Projekt: Miłość - Kelly Yang

Kup ebooka

39.90 zł
31.92 zł (29,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

SE­RENE

Mama roz­ła­muje cia­steczka z je­dy­nej chiń­skiej re­stau­ra­cji w mie­ście - Lucky Sze­chwan - jedno po dru­gim, aż trafi na wróżbę, która jej się po­doba.

- Po­słu­chaj, Se­rene! We­dług tej czeka mnie miła nie­spo­dzianka! - Uśmie­cha się. Zgniata wszyst­kie, które nie spro­stały jej ocze­ki­wa­niom, a tę jedną do­rzuca do szkla­nej szka­tułki, w któ­rej znaj­duje się jej ko­lek­cja wróżb war­tych za­trzy­ma­nia. - Le­piej, żeby się speł­niła, bo ina­czej in­we­sto­rzy mnie po­wie­szą. Jak ko­szulę!

Prze­wra­cam oczami. Chcia­ła­bym, żeby mama prze­stała tak bar­dzo przej­mo­wać się in­we­sto­rami i za­częła cie­szyć się chwilą. To w końcu no­wo­jor­ski ty­dzień mody! Długo wy­cze­ki­wane przez nią wy­da­rze­nie. Od mie­sięcy nie śpi i ciężko pra­cuje, szy­jąc au­tor­skie, wy­jąt­kowe kre­acje. W przy­szłym ty­go­dniu o tej po­rze cała no­wo­jor­ska elita prze­my­słu mo­do­wego bę­dzie ochać i achać nad jej pro­jek­tami. Ja je­stem je­dy­nie sta­żystką w jej fir­mie, ale nie­śmiało stwier­dzam, że prze­szła samą sie­bie.

- Z wra­że­nia wbije ich w fo­tel, zo­ba­czysz, mamo - za­pew­niam ją.

Się­gam po jej ko­pię te­go­rocz­nego ka­ta­logu ty­go­dnia mody i prze­jeż­dżam pal­cem po na­zwi­sku: LILY LEE. Kie­dyś chcia­ła­bym, tak jak ona, mieć wła­sną markę odzie­żową. Z tym że ja nie po­zwolę ja­kiejś ban­dzie żąd­nych zy­sków pie­nią­dzo­łoż­ców zdu­sić mo­jej kre­atyw­no­ści. A na metce znaj­dzie się moje praw­dziwe na­zwi­sko: Li.

Mama twier­dzi, że Lee le­piej się pre­zen­tuje. Bar­dziej ame­ry­kań­sko. Dla­tego znana jest wła­śnie pod ta­kim na­zwi­skiem.

- Wy­obra­żam so­bie, że tak na na­zwi­sko mo­gliby mieć biali lu­dzie - tłu­ma­czyła mi, kiedy by­łam ma­lutka.

- Ale my nie je­ste­śmy biali.

- Oni tego nie wie­dzą. Wi­dzą metkę i tyle.

To z pew­no­ścią był po­mysł Ju­liena. Ju­lien Pierre, pierw­szy, ze­słany przez nie­biosa in­we­stor mamy, a za­ra­zem osoba, któ­rej za­wdzię­cza ona wej­ście na mo­dowe sa­lony, ma różne dziwne teo­rie. Jego ro­dzina wy­pu­ściła na ry­nek znaną swego czasu li­nię to­re­bek, która po ja­kimś cza­sie zo­stała wy­ku­piona przez LVHM. W ten spo­sób Ju­lien i jego ro­dzeń­stwo przy­tu­lili po dwa­dzie­ścia mi­lio­nów do­la­rów. Jego brat i sio­stry za te pie­nią­dze ćpali, pili i lan­so­wali się. Ju­lien miał jed­nak wię­cej oleju w gło­wie i za­in­we­sto­wał swoją część w moją mamę.

W ten oto spo­sób stał się pre­ze­sem jej za­rządu i wrzo­dem na du­pie. Po jego "su­ge­stii" do­ty­czą­cej uży­wa­nia na­zwi­ska Lee przy­szedł czas na to, żeby za­pro­po­no­wać zro­bie­nie pa­se­mek i no­sze­nie mio­do­wo­brą­zo­wych so­cze­wek. Ja­śniej, ja­śniej, ja­śniej. To wszystko było czę­ścią jego po­my­słu na trans­for­ma­cję wi­ze­runku mo­jej mamy - w pełni ame­ry­kań­skiej pro­jek­tantki dla wszyst­kich Ame­ry­ka­nów i Ame­ry­ka­nek - która za­częła się, kiedy mia­łam dwa­na­ście lat, i trwa do tej pory.

Tak so­bie my­ślę, że chyba w ogóle nie da się być zbyt ame­ry­kań­skim.

- Zde­cy­do­wa­łaś już, w czym wyj­dziesz po po­ka­zie? - py­tam.

Mama za­ci­ska usta w za­sta­no­wie­niu i po­daje mi ma­ka­ron z wo­ło­winą prze­ło­żony na ta­lerz z opa­ko­wa­nia na wy­nos. To jej ulu­bione da­nie, ale przy pierw­szym kę­sie nie­spo­dzie­wa­nie marsz­czy nos. Ostat­nimi czasy nie je za wiele. Przy­cho­dzi mi do głowy, że to wy­nik stresu zwią­za­nego z przy­go­to­wa­niami do ty­go­dnia mody, ale nie. Mama po pro­stu sięga do lo­dówki, z któ­rej wyj­muje ka­wa­łek im­biru, a na­stęp­nie drobno go sieka. Każde da­nie do­pra­wia im­bi­rem. Ja z ko­lei za każ­dym ra­zem go wy­cią­gam, z obawy, że moi przy­ja­ciele i chło­pak, Ca­me­ron, mo­gliby go ode mnie wy­czuć.

Wy­gląda na to, że nie tylko mama robi się na Ame­ry­kankę.

- Po­win­naś wło­żyć tę je­dwabną su­kienkę z wy­so­kim de­kol­tem, którą wspól­nie za­pro­jek­to­wa­ły­śmy - su­ge­ruję.

Kilka dni temu ba­wi­ły­śmy się w pra­cowni je­dwa­biem. Mama pró­bo­wała mnie na­uczyć, jak szyć de­li­kat­nymi nićmi, i efek­tem tej na­uki była wła­śnie ta olśnie­wa­jąca, wią­zana na szyi i się­ga­jąca pod­łogi suk­nia wy­ko­nana z opły­wa­ją­cej ciało sa­tyny.

- Mnie też się ona po­doba, ale za bar­dzo przy­po­mina qi­pao[1] - stwier­dza mama i wzdy­cha. - Wiesz, co by o mnie mó­wili, gdyby w "Vo­gue'u" po­ja­wiło się moje zdję­cie w tej su­kience.

Opusz­czam wzrok.

- Opi­nia in­we­sto­rów nie jest naj­waż­niej­sza, wiesz?

Mama od­kłada pa­łeczki i wy­ciąga dłoń w moją stronę.

- Je­śli chce się coś osią­gnąć, trzeba cho­dzić na kom­pro­misy - mówi. - Tak to po pro­stu działa. Ju­lien i inni lu­dzie jego po­kroju wie­dzą, jak do cze­goś dojść. Dla­tego też tu są.

Marsz­czę brwi. A my nie wiemy? Bo je­ste­śmy Chin­kami? Spo­glą­dam na wy­grze­bane przeze mnie ka­wałki im­biru le­żące obok mi­ski.

Mama kła­dzie dło­nie na mo­ich po­licz­kach i pa­trzy mi w oczy.

- Ej no! Nam też się udało. Je­ste­śmy tu. Cel osią­gnięty.

Od­wza­jem­niam uśmiech, spo­glą­da­jąc na moją za­je­bi­stą mamę pio­nierkę, która jest pro­my­kiem na­dziei dla wszyst­kich Ame­ry­ka­nek azja­tyc­kiego po­cho­dze­nia z gło­wami peł­nymi ma­rzeń, chcą­cych ro­bić coś swo­jego. Na­wet je­śli nie może two­rzyć pod swoim praw­dzi­wym azja­tyc­kim na­zwi­skiem.

Tego sa­mego wie­czoru do­kła­dam ma­miną ko­pię ka­ta­logu no­wo­jor­skiego ty­go­dnia mody do swo­jej ko­lek­cji. Nie jest to ko­lek­cja cza­so­pism mo­do­wych, tylko ra­czej zbiór po­wo­dów, dla któ­rych tata ni­gdy nie po­wi­nien był nas zo­sta­wić. Roz­stał się z mamą, kiedy ja by­łam jesz­cze w jej brzu­chu, a wtedy ona za­brała mnie na swo­ich spuch­nię­tych sto­pach do Ame­ryki, gdzie nie znała kom­plet­nie ni­kogo. Wy­obra­żam go so­bie cza­sami czy­ta­ją­cego o suk­ce­sie mamy ze ści­śnię­tym z żalu ser­cem. Mam na­dzieję, że jest to ból trudny do znie­sie­nia. Dla­tego za każ­dym ra­zem, kiedy w na­szym ży­ciu dzieje się coś do­brego, do­rzu­cam coś zwią­za­nego z tym do swo­jego pu­dełka, które jest już pełne świa­dectw z wy­róż­nie­niem, na­gród za prace ar­ty­styczne i VIP-owskich za­pro­szeń na po­kazy mody mamy.

Chcia­ła­bym je­dy­nie wie­dzieć, do­kąd mogę to wszystko wy­słać.

Oczami wy­obraźni wi­dzę, jak tata od­biera prze­syłkę i otwiera ją, jesz­cze za­nim wróci do domu, na jed­nej z ulic Pe­kinu, i wy­ba­łu­sza gały ze zdzi­wie­nia. I pluje so­bie w brodę, że nie wy­brał mamy. Że zre­zy­gno­wał ze mnie. Za­sta­na­wiam się, czy gdyby wie­dział, jak duża i ciężka bę­dzie ta prze­syłka, na­dal zde­cy­do­wałby się odejść.

Fakt, że ni­gdy nie po­znam od­po­wie­dzi na to py­ta­nie, bu­dzi we mnie fru­stra­cję. Mama nie po­trafi zna­leźć spo­sobu na skon­tak­to­wa­nie się z nim (nie żeby ja­koś usil­nie pró­bo­wała), ale on też ani razu nie sta­rał się za­ini­cjo­wać roz­mowy, mimo że zdo­by­cie jej da­nych kon­tak­to­wych to kwe­stia jed­nego wy­szu­ki­wa­nia w Go­ogle.

Naj­bar­dziej jed­nak drażni mnie to, że ni­gdy się nie do­wiem, co znaj­duje się w jego pu­dełku.

W so­botę od­wożę mamę na LAX[2]. Ma ze sobą trzy wa­lizki pełne ubrań i dwie to­rebki - jedną na każde ra­mię, a wśród tego ba­gażu nie ma na­wet sty­li­za­cji z jej ko­lek­cji, które wy­sła­ły­śmy wcze­śniej Fe­dE­xem. Tu są je­dy­nie jej pry­watne ciu­chy.

Sie­dzia­łam z nią wczo­raj do późna, po­ma­ga­jąc skom­ple­to­wać stroje na wie­czorne wyj­ścia, wy­wiady i wy­stą­pie­nia w me­diach. Ty­dzień mody w No­wym Jorku to czy­ste sza­leń­stwo i duża ner­wówka, w trak­cie któ­rej nie ma czasu na po­dej­mo­wa­nie ja­kich­kol­wiek de­cy­zji zwią­za­nych z ubio­rem. Dla­tego też wszystko za­pla­no­wa­łam, ozna­czy­łam i po­se­gre­go­wa­łam.

- Co ja bez cie­bie po­cznę przez cały ty­dzień? - Mama ob­sy­puje mnie ca­łu­sami, kiedy ukła­dam jej wa­lizki na wózku ba­ga­żo­wym. - Je­steś pewna, że nie chcesz le­cieć ze mną?

- Mam test po­zio­mu­jący z fran­cu­skiego - przy­po­mi­nam jej.

Wy­bra­łam fran­cu­ski jako ję­zyk obcy. Chcia­łam się uczyć chiń­skiego, bio­rąc pod uwagę, że le­d­wie się nim po­słu­guję i po­tra­fię za­pi­sać je­dy­nie swoje imię, ale mama uznała, że waż­niej­sza jest dla mnie zna­jo­mość ję­zyka, któ­rym po­słu­gują się naj­więk­sze domy mody.

Pod­biega do nas Mar­cia, asy­stentka mamy. Tuż za nią za­trzy­muje się Ju­lien w swoim po­rsche. Wy­rzuca ba­gaże na chod­nik przed wej­ściem do hali od­praw dla pa­sa­że­rów po­dró­żu­ją­cych pierw­szą klasą, na­wet nie za­wra­ca­jąc so­bie głowy tym, żeby je zwa­żyć.

- Jak do­brze, że już je­steś, mu­simy le­cieć! Dzwo­nili z "Har­per's Ba­zaar". Chcą prze­pro­wa­dzić wy­wiad na­tych­miast po wy­lą­do­wa­niu - mówi Mar­cia.

- "Har­per's Ba­zaar"! Nie ma lipy! - pisz­czę z za­chwytu.

Ju­lien, pod­słu­chaw­szy, pod­cho­dzi i do­daje:

- "Vo­gue" to to nie jest, ale...

Spo­glą­dam na niego, uno­sząc brwi. Za­wsze robi to samo. Przy­po­mina ma­mie o ko­lej­nym, wyż­szym celu, jak gdyby to, co do tej pory osią­gnęła, było nie­wy­star­cza­jące. A o "Vo­gue'u" to jej aku­rat nie trzeba przy­po­mi­nać. Sam do­sko­nale wie, jak długo mama pró­buje już speł­nić to ma­rze­nie. To Święty Graal dla pro­jek­tan­tów mody. Do­tych­czas po­ka­zali kilka jej su­kie­nek i raz czy dwa wspo­mnieli jej imię, ale ni­gdy nie prze­pro­wa­dzili z nią peł­nego wy­wiadu.

- Nic się nie martw, mamo - uspo­ka­jam ją. - Po twoim po­ka­zie "Vo­gue" jesz­cze bę­dzie do­bi­jał się do two­ich drzwi, zo­ba­czysz.

Mama rzuca mi ner­wowy uśmiech, po czym ob­raca się w stronę swo­ich naj­bar­dziej do­świad­czo­nych pro­jek­tan­tów. Zgod­nie z tra­dy­cją na ty­dzień mody w No­wym Jorku wy­bie­rają się naj­wy­żej po­sta­wieni człon­ko­wie ze­społu, zo­sta­wia­jąc resztę - w tym mnie - do pil­no­wa­nia "go­spo­dar­stwa" (plu­sem jest to, że bę­dzie można no­sić ja­ponki do pracy!).

Pod­cho­dzi Jo­na­than, je­den z wyż­szych rangą pro­jek­tan­tów.

- O, Se­rene - mówi. - Ze­chcia­ła­byś wy­świad­czyć mi przy­sługę pod­czas mo­jej nie­obec­no­ści? To bar­dzo ważne.

- No pew­nie! - Od­blo­ko­wuję swo­jego iPhone'a i włą­czam no­tat­nik. - Co mogę dla pana zro­bić?

Prze­stę­puję z nogi na nogę, li­cząc na to, że zo­sta­nie mi po­wie­rzone wy­sła­nie ja­kie­goś waż­nego ma­ila. Albo za­pla­no­wa­nie spo­tka­nia z klien­tem, które musi się od­być jak naj­szyb­ciej. Albo nada­nie su­kienki ku­rie­rem...

- Na moim biurku, obok mo­jej li­nijki, ze­szy­tów i skraw­ków ma­te­ria­łów... - ob­niża głos - ...znaj­duje się pu­dełko pra­li­nek. Mig­da­ło­wych w ciem­nej cze­ko­la­dzie. Mo­gła­byś je gdzieś scho­wać, żeby nikt mi ich nie zjadł?

Aha.

- Ja­sne - od­po­wia­dam, pró­bu­jąc ukryć wy­ma­lo­wane na mo­jej twa­rzy roz­cza­ro­wa­nie.

Ile ja bym dała, żeby te pro­jek­tanc­kie szy­chy wi­działy we mnie ko­goś wię­cej niż po­da­waczkę kawy. W końcu pra­cuję w tej fir­mie jako sta­żystka już od do­brych kilku mie­sięcy! Dam so­bie radę z wy­zwa­niami więk­szymi niż trzy­ma­nie cze­ko­lady pod klu­czem. Chcia­ła­bym, żeby po­wie­rzyli mi ja­kieś za­da­nie z praw­dzi­wego zda­rze­nia. No bo w końcu jak ina­czej mam się na­uczyć za­wodu?

Jed­nak wtedy przy­po­mi­nam so­bie, że i tak mam ogromne szczę­ście z tą pracą. Każdy w fir­mie na­dal pa­mięta, co się wy­da­rzyło w tam­tym roku. Tro­chę czasu upły­nie, za­nim za­po­mną. Ale kie­dyś to na­stąpi. Po pro­stu mu­szę nie­ustan­nie udo­wad­niać, ile je­stem warta.

Kie­dyś za­uważą twój po­ten­cjał, po­wta­rzam so­bie.

Kiedy ostat­nia z wa­li­zek zo­stała już nadana, mama ob­raca się w moją stronę.

- Dasz so­bie radę? - pyta, a w jej oczach nie­spo­dzie­wa­nie błysz­czą łzy. Za­wsze się roz­kleja, kiedy wy­jeż­dża beze mnie. - Czym mam cię prze­ku­pić, że­byś po­le­ciała ze mną? No­wo­jor­ską pizzą?

- Po­ra­dzę so­bie - za­pew­niam ją, a ona w od­po­wie­dzi mocno mnie przy­tula. - Nie wiem, czy "po­ła­ma­nia nóg" w obec­nej sy­tu­acji to na­dal ży­cze­nie, czy już ku­sze­nie losu, więc, dla bez­pie­czeń­stwa mo­de­lek, po­wiem po pro­stu: po­wo­dze­nia. Będę oglą­dała na X!

- Tylko pa­mię­taj, żeby ni­czego nie po­sto­wać. I trzy­maj się z dala od al­ko­holu - przy­po­mina Ju­lien na od­chodne.

Ru­mie­nię się na mało sub­telne wspo­mnie­nie pew­nej dra­ma­tycz­nej nocy i po­trzą­sam głową. To się ni­gdy wię­cej nie po­wtó­rzy.

Sły­szę sy­gnał po­wia­do­mie­nia, więc ma­cham im na po­że­gna­nie i spraw­dzam, kto do mnie pi­sze. To Ca­me­ron, mój chło­pak.

Hejka, roz­ma­wiam wła­śnie z Lu­kiem i nur­tuje nas jedna ważna kwe­stia. Po­trze­bu­jemy two­jego głosu w tej spra­wie. "Cy­cek" jest ro­dzaju mę­skiego, prawda??? Mimo że od­nosi się do ko­biet?

Śmieję się w głos, kie­ru­jąc się w stronę par­kingu.

Co to za py­ta­nie?? - od­pi­suję. No tak, ciem­niaki.

A nie po­winno być "cycka"? Żeby się zga­dzało? Kto to cu­duje? Do­brze, że z wac­kiem nie ma ta­kich pro­ble­mów.

Nie mam czasu, żeby an­ga­żo­wać się w cyc­kowo-wac­kową dys­ku­sję z Ca­me­ro­nem, więc pi­szę w od­po­wie­dzi: Je­stem na lot­ni­sku. Wła­śnie od­sta­wi­łam mamę na sa­mo­lot. Na­stęp­nie wska­kuję do auta.

Jak to?

Trzy­maj­cie mnie. Czy on przy­swaja co­kol­wiek z tego, co do niego mó­wię? Mama leci do No­wego Jorku. Mó­wi­łam ci, pa­mię­tasz? Ma po­kaz na tam­tej­szym ty­go­dniu mody.

Prze­sy­łam mu linki do in­for­ma­cji o po­ka­zie mamy, ale Ca­me­rona bar­dziej in­te­re­suje inna kwe­stia.

Czy to ozna­cza, że masz wolną chatę?

Czer­wie­nię się. Mimo że ga­damy o tym, od kiedy pa­mię­tam, na­dal do ni­czego nie do­szło. Moi przy­ja­ciele cią­gle mę­czą, że po­win­ni­śmy w końcu na­dziać brzo­skwinkę ba­kła­ża­nem. "Nie znaj­dziesz bar­dziej chru­pią­cego cia­cha niż Ca­me­ron". No coś w tym jest. Ca­me­ron jest seksi na maksa. Pla­żowe ciałko, na wi­dok któ­rego śli­nią się wszyst­kie dziew­czyny. A we mnie wbi­jają spoj­rze­nia ostre jak szty­lety.

Za­sta­na­wiam się tylko, czy nie po­wi­nien ist­nieć istot­niej­szy po­wód, żeby upra­wiać z kimś seks, niż taki, że praw­do­po­dob­nie "nie znajdę bar­dziej chru­pią­cego cia­cha". Upo­mi­nam się w my­ślach, że Ca­me­ron wcale nie jest ja­kimś złym kan­dy­da­tem. W końcu mam sie­dem­na­ście lat. Być może je­dyny po­wód, dla któ­rego zde­cy­duję się na tym eta­pie ży­cia na seks, bę­dzie zwią­zany stricte z po­pę­dem sek­su­al­nym.

Moż­liwe - od­pi­suję.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki