Proste rozwiązania - Paulina Wysocka - Morawiec

Kup ebooka

42.90 zł
35.61 zł (36,47 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

OSIEM LAT WCZE­ŚNIEJ

Ze­gar na ścia­nie od­mie­rzał jej ostat­nie mi­nu­ty w tym miej­scu. Była tego pew­na. Nie za­mie­rza­ła wra­cać. Już daw­no obie­ca­ła so­bie, że cho­ćby nie wia­do­mo jak ją ku­si­ło, ni­g­dy nie przyj­dzie po po­moc, radę ani na nie­zo­bo­wi­ązu­jącą po­ga­węd­kę.

Miesz­ka­ła w bi­du­lu dzie­si­ęć lat i z czy­stym su­mie­niem mo­gła po­wie­dzieć, że nie było to do ko­ńca złe miej­sce. Było cie­pło, czy­sto, a po­si­łki cze­ka­ły na nią o sta­łych po­rach. Opie­ku­no­wie też nie byli źli. Choć po­tra­fi­li być su­ro­wi, ni­g­dy nie pod­nie­śli na nią ręki. Nie mo­gła na­rze­kać. Mia­ła tu do­bre ży­cie. Przy­naj­mniej we­dług jej stan­dar­dów.

Nie chcia­ła wra­cać, bo to miej­sce przy­po­mi­na­ło jej, kim była i skąd po­cho­dzi­ła, a ona za wszel­ką cenę chcia­ła za­po­mnieć. Z oślim upo­rem wy­pie­ra­ła wspo­mnie­nia z cza­su, któ­ry spędzi­ła w domu, ale one wra­ca­ły jak bu­me­rang. Wra­ca­ła mat­ka z roz­czo­chra­ną czu­pry­ną i pod­puch­ni­ęty­mi ocza­mi, któ­ra wo­la­ła ku­pić wód­kę i faj­ki niż je­dze­nie. Wra­cał oj­ciec w po­pla­mio­nym pod­ko­szul­ku, nie­ogo­lo­ny, z kwa­śnym po­al­ko­ho­lo­wym od­de­chem i ka­blem w dło­ni. Jej dzie­ci­ństwo ogra­ni­cza­ło się do smro­du, gło­du, stra­chu, wrza­sków, si­nia­ków i wsty­du. Wstyd był naj­gor­szy, dręczył ją ka­żde­go dnia od roz­po­częcia szko­ły.

Jej ró­wie­śni­cy mie­li czy­ste, wy­pra­so­wa­ne ubra­nia, a ona no­si­ła nie­do­pra­ne i przy­ma­łe szma­ty z lum­pek­su. Na prze­rwach przy­gląda­ła się ich pu­de­łkom śnia­da­nio­wym. Były wy­pcha­ne po brze­gi sma­ko­ły­ka­mi. Ona cie­szy­ła się, kie­dy w ob­dar­tym ple­ca­ku mia­ła sczer­stwia­ły chleb z ka­wa­łkiem prze­ple­śnia­łe­go sera. Trzy­ma­ła się na ubo­czu, ale i tak sły­sza­ła ich szep­ty za ple­ca­mi. Śmia­li się z niej, a ona nic nie mo­gła na to po­ra­dzić. Czu­ła się gor­sza.

Nie szu­ka­ła przy­ja­źni u tych lep­szych, bo bała się od­rzu­ce­nia, a z po­dob­ny­mi so­bie wo­la­ła się nie za­da­wać. Wte­dy przy­zna­ła­by przed ca­łym świa­tem, że jest taka jak oni, a nie chcia­ła być. Nie szu­ka­ła po­mo­cy, bo w nią nie wie­rzy­ła. Prze­my­ka­ła po­mi­ędzy in­ny­mi ni­czym cień, za­wsze z ni­sko spusz­czo­ną gło­wą. Po ci­chut­ku ma­rzy­ła, że kie­dyś jej ży­cie się zmie­ni, sta­nie się nor­mal­ne.

Nikt nie zwra­cał uwa­gi na przy­ma­łe ubra­nia z lum­pek­su, na brak dru­gich śnia­dań. Ona sama ukry­wa­ła si­ńce, w my­ślach dzi­ęku­jąc ojcu, że nie zwy­kł bić w twarz. Przy­naj­mniej za to była mu wdzi­ęcz­na. Do­pó­ki trzy­ma­ła się z boku, ci­chut­ka jak mysz­ka, nikt nie za­wra­cał so­bie nią gło­wy. Cza­sa­mi za­sta­na­wia­ła się, czy gdy­by prze­sta­ła po­ja­wiać się w szko­le, kto­kol­wiek by to za­uwa­żył. Bała się, że nie.

Wszyst­ko się zmie­ni­ło, kie­dy za­sła­bła na sali gim­na­stycz­nej. Wła­śnie bie­gli czwar­te okrąże­nie, gdy za­ćmi­ło jej się przed ocza­mi. Obu­dzi­ła się w ga­bi­ne­cie hi­gie­nist­ki. Sły­sza­ła przy­tłu­mio­ne gło­sy na­uczy­ciel­ki i dy­rek­to­ra. Roz­ma­wia­li o niej. Pó­źniej było po­go­to­wie, po­li­cja, a w ko­ńcu po­go­to­wie opie­ku­ńcze. Pa­mi­ęta­ła strach prze­mie­sza­ny z ulgą, gdy się do­wie­dzia­ła, że w naj­bli­ższym cza­sie nie wró­ci do domu. Wte­dy po raz pierw­szy so­bie przy­rze­kła, że zro­bi wszyst­ko, by stać się nor­mal­nym czło­wie­kiem.

