Projekt marzeń - Barbara Delinsky

-
Proszę czekać

 

Prolog

Przestało padać. W samą porę. Czekał ich ostatni dzień zdjęć do wiosennego sezonu Gut It!, a chociaż słońce jeszcze nie świeciło, Caroline MacAfee była dobrej myśli. W tle, w sporej odległości za krzątającą się ekipą, sunęły drogą samochody, czerwcowy wiatr pędził ołowiane chmury na wschód, nad morze i Boston. Niebo na zachodzie powoli się przecierało.

Jak opisać to, co czuła, gdy stojąc na skraju świeżo wybrukowanego podjazdu, patrzyła na zmodernizowaną fasadę jeszcze niedawno przysadzistego domu ze stromym dachem, jakie w przeszłości stawiano na Cape Cod? Na pewno ulgę, że zbliżał się koniec ciężkiej pracy, oraz zdumienie - zawsze zdumienie, że wszystko tak dobrze wyszło - a także coś w rodzaju macierzyńskiej dumy. Caroline nie zabiegała o prowadzenie tego programu, lecz po prawie dziesięciu latach w roli jego gospodyni był już jej dzieckiem w takim samym stopniu jak reszty ekipy.

Gut It!, seryjny program lokalnej telewizji poświęcony renowacji domów, tworzyły kobiety, przede wszystkim kobiety z firmy deweloperskiej MacAfee Homes.

Tu nie epatowano widzów sensacjami ani występami celebrytów. Zjednywano ich pokazywaniem prawdziwej, ciężkiej pracy zwykłych ludzi, z którymi chętnie identyfikowała się damska część publiczności. Jedna kamera, za którą stał świetny fachowiec, co prawda mężczyzna, oraz bardzo rzutka producentka wykonawcza i jednocześnie reżyserka, która czasami bywała nieprzewidywalna, lecz ze względu na sukces programu przymykano oko na jej humory. Po dziesięciu edycjach Gut It! stał się kultowym programem i Caroline wierzyła, że ten odcinek jeszcze przysporzy mu widzów.

Zerkając na niebo, zatarła dłonie i uśmiechnęła się do kamery.

- Ubrałam się dziś na żółto, żeby przebłagać bóstwa pogody. - Skinieniem głowy wskazała prześwitujący błękit. - Nie najgorzej, prawda? Witam ponownie w Longmeadow, w stanie Massachusetts, gdzie właśnie trwają prace wykończeniowe przy najnowszej adaptacji Gut It! Jak widzicie - odsunęła się na bok, odsłaniając robotnika z grubą rolką gotowej darni na ramieniu - dużo się tutaj dzieje. - Wróciła na miejsce, tym razem z entuzjastycznym: "Hej!", skierowanym do dwóch pracowników firmy przeprowadzkowej niosących kanapę. - Świetne obicie! - zawołała za nimi i odwracając się do kamery, dodała: - Właściciele planują spędzić dzisiaj pierwszą noc w odnowionym domu, musimy więc się pospieszyć. Czeka nas jeszcze mnóstwo pracy.

Postąpiła parę kroków i ruchem podbródka zachęciła widzów, aby podążyli za nią. Czuła się swobodnie na planie. Nie spodziewała się, że tak będzie, gdy zgodziła się na prowadzenie programu, lecz szybko zaprzyjaźniła się z kamerą.

- Pół roku temu zaczęliśmy pracę nad tym niewielkim domem, który Rob i Diana LaValle oddali w nasze ręce. Ich marzeniem było uzyskanie większej przestrzeni. Dom zbudowali dziadkowie Diany i łączy się z nim historia życia czterech pokoleń, toteż rozbiórka nie wchodziła w grę. Dwukrotne powiększenie powierzchni, modernizacja wyposażenia oraz rozprowadzenie supernowoczesnych i ekologicznych instalacji przy jednoczesnym zachowaniu charakteru domu stanowiło nie lada wyzwanie. Dzisiaj jest dzień prawdy. Zobaczmy, co udało się osiągnąć.

Z nieukrywaną dumą skierowała kamerę na swoją córkę, która w tej chwili rozmawiała z głównym wykonawcą, obserwując wraz z nim montaż ostatniego kompletu zewnętrznych okiennic. Dean Brannick był jedynym mężczyzną występującym we wszystkich odcinkach i stał się ulubieńcem publiczności, więc nikt nie kwestionował jego udziału.

- Za chwilę do ciebie dołączę! - zawołała Caroline za odchodzącym Deanem i objęła Jamie w pasie ramieniem. Z początku obawiała się takich spontanicznych gestów. Okazało się jednak, że widzom to się podobało. Obraz relacji matki z córką wzbogacał kobiecy charakter programu.

Były do siebie bardzo podobne - takie same szerokie usta, intensywnie zielone oczy i kasztanowe włosy - a jednocześnie zdecydowanie się różniły. Caroline pozwalała włosom swobodnie się wić, Jamie swoje prostowała; Caroline miała metr siedemdziesiąt trzy centymetry wzrostu, Jamie tylko metr sześćdziesiąt jeden; Jamie, świeżo upieczona pani architekt, chodziła w stonowanych barwach, mistrz stolarki, Caroline, poza czasem gdy w goglach pracowała z pilarką, wybierała żywe kolory. Dzisiaj miała żółte dżinsy, top w takim samym odcieniu i dopasowany turkusowy sweter; całość kontrastowała z szarymi spodniami i marynarką córki.

- Jamie, porozmawiaj z nami - zachęciła ją Caroline. - Jako architektka firmująca ten projekt uczestniczysz w nim od pierwszego dnia. - Wskazała ręką na dom. - Co o tym myślisz?

- Jestem zadowolona - odparła Jamie, ruszając z matką. - W tej pracy najbardziej cieszy mnie możliwość śledzenia, jak zwykły dom zmienia się w imponujący, i tak właśnie jest w tym przypadku. - Nie ukrywała dumy; kamera wyraźnie to pokazała. Technicznymi szczegółami zajmą się podczas późniejszych ujęć, teraz należało się skupić na emocjach towarzyszących metamorfozie domu. - Pierwotnie był to parterowy dom z mansardą pod stromym dwuspadowym dachem. Gdy spłaszczyliśmy go, zyskaliśmy na piętrze trzy spore sypialnie, a na parterze powiększyliśmy kuchnię i wygospodarowaliśmy miejsce na jeszcze jeden pokój.

- Wszystko energooszczędne.

- Dokładnie tak; od legarów podłogowych i podwójnej izolacji ścian po dwuszybowe okna.

- Tyle na razie o wnętrzu. - Caroline ogarnęła fasadę zachwyconym spojrzeniem. - Elewacja robi wrażenie.

- Zgadzam się. Inwestorzy życzyli sobie, aby dom zyskał na wyglądzie, a jednocześnie zachował charakter typowej zabudowy Cape Cod - przypomniała widzom Jamie. - Powiększyliśmy wejście i obłożyliśmy fasadę kamieniem elewacyjnym. A to wykończenie ścian szczytowych nad oknami na piętrze? Niesamowite, co? - Powiodła po nim pieszczotliwym spojrzeniem. - Zwróć uwagę na te krokszyny.

- Amen - podsumowała z uśmiechem Caroline, bo to ona własnoręcznie je wyrzeźbiła.

- Żadne "amen" - ucięła producentka i kładąc dłoń na ramieniu operatora, dała znak, aby zatrzymał kamerę. - To nie program religijny. Jamie, kochana, powtórz ostatnią kwestię.

Powtórzyła zgodnie z poleceniem.

- Och, rzeczywiście - poprawiła się Caroline, wysilając się na uśmiech, po czym przeszła do omawiania kolorów wybranych przez Deana, ich człowieka orkiestrę.

Ściągał materiały budowlane i zatrudniał podwykonawców. Kontrolował na budowie wszystko, łącznie z ego robotników niechętnie pracujących w świecie kobiet, i doradzał inwestorom, którzy nie mieli pojęcia o farbach elewacyjnych. W tym wypadku na dach wybrał gont w kolorze cedru, który elegancko podkreślał ciemnoszary odcień kamiennej licówki i biel boni.

- Czysto i świeżo - powiedziała z westchnieniem Jamie. - Gont bitumiczny, który Dean wybrał na pokrycie dachu, stylowo uzupełnia całość.

- Oczywiście, stąd nie widać...

- ...baterii słonecznych. To kolejny element energooszczędnych rozwiązań przy adaptacji domu.

- O tym wszystkim porozmawiamy później. W tej chwili podziwiam elegancki wygląd całości.

Jamie z uśmiechem pokiwała głową.

- To był po prostu zwykły, stary dom. Teraz wskrzeszono tu ducha tradycji. Spójrzmy na bruk. Dean przypadkiem natrafił na te kamienie w magazynie przy młynie w New Hampshire. Pochodzą z końca dziewiętnastego wieku. - Obejrzała się na Caroline. - A pamiętasz tamten wolno stojący garaż na jeden samochód?

- Był szpetny.

- I za mały. Państwo LaValle mają czworo dzieci, które niedługo same zaczną jeździć, dlatego do tylnej ściany domu dobudowaliśmy garaż z trzema stanowiskami. Dzięki rozebraniu tamtego starego na froncie nie tylko usunęliśmy zawadę psującą widok, lecz także zyskaliśmy kawałek cennego terenu przy kuchni. - Na dowód pojawiło się ujęcie nowego tarasu z treliarzem i murowanym grillem.

