Projektantka - Rosalie Ham

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Sierżant Farrat włożył policyjną czapkę, strzepnął nitkę z klapy marynarki i zasalutował swojemu schludnemu odbiciu w lustrze. Pomaszerował w kierunku lśniącego wozu policyjnego, aby rozpocząć wieczorny objazd miasta, choć i tak wiedział, że wszystko jest w porządku. Żulernia opanowana, ludzie pogrążeni we śnie, wyczekujący na zwycięstwo swojej drużyny na boisku futbolowym następnego dnia.

Zatrzymał samochód na głównej ulicy, przewiercając wzrokiem budynki aż po same dachy, jedne srebrzyste, inne zakopcone. Mgła się zakradała, gromadziła wokół słupów i ścian, rozwieszając markizy pajęczyn między drzewami. Od strony hotelu Station dobiegały stłumione rozmowy. Farrat uważnie przyjrzał się wszystkim pojazdom zaparkowanym przed pubem: zwykłym morrisom i austinom, furgonetkom, wolseleyowi radnego Pettymana i okazałej, ale zajeżdżonej triumph glorii Beaumontów.

Autobus Greyhound zadudnił, zasyczał i znieruchomiał przed budynkiem poczty, oświetlając reflektorami bladą twarz sierżanta Farrata.

- Jakiś pasażer? - zapytał głośno sam siebie.

Drzwi autobusu się otworzyły i z wnętrza buchnęło jaskrawe światło. Szczupła młoda kobieta zstąpiła lekko w mgłę. Jej bujne włosy opadały na ramiona, miała na sobie beret i nietypowo skrojony płaszcz.

"Bardzo elegancko" - pomyślał sierżant.

Kierowca wyciągnął walizkę z bagażnika i postawił ją przed wejściem na pocztę, w ciemnym rogu ganku.

Wrócił po następną, potem kolejną, a potem wyciągnął coś jeszcze - kopulastą obudowę z wydrukowanym złotymi literami napisem "Singer" na boku.

Pasażerka wzięła pakunek i zaczęła się rozglądać po ulicy.

- Fiu, fiu, śliczny kapelusik - powiedział sierżant i wyskoczył z samochodu.

Usłyszała trzaśnięcie drzwiami, więc odwróciła się na pięcie i zaczęła szybko iść na zachód, w kierunku Wzgórza. Autobus zagrzmiał z dala, jego tylne światła zmalały, a za nią rozbrzmiały zbliżające się kroki.

- Myrtle Dunnage... Nie do wiary!

Myrtle przyspieszyła. Sierżant Farrat również.

Zlustrował jej świetne buty. "Włoskie?" - zastanawiał się - i jej spodnie, z pewnością nie z wełnianej serży1.

- Myrtle, pozwól, że ci pomogę.

Szła dalej, więc sierżant rzucił się do przodu, wyrwał jej z dłoni pudło i odwrócił ją do siebie.

Stali i przyglądali się sobie nawzajem. Wokół kłębiła się mgła. Tilly wyrosła na kobietę, sierżant Farrat się postarzał.

Zakłopotany uniósł bladą rękę do ust, po czym wzruszył ramionami i udał się z bagażem do samochodu.

Wrzucił ostatnią z walizek Myrtle na tylne siedzenie, otworzył drzwi od strony pasażera i czekał.

Kiedy znalazła się w samochodzie, wykręcił i ruszył na wschód.

- A teraz zrobimy sobie długą drogę do domu - powiedział.

Żołądek Tilly skurczył się ze strachu.

Sunęli przez mgłę i kiedy okrążali owal stadionu, sierżant zagadnął:

- Mamy w tym roku trzecie miejsce w rankingu.

Tilly milczała.

- Przyjechałaś z Melbourne, prawda?

- Tak - odparła beznamiętnie.

- Na długo?

- Nie jestem pewna.

Wjechali z powrotem na główną ulicę. Kiedy mijali szkołę, w głowie Tilly odezwał się szum dziecięcych głosów: piski i wrzaski przy grze w soft-ball w piątkowe popołudnia i pluski podczas zabaw w strumieniu. Gdy sierżant Farrat skręcał przy bibliotece w kierunku Wzgórza, poczuła woń woskowanego linoleum na podłodze biblioteki i przed oczami mignęła jej plama świeżej krwi na trawie przed budynkiem. Nagłe wspomnienie o tym, jak wiele lat temu ten sam człowiek odwoził ją na przystanek autobusowy, zmroziło jej krew w żyłach.

Wreszcie policyjny samochód zatrzymał się na szczycie Wzgórza. Tilly siedziała nieruchomo, patrząc na stary dom rodzinny, podczas gdy sierżant patrzył na nią. Mała Myrtle Dunnage miała alabastrową skórę oraz oczy i włosy swojej matki. Wydawała się silna, choć w środku krucha.

- Czy ktokolwiek wie, że przyjechałaś, Myrtle? - zapytał sierżant.

- Mam na imię Tilly - odpowiedziała. - Wkrótce wszyscy się dowiedzą.

Spojrzała na jego pełną wyczekiwania twarz.

- Jak się ma moja matka? - zapytała.

Farrat otworzył drzwi.

- Twoja matka... ostatnio nie wychodzi z domu zbyt często - odpowiedział szybko i wysiadł z samochodu.

Mgła otulająca werandę falowała jak falbanki spódnicy, kiedy sierżant przechodził przez nią z walizkami Tilly.

Wniósł ciężki futerał.

- Masz piękną maszynę do szycia, Tilly - pochwalił.

- Jestem krawcową i projektantką, sierżancie Farrat.

Otworzyła tylne drzwi domu.

Klasnął w dłonie.

- Świetnie!

- Dzięki za podwiezienie - powiedziała i zamknęła przed nim drzwi.

W drodze powrotnej sierżant Farrat usiłował sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz odwiedził Szaloną Molly. Nie widział jej co najmniej rok, ale był pewien, że Mae McSwiney ma na nią oko. Uśmiechnął się. "Krawcowa!".

Dom Molly był nieprzyjemnie zimny, mokry i pachniało w nim szczynami oposa.

Tilly przesunęła ręką po zakurzonej ścianie, usiłując wymacać włącznik. Wreszcie znalazła go, zapaliła światło i przeszła przez kuchnię do salonu, mijając po drodze do kominka komplet odrapanych mebli wypoczynkowych.

Włożyła dłoń w popiół. Był zimny jak lód. Podeszła do drzwi sypialni matki, przekręciła gałkę i pchnęła. Lampa przy łóżku rzucała bladą poświatę.

- Mamo?

Coś poruszyło się pod stertą koców.

Obleczona w ogrzewacz do herbaty głowa przekręciła się na brudnej poduszce z włókna kapokowego2. Oczy wgapiły się w nieoczekiwanego gościa, usta rozdziawiły jak czarna dziura.

Molly Dunnage, wariatka i stara wiedźma, rzekła do swojej córki:

- Przyszłaś tu w sprawie psa, prawda? Nie możesz go mieć. Chcemy go zatrzymać.

Wykonała gest w stronę tłumu niewidzialnych ludzi stojących wokół łóżka.

- Nieprawdaż? - Skinęła w ich stronę.

- Oto, co ci zrobili - powiedziała Tilly.

Spod sterty koców wysunęła się sztywna z brudu rękawiczka.

Molly spojrzała na swój chudy nadgarstek.

- Wpół do piątej - powiedziała.

Tilly odpakowała butelkę brandy, którą kupiła dla matki, i usiadła na werandzie z tyłu domu, patrząc w dół na monotonne zarysy uśpionego Dungataru. Zastanawiała się nad tym, co zostawiła za sobą i do czego wróciła.

O świcie westchnęła, podniosła kieliszek do ust, wychyliła toast za małe szare miasto i weszła do środka. Wyeksmitowała rodzinę myszy spomiędzy ręczników w bieliźniarce, usunęła pająki z ich koronkowych domków pod abażurami. Starła kurz i brud, wyrzuciła z wanny gałązki i martwego wróbla, a potem odkręciła krany, żeby ją wyszorować.

Popłynęła zimna brązowa woda. Kiedy stała się czysta i gorąca, napełniła wannę i dodała lawendy z ogrodu. Wyciągnęła matkę z zaskorupiałego łóżka i poprowadziła, zataczającą się, w kierunku łazienki. Szalona Molly klęła, drapała i biła Tilly długimi pajęczymi kończynami, wkrótce jednak zmęczyła się i pozwoliła usadzić w wodzie.

- W każdym razie - warknęła - wszyscy wiedzą, że czerwona galaretka dłużej pozostaje twarda. - Po czym zarechotała, odsłaniając zielone dziąsła i wytrzeszczając obłąkane oczy.

- Daj zęby - powiedziała Tilly.

Molly zacisnęła wargi. Tilly przygwoździła matkę, unieruchomiwszy jej przedramiona na klatce piersiowej, a następnie zatkała jej nozdrza, czekając, aż otworzy usta, żeby móc oddychać. Za pomocą łyżki wyważyła jej sztuczną szczękę i wrzuciła do kubełka z roztworem amoniaku. Molly krzyczała i rzucała się aż do całkowitego wyczerpania. Tilly zmieniła pościel i wyciągnęła materace na trawę, żeby wyprażyło je słońce.

Później zapakowała wychudzone ciało Molly z powrotem do łóżka. Napoiła matkę czarną słodką herbatą, cały czas do niej mówiąc. Odpowiedzi Molly były maniakalne, gniewne, wciąż takie same. Gdy matka zasnęła, Tilly wyczyściła palenisko, nazbierała w ogrodzie chrustu na podpałkę i rozpaliła ogień. Dym nadął się jak balon i wystrzelił przez komin, płosząc oposa na dachu. Otworzyła na oścież wszystkie drzwi i okna i zaczęła pozbywać się rzeczy: wyrzuciła na zewnątrz wiekową maszynę do szycia, zjedzonego przez mole manekina, obudowę wyżymaczki, stare gazety i pudła, brudne zasłony, zesztywniałe chodniki, sofę, zepsute krzesła, połamane stoły, puste puszki i szklane butelki. Wkrótce góra śmieci przesłoniła mały drewniany domek.

Kiedy Molly się obudziła, Tilly poprowadziła ją do wychodka, posadziła na toalecie i zostawiła z długimi majtkami wiszącymi wokół kostek i koszulą nocną podwiniętą pod sweter. Za pomocą paska od szlafroka przywiązała jej ręce do drzwi toalety, aby się nigdzie nie oddaliła. Molly zaczęła drzeć się z głębi swoich starych płuc i nie przestała, dopóki nie ochrypła. Nie zważając na to, Tilly podgrzała zupę pomidorową z puszki. Następnie posadziła matkę na słońcu w ogrodzie - wypróżnioną, wymytą i owiniętą w swetry, koce, ubraną w rękawiczki, czapkę, skarpety i kapcie - i zaczęła ją karmić. Szalona Molly ględziła bez ustanku. Tilly wytarła matce usta wybrudzone czerwonym sosem.

- Smakowało ci?

Molly odrzekła z kurtuazją:

- Tak, dziękujemy, jak zwykle. - I uprzejmie uśmiechnęła się do innych gości na bankiecie, po czym zwymiotowała na dziwną kobietę, którą podejrzewała o podanie jej trucizny.

I znów Tilly stała na werandzie, wiatr szamotał jej lekkim ubraniem, przyciskając spodnie do smukłych nóg. Poniżej, z podwórza McSwineyów sąsiadującego z wysypiskiem śmieci, wydobywały się kłęby dymu. Przyjezdni przypuszczali, że powykrzywiane wagony kolejowe i zdeformowane przyczepy kempingowe są częścią złomowiska, ale to właśnie w nich mieszkała rodzina McSwineyów. Edward McSwiney był nocnym woźnicą, operatorem śmieciarki, dobrze znanym w Dungatarze. Człowiek ów potrafił poradzić sobie z każdą wypełnioną po brzegi latryną - nawet w najczarniejszą, najbardziej wietrzną noc - bez rozlania ani jednej kropli. Za dnia zajmował się przewożeniem rzeczy, jeżdżąc po całym mieście furmanką ze średnim synem Barneyem i gromadą dzieciaków uwieszonych z tyłu.

Kiedy Myrtle była mała, lubiła przyglądać się zabawom McSwineyów. Najstarszy był chłopiec, młodszy od niej o kilka lat, potem trzy dziewczynki i Barney, "ten nie całkiem skończony". Pokrzywiony, z nieforemną głową i wrodzonym zniekształceniem: stopą końsko-szpotawą.

Dungatar zalany był oślepiającym blaskiem porannego słońca. Stacja kolejowa i kwadratowy szary silos były umiejscowione wzdłuż torów, które zataczając łuk dokładnie naprzeciwko zakola strumienia, nadawały miastu kształt nosa upstrzonego piegami zabudowań. Potok, obrośnięty przez wierzby i pałki wodne, miał zwykle niski poziom i opieszały prąd, wokół bzyczały moskity. Pionierscy założyciele Dungataru pozwolili wewnętrznemu meandrowi strumienia rozlać się, na utworzonej w ten sposób łasze znajdował się teraz park miejski z domem kultury pośrodku, niewysokim domem państwa Almanaców na wschodnim krańcu i prowadzonym przez nich sklepem chemicznym naprzeciwko oraz szkołą na zachodnim brzegu, gdzie panna Prudence Dimm nauczała dzieci z Dungataru dłużej, niż ktokolwiek pamiętał.

Główna droga oddzielała park od pasażu handlowego. Posterunek policji usytuowany był przy trasie na wschód, trochę na uboczu, w połowie drogi między cmentarzem a krawędzią miasta. Tuż obok kilka sklepików, apteka, hotel Station, wreszcie okazały pawilon wielobranżowy państwa Prattów, w którym można było dostać wszystko, co niezbędne. Poczta, bank i centrala telefoniczna mieściły się w tym samym budynku, a zaraz za nim najbardziej wysunięty na zachód gmach rady miasta wraz z miejską biblioteką. Osiedle za pasażem handlowym przecięte było na pół przez wąską żwirową drogę, która biegła do stadionu futbolowego.

Zielone oko owalu spoglądało na Tilly, samochody przemieszczające się wokół jego krawędzi mrugały jak rzęsy. Wewnątrz jej matka świrowała, przywoływała niewidzialnych ludzi, a opos znów grzmocił w sufit.

Tilly podeszła do manekina leżącego na trawie. Podniosła go, spryskała wodą z ogrodowego węża i zostawiła na słońcu do wyschnięcia.