Wszyst­ko było nowe, nie­zna­ne i choć mia­ła pe­łny brzuch i czy­ste ubra­nia, szyb­ko za­tęsk­ni­ła za ro­dzi­ca­mi. Byli, jacy byli, ale tam­to ży­cie zna­ła, a oni byli jej. Roz­łąka za­bo­la­ła bar­dziej, niż się tego spo­dzie­wa­ła. Ro­dzi­ce zda­wa­li się nie po­dzie­lać jej uczuć. Nie wal­czy­li o nią. Przez dzie­si­ęć dłu­gich lat ani razu się nią nie za­in­te­re­so­wa­li. Nie przy­szli do niej, nie przy­sła­li ni­cze­go. A ona cier­pia­ła. Mi­nęło spo­ro cza­su, za­nim ja­ki­mś cu­dem uda­ło jej się prze­kuć tęsk­no­tę w nie­na­wi­ść. Sto­jąc przed ga­bi­ne­tem swo­jej wy­cho­waw­czy­ni, czu­ła do nich już tyl­ko wstręt.

Za­pu­ka­ła i pchnęła drzwi. Po­miesz­cze­nie przy­po­mi­na­ło bar­dziej klit­kę niż ga­bi­net. Trzy ści­śni­ęte obok sie­bie biur­ka, roz­pa­da­jąca się kse­ro­ko­piar­ka w kącie i wiel­ka sza­fa pe­łna te­czek. Mimo to San­dra lu­bi­ła tam przy­cho­dzić. To było bez­piecz­ne miej­sce, gdzie za­wsze wi­ta­no ją ze spo­ko­jem i wy­ro­zu­mia­ło­ścią.

Ko­bie­ta za biur­kiem otak­so­wa­ła ją wzro­kiem. Mia­ła oko­ło pi­ęćdzie­si­ęciu lat i nie­zwy­kle su­ro­wy wy­raz twa­rzy. Wszy­scy nowi się jej bali, aż w ko­ńcu do­cie­ra­ło do nich, że pod tą po­wło­ką kry­je się do­bra oso­ba. Wy­star­czy­ło, by kąci­ki jej ust unio­sły się lek­ko w górę, ca­łko­wi­cie od­mie­nia­jąc jej ob­li­cze. Wiel­ka szko­da, że ro­bi­ła to tak rzad­ko.

- Wi­dzę, że je­steś go­to­wa. - Ko­bie­ta za­trzy­ma­ła spoj­rze­nie na sta­rej tor­bie w ręku dziew­czy­ny. - Po­staw ją pod ścia­ną i sia­daj. Na­pi­jesz się her­ba­ty?

- Nie, dzi­ęku­ję.

Wy­cho­waw­czy­ni ski­nęła gło­wą. Si­ęgnęła po jed­ną z te­czek i za­częła prze­glądać jej za­war­to­ść, choć do­brze zna­ła tre­ść ka­żde­go do­ku­men­tu.

- San­dra - za­częła, wra­ca­jąc spoj­rze­niem do dziew­czy­ny. - Twój plan usa­mo­dziel­nie­nia jest bar­dzo am­bit­ny i wiesz, że w zu­pe­łno­ści go po­pie­ram, ale... - Za­wie­si­ła głos, jak­by bała się kon­ty­nu­ować. - Czy je­steś pew­na, że so­bie po­ra­dzisz?

Dziew­czy­na zda­wa­ła so­bie spra­wę, że to py­ta­nie ma dru­gie dno. Tak na­praw­dę ko­bie­ta oba­wia­ła się, że ko­lej­na pod­opiecz­na szyb­ko się pod­da i z bra­ku wy­jścia wró­ci do domu. Ale San­dra wie­dzia­ła, że tak się nie sta­nie. Będzie wal­czyć i zro­bi wszyst­ko, co ko­niecz­ne, by jej ży­cie w ko­ńcu za­częło wy­glądać tak, jak tego chcia­ła.

- Pro­szę się nie mar­twić. Wszyst­ko do­kład­nie prze­my­śla­łam. Na po­cząt­ku za­trzy­mam się u Be­aty, a pó­źniej po­szu­kam ja­kie­goś po­ko­ju. Przy­naj­mniej do cza­su, aż nie przy­dzie­lą mi miesz­ka­nia. Mam już za­kle­pa­ną po­sa­dę w jed­nej re­stau­ra­cji. Nic spe­cjal­ne­go, ale nie będzie ko­li­do­wać ze szko­łą i po­zwo­li ja­koś zwi­ązać ko­niec z ko­ńcem.

Ko­bie­ta po­pa­trzy­ła na nią ze wspó­łczu­ciem.

- Je­śli cho­dzi o przy­dział lo­ka­lu... - Zno­wu zer­k­nęła w kart­ki. - Nie­ste­ty mo­żesz tro­chę po­cze­kać.

San­dra ski­nęła. Nie była zdzi­wio­na. Wi­ęk­szo­ść z nich mu­sia­ła cze­kać.

- Jak dłu­go?

- Co naj­mniej trzy lata - po­wie­dzia­ła wy­cho­waw­czy­ni z taką skru­chą, jak­by oso­bi­ście za to od­po­wia­da­ła.

Dziew­czy­na mia­ła ocho­tę się ro­ze­śmiać. I oto wła­śnie ko­lej­na rysa na ide­al­nym sys­te­mie tego kra­ju - po­my­śla­ła.

- Po­cze­kam - od­po­wie­dzia­ła spo­koj­nie i prze­su­nęła się na krze­śle. - Pani Bon­cal, mam pro­śbę.

Ko­bie­ta splo­tła ze sobą ręce, po­ło­ży­ła je na biur­ku. Utkwi­ła spoj­rze­nie w swo­jej pod­opiecz­nej. W jej oczach bły­snęła iskra na­dziei, że będzie mo­gła ja­koś po­móc ko­lej­ne­mu dziec­ku, któ­re sys­tem bez­li­to­śnie wy­rzu­cał na sam śro­dek oce­anu do­ro­sło­ści.

- Słu­cham.

- Gdy­by ktoś z mo­jej ro­dzi­ny o mnie py­tał, pro­szę nie zdra­dzać im, gdzie je­stem, do­brze?

Ko­bie­ta wy­gi­ęła war­gi w nie­znacz­nym uśmie­chu. Był tak de­li­kat­ny, że przy­po­mi­nał bar­dziej gry­mas niż ozna­kę ra­do­ści, ale mimo to roz­ja­śnił jej twarz.

- Oczy­wi­ście.

- Dzi­ęku­ję. Czy mogę już...? - San­dra zer­k­nęła na drzwi.

- Po­cze­kaj. Za­nim wyj­dziesz, chcia­łam ci tyl­ko po­wie­dzieć, że w cie­bie wie­rzę. Wi­dzę, że wiesz, cze­go chcesz, i do tego dążysz. Je­steś do­brą i mądrą dziew­czy­ną, ale pro­szę, uwa­żaj na sie­bie. Cza­sem najła­twiej­sze wy­jścia nie są tymi naj­lep­szy­mi, a gdy coś się nie uda­je, nie war­to się tego wsty­dzić. Trze­ba scho­wać dumę do kie­sze­ni i zwró­cić się po po­moc, ro­zu­miesz?

Dziew­czy­na ski­nęła gło­wą. Ro­zu­mia­ła aż za do­brze, ale już po­sta­no­wi­ła, że ni­g­dy wi­ęcej nie prze­kro­czy pro­gu tego bu­dyn­ku, a ona za­wsze do­trzy­my­wa­ła sło­wa da­ne­go sa­mej so­bie.

- I pa­mi­ętaj, żeby co pół roku do­star­czać za­świad­cze­nie o kon­ty­nu­owa­niu na­uki. Wiem, że le­d­wie po­nad pi­ęćset zło­tych to nie­wie­le, ale lep­sze to niż nic.

Ko­bie­ta wsta­ła i obe­szła biur­ko. Po­ło­ży­ła dło­nie na ra­mio­nach San­dry.

- Mam na­dzie­ję, że wszyst­ko uło­ży się tak, jak so­bie wy­ma­rzy­łaś. Chcia­ła­bym mieć wi­ęcej ta­kich wy­cho­wan­ków.

Dziew­czy­na mia­ła wra­że­nie, że oczy ko­bie­ty za­szły mgłą. Ona sama nie czu­ła wzru­sze­nia. Je­dy­ne, co jej to­wa­rzy­szy­ło, to nie­pew­no­ść i strach przed po­ra­żką. Zmu­si­ła się do uśmie­chu.

- Dzi­ęku­ję.

Wsta­ła i ob­jęła ko­bie­tę ra­mio­na­mi. Czu­ła, że obie wła­śnie tego po­trze­bu­ją. Wy­cho­waw­czy­ni od­sy­ła­ła na­stęp­ne dziec­ko w nie­zna­ne, a San­dra bez­pow­rot­nie że­gna­ła się z ko­lej­nym eta­pem swo­je­go ży­cia. To­nąc w zna­jo­mym za­pa­chu per­fum, pró­bo­wa­ła wmó­wić so­bie, że to dla niej nic nie zna­czy.

Kil­ka se­kund pó­źniej po­de­szła do swo­jej tor­by i znik­nęła za drzwia­mi, ani razu nie ogląda­jąc się za sie­bie.

OBEC­NIE

San­dra za­mknęła oczy i za­klęła siar­czy­ście. Mia­ła ocho­tę znik­nąć. Wci­ągnęła do płuc tyle po­wie­trza, ile była w sta­nie, a pó­źniej wy­pu­ści­ła je usta­mi. Po­wo­li, bar­dzo po­wo­li. Ręce na kie­row­ni­cy na­dal się trzęsły, ale czu­ła się odro­bi­nę le­piej. Na tyle, by uchy­lić jed­no oko i spoj­rzeć we wstecz­ne lu­ster­ko. Jęk­nęła.

Jak to się sta­ło, że wcze­śniej nie za­uwa­ży­ła tego sa­mo­cho­du? Par­king był opu­sto­sza­ły, a lśni­ące­go czar­ne­go mer­ce­de­sa nie spo­sób było prze­oczyć. Dla­cze­go więc tego wie­czo­ru gdzieś jej umknął? Wie­dzia­ła. Jak co dzień wy­szła jako jed­na z ostat­nich. Ści­ska­ła tor­bę ze słu­żbo­wym lap­to­pem w dło­ni, ale my­śla­mi na­dal była przy swo­im od­kry­ciu. Jako je­dy­na z dzia­łu IT do­strze­gła, że ktoś pró­bo­wał obe­jść za­bez­pie­cze­nia sys­te­mu. Oczy­wi­ście nic z tego nie wy­szło, ale nie umknęło jej, że mia­ła do czy­nie­nia z fa­chow­cem. Ka­żdy inny laik na­ro­bi­łby ba­ła­ga­nu, a jego nie wy­krył sys­tem mo­ni­to­rin­gu. Po tym ata­ku zo­stał tyl­ko po­dej­rza­ny log sys­te­mo­wy. Tak nie­win­ny ślad, że nie­mal sama go prze­oczy­ła.