Po rozmowie o wyzwaniach wynikających z ukształtowania działki Caroline skierowała obiektyw kamery z powrotem na frontowy ganek.

- Popatrzcie państwo na te kamienne kolumny. Doskonały przykład rzemiosła artystycznego, bezspornie dodający charakteru całości. I zwróćcie uwagę na drzwi. Są wyższe i szersze od oryginalnych, a z tymi lampami po obu bokach wyglądają bardzo efektownie. Jamie, zawsze znajdujesz pomysły na imponujące frontowe wejścia...

- Moment - przerwała producentka. - Caroline, za dużo mówisz. Zostaw miejsce dla Jamie.

Caroline poczuła irytację. Nie mówiła więcej niż zwykle, ale sprawa była zbyt błaha, żeby robić z tego problem.

- Dobrze, jasne - odparła jedynie, ciesząc się w duchu, że na parę miesięcy uwolni się od towarzystwa Claire Howe. Spojrzała na Jamie, a ona w odpowiedzi skinęła głową.

- Zacznijmy jeszcze raz o tym ganku - poleciła Claire i wtedy Jamie odtworzyła komentarz matki. Ponieważ nie korzystały z gotowego scenariusza, użyła nieco innych określeń, bardziej typowych dla ludzi w jej wieku. Co prawda raz się zacięła, lecz powróciła do przerwanej myśli, ale potem już wszystko poszło gładko.

Gdy wchodziły do domu, Caroline kątem oka zauważyła kobietę przy kępie roślin.

- Annie! - zawołała, przytrzymując Jamie za ramię.

Annie Ahl była projektantką krajobrazu w ich programie. W ogrodniczych rękawicach i w oblepionych błotem butach z zadowoloną miną wyłoniła się spomiędzy dwóch świeżo posadzonych jałowców. Obcięte na chłopaka srebrnosiwe włosy pasowały do jej drobnej postury.

Caroline wpatrywała się w miejsce poza jałowcami.

- Czy mnie wzrok nie myli?

- Masz dobre oko - pochwaliła ją Annie piskliwie.

Przez ten głos o mało nie zrezygnowano z jej uczestnictwa w programie. Jednak tak jak zaletą kamerzysty było idealne wyczucie światła, tak w jej przypadku intuicyjny talent do aranżacji zieleni stanowił atut nie do pogardzenia. Była główną specjalistką od krajobrazu w MacAfee Homes i przyjaciółką Caroline.

- Jesienią wykopaliśmy te azalie, żeby przypadkiem nie zmarnowały się podczas prac remontowych. Przezimowały w mojej szkółce, a teraz wróciły na dawne miejsce. Dwa tygodnie temu kwitły. Widzisz te resztki kwiatostanów?

Kamerzysta wklei później odpowiednie ujęcie, a teraz skierował kamerę na klomb.

- Naturalnie dopiero wiosną w przyszłym roku okaże się, jak sobie poradziły, lecz jestem pewna, że przetrwają. To twardzielki.

- I mają teraz towarzystwo. - Caroline ogarnęła spojrzeniem nowe nasadzenia.

- No. Jeden rząd...

- Żadne "no" - przerwała Claire. - Prosiłam cię, Annie, żebyś tak nie mówiła.

- Przepraszam. To mi się tak spontanicznie wymyka - usprawiedliwiła się Annie jeszcze bardziej piskliwie.

- Lubię spontaniczność, ale bez "no". I kontroluj głos. Jest za wysoki.

Caroline ani razu nie natrafiła na negatywne komentarze dotyczące sposobu mówienia przyjaciółki na ich stronie na Facebooku, którą skwapliwie monitorowała. Ale to Claire była tu szefem. Półgębkiem, tak aby producentka przypadkiem jej nie usłyszała, powiedziała to Annie. Gdy ogrodniczka ochłonęła po reprymendzie, powróciły do przerwanej rozmowy.

- Gdy po raz pierwszy zobaczyłam ten ogród - odezwała się poprawnie modulowanym głosem - rabaty były wąskie i długie, zgodnie z trendem obowiązującym w tamtych czasach. Ukształtowaliśmy klomby na nowo, żeby uzyskać lepszą perspektywę i uwypuklić projekt Jamie. Te wyższe krzewy w głębi to modrzewnice, ostrokrzewy i cisy. Azalie otoczyłam jałowcem, a teraz sadzimy byliny.

- Dobra robota, panowie! - zawołała Caroline do dwóch mężczyzn grzebiących w ziemi i pozwoliła Annie się oddalić.

Gdy wchodziły z Jamie po kamiennych stopniach prowadzących do domu, zwróciła uwagę widzów na solidne orzechowe drzwi z wypukłymi panelami i okuciami z brązu. W holu natrafiły na Deana, który akurat wyłonił się z kuchni.

- Właśnie ustawiamy instalację alarmową - poinformował. - Chcecie obejrzeć sterownię?

Kamerzysta zasygnalizował przerwę. Po zimnych napojach zeszli do piwnicy i zaczęli od rozmowy ze specjalistą od zabezpieczeń. Usłyszeli wykład na temat zaawansowanego systemu, który umożliwiał zdalne włączanie alarmów oraz regulację ogrzewania, klimatyzacji i nawadniania ogrodu. Potem pałeczkę przejął Dean; przełożył to wszystko na ludzki język, bo znał się na elektronice. Caroline w tym czasie trzymała się na uboczu.

Niebo się przecierało, co zapewniało kamerzyście jego ulubione rozproszone światło. Caroline, schodząc z drogi krzątającym się ekipom remontowym, ucięła sobie jeszcze pogawędkę z kamieniarzem polerującym marmurową podłogę w łazience na piętrze oraz z kafelkarzem, który kończył układać płytki ścienne. Takie scenki kręcili przede wszystkim z myślą o majsterkowiczach, którzy szukali porad praktycznych. Dopiero później, gdy producentka wraz z montażystami obejrzą całość, zapadnie decyzja, które z nich pozostawić i ile poświęcić im czasu.

Popołudniową sesję zaczęli od ujęcia Caroline podczas rozmowy w kuchni z właścicielami domu o tym, co tu zmodyfikowano, co usunięto, a co pozostawiono w oryginalnym stanie. Potem akcja przeniosła się do salonu, gdzie dekoratorka wnętrz, Taylor Huff, nadzorowała ustawianie mebli. Na lambrekiny, obicia kanap i foteli oraz tapicerowane krzesła w kuchni wybrała materiały w zbliżonej tonacji. Następnie pojawiła się serwisantka sprzętu RTV, żeby zaprogramować pilota do wielkiego płaskiego telewizora. Ekipa Gut It! współpracowała z nią już wcześniej. Była świetnym fachowcem i wspaniale radziła sobie z techniką, ale, niestety, bardzo łatwo się peszyła. Caroline chciała wyprzedzić ewentualną interwencję Claire, więc zatrzymała kamerę, aby biedna serwisantka miała czas na pozbycie się tremy, a potem starała się jej pomagać, odpowiednio formułując pytania.

Brygady fachowców jedna po drugiej kończyły pracę i zaczynali schodzić się goście. Pod wieczór, gdy promienie zachodzącego słońca sączyły się do holu przez okna jadalni, asystentki producentki zgodnie z tradycją Gut It! ustawiły tam do wspólnego zdjęcia prawie czterdziestoosobową grupę złożoną z rodziny, sąsiadów, rzemieślników oraz członków ekipy telewizyjnej.

Caroline zajęła centralne miejsce w pierwszym rzędzie.

- Oto podsumowanie Gut It! zamykające ten sezon - z satysfakcją powiedziała do kamery. - Zajęliśmy się sześćdziesięcioletnim domem typowym dla dawnej zabudowy Cape Cod. Ten dom, za ciasny dla rodziny z dorastającymi dziećmi, zbyt przestarzały według obecnych właścicieli oraz nadmiernie energochłonny zdaniem dbających o ekologię mieszkańców miasta, zmieniliśmy w przestronny, nowoczesny i przyjazny dla środowiska. Stoimy teraz z Robem i Dianą, jego właścicielami, u stóp imponujących kręconych schodów, o jakich zawsze marzyli. Jestem Caroline MacAfee, gospodyni programu Gut It! Dziękujemy, że byliście z nami w tym sezonie. Mamy nadzieję, że w przyszłym równie chętnie będziecie nam towarzyszyć przy pracy nad kolejnym projektem. - Rozejrzała się. - Wszyscy gotowi? - Patrząc w kamerę, jednym ramieniem obejmowała córkę, a drugim Dianę LaValle. - Uwaga, ścieśnijmy się trochę - poleciła w odpowiedzi na gwałtowne znaki kamerzysty. Krótkie zamieszanie, a po nim polecenie: - Wszystkie oczy w kamerę! - Jeden trzask, drugi, trzeci i oczekiwanie ze wstrzymanym oddechem, aż kamerzysta sprawdzi ujęcia. Gdy się uśmiechnął, Caroline odwróciła się do przyjaciół i triumfalnie uniosła w górę dłoń zaciśniętą w pięść. - Hurra!

 

Rozdział 1

Jamie MacAfee nadal czuła się córeczką swych rodziców. Nieważne, że skończyła dwadzieścia dziewięć lat i była niezależna finansowo. Przy ojcu i matce stawała się małą dziewczynką, nad której życiem ciążył ich rozwód i potrzeba zadowalania obydwu stron. Dlatego, jadąc przez miasto na szybkie śniadanie z ojcem, czuła się taka spięta.

Na ulicach panowała poranna cisza. Szkolne autobusy jeszcze nie wyruszyły, kosiarki stały w składzikach, a wszelkie inne hałasy, jakie ewentualnie zakłócałyby ciszę o siódmej rano, i tak stłumiłoby gęste powietrze zapowiadające skwar. W Nowej Anglii czerwiec nie powinien być taki gorący. Dokuczliwa wilgoć z poprzedniego wieczoru wisiała uwięziona pod rozłożystymi koronami klonów i dębów rosnących wzdłuż trasy. Jedwabna bluzka kleiła jej się do skóry. Jechała w kabriolecie z opuszczonym dachem. Za drugą przecznicą podkręciła klimatyzację i skierowała dmuchawy na szyję, lecz wcale nie poczuła ulgi.

Jej napięcie wzrosło, gdy z South Main skręciła w Grove. Na parceli po rozebranym domu ich główny konkurent stawiał willę w kolonialnym holenderskim stylu, która niepokojąco dobrze się zapowiadała.

Dodatkowo poziom adrenaliny podniósł jej widok mijanego audi A5; takie samo miał jej narzeczony. Oczywiście to nie mógł być on. Brad Greer wyszedł z jej mieszkania o szóstej rano, gdy to, co miało być miłą kawą wypitą w łóżku, zmieniło się w sprzeczkę z powodu daty ślubu. Od pół roku byli zaręczeni, a ona jeszcze nie pomyślała o tym terminie. Jej wina. Wyłącznie. Zaangażowanie w Gut It! i praca nad dziesięcioma projektami w różnym stopniu zaawansowania nie zostawiały jej chwili oddechu. Brad był bardzo wyczulony, gdy w grę wchodziły ich relacje, i dlatego przejęła się widokiem jego cierpiętniczej miny.

Nie zadzwonił, nie przysłał esemesa. Zajrzałaby do niego, gdyby miała czas.

Niestety, nie miała, bo jechała na spotkanie z ojcem. Właśnie to niespodziewane wezwanie stanowiło źródło jej niepokoju. Bez dwóch zdań wiedział, że dzisiaj miała szczególny powód, żeby dotrzymać towarzystwa matce. Dla niej Caroline była i matką, i najlepszą przyjaciółką, a ona z kolei zastępowała jej całą rodzinę. Roy natomiast czerpał z życia pełnymi garściami. Ożenił się potem jeszcze dwukrotnie. Jamie miała obojętny stosunek do jego drugiej żony i nie przejęła się, kiedy rozpadło się ich krótkie małżeństwo, lecz z trzecią, obecną, prawie jej rówieśnicą, żyła w przyjaźni. Roy, zaabsorbowany Jessicą i ich małym synkiem, szczęśliwie nie wtrącał się w życie Jamie.

Chyba że czegoś od niej chciał.

Najwyraźniej tak było teraz.

Powinna się była wymówić.

Bardzo nalegał na to spotkanie podczas wczorajszej rozmowy telefonicznej, zręcznie uchylając się od odpowiedzi, po co chce się z nią widzieć.

"Chodzi o sprawy zawodowe", oznajmił w końcu nietypowym dla siebie grobowym głosem. Zawodowe, czyli o MacAfee Homes, gdzie pracowała Jamie i wszyscy miejscowi członkowie klanu MacAfee. Zaproponowała, że zajrzy do niego do biura przed dziewiątą, on jednak się uparł, aby porozmawiali, zanim zobaczy się z matką.

Tak dokładnie powiedział: "Zanim zobaczysz się z matką".

I to ją zaalarmowało. A więc chciał rozmawiać o Caroline. O co mogło mu chodzić? Caroline pracowała jako mistrz stolarski w MacAfee, zanim jeszcze wyszła za Roya, a ich rozstanie wcale nie zaszkodziło jej rosnącej popularności. Ojciec Roya, Theodore MacAfee, szefujący firmie, bardziej obwiniał o rozwód syna niż synową. Teść bardzo lubił Caroline. Za każdym razem, kiedy Roy próbował odsunąć ją od lukratywnych zleceń, teść stawał w jej obronie. Trzymał też jej stronę, gdy chciała zamówić licówki z brzozy lub jakiegoś egzotycznego gatunku drewna, a Roy protestował, argumentując, że w ten sposób przekracza budżet.

Może, spekulowała Jamie, ojciec wzywa ją tak nagle, bo chce, żeby zajęła się dwuletnim Tadem, kiedy pojadą z Jessicą na wakacje do Europy, co niewątpliwie skomplikowałoby jej sprawy zawodowe. Pełnoetatowa mama ma niełatwe życie; Jess zmagała się z mnóstwem obowiązków na co dzień. Mimo wszystko Jamie kochała ojca i była zauroczona przyrodnim braciszkiem. Nie umiałaby ojcu odmówić.

Tak samo jak nie potrafiła mu się przeciwstawić. Według niej to nie był wystarczający powód, by kazać jej rzucać wszystko i przyjeżdżać. Wymogła chociaż tyle, że spotkają się o siódmej, aby jeszcze przed pracą zdążyła zajrzeć do Caroline.

Aha, właśnie go zobaczyła. Akurat przechodził przez parking przed barem U Fiony, gdy wyjechała zza narożnika. Pomachała do niego przez otwarty dach. Przygładziła włosy, zerknęła we wsteczne lusterko i zobaczyła piegi na nosie. Ot i tyle wart ten nowy, drogi korektor. Upał rozpuścił makijaż tak samo jak wyssał całe powietrze zdatne do oddychania.

Zrezygnowana, namacała pantofle i wsunęła w nie stopy, a potem na tyle zgrabnie, na ile pozwalała krótka, czarna spódnica i wysokie obcasy, wysunęła się z fotela. Spódnica podkreślała szczupłość bioder, obcasy dodawały parę upragnionych cali. Całość uzupełniała biała jedwabna bluzka. Jamie ubrała się tak, aby jej strój robił odpowiednie wrażenie, naturalnie nie tylko na ojcu. To był jej typowy wizerunek pt. "Traktujcie mnie poważnie" na dni wypełnione spotkaniami. Architekci na podobnych stanowiskach byli przeważnie starsi od niej i chociaż zaplecze w postaci firmy rodzinnej zapewniło jej lepszy start, musiała pracować na renomę nazwiska.

Te piegi wytrąciły ją z równowagi, lecz nie było sposobu, żeby w tej chwili jakoś je zatuszować. Pozostawało jedynie wyprostować ramiona i sprężystym krokiem kobiety biznesu ruszyć przed siebie - co natychmiast odbiło się rykoszetem, bo długi pasek torebki zahaczył się o klamkę w drzwiach. Niezbyt efektowny start, pomyślała. Niestety, dość często przytrafiały jej się podobne przypadki. Skupiona, miała skoordynowane ruchy, a gdy coś ją rozpraszało, robiła się niezdarna.

Uwolniła torebkę i energicznym krokiem ruszyła ojcu na spotkanie.

Elegancki bar U Fiony serwował najlepsze śniadania w mieście i już teraz, o tak wczesnej porze, panował tu spory ruch. Parking był zastawiony samochodami. W powietrzu unosił się kuszący zapach mufinek, placków ziemniaczanych i miejscowego syropu klonowego.

Roy akurat skończył pogawędkę z dwoma policjantami z Williston, którzy schodzili z nocnego patrolu. Obaj obdarzyli Jamie pełnym uznania uśmiechem, gdy ich mijała, spiesząc za ojcem. Roy najpierw obszedł wszystkie boksy, by przywitać się z agentami nieruchomości, prawnikami, hydraulikami, właścicielami sklepów, czyimiś mężami, żonami... Wszyscy mieszkali w okolicy i należeli do kręgu jego znajomych. Williston leżało dwadzieścia mil od Bostonu. Liczyło piętnaście tysięcy mieszkańców. Miasteczkiem rządziła Rada Miejska i gdyby na jej czele stał burmistrz, z pewnością zostałby nim Roy. Zawsze uśmiechnięty, skory do pogawędki, kojarzący wszystkie twarze i imiona. Przez całe lata tak samo zachowywał się Theo, dopóki wiek nie spowolnił mu poranków. Wtedy jego rolę gładko przejął syn. Firma MacAfee Homes, największy pracodawca w miasteczku i niewątpliwie podstawa egzystencji wielu sklepów, dbała o podtrzymywanie dobrych relacji.

Roy umiał zaskarbić sobie sympatię. Na dodatek był obłędnie przystojny. Z żywymi piwnymi oczami i z wieczną opalenizną nie wyglądał na swoje pięćdziesiąt dwa lata. Siwizna, która przyprószyła mu skronie z dziesięć lat temu, jakimś cudem zmieniła kolor na złoty blond i chociaż Jamie nie miała pewności, byłaby gotowa się założyć, że brak zmarszczek na czole to wynik działań chirurga plastycznego. Wcale go za to nie potępiała. Ojciec bardzo dbał o kondycję - zapewne i dziś o świcie, pomimo upału, wybrał się na przebieżkę. Do baru przyszedł w starannie wyprasowanej niebieskiej koszuli i w eleganckich popielatych spodniach, z twarzą błyszczącą po niedawnym prysznicu.

Dla Roya najważniejsze było zachowanie młodości - młode ciało, młoda twarz, młoda żona. Z kolei Jamie starała się wyglądać na więcej niż na dwadzieścia dziewięć lat i czasami brano ich za brata i siostrę. Roy to uwielbiał, a ona, chociaż ceniła jego wysiłki i była dumna z wyglądu ojca, uważała to za lekką przesadę.

Dzisiaj ojciec właściwie się z nią nie przywitał - żadnych uścisków, buziaka, żadnego "Hej, skarbie, dzięki, że przyszłaś!" - po prostu zaborczo zagarnął ją ramieniem i zaczął od rozmowy na błahe tematy.

Taka czcza paplanina nie była jej mocną stroną. Potrafiła godzinami opowiadać o projektach architektonicznych, efektywności energetycznej czy adaptacji stodoły na mieszkanie, natomiast informacje w rodzaju, czyja matka akurat zachorowała, czyj syn dostał się do college'u albo która firma zetnie zmurszałą sosnę w centrum miasta, zupełnie jej się nie trzymały. Roy natomiast doskonale się orientował w sprawach miasteczka po części dzięki Jess, która przynosiła plotki z miejscowego salonu fryzjerskiego i ochoczo się nimi dzieliła. Takie błahostki już po dwóch sekundach Jamie wyleciałyby z głowy. Z Royem było inaczej. Zapamiętywał wszystkie szczegóły i skwapliwie je wykorzystywał, kiedy pomagały mu zaskarbić sympatię rozmówców.

Dzisiaj skupił się na pogodzie.

Potworny upał... niedobrze... skończy się nawałnicą.

Jamie uśmiechała się i kiwała głową, lecz po minucie zaczęła niecierpliwie przestępować z nogi na nogę.

Matka czekała. Dzisiaj były jej urodziny. A wczoraj miała operowany nadgarstek. Jamie wysłała jej esemesa, ale bardzo chciałaby już się u niej znaleźć.

Wreszcie Roy podprowadził ją do wolnego boksu. Bar U Fiony w przeciwieństwie do innych podobnych przybytków składał się nie z jednego, lecz z czterech wagonów kolejowych tworzących kwadrat, z otwartą kuchnią na środku. Wystrój nawiązywał do lokalnej historii. Na metalicznie szarych ścianach wisiały fotografie kolejnych roczników absolwentów liceum od połowy dwudziestego wieku oraz laminowane pierwsze strony "Williston News", wcześniej "Williston Crier", upamiętniające takie ważne wydarzenia, jak pożar w 1956 roku, który pochłonął prawie całe centrum, wielotygodniowy paraliż miasteczka po burzy śnieżnej z 1978 czy pierwsze od osiemdziesięciu sześciu lat zwycięstwo Red Soxów w World Series w 2004 roku - dumę mieszkańców, bo dwóch graczy właśnie stąd się wywodziło. Na stołach pod taflą grubego szkła leżały najróżniejsze wycinki ze starych gazet. I na tym wątek historyczny się kończył. Do kanap utrzymanych w eleganckiej szarości dobrano podkładki pod talerze w takim samym odcieniu. Sztućce owinięte w płócienne serwetki stały w pojemniku przy ścianie. Jamie odruchowo sięgnęła po dwa komplety, kiedy wsuwali się do boksu, podała jeden Royowi, a on od razu obok sztućców położył komórkę.

W mgnieniu oka zjawiła się kelnerka z piekielnie mocną kawą, taką jaką lubił Roy, i z dzbanuszkiem śmietanki. Nalała kawy do kubków i przyjęła zamówienie. Jak zwykle wzięli omlet z potrójnym serem dla niego i frittatę z samych białek dla niej.

Jamie najchętniej poprosiłaby jeszcze o apetyczny plaster wysmażonego na chrupko boczku, lecz to nie wchodziło w grę, bo Roy natychmiast zrobiłby jej wykład o tym, jaki bekon jest niezdrowy, a sprowadzanie rozmowy na boczne tory było ostatnią rzeczą, jakiej w tej chwili chciała.

Z dłońmi na kubku, przechylona nad stołem, czekała, kiedy ojciec przejdzie do sedna.

- Widzisz gościa za mną przy ostatnim stoliku w rzędzie, tego z rudymi włosami? To niejaki Barth - poinformował ją przyciszonym głosem, zanim zdążyła zapytać, po co ją ściągnął.

Tato, tylko żadnych rewelacji. I nic na temat mamy, poprosiła w duchu, zerkając jednak na wspomnianego rudzielca.

- Barthowie są blondynami - rzuciła, bo nic mądrzejszego nie przyszło jej do głowy.

- Ten akurat nie. Kupuje dom na Appleton i chce tu osiąść. Przyjechał z żoną i dzieciakami z Kalifornii, no i wraca do firmy. Kojarzysz budowę The Barth Brothers na tym terenie porozbiórkowym na rogu South Main i Grove? Świetna lokalizacja, widoczna i z potencjałem. Znacząca inwestycja dla ich pozycji. To inwazja.

- Dlaczego akurat tutaj? Williston to nasz matecznik. Oni mają North Shore. Obszar na zachód od Bostonu należy do nas. - Tak było, odkąd sięgała pamięcią.

- Ostrzą sobie zęby na parcelę Weymouthów - oznajmił. To był ostatni prywatny kawałek terenu w mieście.

- Nie jest nawet wystawiona na sprzedaż - stwierdziła, jednak dobrze wiedząc, że powszechnie dochodzi do zakupów poza przetargami i negocjuje się bezpośrednio ze sprzedającym. - A może jest, co? - zapytała niepewnie.

- Na razie nie. Mildred Weymouth nie żyje prawie od roku, synowie nie mogą się dogadać, co zrobić ze schedą, a już na pewno nie stać ich na utrzymanie posiadłości. Zalegają z zapłatą podatków od nieruchomości, wszystko popada w ruinę. Prawnicy Mildred twierdzą, że spadkobiercy nie mają wyjścia, muszą się zdecydować na sprzedaż.

Ściskając kubek w dłoniach, odchylił się na oparcie z cichym gwizdnięciem.

- Trzydzieści akrów ze starym drzewostanem? Kuszące.

Niewątpliwie, pomyślała. Od śmierci Mildred Weymouth nie było końca spekulacjom i Jamie uważnie je śledziła. Oczyma duszy widziała w tamtym miejscu hybrydowe osiedle złożone z domków jednorodzinnych i luksusowych apartamentowców, w całości zbudowane przez MacAfee Homes.

- Możemy przebić Barthów.

Roy sprawdził ekran komórki, po czym odłożył ją z powrotem na stolik.

- Będą windować cenę.

To rzeczywiście problem, Jamie o tym wiedziała, ale nie było takiej przeszkody, z którą firma MacAfee Homes nie umiałaby sobie poradzić. Jeden świeżo przybyły Barth nie mógł wygrać z potęgą trzech pokoleń MacAfee, które mieszkały tutaj od zawsze.

Roy ciągnął wątek, dobierając najróżniejsze kombinacje słów, a cichy głos w głowie Jamie uparcie powtarzał: Oj, tato. O tym moglibyśmy pogadać w biurze. Po co tutaj? Czemu teraz?

Stanęły przed nimi talerze ze śniadaniem. Jamie ledwo spojrzała na swój.

- Nie dlatego pewnie chciałeś ze mną rozmawiać, zanim zobaczę się z mamą - nacisnęła na ojca, jak zwykle bez nuty pretensji w głosie.

Roy wytrząsnął z butelki ketchup na omlet.

- No jasne, że nie. Temat wypłynął, bo akurat ten Barth jest tutaj. - I odstawiając ketchup, dodał łagodniej: - Wczoraj zajrzałaś do Taddy'ego. Szkoda, że się minęliśmy. Byłem na zebraniu radnych. Co myślisz o małym?

Jamie uśmiechnęła się rozbrojona.

- Jest słodki. Woła na mnie Nanie. Bardzo fajnie mówi.

- Najczęściej na wszystko odpowiada "nie". Jessice opadają już ręce.

- Według mnie dobrze sobie radzi.

Roy ściągnął brwi.

- Mam na myśli napady złości. Ona nie wie, jak reagować, kiedy mały rzuca się na podłogę i wrzeszczy.

- Wszystkie maluchy tak robią. Czasem to jedyny sposób, żeby zwrócić na siebie uwagę. Widziałam go w takiej akcji. To było całkiem sprytne - och, wiem, tak mówię, bo w każdej chwili mogę wyjść, kiedy zaczyna histeryzować. - Chyba jednak nie dlatego ojciec ją wezwał. - A więc, tato, ściągnąłeś mnie tu bladym świtem...

- Sama wybrałaś wczesną porę.

- Wiesz dlaczego. Chodzi o Caroline.

Ignorując zaczepkę, sprawdził telefon, tym razem dwukrotnie przesuwając ekran. Jamie wiedziała, że nie chodziło o sprawy biznesowe. Zajrzał do Twittera i zerknął na wiadomości sportowe.

- Jest dobry rozgrywający w drużynie letniej ligi - wymamrotał. - Jeśli Celtowie się nie pozbierają... - burknął i odłożył komórkę, po czym uśmiechnął się promiennie do Jamie. - A co u Brada?

Jamie westchnęła. Nic takiego się nie działo, żeby o niego pytać. Hmm, właściwie się zadziało, ale ojciec nie musiał o tym wiedzieć.

- Wszystko świetnie - odparła zgodnie z oczekiwaniem.

- Wiesz, że on jest dla mnie jak syn?

Jak miała nie wiedzieć? Odpowiednio często to powtarzał.

- To mężczyzna odpowiedni dla ciebie, dla firmy. Kiedyś...

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.