Proś mnie, o co chcesz. Tom 6. I ufaj mi - Megan Maxwell

Reflow text when sidebars are open.
Mija kilka dni, a w szkole Flyna organizowane jest przyjęcie. W ciągu tego roku idealnie zintegrował się z kolegami, chce iść i chce, żebyśmy Eric i ja mu towarzyszyli. Obiecujemy, że pójdziemy.
Przynosi ulotkę, w której prosi się matki o przygotowanie czegoś do jedzenia z tej okazji. Zachwycona przyjmuję wyzwanie i postanawiam upichcić kilka ziemniaczanych tortilli. Chcę, żeby spróbowali prawdziwej tortilli ziemniaczanej, zrobionej przez Hiszpankę. Simona zobowiązuje się przygotować ciasto marchewkowe. Zgadzam się. Ona robi ciasto, ja tortille. Genialna ekipa!
Przyjęcie odbywa się w sobotę rano, tak aby rodzice też mogli w nim uczestniczyć. Flyn jest przeziębiony. Ma o kilka kresek podwyższoną temperaturę, ale nie chce przegapić przyjęcia, więc idziemy. Kiedy parkujemy samochód w jednej z uliczek przylegającej do szkoły, Eric mamrocze:
- Dalej nie wiem, co ja tu robię...
Mój mężczyzna wygląda wspaniale w dżinsach i pasującej do nich dżinsowej koszuli, więc klepiąc go porozumiewawczo w jego twardy tyłek, mówię:
- Jesteś tu dla swojego siostrzeńca, to jeszcze mało?
Flyn, który niesie ciasto Simony, biegnie przed nami. Zobaczył jednego z kolegów i zachwycony zaczyna z nim rozmawiać.
- Spójrz na niego - szepczę dumna. - Nie podoba ci się, jak bardzo się zintegrował z kolegami?
Eric przytakuje z typową dla siebie powagą, a po chwili ciszy dodaje:
- Jasne, że cieszę się jego szczęściem, ale nie lubię tu przychodzić.
- Dlaczego?
- Bo zawsze nienawidziłem tej szkoły.
- Ty też się tutaj uczyłeś?
- Tak.
Zaskoczona tym odkryciem zatrzymuję się i mówię:
- Jeżeli uczyłeś się tutaj i tak nienawidzisz tej szkoły, to dlaczego przyprowadzasz tu Flyna?
- Bo Hannah go tu zapisała i chciała, żeby się tutaj uczył.
Przytakuję i rozumiem go. Szanuje wolę matki chłopca. Wtedy Eric dodaje:
- W ostatnich latach przychodziłem tu tylko po to, żeby wysłuchiwać tyrad o zachowaniu Flyna.
- Sam widzisz, najwyższy czas, żebyś wreszcie pojawił się tu z innego powodu.
Nie jest zbytnio przekonany, więc trącam go biodrem i mówię:
- Dalej... rozchmurz się. Koniec końców chodzi o Flyna; jest bardzo podekscytowany, że jesteśmy tu oboje razem z nim.
W końcu uśmiecha się i ja też.
Ależ on jest przystojny, kiedy się tak uśmiecha!
W szkole panuje ogłuszająca wrzawa. Flyn woła nas do swojej klasy. Przy wejściu kilkoro rodziców przygląda nam się bacznie. Nie znają nas, więc obserwują. Witam ich z uśmiechem, kładąc tortille obok ciasta marchewkowego, Flyn chwyta mnie za rękę i prowadzi, aby pokazać mi kilka swoich prac. Przez chwilę cieszymy się, oglądając je, aż słyszę, że Eric poirytowany wzdycha i syczy:
- Nienawidzę, kiedy się tak na mnie gapią.
Dyskretnie rozglądam się dookoła i rozumiem już, o czym mówi. Matki patrzą na niego i uśmiechają się. Wzdycham. Rozumiem, że jego obecność je podnieca, ale zamiast robić się zazdrosna, uśmiecham się i obejmując jego ramię, mówię:
- Kochanie, większość z nich nigdy w życiu nie widziała takiego faceta jak ty. To normalne, że się w ciebie wgapiają. Jesteś przeprzystojny! I gdybyś nie był moim mężem, też gapiłabym się na ciebie. A nawet próbowałabym z tobą flirtować.
Zaskoczony moją odpowiedzią, Eric uśmiecha się, a kiedy już chce mnie pocałować, powstrzymuję go.
- Stop. - Mój ukochany przygląda mi się, a ja wyjaśniam: - Proszę się zachowywać, panie Zimmerman. Tu są dzieci.
Uśmiecha się. Serce mi rośnie, kiedy to widzę. W tym momencie do klasy wchodzi jakaś kobieta i mówi:
- Bardzo proszę rodziców, którzy przynieśli przekąski, aby zanieśli je do sali gimnastycznej.
Nie namyślając się, chwytam tortille, a Eric ciasto i w towarzystwie pozostałych rodziców kierujemy się tam, gdzie wskazuje kobieta. Przy wejściu rozglądam się dookoła. To już przegięcie! Sala gimnastyczna w tej szkole jest naprawdę imponująca. W niczym nie przypomina salek z mojej dzielnicy.
- Eric Zimmerman!
Na dźwięk tego głosu oboje odwracamy się, a Eric wybucha śmiechem i wykrzykuje:
- Joshua Kaufmann!
Podchodzą i witają się.
Joshua jest starym kolegą Erica ze szkoły. Przedstawia nam swoją żonę, wypindrzoną niemiecką lalunię. Taksuje mnie wzrokiem od stóp do głów, podczas gdy nasi mężowie rozmawiają rozbawieni, a do mnie dociera, że ja i ta jędza nigdy nie zostaniemy przyjaciółkami.
Nagle obok nas pojawia się Flyn i patrzy na mnie, a ja pytam:
- Dobrze się czujesz, kochanie?
Maluch przytakuje. Przytulam jego głowę, a potem dotykam ustami jego czoła, tak jak zawsze robiła to moja mama i ciągle jeszcze robi mój tata. Kiedy czuję, że nie jest rozpalony, uspokajam się nieco. Ukradkiem spoglądam na lalunię z jędzowatą miną i jak tylko mogę, czmycham i znikam z jej towarzystwa. Nie zniosę ani sekundy dłużej żmijowatego spojrzenia tej idiotki.
- Jud, chcesz coli? - pyta Flyn, a ja przytakuję.
Napełnia dla mnie szklankę, a kiedy mi ją wręcza, pojawia się jego kolega, więc Flyn biegnie za nim i zostawia mnie samą. Jednak moja samotność trwa krótko, ponieważ podchodzi do mnie jędza wraz z dwiema przyjaciółkami spod tej samej sztancy i pyta:
- Ten mały Chińczyk jest wasz?
Co ona powiedziała?!
Już mam spojrzeć na nią z miną pokerzysty, tak jak robi to Flyn, ale powściągam się i odpowiadam:
- Tak jest nasz i jest Niemcem.
- Został adoptowany?
Opcja pierwsza: wysyłam ją na drzewo prostować banany.
Opcja druga: daję jej w gębę za wścibstwo.
Opcja trzecia: ponownie wyjaśniam jej i jej koleżankom jędzom, że Flyn jest Niemcem, a nie Chińczykiem i wychodzę na prawdziwą damę.
Ostatecznie decyduję się na trzecią opcję. Wydaje mi się, że pierwsza i druga mogłyby się nie spodobać Ericowi.
Z uśmiechem a la Raquel, spoglądam na nie i pociągając łyk coli, odpowiadam:
- Flyn nie jest adoptowany. I a propos, nie jest Chińczykiem, tylko jak już to półkrwi Koreańczykiem i półkrwi Niemcem.
Kobieta gwałtownie mruga, nie mieści jej się w głowie to, co mówię. Spogląda na swoje koleżaneczki i wysilając ostatnią szarą komórkę, która jej jeszcze widać została w tym móżdżku niezamieszkanym przez jakąkolwiek inteligencję, ciągnie dalej:
- Ale to jest twój syn czy męża? Bo jest oczywiste, że waszym wspólnym być nie może, skoro żadne z was nie jest Chińczykiem.
Niech ją diabli z tymi Chińczykami! Ta to jest głupia, żeby nie powiedzieć kretynka. Jakby powiedział mój ojciec "gdyby była jeszcze głupsza, to nie umiałaby się urodzić".
Rzucam jej spojrzenie Icemana i kiedy już mam ją poczęstować jedną z moich przyjemnostek, podbiega do mnie Flyn, bierze mnie za rękę i ciągnie gdzieś za sobą.
Super! Właśnie wybawił mnie z autentycznego horroru. Prowadzi mnie aż do stołów z przekąskami, gdzie wita mnie blondynka mniej więcej w moim wieku.
- Cześć, jestem Maria.
