało, że jej rozmówczyni zacisnęła usta. Aurora wierzyła, że nowomagia wypaliłaby z jej organizmu wszelkie zarazki, ale była również przekonana, że wcześniej czy później przyjdzie jej zapłacić za tę pozorną ochronę.
Bez Azela trudno im było zinterpretować to, co wyrządziła jej nowomagia. W końcu podzieliła się z towarzyszami informacją o czarnych siniakach, które pojawiały się na jej ciele, ale żadnemu z nich nie udało się znaleźć przyczyny. One, podobnie jak wiele anomalii, których doświadczała, odkąd tu przybyli, pozostawały wciąż tajemnicą.
- Ciesz się, że nie musiałaś płacić - wtrącił Oliver. - Zawsze chciałem coś sobie zrobić, ale nigdy nie było mnie na to stać.
- Może teraz jest twoja szansa? - zauważył Ezra entuzjastycznie. - Przecież jeśli poprosisz Finleya, na pewno się zgodzi.
- Powinieneś trzymać się z daleka od magicznych tatuaży, jeśli chcesz jeszcze kiedyś wrócić do domu - odparła natychmiast Aurora. - Chyba że wiesz, jak wyjaśnić rodzicom, że coś rusza się na twojej skórze.
To spowodowało, że Oliver spoważniał, wbijając wzrok w owsiankę. Napięcie, które panowało między nimi od pobytu w Lavenham, utrzymywało się i Aurora nawet z tym nie walczyła, choć wiedziała, że przeszkadza ono zarówno Oliverowi, jak i Ezrze.
- Nie musisz robić niczego magicznego - przypomniał Ezra. - Mam całkiem sporo nieruchomych projektów w rzeczach Azela, które zgarnęliśmy z hotelu. Na pewno nie obrazi się, jeśli jeden sobie pożyczysz.
Na dźwięk imienia przyjaciela kęs kleiku uwiązł jej w gardle. Czasami tak właśnie zamierała, gdy ktoś wypowiadał jego imię. To wystarczyło. Aurora z dnia jego porwania nie pamiętała niczego, poza bólem rozdzierającym jej ciało. O tym, że Azel rzucił się, by odwrócić uwagę napastników, dowiedziała się później. Teraz bardzo się tego wstydziła, ale pierwszą emocją, którą poczuła, gdy zorientowała się, do czego doszło, był gniew. Nie żal ani nie strach o życie przyjaciela, tylko jątrząca złość. Zachował się tak bezmyślnie! Po wszystkich rozmowach o tym, że nie zamierzają ryzykować życia dla siebie nawzajem, on jednak to zrobił. Nie obchodziły jej zapewnienia Rose, że nie było innego wyjścia. Azel Halfaway, strateg, wytwórca, myśliciel, postąpił impulsywnie i teraz już go nie było.
Obawiała się, że nie żyje. Wszystko wskazywało na to, że Półksiężyc do tej pory nie wpadł na ich ślad, więc przesłuchujący Azela czarodziej musiał użyć wymyślnych metod służących do tego, by wyciągnąć z niego informacje, a z takich przesłuchań nie wychodziło się żywym.
Tym razem Ezra bardzo szybko zauważył jej dyskomfort, bo odchrząknął i dosyć niezręcznie spróbował zmienić temat, nawiązując do duchoty, która panowała w tunelu. Chyba wszyscy zwrócili już na to uwagę, w metrze powinno być w końcu zimno. Tym razem nie zdążyli jednak poświęcić temu więcej uwagi, bo głowy ich towarzyszy, tych znajdujących się bliżej wydawalni, jak na rozkaz zwróciły się w kierunku jednego z korytarzy.
Aurora nie musiała nawet podnosić wzroku, by wiedzieć, kto właśnie się pojawił. Czuła energię u nieobdarowanego czarodzieja, jedną z najsilniejszych, jakie przyszło jej czuć, rozchodzącą się po całym pomieszczeniu. W obecności przybyszki wszyscy zamierali w podziwie i lęku. Aurora przyzwyczaiła się, że nowomagia uodporniła ją na wszelkie onieśmielenie, zatem była teraz zdziwiona swoją reakcją.
Przez pierwsze dni w tunelach nie miała pojęcia, gdzie jest ani jacy ludzie ją otaczają. Co kilka godzin wybudzała się z niespokojnego snu, ale po chwili wracała do niego dzięki zaklęciom tutejszych magów albo przez zmęczenie. Gdy mogła już przynajmniej samodzielnie oprzeć się o poduszkę, Ezra przez kilka dni zabraniał komukolwiek ją widywać. Twierdził, że jeśli nie dadzą jej spokoju, nigdy nie poznają odpowiedzi na pytania, które z pewnością ich męczyły.
- Nie wiem, jak nowomagia zareaguje na nieznajomych, Aura - mamrotał do niej po nocach, choć nie miał pewności, że go słyszy. - W sklepie z gwiazdami nie miałaś już żadnej kontroli, boję się, że znowu ją stracisz, jeśli wejdziesz w kontakt z obcą magią. To niebezpieczne, zwłaszcza że teraz jesteś słaba.
W końcu ustąpił, bo jego opowieści o tym, że Aurora nie może samodzielnie utrzymać się na nogach, stawały się z każdym dniem coraz mniej wiarygodnie. To właśnie wtedy poinformowano ją, że czeka ją spotkanie z najważniejszymi członkami tego tajemniczego stowarzyszenia, do którego ich przyprowadzono. Do tej pory wiedziała tylko to, że w nieczynnej części londyńskiego metra zgromadziła się całkiem spora grupa samotników z całych Wysp Brytyjskich. Nie miała pewności, że nieznajomi nie zrobią jej krzywdy. Niezrzeszonych magów na świecie było bardzo dużo, nigdy wcześniej nie słyszała jednak o tym, by się jednoczyli.
W drodze na spotkanie podpierała się o ramię swojego przyjaciela. Ku jej zdziwieniu wyhamował on jednak tuż przed metalowymi drzwiami prowadzącymi do pomieszczenia, w którym dwa tygodnie później wykonano jej tatuaż.
- Dalej idziesz z Rose - oznajmił. - Mnie nie zaproszono.
- Jak to? A to niby dlaczego?
- Nie mam pojęcia, Aura - przyznał, już się wycofując. - Podejrzewam, że dzisiaj dowiesz się o tym miejscu więcej niż ja przez cały tydzień.
- I nie omieszkam się tym podzielić - zapewniła go. - Nie mam przed tobą sekretów.
- Ty jedyna - westchnął i zniknął w ciemnym przejściu.
Musiała wesprzeć się o ramę drzwi, by dostać się do pomieszczenia. Spodziewała się przynajmniej tuzina osób, w końcu słyszała już, że magów jest tu dużo, ale powitały ją tylko trzy osoby, spoglądające na nią teraz chłodno.
Pierwszą była oczywiście Rose - kiwnęła głową, wskazując jej drewnianą ławę, na której rozłożono szary koc. Aurora pokuśtykała w stronę mebla i dopiero gdy udało jej się usiąść, zwróciła się w kierunku pozostałych zgromadzonych.
To właśnie wtedy ujrzała tę onieśmielającą kobietę po raz pierwszy. Czerwone włosy okalały jej twarz, a światło umieszczonych w pomieszczeniu świec odbijało się od jej czarnych oczu tak, że można by pomyśleć, że w jej spojrzeniu rzeczywiście tli się płomień. Karnację miała ciemniejszą, oliwkową, podobną, a może nawet ciemniejszą od skóry Ezry. Skomplikowane tatuaże pokrywały każdą widoczną część jej ciała z wyjątkiem twarzy. Tusz na skórze układał się w labirynty, po których bez przerwy poruszały się smoki, węże i jaskółki. Posmak jej magii był niezwykle wyraźny. Na ogół chaos dosyć skutecznie blokował możliwość odczuwania cech charakterystycznych innych magów. Tym razem specyficzny posmak kardamonu i kminku rozniósł się po języku Aurory od razu, gdy nieznajoma wkroczyła do pomieszczenia. Kobieta nosiła w sobie energię dostojną, której należało spodziewać się raczej po dygnitarzach uczęszczających na audiencje Wielkiej Rady niż po samotniczce mieszkającej w londyńskich tunelach. Aurora zwróciła też uwagę na to, że osoba ta miała ostre rysy, ostry smak, ostre spojrzenie. Nigdy wcześniej nie spotkała kogoś, kto byłby w tym aspekcie tak zbliżony do niej, pomijając oczywiście jej własną matkę. To wszystko składało się na obraz piękny, hipnotyzujący, taki, od którego nie dało się odwrócić wzroku. Portret kobiety w ogniu.