Ery­ka, jej prze­ło­żo­ne­go, już nie było, więc ru­szy­ła pro­sto do pre­ze­sa. Wie­dzia­ła, że za­wsze opusz­cza fir­mę ostat­ni, zu­pe­łnie jak­by poza nią nie miał in­ne­go ży­cia. Tak jak ona.

Biu­ro SM So­lu­tions wy­da­wa­ło się ob­uma­rłe. Wo­kół pa­no­wa­ła gro­bo­wa ci­sza. Nie było ko­jące­go szu­mu kom­pu­te­rów, gwa­ru roz­mów ani na­wet ci­chej mu­zycz­ki gra­jącej w tle. Mi­ja­ła opusz­czo­ne bok­sy po­grążo­ne w pó­łm­ro­ku. Pró­bo­wa­ła po­ha­mo­wać drże­nie dło­ni. Ko­la­na mia­ła za­ska­ku­jąco mi­ęk­kie, a w ustach su­szę. Stre­so­wa­ła się i była o to na sie­bie wście­kła.

To­masz Ma­lic­ki od sa­me­go po­cząt­ku ją onie­śmie­lał. I wca­le nie cho­dzi­ło o to, że był od niej star­szy o de­ka­dę, ro­sły jak dąb i nie­zwy­kle przy­stoj­ny. To mo­gła znie­ść. Pro­ble­mem była jego po­sta­wa. Za­wsze stał sztyw­no, ema­no­wał spo­ko­jem, któ­re­go jej bra­ko­wa­ło, i ni­g­dy się nie uśmie­chał, a przy­naj­mniej ona ni­cze­go ta­kie­go nie wi­dzia­ła, choć pra­co­wa­ła w jego fir­mie już dwa lata. Swo­ją po­wa­gą przy­po­mi­nał San­drze jej wy­cho­waw­czy­nię z bi­du­la, z tą ró­żni­cą, że pani Bon­cal nie­kie­dy po­zwa­la­ła so­bie na lek­kie wy­gi­ęcie warg i cie­płe spoj­rze­nie, on nie. Za ka­żdym ra­zem, gdy go spo­ty­ka­ła, czu­ła się jak mała, roz­trze­pa­na dziew­czyn­ka. Stre­so­wał ją i w grun­cie rze­czy cie­szy­ła się, że ni­g­dy nie zwra­cał na nią uwa­gi. Bała się, że gdy­by kie­dyś się do niej ode­zwał, ona chlap­nęła­by coś na­praw­dę głu­pie­go i ca­łko­wi­cie ośmie­szy­ła w jego oczach. Z ja­kie­goś dziw­ne­go po­wo­du nie chcia­ła, by my­ślał o niej źle.

Ni­g­dy na­wet nie prze­szło jej przez myśl, że kie­dy­kol­wiek sama do nie­go pój­dzie, i to z wła­snej, nie­przy­mu­szo­nej woli. Ale bez­pie­cze­ństwo fir­my było wa­żniej­sze niż jej ir­ra­cjo­nal­ny strach przed prze­ło­żo­nym. Bo prze­cież w grun­cie rze­czy po­zo­sta­wał zwy­kłym czło­wie­kiem, a nie ja­ki­mś bo­giem, praw­da?

Była już w po­ło­wie dro­gi do jego ga­bi­ne­tu, gdy usły­sza­ła krzyk. Po­zna­ła jego głos, ale pierw­szy raz była świad­kiem, gdy go pod­nió­sł. Po jej kręgo­słu­pie prze­mknął nie­kon­tro­lo­wa­ny dreszcz, któ­ry po­zo­sta­wił na skó­rze gęsią skór­kę.

Zro­bi­ła kil­ka kro­ków w przód. W swo­ich spor­to­wych bu­tach po­ru­sza­ła się po wy­kła­dzi­nie ci­cho ni­czym nin­ja.

- To nie wcho­dzi w grę, Lili! Sko­ro sam spie­przył, niech te­raz sam to na­pra­wia! - wrza­snął i za­mil­kł na krót­ką chwi­lę. - Sama wy­szłaś za tego idio­tę. W kó­łko po­wta­rza­łaś, że to jest two­je ży­cie i masz pra­wo de­cy­do­wać, więc te­raz nie miej pre­ten­sji do mnie. - Mó­wił już spo­koj­niej, ale na­dal był wzbu­rzo­ny. - Jezu, nie płacz. Nie za­po­mi­naj, że to on pierw­szy zo­sta­wił mnie sa­me­go. Na­wet pal­cem nie kiw­nął, żeby mi po­móc. - Prych­nął. - Ża­łu­je? W du­pie to mam, Lili. Nie wsta­wię się za nim u ni­ko­go, a już szcze­gól­nie u Ko­ściel­skie­go. Niech ra­dzi so­bie sam. Mo­żesz mu to prze­ka­zać.

San­dra usły­sza­ła trzask, do­syć gło­śne prze­kle­ństwo i w ko­ńcu od­głos kro­ków. Za­wró­ci­ła na pi­ęcie i czym prędzej po­bie­gła do po­ko­ju zaj­mo­wa­ne­go przez dział IT. Szyb­ko scho­wa­ła lap­to­pa do tor­by, zdjęła z wie­sza­ka dre­so­wą blu­zę i po­gna­ła do wy­jścia, mo­dląc się w du­chu, by po dro­dze nie wpa­ść na pre­ze­sa.

Nie była win­na, że usły­sza­ła jego pry­wat­ną roz­mo­wę, ale mimo wszyst­ko czu­ła się z tym źle. Poza tym nie za­mie­rza­ła się do nie­go zbli­żać, gdy był tak wzbu­rzo­ny. Do tej pory za­wsze, na­wet w kry­zy­so­wej sy­tu­acji, ema­no­wał spo­ko­jem. Taki To­masz Ma­lic­ki ją onie­śmie­lał, ale zdąży­ła się już do tego przy­zwy­cza­ić, na­to­miast wście­kły po pro­stu ją prze­ra­żał. Nie mia­ła w so­bie do­sta­tecz­nie wie­le od­wa­gi, by do nie­go iść, szcze­gól­nie że nie nio­sła ze sobą do­brych wia­do­mo­ści. Po­sta­no­wi­ła, że z sa­me­go rana prze­ka­że swój ra­port Ery­ko­wi, a on za­ła­twi resz­tę.

We­szła do sa­mo­cho­du, wrzu­ci­ła wstecz­ny i tym spo­so­bem ude­rzy­ła w mer­ce­de­sa Ma­lic­kie­go.

Gdy wzi­ęła się w ga­rść, pod­je­cha­ła do przo­du i wy­sia­dła. Swo­je­go auta nie za­szczy­ci­ła na­wet spoj­rze­niem. I tak nie było już pierw­szej mło­do­ści. Jed­no stłu­cze­nie nie spra­wia­ło wiel­kiej ró­żni­cy. Za to nie­mal nowy sa­mo­chód pre­ze­sa miał te­raz wy­ra­źne wgnie­ce­nie w ka­ro­se­rii. Nie tak duże, ale wi­docz­ne. Do tego spo­re za­dra­pa­nie na la­kie­rze. San­dra opa­rła się o swój ba­ga­żnik. Mia­ła ocho­tę za­pła­kać.

Orien­to­wa­ła się, że ta­kie sa­mo­cho­dy mają ci­chy alarm. Pew­nie Ma­lic­ki już wie­dział, że coś sta­ło się z jego au­tem. Ocza­mi wy­obra­źni wi­dzia­ła go, jak kro­czy ko­ry­ta­rzem wy­pro­sto­wa­ny i gro­źny. Wstrząsnął nią strach i coś jesz­cze, o czym wo­la­ła nie my­śleć.

Ro­zej­rza­ła się do­oko­ła. Nie było ni­ko­go. Żad­nych świad­ków. Wie­dzia­ła też, że ka­me­ra w rogu ni­cze­go nie za­re­je­stro­wa­ła, bo już trze­ci dzień cze­ka­ła na ser­wis. Mo­gła uciec. Nikt by się nie zo­rien­to­wał, że to ona, ale...

Nie mo­gła. Kil­ka lat temu obie­ca­ła so­bie, że już za­wsze będzie po­stępo­wać wła­ści­wie. Sko­ńczy z cho­dze­niem na skró­ty. Jej wy­cho­waw­czy­ni mia­ła ra­cję. Pro­ste roz­wi­ąza­nia nie za­wsze były naj­wła­ściw­szy­mi. San­dra ża­ło­wa­ła, że za­miast uwie­rzyć jej na sło­wo, mu­sia­ła prze­ko­nać się o tym na wła­snej skó­rze.

Ode­pchnęła się od sa­mo­cho­du i zre­zy­gno­wa­na po­czła­pa­ła w stro­nę we­jścia do biu­row­ca.

Nie­mal zde­rzy­ła się z nim w drzwiach. Bąk­nął coś pod no­sem i mi­nął ją, kie­ru­jąc się pro­sto na par­king. Le­d­wo ją do­strze­gł, jak zwy­kle. Ru­szy­ła za nim, kry­jąc się w cie­niu jego wiel­kie­go cia­ła. Kie­dy się za­trzy­mał, wpa­dła na jego ple­cy. Od­wró­cił się i spoj­rzał na nią z góry. Pierw­szy raz sta­ła tak bli­sko nie­go. Z tej od­le­gło­ści wy­da­wał jej się jesz­cze wi­ęk­szy.

Coś bły­snęło w jego oczach. San­drze za­szu­mia­ło w gło­wie, gdy do­ta­rło do niej, że w ko­ńcu na­praw­dę ją za­uwa­żył.

- Prze­pra­szam - szep­nęła, wier­cąc się pod jego czuj­nym wzro­kiem. - Nie chcia­łam.

Unió­sł brew, jak­by nie ro­zu­miał. Mach­nęła ręką w stro­nę mer­ce­de­sa i sta­rej sko­dy.

- Nie za­uwa­ży­łam - mruk­nęła.

Zmru­ży­ła oczy i zgar­bi­ła ra­mio­na, jak­by cze­ka­ła na cios. Ża­den nie nad­sze­dł. Ma­lic­ki od­su­nął się od niej i pod­sze­dł do swo­je­go sa­mo­cho­du. Uwa­żnie obej­rzał szko­dy, prze­su­nął po nich dło­nią.

Zbli­ży­ła się do nie­go.

- Na­praw­dę mi przy­kro. Obie­cu­ję, że po­kry­ję wszyst­kie kosz­ty, tyl­ko...

Wy­pro­sto­wał się i zno­wu sku­pił na niej wzrok. Nie mo­gła ni­cze­go wy­czy­tać z jego twa­rzy. Fru­stro­wa­ło ją to.

- Tyl­ko?

Prze­łk­nęła śli­nę. Było jej go­rąco.

- Pro­szę mnie nie zwal­niać.

Na uła­mek se­kun­dy unió­sł brwi, pó­źniej wró­ci­ła jego zwy­cza­jo­wa ma­ska uszy­ta ze spo­ko­ju i po­wa­gi.

- Pani... - spoj­rzał na nią wy­cze­ku­jąco.

- San­dra Ca­ban.

Ski­nął gło­wą.

- Pani San­dro, czy nie uwa­ża pani, że to by­ła­by lek­ka prze­sa­da?

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. Z do­świad­cze­nia wie­dzia­ła, że lu­dzie ro­bią gor­sze rze­czy z bar­dziej bła­hych po­wo­dów.

- Dla ja­sno­ści: nie, nie zwol­nię pani. A te­raz pro­szę je­chać do domu. Już pó­źno. Tyl­ko tym ra­zem pro­szę bar­dziej uwa­żać. Do­bra­noc.

Wy­mi­nął ją. San­dra sta­ła nie­ru­cho­mo ni­czym rze­źba, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, dla­cze­go na nią nie na­wrzesz­czał. Prze­cież jej się na­le­ża­ło, a on już wcze­śniej był zde­ner­wo­wa­ny. Do­pie­ro po kil­ku dłu­gich se­kun­dach uświa­do­mi­ła so­bie, że za­po­mnia­ła po­wia­do­mić go o swo­im od­kry­ciu.

Po­bie­gła za nim. Od­wró­cił się, kie­dy usły­szał jej kro­ki. Przy­sta­nął.

Za­trzy­ma­ła się ja­kieś dwa me­try od nie­go. Mia­ła za­dysz­kę, więc cze­kał, aż uspo­koi od­dech na tyle, by mo­gła co­kol­wiek z sie­bie wy­du­sić.

- Prze­pra­szam, ale musi pan o czy­mś wie­dzieć. Ktoś pró­bo­wał do­brać się do na­sze­go sys­te­mu.

Wy­da­wa­ło jej się, że na­pi­ął mi­ęśnie ukry­te pod ma­ry­nar­ką.

- Pro­szę się nie mar­twić. Znał się na rze­czy, ale nie uda­ło mu się uzy­skać do­stępu.

Twarz To­ma­sza Ma­lic­kie­go na­dal po­zo­sta­wa­ła spo­koj­na, tak samo jak jego głos.

- Kie­dy?

- Wczo­raj.

- I mó­wisz mi o tym do­pie­ro dziś?

Spu­ści­ła wzrok. Czu­ła się win­na, choć prze­cież na­wet jej bar­dziej do­świad­cze­ni ko­le­dzy ni­cze­go nie wy­ła­pa­li.

- Jego atak nie zo­sta­wił ni­cze­go w lo­gach. Na jego ślad wpa­dłam le­d­wie go­dzi­nę temu.

Przez chwi­lę na nią pa­trzył, jak­by spraw­dzał, czy mówi praw­dę. Jego spoj­rze­nie pa­li­ło skó­rę. Mia­ła ocho­tę przed nim uciec, ale wie­dzia­ła, że to by­łby zły ruch.

- Chcia­łam panu po­wie­dzieć, ale... był pan za­jęty, więc... - za­częła się plątać. O mały włos nie przy­zna­ła się do pod­słu­chi­wa­nia.

Mia­ła wra­że­nie, że jego oczy odro­bi­nę zła­god­nia­ły.

- Czy jest pani pew­na, że ak­tu­al­nie wszyst­ko jest bez­piecz­ne? Nie trze­ba zgła­szać wy­cie­ku RODO?

- Ab­so­lut­nie.

Ski­nął gło­wą.

- W ta­kim ra­zie zaj­mie­my się tym ju­tro z sa­me­go rana.

- Do­brze.

Od­wró­cił się i od­sze­dł. San­dra pa­trzy­ła na jego syl­wet­kę zni­ka­jącą w ciem­nym bu­dyn­ku. Czu­ła ulgę i żal, któ­re­go nie po­tra­fi­ła uspra­wie­dli­wić.

-

San­dra le­d­wo zdąży­ła wpro­wa­dzić prze­ło­żo­ne­go w te­mat. Wła­ści­wie tyl­ko na­po­mknęła o swo­im od­kry­ciu. Tyle jed­nak wy­star­czy­ło, by z twa­rzy Ery­ka znik­nęły wszel­kie ko­lo­ry.

- Kur­wa - bąk­nął pod no­sem. - Je­steś pew­na?

Mia­ła ocho­tę prze­wró­cić ocza­mi. Cza­sa­mi lu­dzie za wszel­ką cenę chcie­li wy­przeć nie­wy­god­ną praw­dę. Ona już daw­no prze­sta­ła pró­bo­wać. Już daw­no zro­zu­mia­ła, że rze­czy­wi­sto­ści nie da się oszu­kać. Wspó­łczu­ła lu­dziom, któ­rzy na­dal sta­ra­li się to zro­bić. A może im za­zdro­ści­ła?

- Oczy­wi­ście.

- Po­każ.

San­dra sku­pi­ła wzrok na mo­ni­to­rze i za­częła stu­kać w kla­wia­tu­rę. Po­czu­ła się le­piej. Ta zna­jo­ma me­lo­dia za­wsze ją re­lak­so­wa­ła.

Wte­dy otwo­rzy­ły się drzwi ich po­ko­ju. Wszy­scy za­wie­si­li wzrok na pre­ze­sie. Dło­nie San­dry znie­ru­cho­mia­ły. Za­pa­no­wa­ła ci­sza.

To­masz Ma­lic­ki rzad­ko by­wał w tym miej­scu. Je­śli nie sie­dział w ga­bi­ne­cie, mo­żna go było spo­tkać na open spa­ce, w kon­fe­ren­cyj­nej albo w po­ko­ju so­cjal­nym, bo z ja­kie­goś dziw­ne­go po­wo­du za­wsze sam ro­bił so­bie kawę. Do dzia­łów typu ksi­ęgo­wo­ść, HR czy IT za­glądał od świ­ęta lub gdy coś na­wa­la­ło, w po­zo­sta­łych przy­pad­kach ogra­ni­czał się do e-ma­ili i te­le­fo­nów.

- Dzień do­bry - po­wie­dział i ro­zej­rzał się po sze­ścio­oso­bo­wym ze­spo­le.

W od­po­wie­dzi do­stał kil­ka nie­śmia­łych po­mru­ków. San­drę na­wet cie­szy­ło, że nie tyl­ko ona czu­je się onie­śmie­lo­na w to­wa­rzy­stwie sze­fa.

Ma­lic­ki sku­pił się na głów­nym in­for­ma­ty­ku. Eryk na­dal nad nią wi­siał, pod­par­ty jed­ną ręką o blat biur­ka, a pa­lec przy­ozdo­bio­ny ob­rącz­ką drgał mu nie­spo­koj­nie. Gło­śno prze­łk­nął śli­nę. San­dra mu się nie dzi­wi­ła. Za­wa­li­li, a on był za nich wszyst­kich od­po­wie­dzial­ny. Je­śli na ko­goś spad­ną kon­se­kwen­cje, on od­czu­je je naj­moc­niej.

- Masz chwi­lę? - za­py­tał To­masz.

Brzmiał tak spo­koj­nie, jak­by za­pra­szał Ery­ka na nie­zo­bo­wi­ązu­jącą roz­mo­wę. San­dra ko­lej­ny raz za­częła się za­sta­na­wiać, czy na­praw­dę jest taki opa­no­wa­ny, czy to tyl­ko jego ma­ska.

- Pew­nie.

Eryk od­bił się od biur­ka, ota­rł dło­nie o dżin­sy i si­ęgnął po swo­je­go lap­to­pa.

San­dra do­strze­gła na jego czo­le kro­pel­ki potu i na­gle po­ża­ło­wa­ła, że nie za­dzwo­ni­ła do nie­go po­przed­nie­go wie­czo­ra. Po­win­na była ja­koś go przy­go­to­wać. A te­raz sze­dł na spo­tka­nie z Ma­lic­kim, żeby tłu­ma­czyć się z cze­goś, o czym nie­mal nic nie wie­dział.

Zła­pa­ła go za ra­mię, kie­dy prze­ci­skał się obok jej biur­ka.

- No­tat­ki zo­sta­wi­łam w apli­ka­cji.

Usły­sza­ła kli­ka­nie. Za­uwa­ży­ła, że kil­ka osób już za­czy­na szu­kać od­po­wied­nie­go pli­ku.

Eryk ski­nął jej gło­wą i po­sze­dł za Ma­lic­kim. San­dra pa­trzy­ła na drzwi za­my­ka­jące się za nimi. Za­sta­na­wia­ła się, dla­cze­go pre­zes kom­plet­nie ją zi­gno­ro­wał. Przez całą swo­ją wi­zy­tę na­wet na nią nie spoj­rzał. Zu­pe­łnie jak­by nie ist­nia­ła. Za­zwy­czaj nie mia­ła z tym pro­ble­mu i na­wet się z tego cie­szy­ła, ale prze­cież wczo­raj to ona od­kry­ła atak na fir­mę i to ona uszko­dzi­ła jego sa­mo­chód. Na­wet je­śli miał do niej żal o to dru­gie, mógł to cho­ciaż oka­zać. Przy­jęła­by wszyst­ko z wy­so­ko unie­sio­ną gło­wą, bo coś jej się na­le­ża­ło. Co­kol­wiek. Tym­cza­sem do­sta­ła zim­ną obo­jęt­no­ść, któ­ra oka­za­ła się bar­dziej bo­le­sna, niż San­dra się tego spo­dzie­wa­ła. Naj­gor­sze było to, że zu­pe­łnie tego nie ro­zu­mia­ła. Prze­cież le­d­wie wczo­raj sama go uni­ka­ła. Więc co się zmie­ni­ło?

- O kur­wa - szep­nął Pa­tryk.

Sie­dział na­prze­ciw­ko niej. Le­d­wo go wi­dzia­ła zza mo­ni­to­ra.

- Ty to wy­cza­iłaś? - za­py­ta­ła Iwo­na.

San­dra ski­nęła gło­wą.

- Sza­cun, Mró­wecz­ko - mruk­nął Se­we­ryn. Był ły­sa­wy i umi­ęśnio­ny. Przy­po­mi­nał bar­dziej ochro­nia­rza niż in­for­ma­ty­ka. - Tu­taj pra­wie nic nie ma. Le­d­wie cień kodu. To tak, jak­byś zna­la­zła zia­ren­ko maku w ster­cie po­pio­łu.

San­dra unio­sła brew i spoj­rza­ła na nie­go wy­mow­nie. Mężczy­zna ob­lał się ru­mie­ńcem.

- Sor­ki, ostat­nio Nad­ia nie scho­dzi z Kop­ciusz­ka. Nor­mal­nie każe so­bie pusz­czać w kó­łko. I to ró­żne wer­sje - wy­mam­ro­tał.

W po­ko­ju roz­le­gło się kil­ka ci­chych śmie­chów. Nie były prze­śmiew­cze, brzmia­ły ra­czej przy­ja­źnie. W tym po­ko­ju wszy­scy się ak­cep­to­wa­li, bo ka­żdy miał na kon­cie wła­sne dzi­wac­twa.

- Uwierz mi, nie ma we mnie ni­cze­go z Kop­ciusz­ka - po­wie­dzia­ła San­dra.

Iwo­na od­chy­li­ła się na krze­śle i wpa­trzy­ła w su­fit.

- Daj spo­kój, w ka­żdej z nas jest. Bra­ku­je tyl­ko ksi­ęcia i wró­żki chrzest­nej ze zło­tą kar­tą kre­dy­to­wą.

- Ma­te­ria­list­ka - mruk­nął Kaj­tek. Ani się obej­rzał, obe­rwał od Iwo­ny kul­ką pa­pie­ru.

San­dra sta­ra­ła się nie skrzy­wić. Nie chcia­ła, by zo­ba­czy­li, jak bar­dzo do­tknął ją ten ko­men­tarz. Wy­łączy­ła się z roz­mo­wy i za­tra­ci­ła w pra­cy. To był je­dy­ny zna­ny jej spo­sób, by ode­gnać wspo­mnie­nia.

Kwa­drans pó­źniej w rogu mo­ni­to­ra po­ja­wi­ła się ikon­ka no­wej wia­do­mo­ści. Cały ich dział był wzy­wa­ny do sali kon­fe­ren­cyj­nej. Spo­tka­nie roz­po­czy­na­ło się za pół go­dzi­ny.

Po­kój wy­pe­łni­ła nie­zręcz­na ci­sza. Po­zo­sta­li też mu­sie­li prze­czy­tać krót­kie­go e-ma­ila od Ma­lic­kie­go.

- My­śli­cie, że cze­ka nas bura? - za­py­tał Pa­tryk.

Se­we­ryn po­kręcił gło­wą.

- A ty wi­dzia­łeś, żeby kto­kol­wiek w tej fir­mie do­stał od nie­go burę?

Pa­tryk jesz­cze bar­dziej zmar­kot­niał.

- Raz sły­sza­łem, jak upo­mi­nał jed­ne­go me­ne­dże­ra. Nie krzy­czał ani nic, ale ten jego chłód był chy­ba jesz­cze gor­szy, wie­cie?

Chłód? - po­my­śla­ła San­dra. Do tej pory nie uto­żsa­mia­ła go z Ma­lic­kim. Spo­kój i po­wa­ga - tak, ale nie chłód. Może dla­te­go, że nie do­strze­ga­ła go w jego oczach. A po­tra­fi­ła po­znać zim­ne ser­ce jak nikt inny. Oj­ciec dał jej dużo nie­za­po­mnia­nych lek­cji i na­wet była mu za to wdzi­ęcz­na. Dzi­ęki nie­mu mo­gła trzy­mać się od po­dob­nych osób z da­le­ka.

- Nie prze­sa­dzaj, nie może być taki zły - po­wie­dzia­ła Iwo­na, ale w jej gło­sie za­bra­kło prze­ko­na­nia.

Dwa­dzie­ścia mi­nut przed wy­zna­czo­ną go­dzi­ną San­dra do­sta­ła ko­lej­ną wia­do­mo­ść. Klik­nęła w nią i omal nie ob­la­ła się kawą, któ­rą wła­śnie zbli­ża­ła do ust. Prze­bie­gła po te­kście kil­ka razy, ale po­le­ce­nie wci­ąż po­zo­sta­wa­ło ta­kie samo. Eryk chciał, by do­łączy­ła do nich wcze­śniej niż resz­ta. Wła­ści­wie nie po­win­na się dzi­wić. Prze­cież to ona wszyst­ko za­częła. W do­dat­ku jesz­cze przed chwi­lą sama pra­gnęła ja­kie­go­kol­wiek wy­ró­żnie­nia. Więc dla­cze­go te­raz tak bar­dzo trzęsły jej się ko­la­na?

Wzi­ęła po­rząd­ny haust kawy, odło­ży­ła ku­bek i za­trza­snęła po­kry­wę lap­to­pa. Zro­bi­ła to nie­co zbyt ener­gicz­nie, bo wszy­scy na nią spoj­rze­li. Od­chrząk­nęła i uśmiech­nęła się. Wy­szło jej to do­syć nie­szcze­rze.

- Spo­tka­my się na miej­scu, do­brze?

Zgar­nęła kom­pu­ter i już jej nie było.

-
Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki