Bohdan Drucki zamieszkał w
Hotelu Odeskim przy ulicy Długiej. Był to mały i brudny hotelik,
pełny za dnia nieznośnej woni przypieczonej cebuli, a nocą krzyków,
awantur i bijatyk.
Oprócz właściciela, starego Żyda, i jego półzidiociałego syna
Nuchima, dwudziestoletniego wyrostka o spłaszczonej czaszce, stałym
mieszkańcem hotelu był tylko jeden Drucki, którego obecność
zaznaczona została, zgodnie z przepisami policyjnymi, na czarnej
tablicy w kantorku, gdzie kulfonami wypisano: Jan Winkler.
Pozostali klienci hotelu, stanowiący główne źródło jego
egzystencji, rekrutowali się z tych, którzy poszukiwali dachu nad
głową na jedną noc, albo po prostu na parę godzin, co nazywało się
tu "na wizytę".
Drucki odpoczywał. W ciągu trzech dni jedynym jego łącznikiem ze
światem był Nuchim, przynoszący bułki, szynkę i dzbanek z białą
kawą, czasem gazety i papierosy.
Gorączka z wolna ustępowała. Żelazny organizm wracał do dawnej
sprawności, blizna goiła się szybko. Drucki jednak nie wstawał z
łóżka. Miał to szczęśliwe usposobienie, że potrafił równie łatwo
zmusić swój mózg i mięśnie do długotrwałego i najwyższego wysiłku,
jak i do zupełnej bezczynności.
Stary Żyd z obojętną podejrzliwością patrzał na swego lokatora.
Jego powierzchowność i dziwactwo leżenia w łóżku opłacone wprawdzie
zostały dobrą gotówką, jednakże nie wyglądało to wszystko na rzecz
w zupełnym porządku.
Dopiero czwartego dnia właściciel Hotelu Odeskiego zmienił
zdanie. Nastąpiło to zaś dlatego, że jego syn otrzymał od lokatora
list do zaniesienia na Nowolipie do Borysa Załkinda.
Co ten obdartus Winkler może mieć za interes do samego Borysa
Załkinda, do takiego bogacza?
Jakież było zdumienie ojca, gdy Nuchim wrócił z ustną
odpowiedzią, że Borys Załkind zaczął się bardzo śmiać, jak list
przeczytał, za przyniesienie dał całe dwa złote i powiedział, że
sam przyjdzie do pana Winklera o ósmej wieczór.
Stary zdecydował, że tak ważną wiadomość musi osobiście zanieść
lokatorowi.
Kłaniał się bardzo nisko, wypytywał, czy czego szanownemu panu
nie trzeba, wyraził swoją radość z zaszczytu, że gości u siebie
znajomego pana Załkinda i usiłował dowiedzieć się, skąd pan Winkler
zna "tego Amerykańca".
Jedyną odpowiedzią na te wszystkie zabiegi było krótkie: "Nie
pański interes" i zapowiedź:
- A jak będzie u mnie pan Załkind, to uważajcie, żeby mi nikt
pod drzwiami nie podsłuchiwał, bo to niezdrowo. Rozumiecie? Bardzo
niezdrowo!
Stary Żyd o tyle się znał na ludziach, że nie żądał bliższych
wyjaśnień. Zresztą podsłuchiwanie nie zdałoby się na nic, bo w
numerze szóstym mówiono po angielsku.
Załkind przyszedł punktualnie. Był to człowiek wyraźnie
chromający na lewą nogę, która w dodatku swym skrzypieniem
zdradzała protezę. Jego drapieżna twarz z dużą blizną przez
policzek i świszczący głos sprawiały raczej przykre wrażenie, jak i
ruchliwość małych, czarnych oczu.
Klnąc strome schody wszedł na drugie piętro i zapukał we
wskazane drzwi, potem zamknął je za sobą i z pośpiechem zbliżył się
do łóżka:
- Halo, kapitanie, co za radość, że pana widzę! - zaświszczał,
wyciągając rękę.
Drucki z uśmiechem podał swoją:
- Nie spodziewał się pan, co?
- Ale co panu jest, kapitanie? Chory pan? I w tym parszywym
hotelu? Dawno w Polsce?
- Powoli, mister Jack, bo doprawdy nie zdołam panu na wszystko
od razu odpowiedzieć.
- Ach, kapitanie, czyż nie widzi pan, jak się cieszę? Cóż za
piękny dzień w moim życiu! Myślałem, że pana już nigdy nie zobaczę.
Ileż to lat? Chyba cztery?
- Pięć - poprawił Drucki.
- Pięć lat! I jakże New York? Czy wciąż spirytus jest takim
dobrym interesem?
- Nie wiem. Cóż pan myślisz, Jack, że ja wciąż siedziałem w tej
dziurze? Zaraz po panu diabli mnie stamtąd wynieśli.
- Dokąd?
- Fiu, fiu!... Za długo byłoby opowiadać! Londyn, Marsylia,
Konstantynopol, Berlin, Paryż i znowu Australia, i Chiny, i
Brazylia... Tak, Jack, nie umiem siedzieć w miejscu...
- Piękne życie, ciekawe życie, ale co pan z tego ma?
- Wolność, Jack, wolność.
- Rozumiem, to duża rzecz, wolność. Ale najwięcej wolności ma
ten, co ma pieniądze. Im więcej pieniędzy, tym wolniejszy.
- No, pan ma ich dosyć! - zaśmiał się Drucki.
- Co to znaczy dosyć? Mam ich bardzo dużo, ale dosyć? Czy może
być dosyć pieniędzy? Tak, jak panu, kapitanie, nigdy nie dosyć
włóczęgi po świecie, to pan musi rozumieć, że mnie nigdy dosyć
pieniędzy. To jest taka sama pasja jak i każda inna.
- To prawda.
- No, widzi pan. A tylko ja nie mogę w swej głowie pomieścić,
dlaczego większa jest przyjemność podróżować bez grosza w kieszeni,
zamiast wygodnie, nic nie robiąc, kajutą pierwszej klasy?
- Jak miałem na to, to i pierwszą klasą jeździłem.
- Co znaczy, jak miałem? Gdyby pan chciał, kapitanie, pan miałby
na całe życie! Czyż nie proponowałem panu spółki? Miałby pan dziś
tyle co ja, ba, obaj mielibyśmy więcej jeszcze, dużo więcej. Z
pańską głową! Ba! z pańską odwagą!
Drucki usiadł na łóżku i klepnął go wesoło po ramieniu:
- Ale ostre były czasy, co, Jack?
- Ostre. Co tu gadać. Mówią, że ludzie mojej rasy są tchórzliwi,
a to nieprawda. Przecie jestem Żydem z krwi i kości, a sam pan
widział. Dobre były czasy, na każdym kroku ryzykowało się życie,
ale spirytus i piwo - to był interes wart takiego ryzyka.
- No, a jakże tam noga?
- W porządku. Tylko podniebienie dokucza. Tak mi ten rudy
rozwalił. I wie pan co, kapitanie, że ja do śmierci nie zapomnę
tego, co było w Chicago. Nie dlatego, że mnie pan życie uratował.
- Dajmy spokój - przerwał Drucki. - Nie ma co wspominać.
- Nie dlatego, że opiekował się pan mną, nie dlatego, że oddał
pan mnie moje pieniądze, mój cały majątek... Nie... Ale nie zapomnę
do śmierci tego, że nie ruszył pan Luby!... Tak... Leżałem wówczas
jak kupa ścierwa, mówić nie mogłem, ruszyć się nie mogłem, ale
widziałem, jak ona patrzyła na pana! I cóż ona była dla pana? Nic,
ot, ładna Żydóweczka... A co ja byłem dla pana?... Ot, zdychający
pies, co go pan dla własnej fantazji wyratował! A co pan zrobił?
Przyszedł pan do mnie i powiedział: - Nie bój się o Lubę, nie tknę
jej i nikomu tknąć nie dam... Tak pan powiedział, bo czuł pan...
Nie dokończył. Podniósł głowę wysoko i zagryzł wargi. Z czarnych
jak węgle oczu wolno spłynęły po twarzy drapieżnego ptaka dwie łzy.
- Tam do diabła, stary! - zawołał Drucki. - Co by powiedzieli na
Broadwayu, gdyby zobaczyli, że Czarny Jack rozkleja się jak małpa
od cebuli! No, stary!
- Nie, kapitanie, nie! Ja tego panu nigdy nie powiedziałem, ale
teraz musiałem. Bo jak tu wszedłem, jak zobaczyłem, że pan tu w
nędzy i chory, a po mnie dopiero teraz posłał... To ja chcę, żeby
pan wiedział, że ja mam takie psie prawo, żebym dla pana zrobił, co
mogę, żebym nawet oddał wszystko, co mam!...
- Uwaga, Jack - z żartobliwą powagą ostrzegł Drucki. - Uwaga, bo
mogę przytrzymać za słowo!
- Niech pan nie myśli, kapitanie - z dumą odparł Żyd - że słowo
kupca Załkinda chociaż o jeden cent mniej jest warte od słowa
Czarnego Jacka.
Roześmieli się obaj. Załkind wypytywał Druckiego o stan zdrowia,
chciał koniecznie sprowadzić lekarza. Wreszcie oświadczył, że
natychmiast zabiera go do siebie, bo mu wstyd, żeby kapitan
mieszkał w tej dziurze.
Ten jednak stanowczo zaprotestował. Owszem, przeniesie się nawet
na pewno, ale nie do Załkinda.
- Widzi pan, ja jestem taki zatwardziały samotnik. Jak tylko
wydobrzeję i oporządzę się, będę musiał poszukać jakichś interesów.
I właśnie wiedząc, że pan jest dla mnie życzliwy...
- Życzliwy?!...
- Mniejsza o wyraz. Dość, że chodzi mi o to, żeby coś robić.
Załkind uśmiechnął się z zażenowaniem i zrobił niewyraźny ruch
ręką.
- Drogi kapitanie Winkler, co ja tu mogę wymyślić? Mnie nawet
jakoś głupio, ale ja tu, w kraju, to ja jestem bardzo solidny
kupiec. Ja mam kasy ogniotrwałe, ja trzymam stróżów nocnych...
Drucki wybuchnął śmiechem.
- Cóż, do pioruna! Posądza mnie pan o zamiar zorganizowania
bandy?! Cha, cha, cha!... Panie Załkind... Ja też chcę być solidny!
Czy pan przypuszcza, że ja do solidnych rzeczy się nie nadaję?! Że
mnie, choćby czasami, nie można zaufać?...
Załkind złapał go za przegub ręki:
- Już! Rozumiem! Chwileczkę... Ha, czy ja panu nie ufam? Sobie
więcej nie ufałbym... Chwileczkę, muszę się zastanowić.
Wbił oczy w podłogę i zmarszczył czoło:
- Handel to nie dla pana, kapitanie...
- A, nie dla mnie...
- Mam też fabrykę trykotaży, ale to też nie dla pana. Hm...
lasem handluję... O, to wymaga dużo ruchu, podróży, wyjazdów,
trzeba sprytu i prezencji... Mam w Białowieży nawet jedną ciężką
sprawę z niejakimi Fajersonami. Zrobili mi machlojkę z kontraktem.
Rzecz nie sądowa, tylko na własną, gorącą robotę. Pan dałby im
radę. Chodzi o okrągły milion. Co by pan na to powiedział?
Drucki zastanowił się i zaprzeczył ruchem głowy.
- Dlaczego nie?
- Chcę trochę posiedzieć na miejscu. Później owszem...
- Kapitanie - zakonkludował Załkind. - Co ja panu powiem: niech
się pan nic nie martwi. Już ja coś na mur dla pana znajdę. Dla pana
to spod ziemi wykopię! Niech pan tylko przeniesie się z tego hotelu
i dba o zdrowie. Zdrowie to grunt.
Umówili się w ten sposób, że nazajutrz Drucki przyjdzie do
Załkinda na kolację. Zjedzą we dwójkę, bo Luba z dzieckiem siedzi w
Rabce, więc będą mogli swobodnie pogadać.
Z tym się rozstali.
Drucki nazajutrz obudził się wcześnie rześki i wyspany.
Wyszedł na miasto w świetnym humorze i zaczął wędrówkę po
sklepach: ubranie, buty, palto, kapelusz, bielizna, zegarek,
rękawiczki, inne drobiazgi, potem kąpiel w łaźni na Krakowskim i
tamże zabiegi fryzjerskie.
Wesołe usposobienie nie opuszczało go ani na chwilę. Bawił się
znakomicie sensacją, jaką wszędzie w eleganckich sklepach
wywoływała jego powierzchowność, tak niezrozumiała przy
jednoczesnej wybredności gustów i umyślnie nadrabianej
wielkopańskości.
Wreszcie ubrany i wyświeżony opuścił łaźnię, na pytanie
służącego, co ma zrobić z pozostawioną garderobą, poradził odesłać
ją do muzeum i wyszedł na miasto.
Jakże innym teraz czuł się na tychże ulicach człowiekiem! Aż sam
się temu zdziwił: przecie tyle razy w ten sposób zmieniał skórę! W
Nowym Jorku, gdy wracał z morza, w Sidney, po złotych wędrówkach,
po wyjściu z więzienia w Lizbonie, po awanturze w Sztokholmie - i
jakoś nigdzie w sklepach nie dziwiono się obdartemu człowiekowi
kupującemu drogie przedmioty, nigdzie na ulicy nie oglądano się za
oberwańcem tak, jak tutaj, w Warszawie.
Zresztą, może i sam innymi oczami patrzał na ten tłum, którego
teraz czuł się członkiem równouprawnionym... Ach, no i kobiety.
Jeszcze przed dwiema godzinami nie spostrzegały go wcale, ba, sam
ich też nie zauważał, a teraz...
Szedł elastycznym krokiem, jak na paradzie, i czuł, że ściąga na
siebie spojrzenia tych istot tak powabnych, tak znanych, a wciąż
zaciekawiających i upragnionych.
- Do diabła! Wciąż jestem młody - pomyślał z zadowoleniem,
przykrytym nitką dobrotliwego upomnienia.
Istotnie, był młody. Gdy usiadł przy stoliku w restauracji i
ujrzał swe odbicie w lustrze, aż zdziwił się swej młodości. Dzięki
piekielnej mordędze ostatnich dwóch miesięcy schudł, a jego smagła
cera od słonego wiatru morskiego nabrała połysku brązu. Gdyby nie
siwe skronie, nie mógłby temu pełnemu życia panu w lustrze dać
ponad trzydziestkę.
Jadł obiad z apetytem, rozmyślając o swej sytuacji. Po tylu
latach mogliby go ewentualnie poznać, gdyby nie to, że nie nosi
teraz wąsów, no i że w ogóle bardzo się zmienił. Zresztą dokumenty
obywatelstwa amerykańskiego gwarantują bezpieczeństwo.
Roześmiał się do siebie.
- Można by pomyśleć, że drżę o swoją skórę. Po diabła, w takim
razie, zawsze lazłem głową w niebezpieczeństwa?
Zapłacił rachunek, porozmawiał wesoło z kelnerem i wyszedł.
Warszawa bardzo się zmieniła.
Wprawdzie poznawał bez omyłki ulice, ale pamiętał je całkiem
inne. W owych dawnych czasach była to niemal dziura
prowincjonalna...
Zaczął padać śnieg.
Drucki wszedł do cukierni, kazał dać sobie czarnej kawy i zaczął
przyglądać się publiczności.
Najwięcej było kobiet. Po dwie, po trzy przy stoliku, od
poważnych podlotków do rozchichotanych starszych pań, bardzo mocno
umalowanych.
- Zastanawiające - pomyślał - że wszystkie, właściwie mówiąc, są
ładne i wszystkie wyglądają względnie młodo. Gdzie się podziały
stare i brzydkie kobiety?... Ale i pięknych nie ma...
Z prawej, pod filarem, siedziały dwie brunetki. Mniejsza, w
popielicowym futrze, żarłocznie jadła ciastka i atakowała Druckiego
spojrzeniami połyskliwych oczu. Z lewej pod oknem samotna szczupła
blondynka skracała sobie oczekiwanie na kogoś, kto się widocznie
spóźnił, spoglądaniem to na zegarek, to na Druckiego. Tuż przed nim
zajmowało większy stolik towarzystwo złożone z dwóch panów i jednej
pani w czarnym lśniącym futrze.
Jeden, łysawy blondyn w dużych, rogowych okularach, opowiadał
coś monotonnym głosem, drugi, przysadkowaty starszy pan z nieznośną
manierą otwierania i zamykania żółtej czeczotkowej papierośnicy.
Twarzy kobiety Drucki ujrzeć nie mógł, gdyż siedziała doń tyłem.
Widział tylko promień jasnych złoto_blond włosów, wystający z boku
spod kapelusza i opartą na stole długą ładną rękę, bez
pierścionków, co bardzo lubił.
Jak na złość nie obejrzała się ani razu, a tymczasem zbliżała
się ósma i trzeba było jechać do Załkinda.
- Jeszcze poczekam - uśmiechnął się do siebie Drucki,
konstatując w myśli, że trzeba być naprawdę niepoprawnym
kobieciarzem, żeby dla tak błahego powodu spóźnić się na ważną
rozmowę.
Wreszcie postanowił użyć wypróbowanego sposobu. Wziął do rąk
leżący opodal dziennik i, udając zaczytanego, zsunął na ziemię dużą
szklaną popielniczkę.
Głośny brzęk tłukącego się szkła, ktoś krzyknął: "ach!",
wszystkie oczy zwróciły się na stolik Druckiego i - efekt
osiągnięty: sąsiadka w czarnym lśniącym futrze obejrzała się.
Drucki drgnął i poczuł, że krew ucieka mu z twarzy.
Instynkt, wygimnastykowany w tysiącach niebezpieczeństw, a
sprawny tak jak automat, kazał mu natychmiast zakryć się płachtą
gazety, lecz tym razem rozkaz nie został wykonany.
Nie mógł oderwać od niej oczu.
Gdzie? Kiedy?... Przysiągłby, że kiedyś musiał ją znać, że te
płonące czarne oczy ze wspaniałym zrośniętym łukiem czarnych brwi i
te złociste włosy, i te wprost nieprawdopodobnie wykrojone wargi...
Kto? Kiedy?... Na pewno, na pewno...
Szukał odpowiedzi w jej wzroku: zna go?... Poznaje?...
Lecz ona już odwróciła głowę i znowu z uwagą słuchała
monotonnego głosu łysawego blondyna. Przysadkowaty starszy pan
znowu miarowo potrzaskiwał czeczotkową papierośnicą.
Drucki nie był pewien. Uderzająca piękność tej kobiety musiałaby
przecież głębszym, nie dającym się zakwestionować wspomnieniem
wrazić w jego pamięć.
Udawał, że czyta, a jednocześnie myśl pracowała nieustannie:
- Może ktoś podobny... Ale kto? Chyba jakaś głośna aktorka
filmowa o zbliżonym typie?... Jakaś gwiazda sportowa?...
lotniczka... tenisistka?... Zresztą, gdyby obawy były słuszne, ona
poznałaby go na pewno... Trudno wyobrazić sobie, by spotkawszy
gdzieś w życiu taką dziewczynę mógł przejść obok niej obojętnie.
Wykluczone! A kobiety zazwyczaj dobrze pamiętają tych mężczyzn,
którzy bodaj bez skutku zabiegali o ich względy...
A ona stanowczo nie patrzała nań, jak na znanego sobie
człowieka. W jej wzroku była odrobina roztargnienia i odrobina
ciekawości, lecz ciekawości nie więcej niż ta, z jaką wszystkie
kobiety zawsze patrzą na niego.
W każdym razie rozsądek dyktował ostrożność. Należało zaraz
zapłacić i wyjść. Jednakże Bohdan Drucki nie zaliczał się do tych,
którym ktokolwiek, bodaj nawet własny rozsądek, mógł cokolwiek
dyktować.
Dlatego został.
Dopiero po kwadransie towarzystwo przy sąsiednim stoliku
uregulowało rachunek i wstało.
Nieznajoma była wysoką, dobrze zbudowaną kobietą. Gdy przyglądał
się jej sylwetce, doszedł do przekonania, że początkowo uległ
złudzeniu.
Nie znał takiej na pewno.
Nie zawiódł się, oczekując, że podczas wciągania rękawiczek
spojrzy znowu na niego.
Jakże była piękna! Spod zmrużonych powiek obserwował jej profil,
dumny, zimny i namiętny. Wyglądała na lat dwadzieścia pięć, lecz
mogła mieć więcej.
Przechodząc obok stolika Druckiego prześlizgnęła się wzrokiem po
jego twarzy i znowu obudziły się w nim wątpliwości, chociaż wyraz
jej oczu dobitnie świadczył, że patrzy na kogoś, kogo widzi po raz
pierwszy w życiu.
Odprowadził ją wzrokiem do drzwi, zapłacił za kawę i za rozbitą
popielniczkę i wyszedł.
Nowy Świat był zatłoczony, tłumy posuwały się wolno chodnikami,
jezdnią sunęła rzeka samochodów. Jaskrawe reklamy neonowe biły w
oczy ostrymi czerwonymi liniami.
- Na Nowolipie!
Borys Załkind sam otworzył drzwi.
- Halo, kapitanie, oto znowu pana widzę w pełnej gali. Obawiam
się jednak, że byłem cierpliwszy od kaczek, które w oczekiwaniu
pana musiały się porządnie wysuszyć w rondlu.
Podali sobie ręce. Pokojówka w białym fartuszku, dygnąwszy z
kokieterią, odebrała palto Druckiego.
- Czyżbym tak bardzo się spóźnił? - z udanym przerażeniem
zapytał Drucki. - Miałem naprawdę sprawę dość wielkiej wagi.
- Czyżby? - roześmiał się Załkind, wprowadzając gościa do
jadalni. - O ile znam pański gust, kapitanie, nie sądzę, by jej
waga przewyższała powiedzmy, sześćdziesiąt pięć kilo!
Drucki zrobił skupioną minę i odparł z powagą:
- Sądzę, że omylił się pan najwyżej o dwa, trzy kilogramy.
- Obawiam się, kapitanie, że przez kobiety spóźni się pan o tyle
do piekła, że już najwygodniejsze kotły ze smołą będą zajęte.
- No! - zawołał po polsku z wyraźnym litwackim akcentem. - Co
się Wikcia przygląda? Proszę natychmiast podawać!
Kusztykając wokół bogato zastawionego stołu, napełnił kieliszki
i podsunął gościowi krzesło.
Kolacja była smaczna i obfita, gęsto zakropiona alkoholem.
Rozmowa obracała się wyłącznie dokoła wspomnień amerykańskich.
Dopiero gdy usadowili się w gabinecie w głębokich klubach, Załkind
przystąpił do interesu:
- Otóż długo myślałem, co by tu takiego wynaleźć, co
odpowiadałoby takiemu człowiekowi, jak kapitan Winkler. I zdaje mi
się, że mam coś w sam raz dla pana.
- Byle nie dyrekcję banku!
- I gorzej, i lepiej. Interes jest taki. Pamięta pan jeszcze
dobrze Warszawę?
- Ja myślę.
- Zatem wie pan, gdzie jest ulica Hortensja?
- Wiem. Mała ślepa uliczka od Szpitalnej, prawda?
- Tak - potwierdził Załkind. - Otóż na tej Hortensji dwaj bracia
Tinkelman i taki jeden Rybczyński założyli przed rokiem nocną
knajpę. Wie pan, rodzaj amerykańskich nocnych klubów. Bar, dancing,
kabaret. Lokal piękny, punkt pierwsza klasa, wpakowali w to może
pół miliona złotych, a może i więcej.
- I plajta?
- Plajta. Taki interes trzeba umieć prowadzić. To może być złote
jabłko. Tylko pilnować je trzeba, żeby wszystko było w porządku,
żeby służba nie kradła, żeby klienci nie zarywali. Trzeba wiedzieć,
komu dać na kredyt, komu nie, kogo przyjmować z otwartymi rękami, a
kogo zrzucić ze schodów na zbitą mordę. Trzeba trzymać cały interes
za pysk żelazną łapą, ale żeby wyglądało, że to jest swoboda i
zabawa, że klienci to tak jak prywatni goście. Pamięta pan,
kapitanie, knajpę Wesołego Billa na Siedemdziesiątej Czwartej
ulicy?
- Pamiętam.
- To nie była knajpa, to był kurnik, to była zwykła dziura. A
dlaczego kto mógł pchał się tam z dolarami? Dlatego, że interes
prowadził Billy! Kobiety leciały na niego, mężczyźni uważali go za
najlepszego kompana, wszyscy po prostu przepadali za nim. Ja nie
wiem, co w nim było, ale w panu, kapitanie, jest akurat tego samego
dwa razy więcej.
- Dobry chłop był ten Billy - powiedział z uśmiechem Drucki.
- Kapitanie! Ja nie mam jeszcze pięćdziesiątki, ale dużo rzeczy
widziałem i jedno wiem: grunt to człowiek! Nie to ważne, "jak" i
"co", ale tylko "kto". Otóż obaj Tinkelmany i ten Rybczyński chodzą
za mną już od dwóch miesięcy. Telefonują, pytają, zaczepiają. Po
prostu nie dają żyć. Oni chcą, żebym ja odkupił tę knajpę. Ludzi,
co mają więcej gotówki diabelnie teraz mało, więc przyczepili się
do mnie. A ja im mówię wciąż: - po co mi ten kłopot? Sam tego
prowadzić nie będę, a choćby teraz i sam czort poprowadził, to i
tak rady nie da. Zapaskudziliście firmę, pies z kulawą nogą tam nie
chodzi, jak kto chce ziewać z nudów, to woli ziewać w domu.
- I gratis - dorzucił Drucki.
- Pewno. Ja im tak mówię, ale myślę, że tak nie jest. Człowiek z
nerwem i z głową i z tym, co właśnie ma Billy, mógłby interes
postawić na nogi. Jeśli włoży jeszcze z dziesięć tysięcy dolarów...
No, co pan o tym powie?...
- Cóż powiem?... Chce pan, Jack, kupić tę budę i mnie zrobić
dyrektorem?
- I tak, i nie. Chcę kupić, ale do spółki z panem.
- Wolne żarty. Ja grosza przy duszy nie mam.
Załkind wzruszył ramionami:
- Co pan gada, kapitanie, przecie pół godziny klarowałem panu,
że pan sam to żywy kapitał. Ja panu powiem tak: ja zaryzykuję kupić
od nich ten gips. Ale na pańskie nazwisko. Pan będzie właścicielem.
Postawi pan budę na nogi - to dobrze, nie - to trudno. Ale ja
wierzę, że pan postawi. Rozumie pan? Taka cicha spółka i pół na
pół?
Drucki wstał i pokręcił głową:
- Nie, Jack, nie jestem żebrakiem i jałmużny nie przyjmuję.
Teraz już Załkind nie wytrzymał. Zerwał się z miejsca, zaczął
biegać po pokoju, wymachiwać rękoma, targać włosy i kląć na czym
świat stoi.
- Jak to, jego, Czarnego Jacka, posądzają o takie rzeczy?! To
człowieka może szlag trafić! To lepiej wziąć nóż i od razu go
zarżnąć w samo serce! Cóż to sobie kapitan Winkler wyobraża! Że
kapitan nie widzi tu uczciwego interesu dla nich obydwóch, to nie
dowód, żeby tego interesu nie było!
Póty się pieklił i krzyczał, aż Drucki zgodził się wszcząć znowu
rzeczową rozmowę.
Załkind sypał argumentami, powoływał się na znane im obu
przykłady, przytaczał cyfry, kalkulował, prosił, groził,
przekonywał, wreszcie zaczął oburzać się, że kapitan tak zadziera
nosa, że mógł sobie pozwolić na wielkopański gest uratowania życia
i majątku parszywego Żyda, ale nie pozwala mu odwdzięczyć się
choćby okazaniem zaufania...
- Przestań, Jack, do diabła, histeryzować - ryknął Drucki. -
Przyjmuję!
Na drapieżnej twarzy Załkinda rozpłynął się pogodny uśmiech.
Wziął dłoń Druckiego, potrząsnął nią mocno i kusztykając podszedł
do biurka.
Przez chwilę przewracał kartki książki telefonicznej, potem
wziął słuchawkę i wymienił jakiś numer.
- Czy jest pan Abram Tinkelman?... Pana Mieczysława też nie
ma?... To poproszę pana Rybczyńskiego... To pan Rybczyński? Co
jest, panie Rybczyński, kiedy panowie zapłacą mi te siedem
tysięcy?... Jak to kto? Załkind! Ja panu komornika przyślę!...
Co?... Ja zdrowia z wami już nie mam... Co?... Murowane?!... Nu,
dobrze, tylko szkoda, że Tinkelmana nie ma...
Zakrył ręką słuchawkę, zrobił oko do Druckiego i powiedział po
angielsku:
- Pan myśli, kapitanie, że go nie ma?
Drucki nie mógł powstrzymać śmiechu. Różnica między
Załkindem_kupcem a Załkindem_gangsterem była uderzająca.
Tymczasem znalazł się Tinkelman, któremu Załkind zakomunikował,
że jest tu w Warszawie przejazdem jeden Amerykanin, który mógłby
ewentualnie zainteresować się kupnem "Argentyny", jednakże on,
Załkind, ani myśli Amerykanina namawiać na tę splajtowaną knajpę,
ale ewentualnie można pogadać.
Umówili się już na jutrzejszy wieczór w tejże "Argentynie".
Za radą Załkinda Drucki tegoż dnia przeprowadził się do hotelu
"Bristol" i rozlokował się na noc w wygodnym, czystym i szerokim
łóżku. Już sam nie traktował poważnie swoich obiekcji co do
zawarcia tej oryginalnej spółki z Załkindem.
Da sobie na pewno radę i pokaże Warszawie, jak ma wyglądać nocny
lokal, który musi mieć powodzenie! Rekordowe!
Już zasypiając przypomniał sobie nieznajomą z cukierni. Czyżby
rzeczywiście nigdy jej przedtem nie widział?...
- Ale rasowa bestia...