- Masz nam wiele do opowiedzenia - mruknęła dama, a wzrok Aurory szybko podążył w kierunku ostatniego nieznajomego. Był nim Finley, choć wtedy jeszcze oczywiście go nie znała. Spojrzała na niego chyba jedynie z szacunku, bo obok czarownicy wyglądał po prostu poczciwie. Zwróciła uwagę, że jego twarz przecina kilka nieregularnych blizn, i szybko zanotowała w głowie, że nie wyglądają, jakby wyrządzono je zaklęciem.
- Gdzie moje maniery? - przemówiła teatralnym głosem Rose. - Auroro, to Raja i Finley, są naczelnikami londyńskiego oddziału Incendium, czyli jak już wspomniałam, niezależnej od Wielkiej Rady organizacji zrzeszającej samotników.
- Słucham? - wypaliła, zanim zdążyła się dłużej zastanowić. - Nie ma organizacji magicznych niezależnych od Rady, a powiedzenie, że ktoś jest zrzeszonym samotnikiem, nie ma sensu.
- Jesteś dokładnie taka, jak się spodziewałam - skwitowała Raja. - Chyba nie sądzisz, że wszyscy porzuceni przez koweny ludzie są w stanie odnaleźć się w świecie bez wsparcia. Mamy tu grono nastolatków i całkiem sporo samotnych rodziców z dziećmi. Tacy ludzie potrzebują jakiejś społeczności.
- Incendium nie jest oficjalnie akceptowane przez wiecznych - wyjaśniała dalej Rose, której głos w porównaniu z głosem Rai zdawał się wręcz łagodny. - Rada bez wątpienia wie o istnieniu organizacji, w ubiegłym wieku wielokrotnie próbowano ukrócić jej działanie.
- Łagodnie powiedziane - prychnął Finley. - Przeprowadzano zamachy na naszych ludzi.
- Wieczni nie zabijają czarodziejów - żachnęła się szybko, ale to wywołało jedynie rozbawienie na twarzach słuchaczy.
- Może nie własnymi rękami - mówiła Raja. - W końcu oni niczego nie robią samodzielnie. Nasyłano na nas wychowanków tamtejszych mentorów. Jeszcze dekadę temu przeciwko Incendium nastawiano wszystkich zrzeszonych magów.
- Parę lat temu dali nam spokój - wszedł jej w słowo Finley. - Ale na pewno nie na długo. Wobec istnienia naszego stowarzyszenia upada cała idea społeczności czarodziejów. Samotność ma być karą, od której gorsza jest jedynie śmierć, nie ma mowy o uniknięciu jej, jeśli nie udowodni się swojej wartości dla magów.
- Rozumiem. - Aurora pokiwała głową. Należało podchodzić do nich z szacunkiem, nawet jeśli nie stanowili dla niej zagrożenia. Nie miała ochoty na kolejny wybuch chaosu. - Nie chcę, abyście źle zrozumieli moje intencje. To, czy wieczni was akceptują, czy nie, jest dla mnie nieistotne.
- Niespodzianka - wymamrotała Raja.
- Aurora pochodzi z kowenu Półksiężyca. - Rose pragnęła zmienić temat. - Opuściła ich na początku roku.
- Jesteś córką Vacreenów.
Na te słowa wszyscy zamilkli, Finley, do tej pory najbardziej życzliwy ze wszystkich zgromadzonych w pomieszczeniu, teraz mierzył ją spojrzeniem równie ciężkim co nieprzyjaznym. Aurora natychmiast poczuła się zmieszana, nie musiała znać historii tego człowieka, by wiedzieć, że zetknął się już z jej rodem i zapewne nie spotkało go z jego strony nic przyjemnego.
- Niestety - przyznała.
- Ze swojego kowenu uciekła z informacjami, które mogą zmienić podejście Wielkiej Rady, zarówno do samego Półksiężyca, jak i do całej społeczności magicznej - kontynuowała Rose, nie zwracając uwagi na miny Finleya.
- I ty, Rosie, postawiłaś sobie za cel doprowadzenie jej do Edynburga? - zapytała Raja nieco kąśliwie. - Cóż za szlachetny plan, nie wiedziałam, że tak bardzo zależy ci na tym, by przysłużyć się swoim ukochanym wiecznym, choć można było się tego spodziewać.
- Zupełnie nie o to chodzi - obruszyła się dziewczyna. - Wiedza, którą Aurora ma ze sobą, jest niebezpieczna, nieprzekazanie jej Radzie byłoby w najlepszym przypadku nierozsądne, a w najgorszym doprowadziłoby do upadku całej społeczności.
W oczach Rai rozbłysło zrozumienie. Mogła nie znać prawdy na temat chaosu, mogła nie zdawać sobie sprawy, w jak ogromnym niebezpieczeństwie się znajdowała, po prostu stojąc obok Aurory, ale słowa Rose wystarczyły, by naprowadzić ją na właściwy szlak.
- Robisz to wszystko w imieniu przepowiedni swoich ludzi - stwierdziła, postępując o kilka kroków do przodu. - Sądzisz, że ta dziewczyna ma coś wspólnego z przepowiednią o Genius Loci.
- To nie jest twoja sprawa - ucięła jasnowidzka.
- Wręcz przeciwnie, Rosie. - Czarownica nie ustępowała. - Który to już raz twój kowen podnosi taki fałszywy alarm? Tylko w zeszłym roku dwa razy informowaliście, że świat skończy się w ciągu tygodnia.
O tym Aurora nie miała zielonego pojęcia. Do tej pory była przekonana, że członkowie Genius Loci byli w stanie przewidzieć jej nadejście nawet nieomylnie. Spojrzała na Rose pytająco, ale ona nie wydawała się tym oskarżeniem jakoś szczególnie zmieszana.
- Nie odpowiadam za pochopne czyny moich magów.
- Nawet jeśli stoją za nimi twoi rodzice?
- Zdaje się, że rzadko najważniejsi czarodzieje kowenu konsultują swoje decyzje z dziećmi - zauważyła Rose. - Nie interesuje mnie, czy wierzysz w moje wizje, jeśli się pomyliłam, to odpowiem za to przed Radą.
- Zrobisz to niezależnie od tego, czy się pomyliłaś, czy nie - zauważył Finley. - Rada konsultuje się z widzącymi jedynie, gdy nie ma już absolutnie innego wyjścia, nie uwierzy w jakąś historyjkę o końcu świata, zwłaszcza że słyszeli ją już tysiące razy.
- Uwierzą mi, gdy wysłuchają, co ma do powiedzenia Aurora. Poza tym dowiedzieliśmy się, że najmłodszy wieczny należał kiedyś do mojego kowenu. Może przemówić do rozsądku pozostałym, na pewno pamięta jeszcze, jak poważną sprawą była przepowiednia.
- Skąd o tym wiecie? - zapytała sceptycznie Raja. - Wiedza o pochodzeniu członków Rady jest utajniona.
- Odwiedziliśmy archiwum magów.
- Jedno z tych należących do kowenów? - wykrzyknęli jednocześnie.
- Tak, i to dzięki temu mamy niezbite dowody na pochodzenie wiecznego. Mogę wam wszystko pokazać.
Aurora zupełnie nie dziwiła się zdumieniu słuchaczy. Pomimo że na własne uszy słyszała wiadomość zamkniętą w cegle, którą jej towarzysze wynieśli z archiwum, nadal trudno było jej uwierzyć, że jeden z członków Rady - ludzi przynajmniej na pozór rozważnych - wywodził się z kowenu, w którym magię zbierano co trzy dni w kręgu złożonym z martwych ciał.
- To o tym wspominał nam Andrew. - Finley westchnął, zwracając się do Rai. - Pamiętasz? Mówił, że ludzie Uhty i Ofermod zaczęli latać po mieście jak oparzeni. Dziwiłaś się, że zamiast patrolować centrum udali się na obrzeża miasta.
- Cholera, Rosie. - Kobieta uniosła brew. - To był niezły cyrk. Postawiliście na nogi całe miasto.
- Uwierz mi, wiemy - rzuciła jasnowidzka. - Mieliśmy przez to przyjemne spotkanie w archiwum, ale nikomu nic się nie stało.
- Gratulacje. - Finley wzruszył ramionami. - Nawet jeśli Rada wysłucha twoich pomysłów i uszanuje drogę, jaką przebyłyście, żeby dostarczyć tę istotną wiedzę, to co dalej? Doskonale wiesz, że po prostu was odprawią, może nawet narażą na dodatkowe niebezpieczeństwo i rozgłoszą wieść o waszym przybyciu. Jeśli ona - kiwnął podbródkiem w stronę Aurory - naprawdę jest poszukiwana przez Vacreenów, wizyta w Edynburgu na pewno jej nie pomoże.
O tym nie pomyślała, w sumie nie analizowała żadnego aspektu swojej przyszłości po pozbyciu się nowomagii. Skupiała się wyłącznie na niej, podskórnie czuła, że kończy jej się czas.
- W tym momencie najważniejsze dla mnie jest porozmawianie z wiecznymi - oznajmiła natychmiast Rose, na co Raja parsknęła śmiechem i wyrzuciła z siebie:
- No tak, dlaczego miałoby obchodzić cię życie koleżanki? Ważne jest spełnienie przeznaczenia, na które twoi ukochani rodzice czekają od dziesiątek lat.
- Nie wiesz, o czym mówisz - żachnęła się jasnowidzka.
Choć wydawało się to niewiarygodne, niezachwiana pewność siebie Rose została złamana przez kogoś silniejszego.
- Lubię cię, Rosie - westchnęła kobieta. - Jakimś cudem mimo przebywania w tej sekcie od urodzenia nie masz całkowicie wypranego mózgu, ale nie myśl, że jesteś całkowicie wolna od ich wpływów.
- Doskonale wiem, że Wielka Rada po wysłuchaniu historii Aurory udzieli nam azylu.
Na to odpowiedziały jej już nie ciche prychnięcia, a salwa śmiechu. Finley nawet zgiął się wpół, by chwycić się za brzuch.
- Wieczni nie zrobią dla ciebie ani dla żadnego zwykłego maga niczego, jeśli nie dostrzegą w tym jakiegoś interesu - wykrztusiła w końcu Raja. - Myślałam, że to wiesz. Działają dla siebie, całe społeczeństwo magiczne jest wymyślone tak, aby wszystko, co najlepsze, trafiało się właśnie im. Wysyłają swoich ludzi na wizytacje w kowenach, żeby wcześniej wyciągnąć stamtąd najbardziej obiecujących uczniów i zrobić sobie z nich sługi, a wmawiają im, że to zaszczyt. Konsultują dziesiątki jasnowidzów rocznie, bez żadnego wynagrodzenia, kontrolują wytwórców, żeby zachowywać wybrane czary dla siebie...
- Rada zataja projekty zaklęć? - przerwała jej Aurora. O tym procederze słyszała kilkukrotnie, ale był on powszechnie uważany za teorię spiskową.
Raja uniosła się z miejsca, by postąpić o kilka kroków do przodu. Im bardziej zbliżała się do Aurory, tym bardziej ta czuła się bezsilna. Gdy dzielił je metr, Aura była przekonana, że zaraz ugną się pod nią kolana.
- Jesteś tym, kim jesteś, tylko dzięki Radzie - syknęła. - Dopóki należysz do kowenu i jesteś czynną uczestniczką naszej społeczności, nie masz własnych ambicji. Wszystko, co kiedyś chciałaś osiągnąć, zostało ci podyktowane przez Radę.
- To, co stanie się z nami po dniu audiencji, nie leży już w waszym interesie - weszła jej w słowo Rose. - Proszę tylko o pomoc w doprowadzeniu nas do Szkocji.
- Nie wjedziemy do wiecznego miasta - wtrącił Finley, również starając się ostudzić atmosferę. - To, że nie jesteśmy obecnie aktywnie poszukiwani, nie znaczy, że możemy po prostu wkroczyć na ich ziemię.
- O to was nie proszę - zauważyła dziewczyna. - Zależy nam jedynie na tym, byście okazali nam gościnność, jaką oferujecie każdemu, kto pojawia się w Incendium. Ja mam dokąd wrócić, ale Aurorę potraktowano dokładnie tak jak was wszystkich.
- Gościnność możemy okazywać, przebywając w Londynie - podkreśliła kobieta. - Doskonale wiesz, że mamy powody, by nie zabierać ze sobą w drogę ludzi, którzy jeszcze nie przyrzekli nam lojalności.
Aurora zmarszczyła brwi. Była pewna, że ci czarodzieje wcale nie przyjęliby jej lojalności z otwartymi ramionami, gdyby wiedzieli o wszystkim, czego dopuściła się w ciągu ostatnich miesięcy.
- Proszę was więc o przysługę - spróbowała znów jasnowidzka. W takiej wersji Aurora jeszcze nigdy jej nie widziała. - Wszechświat wielokrotnie podszeptywał mi rzeczy, które pomogły zapewnić Incendium bezpieczeństwo. Działałam z wami nawet wtedy, gdy nie było mi to na rękę. Nieraz narażałam się na gniew moich własnych ludzi, by upewnić się, że ani Uhta, ani Ofermod nie wpadną na wasz trop. Chyba pora się odwdzięczyć.
Raja pokręciła głową. Ewidentnie nie podobał się jej lekko szantażujący ton jasnowidzki. Z całą pewnością nie należała też do osób, które łatwo ulegałyby podobnym naciskom.
- W porządku. Ale jeśli zamierzacie z nami zostać, obowiązują was te same zasady co wszystkich. I macie nie opuszczać tuneli aż do dnia wyjazdu. Skoro ta wiedza jest tak niebezpieczna, nie będziemy ryzykować, że zostanie jakoś z nami powiązana.
- Dziękuję. - W głosie Rose wybrzmiewała wyraźna ulga, ale kobieta nie zaszczyciła jej już nawet spojrzeniem, dając swojemu towarzyszowi znak, żeby opuścili pomieszczenie.
- Po to jesteśmy - rzuciła jeszcze. - Żeby pokazać, że da się żyć po tym, jak zawiedzie wszystko, w co tak gorąco wierzysz.
Potem Aurora i Rose zostały same. Przez chwilę Rose się nie odzywała. Wyraz głębokiej zadumy na jej twarzy sugerował, że naprawdę wzięła sobie te słowa do serca, co również było zaskakujące. Z osób, które tu przybyły, tylko ona nie została jeszcze brutalnie zdradzona przez kowen. Wierzyła w swoich ludzi i zamierzała do nich wrócić.
- Co myślisz o Rai? - zapytała w końcu.
- Jest taka... - Aurora zamilkła na moment w poszukiwaniu odpowiedniego określenia. - Elektryzująca.
Rose uśmiechnęła się pod nosem. Teraz wyłamywała sobie palce. Kości głośno strzelały, jedna po drugiej.
- Nawet nie masz pojęcia - westchnęła.
Powrót do zwyczajności
Ezra uniósł się z podłogi, by lepiej widzieć znajdującą się po drugiej stronie tunelu Rose. Jego towarzysze, z wyjątkiem Aurory, zrobili to samo. W pomieszczeniu, pomimo płomieni buchających z wielkich garów ustawionych wzdłuż ścian, było dosyć ciemno. Od dłuższego czasu zastanawiał się, jakim cudem tutejszym magom udaje się utrzymać ogień tak długo bez wsparcia magii. Nigdy nie widział, by któreś ze świateł zgasło, a gdy niesforny dzieciak, który robił najwięcej hałasu z całej zgromadzonej tutaj młodzieży, chlusnął do kotła wodą, płomienie dzielnie ją pokonały. Niestety, niezależnie od niezwykłości zjawiska dawało im ono zdecydowanie więcej ciepła niż żaru, więc z tej odległości Ezra ledwie dostrzegał tatuaże odcinające się na ciemnej skórze kobiety.
- Moi drodzy - rozpoczęła, choć ten zwrot w jej ustach brzmiał zupełnie obco. - Dziękuję, że zwróciliście swoje deklaracje medyczne w terminie, to świetnie, że nie było powtórki z zeszłego roku. Jak tak dalej pójdzie, to może przy opuszczaniu tunelów nikt z was nie zapomni wsadzić swoich pociech do wozów.
Z tyłu korytarza wybuchła salwa śmiechu. Ezra zerknął w tamtą stronę i dostrzegł, jak grupa mężczyzn atakuje rudowłosego czarodzieja lawiną kuksańców. Z prawej strony dobiegł go głos Rose, która bąknęła coś o tym, że to wcale nie jest zabawne.
- Wasze wypełnione deklaracje wrócą do was po posiłku. Proszę, nie atakujcie Alexa, gdy będzie je rozdawał, zachowajmy względny porządek.
Tydzień wcześniej poinformowano ich, że mają spisać informacje o swoich przewlekłych chorobach, kontuzjach i lekkich obrażeniach i dostarczyć je do Finleya. Ezra pamiętał, jak obserwował wysiłek, z którym Aurora starała się opisać to, co spotkało jej dłoń. Po długiej konsultacji z Rose i co najmniej trzech próbach sklecenia czegoś sensownego skreśliła cały tekst, a na stronie zostawiła po prostu znak zapytania. Raja i tak widziała jej obrażenia.
- Miło mi też ogłosić, że dosłownie wszyscy utrzymujecie się w dobrym zdrowiu. Nie doskonałym, ale na pewno wystarczającym, by przeżyć następny rok. Najwyraźniej bez ciągłego odurzania się zaklęciami da się przeżyć więcej niż parę miesięcy.
- Oczywiście, że się da - wymamrotał obok niego Oliver. - Czy magowie naprawdę myślą, że brak magii może wyrządzić im krzywdę? Przecież otaczają ich ludzie, którzy nigdy jej nie zaznali?
- Nie o to chodzi - odszepnął Ezra. - Rada i wiele najsilniejszych kowenów twierdzą, że ciągła praktyka czarodziejska jest tym, co utrzymuje nas w prawdziwym zdrowiu. Wiem, że to brzmi głupio, ale wcale takie nie jest. Mają na to całkiem porządne dowody.
On sam, stawszy się nastolatkiem, zaczął odczuwać coraz dotkliwsze skutki niezbierania energii. Mimo że nie lubił elektryzujących płomieni magii atakujących jego ciało, bez nich odczuwał zawroty głowy, nasilony głód, a z czasem zaczynała nawet trawić go gorączka.
- Zachęcam do niewmawiania Oliverowi głupot - szepnęła Rose na tyle głośno, by usłyszeli ją nie tylko oni, ale również magowie z grupek obok. - Te wszystkie dowody, które Rada próbuje wam wcisnąć, to doskonałe przykłady placebo.
Widział, jak brwi Olivera wędrują w górę. Od czasu ich przyjazdu żadne z nich nie zbierało ani razu, a on sam czuł w żołądku nieprzyjemne ssanie. Organizm domagał się, by zaspokojono go nową porcją magii. Jego towarzysz pozostawał jednak niewzruszony, podobnie jak Aurora, która by nie zdradzić nikomu prawdy o nowomagii, zupełnie stroniła od czarowania.
- Ci z was, którzy pracują w nietypowych godzinach, zdają sobie zapewne sprawę, że noce stają się coraz dłuższe i coraz chłodniejsze. Nasze zapasy są już prawie zgromadzone. Zbliża się dzień wyjazdu.
Ku jego zaskoczeniu w sali wybuchły gromkie oklaski. Ludzie pozrywali się z miejsc, by w pełni okazać swoją radość, a mała rudowłosa dziewczynka, do tej pory usadowiona tuż obok nich, podskoczyła, by znaleźć się bliżej swoich rówieśniczek.
- Metro opuścimy pod koniec przyszłego tygodnia - oznajmiła Raja. - Możecie więc rozpocząć oficjalne przygotowania.
Wrzawa wybuchła ponownie, a Ezra poczuł, że ogarnia go przerażenie. Szybko zwrócił się w kierunku swoich towarzyszy i przekonał się, że na twarzy Olivera maluje się podobny niepokój. Tylko Rose i Aurora były niewzruszone.
- Co z Azelem? - wyszeptał w kierunku swojej przyjaciółki, a jasnowidzka na te słowa uniosła się z miejsca i podążyła w stronę Rai.
- Nie wiem - westchnęła w odpowiedzi.
- Co to znaczy, Aura? Nie możemy po prostu go tu zostawić.
- Nie możemy nawet być pewni, czy nadal jest w Londynie. - Wzruszyła ramionami. - Całkiem możliwe, że moi rodzice zabrali go z powrotem do Newbridge.
- I nie zamierzamy nawet spróbować go znaleźć? - wtrącił się Oliver.
- Nie wolno nam wychodzić.
- Od kiedy interesuje cię, co nam wolno? - Ezra nie dowierzał. W pierwszych dniach po przyjeździe szalała z rozpaczy za wytwórcą. Oczywiście nie mówiła o tym wprost, ale wcale nie musiała, widział to w jej oczach.
- Azel nie chciałby, żebyśmy narażali się na śmierć, by uratować jego życie - skwitowała, podnosząc się. Domyślał się, że będzie próbowała dogonić Rose. - Nie popełnimy tego samego błędu co on.
W akcie desperacji spróbował jeszcze złapać ją za kostkę, ale wywinęła mu się zwinnie, by skierować się w stronę miejsca, gdzie wydawano jedzenie.
- Myślę, że po prostu bardzo to przeżywa - wtrącił Oliver pocieszająco.
- No i co? Z tej okazji zamierza pozwolić mu zginąć?
- Nie wiem, Ez - westchnął. - Ale chyba nie wierzysz, że Aurora pozwoli, żebyśmy tak po prostu zostawili go za sobą?
Jego towarzysz przez chwilę się nie odzywał, tępo wpatrując się w miejsce, w którym zniknęły obie czarownice.
- Kiedyś mogłem po prostu założyć, że ma dobre intencje, przynajmniej wobec mnie i Azela. Teraz nie mam już pojęcia.
- Wszyscy zmieniliśmy się od czasu odejścia z Newbridge - zauważył uspokajająco Oliver, ale nic to nie dało. Nagle poczuł przejmującą potrzebę zwierzenia się z czegoś, co już od kilku miesięcy leżało mu na żołądku. - Nienawidzę tego, co się z nią dzieje - wyszeptał, przyciskając się niemożliwie blisko drugiego chłopca. Gdyby mógł, przekazałby mu tę myśl bez otwierania ust, wstyd związany z tym, że cokolwiek związanego z Aurorą doprowadza go do takiego stanu, nie pozwalał mu spać po nocach. - Chcę wierzyć, że to z powodu strasznych rzeczy, które przeżyła, straszniejszych, niż przeżyło którekolwiek z nas. Być może naprawdę tak jest, ale po prostu gdzieś w głębi boję się, że zmienia ją sama nowomagia.
- Gdyby coś takiego miało miejsce, Azel by nam powiedział... W Starry Night zupełnie nie była sobą - kontynuował Ezra. - Rose mówiła mi, że w jej oczach nie było śladu duszy. Widziałem to w snach.
- Wasze wizje mogły być niedokładne.
Ezra zacisnął wargi. Nie wiedział, w co ma wierzyć. Przez to ogromne zmartwienie łapał się na tym, że zaczyna bardziej ufać umarłym niż żywym.
- Jest jakiś powód, dla którego dusze pokazały mi akurat to - stwierdził w końcu. - Aurora jest w niebezpieczeństwie, zagraża sobie sama.
- Jeśli naprawdę tak jest, to na pewno o tym wie.
- Oby - westchnął. - Spróbuję jeszcze z nią o tym porozmawiać. Przemówić jej do rozsądku, póki jeszcze go ma. Nie ma mowy, że tak po prostu zostawimy tu Azela.
Gdyby znajdowali się w innych okolicznościach, spróbowałby choćby podjąć temat poszukiwań przyjaciela z członkami Incendium, ale nie miał obecnie żadnej wiedzy, która jakkolwiek mogłaby naprowadzić ich na właściwy trop. W pierwszych dniach nawet spróbował odezwać się do kogoś, kto nie przerażał go tak bardzo jak Raja.
Ze zdumieniem odkrył, że tutejsi czarodzieje budzili się bardzo wcześnie, wciągając na siebie spodnie garniturowe, krawaty i robocze koszule.
- Gdzie idziecie? - zapytał, doganiając dziewczynę z krótkimi czarnymi włosami, które nie sięgały jej nawet do ramion.
- Do pracy - westchnęła. - Jak trzeba, to trzeba.
- Wszyscy pracujecie w tym samym miejscu? - Ubrani byli bardzo podobnie.
- Coś ty. Nie ma miejsca, które przyjmie tyle osób w różnym wieku, w większości bez doświadczenia. Ludzie z Incendium pracują na dwie zmiany, dzienną i nocną. To ważne, żeby zawsze było tu na tyle dużo członków, by utrzymać w tym miejscu względny porządek. Pozostali zarabiają na żywność.
- I inni magowie nie mają wątpliwości co do tego, że codziennie wychodzicie i wracacie do tego samego miejsca.
- Inni magowie? - Teraz czarownica wyglądała na odrobinę spłoszoną. - Nie wchodzimy z nimi w interakcję. Czarownicy Uhty i Ofermod nie patrzą na samotników życzliwie, myślałam, że miałeś okazję się o tym przekonać na powierzchni.
- Przepraszam - wydukał szybko. Kilka osób, do tej pory wędrujących przed nimi, zwróciło się w ich stronę. - Chodzi mi po prostu o to, że ludzie, z którymi pracujecie, mogą uznać was za podejrzanych.
Jego rozmówczyni gwałtownie wyhamowała. Ezra poczuł, jak osoba podążająca za nimi zatrzymuje się tuż przed nim.
- Nie spoufalamy się z nikim z kowenów - wyjaśniła twardym tonem. - Wszyscy członkowie Incendium mają zwyczajne zawody, jesteśmy sprzedawcami, kelnerami, dostawcami, wszystkim, czym mogą być osoby, którym pranie mózgu zapewnione przez Wielką Radę odebrało dostęp do normalnego wykształcenia.
Chłopak zaniemówił. O czarodziejach pracujących wśród zwyczajnych słyszało się niezwykle rzadko. W Newbridge, podobnie jak w większości miejsc, gdzie znajdował się choć jeden większy kowen, obowiązywał doskonale skonstruowany system wymian. Za najróżniejsze produkty, kwiaty i porosty wyhodowane w ogrodzie Vacreenowie byli w stanie zdobyć wszelkie receptury zaklęć, jedzenie i składniki rytuałów. Magowie z dumą przypominali sobie nawzajem, że nie było między nimi potrzeby pieniądza. Magia - ich opiekunka - karmiła ich bardziej.
- Nigdy się nad tym nie zastanawiałeś? - zapytała, pociągając go za rękaw, bo za nimi podniosło się kilka zirytowanych głosów. - To kolejny ze sposobów, dzięki którym sprawiają, że czujemy, że nie możemy żyć bez magii. Nie ma żadnego powodu, dla którego czarodzieje muszą żyć z dala od zwykłych ludzi, nie chodzić do szkół, nie zdobywać edukacji. Nie jesteśmy wcale niebezpieczni, zwłaszcza w młodym wieku, a jednak Rada twierdzi, że nauka matematyki byłaby dla nas jakimś cudem szkodliwa...
- To mogłoby nas rozproszyć, sprawić, że nie będziemy poświęcać czarostwu tyle czasu, ile powinniśmy.
Nie wyobrażał sobie Aurory uczęszczającej na normalne zajęcia po długich godzinach ciągłej łacińskiej recytacji. Nauka języków, trudna i wielce czasochłonna, wciągała ją zupełnie, całkowicie przejmowała myśli i na koniec dnia pozostawiała w stanie podobnym do otumanienia.
- Najwięksi z nas, ci wytwórcy, którzy ukształtowali świat takim, jakim go znali, przodowali nie tylko w dziedzinach lingwistycznych i historyczno-magicznych. Rozumieli geometrię i fizykę, część z nich znała się na chemii. Wielka Rada ciężko pracuje, byśmy czuli, że gdy opuścimy społeczność, nic nas nie czeka. Ani praca, ani pieniądze, ani szczęście. Dają nam wystarczającą świadomość, byśmy mogli się im przysłużyć, ale zbyt małą, byśmy zrobili coś dla samych siebie.
Pomyślał o Azelu, o jego niepojętej głowie, która rzeczywiście zdawała się obejmować wiedzę znacznie większą niż ta przekazywana w magicznych podręcznikach. Miał czas na przyswojenie tego, na co Ezra i Aurora nigdy nie mieli przyzwolenia. Do tej pory nie rozpatrywał zalecenia Wielkiej Rady o wycofaniu młodzieży magicznej ze szkół jako czegoś nieodpowiedniego. W końcu nie było to przecież prawo, jedynie lekka sugestia. Jednak kto sprzeciwiałby się zaleceniu magów, którzy podobno widzieli na świecie już wszystko?
- Rozumiem, nie pracujecie z czarodziejami - powiedział. - To fajnie, ludzie tutejszych kowenów to chyba w większości ciemnota, przynajmniej ci z Ofermod.
Czarownica zachichotała. W dali zamajaczyły schody oznaczające wyjście z tunelu, miał mało czasu.
- Rzeczywiście, ci sprowadzeni tu przez Radę nie są najjaśniejsi.
- Mimo to widzisz ich na ulicach i tak dalej, co nie?
- Oczywiście - westchnęła. - Nie wiem, która strona jest z tego bardziej niezadowolona.
- Czy ostatnio pojawiło się dużo nowych magów, których wcześniej nie widziałaś?
Chyba znowu chciała się zatrzymać, ale ktoś za nimi lekko pchnął ją do przodu.
- Przez ciebie wszyscy się spóźnimy, Marianne - mruknął jakiś mag. - Na plotki czas masz wieczorem.
- Nie wiem, może jest kilku nowych - stwierdziła wymijająco. - To Londyn, ludzie przewijają się przez miasto tak, że nie da się ich spamiętać.
- A jednak słyszałem, że w ostatnich dniach jest ich więcej. - Teraz już nawet nie ukrywał, że jest zdesperowany. - Że zatrzymują się u Ofermodów, że przybyli tu z Walii.
- Tak jak wy - zauważyła dziewczyna chłodno. Dotarli do schodów, udało mu się na chwilę ściągnąć ją na bok, tak że pozostali idący mogli ich mijać. Kilku posłało mu karcące spojrzenia.
- Chcę po prostu wiedzieć, czy nadal są w mieście - wypalił. Nieznajoma postąpiła o dwa kroki do tyłu. - Błagam, porwali mojego przyjaciela.
Kobieta zacisnęła wargi, a on natychmiast pojął, że czeka, aż miną ich ludzie z Incendium. Gdy zrobiło się odrobinę luźniej, odpowiedziała:
- Nie wiem, kim są, ale wyglądają na niebezpiecznych. Na górze nadal jest ich pełno. Widzę ich częściej niż kogokolwiek z mieszkańców miasta, zwłaszcza w metrze, chyba jeżdżą po różnych dzielnicach. Ewidentnie czegoś szukają.
- Dziękuję. - Odetchnął, chcąc uścisnąć jej ramię, ale szybko je odsunęła.
- Wielka Rada patronuje ich wizycie, są tutaj pod ich opieką, dlatego zatrzymują się właśnie w Ofermod. To źli ludzie.
- Uwierz mi, wiem - westchnął, ale ona pokręciła głową.
- Nie rozmawiają o nich z nikim stąd, zwłaszcza z Rają. Nikt z nas nie chce w swoich szeregach ludzi, którzy mają nawet najmniejsze powiązanie z wiecznymi.
- To jak mam odzyskać przyjaciela? - wycedził. Dziewczyna go irytowała. Każdy, kto miał takie podejście, doprowadzał go do szału. Rozumiał, że cenili swoje bezpieczeństwo, bo żyli w ciągłym zagrożeniu, ale był też Azel, zabrany przez nich, uwięziony być może gdzieś bardzo daleko.
- Jeśli zabrali go ci ludzie, założę się, że już nie żyje.
- Wielka Rada nie dopuszcza mordowania czarodziejów. - To było ich jedyne i najważniejsze prawo. Jedyne, karane śmiercią lub pojmaniem, jedyne, którego z całą pewnością przestrzegano. Magów było za mało, by stracić choćby jednego.
- Czy twój przyjaciel jest członkiem jakiegoś kowenu? - zapytała, a on pokręcił głową. - A więc nie znaczy dla nich nic, dokładnie tak jak każdy z mieszkających tutaj ludzi. Jego życie się nie liczy.
- Ale prawo...
- Prawo powstało, by chronić magów zrzeszonych przed nami i przed ich własnym szaleństwem - zakończyła. - Wracaj na stację, doskonale wiem, że nie wolno ci wychodzić na zewnątrz.
A więc wrócił i tak zakończyła się jego próba odnalezienia Aza. Żeby nie było, nawet po rozmowie z Marianne rozglądał się jeszcze za kimś, kto mógłby mu pomóc, lub przynajmniej zgodzić się na dyskretną konwersację. Członkowie Incendium byli jednak z oczywistych względów ostrożni w rozmowach z nowymi przybyszami. Szybko domyślił się, że jego rozmówczyni nie omieszkała wspomnieć swoim towarzyszom o pytaniach, jakie jej zadawał. Widział to w ich zlęknionych spojrzeniach i w sposobie, w jaki gwałtownie kończyli każdą rozmowę o świecie poza tunelami, gdy tylko był blisko. Z rosnącymi niepokojami pozostawał więc sam, wspierając się Oliverem, równie zasępionym i jeszcze bardziej niepewnym niż on.
W dniach spędzanych w podziemiu chłopak umilał sobie czas, uczestnicząc w codziennych obowiązkach członków organizacji. Pomagał sprzątać po wydawaniu posiłków, czasem nawet sam stawał za wielkimi blaszanymi garami i rozdysponowywał gęsty kleik, gotował, zszywał ubrania, rozpalał ogniska oświetlające pomieszczenie.
- Byłem kiedyś w harcerstwie - powiedział Ezrze pewnego dnia. Akurat pochylał się, by dmuchnąć w dogorywający żar. - Lubię takie prace, to sprawia, że życie jest prostsze. Gdy trzeba skupić się na przetrwaniu, giną wszelkie zmartwienia. Choć domyślam się, że Azel umarłby tu z nudów.
- A to niby czemu?
- Nie wiem. - Wzruszył ramionami. - Ale wszyscy ciągle powtarzacie, że umysł wytwórcy pracuje nad nowymi zaklęciami cały czas. Tutaj trudno nawet o kawałek papieru, żeby je zapisać. Mamy chyba tylko jego notatki z czaru, który ożywił twój tatuaż, pozapisywał je na brzegach stron jakiegoś podręcznika.
Było w tym coś dołującego. Trudno było powstrzymać się od myśli, że gdyby Azel mógłby im jakoś podpowiadać, najprawdopodobniej sam wpadłby na pomysł, jak się oswobodzić. Ezra zacisnął wargi. Jedno z niezarejestrowanych zaklęć - to brzmiało jak doskonały początek planu ratunkowego.
- Przeszukajmy jeszcze raz jego notatki - poprosił.
- Nie wiem, czy pytać, dlaczego nagle przyszło ci to do głowy.
- Wyciągniemy Aza z Ofermod, z Aurorą czy bez niej.
Dziwnie było wypowiadać takie słowa, podawać jej chęć pomocy w wątpliwość, ale przecież ewidentnie była obojętna wobec jego losu. Tym otępieniem też będzie musiał się zająć, po prostu później. Teraz należało dopracować plan, być może sięgnięcie po wytwórcę za pomocą jego własnego czaru rzeczywiście było rozwiązaniem. Ezra musiał chociaż spróbować, zanim będzie za późno.
***
- Rose
ł się po ścianach tunelu. Aurora biegła, choć czuła, że nieprzyjemny ból promieniujący od ręki powoli obejmował już całe ciało. Ścigana dalej znajdowała się kilkanaście metrów od niej. - Obiecałaś mi, że porozmawiasz z Rają.
- I porozmawiałam! - odkrzyknęła dziewczyna. - Tak, żeby nas stąd nie wyrzuciła.
Nowa siła, z pewnością nadprzyrodzona, popchnęła Aurorę do przodu. W parę sekund udało jej się dogonić Rose, szarpnąć ją za ramię i przycisnąć do ściany.
- Nie obchodzi mnie, co z nami zrobi, nie wyjedziemy stąd bez Azela.
Rose wyglądała na zupełnie niewzruszoną, brwi uniosła jedynie po to, by okazać, jak bardzo nie imponuje jej zachowanie Aurory.
- Jesteś głupia? - zapytała. - Nie opuścimy miasta bez pomocy Incendium. Nie słyszałaś, co się dzieje na powierzchni? Ludzie Półksiężyca są wszędzie, a tutejsi magowie specjalizują się w przemykaniu pod nosem kowenów. Niezależnie od tego, jak bardzo ci się to nie podoba, jesteśmy na nich skazani.
- Nie wyjadę stąd bez Azela - powtórzyła. - Słyszysz? Możesz jechać do Szkocji sama, próbować sprzedawać wiecznym historię o nowomagii, ile chcesz, i tłumaczyć się im z tego, że nie przyprowadziłaś mnie ze sobą. Ja się stąd nie ruszam.
Pomiędzy nimi wybuchło kilka czarnych iskier. Przez całe jej ciało przeszedł nieprzyjemny dreszcz, a w następnej chwili Rose odpychała ją od siebie.
- Trzymaj swój chaos w ryzach - ostrzegła. - Jeśli zostaniesz tu po wyjeździe Incendium, skażesz samą siebie na śmierć. Członkowie Półksiężyca znajdą cię w minutę. Jeżeli Azel jeszcze jakimś cudem żyje, to w momencie, w którym dopadną ciebie, stanie się dla nich bezużyteczny. Natychmiast go wykończą.
Trzęsły jej się ręce, serce kołatało się w piersi tak mocno, że wydawało się jej, jakby miało uciec przez gardło. Nie była pewna, czy magia za chwilę nie wystrzeli w kierunku jej rozmówczyni. Nawet gdyby tak miało się stać, zapewne nie mogłaby tego powstrzymać. Gdy w końcu udało jej się pozbierać na tyle, by podnieść wzrok, oddychała ciężko.
- Nie sądzę, że zostało mi dużo czasu - wydyszała. - Do pozbycia się chaosu. Każdy wysiłek emocjonalny sprawia, że szubienica na mojej szyi zaciska się coraz mocniej, musisz to wyczuwać.
Na to Rose nie odpowiedziała. Po prostu przyglądała jej się przez chwilę rozumnym spojrzeniem i Aurora znowu miała wrażenie, że jest widziana na wskroś.
- Nie sądzę, że masz takie dobre pojęcie o swojej magii, jak ci się wydaje. Powiedzmy jednak, że masz rację. Ten argument nie będzie miał dla Rai znaczenia, nie możemy zdradzić jej prawdy o chaosie, a nawet jeśli, nie sądzę, że postawi twój dobry stan ponad bezpieczeństwo swoich ludzi.
- Czy jej ludzie, którzy podobno gromadzą się tu, by wspierać porzuconych magów, nie mają problemu z tym, że w ich mieście torturowany jest samotnik? Myślałam, że w Incendium chodzi o budowanie wspólnoty.
- Wasz mag nie jest takim samotnikiem jak my. - Aurora podskoczyła na głos Rai, która pojawiła się obok dosłownie znikąd. Oczywiście jej rozmówczyni nawet nie drgnęła. - Jest dobrze urodzony, wykształcony, próbował zrobić coś, czego ludzie się tu brzydzą, zresocjalizować się, znów wejść w łaski kowenów.
- A teraz jest przez nich przetrzymywany, na pewno robią mu krzywdę - spróbowała natychmiast. - Nie rozumiem, co ma z tym wspólnego jego urodzenie.
Kobieta pokręciła głową, wyciągnęła ramię do Rose, by ostatecznie uwolnić ją spod uścisku Aurory. Dopiero teraz uderzyło ją, że mogła usłyszeć, jak rozmawiały o nowomagii.
- Z mojego rozumienia wynika, że Azel Halfaway nie dość, że jest już poszukiwany przez Wielką Radę, to teraz znajduje się na terenie bezpośrednio jej podległym. Nie ma szans, że ktokolwiek z nas zechce choćby się do niego zbliżyć. Nie zrobię tego tutejszym czarodziejom, zwracają się do nas, gdy są już zmęczeni szarpaniem się ze światem czarodziejskim. Nasza największa wartość dla nich to symulacja normalności. Zaproponowanie wstąpienia na teren Ofermod byłoby złamaniem głównego założenia Incendium.
- Więc pozwólcie mi to zrobić...
- Co zrobić, Auroro? - przerwała jej gwałtownie Rose. - Nie możesz stąd wyjść, nie możesz chodzić po ulicach Londynu, nie możesz zbliżać się do członków Półksiężyca. Jak zamierzasz pomóc temu chłopakowi, skoro wszystko, co mogłabyś zrobić, mu zaszkodzi?
Największym wrogiem Aurory Vacreen okazała się bezsilność. Tępe przeświadczenie o tym, że naprawdę nie może zrobić nic dla Azela po tym, jak uratował jej życie, nieprzyjemnie rozeszło się jej po kościach. Wiedziała, że niedługo rozpuści się po ciele, ponownie przybierając postać gniewu, ale teraz wyrzuty sumienia piekły bardziej niż największa złość.
- Nie zgodzę się na wyjazd bez niego - powtórzyła.
- Proszę bardzo. - Raja wzruszyła ramionami. - Nie mam nic przeciwko temu, żebyście szukali przyjaciela, wręcz przeciwnie, życzę mu jak najlepiej. Nie narażę po prostu przez to swoich ludzi i wierzę, że gdybyś była na moim miejscu, postąpiłabyś dokładnie tak samo.
Tak więc szlajanie się po korytarzach metra i bezskuteczne przekonywanie Rose, by postarała się wpłynąć na członków Incendium, pozostało jedynym rozwiązaniem, po które Aurora mogła sięgać w dniach, które ubywały do wyjazdu. Nie miała nawet pełnej wiedzy na temat tego, gdzie i po co zamierzają się udać. Powiedziano jej jedynie, że w miesiącach jesiennych członkowie Incendium pracują poza miastem i że to dzięki temu będą mogli podrzucić ich w okolice Edynburga. O spotkaniu z Radą na razie nie myślała w ogóle. Nie zawracała sobie głowy niczym poza Azelem, i gdy potem wspomniała czas spędzony w londyńskim metrze, przychodziło jej do głowy, że to wtedy kochała go najbardziej - gdy był daleko, cierpiący, po części z jej winy.
Ezra jeszcze kilkukrotnie wypytywał ją o to, czy na pewno nie może tak po prostu wymknąć się z tuneli, by choćby nie spróbować sięgnąć po ich przyjaciela, ale za każdym razem go rozczarowywała.
- Nie wiemy, dokąd się udać. - Wzdychała, gdy wpatrywał się w nią z rosnącym rozczarowaniem. - Rose nam nie pomoże, a tylko ona wie o siedzibie Ofermod na tyle dużo, by zapewnić nam względne bezpieczeństwo.
Po jednej z codziennych sesji analizowania szkód, które nowomagia wyrządziła na jej ciele, Aurora odsunęła się od lustra. Cztery nowe siniaki w ciągu kilkunastu godzin nie świadczyły o poprawie jej stanu. Nadal nie potrafiła określić ich źródła. Pojawiały się niezależnie od tego, czy korzystała z zaklęć aktywnie, czy nie używała ich przez kilka dni.
Bez swojego wytwórcy nie mogła nawet rozważać rozwiązania tej zagadki. Pozostawało jej monitorować obrażenia i modlić się do wszechświata, by nie zamieniły się w coś poważniejszego. Odsunęła się więc od lustra, odrapanego tak bardzo, że ledwie można było wyłowić z niego własne odbicie. Łazienka, którą za czasów świetności stacji zapewne dokładnie czyszczono, znajdowała się we względnym porządku. Członkowie Incendium dbali, by żyło im się jak najlepiej, więc po całym pomieszczaniu roznosił się nieprzyjemny zapach octu, którym myto tu podłogi. Z sufitu zwisało kilka lampek na baterie. Wszystkie ściany pokrywało graffiti - do tego stopnia, że trudno było się domyślić, jaki był ich pierwotny kolor. To jednak nikomu nie przeszkadzało.
Umyła jeszcze ręce, zanim wyszła na znacznie ciemniejszy korytarz. Domyślała się, że dochodziła dwudziesta, byli w końcu po kolacji. Brak słońca oraz fizycznych dowodów na zmieniające się pory dnia sprawiał, że robiło jej się już słabo. Członkowie Incendium, ci, którzy wychodzili na dwór, mogli do woli zapewniać ją, że jest noc i pora na spoczynek. Z każdym dniem coraz ciężej było jej zasnąć, zwłaszcza że to właśnie wtedy nowomagia wrzała w jej ciele najmocniej. Nie była pewna, ale wydawało jej się, że nie spała już od trzech dni.
Na peronie kończono czyścić wydawalnie. Finley oraz kilku jego pomocników opłukiwali wielkie gary na kratce zbudowanej z drewnianych bali. Od razu zdała sobie sprawę z tego, że i do tego używają octu. Nienawidziła tego zapachu, przyprawiał ją o mdłości.
- W porządku? - zawołał mężczyzna, przez co jej plan, by przemknąć niepostrzeżenie, legł w gruzach.
- Tak, tak. - Kiwnęła głową. - Chciałam tylko się przejść.
- Droga wolna - odpowiedział z przyjaznym uśmiechem. - W takim razie uprzedzam jedynie, że jutro zaczniemy wysyłać ludzi do pakowania transportów. To około dwudziestu minut stąd, więc niedługo, ale będzie dużo noszenia. Mamy ciężki sprzęt.
- Jasne.
- To będzie dobra okazja dla was wszystkich, żeby trochę zżyć się z naszymi. - Szybko zerknął za siebie w stronę dwóch mężczyzn, którzy również pracowali przy kotłach. - Wiem, że teraz wydają się nastawieni co najmniej wrogo, ale to refleks, który wyrobili sobie po latach uciekania. Jesteście z wysokiego kowenu, macie silną magię, nie wiedzą, czego się spodziewać. Obiecuję, że zmienią nastawienie, kiedy wyjedziemy, i upewnią się, że nie macie złych intencji.
Aurory nie interesowało, co myślą o niej tutejsi czarodzieje. Gdyby wiedzieli o wszystkim, co się stało, zanim trafili do metra, i tak uważaliby ją za potwora.
- Oczywiście pomożemy - rzuciła tylko.
- Świetnie, pozwól jeszcze, że zapytam: czy któreś z was interesuje się magią pirotechniczną? To może okazać się przydatne, gdy już wyjedziemy.
Na to zmarszczyła brwi. Pirotechnika zdecydowanie nie należała do najpopularniejszych dziedzin czarostwa, i było ku temu mnóstwo całkiem solidnych powodów. Zabawa z ogniem była po pierwsze niebezpieczna, a po drugie średnio użyteczna. Wszystkie zaklęcia ogrzewające, które pozostawały w codziennym słowniku większości magów, opracowano już tak dawno, że nikt nie zastanawiał się nad ich rozwijaniem, zwłaszcza że sprawdzały się doskonale.
- Nie - westchnęła. - Ja znam tylko podstawy, Ezra interesuje się głównie wróżbiarstwem, a o Rose pewnie wiesz więcej niż ja.
- A Oliver?
Zatrzymała się w pół kroku. No tak, nie miała pojęcia, jak on pracowałby z tego rodzaju zaklęciami, nie miał okazji próbować wielu o pirotechnicznym podłożu.
- Nie widzę powodu, by wprowadzać go w tak ryzykowną dziedzinę. Jest początkujący.
- Rozumiem - zgodził się natychmiast Finley. - Jeśli nie chcecie, w ogóle nie musicie czarować. Jutro dostarczymy więcej materiałów na ofiary i oczywiście możecie się nimi częstować. Większość członków Incendium nie korzystała z magii od miesięcy, nie mają dużych potrzeb.
Zauważyła. Tutaj magię tak naprawdę stale pobierali tylko ci, którym była potrzebna do zarządzania organizacją. To z początku wydawało jej się bardziej osobliwe niż większość czarodziejskich głupot, na które pozwalał sobie Półksiężyc.
- Dużo przeszliście, wydajecie się wykończeni czarowaniem. Wszyscy, a ty zwłaszcza. - W jego głosie była otwartość. Ten głos sygnalizował, że jeśli chciałaby podzielić się z nim swoimi przejściami, to mógłby jej wysłuchać. Może nawet, domyślała się, dokładnie ją zrozumieć.
- Korzystanie z zaklęć nie jest dla mnie męczące, wychowałam się, robiąc to codziennie.
- Jak my wszyscy - zauważył. - A jednak im dłużej od nich odpoczywasz, tym lepiej zdajesz sobie sprawę, że doprowadzają nas do zepsucia.
- W takim razie jestem już stracona - westchnęła, nie chcąc poświęcać mu więcej uwagi, mimo że dostrzegła jego zawiedziony wzrok. Coś w tym człowieku sprawiało, że nie mogła w pełni uwierzyć w jego przyjacielskość. Może sposób, w jaki okazywał ją bardziej niż wszyscy pozostali członkowie Incendium razem wzięci, a może fakt, że czuła, że w jego przeszłości kryło się coś straszliwego.
Gdy mijała pozostałych pracujących przy wydawalni, zmierzyła ich jeszcze wzrokiem. Oboje kiwnęli głowami na powitanie, ale żadnemu nie zbierało się na rozmowę. Czuli się odstraszeni albo chcieli ją odstraszyć, i to zupełnie jej odpowiadało.
Nogi same pociągnęły ją w stronę schodów prowadzących na powierzchnię. Od góry były one oczywiście skrzętnie zagrodzone, tak by do nieczynnej stacji metra nie dostał się żaden zwyczajny. Śmiesznie rozmyślało się o tym, że gdy członkowie Incendium codziennie rano i po południu przedzierali się przez te bariery, musieli jednocześnie się upewniać, że nie obserwuje ich żaden przechodzień, który takie zjawisko uznałby z pewnością za objaw zbiorowego szaleństwa. Ona, odkąd tu przyjechali, pozwalała sobie co jakiś czas zbliżyć się do ogrodzenia, by choć przez chwilę pooddychać powietrzem mniej dusznym od tego, które miały do zaoferowania tunele.
Aurora uwielbiała ciemność, to w niej czuła się najbezpieczniej. Gdy w domu przychodziło jej wysłuchiwać niekończących się reprymend matki, zaciskała powieki i odebrawszy sobie możliwość przyglądania się rozmówczyni, wmawiała sobie, że wszystko, co ją otacza, jest jedynie złośliwym wytworem wyobraźni. Potem upodobała sobie ukrywanie się w słabo oświetlonych kątach i zaułkach, za każdym razem, gdy wiedziała, że nie zadowoliła rodziców na tyle, by uniknąć kary. Wraz z ciemnością opatulało ją przelotne przeświadczenie o tym, że udało jej się uciec. W Incendium czuła się, zwłaszcza przez pierwsze dni, bardzo podobnie.
Nie potrafiła nawet wyobrazić sobie, czego musieliby dokonać ludzie Półksiężyca, by choćby wpaść na ich ślad. Stowarzyszenie samotników funkcjonowało w Londynie od lat i przez cały ten czas pozostawali względnie niewykrywalni nawet dla Wielkiej Rady, co stanowiło nie lada wyzwanie. Nie mogli dopaść jej, póki skrywała się w cieniach, a mimo to z czasem zaczęło męczyć ją coś zupełnie niespodziewanego - prosta tęsknota za światłem.
Od paru dni bezskutecznie próbowała zakraść się pod ogrodzenie, tak by wyłapać rzadkie promienie angielskiego słońca, za każdym razem bez skutku. Niebo było albo typowo pochmurne, albo po prostu czarne. Od obowiązków i rozmyślań na temat tego, jak można by pomóc Azelowi, uciekała dopiero wieczorami.
Tak więc i tym razem, przez betonowe słupy, z których składała się zapora, dotarł do niej jedynie nocny wiatr. Przycisnęła się do szpary między dwoma wzniesieniami, pilnując, by nie przestąpić poza nie, i westchnęła głęboko. W głowie od razu zrobiło jej się trochę jaśniej i nagle nie miała pojęcia, jakim cudem w ogóle była w stanie wytrzymać tyle czasu w takim zaduchu.
- Dzień dobry. - Zupełnie nie spodziewała się głosu, który przerwał jej rozmyślania. Nie należał on bowiem do kogoś, kto przybył, by skarcić ją za nocną ekspedycję, ani do żadnego z jej przyjaciół. Był zdecydowanie dziecinny i gdy odwróciła się w kierunku rozmówcy, musiała obniżyć wzrok. Ze swojego miejsca u szczytu schodów dostrzegała wielkie zielone oczy i włosy skrzętnie obcięte metodą na garnek. Należały do dziewczynki, która nie mogła mieć więcej niż dziesięć lat i która z pełną fascynacją teraz się jej przyglądała.
- Przepraszam - odezwała się, zanim Aurora w ogóle zebrała się do odpowiedzi. - Chyba teraz mówi się już "dobry wieczór".
- Cześć - rzuciła, nie do końca wiedząc, jak się zachować. Tego dziecka z pewnością nie powinno tu być.
- Jak coś, za murem nie ma niczego ciekawego - przemówiła młoda. - Po drugiej stronie ulicy mamy malutki sklepik i tyle.
- Dobrze wiedzieć. - Aurora zeszła o schodek w dół, tylko po to, by od razu się zatrzymać. Nie miała pojęcia, czy czarownica nie rzuci się do ucieczki, w końcu niektórzy tutaj spoglądali na nią ze strachem. Na razie pozostawała jednak zupełnie bez ruchu.
- Masz takie ładne włosy - stwierdziła. - Zwłaszcza gdy świeci na nie księżyc. Wyglądasz jak wróżka.
- Dziękuję, to bardzo miłe - odparła teraz już pewniej. Zstąpiła na sam dół, by zrównać się z rozmówczynią. Nie mogła przypomnieć sobie nikogo z członków Incendium, kto byłby do niej na tyle podobny, by uznać go za jej rodzica. - Zgubiłaś się?
- Coś ty, wiem, jak się chodzi po metrze. Chciałam po prostu zobaczyć świetliki. Czasem wlatują przez szpary w murze i można je łapać.
Aurora zajęła miejsce na najniższym schodku. Szybko zacisnęła dłoń, pozwalając, by nowomagia niepostrzeżenie wspięła jej się po ręce. Gdy ją otworzyła, maleńka wiązka światła uniosła się w powietrze i poszybowała w kierunku wyjścia z tunelu.
- Proszę bardzo.
- Ale świetne! - Mała chyba chciała rzucić się w pogoń za zaklęciem, ale jedno spojrzenie w stronę wyjścia uświadomiło ją, że to byłaby przesada. Zamiast tego zapytała więc: - Jak to zrobiłaś?
- Tam, stąd pochodzę, nie ma świetlików. Ja i mój przyjaciel słyszeliśmy o nich tylko od podróżników przybywających do naszego kowenu.
- Twój przyjaciel to ten magiczny chłopak - zauważyła.
- Całkiem dużo tutaj magicznych chłopaków. - Aurora się uśmiechnęła. - Nie wiem, czy masz na myśli akurat jego.
Ku jej zdziwieniu dziewczynka pokręciła głową, przysiadając się do niej. Dopiero teraz zauważyła, że ma na sobie koszulę nocną.
- On jest naprawdę magiczny. Mama mówi, że widzi przyszłość, to znaczy, że urodził się z darem.
- W takim razie tak, to właśnie on.
- Poza tym widać po nim, że umie czarować - szepnęła. - Wygląda tak niezwyczajnie.
- Powiem mu to - odpowiedziała z uśmiechem. - Ezra na pewno się z tego ucieszy. W każdym razie u nas w domu nigdy nie mieliśmy świetlików, dlatego nauczyłam się wyczarowywać coś podobnego do nich. Kiedyś służyły mi za lampkę nocną.
- Załatwisz mi coś takiego tutaj? - Teraz w jej głosie wybrzmiała nieukrywana ekscytacja. Nietrudno było domyślić się, że magiczne światełka byłyby tu świetnym udogodnieniem.
- Mogę spróbować - obiecała. - Jestem Aurora Vacreen.
Po cichu liczyła, że jeśli jej się przedstawi, mała zrobi to samo i będzie mogła odprowadzić ją do rodziców. Ta jednak natychmiast skurczyła się na siedzeniu, pośpiesznie rozglądając się, jakby ktoś ich tu podsłuchiwał. Bezceremonialnie chwyciła Aurorę za rękaw i przyciągnęła ją do siebie.
- Nie wolno mówić o nazwiskach. Tutaj na to nie pozwalają.
- Ach, no tak, masz rację, przepraszam. To wszystko wciąż jest dla mnie nowe.
- Musisz nauczyć się szybko, inaczej stanie się nam coś bardzo złego - stwierdziła rzeczowo. - Tak mówi mama. Z imieniem możesz być, kim chcesz, możesz nawet się go pozbyć i zostawić wszystko za sobą, ale nazwiska przynoszą same kłopoty.
- Więc masz imię - podjęła pośpieszenie. To rozbawiło małą czarownicę.
- No jasne, każdy ma imię. Ja swoje wybrałam zupełnie sama.
- Znam kogoś, kto zrobił coś podobnego. - Myśl o Azelu jak zwykle sprawiła, że nowomagia na chwilę się wzburzyła.
- Moim zdaniem każdy powinien wybierać sobie imię. Teraz nazywam się po prostu Ettie i to mi pasuje.
- Bardzo ładnie. Też zastanawiałam się nad czymś podobnym, ale ja lubię swoje imię i nie chcę wmawiać sobie, że muszę je zmienić, żeby odciąć się od ludzi, którzy mi je nadali. Gdyby naprawdę tak było, miałabym bardzo dużo pracy.
Białe włosy, które z taką dumą nosiły wszystkie kobiety z rodu Vacreenów, wymagałyby natychmiastowego ścięcia. Może musiałaby, z pomocą Ezry, przefarbować je w łazience na przydrożnej stacji benzynowej.
- Jesteś strasznie dziwna. - Mała czarownica wzruszyła ramionami. Aurora prychnęła pod nosem. - Naprawdę, jak pierwszy raz cię zobaczyłam, myślałam, że też masz dar, ale nie taki jak twój przyjaciel. Nigdy kogoś takiego nie spotkałam. Myślałam, że jesteś wieczną.
- Członkowie Rady nie chodzą między zwykłymi ludźmi.
- To chyba dobrze. Mama mówi, że są straszni.
Na pewno było w tym dużo prawdy i Aurora już zamierzała odpowiedzieć. Ale od strony stacji dobiegło ich najpierw wołanie, a potem dźwięk co najmniej dwóch par nóg zmierzających w ich stronę.
- Ettie! - Brązowowłosa kobieta, na oko dwukrotnie starsza od Aurory, z przerażeniem wpatrywała się w córkę. Aurora nigdy wcześniej jej nie widziała, musiała więc przez większość dni pracować na powierzchni w godzinach, w których Aurora przebywała z członkami Incendium. Za nią wyhamowała Raja ze swoją zwykłą, niezbyt przyjazną miną.
- Gdzieś ty się podziewała?
- Chciałam przynieść sobie świetliki - wypaliła dziewczynka w tym samym momencie, w którym Aurora wyjaśniła:
- Spotkałam ją przy wyjściu.
- Dzięki wszechświatowi. - Kobieta zniżyła się, by się z nimi zrównać. - Wymknęła się już dwa razy w tym miesiącu. Nie mam do niej siły.
- Przecież nie byłam wcale daleko!
- To nie ma nic do rzeczy, Ettie, wiesz, że nawet dorośli sobie stąd tak po prostu nie wychodzą. - Głos Rai, nadal chłodny, okazywał jednak oznaki pewnej łagodności. - Świat poza metrem nie jest do nas dobrze nastawiony, dużo tam magów, którzy mogliby zrobić ci krzywdę.
- Przepraszam - mruknęła dziewczynka, choć Aurora znała ten ton doskonale i już wiedziała, że to zdecydowanie nie jest jej ostatnia wyprawa pod schody.
- Chodź - pogoniła ją matka. - Powinnaś już dawno spać.
Oddaliły się pośpiesznie i przez chwilę przy schodach pozostały tylko ona i Raja. Kobieta spojrzała w górę, w kierunku miejsca, z którego docierał do nich wiatr, w kierunku powierzchni.
- Cholera - szepnęła, po czym również odwróciła się na pięcie i podążyła za swoimi czarownicami.
I być może właśnie w tym prostym słowie kryło się rozwiązanie problemu, z którym mierzyła się Aurora. Od dłuższego czasu przyglądała się relacjom członków Incendium. Teraz otrzymała piękne przedstawienie lęku, który opanował przewodniczkę stowarzyszenia na myśl o ucieczce Ettie. Troska, prawdziwa i niedająca się ukryć. Tam, gdzie istniała tak silna zażyłość, należało działać lękiem, Aurora wiedziała o tym doskonale. Trzeba było postąpić okrutnie, ale to przecież nie było nic nowego. Granice i tak zostały już dawno przekroczone.