Nie wiedząc, o co w tym wszystkim chodzi, odpowiadam w moim nienagannym niemieckim:
- Bardzo mi miło, jestem Judith.
- Czy to ty przygotowałaś te ziemniaczane tortille?
- Tak. - I żeby poszerzyć informację, dodaję: - Te z czarną oliwką na środku są z cebulą. Dwie pozostałe bez.
- Jesteś Hiszpanką?
Tak... jasne... bardzo dawno nie słyszałam już obowiązkowego pytanka.
Kiedy potwierdzam skinieniem głowy i spodziewam się usłyszeć nieodzowne "olé!... torero... paella!", nieznajoma wydaje z siebie pisk i rozemocjonowana, jakbym była samiutką Beyoncé, wykrzykuje po hiszpańsku:
- Też jestem Hiszpanką! Z Salamanki.
Teraz to ja wydzieram się, jakbym zobaczyła samego Paula Walkera, i rzucam jej się w objęcia. Wymizerowany blondyn stojący obok patrzy na nas i się śmieje. Gdy już kończymy z uściskami, jakbyśmy były mlecznymi siostrami, Maria mówi:
- Przedstawiam ci mojego męża, Algera.
Kiedy już mam mu dać dwa całusy, zatrzymuję się. Niemcom nie bardzo pasuje to nasze latynoskie całowanie i dotykanie, więc wyciągam do niego dłoń. Blondyn patrzy na mnie i mówi rozbawiony:
- Wolę dwa hiszpańskie buziaki.
Wybucham śmiechem, po czym sadzę dwa ogromne całusy na obu jego policzkach, a on dodaje:
- Uwielbiam tę waszą niewyczerpaną wesołość.
Uśmiecham się i nagle mój Niemiec pojawia się u mego boku. Jestem pewna, że widział, jak całuję tego blondyna, więc natychmiast podszedł, aby sprawdzić, kto zacz. Ach, ten mój zazdrośnik. Obejmując go w pasie, odzywam się, szczebiocząc niczym sikoreczka:
- Kochanie, przedstawiam ci Marię, która jest Hiszpanką, i jej męża Algera.
Moje kochanie zna latynoskie konwenanse, więc całuje Marię dwukrotnie, a do jej męża wyciąga dłoń. Obaj Niemcy śmieją się, a Alger, wskazując na nas obie, stwierdza:
- My to umieliśmy wybrać co dobre.
Eric śmieje się i rozbawiony odpowiada:
- Najlepsze.
Dobrą chwilę rozmawiam z Marią. Opowiada mi, jak zakochała się w Algerze jednego lata w Salamance, a Niemiec nie ustawał w wysiłkach, aż w końcu wyszła za niego za mąż.
Czyżby wszyscy Niemcy byli tacy namiętni? Któż by powiedział, po tym jak bardzo poważni mi się zawsze wydawali. Widzę, że moje tortille znikają dosłownie w ciągu kilku minut i napawa mnie to satysfakcją. Smakuje im!
Po wypiciu takiej ilości coli dzieje się to co zawsze: zaraz się posikam! Szukam łazienki i biegnę do niej. Nie ma takiego miejsca, gdzie nie musiałabym skorzystać z toalety. Ostatecznie Eric chyba ma rację - jestem siusiumajtką. Kiedy kończę, wracam do sali gimnastycznej i zauważam jędze stojące obok Flyna.
O co one mogą go też pytać?
Dyskretnie zbliżam się do nich tak, aby żadna z nich mnie nie zauważyła, i słyszę, jak Flyn mówi:
- Te tortille zrobiła Judith. Ona jest Hiszpanką.
Patrzcie no! W końcu dopięły swego i wyciągają z niego interesujące je informacje, ale moje nastawienie zmienia się drastycznie, kiedy słyszę, jak jedna z nich pyta:
- A które z nich jest twoim rodzicem? Ona czy on?
Cooo?!
Krew mi zawrzała.
Odzywa się mój latynoski temperament, który jak powtarza mój tato, powinnam kontrolować. Dobry Boże, daj mi cierpliwość i rozsądek, bo inaczej zaraz je rozszarpię! Jak można dziecko pytać o takie rzeczy?
On jednak milczy. Nie wie, co ma odpowiedzieć, a ja, gotowa rzucić się na nie wszystkie i rozszarpać na strzępy, podchodzę do nich w obronie szczenięcia. Wskazując na Flyna, który patrzy na mnie z dziwnym wyrazem twarzy, pytam:
- Co się tutaj dzieje, kochanie?
Jędze nie odzywają się, powstrzymują się, ale lalunia wyrywa się i mówi:
- Pytałyśmy chłopca, które z was jest jego biologicznym rodzicem.
Opcja pierwsza: dostaje w gębę tak czy siak.
Opcja druga: urwę jej ten łeb i przerzucę przez kosz w głębi sali.
Opcja trzecia: nie ma opcji trzeciej.
Flyn, który już zdążył mnie trochę poznać, zobaczywszy wyraz mojej twarzy, już zamierza odpowiedzieć, kiedy rzucam mu spojrzenie i mówię:
- Cicho, kochanie, ja odpowiem. - I nie ruszając się z miejsca, proszę go: - Biegnij, nalej mi szklankę coca-coli, bo będzie mi potrzebna, dobrze?
Leciutko popycham go, a kiedy widzę, jak się oddala, odwracam się do kobiet, które mam ochotę zamordować i syczę:
- Nie wstyd wam pytać dziecka o takie rzeczy? A może wam odpowiadałoby, żeby wasze dziecko zostało osaczone przez bandę... bandę, żeby wypytywać je o intymne sprawy? - Wiercą się zażenowane. Wiedzą, że mam rację, a ja gotowa na wszystko warczę: - Dla waszej informacji, jestem matką Flyna, a mój mąż jest jego ojcem, zrozumiano? - Kobiety potakują głowami, a ja, zanim sobie pójdę, pytam: - Jeszcze jakieś niedyskretne pytania?
Żadna nie odpowiada, żadna się nie rusza. Znienacka czuję, jak czyjaś dłoń dotyka mojej i ją ściska.
Flyn!
O Boże... usłyszał to, co mówiłam. Uśmiecham się do niego. On jednak nie odwzajemnia uśmiechu, więc oddalamy się, a ja mam świadomość, że cała ta sytuacja sprowokuje jeszcze więcej plotek.
Kiedy jesteśmy już przy stole z napojami, biorę dwie szklanki i napełniam je coca-colą. Wręczam mu jedną i mówię:
- Pij.
Mały robi, o co proszę, podczas gdy ja intensywnie myślę, co powiedzieć. Przez to, co przed chwilą usłyszał, pewnie dostanie jeszcze wyższej gorączki, a jak Eric się dowie, to mnie trafi szlag. Biedny Flyn.
Dalej, Jud... Myśl... myśl!
W końcu jego przenikliwe spojrzenie zaczyna mnie drażnić, odstawiam szklankę na stół i biorąc na klatę, to co zrobiłam, wyjaśniam:
- Ty i ja wiemy, że twoją mamą jest Hannah i będzie nią całe twoje życie, prawda? - Flyn przytakuje. - Skoro to już mamy jasne, to chcę, żebyś wiedział, że od tej chwili, a już zwłaszcza przy tych jędzach, które się na nas gapią i którym nie dałam w twarz tylko przez wzgląd na ciebie, ja jestem twoją mamą, a Eric twoim tatą, zrozumiano?
Znowu przytakuje, że zrozumiał, kiedy dopiero co nazwany tato podchodzi do nas i pyta:
- Co jest?
Głośno nabieram powietrza.
Co za żenująca sytuacja. Znowu narozrabiałam!
Gotowa przyjąć na siebie zbliżającą się nieuchronnie reprymendę, odpowiadam:
- Oficjalnie, od dziś zostajesz uznany za tatę Flyna, a ja za jego mamę.
Eric spogląda na chłopca, a potem przenosi spojrzenie na mnie.
Flyn przygląda się nam naprzemiennie, raz jednemu, raz drugiemu.
Czując, jak ich spojrzenia przewiercają mnie na wylot, podnoszę ręce w górę i mówię:
- Nie patrzcie tak na mnie, bo mam wrażenie, że zamierzacie mnie rozstrzelać.
- Jud... - odzywa się chłopiec. - Czy będę musiał mówić do ciebie "mamo"?
O Boże... O Boże... Czemu ja jestem taką paplą?
Mały ma już matkę, owszem w niebie, ale ją ma, a ja dałam ciała na całej linii.
Eric nie reaguje. Nadal wpatruje się we mnie, więc to ja odpowiadam:
- Flyn, możesz mnie nazywać, jak chcesz. - Wskazując jednocześnie na tamte kobiety, które nie spuszczają nas z oczu, mówię wyraźnie po hiszpańsku tak, aby Eric i on mnie zrozumieli. - Jeżeli te kudłate, szczudłowate wiedźmy z jędzowatymi minami będą jeszcze kiedykolwiek coś od ciebie chciały, to niech najpierw przyjdą porozmawiać z twoją mamą albo twoim tatą, zrozumiano? Bo inaczej, jeżeli znowu dowiem się, że zadają ci nietaktowne pytania, to, jak to mówi moja siostra Raquel, przysięgam na błogosławioną chwałę mojej matki, która jest w niebie, wezmę tasak mojego ojca i posiekam im karki.
Piję colę. Albo się napiję, albo zaraz trafi mnie szlag.
- Dobrze, ale nie gniewaj się, ciociu-mamo Jud.
Eric się śmieje. Zaskakuje mnie jego śmiech. Gładzi małego po włosach i mówi:
- Flyn zawsze wiedział, że jestem jego tatą, jakby czegoś potrzebował, prawda?
Z uśmiechem chłopiec przytakuje i obejmując mnie w talii, mruczy:
- A teraz wiem, że ciocia Jud jest moją mamą.
Oczy zaczynają mi wypełniać łzy. Wzruszyłam się. Ależ ze mnie mięczak!
Eric przysuwa się do mnie i nie zwracając uwagi, czy ktoś na nas patrzy, obejmuje mnie i całuje w usta, po czym mówi:
- Powtarzam raz jeszcze, że jesteś najlepszym, co mnie w życiu spotkało.
Trzy dni później znowu źle się czuję.
Chyba łapię grypę, którą roznosi Flyn. Boli mnie głowa i jedyne, na co mam ochotę, to spać, spać i spać. Ale nie mogę. Wczoraj dzwoniła Frida, że będą chcieli przyjść nas odwiedzić. Razem z Andresem mają nam coś do powiedzenia, a wnioskując z tonu jej głosu, musi to być coś niezwykle ekscytującego. Powiedziała, że zawiadomiła też Björna. Skoro tak, to biorę paracetamol i czekam na gości.
Laila wchodzi do kuchni i widząc, jak zażywam tabletkę, pyta:
- Źle się czujesz?
Moje stosunki z nią nie są chłodne, lecz arktyczne, więc patrząc jej w oczy, odpowiadam:
- Nie.
Ona kiwa głową, a ja dodaję:
- A propos... dzisiaj po południu odwiedzi nas kilku przyjaciół więc...
- Ach, tak? Którzy?
Denerwuje mnie jej zainteresowanie. Co ją to obchodzi? Staram się, aby bardzo jasno zrozumiała moją sugestię, więc odpowiadam:
- Kilkoro przyjaciół Erica i moich. Dlatego też prosiłabym, żebyś zostawiła nas samych i nie wchodziła do salonu, kiedy tam z nimi będziemy.
A masz! Czy można być jeszcze bardziej niegrzecznym?
Laila spogląda na mnie. Nie spodobało jej się to, co usłyszała ani trochę, więc mówi:
- Pojadę odebrać Flyna.
- Nie. Nie jedź. Norbert po niego pojedzie.
- Pojadę z nim.
Godzinę później pierwszy pojawia się Björn, tak przystojny jak zawsze. Wymieniamy uściski, po czym biorę go za ramię i wchodzę z nim pod rękę do salonu. Kątem oka dostrzegam, że Laila obserwuje nas z kuchni.
O tak, laluniu... i tam zostaniesz!
Wchodząc do salonu, zamykam za sobą drzwi do korytarza, a Björn pyta:
- Coś ci jest, prawda?
Przytakując, dotykam głowy i odpowiadam mu:
- Myślę, że złapałam od Flyna przeziębienie.
Björn uśmiecha się i widząc moją pozę, konstatuje:
- Powinnaś leżeć w łóżku, prześliczna.
- Wiem, ale chcę się dowiedzieć, co mają nam do powiedzenia Frida i Andres.
Kiwa głową i odpowiada:
- Jeżeli dadzą długo na siebie czekać, to osobiście położę cię do łóżka, zrozumiano?
Śmieję się i trącam go pięścią w ramię.
Dziesięć minut później zjawiają się Frida i Andres wraz z małym Glenem, który zaczął już biegać i niezły z niego nicpoń. Ostatni przychodzi Eric, który widząc nas wszystkich razem, uśmiecha się, całuje mnie i pyta:
- Dobrze się czujesz, kochanie?
- Jestem jakaś połamana. Myślę, że Flynn sprzedał mi przeziębienie.
Kręcąc głową ze zmartwienia, wita się ze swoimi przyjaciółmi i bierze Glena na ręce, żeby wycałować go po szyi. Dzieciak skręca się cały ze śmiechu, a mnie ogarnia fala gorąca, kiedy mój mężulek patrzy na mnie, bo wiem, o czym myśli.
Dwadzieścia minut później Flyn wchodzi do salonu. Björn, zauważywszy to, bierze go na ramiona i tak samo jak w przypadku Glena, przez chwilę jest w centrum naszego zainteresowania. Mały to uwielbia.
Simona wchodzi z dzbankiem lemoniady i piwem; zaraz zajmuje się dzieciakami i zabiera Glena i Flyna do kuchni, żeby dać im podwieczorek. Kiedy kobieta z dwójką dzieci znika za drzwiami, siadamy wszyscy na kanapach, a Björn, na którego komórkę bez przerwy przychodzą esemesy, pyta:
- Dobra, cóż to takiego macie nam do powiedzenia?
Frida i Andres patrzą na siebie, uśmiechają się, a ja mówię:
- Nie mówicie, że spodziewacie się kolejnego dziecka...
- Gratulacje! - wykrzykuje z aprobatą Eric. - My będziemy następni.
- Coś ci się pomyliło, Iceman - kpię rozbawiona.
Frida i Andres wybuchają śmiechem i zaprzeczają, kręcąc głowami. To mnie zbija z tropu, a wtedy on się odzywa:
- Przeprowadzamy się do Szwajcarii.
- Jak to?!
Frida patrzy na mnie i ujmując moje dłonie, wyjaśnia:
- Pojawiła się świetna oferta pracy dla Andresa w jednym ze szpitali i zaakceptowaliśmy ją.
- To jest ta, na którą czekasz już tyle czasu? - pyta Eric.
Andres przytakuje, a Björn mówi:
- To fantastycznie. Gratulacje.
Podczas gdy oni gratulują Andresowi, Frida wyjaśnia mi, że są oboje bardzo podekscytowani tym nowym wyzwaniem w ich życiu, a ja przytakuję jak kukiełka mimo smutku, jaki czuję.
- Dzięki, koledzy. - Andres się śmieje. - Już sam o tym zapomniałem, aż tu tydzień temu zadzwonili do mnie i zaproponowali mi to stanowisko. Rozważyliśmy z Fridą wszystkie za i przeciw i postanowiliśmy przyjąć ofertę.
Wszyscy się cieszą i są szczęśliwi. A mnie, nie wiedzieć czemu, do oczu napływają łzy. Frida jest moją bliską przyjaciółką; nie chcę, żeby wyjeżdżali. Patrzy na mnie i pyta:
- Dobrze się czujesz?
Przytakuję, ale łzy lecą mi strumieniami, niczym klownowi z reklamy w hiszpańskiej telewizji. Nie jestem w stanie tego kontrolować.
Co się ze mną dzieje? Dlaczego płaczę?
Eric, widząc mnie w takim stanie, podchodzi i biorąc mnie w ramiona, mówi:
- Maleńka, co ci się stało?
Nie odpowiadam. Nie jestem w stanie tego zrobić, bo wiem, że twarz mi się wykrzywi jak jakiemuś szympansowi, i cała sytuacja będzie jeszcze bardziej żałosna. Björn, poruszony czkawką, która mnie właśnie dopadła, przysuwa się i komentuje:
- Niesamowite... umiesz też płakać.
To zdanie mnie rozbawia, więc wybucham śmiechem. Jednak robię to z twarzą pełną łez, które nie przestają płynąć. Eric spogląda na mnie i szepcze:
- Cieszę się, że Björn umie cię rozśmieszyć.
Tamten patrzy na Erica z rozbawioną miną i odpowiada:
- Ucz się przyjacielu!
Eric wypuszcza mnie ramion, a Frida podchodzi do mnie i obejmuje. Ona rozumie, co się ze mną dzieje, więc szepcze czule:
- Będziemy się często widywać, głupolku. Przekonasz się. Poza tym nie wyjedziemy przed końcem roku. Mamy jeszcze trochę czasu.
Przytakuję, bo nie mogę mówić. Po raz kolejny ktoś, kogo kocham, oddala się ode mnie, a ja wiem, że będę za nią strasznie tęsknić.
Koniec wersji demonstracyjnej.