Prolog
Wyspa Trzech Sióstr
Wrzesień 1702
Serce jej pękło. Pogruchotane odłamki sprawiały ból i zamieniały życie w nieustające cierpienie. Nawet dzieci, te, które nosiła w swoim łonie, i te, które wychowywała po stracie sióstr, nie były ukojeniem.
To wstyd, ale i ona nie była dla nich żadną pociechą.
Porzuciła je, tak samo jak porzucił je ich ojciec. Jej mąż, kochanek,
serce jej serca wrócił do morza i wtedy umarła w niej nadzieja, miłość i magia.
Nie pamiętał, bo już nie mógł pamiętać, ile radości dały im wspólnie
spędzone lata. Zapomniał o niej, o ich synach i córkach, o życiu na
wyspie.
Taki już był. Takie też było jej przeznaczenie.
Stała zamyślona na swojej ulubionej skale, nad wzburzonym i szumiącym
morzem. Jej siostry także były skazane przez los. Skazane, by kochać i tracić. Ta, którą nazywano Powietrzem, pokochała piękną twarz i uprzejme
słówka, za którymi krył się potwór żądny jej krwi. Zabił ją za to, kim
była, a ona nie użyła swojej mocy, by go powstrzymać.
Ta, którą nazywano Ziemią, pogrążona w smutku i zapamiętała w gniewie,
wznosiła kamień po kamieniu mur nienawiści, przez który nikomu nie udało
się przebić. Użyła swojej mocy do zemsty, sprzeniewierzając się Sztuce i zaprzedając się ciemności.
A teraz ciemność była coraz bliżej trzeciej z nich. Tej, którą nazywano
Ogniem. Samotna w swoim bólu, nie miała już sił, by mu się opierać, i nie widziała celu, dla którego warto byłoby żyć.
Nocą słyszała, jak ciemność szepcze jej do ucha podstępne kłamstwa. I choć wiedziała, ile są warte, ulegała pokusie.
Krąg, który miał ją chronić, został przerwany i nie mogła, nie umiała
bronić się samotnie.
Czuła, że coś skrada się coraz bliżej, pełza w brudnej mgle tuż przy
ziemi. Było głodne. Chciało nasycić się jej śmiercią, a ona nie miała
już sił, by zmagać się z życiem.
Uniosła w górę ręce. Płomień włosów buchnął na wietrze zrodzonym z jej
własnego tchnienia. Mogła jeszcze przywołać swoją moc. Odpowiedział jej
ryk morza, ziemia drgnęła pod stopami.
Powietrze, Ziemia i Ogień, a także Woda, która najpierw darowała jej
wielką miłość, by później ją odebrać, ten ostatni raz były jeszcze na
jej rozkazy.
Zadbała o bezpieczeństwo dzieci. Zajmie się nimi opiekunka, będzie je
uczyć. Otrzymają dar jasności i przekażą go swoim następcom.
Ciemność musnęła jej skórę lodowatym pocałunkiem.
Stała na brzegu skały, a wokół szalała burza rozpętana przez nią samą.
Druga gwałtowna walka toczyła się w niej. Moc przeciw mocy.
Wyspa, którą wyczarowała wraz z siostrami, by chroniła je przed śmiercią
z rąk prześladowców, przepadnie. Wszystko przepadnie.
Jesteś sama, szeptała ciemność. Jest tylko ból. Skończ z samotnością.
Skończ z cierpieniem.
Zrobi to, ale nie może zapomnieć o swoich dzieciach i ich potomstwie.
Wciąż ma w sobie moc i umie się nią posłużyć.
- Przez trzykroć po sto lat nie zagrozisz Wyspie Sióstr.
Z wyciągniętych palców strzeliło światło, zawirowało lśniącymi kręgami.
- Twoja ręka nie dosięgnie moich dzieci. Będą rosły bezpiecznie, będą
się uczyć i przekazywać swoją wiedzę. A kiedy moje zaklęcie przeminie,
inne Trzy Siostry utworzą krąg i zjednoczą swoją moc, by przetrwać
najciemniejszy czas. Odwaga i ufność, sprawiedliwość i współczucie, i jeszcze bezgraniczna miłość oto trzy nauki dla nich. Niech połączą się z własnej woli i stawią czoło przeznaczeniu. Jeśli któraś z nich
zawiedzie, wyspa pogrąży się w morzu. Ale jeśli pokonają ciemność, temu
miejscu już nigdy nic nie zagrozi. To moje ostatnie zaklęcie. Niech się
stanie, tak jak chcę.
Skoczyła w dół, a ciemność jej nie pochwyciła. Spadając w morze,
rozpięła zaporę swojej mocy jak srebrną sieć wokół wyspy, na której
spokojnie spały jej dzieci.
Rozdział 1
Wyspa Trzech Sióstr
Maj 2002
Minęło dziesięć lat od czasu, gdy był tu ostatni raz. Tylko we
wspomnieniach widywał wyspę, ciemną ścianę jej lasów, rozrzucone wśród
zieleni domki, łagodny łuk zatoki, plażę i malownicze urwisko z kamiennym domem i białą, strzelistą wieżą latarni morskiej.
Samo piękno tego widoku nie tłumaczyło jeszcze uczucia zaskoczenia, bo
Sama Logana niełatwo było czymś zadziwić. Zaskoczył go zachwyt, z jakim
odkrywał, co się tu zmieniło, a co zostało po staremu.
Wrócił do domu. Dopiero teraz tak naprawdę zdał sobie sprawę, jak wiele
to dla niego znaczy.
Zaparkował tuż obok przystani promowej. Chciał się przejść. Chciał
wdychać słone wiosenne powietrze, słuchać odgłosów dobiegających z łodzi
i patrzeć, jak na tym małym skrawku lądu u wybrzeży Massachusetts toczy
się życie.
Może potrzebował też czasu, by przygotować się na spotkanie z kobietą,
dla której tutaj wrócił.
Nie liczył na szczególnie ciepłe powitanie. Właśnie nie mógł
przewidzieć, jak zachowa się Mia.
Dawniej było inaczej. Czytał w jej twarzy, wyczuwał najmniejszą zmianę w tonie głosu. Kiedyś czekałaby na niego na przystani. Wiatr rozwiewałby
jej wspaniałe rude włosy, a w oczach koloru dymu widziałby radość i obietnicę.
Trzymałby ją w ramionach i słyszał jej śmiech.
To przeszłość, myślał, podchodząc w górę do High Street, zabudowanej
pięknymi sklepami i biurami. Zamknął przecież tamten rozdział, gdy przed
laty postanowił porzucić wyspę i dziewczynę.
Ale teraz wraca. Dobrze przemyślał tę decyzję.
Przez ten czas dziewczyna stała się kobietą. Bizneswoman, pomyślał
rozbawiony. Właściwie nic w tym dziwnego, bo Mia zawsze miała głowę do
interesów i umiała wyczuć zysk. W razie potrzeby gotów był wykorzystać
także i to, byle tylko odzyskać jej względy.
Nie miał nic przeciw takim metodom, jeśli pomagały mu wygrywać.
Skręcił w High Street i zatrzymał się przed Czarodziejskim Zajazdem.
Kamienna budowla, imitacja gotyku, była jedynym na wyspie hotelem. Teraz
należała do niego. Miał kilka pomysłów, które będzie chciał tu
zrealizować, skoro w końcu ojciec dał mu wolną rękę.
Na razie jednak biznes musi zejść na drugi plan, najważniejsze są sprawy
osobiste.
Ruszył dalej; z radością zauważył, że ruch samochodowy jest niezbyt
nasilony, ale nieprzerwany. Interesy na wyspie, pomyślał, rzeczywiście
idą nieźle.
Szedł szybko, długimi krokami. Był smukły, miał prawie metr
dziewięćdziesiąt wzrostu i wysportowaną sylwetkę, ale w ostatnich latach
przyzwyczaił się raczej do eleganckich garniturów, rzadko nosił dżinsy,
tak jak dziś. Rześka majowa bryza rozwiewała poły długiego, czarnego
płaszcza, chroniącego przed wiatrem.
Ciemne włosy opadały aż na kołnierz. Surowość rysów pociągłej twarzy, z mocno zarysowanymi kośćmi policzkowymi, łagodziły wydatne, pełne wargi.
Oczy, czujnie badające okolicę, która kiedyś była - i znów będzie - jego
domem, miały kolor morza: błękitna zieleń w oprawie ciemnych rzęs i gęstych brwi.
Sam Logan wyglądał naprawdę efektownie i wykorzystywał ten swój wygląd,
gdy było mu to na coś potrzebne, tak samo jak instrumentalnie traktował
swój osobisty urok i twardą bezwzględność. Cel uświęca środki. A w grze
o Mię Devlin gotów był użyć wszystkich atutów.
Z chodnika po przeciwnej stronie ulicy przyjrzał się lokalowi Mii.
Kawiarnia i Książki. Powinien był się domyślić, że Mia przejmie
zaniedbany budynek i zamieni go w miejsce eleganckie, urocze i funkcjonalne. W oknie wystawowym od frontu, wśród książek i wiosennych
kwiatów w doniczkach stał ogrodowy fotel z wikliny. To, co najbardziej
kocha, pomyślał. Książki i kwiaty. Ustawiła je tak, by zachęcały do
przerwy w gospodarskich zajęciach - pora już rozsiąść się w fotelu i rozkoszować owocami własnego trudu i lekturą.
Para turystów - choć tyle czasu nie było go na wyspie, wciąż jeszcze bez
trudu odróżniał przybyszów od mieszkańców - właśnie weszła do księgarni.
Sam długo stał bez ruchu z rękami w kieszeniach, aż zdał sobie sprawę,
że umyślnie zwleka. Rozwścieczona Mia Devlin w akcji - prawdziwie
dramatyczna scena. Na pewno wpadnie w furię i wyrzuci go za drzwi, i to
natychmiast.
Trudno zresztą byłoby jej się dziwić.
Z drugiej jednak strony, uśmiechnął się w duchu, nie ma nic równie
podniecającego, jak furia Mii. Byłoby ... fantastycznie znów skrzyżować z nią szpady. I co za satysfakcja, gdy uda się rozwiać jej gniew.
Przeszedł przez ulicę i otworzył drzwi.
Przy kasie siedziała Lulu. Poznałby ją zawsze i wszędzie. Drobna kobieta
o twarzy gnoma, w tych srebrnych okularach. To ona wychowywała Mię,
której rodzice, bardziej zajęci sobą i podróżami niż własną córką,
zatrudnili dawną hippiskę do opieki nad dzieckiem.
Lulu wystukiwała właśnie należność od klienta, Sam mógł więc przez
chwilę rozejrzeć się po lokalu. Jarzące się na suficie światełka
przypominały gwiazdy, stwarzały ciepłą, odświętną atmosferę. Przy
kominku Mia urządziła przytulny kącik wśród bukietów wiosennych kwiatów.
Ich zapach unosił się w powietrzu, z niewidocznych głośników sączyła się
cicha muzyka fletów i piszczałek. Książki stały na lśniących niebieskich
półkach. Bogaty wybór pomyślał, oglądając okładki, i bardzo różnorodny,
czego zresztą, znając właścicielkę, należało się spodziewać. Mii na
pewno nie można było zarzucić jednostronności.
Skrzywił się, gdy zobaczył rytualne świece, karty tarota, runy, figurki
wróżek, smoków i czarnoksiężników. Atrakcyjna prezentacja jeszcze jednej
dziedziny, którą interesuje się Mia, pomyślał. Tego też należało się
spodziewać.
Wyjął z wazy gładki różowy kwarc i potarł go między palcami, na
szczęście. Choć oczywiście wiedział, że to przesąd. Zanim zdążył go
odłożyć, poczuł powiew zimnego powietrza. Ze swobodnym uśmiechem
odwrócił się do Lulu.
- Zawsze wiedziałam, że wrócisz. Znam cię jak zły szeląg.
Pierwsza przeszkoda. Smok czekający u bramy.
- Hello, Lu.
- Proszę nie mówić mi na ty, panie Logan - prychnęła i rzuciła mu
lodowate spojrzenie. Znów prychnęła. - Kupujesz to, czy mam wezwać
szeryfa, żeby cię zamknął za kradzież?
Włożył kamyk do wazy.
- Co u Zacka?
- Sam go spytaj. Nie mam zamiaru tracić na ciebie czasu. - Był od niej
prawie pół metra wyższy, ale gdy postąpiła krok w jego stronę i dźgnęła
go palcem, poczuł się tak, jakby znów miał dwanaście lat. - Czego tu
właściwie szukasz?
- Chcę zobaczyć stare śmiecie. I spotkać się z Mią.
- Bądź tak uprzejmy i wynieś się z powrotem tam, gdzie się włóczyłeś
przez te lata. Do Nowego Jorku, Paryża, Francji i do wszystkich diabłów.
Było nam dobrze na wyspie bez ciebie.
- No, myślę. - Obojętnie rozglądał się po lokalu. Nie obraziła go. Od
tego właśnie są smoki, żeby gorliwie strzegły swoich księżniczek. A Lulu, jak sobie przypominał, zawsze to umiała. - Sympatyczne miejsce.
Słyszałem, że macie wyjątkową kawiarnię. Podobno prowadzi ją żona Zacka.
- Dobrze słyszałeś. I posłuchaj jeszcze jednego: zabieraj się stąd.
Wciąż nie czuł się obrażony, ale jego zielone oczy pociemniały, a spojrzenie stwardniało.
- Przyszedłem, żeby zobaczyć się z Mią.
- Jest zajęta. Powtórzę jej, że wpadłeś.
- Nie, nie powtórzysz - powiedział cicho. - Ona sama się dowie.
Usłyszał stuk wysokich obcasów. Mogło to być sto innych kobiet
zbiegających na szpilkach w dół, po kręconych schodach. Ale Sam
wiedział. Z bijącym sercem wyszedł zza półek.
Jej widok omal go nie powalił.
Królewna stała się królową.
Zawsze była dla niego najpiękniejszą istotą, jaką spotkał w życiu, ale
przemiana dziewczyny w kobietę dodała jej urodzie nowego blasku.
Pamiętał burzę miedzianych loków wokół twarzy o mlecznoróżanej cerze.
Świeżą, delikatną skórę. Mały, prosty nosek, miękkie i pełne usta.
Jeszcze dziś czuł ich dotyk i zapach. Migdałowe oczy o barwie szarego
dymu wpatrywały się teraz w niego chłodno.
Podeszła, uśmiechnęła się. Równie chłodno.
Obcisła, matowozłota suknia podkreślała jej kształty, uwydatniała
długie, niezwykle długie nogi. Pantofelki miały ten sam odcień. Cała
postać Mii zdawała się promieniować ciepłem, nie było go jednak w skierowanym ku niemu uważnym spojrzeniu spod wysoko podniesionych brwi.
- No proszę, czyżby wrócił Sam Logan? Miło powitać.
Jej głos był niski, niższy niż kiedyś. Bardziej aksamitny i zmysłowy.
Sam, zaskoczony uprzejmym, zdawkowym uśmiechem i chłodnym powitaniem,
poczuł, że ten głos poruszył go głęboko, zdawał się docierać aż do
trzewi.
- Dziękuję. - Świadomie podchwycił jej ton. - Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Wyglądasz zachwycająco.
- Staram się.
Odrzuciła włosy do tyłu. Zauważył, że ma w uszach kolczyki z żółtawego
kwarcu, a na palcach pierścionki. Te drobiazgi i subtelny zapach wokół
niej wywarły na nim wrażenie. Przez moment próbował czytać w jej
myślach, ale zrezygnował. Schroniła się za murem uprzejmej obojętności.
- Ładna księgarnia - rzucił niedbale - choć na razie niewiele zdążyłem
obejrzeć.
- No to zorganizujemy zwiedzanie. Lulu, masz klientów.
- Jakbym o tym nie wiedziała - burknęła. - To chyba dzień roboczy, co?
Kto tu ma czas, żeby zajmować się tym facetem?
- Lulu. - Mia lekko przechyliła głowę, posyłając jej milczące
ostrzeżenie. - Zawsze znajdę chwilkę dla starych przyjaciół. Chodź na
górę, Sam. Zobaczysz kawiarnię. - Odwróciła się i ruszyła po schodach,
dotykając dłonią poręczy. - Nie wiem, czy słyszałeś, że nasz wspólny
znajomy, Zack Todd, zimą się ożenił. Nell jest nie tylko moją bliską
przyjaciółką, ale absolutną mistrzynią kuchni.
Sam na moment przystanął na szczycie schodów. Musiał się pozbierać,
odzyskać równowagę. To było niepokojące. Zapach Mii przyprawiał go o zawrót głowy.
Piętro wyglądało równie atrakcyjnie jak parter. Kawiarenka kusząco
pachniała kawą, czekoladą i przyprawami.
W bufecie, za błyszczącym szkłem, pyszniły się rozmaite sałatki i ciasta. Aromatyczna mgiełka pary unosiła się nad sporym kociołkiem, z którego ładna blondyneczka nabierała właśnie zupę dla czekającego
klienta.
Za oknami połyskiwało morze.
- Fantastyczne - powiedział. To przynajmniej mógł stwierdzić bez
zastrzeżeń. - Po prostu niesamowite. Jesteś chyba dumna?
- No jasne.
Wyczuł w jej głosie uszczypliwość, leciutką ironię, więc spojrzał na
nią, ale Mia wciąż się uśmiechała. Uniosła swoją piękną dłoń, na której
połyskiwały pierścionki.
- Głodny?
- Jeszcze jak.
Nim się odwróciła, by poprowadzić go do bufetu, w szarych oczach znów
mignęło szyderstwo.
- Nell, ten pan ma wilczy apetyt.
- Trafił pod właściwy adres. - Nell roześmiała się, w jej policzkach
pojawiły się dołki. Przyjaźnie patrzyła na Sama dużymi, niebieskimi
oczami. - Mamy dziś curry z kurczaka, pikantną sałatkę z krewetek i kanapki z wieprzowiną z grilla i pomidorami. Plus nasze zwykłe menu -
dodała, stukając palcem w kartę stojącą na ladzie - i dania
wegetariańskie
Żona Zacka, pomyślał Sam. Co innego jednak dowiedzieć się, że twój
kumpel wpadł po uszy, a co innego zobaczyć na własne oczy przyczynę tej
wpadki. Kolejna niespodzianka.
- Spory wybór.
- Miło usłyszeć.
- Możesz wybierać w ciemno, będzie ci smakowało. Nell sama wszystko
przygotowuje. Oddaję cię na chwilę w jej utalentowane ręce. Mam trochę
pracy. Ach, Nell, nie przedstawiłam ci naszego gościa. Sam Logan, stary
przyjaciel Zacka. Smacznego - powiedziała i poszła sobie.
Sam zauważył, że na ładnej buzi Nell przez moment pojawiło się
zaskoczenie, a natychmiast po nim chłód.
- Czym mogę służyć?
- Na razie proszę tylko o kawę. Czarną. Jak się ma Zack?
- Dziękuję, doskonale.
Sam bębnił palcami po udzie. Bramy strzeże chyba jeszcze jeden strażnik,
pomyślał. Wcale nie łagodniejszy od smoka mimo słodkiego wyglądu.
- A co u Ripley? Słyszałem, że przed miesiącem wyszła za mąż.
- Ma się dobrze i jest szczęśliwa. - Zaciśnięte usta Nell ułożyły się w wąską, zniechęcającą kreskę. Postawiła na ladzie kawę w plastikowym
kubku na wynos. - Nic pan nie płaci. Jestem przekonana, że Mia nie chce
i nie potrzebuje pańskich pieniędzy. Zapewne pan wie, że w Czarodziejskim Zajeździe można zjeść znakomity lunch.
- Wiem. - Miły kotek ma ostre pazury, stwierdził w duchu. - Myśli pani,
że Mia potrzebuje pani ochrony?
- Myślę, że Mia sama sobie poradzi - docięła mu Nell. - Sama i ze
wszystkim.
Zabrał kubek z kawą.
- Jestem tego samego zdania - powiedział i skierował się tam, gdzie
zniknęła Mia.
*
Sukinsyn! Za zamkniętymi drzwiami biura Mia pozwoliła sobie na wybuch
wściekłości - podskoczyły książki i zabrzęczały stojące na półkach
drobiazgi. Bezczelny dureń! Jak śmiał wejść do jej lokalu?
Stał i uśmiechał się, jakby czekał, że krzyknie z radości i rzuci mu się
w objęcia. Wyglądał na zmieszanego, gdy nic takiego się nie wydarzyło.
Sukinsyn!
Zacisnęła pięści - na okiennej szybie pojawiła się cienka rysa
pęknięcia.
Wiedziała, że przyszedł. Tak samo jak wcześniej poczuła, że pojawił się
na wyspie. Dotarło to do niej jak gwałtowne uderzenie fali, gdy
siedziała przy biurku, pochylona nad listą zamówień. Ból, szok, radość,
wściekłość, a wszystko tak nagłe i dojmujące, że zakręciło jej się w głowie. Sprzeczne uczucia walczyły ze sobą, była oszołomiona, opadała z sił, cała się trzęsła.
Wiedziała, że wrócił.
Jedenaście lat. Odszedł, zostawił ją samą, zranioną i bezradną, bez
cienia nadziei. Do dziś czuje wstyd na wspomnienie tego, co się z nią
działo przez kilka tygodni po jego wyjeździe. Była rozdygotanym kłębkiem
rozpaczy, czuła się zagubiona i niepotrzebna.
A jednak na popiołach tamtych marzeń odbudowała swoje życie. Znalazła w nim cel i nauczyła się codziennie cieszyć darami losu.
I teraz wrócił.
Mogła tylko dziękować opatrzności za umiejętność przewidywania wydarzeń.
Dzięki niej zyskiwała czas, by się uspokoić i opanować. Cóż to byłoby za
upokorzenie, gdyby dała się zaskoczyć. Jaką satysfakcję odczuła, widząc
błysk zdumienia i zakłopotania w oczach Sama po jej chłodnym i zdawkowym
powitaniu.
Nie jest już tą słabą dziewczyną, która składała u jego stóp swoje
złamane i skrwawione serce. Wiele, bardzo wiele spraw liczy się teraz
dla niej bardziej niż mężczyzna.
Miłość, rozmyślała, zamykając oczy, może być wielkim kłamstwem. A Mia
nie tolerowała kłamstwa. Ma swój dom, firmę, przyjaciół. I jeszcze krąg,
który znów istnieje, bo jego cel jest wciąż aktualny.
I to wystarczy, by znaleźć oparcie.
Usłyszała pukanie do drzwi, opanowała emocje i zebrała myśli. Wśliznęła
się na fotel przy biurku.
- Tak, proszę!
Kiedy Sam wszedł do pokoju, siedziała pochylona przed ekranem komputera.
Posłała mu roztargnione i z lekka karcące spojrzenie.
- Nie było w menu niczego, co by cię skusiło?
- Zostanę przy tym. - Uniósł kubek, zdjął plastikową pokrywkę i postawił
kawę na biurku. - Nell jest wobec ciebie bardzo lojalna.
- Bez tego nie ma przyjaźni, tak uważam.
Potaknął mruknięciem i sięgnął po kubek. Skosztował.
- I robi świetną kawę.
- To podstawowa umiejętność szefowej kawiarni. - Zastukała palcami o blat biurka, wyrażając tak zniecierpliwienie. - Przepraszam cię, Sam,
nie chciałabym być nieuprzejma. Czuj się jak u siebie w kawiarni i w księgarni, ale ja mam teraz robotę.
Przyglądał się jej uważnie, lecz twarz Mii zdradzała tylko lekką
irytację.
- W takim razie nie przeszkadzam. Poproszę tylko o klucze i pójdę się
rozpakować.
Kompletnie zaskoczona potrząsnęła głową.
- Klucze?
- Do domku. Do twojego żółtego domku.
- Do mojego domku? A niby dlaczego?
- Bo go wynająłem. - Nareszcie przebił ten pancerz uprzejmości.
Ucieszony wyjął z kieszeni papiery, położył je na biurku i cofnął się,
gdy rzuciła się do czytania. - Celtycki Krąg to jedna z moich firm -
wyjaśnił, widząc, że marszczy brwi. - A Henry Downing jest moim
prawnikiem. Wynajął ten domek dla mnie.
Czuła, że jej ręka zaraz zacznie drżeć. Gorzej, czuła, że za chwilę
uderzy. Opanowała się i położyła ją na stole, dłonią w dół.
- Dlaczego?
- Od tego mam prawników, żeby załatwiali za mnie różne sprawy. - Sam
wzruszył ramionami. - A poza tym podejrzewałem, że mnie go nie
wynajmiesz. Ale zakładałem, więcej, byłem pewny, że nie wycofasz się,
jeśli już podpiszesz umowę.
Nabrała powietrza.
- Pytam, dlaczego chcesz mieszkać w moim domku? Przecież masz cały hotel
do dyspozycji.
- Nie lubię mieszkać w hotelu ani tam, gdzie pracuję. Chcę być u siebie
i mieć spokój. W hotelu to niemożliwe. Sama powiedz, wynajęłabyś mi
domek bez pośrednictwa prawnika?
Uśmiechnęła się.
- Oczywiście. Tylko podniosłabym czynsz. I to znacznie.
Rozbawiła go. Odprężył się po raz pierwszy od czasu, gdy ją zobaczył.
Wypił łyk kawy.
- Umowa zawarta i może tak nam było pisane. Nie mogłem wprowadzić się do
starego domu, bo rodzice sprzedali go mężowi Ripley. Sprawy zwykle
przybierają taki obrót, jak powinny.
- Tak, zwykle - odpowiedziała tylko. Otwarła szufladę, wyjęła z niej
klucze. - To mały, wiejski domek, ale jestem pewna, że jakoś w nim
przetrwasz pobyt na wyspie.
Położyła klucze na formularzu umowy.
- Jasne. Może zjedlibyśmy dziś kolację?
- Dziękuję, nie.
Nie chciał jej zapraszać, w każdym razie nie tak szybko. Był wściekły na
samego siebie, że mu się to wyrwało.
- Więc kiedy indziej. - Wstał, schował do kieszeni klucze i umowę. -
Cieszę się, że znów się spotkaliśmy, Mia.
Położył dłoń na jej ręce. Nie zdążyła jej cofnąć. Coś zaiskrzyło i w powietrzu rozległ się trzask.
- Ach - szepnął i mocniej przytrzymał jej dłoń.
- Zabierz rękę - powiedziała cicho, powoli, patrząc mu prosto w oczy. -
Nie masz prawa mnie dotykać.
- Nigdy nie chodziło nam o prawa. Potrzebowaliśmy siebie.
Znów czuła, że jej ręka zaraz zacznie drżeć. Siłą woli utrzymywała ją w bezruchu. - Teraz nie ma już "my". I wcale cię nie potrzebuję.
Zabolało. Poczuł krótkie, ostre ukłucie w sercu.
- Potrzebujesz mnie, a ja ciebie. Nie można w nieskończoność rozdrapywać
starych ran.
- Stare rany. - Powtórzyła te słowa, jakby zostały wypowiedziane w jakimś obcym języku. - Rozumiem. Ale tak czy owak nie dotykaj mnie bez
mojej zgody. Nie i koniec.
- Powinniśmy porozmawiać.
- Czyżbyśmy mieli sobie coś do powiedzenia? - Nie udało jej się
pohamować gniewu, więc pokryła go lekceważeniem. - Otóż na razie ja nie
mam ci nic do powiedzenia. Proszę cię, wyjdź. Masz umowę, klucze, domek.
Sprytnie to rozegrałeś, Sam, ale ty zawsze byłeś sprytny, jeszcze jako
chłopiec. Lecz to jest moje biuro i mój lokal. - W ostatniej chwili
powstrzymała się, żeby nie powiedzieć: i moja wyspa. - A poza tym nie
mam dla ciebie czasu.
Poczuła, że uścisk jego dłoni zelżał, więc uwolniła rękę. Napięcie
ustępowało. Już pewniejsza, pozwoliła sobie na chłodny uśmiech.
- Nie psujmy twojej wizyty scenami. Myślę, że domek ci się spodoba. Daj
mi znać, gdybyś miał jakieś problemy.
- Dobrze. Spodoba mi się i dam ci znać. - Odwrócił się, już w drzwiach.
- Aha, Mia, ja wcale nie jestem tu z wizytą. Przyjechałem na stałe.
Zanim zamknął za sobą drzwi, zdążył zauważyć, ze złośliwą przyjemnością,
że pobladła.
Sklął się w myślach za to, a także za to, że już na początku pokpił
sprawę. W parszywym nastroju zbiegł na dół i wyszedł z księgarni,
odprowadzany stalowym spojrzeniem Lulu.
Nie wrócił do samochodu zaparkowanego obok przystani, nie zajrzał do
żółtego domku, w którym miał mieszkać aż do... nieważne. Poszedł na
posterunek policji.
Liczył na to, że zastanie tam Zacka, dziś już szeryfa Todda. Boże,
pomyślał, czy naprawdę nie ma na tej wyspie nikogo, komu sprawiłbym
frajdę swoim przyjazdem?
Jeśli Zack też zawiedzie, sytuacja będzie rzeczywiście beznadziejna.
Skulony chronił się przed podmuchami rześkiej wiosennej bryzy, która
przestała go cieszyć.
Mia przegoniła go jak muchę. Jak uprzykrzonego komara. Wcale nie była
wściekła, raczej poirytowana. Ten trzask przy dotknięciu coś znaczył.
Musi w to wierzyć. Ale ze wszystkich ludzi, których zna, to właśnie Mia
potrafi najwytrwalej opierać się losowi i przeciwstawiać mu swoją wolę.
Uparta, wyniosła czarownica, pomyślał i westchnął. Ale akurat to zawsze
go w niej najbardziej pociągało. Nie umiał oprzeć się jej sile i dumie.
A teraz wygląda na to, że tej siły i dumy ma więcej niż wtedy, w wieku
osiemnastu lat.
Nie będzie mu łatwo.
Znów westchnął, pchnął drzwi i wszedł na posterunek.
Mężczyzna, który siedział z nogami opartymi na biurku i słuchawką
telefoniczną przy uchu, niewiele się zmienił. Gdzieniegdzie schudł, tu i ówdzie się zaokrąglił. Wciąż miał zmierzwione, ciemne, choć miejscami
rozjaśnione słońcem włosy. Przybyło mu zmarszczek - zapewne także od
słońca - koło oczu, wciąż zielonych i przenikliwych.
Na widok Sama otworzył je szeroko.
- Zadzwonię później. Wieczorem przefaksuję ci te papierki. Tak, jasne.
Muszę już iść. - Zack zdjął z biurka nogi w buciorach i odłożył
słuchawkę. Wstał i roześmiał się.
- O kurczę! Facet z samego Nowego Jorku!
- No proszę, kto tu robi za twardego glinę.
Zack trzema długimi krokami przemierzył ciasne pomieszczenie i chwycił
Sama w objęcia.
A jemu spadł kamień z serca. To powitanie znaczyło, że przetrwała
głęboka przyjaźń, łącząca ich od dzieciństwa. Jakby gdzieś zniknęły
lata, które upłynęły od czasu, gdy byli chłopcami.
- Tak się cieszę, że cię widzę - wydusił tylko.
- Ja też. - Zack wypuścił go z objęć i obejrzał od stóp do głów. -
Jednak jakoś nie wyłysiałeś ani się nie roztyłeś od siedzenia za
biurkiem.
Sam rozejrzał się. Ale tu bałagan.
- Ani ty. - I dodał: - Szeryfie.
- No, więc pamiętaj, kto tu pilnuje porządku, i zachowuj się grzecznie
na mojej wyspie. Co tu właściwie robisz? Chcesz kawy?
- Jeśli to, co masz w garnku, ma być kawą, to dziękuję, nie.
Przyjechałem w interesach. Na dłużej.
Zack zacisnął wargi. Nalewał do kubka lurowatą kawę.
- Hotel?
- To także. Kupiłem go od starych. Teraz jest mój.
- Kupiłeś? - Wzruszył ramionami i przysiadł na brzegu biurka.
- Moja rodzina zawsze była inna niż wasza - powiedział sucho Sam. -
Firma właśnie znudziła się mojemu ojcu. Mnie nie. A jak twoi starzy?
- Super. Niewiele brakowało, a byś ich spotkał. Przyjechali na wesele
Ripley i byli tu prawie miesiąc. Już mi się wydawało, że zostaną na
stałe, ale zebrali manatki i pojechali do Nowej Szkocji.
- Szkoda, że ich nie widziałem. Słyszałem, że nie tylko Ripley zmieniła
stan cywilny.
- Taa... - Zack podniósł dłoń i błysnął obrączką. - Miałem nadzieję, że
będziesz na naszym ślubie.
- Żałuję, że nie mogłem. - Jego głos brzmiał szczerze. - Ale cieszę się,
że jesteś szczęśliwy. Naprawdę.
- Wiem. Ucieszysz się jeszcze bardziej, kiedy ją zobaczysz.
- Poznałem już twoją żonę. - Sam spoważniał. - Sądząc po smrodzie tego
świństwa, które pijesz, kawę robi dużo lepiej niż ty.
- Tę zrobiła Ripley.
- Wszystko jedno. I tak powinienem się cieszyć, że twoja Nell nie wylała
mi kawy na głowę.
- A niby dlaczego... och. - Zack wydął policzki. - No jasne, Mia. - Potarł
wierzchem dłoni podbródek. - Nell, Mia i Ripley. W gruncie rzeczy...
Urwał, bo w tym momencie drzwi otworzyły się szeroko i stanęła w nich
Ripley Todd Booke, naładowana energią od czubka głowy aż po podeszwy
schodzonych buciorów. Groźnie wpatrzyła się w Sama. Jej zielone oczy,
takie same jak Zacka, ciskały błyskawice.
- Lepiej późno niż nigdy - powiedziała, ruszając naprzód. - Czekałam na
to jedenaście lat.
Zack przyskoczył do niej i chwycił ją wpół. Znał jej potężny prawy
sierpowy.
- Przestań! - rozkazał. - Przestań natychmiast, do cholery!
- Jeszcze z tego nie wyrosła, co? - mruknął Sam. Wsunął ręce do
kieszeni. Gdyby chciała walnąć go pięścią w twarz, zdążyłby je wyjąć,
żeby się zasłonić.
- Ani trochę. - Zack trzymał ją w powietrzu, a Ripley wierzgała i klęła.
Czapka jej spadła i długie, ciemne włosy zasłoniły twarz. - Sam,
zaczekaj chwilkę. Ripley, uspokój się. Nie zapominaj, że nosisz mundur.
- No to go zdejmę, a potem mu przyłożę. - Zdmuchnęła włosy, które
wchodziły jej w oczy, i spojrzała na Sama. - Należy mu się. Zasłużył
sobie na to.
- Możliwe - zgodził się Sam - ale na pewno nie od ciebie.
- Mia brzydziłaby się obić ci mordę. Ja się nie brzydzę.
Roześmiał się.
- Taką właśnie cię lubię. Wynająłem żółty domek - powiedział do Zacka;
Ripley otworzyła ze zdziwienia usta. - Wpadnij w wolnej chwili. Na piwo.
Zaskoczenie było całkowite, bo nawet nie próbowała go kopnąć, gdy szedł
do drzwi. Już na dworze jeszcze raz popatrzył na miasteczko.
Stary przyjaciel przyjął go ciepło, ale wszystkie trzy kobiety odgrodziły
się od niego murem urazy.
Tak czy owak, znów był w domu; na dobre i na złe.
Rozdział 2
Piekło jest wybrukowane chęciami, pomyślał Sam, i to niekoniecznie
dobrymi.
Zamierzał wedrzeć się z powrotem w życie Mii, choćby miała się złościć,
płakać i rzucać mu w twarz gorzkie słowa. Ma przecież do nich pełne
prawo. A on świetnie to rozumie.
Pogodziłby się z wściekłością, z obelgami i oskarżeniami. Niechby
wyrzuciła z siebie pokłady nagromadzonej niechęci. A potem, oczywiście,
on by tę niechęć przełamał i dopiął swego.
Liczył na to, że jeśli wszystko pójdzie gładko, da się to załatwić w ciągu kilku godzin, w najgorszym wypadku w parę dni.
Znali się od dziecka. Czym było jedenaście lat w porównaniu z więzami
krwi, serca i magicznej mocy?
Nie spodziewał się jednak chłodnej obojętności. Jasne, jest wściekła,
pomyślał, parkując samochód przed domkiem. Ale ukrywa swój gniew pod
grubą, lodowatą tarczą. Żeby ją skruszyć, nie wystarczą uśmiechy,
wyjaśnienia, obietnice ani nawet przeprosiny.
Lulu go zwymyślała, Nell dała mu po nosie, a Ripley pokazała pazury. Mia
nic takiego nie zrobiła, ale upokorzyła go jak żadna z nich.
Bolało go, gdy patrzyła na niego z nieukrywanym lekceważeniem; bolało
tym bardziej, że jej widok obudził w nim wspomnienia, ożywił pragnienia
i pożądanie. I miłość.
Kiedyś kochał ją nieprzytomnie i obsesyjnie. To było źródło, może jedno
z wielu źródeł, jego problemu.
Zastanawiał się nad sytuacją, bębniąc leniwie palcami po kierownicy. Nie
mógł uwierzyć, że już jej nie obchodzi. Zbyt wiele ich łączyło, by teraz
nic po tym nie pozostało.
Gdyby nie było już nic, to skąd się wzięła iskierka, skąd ten błysk w chwili, gdy spotkały się ich dłonie? Sam bezwiednie zacisnął pięści.
Cokolwiek się zdarzy, będzie pamiętał o tej iskierce, ona go poprowadzi.
Z iskierki może wybuchnąć płomień, potrzebny jest tylko upór i wola
działania.
Musi odzyskać Mię, zrobi wszystko, by stawić czoło wyzwaniu. Spiął się.
Zawsze lubił ambitne cele.
Skruszyć lód Mii to jeszcze nie wszystko. Trzeba pokonać pilnującego jej
smoka, a z Lulu nie pójdzie łatwo. No i te dwie damy na flankach - Nell
Todd z jej milczącą dezaprobatą i rozwścieczona Ripley.
Mężczyzna, który wyrusza na wojnę przeciwko czterem kobietom, powinien
mieć dobry plan. A także bardzo grubą skórę. W przeciwnym wypadku
przegra z kretesem.
Trzeba to przemyśleć. Sam wysiadł z samochodu i podszedł do bagażnika.
Miał jeszcze czas, zapewne mniej, niżby chciał w tych okolicznościach,
ale jednak.
Wyjął dwie walizy i ruszył ku domowi. Po chwili się zatrzymał i po raz
pierwszy dokładnie przyjrzał miejscu, w którym miał mieszkać przez
najbliższe tygodnie.
Rzeczywiście, urocza chatka. Ani obejrzane wcześniej fotografie, ani
wspomnienia sprzed lat nie oddawały piękna tego domku. Kiedyś był biały,
przypomniał sobie, i trochę zaniedbany. Żółta farba przydała mu ciepła,
a grządki kwiatów puszczających właśnie wiosenne pędy stwarzały radosny
nastrój. Domyślił się, że to dzieło Mii. Zawsze miała dobry gust i wspaniałą wyobraźnię.
I zawsze wiedziała, czego chce.
Tego też powinien się trzymać.
Domek był oryginalny, malutki i zaciszny. Stał na pięknej działce o krok
od lasku, na tyle blisko morza, że jego szum dochodził tu spoza
pokrytych wczesną zielenią drzew. Dawał poczucie miłego odosobnienia, a jednocześnie można było dojść do miasteczka spacerem w kilka minut.
Świetna inwestycja, pomyślał. Mia zapewne doskonale o tym wie.
Kiedyś bystra dziewczyna, teraz inteligentna kobieta. Postawił walizki
na ganku i wyjął klucze.
Gdy przekroczył próg, zaskoczyła go ciepła, spokojna i przyjazna
atmosfera wnętrza. Jakby zachęcało: wejdź, niech to będzie twój dom. Nie
wyczuwał obecności poprzednich lokatorów, żadnych śladów obcej energii
ani cudzych uczuć.
To z pewnością dzieło Mii. Zawsze była sumienną czarownicą.
Wniósł walizki, po czym rozejrzał się pod domu. Salonik umeblowany był
dość skromnie, ale ze smakiem. W kominku leżały starannie porąbane
polana. Podłoga lśniła, a okna przesłaniały cienkie, koronkowe firanki.
Kobiecy wystrój, pomyślał, ale nie miał nic przeciw temu.
Dwie sypialnie, jedna przytulna, a druga... No cóż, przecież potrzebuje
tylko jednej. A ta łazienka, owszem zadbana i pachnąca czystością, lecz
taka malutka. Dla wysokiego mężczyzny z długimi kończynami to prawdziwy
kłopot.
Kuchnia na tyłach domu była akurat dla niego. Nigdy nie gotował i teraz
też nie zamierzał się tego uczyć. Otworzył drzwi i zobaczył grządki
kwiatów, zieleniące się już zioła, a dalej starannie utrzymany trawnik,
sięgający aż do lasku.
Słyszał szum morza i wiatr, a gdyby wsłuchał się uważnie, doleciałby do
niego także odgłos samochodów jadących do miasteczka, śpiew ptaków i ujadanie rozbawionych psów.
Uświadomił sobie, że jest sam. Co za ulga. Napięcie, które gromadziło
się gdzieś w barkach, zelżało. Nawet nie wiedział, że tak bardzo tęsknił
do samotności. W ostatnich latach prawie jej nie odczuwał. Bo też i nie
szukał jej specjalnie w kołowrocie codziennych zajęć. Absorbowało go
osiąganie kolejnych celów i wywiązywanie się ze stawianych sobie zadań,
a takie ambicje nie dają się pogodzić z luksusem samotności.
Nie zdawał sobie sprawy, że spokoju i samotności pragnął niemal równie
mocno jak Mii. Kiedyś miał jedno i drugie, ale zostawił wszystko i wyjechał. Wyspa, którą w młodości tak łatwo i szybko porzucił, mogła mu
teraz zwrócić i spokój, i Mię.
Z ochotą pospacerowałby po lesie albo po plaży. Mógłby też podjechać
samochodem do starego domu, żeby popatrzeć na urwisko, na zatokę,
zajrzeć do groty, w której on i Mia... Otrząsnął się, odpychając
wspomnienia. Nie pora na sentymenty. Musi załatwić konkretne sprawy.
Telefony, faksy, komputery. Mniejszą sypialnię mógłby wykorzystać na
prywatne biuro, choć zakładał, że główne miejsce pracy urządzi w hotelu.
Czas też zrobić zakupy; oczywiście, gdy tylko pojawi się w miasteczku,
wieść o jego powrocie rozejdzie się lotem błyskawicy.
Będzie, co ma być.
Odwrócił się w drzwiach i poszedł do pokoju rozpakować się i urządzić.
*
Życzliwi przyjaciele są prawdziwym błogosławieństwem, myślała Mia. Albo
przekleństwem. Akurat teraz dwie takie przyjaciółki wparowały do jej
biura.
- Trzeba było kopnąć go w tyłek - stwierdziła Ripley. - I to już
dziesięć lat temu.
Jedenaście, Mia poprawiła ją w myślach. Jedenaście, ale jakie to ma
znaczenie?
- Poczułby się wtedy ważny. - Nell zadarła nos z butną miną. - Lepiej go
zignorować.
- Pijawek się nie ignoruje - warknęła Ripley. - Należy je oderwać i rozdeptać na miazgę.
- No pięknie. - Mia wyprostowała się za biurkiem i popatrzyła na
przyjaciółki. - Nie mam zamiaru ani kopać go w tyłek, ani ignorować.
Wynajął na pół roku żółty domek, a to znaczy, że jest moim lokatorem, a ja gospodynią.
- Możesz zakręcić mu ciepłą wodę - podpowiedziała Ripley.
Mia skrzywiła się.
- Dziecinada. Nie będę robiła głupich kawałów, choćby mnie nawet to
korciło. A zresztą, dlaczego poprzestawać tylko na ciepłej? Ja
odcięłabym mu wodę w ogóle. Tak czy owak - ciągnęła, gdy Ripley
parsknęła śmiechem - jako lokator ma prawo do wszystkiego, co zostało
zawarte w umowie. To po prostu transakcja i tyle.
- Po jaką cholerę sprowadził się tutaj aż na pół roku? - skrzywiła się
Ripley.
- Najwyraźniej chce osobiście doglądać Czarodziejskiego Zajazdu.
Zawsze go lubił, pomyślała Mia. Przynajmniej tak mi się zdawało, bo
przecież porzucił go tak samo jak mnie i wyjechał.
- Oboje jesteśmy dorośli, oboje mamy własne firmy i mieszkamy na tej
samej wyspie. I chociaż tutejszy światek jest mały, myślę, że potrafimy
prowadzić nasze przedsiębiorstwa i żyć obok siebie bez niepotrzebnych
problemów.
Ripley prychnęła.
- Jeśli w to wierzysz, oszukujesz samą siebie.
- Nie pozwolę, żeby znów wdarł się w moje życie. - Głos Mii stwardniał.
- I nie będę niczego zmieniać w moim życiu z tego tylko powodu, że on
jest tutaj. Zresztą zawsze wiedziałam, że wróci.
Ripley już otwierała usta, ale Nell posłała jej ostrzegawcze spojrzenie.
- Racja. A ponieważ niedługo zacznie się sezon, nie będziecie mieli
czasu, by wchodzić sobie wzajemnie w drogę. Wpadniesz do nas wieczorem?
Mam nowy przepis i chętnie go na tobie wypróbuję.
- Wypróbuj go na Zacku. Nie potrzebuję pocieszania ani dopieszczania,
siostrzyczko.
- Mogłybyśmy olać mężczyzn i pójść na kielicha - ożywiła się Ripley. -
To zawsze dobrze robi.
- Kusząca propozycja, ale odpadam. Mam jeszcze sporo do zrobienia w domu, no i muszę się uporać z robotą tutaj.
- Chce, żebyśmy się już wyniosły - powiedziała Ripley.
- Zrozumiałam. - Nell westchnęła. To bardzo smutne, pomyślała, kiedy
chcesz komuś pomóc, ale nie wiesz jak. - Twoja wola. Ale jeśli będziesz
czegoś potrzebowała...
- Wiem, wiem. Na razie czuję się dobrze i nic mi chyba nie grozi.
Wypędziła je i usiadła. Po prostu znieruchomiała na krześle i skrzyżowała ręce na piersiach. Nie była w stanie zmusić się do pracy,
nie mogła udawać, że funkcjonuje normalnie, jak zazwyczaj.
Ma prawo wściekać się i płakać, wymyślać i wygrażać losowi.
Niczego takiego nie zrobi. Nie jest ani słaba, ani bezradna. Pojedzie po
prostu do domu. Wstała, zabrała torebkę i lekki żakiet, w którym
przyszła rano. Przechodząc koło okna, zauważyła Sama.
Wysiadał z czarnego, lśniącego ferrari. Pomyślała, że zawsze lubił
świecidełka. Był w czarnym płaszczu i ciemnym garniturze. Uporządkował
już fryzurę, choć wiatr wciąż bawił się jego włosami. Tak jak ona
kiedyś.
Z teczką w ręce szedł w stronę Czarodziejskiego Zajazdu. Sprawiał
wrażenie człowieka, który dokładnie wie, dokąd zmierza i co chce
osiągnąć.
Odwrócił się i podniósł głowę. Spojrzał bezbłędnie w okno, w którym
stała. Ich oczy spotkały się i Mia poczuła wstrząs i uderzenie gorąca,
które kiedyś podcięłoby jej nogi.
Tym razem jednak nawet się nie poruszyła. Gdy uznała, że jej duma nie
ucierpi, cofnęła się od okna i tak ją widział.
*
Dom działał na nią kojąco. Tak było zawsze. Wprawdzie ten wielki, źle
rozplanowany, kamienny gmach nad urwiskiem mógł wydawać się za duży dla
samotnej kobiety, ale dla Mii był idealny. Nawet kiedy była dzieckiem,
należał bardziej do niej niż do rodziców. Nie przeszkadzało jej ani
odbijające się od ścian echo, ani przeciągi, ani nawet czas, jaki
pochłaniało utrzymanie tak wielkiego i starego budynku.
Zbudowali go jej przodkowie, a teraz należał tylko do niej.
Od czasu, kiedy go przejęła, niewiele się w nim zmieniło. Trochę nowych
mebli, tu i ówdzie zmiana koloru, modernizacja kuchni i łazienek. Ale
ciepła, życzliwa atmosfera pozostała. Dom zachęcał, przyjmował, czekał.
Kiedyś wyobrażała sobie, że będzie tu mieszkać z rodziną. Boże, jak
bardzo chciała mieć dzieci. Dzieci Sama. Jednak z biegiem lat pogodziła
się z faktem, że pewne rzeczy się ma, a innych nie ma, i przeobraziła
dom w ciepłe gniazdko.
Czasami myślała o swoim ogrodzie, tak jak myśli się o dzieciach.
Stworzyła go, poświęcała czas, by o niego dbać, żywić go i kształtować.
A on w zamian dawał jej radość. Kiedy przestawało jej wystarczać jego
delikatne piękno, miała jeszcze dramatyczną scenerię wysokiego klifu i cienisty, tajemniczy las.
Jej zdaniem nie trzeba niczego więcej.
A jednak tym razem nie krzątała się koło kwiatów, nie wybrała się na
urwisko, żeby spojrzeć na morze, ani na spacer do lasu. Poszła prosto ku
schodom, a potem na samą górę, do pokoju w wieży.
Odkryła go, gdy była jeszcze dzieckiem, i od tej pory stał się jej
schronieniem. Tu nigdy nie czuła się samotna, chyba że właśnie tej
samotności szukała. Tutaj dowiedziała się, że posiada moc, i tutaj ją
kształtowała.
Pokój miał półokrągłe ściany i wąskie, wysokie okna zwieńczone łukami.
Wpadał przez nie słoneczny blask późnego popołudnia, malując na ciemnej
drewnianej podłodze złociste plamy. Na ustawionych półkolem pod ścianą
półkach stały narzędzia służące rzemiosłu Mii: garnuszki z ziołami,
słoje pełne kryształów, księgi zaklęć, które należały kiedyś do jej
przodków, i te, które spisała sama.
W starym sekretarzyku przechowywała klonową różdżkę, którą ucięła sama w Samhain, gdy skończyła szesnaście lat, miotłę, najlepszy kielich,
najstarszy nóż athame i bladobłękitną kryształową kulę. Poza tym
świece, oleje, kadzidła i lustro do wróżenia.
Wszystko czekało we wzorowym porządku.
Wzięła, co trzeba, i zrzuciła z siebie suknię. Gdy tylko było to
możliwe, wolała pracować nago.
Nakreśliła magiczny krąg, wzywając swój żywioł - Ogień. Świece, które
zapaliła własnym oddechem, były niebieskie; miały kolor spokoju,
mądrości i opieki.
Kiedyś odprawiała już ten obrzęd, w ostatnich dziesięciu latach zdarzyło
się to kilka razy, zawsze wtedy, gdy czuła, że słabnie jej wola i serce.
Była pewna, że gdyby nie to, nie wiedziałaby o powrocie Sama jeszcze
przed jego przyjazdem na wyspę. Lata względnego spokoju miały swoją
cenę.
Chciała się znów od niego odgrodzić, zablokować przepływ myśli i uczuć
między nimi.
Już nie dotkną się nawzajem, w żaden sposób.
- Moje serce i rozum należą tylko do mnie - zaczęła, zapalając kadzidło
i sypiąc zioła na wodę. - Gdy czuwam i gdy śpię. Co kiedyś dałam
dobrowolnie i z miłością, odbieram z powrotem, by odzyskać spokój.
Dawniej kochankowie, teraz będziemy sobie obcy i nie połączy nas
przeznaczenie. Niech się stanie, tak jak chcę.
Podniosła stulone dłonie, czekając na chłodny powiew spokoju, strumień
ufności, który upewni ją, że rytuał został dopełniony. Spojrzała na
naczynie z wodą i ziołami. Drżało; woda podchodziła aż do brzegów
cichymi, rytmicznymi chlapnięciami.
Zaciskając dłonie w pięści, Mia poskromiła gniew. Skupiła całą swoją
energię i rzuciła magię przeciw magii.
- Mój krąg jest otwarty tylko dla mnie. Twoje sztuczki są głupie i nudne. Nie waż się wchodzić bez zaproszenia.
Pstryknęła palcami - płomienie świec buchnęły w górę i sięgnęły sufitu.
Dym kłębił się, rozchodził i pokrywał powierzchnię wody.
A jednak nie mogła odzyskać spokoju ani panowania nad sobą. Czyżby
odważył się przeciwstawić jej swoją moc? I to w jej własnym domu?
Nic się nie zmienił. Był zawsze aroganckim czarownikiem. A jego
żywiołem, myślała, wściekła na siebie z powodu łzy, której nie umiała
powstrzymać, jest Woda.
Położyła się w swoim kręgu, okryta tylko zasłoną dymu, i gorzko
zapłakała.
*
Plotki na wyspie rozchodziły się szybko. Już następnego ranka wszyscy
mówili tylko o powrocie Sama Logana. O tym, że sprzeda Czarodziejski
Zajazd deweloperom z Massachusetts, stworzy tu wielki ośrodek rozrywki,
zwolni cały personel, wszystkim da podwyżki. Sprzecznym domysłom nie
było końca. Ale co do jednego panowała zgoda: wynajęcie domku właśnie od
Mii Devlin wszyscy uznali za bardzo, ale to bardzo interesujące. Nikt
nie wiedział, co o tym myśleć, lecz sam fakt ekscytował.
Goniąc za nowinkami, mieszkańcy wyspy wpadali pod byle pretekstem do
kawiarni albo zaglądali do hotelowego holu. Nikomu nie przyszło do
głowy, żeby po prostu spytać Sama albo Mię; ludzie tylko czyhali na
sensację. Mieli za sobą długą i nudną zimę.
- Wciąż jest zabójczo przystojny - stwierdziła Hester Burmingham,
pomagając Gladys Macey, która przyszła upchać do torby zakupy na cały
tydzień. - Wpadł tutaj, bardzo wielki i jeszcze bardziej bezczelny.
Powiedział mi "hello", zupełnie jakbyśmy widzieli się tydzień temu.
Gladys, której oczy aż zwęziły się z ciekawości, przygryzła dolną wargę.
- Co kupił?
- Kawę, mleko, płatki. Chleb pełnoziarnisty i masło. Trochę owoców.
Miałam piękne banany, ale nie chciał i wolał drogo zapłacić za świeże
truskawki. Wybrał jeszcze specjalny ser, wziął krakersy i butelkę wody.
Aha, i pudełko soku pomarańczowego.
- Wygląda na to, że nie zamierza sobie gotować ani sprzątać. - Pochyliła
się nad uchem Hester. - Spotkałam Hanka ze sklepu z alkoholem.
Powiedział mi, że Logan kupił u niego wina za pięćset dolarów, a do tego
jeszcze piwo i butelkę szkockiej whisky.
- Pięćset dolarów! - Hester zniżyła głos do szeptu. - Myślisz, że aż tak
się rozpił w Nowym Jorku?
- Nie chodzi o ilość, ale o cenę. - Gladys znów zbliżyła usta do jej
ucha. - Dwie butelki francuskiego szampana i dwie butelki tego drogiego
wina, które lubi, no, wiesz kto.
- Kto?
Gladys podniosła oczy ku niebu.
- Mia Devlin. A któż by inny, na miłość boską!
- Słyszałam, że wyrzuciła go z księgarni.
- Nic podobnego. Po prostu sam wszedł i sam wyszedł. Wiem to od Lisy
Bigelow, która jadła tam właśnie lunch z kuzynką z Portland. Lisa
spotkała się z moją synową na stacji benzynowej i wszystko jej
opowiedziała.
- No, cóż... - Hester bardziej podobała się pierwsza wersja. - Myślisz, że
Mia rzuci na niego urok?
- Hester! Wiesz, że Mia nie rzuca uroków. Coś takiego. - Gladys się
roześmiała. - Ale warto byłoby dowiedzieć się, co właściwie robi. Chyba
zaniosę te zakupy do domu i pójdę na kawę. Przy okazji kupię jakąś
książkę.
- Zadzwonisz, jak się czegoś dowiesz?
Gladys pchnęła naładowany wózek i mrugnęła do niej.
- Masz to jak w banku.
*
Sam wiedział oczywiście, że biorą go na języki. Byłby wręcz zawiedziony,
gdyby było inaczej. Tak jak się spodziewał, twarze kierowników działów,
których wezwał na poranne zebranie, wyrażały niechęć i ciekawość.
Lęk trochę zmalał, gdy stało się jasne, że nie będzie wielu zwolnień.
Wzrosła za to niechęć, gdy Sam oświadczył, że zamierza osobiście
kierować hotelem, a na dodatek planuje pewne zmiany.
- W sezonie mamy przepełnienie. Ale poza sezonem gości jest znacznie
mniej, czasem nawet zajętych jest ledwie trzydzieści procent miejsc.
Kierownik handlowy poruszył się na krześle.
- Zimą na wyspie interesy idą kiepsko. Zawsze tak było.
- Nie obchodzi mnie, jak było zawsze - głos Sama brzmiał chłodno. -
Musimy zwiększyć liczbę gości poza sezonem do sześćdziesięciu pięciu
procent. Osiągniemy to, proponując atrakcyjniejszą ofertę organizatorom
konferencji i narad, a także zachęcając ludzi do przyjazdów na weekendy
i na pobyty tygodniowe. Wkrótce wszyscy państwo dostaniecie moje pismo w tej sprawie. Dalej - ciągnął, przewracając kartki notesu. - Sporo
pokojów wymaga odnowienia i zmiany wystroju. Zaczniemy w przyszłym
tygodniu od drugiego piętra. - Spojrzał na kierownika działu rezerwacji.
- Proszę to uwzględnić. - Nie czekając na odpowiedź, przewrócił kolejną
kartkę. - W ostatnich miesiącach mamy stały spadek obrotów w restauracji. Wszystko wskazuje na to, że kawiarnia zabiera nam klientów.
- Czy można? - Niewysoka brunetka chrząknęła i poprawiła okulary w ciemnej oprawce.
- Słucham. Przepraszam, jak się pani nazywa?
- Stella Farley. Jestem kierowniczką restauracji. Jeśli mam być szczera,
nigdy nie będziemy konkurencyjni wobec kawiarni i Nell Todd. Gdybym
mogła...
Przerwała, gdy podniósł palec.
- Nie chcę słyszeć słowa " nigdy".
Nabrała powietrza.
- Pan wybaczy, ale ja byłam na wyspie przez ostatnie dziesięć miesięcy,
a pan nie.
Zapadła głęboka cisza, jakby wszyscy wstrzymali oddech. Po chwili Sam
kiwnął głową.
- Zrozumiałem. I czegóż to dowiedziała się pani przez te ostatnie
dziesięć miesięcy?
- Że jeśli chcemy odzyskać klientów i zwiększyć obroty w porze śniadania
i lunchu, powinniśmy wprowadzić coś zupełnie innego. Kawiarnia proponuje
niezobowiązujący, swobodny nastrój i domowe, codzienne menu. Luz i, no
właśnie, fantastyczne jedzenie. My musimy stworzyć alternatywę.
Elegancko, wytwornie, romantyczny nastrój, specjalna atmosfera do
spotkań ludzi biznesu czy do ważnej randki. Jesienią posłałam pańskiemu
ojcu list z propozycjami, ale...
- Teraz ja kieruję hotelem, a nie mój ojciec. - Powiedział to swobodnie,
stanowczo, bez cienia urazy. - Proszę o notatkę jeszcze dzisiaj.
- Oczywiście.
- Jeśli ktoś jeszcze zwracał się w ostatnim roku z jakimiś pomysłami czy
propozycjami do mojego ojca, proszę w tym tygodniu o wszystkim mnie
powiadomić. Chcę, żeby sprawa była jasna: teraz właścicielem jestem ja.
Właścicielem i szefem. Zastrzegam sobie prawo podejmowania decyzji, ale
oczekuję też od was współpracy. Za parę dni wszyscy dostaną ode mnie
stosowne pisma. Proszę o odpowiedź w ciągu czterdziestu ośmiu godzin.
Dziękuję państwu.
Patrzył, jak wychodzą. Jeszcze drzwi się nie zamknęły, a już szeptali i mamrotali coś do siebie.
Została tylko jedna kobieta. Także brunetka, pod sześćdziesiątkę, w prostym granatowym kostiumie i w pantofelkach. W hotelu przepracowała
ponad czterdzieści lat. Zdjęła okulary, zamknęła notatnik i splotła
dłonie.
- Czy to już wszystko, panie dyrektorze?
Sam uniósł brew.
- Dawniej mówiła pani do mnie Sam.
- Dawniej nie byłeś moim szefem.
- Pani Farley... - Szeroko otworzył oczy. - Czy to była pani córka?
Stella? Do diabła.
- Nie przeklinaj w biurze - powiedziała sucho.
- Przepraszam. Po prostu nie skojarzyłem. Gratuluję - dodał. - Tylko ona
jedna miała odwagę zaproponować coś rozsądnego.
- Uczyłam ją niezależności. Oni się ciebie boją. - Szef czy nie,
wszystko jedno, pomyślała, przecież znam go od dziecka. Skoro moja córka
odważyła się powiedzieć, co myśli, to mogę i ja. - Większość ludzi,
którzy byli w tym pokoju, nigdy nie widziała żadnego z Loganów. Nie
wiem, czy to dobrze, czy źle, ale przynajmniej od dziesięciu lat ten
hotel był kierowany przez pełnomocników. - Ton jej głosu nie pozostawiał
jednak wątpliwości, że jej zdaniem było to złe. - A teraz zjawiasz się
nagle nie wiadomo skąd i robisz zamieszanie. Zawsze lubiłeś mieszać.
- To jest mój hotel i trzeba nim potrząsnąć.
- Nie przeczę. Loganowie za mało się nim zajmowali.
- Mój ojciec...
- Teraz jesteś ty - przypomniała. - Nie używaj ojca jako wymówki, skoro
przed chwilą sam powiedziałeś, że jesteś szefem.
Nie zaprotestował, choć mu dopiekła.
- W porządku. W takim razie umówmy się, że teraz jestem tu, zajmuję się
hotelem i nie szukam wymówek.
- Świetnie. - Znów otwarła notatnik. - Witaj w domu.
- Dziękuję. A więc - wstał i podszedł do okna - startujemy. Dekoracje z kwiatów... - zaczął dyktować.
Pracował czternaście godzin bez przerwy, jadł, co popadnie, nie
wychodząc z biura. Zależało mu na tym, by jego firma miała mocne związki
z lokalnym rynkiem, spotkał się więc osobiście z właścicielem miejscowej
firmy budowlanej i przejrzał jego propozycje dotyczące modernizacji.
Swojemu asystentowi polecił zamówić nowe wyposażenie biurowe i umówił
się na spotkanie z szefem firmy turystycznej.
Jeszcze raz dokładnie przejrzał swoje pomysły i propozycje, sprawdził
wszystko pod kątem finansów. Wiedział teraz, ile pieniędzy i czasu
pochłonie realizacja jego planów. Zdawał sobie sprawę, że jest to bieg
na długi dystans, i był na to przygotowany.
Nie wszystkim będzie to odpowiadało, przyznawał w duchu, kończąc dzień
pracy i rozcierając zesztywniały kark. Na przykład Mii.
Był rad, że wziął na siebie tyle pracy. Dzięki temu nie miał czasu, by
wciąż o niej myśleć.
A jednak niezupełnie mu się to udało. Pamiętał, jak poprzedniego dnia
poczuł w sobie echo jej mocy. Odepchnął je i na moment przedarł się do
niej. Zobaczył ją wyraźnie, jak klęczy w swoim pokoju w wieży, oblana
złotym światłem, z włosami opadającymi na ramiona.
Widział jej znamię, mały pentagram na udzie.
I właśnie to nagłe ukłucie pożądania sprawiło, był tego pewien, że
zdołała błyskawicznie i bez trudu zerwać więź pomiędzy nimi.
Niezależnie od wszystkiego nie wolno mu tak wdzierać się w jej życie.
Postąpił obrzydliwie i po chamsku, pożałował tego natychmiast.
Oczywiście musi ją przeprosić. Istnieją przecież jakieś normy
zachowania, nie wolno ich łamać, nie usprawiedliwia tego ani zażyłość,
ani uraza.
Najlepiej zrobić to natychmiast. Wetknął do teczki najpilniejsze
papiery. Porozmawia z Mią, a potem kupi coś gotowego na ząb i dokończy
pracę w domu, przy jedzeniu.
Chyba że Mia zgodzi się zawrzeć pokój i przyjmie zaproszenie na wspólną
kolację. Wówczas papiery poczekają.
Wyszedł z hotelu w tym samym momencie, gdy po drugiej stronie ulicy
pojawiła się Mia, która właśnie skończyła pracę w księgarni. Kompletnie
zaskoczeni przystanęli na chwilę, po czym Mia odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę małego, eleganckiego kabrioletu.
Popędził przez ulicę, żeby ją złapać, zanim wsiądzie.
- Mia. Zaczekaj.
- Idź do diabła.
- Pójdę, ale najpierw cię przeproszę. - Zatrzasnął drzwi samochodu,
które zdążyła już otworzyć. - Źle postąpiłem i nic mnie nie
usprawiedliwia.
Była zaskoczona, ale nie zmiękła.
- Nie pamiętam, żebyś kiedykolwiek tak spieszył się z przepraszaniem. -
Wzruszyła lekko ramionami. - Dobrze. Przyjęłam przeprosiny. A teraz
spadaj.
- Daj mi pięć minut.
- Nie.
- Tylko pięć minut. Przejdźmy się. Przez cały dzień byłem zamknięty w biurze i marzę o świeżym powietrzu.
Nie chciało jej się z nim szamotać przy drzwiach samochodu. Ośmieszyłaby
się w oczach ludzi, którzy udawali, że wcale się nie gapią.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki