Prokuratorka - Maciej Klimarczyk

Kup ebooka

39.90 zł
31.12 zł (30,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1.

Dok­tor Do­rota Drecka na­tych­miast roz­po­znała męż­czy­znę, który wszedł do ga­bi­netu izby przy­jęć kli­niki psy­chia­trycz­nej. Znała tę twarz, od­kąd się­gała pa­mię­cią; od­kąd jako mała dziew­czynka do­wie­działa się, że lu­dzie mogą być źli. Na samo wspo­mnie­nie tego czło­wieka oj­ciec Do­roty, dok­tor Jan Drecki, rzu­cał prze­kleń­stwami z taką wście­kło­ścią, jakby wstą­pił w niego de­mon. Po­tem z tru­dem się opa­no­wy­wał i uci­nał te­mat, tłu­ma­cząc, że szkoda mu ner­wów na tego łaj­daka, ale po ja­kimś cza­sie ten łaj­dak znów sta­wał się te­ma­tem ro­dzin­nych roz­mów. Ostat­nio czę­ściej niż kie­dyś - z po­wodu jego eks­po­no­wa­nego sta­no­wi­ska i ro­sną­cej po­pu­lar­no­ści.

Jó­zef Ja­nicki, wi­ce­mi­ni­ster spra­wie­dli­wo­ści, ubrany w naj­lep­szy gar­ni­tur i mimo nie­mło­dego wieku na­dal pe­łen ener­gii oraz czaru, po­ka­zy­wał się w te­le­wi­zji przy oka­zji licz­nych kon­fe­ren­cji, spo­tkań pa­trio­tycz­nych, wie­ców i de­bat. Dzien­ni­ka­rze mó­wili o nim: "czło­wiek od brud­nej ro­boty", po­nie­waż po­tra­fił prze­ko­nać nie­mal do wszyst­kiego znaczną część ciem­nego ludu (tak Dreccy na­zy­wali tych, któ­rzy wie­rzyli w wy­gła­szane przez wi­ce­mi­ni­stra bred­nie).

Trzy­dzie­ści parę lat wcze­śniej Jó­zef Ja­nicki, ów­cze­sny se­kre­tarz Ko­mi­tetu Wo­je­wódz­kiego PZPR w Byd­gosz­czy, także wy­ko­nał ka­wał brud­nej ro­boty - pę­dząc sa­mo­cho­dem po pi­jaku, po­trą­cił na pa­sach star­szego brata Do­roty, Mar­cina, wów­czas ucznia pierw­szej klasy pod­sta­wówki. Po­tem nad­zo­ro­wał po­stę­po­wa­nie we wła­snej spra­wie, które osta­tecz­nie umo­rzono. Po wielu mie­sią­cach in­ten­syw­nej te­ra­pii i re­ha­bi­li­ta­cji chło­piec od­zy­skał przy­tom­ność, ale ni­gdy nie od­zy­skał zdro­wia. Do­rota setki razy sły­szała od ro­dzi­ców o tym, co się stało tam­tego dnia 1986 roku. W wy­obraźni wi­działa wy­pa­dek brata, wi­działa go z naj­drob­niej­szymi szcze­gó­łami, mimo że uro­dziła się rok póź­niej.

Ja­nicki pod­szedł do biurka, przy któ­rym sie­działa le­karka, i spoj­rzał na nią ba­daw­czo. Był o rok star­szy od jej ojca. Miał sie­dem­dzie­siąt lat, lecz wy­glą­dał mło­dziej: opa­lona gładka twarz, gę­ste szpa­ko­wate włosy, syl­wetka spor­towca. Sie­dząca przy są­sied­nim biurku pie­lę­gniarka za­py­tała, czy to on jest pa­cjen­tem, ale męż­czy­zna ją zi­gno­ro­wał.

- Pani jest tu­taj le­ka­rzem dy­żur­nym? - zwró­cił się do Drec­kiej ta­kim to­nem, jakby za­mie­rzał zło­żyć skargę.

Do­rota po­czuła zde­ner­wo­wa­nie. Ni­gdy wcze­śniej nie roz­ma­wiała z tym czło­wie­kiem. Za­sta­na­wiała się, czy ją roz­po­znał, czy w ogóle wie­dział o jej ist­nie­niu. Wła­ści­wie niby skąd miał wie­dzieć?, po­my­ślała. Ma swoje ży­cie, swoje sprawy i z pew­no­ścią nie zaj­muje się śle­dze­niem lo­sów jej ro­dziny.

- Tak, ja je­stem le­karką dy­żurną - od­po­wie­działa oschle.

- Mój syn ma na­wrót psy­chozy z uro­je­niami i ha­lu­cy­na­cjami i trzeba go na­tych­miast przy­jąć na od­dział VII.

"Pieprz się, mi­ni­sterku", od­po­wie­działa mu w my­ślach Do­rota, po czym stwier­dziła na głos:

- Naj­pierw mu­szę zba­dać pa­cjenta, a po­tem to ja zde­cy­duję, czy są wska­za­nia do ho­spi­ta­li­za­cji.

- Oczy­wi­ście. - Wi­ce­mi­ni­ster zła­god­niał. - Stała się rzecz straszna. Syn chciał po­peł­nić sa­mo­bój­stwo. Nie jest sobą, sły­szy głosy, które każą mu się za­bić. Musi na­tych­miast zo­stać przy­jęty do kli­niki, ale to pani o tym zde­cy­duje, nie ja. Ja tylko chcę po­dać pani ważne in­for­ma­cje do­ty­czące jego stanu. Przed chwilą kon­sul­to­wa­łem się przez te­le­fon z pro­fe­so­rem Za­wod­nym i to wła­śnie on po­le­cił nam tu przy­je­chać i po­cze­kać na niego. Po­wie­dział, że za­raz tu bę­dzie.

Była so­bota wie­czór. Do­rota nie przy­po­mi­nała so­bie, by szef kli­niki, pro­fe­sor Kon­rad Za­wodny, kie­dy­kol­wiek przy­szedł w week­end do pracy. Ale czego się nie robi dla wi­ce­mi­ni­stra, po­my­ślała.

- Gdzie jest pa­cjent?

- W po­cze­kalni.

- Niech wej­dzie.

Ja­nicki skie­ro­wał się ku drzwiom i po chwili wpro­wa­dził syna. Chło­pak na obu przed­ra­mio­nach miał za­ło­żone świeże opa­trunki. Za nimi do ga­bi­netu wszedł umun­du­ro­wany po­li­cjant.

- A pan w ja­kim celu? - za­py­tała go le­karka.

- Pa­weł Ja­nicki zo­stał za­trzy­many do dys­po­zy­cji pro­ku­ra­tora - wy­ja­śnił funk­cjo­na­riusz.

- To jest bar­dzo skom­pli­ko­wana sprawa - wtrą­cił się wi­ce­mi­ni­ster. - Mój syn w na­pa­dzie psy­chozy naj­praw­do­po­dob­niej udu­sił swoją na­rze­czoną.

Do­rota po­czuła, jak wali jej serce.

Pa­cjent stał dwa me­try od niej i roz­glą­dał się po ga­bi­ne­cie. Był wy­soki, do­brze zbu­do­wany i ude­rza­jąco po­dobny do ojca. Wy­glą­dał na prze­ra­żo­nego.

Do­rota prze­nio­sła wzrok na wi­ce­mi­ni­stra.

- Dla­czego po­wie­dział pan "naj­praw­do­po­dob­niej"?

- Po­nie­waż nie wiemy, co do­kład­nie się wy­da­rzyło. Trwają czyn­no­ści, które mają to usta­lić. Syn twier­dzi, że ją za­bił, ale jego stan nie po­zwala na to, żeby wie­rzyć we wszystko, co mówi.

- Pro­szę usiąść. - Do­rota wska­zała Ja­nic­kim krze­sła przy biurku, a po­li­cjan­towi le­żankę pod ścianą za ich ple­cami.

Gdy usie­dli, zwró­ciła się do pa­cjenta:

- Czy to prawda? Czy pan udu­sił na­rze­czoną?

Twarz Pawła Ja­nic­kiego prze­ciął gry­mas wście­kło­ści.

- Głosy mi ka­zały - wy­szep­tał i wbił wzrok w pod­łogę.

- Co do­kład­nie mó­wiły panu głosy?

Męż­czy­zna za­ci­snął dło­nie w pię­ści. Na jego pra­wej ręce spod opa­trunku wy­sta­wał bru­natny skrzep. Przez dłuż­szą chwilę w ga­bi­ne­cie pa­no­wała zu­pełna ci­sza.

- Dla­czego głosy ka­zały panu za­bić? Czy ja­koś to tłu­ma­czyły? - za­py­tała wresz­cie Do­rota.

- Syn już daw­niej mie­wał ha­lu­cy­na­cje słu­chowe - wtrą­cił się wi­ce­mi­ni­ster. - Dzięki le­kom wszystko się unor­mo­wało, ale Pa­weł je od­sta­wił i na­stą­piło po­gor­sze­nie. Dra­styczne po­gor­sze­nie.

- Czy w tej chwili też sły­szy pan głosy?

Pa­weł Ja­nicki ski­nął głową.

- Co mó­wią?

- Że mam się za­bić - wy­szep­tał.

Do­rota za­sta­na­wiała się, w ja­kim kie­runku po­pro­wa­dzić roz­mowę z pa­cjen­tem: czy odejść na chwilę od tra­gicz­nych wy­da­rzeń, da­jąc mu mo­ment wy­tchnie­nia, czy da­lej drą­żyć te­mat do­mnie­ma­nego za­bój­stwa, pro­wo­ku­jąc Ja­nic­kiego do prze­ży­wa­nia co­raz sil­niej­szych emo­cji, by zo­ba­czyć, jak so­bie z nimi po­ra­dzi.

- Czym się pan zaj­muje na co dzień? - za­py­tała, sta­ra­jąc się, by jej głos brzmiał ła­god­nie.

Męż­czy­zna nieco się oży­wił, ale nie od­po­wie­dział.

- Od kiedy się pan le­czy psy­chia­trycz­nie? - spró­bo­wała z in­nej strony.

- Od dwóch lat - ode­zwał się po­now­nie wi­ce­mi­ni­ster, po czym się­gnął do we­wnętrz­nej kie­szeni płasz­cza, wy­cią­gnął z niej kartkę i po­dał ją le­karce. - Le­ka­rzem Pawła jest pro­fe­sor Za­wodny, a to li­sta le­ków, które przyj­mo­wał.

Na kartce za­pi­sane były na­zwy dwóch far­ma­ceu­ty­ków: pierw­szy z nich - za­wie­ra­jący olan­za­pinę - miał dzia­ła­nie prze­ciw­p­sy­cho­tyczne, drugi - z hy­drok­sy­zyną - de­li­kat­nie uspo­ka­ja­jące i na­senne. Do­rota odło­żyła kartkę i sta­now­czym to­nem zwró­ciła się do wi­ce­mi­ni­stra:

- Pro­szę za­cze­kać na ko­ry­ta­rzu. Mu­szę po­roz­ma­wiać z pana sy­nem w cztery oczy. - Spoj­rzała na po­li­cjanta. - A pan niech zo­sta­nie.

Jó­zef Ja­nicki roz­parł się na krze­śle i za­ło­żył nogę na nogę.

- Chcę być obecny do końca ba­da­nia.

- Nie może pan być obecny przy ca­łym ba­da­niu, bo mu­szę po­roz­ma­wiać z pa­cjen­tem na osob­no­ści. Ale na ko­niec pana po­pro­szę - oświad­czyła Do­rota i do­dała w my­ślach: "Tylko ci się wy­daje, że wszystko mo­żesz".

W tej sa­mej chwili do ga­bi­netu wszedł szef kli­niki Kon­rad Za­wodny.

- O, jest i pan pro­fe­sor! - rzu­cił wi­ce­mi­ni­ster z wy­raźną ulgą.

Wstał i po­dał le­ka­rzowi rękę na po­wi­ta­nie. Pro­fe­sor skrzy­wił się w ner­wo­wym uśmie­chu i omiótł wzro­kiem ga­bi­net, zu­peł­nie jak Pa­weł Ja­nicki, kiedy wszedł tu kilka mi­nut wcze­śniej.

Do­rota nie da­rzyła szefa sym­pa­tią. Nie­chęć do niego jesz­cze na stu­diach za­szcze­pił jej oj­ciec, który na­zy­wał Za­wod­nego ka­rie­ro­wi­czem. Na ze­bra­niach Byd­go­skiego To­wa­rzy­stwa Psy­chia­trycz­nego Kon­rad Za­wodny był jego głów­nym opo­nen­tem.

- Wiesz, na czym po­le­gała ha­bi­li­ta­cja two­jego szefa? - za­py­tał kie­dyś Do­rotę oj­ciec. - Na tym, że wkła­dał szczu­rom drut w dupę i mie­rzył po­ziom ich stresu.

Było w tym tro­chę prawdy, gdyż w ogól­no­do­stęp­nych ba­zach na­uko­wych można było prze­czy­tać, że praca ha­bi­li­ta­cyjna pro­fe­sora Za­wod­nego fak­tycz­nie do­ty­czyła ba­da­nia po­ziomu stresu u szczu­rów, a miej­scem prze­pro­wa­dze­nia ba­dań był Za­kład Fi­zjo­lo­gii Zwie­rząt Uni­wer­sy­tetu War­miń­sko-Ma­zur­skiego w Olsz­ty­nie.

Pro­fe­sor roz­chy­lił usta, jakby chciał coś po­wie­dzieć, ale wi­ce­mi­ni­ster go ubiegł:

- Pro­fe­so­rze, czy mo­żemy na chwilę zo­stać sami? To zna­czy pan, Pa­weł i ja?

- Tak, tak, oczy­wi­ście. - W gło­sie le­ka­rza po­brzmie­wała nie­pew­ność, którą przy­krył na­tych­miast uśmie­chem. - Bar­dzo pro­szę, niech pani pój­dzie do sie­bie, za­dzwo­nię, jak skoń­czymy - zwró­cił się do Do­roty.

- Ale pa­nie pro­fe­so­rze! - za­pro­te­sto­wała. - Chcia­ła­bym zo­stać, bo...

- Ja wszystko wiem, pani Do­roto - prze­rwał jej Za­wodny - Niech pani pój­dzie do sie­bie, a póź­niej do tego wró­cimy - po­wie­dział tym ra­zem spo­koj­nym, nie­mal oj­cow­skim to­nem.

Le­karka pod­nio­sła się z krze­sła i spoj­rzała wy­mow­nie na pie­lę­gniarkę, a ta z nie­za­do­wo­loną miną bez słowa sprze­ciwu ru­szyła w kie­runku wyj­ścia. Po­li­cjant, który do­tąd zaj­mo­wał miej­sce pod ścianą, sta­nął na bacz­ność przed Ja­nic­kim.

- Pa­nie mi­ni­strze, mam obo­wią­zek po­zo­stać ra­zem z za­trzy­ma­nym. Ta­kie są prze­pisy.

Ja­nicki po­ki­wał głową.

- Oczy­wi­ście - od­parł. - Jak się pan na­zywa?

- Po­ste­run­kowy Kac­per Tom­czyk.

- Pa­nie po­ste­run­kowy - cią­gnął wi­ce­mi­ni­ster - niech pan się ro­zej­rzy. Tu są kraty w oknach, więc nie ma moż­li­wo­ści, by mój syn uciekł. A gdyby pró­bo­wał drzwiami, to na wszelki wy­pa­dek za­mkniemy je od środka. Zresztą pan bę­dzie po dru­giej stro­nie ra­zem z pana ko­legą, który zo­stał prze­cież w ko­ry­ta­rzu, więc wcale nie bę­dzie­cie zwol­nieni z do­zoru za­trzy­ma­nego.

- No nie wiem... - Po­ste­run­kowy wbił wzrok w za­kra­to­wane okno.

Jó­zef Ja­nicki klep­nął go w ra­mię jak do­brego ko­legę.

- Daję słowo ho­noru, że włos panu z głowy nie spad­nie. W po­rządku?

- Tak jest! - od­po­wie­dział po­li­cjant i ra­zem z ko­bie­tami opu­ścił ga­bi­net.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki